Halny - Remigiusz Mróz - ebook
BESTSELLER

Halny ebook

Remigiusz Mróz

4,5

308 osób interesuje się tą książką

Opis

Góry nie zaznały krwi przez niemal trzy lata. Panujący w nich spokój trwał, od kiedy Wiktor Forst ujął mordercę nazywanego Bestią z Giewontu – i nic nie wskazywało na to, by sytuacja miała się zmienić.

Koszmar nadszedł wraz z halnym. Dominika Wadryś-Hansen została wezwana do Zakopanego, gdy tuż przed wejściem do kaplicy na Wiktorówkach odnaleziono makabrycznie zamordowaną kobietę. Ciało rozcięto, wnętrzności wywleczono, a w ustach ofiary umieszczono monetę łudząco przypominającą te, którymi posługiwał się seryjny zabójca lata temu.

Poszlaki prowadzą donikąd, odpowiedzi jednak zdaje się mieć osadzony w więzieniu Iwo Eliasz. Deklaruje, że zamierza się nimi podzielić – ale tylko z jednym człowiekiem.
Człowiekiem, który zniknął.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (3048 ocen)
2035
717
224
54
18
Sortuj według:
przyj0kr

Z braku laku…

Wielkie rozczarowanie. Dałem 2*, bo doczytałem do końca ale tylko przez wzgląd na wcześniejsze tomy tej serii. Słaba i naiwna fabuła. "Przedialogowana" a przy tym dobór słów w tych dialogach nie współgra z sytuacją, jeszcze bardziej obniżając wiarygodność fabuły. Nie wiem, kto to opiniował przed publikacją, ale albo nie był szczery albo p. Remigiusz go nie posłuchał. Nie polecam.
21
Olka88

Nie oderwiesz się od lektury

Trzyma w napięciu! Warto po nią sięgnąć i oderwać się od codzienności. Gdy zaczniesz czytać nie bedziesz mógł / mogła się oderwać. Myślę, że wszyscy wielbiciele Mroza podzielą tą opinię.
10
zdzros

Nie polecam

Tego się nie da czytać !!!! da
11
Malbem81

Nie oderwiesz się od lektury

Akcja na pewno toczy się wolniej niż w innych częściach, ale uwielbiam Forsta i jego przygody, zagmatwane życie. Taka codzienność, gdzie zdarza się wszystko włącznie z uzależnieniem. A byłam przekonana, że Eliasz już się nie odezwie z taką siłą.
00
barhel91

Dobrze spędzony czas

Pamiętam jak dziś, kiedy 3 lata temu zacząłem swoją przygodę z Forstem. I choć nasza znajomość zaczeła się przypadko, już na zawsze pozostanę jej wierny. Nic, więc dziwnego, że wiadomość o kolejnej części przygód tego nieokiełznanego komisarza rozbudziła we mnie entuzjazm, który objawił się nieprzespanymi nocami do dnia premiery. "Halny" wieje dość ostro, a przy jego akompaniamencie Dominika i Osica odnajdują zwłoki na jednym z tarzańskich szczytów. Co ciekawe, zwłoki zakonnicy nie są niespodzianką dla Forsta, który na długo przedtem wiedział, że zbrodnia zostanie popełniona. Od tej pory, nic nie jest oczywiste. Zwłoki kolejnych osób oraz odnalezione wskazówki przynoszą coraz więcej pytań. Kto stoi za serią morderstw tym razem? Skąd Forst wiedział o szczegółach zbrodni, nie będąc na jej miejscu? Jaki związek ma z tym wszystkim "Bestia z Giewontu"? Wielbiciele serii na pewno się nie zawiodą. Choć, mam wrażenie, akcja toczy się nieco wolniej niż w poprzednich tomach, czytelnik utrzyman...
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszczyna się głuchy, odległy poszum w lasach

– wicher uderza straszliwą łapą w leśnokamienny świat,

falami rzuca się raz po raz,

halny rozpętał się nad Tatrami.

[…]

Lęk nie ma tutaj wstępu, chociaż śmierć czai się

przy każdym kamieniu.

Jesteśmy gotowi na każdą wersję przeznaczenia.

Jalu Kurek, Świnia Skała

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

 

 

 

1

Szlak pieszy niebieski, 1200 m n.p.m.

 

Dominika Wadryś-Hansen nie odrywała wzroku od ciała. Mimo szalejącego wiatru kobieta leżąca na schodach przed wejściem do kaplicy na Wiktorówkach pozostawała w absolutnym bezruchu. Jej ciało ułożono w pozycji krzyża, a ręce i nogi przebito długimi gwoździami, przytwierdzając je do stopni.

Jedynym, co się poruszało, były wnętrzności wyrywane przez podmuchy halnego z otwartych trzewi. Krew rozlewała się na przestrzeni kilkunastu metrów, przywodząc na myśl makabryczne pociągnięcia pędzla szalonego malarza, a głośny wiatr sprawiał, że wrażenie upiorności się pogłębiało.

Dominika z niepokojem zerknęła na trzeszczące drzewa, które mimo masywnych pni kołysały się jak chorągiewki. Drewniane Sanktuarium Maryjne również wyglądało, jakby zaraz miało ustąpić przed potęgą żywiołu.

Mimo to grupa techników pracowała w pocie czoła, ignorując zbliżający się kataklizm. Próbowali zebrać jak najwięcej próbek, ale dla wszystkich było jasne, że za moment będą musieli szukać schronienia.

– Nie powinno nas tu być – rozległ się głos zza pleców Wadryś-Hansen.

Prokuratorka obróciła się zaniepokojona, ale kiedy dostrzegła, kto do niej dołączył, odetchnęła. Uśmiechnęła się blado i pozwoliła, by Edmund Osica objął ją niemal po ojcowsku.

– Ani nas, ani nikogo innego, panie emerytowany nadinspektorze – odparła.

Osica stanął obok niej i ściągnął poły kurtki z kożuchem.

– Czynny inspektorze – poprawił ją.

– Wrócił pan na służbę?

– Wrócił – potwierdził Edmund. – I pozwolił się zdegradować o jeden stopień, żeby jakiś bejdok w ministerstwie miał satysfakcję.

Dominikę jakiś czas temu doszły słuchy, że Osica miał pokierować nowym wydziałem, ale nie spodziewała się, że tak ochoczo wróci do tego, co przyniosło mu więcej szkody niż pożytku.

Właściwie nie powinna mu się dziwić. Sama była przekonana, że nigdy nie zjawi się z powrotem w Zakopanem. A już szczególnie nie w takich okolicznościach.

– Podejdziemy? – spytał Edmund.

– Za chwilę.

Inspektor niepewnie podniósł głowę i powiódł wzrokiem po górujących nad nimi gęstych koronach drzew.

– Tutaj zaraz rąbnie na nas jakaś gałąź – zauważył pod nosem, a potem zmrużył oczy. – Zresztą niewiele widać.

– Widać to, co najważniejsze.

– Czyli?

– To, co dostrzegał zabójca, kiedy wybrał to miejsce – odparła z przekonaniem Dominika. – Wątpię, żeby zrobił to na chybił trafił. Musi mieć jakieś znaczenie.

W końcu ruszyła powoli w kierunku schodów, a Osica poszedł za nią, powłócząc nogami.

– Ma takie znaczenie, że ktoś chciał dokonać wyjątkowo sakramenckiego obrazoburstwa i aktu herezji – burknął.

Wadryś-Hansen przesunęła wzrokiem po inskrypcji widniejącej nad wejściem na teren sanktuarium. „Królowo Tatr, módl się za nami”.

– Niewykluczone – odparła.

W przypadku Bestii z Giewontu krzyż był po prostu krzyżem. Tym razem jednak chodziło o miejsce kultu maryjnego – w dodatku jedno z najważniejszych nie tylko w Tatrach, ale i na całym Podhalu.

Dominika zachwiała się lekko, kiedy od strony szczytów nadszedł mocny podmuch. Osica machinalnie chciał ją podeprzeć, ale zbyła jego zabiegi zdawkowym uśmiechem. Oboje zatrzymali się przed ciałem i spojrzeli z góry na wywleczone wnętrzności.

– Na litość boską… – jęknął Edmund. – To wygląda, jakby biedaczkę rozszarpało jakieś zwierzę.

– Nie tylko rozszarpało, ale też zaczęło ucztę – zauważył technik kucający przy zwłokach. – I zaprosiło na nią kumpli.

Znów dmuchnęło. Z rozciętego brzucha nieszczęśniczki wyrwała się część treści żołądka, sprawiając, że wszyscy zebrani obrócili się, jakby stali obok kałuży, w którą właśnie wjechał rozpędzony samochód.

Wnętrzności trafiły tylko na ubranego w biały kombinezon technika. Zaklął pod nosem, a potem na powrót zabrał się do analizowania ran na ciele ofiary.

– Co mamy? – spytała Wadryś-Hansen.

– To, co pani widzi.

– Czyli?

– Sadystyczny dowód na to, że ludzkość jest popierdolona – odparł pod nosem kryminalistyk. – W dodatku na siostrze zakonnej.

– Co takiego? – wypaliła Dominika. – To zakonnica?

Mężczyzna skinął głową z ewidentną pogardą wobec czynu i osoby sprawcy, a potem wskazał na rozpłataną klatkę piersiową.

– Widać właściwie tylko tyle, że rany kłute były zadawane prosto w serce. Prawdopodobnie przez nie nastąpił zgon, a potem sprawca zaczął…

Zabrakło mu słów, a Dominika bynajmniej się nie dziwiła.

– Zaczął rozcinać ciało i wywlekać organy – dokończył technik, po czym wskazał w lewo. – Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, krwawe ślady i porozrzucane wnętrzności prowadziły w kierunku lasu. Wyglądało to, jakby sprawca specjalnie znaczył swoją drogę.

Wadryś-Hansen popatrzyła w stronę tabliczki informującej, że niewielkimi drewnianymi schodami można dostać się do WC.

– Sprawdziliście to?

– Tak. Ślady urywały się przy latrynie, potem zabójca musiał wejść w las. Jeśli zostawił jakieś ślady, to halny dawno się z nimi uporał.

Prokuratorka przypuszczała, że morderca wybrał akurat ten dzień nieprzypadkowo. Wiatr osiągający w porywach ponad dwieście kilometrów na godzinę sprawi, że oględziny miejsca zdarzenia właściwie staną się bezsensowne.

Dominika obróciła się do Osicy.

– Da się wcześniej przewidzieć, kiedy wystąpi halny?

– Jak zapyta pani cepra, to powie, że nie. Zawsze go zaskoczy w górach, a potem…

– Dlatego pytam pana.

Edmund mruknął coś niezrozumiałego i skinął głową.

– Ze dwa dni wcześniej wiadomo – odparł. – Sprawca mógł spokojnie się przygotować.

Wadryś-Hansen skrzyżowała ręce i potarła ramiona. Czuła przenikający ziąb, mimo że po latach doświadczeń w górach tym razem była całkiem nieźle przygotowana – miała bieliznę termoaktywną zapewniającą odprowadzanie wilgoci, na niej warstwę termoizolacyjną, dzięki której nie traciła ciepła, a na to wszystko jeszcze kurtkę chroniącą przed wiatrem.

Mimo to odnosiła wrażenie, jakby ktoś wrzucił ją do lodowatej wody.

– Wszystko w porządku? – odezwał się Osica.

– Tak – odparła czym prędzej Dominika i schowała ręce do kieszeni. – Po prostu byłam przekonana, że takie rzeczy mamy już dawno za sobą.

Oboje spojrzeli na rozbebeszone ciało przed kaplicą.

– Kiedy Forst dopadł Gjorda… – podjęła. – Sądziłam, że to koniec.

– Koniec całego sukinsyństwa na świecie? – spytał z powątpiewaniem Edmund. – To chyba niewykonalne.

– Chyba rzeczywiście nie.

– Jedno zło rodzi drugie. A społeczeństwo, które raz go zazna, nigdy się z niego nie wyleczy.

Wadryś-Hansen popatrzyła na inspektora bez przekonania. Wzruszył ramionami, jakby była to najstarsza i najbardziej oczywista mądrość ludowa.

– Mówię tylko, że to, co się tu stało, to logiczna konsekwencja – dodał. – Wynika z tego, co zrobił Gjord Hansen.

Oczywiście miał rację, a Dominika była tego świadoma, od kiedy tylko otrzymała informację o tym, co odnaleziono przed wejściem do kaplicy. Morderca chciał w mniejszym lub większym stopniu powtórzyć makabryczne grzechy Bestii z Giewontu, wzbudzić taki sam, a może nawet większy szok i wywołać głęboki strach w każdym, kto usłyszy o zabójstwie na Wiktorówkach.

– Wie pani, co nam pozostaje do sprawdzenia – odezwał się Osica.

– Wiem.

Oboje zbliżyli się do kobiety i przykucnęli przy niej. Miała nieco ponad trzydzieści lat, a jej martwa, pobladła twarz odznaczała się delikatnymi i łagodnymi rysami. Z jakiegoś powodu sprawiały, że cała ta scena robiła jeszcze bardziej nieludzkie wrażenie.

Dominika założyła lateksowe rękawiczki, a potem ostrożnie odciągnęła żuchwę ofiary. Osica skierował do gardła snop światła z latarki i oboje starali się wypatrzeć jakikolwiek refleks. Na próżno.

Może przesadzili. Może niepotrzebnie zakładali najgorsze.

Owszem, zabójstwo było okrutne, ale to nie znaczyło, że sprawca zamierza rzucać rękawicę Gjordowi, pobić go w okrucieństwie czy skopiować jego modus operandi. Morderca mógł zwyczajnie realizować własne, niezwiązane z Eliaszem chore żądze.

– I nic? – spytał Osica.

Dominika wsunęła palce głębiej w gardło denatki.

– Nic.

– Dzięki Bogu.

Wiatr świszczał między drzewami, budząc u Wadryś-Hansen skojarzenia z gwiżdżącymi demonami lub górskimi bóstwami, które tylko czekają, by z pomocą halnego pokazać śmiertelnikom kruchość ich istnienia.

– Ostatnie, czego nam trzeba, to naśladowca albo kontynuator myśli Hansena – dodał Edmund. – A tak przynajmniej…

– Proszę poczekać.

– Na co? – rzucił z niepokojem Osica.

Prokuratorka w końcu coś poczuła. Twarde, niewielkie ciało obce. Zbyt duże na kawałek zęba, ale chyba też zbyt małe jak na monetę.

Zanim zdążyła wyciągnąć przedmiot, zadęło tak mocno, że niemal straciła równowagę, a głośny trzask więźby w konstrukcji sanktuarium sprawił, że Wadryś-Hansen machinalnie osłoniła głowę. Drzewami otaczającymi niewielką polanę szarpało już tak mocno, że dłuższe pozostawanie bez schronienia było właściwie proszeniem się o tragedię.

– Starczy tego dobrego – powiedział Edmund. – Czas zabierać to ciało do środka.

– Moment…

Dominika na powrót sięgnęła do upiornie rozwartych ust i starała się znaleźć niewielki przedmiot w krtani. Nagle po polanie znów przetoczył się silny podmuch, jakby natura się buntowała, nie chcąc pozwolić, by Wadryś-Hansen bezcześciła zwłoki.

– Pani prokurator – odezwał się technik. – Inspektor ma rację, pora na nas.

Porywy halnego zwalały się na nich jak fale, przywodząc na myśl raczej sztorm na otwartym morzu niż wiatr w górach. Dominika wciąż nie potrafiła odnaleźć przedmiotu. Wsunęła rękę głębiej, starając się nie myśleć o tym, jak rozpycha przełyk.

– Albo się schowamy, albo zaraz będzie tu znacznie więcej zwłok – dodał kryminalistyk.

Jakby na potwierdzenie jego słów tuż przed wejściem na polanę rozległ się głośny trzask. Jedno z drzew nie wytrzymało starcia z halnym i gigantyczna gałąź runęła prosto na szlak. Zanim Wadryś-Hansen na dobre to odnotowała, rozległ się kolejny, tym razem jeszcze głośniejszy łoskot. Jeden z pni pękł z hukiem, a drzewo zwaliło się prosto na tabliczkę z apelem do Matki Boskiej.

W okamgnieniu rozpętało się piekło. Wiatr wiał tak głośno, że nie sposób było usłyszeć osoby stojącej obok, a tumany wnoszonego kurzu i piachu utrudniały zobaczenie czegokolwiek.

Osica złapał Dominikę pod rękę.

– Idziemy! – polecił, starając się przekrzyczeć szalejący wiatr.

Wadryś-Hansen w końcu poczuła to, czego szukała. Potrzebowała jeszcze tylko chwili.

– Pani prokurator!

Zignorowała go, chwytając mocno za skraj przedmiotu. Czuła, że zablokował się gdzieś w przełyku, więc szarpnęła z całej siły. Wyrywając dłoń z ust nieboszczki, poczuła, że wybiła jeden z przednich zębów. Miała jednak to, czego szukała.

– Już! – ryknął Osica, osłaniając oczy ramieniem. – Zabierać ciało!

Pociągnął Dominikę w kierunku drewnianej kaplicy, która bynajmniej nie jawiła się jako bezpieczne schronienie. Upewniwszy się, że prokuratorce nic nie grozi, natychmiast wrócił na zewnątrz, by pomóc pozostałym.

Wadryś-Hansen spojrzała na to, co wydobyła z gardła ofiary.

Zrobiło jej się słabo. Miała to, czego szukała. Jednoznaczne potwierdzenie.

Przesunęła palcem po awersie, oczyszczając go ze śliny i krwi. Właściwie nawet nie musiała tego robić, by zrozumieć, co trzyma w dłoni. Nie był to niespotykany, wybity na daną okazję numizmat – wprost przeciwnie. Monetą, którą zabójca umieścił w krtani ofiary, była zwyczajna złotówka.

Opadła bezsilnie na jedną z ławek przed ołtarzem, pochyliła się i zwiesiła głowę. Nie słyszała wściekle wiejącego halnego. Nie docierały do niej wykrzykiwane polecenia i ponaglenia.

Wbiła wzrok w drewnianą podłogę kaplicy i trwała w bezruchu.

Ktoś postanowił na nowo realizować wynaturzoną misję Gjorda. A może nawet więcej, przebić to, czego dopuścił się Eliasz. Dominika wzdrygnęła się na samą myśl.

Ocknęła się na dobre dopiero, kiedy Osica do niej dołączył. Inspektor wsparł się na kolanach i dyszał ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton.

Ktoś zamknął drzwi do sanktuarium, ale dźwięk szalejących podmuchów zmalał tylko nieznacznie. Więźba nadal trzeszczała, jakby miała się poddać, a przeraźliwy świst zdawał się wydobywać spomiędzy wszystkich desek w ścianach.

– Horror – rzucił cicho Edmund.

Wadryś-Hansen podniosła na niego wzrok.

– Horror dopiero się zacznie, panie inspektorze.

– Matko Boska, niech pani nie mówi, że… – odburknął i zrobił krótką pauzę. – Znalazła pani monetę?

Dominika powoli skinęła głową. Wszystko zacznie się na nowo.

Przypuszczała, że Osica będzie od razu chciał zobaczyć numizmat, ten jednak milczał, patrząc na nią z niepewnością. Coś było nie w porządku, inspektor od razu powinien zainteresować się tematem.

– Proszę mi powiedzieć… – zaczął ostrożnie. – To zwykła polska moneta? Złotówka?

Wadryś-Hansen zmarszczyła czoło. Wciąż trzymała ją w dłoni, nie było najmniejszych szans, by Edmund cokolwiek zobaczył.

– To bilon o wartości jednego złotego? – powtórzył. – Najzwyczajniejszy na świecie?

Wstała powoli, przypatrując się Osicy.

– Skąd pan wie?

Zamiast odpowiedzieć, inspektor przesunął dłonią po przerzedzonych włosach.

– Jezus Maria… – jęknął. – Nie wierzę.

– W co? – odparła machinalnie prokuratorka. – I skąd pan wiedział? – powtórzyła stanowczo.

Osica potrząsnął głową. Drewniana konstrukcja sanktuarium znów wydawała dźwięk, jakby mogła odczuwać ból.

– Od Forsta – rzucił inspektor.

– Co takiego?

– Dwa dni temu powiedział mi, że Bestia wróci. I że wyceni życie ofiary na jeden złoty.

 

 

 

 

 

 

2

Sanktuarium Maryjne, Wiktorówki

 

Przy każdym kolejnym podmuchu i trzasku kaplicy Osica powtarzał sobie, że nie ma się czym przejmować, bo Matka Boska Jaworzyńska czuwa nad tym miejscem. Przetrwało tyle halnych od lat trzydziestych poprzedniego wieku, że na pewno przetrwa i ten.

Chyba że opieka Bożej opatrzności skończy się właśnie teraz. W końcu na schodach tej świątyni bestialsko zamordowano zakonnicę, a potem okaleczono jej ciało. Zupełnie jakby ktoś nie tyle rzucał patronce tego miejsca wyzwanie, ile próbował splunąć jej w twarz.

Edmund poczuł nieprzyjemny chłód i czym prędzej się przeżegnał.

– O czym pan mówi? – odezwała się Dominika. – Jak to: Wiktor panu powiedział?

Osica wzruszył ramionami.

– Przewidział to?

– Mówię tylko, co od niego usłyszałem.

– Ale… gdzie? Kiedy? W jakich okolicznościach?

– W takich jak zwykle.

Prokuratorka świdrowała go spojrzeniem, a on zdał sobie sprawę, że Dominika nie ma pojęcia, co w ostatnim czasie działo się z Forstem. Nie rozmawiał z nim na jej temat, ale bynajmniej nie musiał, by wiedzieć, że nie mają ze sobą kontaktu.

– Czyli? – zapytała Wadryś-Hansen. – Jakie to są okoliczności? Widywał się pan z nim?

Edmund nabrał głęboko tchu. Ta kobieta z pewnością zasługiwała na jak najdokładniejsze wyjaśnienia. Nie miał wątpliwości, że wciąż czuje coś do Forsta i sam ten fakt wystarczał, by Osica głęboko jej współczuł.

Obejrzał się przez ramię na techników, którzy zabezpieczali ciało zakonnicy. Krew rozlała się między ławkami, sprawiając, że Osica miał ochotę zmówić kilka zdrowasiek.

– Panie inspektorze…

– Tak, tak, przepraszam – rzucił szybko. – Kiedy ostatnim razem go pani widziała?

– A jakie to ma znaczenie? – ofuknęła go. – Niech pan mówi, skąd on wiedział, co się stanie.

– Ale…

– Żadnych ale. Mamy martwą kobietę i monetę w gardle.

– Wiem – bąknął Edmund. – Chodzi mi tylko o to, że potrzebny jest kontekst.

– Jaki znowu kontekst?

– Musi pani wiedzieć, co się działo, żeby zrozumieć.

Wadryś-Hansen pokręciła głową, ale zrobiła to zupełnie bez przekonania.

– Więc? – spytał Osica. – Kiedy ostatnio się z nim pani widziała?

Dominika przez moment wyglądała, jakby się zastanawiała, ale inspektor nie miał złudzeń, że naprawdę musi to robić. W istocie doskonale pamiętała zarówno datę ostatniego spotkania, jak i okoliczności.

– To było jakieś dwa lata temu – powiedziała.

– Wtedy ja z kolei nie wiedziałem, co się z tym huncwotem dzieje.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odparła, a on mógłby przysiąc, że zobaczył w jej oczach rozrzewnienie. – Jakiś czas po tym, jak spotkaliście się ostatni raz na Giewoncie, Wiktor wyjechał do Krakowa.

Osica doskonale o tym wiedział. Skinął jednak głową z zaciekawieniem, by Dominika nie przestała mówić.

– Wynajął kawalerkę niedaleko mnie.

– Więc spotykaliście się – odparł. – Byliście razem.

– Chyba najlepiej powiedzieć, że próbowaliśmy i…

Zawiesiła głos, a Edmund przypuszczał, że za moment usłyszy to, co niemal siłą musiał wyciągnąć z Forsta jakiś czas temu.

– Początkowo wszystko się układało – dodała po chwili Wadryś-Hansen. – Przedstawiłam nawet Wiktora dzieciom. Od razu złapali dobry kontakt i przez tych kilka miesięcy był dla nich jak… świetny kumpel.

Osica znów pokiwał głową. Forst miał wprawdzie beznadziejne podejście do większości ludzi, ale z jakiegoś powodu dzieci go lubiły – choć sam upierał się, że sobie z nimi nie radzi.

– Potem wszystko się posypało – dorzuciła Dominika głosem na tyle stanowczym, by rozmówca zrozumiał, że nie ma zamiaru rozwijać.

Szkoda. Osicy udało się wyciągnąć z Forsta właściwie też tylko tyle. Nigdy nie powiedział, co się wydarzyło – co było tak istotne, że pewnego dnia przekreślił całą swoją przyszłość, spakował się i po prostu wrócił do Zakopanego.

– I to było dwa lata temu? – odezwał się Edmund.

– Tak. Od tamtej pory nie wrócił już do Krakowa.

– I nie kontaktował się w żaden sposób?

– Nie – odparła ciężko Dominika. – Ostatnio, kiedy byłam w Warszawie, myślałam, że się odezwał, ale się pomyliłam. Napisałam mu później wiadomość, ale…

– Nie doczekała się pani odpowiedzi – uciął szybko inspektor. – Bo Forst od jakiegoś czasu nie ma komórki.

Dopiero teraz opadł ciężko na ławkę obok prokuratorki. Oboje zawiesili wzrok na niewielkim drewnianym ołtarzu ozdobionym góralskim wzornictwem. Przez moment trwali w bezruchu, starając się usłyszeć własne myśli, a nie potworne wycie wiatru i niesione nim kawałki gałęzi, które uderzały o dwuspadowy dach.

– Wie pan, co się z nim działo?

– Wiem – odparł ciężko Osica. – Odezwał się do mnie, kiedy wrócił z Krakowa.

Dominika rzuciła mu pytające spojrzenie, a on zobaczył w nim nadzieję na uzyskanie odpowiedzi.

– Nigdy nie zdradził, dlaczego wyjechał – dodał szybko Edmund. – W tym względzie wiem mniej niż pani.

– A w innych?

Były komendant zakopiańskiej policji głęboko nabrał tchu.

– Nie wiem, czy pani wiedziała, ale krótko po wyjeździe sprzedał mieszkanie przy Piaseckiego.

– Nie wiedziałam.

Osica zdawał sobie sprawę, że to dość bolesny cios dla prokuratorki. Musiała natychmiast zrozumieć, że Wiktor w istocie planował przenosiny do stolicy Małopolski, a skoro tak, to także wspólne życie.

Coś się jednak zmieniło.

– Jak wrócił, kupił walącą się chałupę przy Mraźnicy – dodał Edmund.

– Mraźnica? To jakaś polana?

– Może być i polana, i dzielnica, ale mnie się rozchodzi o ulicę. Chałupa stoi tuż pod reglami, z dala od innych zabudowań. Nie prowadzi do niej nawet utwardzona droga dojazdowa.

– Brzmi jak miejsce w sam raz dla Wiktora.

Inspektor pokiwał głową, bo rzeczywiście tak było. Forst miał tam całkowity spokój, przynajmniej jeśli chodziło o bodźce ze świata zewnętrznego. W każdym innym aspekcie musiał jednak zmagać się z demonami, które nie dawały mu spokoju.

– Mieszka tam od dwóch lat – ciągnął Osica. – W kompletnej zgodzie z naturą. Nie ma w tej chałupie prądu, wody ani ogrzewania. Codziennie rano albo biega pod reglami, albo łazi w góry przez Suchy Żleb, omijając szlaki turystyczne.

Wadryś-Hansen milczała.

– Przygarnął jakiegoś znajdę, zwykłego kundla. I to właściwie jedyne towarzystwo, jakie tam ma. Raz na tydzień czy dwa przyjeżdżam, żeby sprawdzić, czy ten cymboł jeszcze dycha, ale nie zawsze mnie wpuszcza. Czasem udaje, że go nie ma. A czasem w ogóle go nie zastaję, bo jest w górach.

Osica wciąż nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Oderwał wzrok od figurki Matki Boskiej na ołtarzu i popatrzył na Dominikę.

– Zmierza pan do czegoś? – spytała.

– Do tego, że to niekoniecznie Forst, którego pani znała.

– I?

– I dlatego kiedy dwa dni temu powiedział mi o tym, że Bestia wróci i wyceni życie ofiary na jeden złoty, cóż…

– Uznał pan, że zwariował? – rzuciła prokuratorka. – Zamiast zawiadomić mnie i obecnego komendanta?

Osica kaszlnął chrapliwie i odwrócił wzrok.

– To niezupełnie tak.

– Więc jak?

– Oczywista, że od razu zainteresowałem się sprawą – zadeklarował inspektor. – Ale to, co usłyszałem… nie przekonało mnie, że cokolwiek jest na rzeczy.

Wadryś-Hansen przełożyła rękę nad oparciem ławki i wbiła wzrok w Edmunda.

– To znaczy? – rzuciła. – Co pan od niego usłyszał?

– Że spotkał w górach Jaśka Kiklę z Bukowiny.

Dominika ściągnęła brwi, jakby starała się stwierdzić, czy imię i nazwisko powinno jej cokolwiek powiedzieć.

– Przepraszam, ale…

– To mag – wpadł jej w słowo Osica. – Czarownik.

– Słucham?

– Legenda mówi, że jako dziecko został porwany przez czarodziejów ze Spisza i wywieziony z Polski. Zanim skończył szkolenie, odnalazła go matka i zabrała z powrotem do Zakopanego. Mieszkał tutaj, targany na przemian złymi i dobrymi mocami, bo…

– O czym pan mówi?

– O tym, że Forst twierdził, iż gdzieś w Dolinie za Bramką spotkał maga, rozumie pani?

Dominika się nie odezwała.

– I że ten mag przepowiedział mu, co się wydarzy.

– Żartuje pan sobie?

– Nie – odparł Osica i westchnął. – Dlatego musiałem zarysować, co działo się z Forstem w ostatnim czasie. Zmienił się, odciął się od realnego świata i bliżej mu teraz do… do jakiejś dziwnej duchowości, bliskości z naturą. Do kurwy nędzy, niewiele brakuje, żeby zaczął mówić o duchach mieszkających w skałach, rozumie pani?

– Chyba nie.

– Kiedy przedstawiał mi to spotkanie z Kiklą, mówił, jakby święcie wierzył, że dojdzie do kolejnego zabójstwa. Wycenionego na złotówkę.

– A pan?

– Co ja?

– Nie uwierzył pan?

Edmund parsknął z niezadowoleniem.

– A co, pani by mu uwierzyła? – spytał.

Prokuratorka przez moment milczała. Obejrzała się na techników, którzy umieścili ciało zakonnicy w czarnym worku i usiedli w tylnych ławach. Sprawiali wrażenie, jakby cudem wymknęli się śmierci. Może coś w tym było, bo gdyby zostali chwilę dłużej na otwartym terenie, halny nie okazałby łaski.

– I tak po prostu pozwolił panu to zbagatelizować? – odezwała się po chwili Wadryś-Hansen. – To do niego niepodobne.

– Mówię, że to niekoniecznie ten Forst, którego pani…

– Nie mógł zmienić się aż tak.

Osica wyciągnął chusteczkę wielorazowego użytku zza pazuchy i wydmuchawszy nos, schował ją z powrotem do kieszeni.

– Mógł – odparł cicho. – Nie próbował mnie przekonywać, bo w gruncie rzeczy na niczym mu już nie zależy. Zupełnie jakby nie obchodziły go sprawy doczesne. Mówię, łazi codziennie w góry, szukając kontaktu z naturą, Bogiem… cholera wie z czym lub z kim. To, co dzieje się na dole, przestało go interesować.

Gdzieś z oddali doszedł trzask łamanego drzewa. Był tak głośny, że nie ulegało wątpliwości, iż poddał się wyjątkowo solidny i stary pień. Halny tymczasem dopiero zaczynał destrukcyjne dzieło. Ledwo zapowiadał, na co go stać.

Zniszczenia w całym regionie będą potworne. Ucierpi wiele domów, sporo samochodów zostanie sprasowanych, a linii energetycznych zerwanych. Szlaki w Tatrach zostaną zaścielone powalonymi drzewami, bez strat w ludziach z pewnością się nie obejdzie.

Terror, który zasieje halny, nie będzie miał tylko wymiaru fizycznego. Zawsze, kiedy występował, zbierał żniwa w umysłach górali. To właśnie podczas halnego dochodziło do rekordowej liczby samobójstw.

Ludzie szaleli nie mniej niż zwierzęta, które pozamykane w stodołach i innych schronieniach odchodziły od zmysłów, przerażone dmącym wietrzyskiem i jego metafizycznym ładunkiem, którego żaden umysł nie potrafił objąć.

Tak silny, sprzeczny z racjonalnością wiatr zdawał się wywiewać duszę z ciała, a wraz z nią także rozum z głowy.

– Panie inspektorze? – odezwała się Dominika.

Osica się otrząsnął. Złowieszcza aura zaczynała dobierać się także do niego.

– Coś pani mówiła?

– Że to wszystko brzmi nie tak, jakby Wiktor oszalał, tylko jakby w końcu znalazł spokój.

Edmund popatrzył na nią, marszcząc czoło.

– Jeśli przez spokój rozumie pani zamknięcie wariata w kaftanie bezpieczeństwa, to tak – odparł pod nosem. – To mniej więcej taki rodzaj spokoju Forst rzeczywiście odnalazł.

Widział, że chciała zapytać o wiele więcej, ale się powstrzymała. Nie przyjechała tutaj, żeby odświeżyć wiadomości na temat Wiktora. Miała zbadać kolejne makabryczne morderstwo i ująć sprawcę, nim fala zbrodni znów zaleje Tatry.

A mimo to od Forsta nie ucieknie, bo ewidentnie był z tym wszystkim powiązany.

– Myśli pan, że faktycznie kogoś spotkał w górach? – odezwała się.

Osica ściągnął poły kurtki.

– Znaczy o co konkretnie pani pyta? – odbąknął. – O to, czy mu kompletnie odbiło? O to, czy objawił mu się mag z legend tatrzańskich? A może o to, czy to sam zabójca zapowiedział mu dokonanie zbrodni?

Dominika potarła ramiona.

– No, jest jeszcze jedna możliwość – dodał Edmund. – Że Forst wiedział, do czego dojdzie, bo sam to zaplanował. I to on zarżnął zakonnicę.

Inspektor zerknął niepewnie na figurkę Matki Boskiej i szybko się przeżegnał.

– Oboje wiemy, że to absurdalne – powiedziała Wadryś-Hansen.

– Jeśli chodzi o Forsta, którego pani zna? Całkowicie absurdalne – przyznał Osica. – Ale ten, który obecnie mieszka na odludziu, jest zdolny do wszystkiego.

– Przesadza pan.

– Chciałbym – mruknął Edmund. – Prawda jest taka, że od dobrych kilkunastu miesięcy nawet nie da się z nim normalnie pogadać. Kiedy przyjeżdżam, napali w piecu i nastawi wodę na herbatę, a potem siedzimy przy stole i milczymy. Więcej mówi do tego swojego kundla niż do ludzi.

Dominika westchnęła i podniosła się. Zaczęła chodzić po sanktuarium, próbując pobudzić nieco krążenie.

– Po drugiej stronie budynku jest kuchnia – odezwał się inspektor. – Możemy się tam ogrzać.

– Nie trzeba.

– To czego pani trzeba?

Dominika stanęła tyłem do ołtarza, jakby go nie widziała, a potem zmusiła się do bladego uśmiechu. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości, a prokuratorka sięgnęła do torebki po komórkę.

Osica przypuszczał, że to spóźniony alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, ostrzegający przed porywistym wiatrem i zalecający zabezpieczenie domu oraz pozostanie w nim do momentu ustania halnego.

Wadryś-Hansen jednak stanowczo zbyt długo przyglądała się telefonowi, a kiedy podniosła wzrok, Edmund zobaczył w jej oczach coś, co sprawiło, że poczuł na plecach nieprzyjemne ciarki.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Gjord…

Osica wstał.

– Co z nim? – rzucił nerwowo. – Co zrobił?

Dominika uniosła lekko rękę, powstrzymując Edmunda przed zadaniem kolejnych pytań, a potem wybrała czyjś numer i przyłożyła komórkę do twarzy. Zasłoniła drugie ucho, by móc słyszeć rozmówcę, po czym odeszła w głąb nawy.

Osica nerwowo czekał, aż usłyszy jakieś szczegóły.

Co, do cholery, mógł zrobić pieprzony Eliasz? Znajdował się na oddziale dla więźniów niebezpiecznych, nie opuszczał celi, nie mógł nawet uchylić okna. O rozmowach z kimkolwiek nie było mowy i nawet kiedy chciał skorzystać z kibla, miał świadomość, że przez kamerę obserwuje go dyżurny.

Nie mógł nic. Absolutnie nic.

Pędził namiastkę egzystencji, całkowicie pustelniczą i pozbawioną wszelkich przyjemności oraz wygód – choć zdaniem Osicy nie zasługiwał nawet na to.

Może do tego samego wniosku doszedł któryś ze współwięźniów lub strażników? Może znaleźli jakiś sposób, by wymierzyć sprawiedliwość za te wszystkie ofiary?

Rozmowa Dominiki trwała kwadrans. Kiedy wreszcie skończyła, halny się wzmógł, a Edmund pożałował, że nie ma ze sobą żadnej gorzały.

– I? – rzucił, kiedy tylko Wadryś-Hansen wróciła przed ołtarz. – O co chodzi?

– Cztery godziny temu Gjord poprosił o rozmowę z dyrektorką zakładu karnego.

– Prosić to on sobie może.

– Twierdził, że ma informacje na temat zabójstwa, do którego właśnie doszło na Wiktorówkach.

– Że co, do cholery?

Dominika nabrała głęboko tchu, po czym spojrzała na technika, który kulił się w kurtce na jednej z dalszych ławek. Poczekała, aż ten złowi jej wzrok, a potem zapytała:

– Jaki jest szacowany czas zgonu?

– Za wcześnie, żeby…

– Orientacyjnie. Widział pan plamy opadowe, wie pan, jaka jest mniej więcej temperatura. Proszę dokonać szacunku.

Mężczyzna nie był przesadnie zadowolony, ale w końcu skinął głową.

– Powiedziałbym, że od czerech do sześciu godzin – oznajmił. – Ale więcej będę mógł stwierdzić w prosektorium.

Wadryś-Hansen przeniosła wzrok na Osicę.

– To niemożliwe – powiedział inspektor. – Ten skurwysyn nie miałby skąd się o tym dowiedzieć. Ani tym bardziej tego zaplanować. Jest kompletnie odizolowany, nie może nawet pierdnąć bez wiedzy strażników.

– Wiem, panie inspektorze.

Edmund nerwowo przesunął dłonią po karku. Nie było żadnego sposobu, by Gjord Hansen przyłożył do tego rękę. Żadnego. Żył pod lupą, całkowicie odcięty od świata i…

Nie, do jasnej anielki, nie. To nie mogło dziać się naprawdę.

– Twierdzi, że ma informacje o kolejnym zabójstwie – ciągnęła Dominika.

– Psiakrew…

– I przekaże je w porę, zanim pojawi się kolejna ofiara. Ma tylko jeden warunek.

– Na litość boską… jaki? – jęknął inspektor. – Nikt o zdrowych zmysłach ani go nie wypuści, ani nie przeniesie. O lepszych warunkach bytowych też nie ma mowy. Hansen musi zdawać sobie z tego sprawę.

– Zdaje.

– Więc czego ten skurwiel chce?

– Niczego. Ale jest gotów rozmawiać z tylko jedną osobą.

Osica pobladł.

– Z Wiktorem Forstem – dodała prokuratorka.

 

 

 

 

 

 

3

Wiktorówki, Dolina Złota

 

Dominika wytrzymała dwadzieścia minut, zanim podjęła próbę wyjścia na zewnątrz. Sama starała się przemówić sobie do rozsądku i przekonać się, że jedyne, co może w tej chwili zrobić, to czekać.

Na próżno. Kiedy jej cierpliwość się skończyła, zerwała się z ławki i zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku wyjścia z sanktuarium. Wiatr nadal targał drzewami i drewnianą konstrukcją, jakby miał je połamać, ale Wadryś-Hansen nie miała zamiaru dłużej się tym przejmować.

Gjord nie był gotów powiedzieć dyrektorce więzienia ani słowa więcej, dopóki nie porozmawia z Forstem. Po przedstawieniu tego warunku milczał jak grób i właściwie nie było z nim kontaktu.

– Jezus Maria, dokąd pani idzie? – rzucił Osica, ruszając za nią.

– A jak pan sądzi?

– Moment…

Zatrzymała się przed drzwiami tylko dlatego, że dwóch zakopiańskich policjantów zastąpiło jej drogę. Spojrzeli na nią, jakby postradała rozum, a potem skierowali pytający wzrok na najstarszego stopniem oficera.

Edmund dał im znak, by się nie odsuwali.

– Zwariowała pani? – zapytał.

Obejrzała się przez ramię.

– A pan? – odparowała. – Straciliśmy już mnóstwo czasu, a teraz każda minuta jest na wagę złota.

– Bez przesady.

Zgromiła go spojrzeniem, a potem wskazała na zamknięte drzwi. Halny dalej świszczał tak głośno, że wszyscy musieli porozumiewać się podniesionymi głosami.

– Gdzieś tam jest seryjny zabójca, który albo jest sterowany przez Gjorda, albo stał się jego copycatem.

Edmund pokręcił głową i wydął usta.

– Hansen nikim nie steruje. Nie ma takiej choćby hipotetycznej możliwości.

– To skąd wiedział, co się wydarzy?

– Może zabójca przekazał mu w jakiś sposób wiadomość. W to jeszcze jestem w stanie uwierzyć, ale…

– Mniejsza z tym – ucięła Wadryś-Hansen. – W tej chwili liczy się tylko to, żeby jak najszybciej ująć tego człowieka.

– Co do tego nie mam wątpliwości, tylko że…

– Oboje wiemy, że planuje już kolejne morderstwo – przerwała mu stanowczym tonem Dominika. – A może nawet właśnie go dokonuje.

Nie musiała przekonywać Osicy. On także zdawał sobie sprawę z tego, że to dopiero początek.

Mimo to jeszcze raz dał dwóm funkcjonariuszom znak, by się nie odsuwali.

– Jak tam pani wyjdzie, zginie pani – orzekł.

– Jak nie wyjdę, zginie ktoś inny.

Edmund cmoknął z dezaprobatą.

– Dobrze pan o tym wie.

– Wiem tylko, że na zewnątrz wieje w porywach dwieście kilometrów na godzinę, a pani chyba sobie tego nie uświadamia – syknął.

Dominika zrobiła krok naprzód.

– Doświadczyła pani kiedyś halnego? Na własnej skórze?

– Nie.

Inspektor pokiwał głową ze współczuciem, jakby chciał pokazać, co czeka Wadryś-Hansen w nadchodzących godzinach.

– To jest zasrana kołysanka diabła – oznajmił. – Wściekły żywioł, który szarpie za najciemniejsze struny duszy i z normalnego człowieka robi szaleńca, tak jak teraz z pani.

Dominika nie miała zamiaru tego słuchać. Podeszła bliżej i wbiła wzrok w tego z funkcjonariuszy, który zdawał się mniej pewny siebie.

– Z drogi.

– Ani się waż – rzucił szybko Edmund do chłopaka. – Pani prokurator nie wie, co robi. Nie ma pojęcia, że kiedy halny zastaje kogoś na szlakach, jest tylko jedna możliwość ratunku: paść na glebę i czołgać się jak najniżej. Inaczej można żegnać się z życiem.

Nagle rozległ się głośny trzask, a zaraz potem huknięcie, jakby gdzieś w okolicy eksplodował ładunek wybuchowy. Wszyscy machinalnie się skulili, a Wadryś-Hansen powiodła zaniepokojonym spojrzeniem po dachu kaplicy.

– Drzewo się gdzieś zwaliło – oświadczył Osica. – I jak tam pani wyjdzie, to nie tylko usłyszy, ale i zobaczy kolejne.

– Jakoś sobie poradzę.

– Chce pani zginąć, do cholery?

– Chcę ocalić ludzkie życia, panie inspektorze.

Edmund zaklął pod nosem i rozłożył ręce.

– Chryste Panie, ta rozmowa przywodzi mi na myśl te, o których chciałbym zapomnieć – bąknął.

– Słucham?

– Te z Forstem – dodał mrukliwie Osica. – Naprawdę się dobraliście.

Miała ochotę powiedzieć mu, że bynajmniej się nie dobrali, ale znów rozległ się ogłuszający trzask, a całe sanktuarium zdawało się zatrząść. Dominika opuściła wzrok. W końcu musiała przyznać Osicy rację – wychodzenie w takich warunkach było właściwie samobójstwem.

Odwróciła się do inspektora.

– Jak długo będzie tak wiało?

Jedyną odpowiedzią, którą otrzymała, było wzruszenie ramion funkcjonariuszy.

– Mniej więcej – dodała.

Osica podrapał się po głowie.

– Czasem duje kilka godzin, innym razem parę dni. Pamiętam, że kiedyś trwało to chyba z tydzień – wyjaśnił.

– Rekord to jedenaście dni, panie inspektorze – odezwał się jeden z młodych. – Ale RCB informowało, że alert pogodowy obowiązuje tylko do jutrzejszego wieczora.

Wadryś-Hansen bezradnie westchnęła. Jeśli utkną tu na tak długo, nie sposób będzie nawet liczyć na to, że unikną kolejnych ofiar. Zabójca, który rozpoczyna od brutalnego morderstwa zakonnicy na schodach sanktuarium, z pewnością nie poprzestanie, dopóki nie pobije Gjorda Hansena w sianiu grozy.

Dominika wytrzymała jeszcze pół godziny. Potem zabrała swoje rzeczy, zasunęła pod szyję kurtkę i znów ruszyła ku wyjściu.

– Pani prokurator… – zaapelował Edmund.

– Nie mam zamiaru dłużej tu siedzieć. Zresztą wieje nieco mniej.

Właściwie była to prawda, choć nieco naciągana. Nie słychać było już łamiących się drzew, niemniej jednak wciąż świszczało tak głośno, że trudno było wytrzymać.

– Idę – zadeklarowała. – A pan może albo mi towarzyszyć, albo czekać tutaj.

Wadryś-Hansen ani przez moment nie spodziewała się, że Edmund zostanie. Nie pomyliła się. Inspektor szybko zabrał swoje rzeczy, klnąc pod nosem w gwarze góralskiej, a potem ruszył za Dominiką.

Ledwo wyszli na zewnątrz, zwątpiła w racjonalność swojego planu.

– Gdzie pani zaparkowała? – zapytał Osica, pocierając ramiona.

Wadryś-Hansen wskazała w lewo, w stronę Rusinowej Polany.

– Na końcu zielonego szlaku.

– Przy drodze na Łysą Polanę?

– Chyba tak.

– To jakieś trzy kilometry stąd – ocenił Edmund. – W dodatku będziemy musieli przejść przez Goły Wierch.

– I?

– I moje auto stoi przy drodze Oswalda Balzera. Nieco bliżej. I można dojść tam bez wychodzenia na otwartą przestrzeń.

Wystarczyło, że Dominika skinęła głową. Ruszyli niebieskim szlakiem w kierunku Małego Cichego, rozglądając się uważnie i nie mogąc pozbyć się wrażenia, że za moment zwalą się na nich wszystkie okoliczne drzewa.

Raz po raz targały nimi podmuchy tak potężne, że pnie się wyginały, a z głębi lasu dochodziły niemal ludzkie, pełne bólu i agonalne jęki. Dominika starała się na nich nie skupiać, pokonując metr za metrem leśną ścieżką.

– Co zamierza pani powiedzieć Forstowi? – spytał głośno Osica, starając się przekrzyczeć wiatr.

Wadryś-Hansen poprawiła kaptur i obróciła głowę w kierunku rozmówcy.

– Prawdę.

– I liczy pani, że to wystarczy? Że tak po prostu zdecyduje się nam pomóc?

– Tak.

– Więc chyba przegapiła pani, jak mówiłem, że to nie ten Wiktor, którego pani pamięta.

Dominika nie spodziewała się, że zmienił się aż tak, by odmówić współpracy. Być może rzeczywiście nie obchodziło go nic poza wędrowaniem po górach, bieganiem po reglach i wyprowadzaniem psa, ale kiedy przyjdzie co do czego, Forst stanie na wysokości zadania. Nie przejdzie obojętnie obok zagrożenia, które się pojawiło.

Przeszli kilkaset metrów, chroniąc się przed sypiącymi się sponad głów igłami i gałęziami, nim musieli się zatrzymać. Zwalony konar zatarasował drogę i nie było sposobu, by go obejść.

Zaczęli mozolnie usuwać połamane fragmenty drzewa, a wzmagający się wiatr bynajmniej im nie pomagał. Pracowali w pocie czoła, pomagając sobie wzajemnie z cięższymi kawałkami. Prokuratorka czuła, że podstawowa warstwa ubrania stała się całkowicie wilgotna, a ciepło nie ma gdzie uciec.

W końcu udało im się oczyścić drogę na tyle, by przejść, ale stracili mnóstwo sił. Wadryś-Hansen miała wrażenie, że w podobny sposób będzie wyglądało zmaganie się z całą tą sprawą. Ogrom ciężkiej roboty tylko po to, by w ogóle ruszyć naprzód.

Poszła ostrożnie w kierunku drogi Oswalda Balzera, starając się zignorować pandemonium. Zdawało jej się, że wokół szaleją nie tyle podmuchy wiatru, ile tchnienia samego szatana, a świat zmierza ku nieuchronnej apokalipsie. Gniew starotestamentowego Boga, nieuchronny koniec ludzkości. Podmuchy szarpały nią na boki, poniewierały i niemal unosiły, jakby jakaś przemożna siła nie chciała pozwolić jej, by dotarła do Forsta.

Do celu dobrnęli po dwudziestu minutach, a potem z ulgą weszli do mondeo Osicy. Ledwo zamknęli drzwi, oboje odetchnęli, jakby uszli śmierci sprzed nosa. Edmund zapuścił silnik i podkręcił ogrzewanie.

Drzewa przy drodze chwiały się tak mocno, jakby miały zostać wyrwane razem z korzeniami. Dominika miała wrażenie, że zostając tu dłużej, kuszą los.

– Jedźmy – poleciła.

Edmund ruszył w stronę Małego Cichego, rozglądając się uważnie, jakby tylko czekał, aż na drodze pojawi się jakieś zagrożenie. Pogłośnił nieco radio, by nie skupiać się na dźwiękach uderzających w auto igieł i gałęzi.

Wystarczyło, że odjechali kawałek od gór, a zrobiło się spokojniej. Nad Zakopanem zaczynało prześwitywać słońce, wiatr zdawał się już nie demonicznym tworem, ale zwykłym elementem natury.

Po dziesięciu minutach minęli Jaszczurówkę, a potem przejechali przez centrum miasta i skierowali się ku Gronikowi. Na Mraźnicę dotarli pół godziny po opuszczeniu szlaku.

Osica zaparkował na poboczu, tuż pod lasem, po czym wskazał samotną, drewnianą chałupę pod wejściem na regle. Miejsce rzeczywiście było dość odludne i doskonale pasowało nawet do tego Forsta, którego Dominika znała.

– Nie ma drogi dojazdowej – odezwał się Edmund. – Mówi, że mu niepotrzebna.

– Chyba ma rację.

– Ale przez to muszę targać zakupy przez pole.

Prokuratorka rzuciła mu krótkie spojrzenie.

– Robi mu pan zakupy?

– Czasem – przyznał z niezadowoleniem Edmund. – Musi przecież żyć jak cywilizowany człowiek.

Wadryś-Hansen skinęła głową i ruszyła przez polanę w kierunku otoczonej drzewami chaty. Przy tak silnym wietrze wydawało się, że stoi tylko cudem. Już z oddali było widać, że cała konstrukcja się przekrzywiła, drewno jest stare, a szyby w oknach trzymają się na słowo honoru.

Drzwi, przed którymi stanęli, wyglądały, jakby można je było wyważyć lekkim kopniakiem. Osica zapukał, a potem odsunął się o krok.

Czekali.

Dominika nie była pewna, czego się spodziewać. Po tym, co usłyszała, mogła rzeczywiście mieć do czynienia z innym człowiekiem. Ale jak bardzo innym? Jak wiele zmian mogło zajść w Wiktorze? Nie stało się nic, co tłumaczyłoby wielką metamorfozę – wszystko, co najgorsze, było już dawno za nim.

Edmund załomotał ponownie, tym razem również bez skutku.

– Forst!

Żadnej odpowiedzi. Inspektor obrócił się do Wadryś-Hansen i rozłożył lekko ręce.

– Musiał gdzieś poleźć – ocenił.

– W taką pogodę?

– Jemu to nie przeszkadza. Założył pewnie, że w najgorszym wypadku zginie – burknął były komendant. – W sumie niewielka różnica, bo co to za egzystencja…

Dominika zapukała, a potem zajrzała do środka przez zabrudzone okno. Wydawało się, że w domu nikogo nie ma.

– Forst! – spróbował jeszcze raz Osica.

Nadal brak odpowiedzi.

Wiatr odpuścił niemal zupełnie, jakby chciał dać wytchnienie przed kolejnym uderzeniem, a Dominika usłyszała ciche szczekanie psa z tyłu budynku. Wymieniła się z Edmundem krótkim spojrzeniem, po czym ruszyli na drugą stronę.

Minęła winkiel i zobaczyła mężczyznę w czerwono-czarnej koszuli w kratę, który stał przy pniaku z siekierą w ręku. Był odwrócony tyłem, nie widział przybyszów. Uniósł narzędzie, a potem z impetem opuścił je na kawałek drewna.

Wadryś-Hansen z trudem przełknęła ślinę, czując się, jakby za moment miała odbyć najtrudniejszą rozmowę w życiu.

Mały kundel znów zaszczekał.

– Cicho, Aleks – rzucił Forst, nie odwracając się, a potem usunął szczapę z pniaka i ułożył na nim następny kawałek drewna.

Dominika zrobiła krok w jego kierunku.

– Nazwałeś psa Aleks?

Wiktor obrócił się raptownie, jakby poraził go prąd. Zamarł z siekierą w dłoni, wbijając wzrok prosto w oczy Wadryś-Hansen. Przez moment zdawał się nie rozumieć, co się dzieje, jak spłoszone zwierzę, które wypadło na drogę i natrafiło na długie światła pędzącego na nie samochodu.

Forst milczał, a Dominika pożałowała, że nie zaczęła tej rozmowy w bardziej przemyślany sposób. Spodziewała się, że Osica od razu się włączy, ale ten skinął tylko niedbale głową.

– To dobre imię – odezwał się w końcu Wiktor. – Choć długo nie mogłem zdecydować między nim a Edkiem.

– Na litość boską, Forst…

– Powinien pan traktować to jako niedoszły komplement.

– Traktuję to jako kolejny przejaw twojego debilizmu.

– To były poważne plany, panie inspektorze – zadeklarował Wiktor, a pies podszedł do jego nogi, jakby się zorientował, że o nim mowa. – Zresztą wszystko jeszcze przed nami, niedługo planuję przygarnąć kolejnego.

Forst przysiadł na pieńku, a Aleks położył pysk na jego bucie. Zwierzę patrzyło lekko strachliwie na dwójkę gości.

– Znaleźliście trupa? – rzucił były komisarz.

Nikt nie spieszył się z odpowiedzią.

– Tego ze złotówką w gębie? – dodał. – Na Wiktorówkach?

Forst wodził wzrokiem po rozmówcach, czekając na jakąkolwiek reakcję.

– To była zakonnica – odparła w końcu Wadryś-Hansen, podchodząc do niego.

– Panie świeć nad jej duszą.

– Znaleźliśmy ją na schodach przed sanktuarium. Nagą – kontynuowała. – Jama brzuszna otwarta, wnętrzności porozrzucane po okolicy. Moneta była głęboko w krtani.

Wiktor zerknął na nią przelotnie, a potem utkwił wzrok w Edmundzie.

– I? – rzucił. – Przyjechaliście, bo mnie podejrzewacie?

– Nie – odparła od razu Dominika.

– Mimo że najwyraźniej znałem szczegóły morderstwa?

Zatrzymała się przed nim na tyle blisko, by musiał utkwić w niej spojrzenie. Ledwo to zrobił, zapragnęła znaleźć się jeszcze bliżej.

Jeśli to, co mówił Osica, było prawdą, to zmiany zaszłe w Wiktorze pozostawały niewidoczne. Wciąż zachowywał się dokładnie tak samo jak zawsze. Być może jednak powierzchowność była myląca.

Wadryś-Hansen przyjrzała mu się dokładniej. Policzki miał lekko zapadnięte, a od codziennego ruchu sporo schudł. Gdyby nie gęsta broda pokrywająca twarz, rany, których przez lata się nabawił, robiłyby upiorne wrażenie.

Włosy ściął na krótko i nawet gdyby nie siedział z siekierą opartą o kolano, przywodziłby Dominice na myśl drwala.

– Znałeś szczegóły zabójstwa, bo spotkałeś kogoś, kto ci o nich powiedział – odezwała się.

– Nie kogoś, tylko…

– Maga – ucięła prokuratorka. – Tak, słyszałam.

Forst zawiesił wzrok na jej oczach.

– I dałaś wiarę?

– Nauczyłam się dawać ją większości rzeczy, co do których jesteś pewny.

Osica charknął z niezadowoleniem.

– Nawet kiedy mówi, że spotkał Jaśka Kiklę z Bukowiny, którego porwali magowie ze Spisza?

Wiktor posłał byłemu dowódcy krótkie spojrzenie.

– Właściwie to tylko jedna wersja. Inna mówi o tym, że byli z Turcji – zauważył.

– To faktycznie zmienia postać rzeczy, Forst.

– A najprawdopodobniejsza o tym, że porwały go płanetniki.

– Kto? – spytała Dominika.

– Co – sprostował Wiktor, wbijając siekierę w ziemię. – Złe duchy odpowiedzialne za nadejście burzowych chmur. To one dały mu moc uzdrawiania ludzi i przeganiania nawałnic. Oprócz tego potrafił przepowiadać przyszłość i najwyraźniej nie stracił tej umiejętności, skoro…

– Do licha ciasnego, co to ma być? – uciął Osica. – Sabałowe bajania?

Wiktor wzruszył ramionami, podniósł się i wskazał wzrokiem chałupę. Poprowadził ich do środka, a Aleks cały czas trzymał się przy nodze Forsta, jakby mógł się zgubić.

Kiedy znaleźli się w środku, Wiktor dorzucił szczapę do kozy i pogmerał w palenisku żelaznym pogrzebaczem. Potem zatarł dłonie i wskazał stary, podniszczony stół obok.

– Rozgośćcie się.

Osica obrzucił izbę nieprzychylnym spojrzeniem.

– Gdzie? – bąknął.

Chwilę zajęło Forstowi uprzątnięcie gratów tak, by dało się odsunąć od stołu więcej niż jedno krzesło. Oczyścił siedziska starą szmatką i zajął swoje stałe miejsce, z którego miał widok na nieodległe szczyty. Goście usiedli naprzeciwko niego.

Dominika długo mu się przypatrywała.

– Naprawdę spotkałeś kogoś w górach? – zapytała.

– Mhm.

– Ale nie sądzisz chyba, że to naprawdę był ten jasnowidz z…

– Czarownik.

– Czarownik z Bukowiny?

Prawy kącik ust Forsta lekko drgnął.

– Nie mnie oceniać – odparł. – Ale nie sądzę też, że był to zabójca, którego szukacie.

– Dlaczego nie?

– Bo miał prawie osiemdziesiątkę na karku.

Wadryś-Hansen uniosła brwi, nie spodziewając się takiej odpowiedzi.

– Co ty pieprzysz, Forst?

– Mówię tylko, co widziałem, panie inspektorze.

Edmund westchnął i popatrzył bezradnie na Dominikę, jakby chciał wymownie dać do zrozumienia, z czym musiał się zmagać przez ostatnie dwa lata. Prokuratorka nie odpowiedziała, zastanawiając się nad tym, co to mogło oznaczać.

Owszem, czasy się zmieniły i dziś nawet prawie osiemdziesięciolatkowie kandydujący na przywódcę wolnego świata nie wywoływali już żadnej sensacji – ale zabójca w takim wieku? W dodatku zdolny do zamordowania kobiety i rozpłatania jej ciała? Ze względu na krzepę, jakiej to wymagało, wydawało się to raczej nieprawdopodobne.

Ale kogo w takim razie spotkał Wiktor? A raczej kto odnalazł go gdzieś w górach, by przekazać mu tę wiadomość?

– Siądziesz z grafikiem do portretu pamięciowego? – spytała.

– Po co?

Dominika przysunęła się do stołu.

– Jeśli ten człowiek wiedział, do czego dojdzie…

– Nie ulega wątpliwości, że jest istotny – przerwał jej Wiktor. – Ale po co mam siadać do portretu pamięciowego? Wspomnienia to tylko ułożona przez umysł fikcja.

Wadryś-Hansen znów poczuła na sobie znaczące spojrzenie Edmunda.

– Widzi pani? – burknął inspektor. – Tak to cały czas wygląda. Albo gada od rzeczy, albo rzuca pozłacane myśli.

– Mówię tylko, że z takiego portretu nic nie wyniknie – odparł Forst. – Dostaniecie szkic podstarzałego faceta, który będzie pasował do każdego w jego wieku.

– Mimo wszystko, zgodzisz się? – zapytała Dominika.

Wiktor lekko skinął głową.

– Pamiętasz, co jeszcze powiedział ci ten człowiek? – dodała.

– Tak.

Czekała, aż rozwinie, ale Forst sprawiał wrażenie, jakby powiedział już wszystko, co zamierzał przekazać. Osica miał rację, coś było z nim nie do końca w porządku.

– Nie trzymaj nas w napięciu, do licha ciężkiego.

Wiktor zerknął na inspektora i zaczął podwijać rękawy koszuli.

– Powiedział, że Bestia wróci i zabierze czyjeś życie na Wiktorówkach, wyceniając je na złotówkę – oznajmił. – I że wszystko będzie miało znaczenie.

– Czyli co?

– Nie sprecyzował.

– Noż kurwa mać, Forst…

– Mężczyzna mówił dość długo i oględnie – ciągnął Wiktor. – Twierdził, że bóg odzywa się wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy. I że pod stopami ołtarza moneta długo pozostanie nieruszona.

Dominika i Edmund popatrzyli po sobie.

– Na koniec dodał, że uwięziono w niej to, co najbardziej uskrzydlone.

Prokuratorka wyciągnęła telefon i zapisała to, co usłyszała. Przypuszczała, że prędzej czy później słowa te nabiorą większego sensu.

– I co to ma niby znaczyć? – rzucił Osica.

– Nie wiem, panie inspektorze – odparł lekkim tonem Forst. – I bynajmniej mnie to nie interesuje.

– Więc ot tak olałeś informację, że ktoś zginie?

– Przekazałem ją przecież panu.

– Mówiąc, że spotkałeś zasranego Jaśka Kiklę z cholernej Bukowiny.

– Tak się przedstawił.

Osica uniósł bezradnie wzrok.

– Dobrze wiedziałeś, jak to będzie brzmiało – syknął. – I że potraktuję to jak…

– Nie moja wina, że nie dał pan temu wiary.

– Twoja, Forst, twoja – odparł inspektor. – Bo kiedy mi o tym mówiłeś, sprawiłeś wrażenie, jakbyś się nachlał, naćpał i Bóg jeden wie, co jeszcze.

– Jestem czysty od dwóch lat, pięciu miesięcy i dwudziestu czterech dni.

– A niech cię chuj, ty…

Osica urwał, kiedy Dominika cicho chrząknęła.

– Panowie – podjęła. – Skupmy się na konkretach.

Widziała, że Wiktor nie ma zamiaru tego robić. Przekazawszy im wszystko, co usłyszał, uznał, że spełnił swoje zadanie. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie zamierza pomagać im w ustaleniu, co to wszystko miało oznaczać.

Forst poklepał siedzącego przy jego nodze kundla, a potem się podniósł i podszedł do żeliwnego pieca. Na zewnątrz wciąż wył wiatr, choć najgorsze podmuchy miały dopiero przyjść do Zakopanego.

– Napijecie się herbaty? – spytał Wiktor.

– Nie – odparł Osica. – Skoro masz w dupie brutalne zabójstwo niewinnej kobiety i nie chcesz pomóc, szkoda czasu.

Forst skinął głową i przysiadł na starym kredensie, patrząc na rozmówców. Jego wzrok jasno informował, że nie ma im nic więcej do powiedzenia. Edmund od razu się podniósł, a Dominice pozostało już tylko sięgnięcie po argument, który jakiś czas temu z pewnością przemówiłby do Forsta.

– Mamy naśladowcę Gjorda – odezwała się. – Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

– To nie moje zmartwienie.

– Nie? To ty ująłeś Bestię, to ty zakończyłeś krwawą serię i to na ciebie mamy prawo liczyć, kiedy ktoś stara się na nowo rozpętać piekło.

Forst skrzyżował ręce na piersi.

– Zrobiłem swoje.

Wiedziała, że nie doczeka się niczego więcej. Owszem, Wiktor pomoże im w stworzeniu portretu pamięciowego, podyktuje do protokołu wszystko, co usłyszał, ale na tym koniec. Dominika wstała i zasunęła krzesło.

– Kiedy stałeś się taki zobojętniały na wszystko? – zapytała.

– Nie stałem się. To po prostu nie moja sprawa.

– A czyja?

– Wasza – odparł szybko. – Ewentualnie będących na służbie, aktywnych komisarzy policji. A ja do takich nie należę.

Rozplótł ręce i ruszył do niej. Aleks wciąż nie odstępował go na krok.

– Poświęciłem temu życie – dodał nieco ciszej, jakby chciał rozmawiać wyłącznie z nią i łudził się, że dzięki temu Osica nie usłyszy. – A raczej zmarnowałem je na tym. Teraz chcę po prostu spokoju.

Edmund charknął głośno.

– Raczej bym na to nie liczył – oznajmił. – Bo jest jeszcze ktoś, kto wiedział o tym morderstwie, zanim się wydarzyło.

Forst zerknął na Wadryś-Hansen.

– Zasrany Eliasz – dodał inspektor. – Mniej więcej w czasie, kiedy zabójca rozbebeszył siostrę zakonną na schodach sanktuarium, Hansen poprosił o widzenie z dyrektorką zakładu karnego i oznajmił, że na Wiktorówkach właśnie doszło do morderstwa.

Były komisarz się nie odzywał.

– Rozumiesz, o czym mówię, Forst? To nie jest przypadek zwykłego naśladowcy. Jakimś cudem Gjord nim posterował.

– Oboje wiecie, że to niemożliwe.

– Widocznie znalazł sposób.

– Nie ma mowy – uparł się Forst. – Jest pilnowany dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– To jak się o tym dowiedział? Odwiedził go twój Jasiek Kikla, co?

Wiktor zmrużył oczy. Wciąż patrzył na Dominikę, a ona w milczeniu analizowała jego zachowanie. Znała dobrze każdy gest, tik i wyraz twarzy. To, co teraz dostrzegała, napełniło ją niepokojem.

– Gjord jest gotów gadać – ciągnął inspektor. – Pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Że to ty stawisz się na widzeniu.

Forst podniósł lekko głowę, a Wadryś-Hansen znów zobaczyła to, co przed chwilą.

Brak zaskoczenia.

Wiktor nie był zdziwiony ani faktem, że Gjord jakimś cudem wiedział o zabójstwie, ani ultimatum, które postawił. Czegoś im nie mówił. I ewidentnie wiedział o tej sprawie znacznie więcej, niż gotów był to przyznać.

 

 

 

 

 

 

4

Komenda Powiatowa Policji, ul. Jagiellońska

 

Forst nigdy nie przypuszczał, że na powrót znajdzie się w mondeo Osicy – i w dodatku będzie jechał z byłym komendantem do ich dawnego miejsca pracy. Po drodze powtórzył jemu i Dominice przekaz od Jaśka Kikli, a potem wypytał o szczegóły morderstwa na Wiktorówkach.

Robił wszystko, by nie dawać po sobie poznać, co myśli naprawdę. I ile z tego, co powiedział, jest prawdą.

Miał jednak wrażenie, że kiedy zatrzymali się pod komendą, Dominika popatrzyła na niego dokładnie tak samo jak lata temu, kiedy poznali się na pewnym parkingu – niczym na podejrzanego.

Zatrzasnął za sobą drzwi auta, a potem wyciągnął paczkę czerwonych westów i zapalił jednego. Wadryś-Hansen wbijała w niego nieruchomy wzrok.

– Coś nie tak? – zapytał.

– Zastanawiam się po prostu, od jak dawna znów palisz.

– Od kiedy przestałem dawać sobie w żyłę i w wątrobę.

Zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił dym na bok. Jasną smugę natychmiast zmazał poryw silnego wiatru, mimo że halny powoli opuszczał teren u stóp Tatr. Na szczytach sytuacja z pewnością była inna.

– Ale czymś musisz się truć?

– Wszyscy się trujemy, żyjąc w toksycznym świecie – odparł Forst.

Wciąż patrzyła na niego badawczo i zdawała się tak naprawdę interesować nie tym, co mówi Wiktor, ale w jaki sposób to robi. Przypuszczał, że Osica zdążył jej trochę naopowiadać o zmianach, które w nim zaszły, ale ona dostrzegała teraz znacznie więcej.

Prawdę?

Nie, jej na pewno nie. Ale widziała, że coś jest na rzeczy. Coś, czym Forst nie miał zamiaru dzielić się ani z nią, ani z nikim innym.

– Wyrzuć peta i chodź – polecił Edmund.

– Tak jest, panie inspektorze.

Osica zmarszczył czoło, widząc, że Forst nadal spokojnie pali. Pokręcił bezradnie głową, a potem zostawił ich samych, kierując się do wejścia na komendę i cedząc pod nosem przekleństwa.

Wiktor obrócił się do Wadryś-Hansen.

– Brakuje mu mnie – oznajmił.

– Nie tylko jemu.

Popatrzył na nią pytająco, nie spodziewając się, że usłyszy z jej ust tak bezpośrednie uwagi. Dominika wskazała budynek komendy, a Wiktor zawiesił wzrok na pierścionku na jej palcu.

– Miałam na myśli tutejszych policjantów.

– No tak.

– Osica twierdzi, że jest nowy, młody komendant, a razem z nim pojawił się cały narybek. Dla tych ludzi jesteś…

– Zabytkiem?

– Legendą – odparła bez emocji, ale po chwili lekko się uśmiechnęła. – Mniej lub bardziej zasłużenie.

Luźniejszy ton sugerował zapewne, że to dobry moment, żeby zapytać, co u niej. W istocie jednak Forst nie musiał tego robić. Od czasu do czasu kontaktował się z kimś w Krakowie i wypytywał o Dominikę. Chciał wiedzieć, jak się trzyma, co robi i jak mają się dzieci.

Nie zdziwiło go więc, kiedy dostrzegł pierścionek. Zdawał sobie sprawę, że niedługo po tym, jak wyjechał, poznała kogoś. Sprawdził tego faceta – Ireneusz Widacki wydawał się solidny, nie miał żadnych zatargów z prawem i obracał się w dobrym towarzystwie. Był bezdzietnym wdowcem i wykładał podstawy widzenia artystycznego dla pierwszego roku na ASP. Sam też trochę malował. Stanowił dobrą partię dla Dominiki – łączył stabilizację życiową z pewnym artystycznym zacięciem.

Forst zaciągnął się i jeszcze raz zerknął na pierścionek. Nie spodziewał się, że tak trudno będzie mu przejść nad tym do porządku, ale najwyraźniej co innego wiedzieć, że Widacki jej się oświadczył, co innego zobaczyć namacalny dowód.

– Irek – odezwała się nagle Wadryś-Hansen.

– Słucham?

Podniosła palec serdeczny.

– Wlepiasz wzrok w pierścionek, więc zgaduję, że ciekawi cię, jak nazywa się mój narzeczony.

Wiktor wypuścił dym i skinął głową.

– Porządny gość? – spytał.

– Znacznie bardziej od dwóch moich byłych – odparła Dominika i nieznacznie uniosła kąciki ust.

– To dobrze.

– Dzieci go lubią – dodała. – A swoją drogą, czasem pytają o wujka Wiktora.

Forst zaciągnął się głęboko i nie skomentował. Minęły dwa lata. Dla niego niewiele, ale dla dzieci w wieku Ingi i Olafa była to cała wieczność. Spodziewał się, że dawno o nim zapomnieli.

– Wszystko u nich w porządku? – spytał Wiktor.

– Na razie tak.

– Na razie?

– Są w trzeciej klasie, to ostatnia prosta przed pierwszymi problemami wychowawczymi.

Forst wyrzucił papierosa i mocno go zadeptał. Nie przypuszczał, żeby Dominika miała kiedykolwiek problemy z tymi dzieciakami. Były ułożone, słuchały jej jak wyroczni i pomijając drugi człon nazwiska, nie miały w sobie niczego z ojca.

– Mógłbyś kiedyś nas odwiedzić – rzuciła nagle Wadryś-Hansen.

Kiedy na nią spojrzał, zrozumiał, że od razu pożałowała tej propozycji. Cała ta rozmowa właściwie przebiegała jak jeden wielki, potencjalny wyrzut sumienia. Wiktor uznał, że pora ją zakończyć.

– Kiedyś – odparł i popatrzył na cztery białe kolumny przed wejściem na komendę. – A teraz bierzmy się do roboty.

– Jasne.

Ledwo weszli do środka, natychmiast zwrócili na siebie uwagę wszystkich funkcjonariuszy. Kilku wstało, inni przerwali to, co akurat robili, i skierowali wzrok na Forsta. Rozbrzmiały ciche uwagi.

Wiktor momentalnie poczuł się nie na miejscu. Spodziewał się, że kiedy na powrót się tu znajdzie, uczucie będzie wprost przeciwne – zapragnął jednak jak najszybciej opuścić komendę.

Po chwili wypatrzył Osicę i ruszył w jego kierunku. Były komendant poprowadził go do pokoju, w którym na Forsta czekał grafik, a potem zostawił ich samych. Z portretu pamięciowego niewiele wynikło, jego wartość dla śledztwa była minimalna.

Zresztą tak naprawdę nie po to ściągnięto tutaj Wiktora, a on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Ostatecznie trafił do gabinetu nowego komendanta. Piotr Cajdler przyjechał z Łodzi raptem kilka miesięcy temu, by objąć schedę po następcy Osicy, i oprócz tego, co Forst usłyszał od Dominiki, nic nie wiedział o tym człowieku.

Cajdler jednak z pewnością miał jakąś wiedzę na temat Forsta. Kiedy tylko były komisarz znalazł się w jego gabinecie razem z Wadryś-Hansen, dało się to dostrzec w oczach młodego komendanta.

– Nieźle – rzucił Piotr na powitanie. – Wiktor Forst we własnej osobie.

Zaprosił gości, by zajęli miejsca przy niewielkim stoliku przy oknie, którego próżno było tutaj szukać za kadencji Osicy. Postawił przed nimi dwie szklanki z wodą, a potem przysiadł na parapecie.

– Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek tu pana zobaczę – dodał Cajdler.

– Nie planowałem wizyt – odparł Forst. – A tę chciałbym skończyć jak najszybciej, więc może przejdziemy do rzeczy?

– Oczywiście. Pani prokurator wprowadziła mnie w…

– Jestem pewien, że przekazała wszystko, kiedy pracowałem z grafikiem nad portretem pamięciowym – uciął Wiktor.

Piotr wsunął dłonie do kieszeni spodni i skinął głową.

– Chce mnie pan zapytać o tego człowieka? – spytał Forst.

– Nie. Chcę zapytać o to, gdzie pan był, kiedy doszło do zabójstwa.

Wiktor nabrał głęboko tchu. Spodziewał się tego, bo o ile Wadryś-Hansen i Osica byli gotowi uwierzyć mu na słowo, o tyle inni nie mieli ku temu dobrego powodu. Przeciwnie. Wszak podczas tropienia Bestii z Giewontu nieraz ukrywał fakty i działał nie tylko na granicy prawa, ale także daleko poza nią.

– W domu – odparł Forst.

– Ktoś może to potwierdzić?

– Aleks.

Dominika cicho chrząknęła.

– To jego pies.

– Godny zaufania – zaznaczył Wiktor.

– Rozumiem – odparł spokojnie Cajdler. – A ktoś poza psem pana widział?

– Nie. Mieszkam sam.

– A sąsiedzi?

– Najbliżsi są ci spod szóstki. Na pewno już kogoś do nich pan wysłał, ale wątpię, żeby śledzili moje ruchy. Najprawdopodobniej nawet nie wiedzą, kim jestem.

– Sprawdzimy to.

Sam na miejscu komendanta zrobiłby podobnie, bo w tej chwili to Forst był jedną z dwóch osób, które wiedziały o planowanym zabójstwie. Na potwierdzenie rzekomego spotkania z mężczyzną, który przedstawił się jako Jasiek Kikla, mieli zaś tylko jego słowa.

– Skoro to mamy załatwione, może wreszcie przejdziemy do rzeczy? – rzucił Wiktor.

– To znaczy?

– Chce pan, żebym spełnił żądanie Gjorda Hansena. Żebym pojechał do więzienia w Wadowicach, wysłuchał, co ten skurwiel ma do powiedzenia, a potem wszystko panu przekazał.

W pokoju zaległa ciężka cisza. Pojedyncze uderzenia wiatru sprawiały, że szyby lekko się zatrzęsły.

– Wie pan, gdzie siedzi – zauważył Piotr.

– Sam go tam wpakowałem.

Komendant docenił odpowiedź lekkim uśmiechem.

– To prawda – przyznał. – I ma pan rację. Kiedy tylko upewnię się, że nie miał pan z tym nic wspólnego, chciałbym, żebyśmy…

– Dali Gjordowi to, czego chce? – spytał z powątpiewaniem Forst, czując na sobie spojrzenie Dominiki. – To niezbyt roztropne.

– W tej sytuacji nie może zaszkodzić.

– Ani pomóc – odparł pod nosem Wiktor. – Wie pan, kim jest ten człowiek? Zdaje pan sobie sprawę, co i w jaki sposób zrobił? Jakie były jego motywacje? Ile zła w nim tkwi?

– Oczywiście, ale…

– Nie ma żadnych ale – uciął Forst. – Gjord Hansen robi tylko to, co może przynieść mu korzyść. Tylko to, co jest elementem jego planu.

– Jakiego planu? Polegającego niby na czym?

Wiktor wzruszył niedbale ramionami.

– Na ucieczce? – zapytał z uśmiechem Cajdler. – Na sterowaniu kimś zza murów więzienia?

– Nie wiem.

– Nawet jeśli ma jakiś plan, to musi zdawać sobie sprawę z jego absurdalności. Nie wypuścimy go ze skrzydła, w którym się znajduje. Nie spuścimy z niego oczu, nie przegapimy żadnego grypsu. Niech mi pan wierzy, że nie ma w Polsce drugiego więźnia tak dobrze pilnowanego.