Gwiazdka pełna życzeń - Klaudia Bianek - ebook

Gwiazdka pełna życzeń ebook

Klaudia Bianek

4,2

Opis

Opowieść, która roztopi najtwardsze serca! Klaudia Bianek wie, jak sprawić, by święta ponownie stały się magiczne.

Te święta miały być wyjątkowe. Szczęście wreszcie uśmiechnęło się do Oliwii i ostatni rok odmienił jej los nie do poznania. Jeszcze nigdy nie czuła się tak bezpieczna i kochana. Życie jednak potrafi być przewrotne. Teraz, w jednej chwili, czas stanął w miejscu, a świat dziewczyny zatrzymał się w najgorszym możliwym momencie. Czy upragniona Gwiazdka przyniesie ukojenie? Czy jedno wypowiedziane szeptem życzenie przywróci ducha świąt?

Przepiękna historia, którą możesz czytać cały rok!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara

Redakcja: NABU Joanna Pawłowska

Korekta: Agata Tondera

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce: © Judy Davidson

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-85-6

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Dziadkowi Heniowi – za naszą ostatnią, bezcenną rozmowę

Pamięci Sary – jedynej takiej

Prolog

Śnieg padał tak gęsto, że wycieraczki nie nadążały go zbierać. Oskar prowadził auto bardzo powoli, bo nawet z zimowymi oponami łatwo było o poślizg.

Z samochodowego radia leciała kultowa świąteczna piosenka, którą nuciłam sobie cicho pod nosem.

Let it snow, let it snow, let it snow…

Nagle w torebce rozdzwonił mi się telefon, a ja wyszperałam go szybko i natychmiast odebrałam, nie zerkając na wyświetlacz.

– Halo?

– Hej, kochanie! Nie uwierzysz, ale właśnie opuszczamy z Michaelem lotnisko! Mamy dla ciebie i Basi niesamowitą niespodziankę! Musimy się z wami jak najszybciej spotkać! Zostajemy w Polsce aż do końca roku! Cudownie, prawda?! – Rozentuzjazmowany głos mamy dźwięczał mi w uchu, ale odnosiłam wrażenie, jakby dochodził z bardzo daleka. Przez ostatnie jedenaście miesięcy kontaktowałyśmy się kilkanaście razy, a nasze stosunki były ni mniej, ni więcej, a zwyczajnie poprawne.

Spojrzałam kątem oka na Oskara, posyłając mu niepewne, zaniepokojone spojrzenie, bo z jakiegoś powodu czułam, że niespodzianka, którą planowali nam zaserwować, zwali nas wszystkich z nóg…

– Tak, to wspaniale! – odparłam z udawanym entuzjazmem. – Opowiesz nam o wszystkim, gdy się spotkamy.

– Oczywiście! Do zobaczenia, córeczko! – zawołała śpiewnym głosem i zakończyła połączenie.

– Wszystko w porządku? – Pytanie ze strony mojego chłopaka wyrwało mnie z krótkiej zadumy.

– Dzwoniła mama i… Oskar! Uważaj!

Zobaczyłam, jak gwałtownie skręcił kierownicą. Samochodem potrząsnęło, śnieg rozsypał się po przedniej szybie i zapadła ciemność, a dźwięki świątecznej piosenki rozpłynęły się w mroźnym powietrzu…

Rozdział 1

Ból głowy był straszny. Miałam wrażenie, jakby ktoś na siłę mi ją pompował, tak że zaraz mogłaby pęknąć. Zamrugałam powiekami, obraz mi się rozmywał i potrzebna była dłuższa chwila, żeby nabrał ostrości.

Dookoła mnie panowała rażąca jasność. Zapach wypełniający pomieszczenie był tak jednoznaczny, dławiący i sterylny, że od razu domyśliłam się, gdzie jestem. Szpital. Trafiłam do szpitala. Otumanienie osnuwało mój umysł gęstą mgłą niezrozumienia i niepamięci. Ręce i nogi miałam ociężałe, jakby ktoś zalał mi je betonem, nerwowość kumulowała się w żołądku i okolicach karku, coś wewnątrz mnie kuliło się ze strachu, niepokoju i nieświadomości.

Dlaczego trafiłam do szpitala?

Cisza wokół wydawała się złowroga. Powoli przekręciłam głowę, krzywiąc się od przeszywającego czaszkę bólu. Drzwi do pokoju były uchylone, na korytarzu stało kilka osób i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami.

Nie mogłam usłyszeć, co mówili.

Uniosłam z trudem rękę i dotknęłam nią głowy, wyczuwając gruby opatrunek w okolicach lewej skroni. Skrzywiłam się po raz kolejny, bo zaczynało do mnie docierać, że sytuacja była raczej niewesoła.

Nagle drzwi otworzyły się szeroko, a do środka wpadł wysoki, postawny mężczyzna w białym kitlu, który uśmiechnął się do mnie od wejścia.

– No nareszcie! Śpiąca Królewna nam się obudziła! – zawołał z entuzjazmem i przysiadł na zajmowanym przeze mnie łóżku szpitalnym tak lekko, jakbyśmy byli najlepszymi kumplami. – Czy ty wiesz, moja miła, jaki jest dziś dzień?

Zmarszczyłam brwi, wpatrując się z głupkowatym wyrazem twarzy w lekarza, który przechylał lekko głowę i czekał na moją odpowiedź.

Z trudem zaczęłam wytężać umysł, chcąc odszukać w pamięci ostatnie strzępki wspomnień dotyczące tego, co spowodowało, że wylądowałam w tym sterylnym pomieszczeniu, na jednoosobowym łóżku z białą pościelą… Zagryzłam lekko dolną wargę i powoli przekręciłam głowę na poduszce. Spojrzałam przez okno na zasypany śniegiem szpitalny parking. Gdzieś w otchłani umysłu majaczyły mi wspomnienia, miałam ochotę nucić sobie piosenkę Let It Snow, szukałam w głowie daty, lecz ona zdawała się zniknąć bez śladu.

– Nie możesz się doliczyć, co? – zagadnął wyrozumiale lekarz i wzruszył ramieniem. – Wczoraj mieliście wypadek. Ty i twój chłopak. Na szczęście ani tobie, ani jemu nic poważnego się nie stało – wyjaśnił, uśmiechając się do mnie krzywo.

Serce zamarło mi w piersi, a wszystkie elementy rozrzuconej układanki nagle znalazły się na swoim miejscu.

O Boże. Oskar!

– Gdzie on jest? – zapytałam cicho. Czułam, jak struny głosowe boleśnie się we mnie buntują, a suchość w ustach odrętwia język.

– W sali obok. Biedaczysko złamał rękę w dwóch miejscach, ale ma się dobrze! – powiedział lekarz, po czym wstał z łóżka i wygładził nieistniejące zagniecenia na kitlu. – Boli cię coś oprócz głowy?

– Nie… – skłamałam. Bolało mnie wszystko z odrętwienia, ale nie było sensu o tym wspominać.

– No to się cieszę! Przygotuj się, bo goście czekają pod salą.

– Jacy goście? – zapytałam, marszcząc brwi.

– Rodzina – odpowiedział z szerokim uśmiechem, a ja omal nie wywróciłam oczami. Bałam się hałasu, jaki mogli spowodować, i eksplozji bólu w głowie.

Zastanowiłam się szybko nad tym, co powiedział lekarz. Skoro wczoraj mieliśmy wypadek, to dziś był…

– Drugi grudnia? – zapytałam, zatrzymując mężczyznę przy drzwiach. Obejrzał się przez ramię i uśmiechnął lekko.

– Drugi grudnia – potwierdził. – Jeśli wszystko będzie dobrze, to jutro wyjdziesz ze szpitala.

– A Oskar? – wypaliłam szybko. – To znaczy mój chłopak… – sprecyzowałam. Czułam, jak żołądek znów zacisnął mi się ze strachu i nerwów.

– On wyjdzie już dziś.

Przytaknęłam sztywno, a lekarz opuścił pokój. Na chwilę zapadła całkowita cisza. Miałam czas, żeby rozejrzeć się po sali, jej białych ścianach i skromnym umeblowaniu. Wypadek samochodowy nadal brzmiał tak samo strasznie jak w chwili, gdy o wszystkim powiedział mi lekarz. Teraz jednak byłam w stanie bardziej się skupić i rzeczywiście przypomniałam sobie, że ja i Oskar jechaliśmy gdzieś autem. Na ulicach leżało mnóstwo śniegu, bo oczywiście zima jak zawsze zaskoczyła drogowców. W radiu leciała piosenka Let It Snow, tego jednego byłam pewna.

To był moment, chwila zaledwie, gdy dostrzegłam jadące z naprzeciwka auto. Pędziło i wpadało w poślizg w ramach jakiejś przerażającej zabawy, drwiąc sobie z bezpieczeństwa pasażerów jadących powoli samochodów. Krzyknęłam, żeby Oskar uważał, a on gwałtownie skręcił kierownicą. Śnieg rozsypał się po przedniej szybie, szarpnęło i zapadła ciemność…

Zamrugałam powiekami kilka razy i przypomniałam sobie o jeszcze jednej rzeczy. Rozmawiałam przez telefon. Z mamą.

Cholera…

Bo to przecież po nią i Michaela jechaliśmy na lotnisko. Postanowili przylecieć na tegoroczne święta i zostać aż do końca roku. Mama zapowiedziała jakąś niespodziankę dla mnie i Baśki. Nie zdradziła, czego mogła dotyczyć, lecz bałam się, że będzie to coś, co zupełnie nas nie ucieszy. A ona była tak bardzo podekscytowana…

Mama znacząco się zmieniła. Żyła inaczej od wielu lat, a odkąd związała się z tym Michaelem, oddalała się od nas coraz bardziej. Była z nim od dawna, lecz ja i Baśka dowiedziałyśmy się o wszystkim dopiero rok temu, dlatego dla nas ta sytuacja nadal była dziwna, nowa i mało komfortowa… Nigdy wcześniej nie dociekałam wystarczająco, co sprawiło, że ojciec popadł w alkoholizm. Zrzucałam to na karb tęsknoty za mamą, swego czasu nawet ją za to obwiniałam – jak się ostatecznie okazało, słusznie. Wyjechała za pieniędzmi na Wyspy Brytyjskie. Tam poznała Michaela i w tajemnicy przede mną oraz moją siostrą wzięła rozwód z ojcem, rozpoczynając nowe życie. Przez te wszystkie lata swojej nieobecności przyjechała tylko raz. Nigdy na święta, jak obiecała…

Tego roku postanowiła się stawić. Ogłosiła mi to już w czerwcu podczas jednej z nielicznych rozmów telefonicznych. Chciała, żebyśmy z Baśką poznały Michaela, chociaż żadnej z nas się do tego nie spieszyło. Entuzjazmu również nie wykazywałyśmy. Stałyśmy murem za tatą, który w ciągu minionego roku bardzo się zmienił. Zawalczył i postanowił wziąć się w garść. On był dla nas pełnowymiarowym rodzicem, nawet jeśli po drodze zbłądził z butelką alkoholu w dłoni.

Zaczerpnęłam głęboki oddech, a już sekundę później drzwi szpitalnego pokoju otworzyły się i do środka wszedł tłum rozgadanych ludzi.

Tata, Baśka, Dominika oraz państwo Redykowie, rodzice Oskara, wtargnęli do pomieszczenia, burząc jego ciszę i nudną biel swoimi kolorowymi, zimowymi ubraniami. Wszyscy uśmiechnęli się szeroko na mój widok, a ja patrzyłam na nich w otumanieniu, ciesząc się w środku, ale bardziej obawiając bólu głowy, który już budził się pod czaszką.

– Jak dobrze cię widzieć, Oliwia! – zawołał tata z tak szczerą, nieopanowaną ulgą, że wprost ścisnęło mi się serce. – Baliśmy się o ciebie… – Podszedł do szpitalnego łóżka i złapał mnie za lewą rękę, a w jego oczach zalśniły łzy.

– Jak dobrze, że się już obudziłaś… – powiedziała Dominika, która stanęła po drugiej stronie łóżka i chwyciła moją prawą dłoń.

Dopiero teraz, rozglądając się uważnie po twarzach całej piątki, zdałam sobie sprawę, że każdy z nich był spięty i zmartwiony, ale ponad tym wszystkim przebijała się wyraźna ulga. Byłam to sobie w stanie wyobrazić… Chwila, w której dowiedzieli się, że mieliśmy wypadek. Karetka, która pewnie zabrała nas do szpitala. Potrzaskany samochód…

– Już się nie martwcie, jest dobrze – odpowiedziałam, ściskając dłonie moich bliskich.

Popatrzyłam na twarz pani Redyk, która ukradkiem otarła łzę z kącika oka, po czym uśmiechnęła się z zakłopotaniem, zdając sobie sprawę, że została przyłapana.

Od zawsze byłyśmy sobie bliskie. Redykowie mieszkali po drugiej stronie ulicy, a pani Ala przyjaźniła się z moją mamą, gdy ta jeszcze mieszkała w Polsce. Po jej emigracji do Anglii zaopiekowała się nami. Pomagała tacie w opiece nade mną i Baśką, a on wielokrotnie powtarzał, że bez niej nie dałby sobie rady. Starała się nauczyć mnie jak najwięcej o gotowaniu i prowadzeniu domu, a później ona i pan Wojtek zaoferowali mi pracę w piekarni, żebym nie została bez pieniędzy po skończeniu szkoły.

Nasza relacja jednak uległa zmianie, gdy ja i Oskar zostaliśmy parą. Wtedy jej opiekuńczość i troska otoczyły mnie jeszcze bardziej. Tęskniłam za tym, bo mama wyjechała zbyt dawno, bym mogła pamiętać, jak to jest czuć się kochanym przez oboje rodziców. A pani Redyk w dużej mierze zastępowała mi matkę. W domu znajdującym się po drugiej stronie ulicy zawsze czułam się chciana, widziałam radość na twarzach rodziców Oskara, gdy tuliliśmy się do siebie czy okazywaliśmy drobne czułości – nigdy ostentacyjnie, raczej ukradkowo i niemal mimowolnie. Oni bardzo popierali nasz związek, kibicowali nam, podobnie zresztą jak mój tata i Dominika. Najbardziej oszołomiona wydawała się Baśka, bo to ona zawsze lepiej ode mnie dogadywała się z Oskarem. Dzieliło ich kilka lat, ale od początku nadawali na tych samych falach, podczas gdy ja nie bardzo potrafiłam znaleźć z nim wspólny język.

Od dziecka byliśmy obecni w swoim życiu. To zawsze była ta sama piaskownica i wspólne zabawy po szkole. Wszystko uległo zmianie, gdy doszło między nami do pocałunku na wycieczce szkolnej. Był to mój pierwszy i przez wiele lat jedyny pocałunek, który sprawił, że zaczęłam usilnie ignorować Oskara. Do tego stopnia i tak bardzo, że nadszedł moment, gdy stał się dla mnie niemal przezroczysty.

Ale zawsze był gdzieś w pobliżu, mimo wszystko.

– Lekarz mówił, kiedy wyjdziesz ze szpitala? – zagadnęła nagle Basia, sprowadzając mnie na ziemię.

– Jutro – odparłam i skupiłam wzrok na siostrze.

– O, a Oskar dzisiaj. Zdrzemnął się właśnie, bo czekamy na wypis – wtrącił pan Wojtek, zerkając na swoją żonę.

Paląca tęsknota za moim chłopakiem sprawiła, że popatrzyłam w kierunku przymkniętych drzwi pokoju, czując, jak serce rwie mi się do niego. Tak bardzo chciałam go zobaczyć… Tata, siostra, przyjaciółka, państwo Redykowie – oni wszyscy byli wspaniali i wszystkich ich kochałam, ale w tej chwili najbardziej potrzebowałam właśnie Oskara. Jego obecności, jego spokoju i krzywego uśmiechu, gdy spoglądał na mnie tak, jak tylko on potrafił.

Wokół zajmowanego przeze mnie szpitalnego łóżka toczyły się rozmowy bliskich mi osób. Ból głowy stopniowo się nasilał, ale przytakiwałam i uśmiechałam się lekko w odpowiednich momentach, w środku marząc o tym, by zdrzemnąć się na chwilę. Na parapecie szpitalnego okna leżała gruba warstwa białego puchu. Lekarz potwierdził, że dziś był drugi grudnia, a to oznaczało, że do świąt pozostały już tylko dwadzieścia dwa dni.

Ciekawiło mnie, kto odebrał mamę i Michaela z lotniska, czy mama wiedziała, że mieliśmy z Oskarem wypadek, a jeśli tak, to gdzie w takim razie była, jeśli nie tutaj. Postanowiłam nie pytać, a już z pewnością nie chciałam robić tego przy tacie, bo dla niego temat mamy nadal był bardzo trudny. Starał się robić dobrą minę do złej gry za każdym razem, gdy Baśka przypadkowo do niej nawiązała, bo jej to się jeszcze zdarzało. Ja byłam zbyt ostrożna, żeby coś chlapnąć.

– Chyba jesteś zmęczona, co? – odezwała się cicho pani Redyk, szepcząc do mnie pośród rozmów pozostałych osób.

Westchnęłam i przytaknęłam bez słowa. Ona jedna dostrzegła moje zmęczone spojrzenie i te ukradkowe grymasy powodowane bólem głowy. Zawsze miała niebywałą zdolność obserwacji, a Oskar odziedziczył to po niej.

Uśmiechnęła się czule i przeczesała mi dłonią włosy, po czym odchrząknęła głośno, zwracając na siebie uwagę pozostałych.

– Kochani, chyba powinniśmy się zbierać, zanim ktoś nas stąd wywali. Weszliśmy w pięć osób, a tak przecież nie można. Oliwia pewnie chętnie odpocznie, a my – zwróciła się do pana Wojtka, szturchając go lekko w ramię – powinniśmy sprawdzić, czy Oskar dostał już wypis.

Pozostali jakby nagle się zreflektowali, rzucili się ku mnie, żeby się pożegnać. Przyjęłam wszystkie całusy i uściski, uśmiechnęłam się w odpowiedzi na każde słowo otuchy. Gdy pani Ala pochyliła się ku mnie, przytuliłam ją i podziękowałam za ratunek. Odpowiedziała mi wyrozumiałym, porozumiewawczym uśmiechem, którym od lat zapewniała mnie o swoim wsparciu. Bezcennym i jedynym w swoim rodzaju.

Z ulgą przyjęłam ciszę, która zapadła, gdy za panem Wojtkiem zamknęły się drzwi szpitalnego pokoju. W uszach lekko mi piszczało od niedawnego hałasu rozmów, a sterylna biel pokoju, która znów odzyskała swoją jednolitość, w tym momencie nie była już odpychająca, lecz wyciszająca i kojąca.

Zamknęłam oczy, wzdychając głęboko. Zasnęłam w ciągu jednej chwili.

Wszędzie rozpoznałabym zapach tych perfum. Były głębokie, męskie i po prostu piękne. Wszystkie ubrania mojego chłopaka były nimi przesiąknięte. Uwielbiałam ten moment, gdy zamykaliśmy się w pokoju Oskara, on uchylał okno dachowe, kładliśmy się na podłodzie i patrzyliśmy w gwiazdy, czasem milcząc, a czasem coś do siebie szepcząc. Wtedy zapach jego perfum zdawał się mnie otulać jak miękki i ciepły koc.

Zatrzepotałam powiekami i uniosłam je powoli, napotykając spojrzenie zielonych oczu, najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam. Kąciki ust mimowolnie uniosły mi się do góry, rozciągając spierzchnięte usta w bladym, ale pełnym miłości uśmiechu.

– Jesteś… – wyszeptałam z ulgą, patrząc na jego rękę unieruchomioną w temblaku.

– Jestem, chochliku – odpowiedział miękko, siadając na szpitalnym krześle stojącym przy łóżku.

Lubiłam, gdy mnie tak nazywał, a robił to, jak się okazało, od bardzo dawna, chociaż ja kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. „Dlaczego mnie tak nazywasz?” – zapytałam pewnego wiosennego poranka, gdy to słowo wyszło z jego ust po raz pierwszy. „Bo to takie duszki o psotnej i złośliwej naturze, więc trochę przypominają mi ciebie”, odparł z zadowoleniem. „Nazywam cię tak od czasów szkolnych. Złośliwie mnie ignorowałaś, gdy ja próbowałem zdobyć twoją uwagę. Nawet teraz, po tylu latach, często masz w oczach te chochlikowate iskierki”, dodał czule i puścił do mnie oko.

To wspomnienie sprawiło, że miałam ochotę się uśmiechnąć.

– Jak się czujesz? – zapytaliśmy jednocześnie, a Oskar parsknął śmiechem, gdy ja zmarszczyłam brwi.

– Ty pierwsza.

Westchnęłam, wywracając oczami. Nie lubiłam, gdy trzymał się zasady „kobiety mają pierwszeństwo”, bo dla mnie to było coś totalnie bezsensownego. Wszelkie dżentelmeńskie zachowania od zawsze strasznie mnie wkurzały. Nie lubiłam, gdy mówiło się o kobietach „słaba płeć”, bo to, że fizycznie byłyśmy słabsze (a to też nie zawsze!), nie oznaczało, że w innych aspektach życia było tak samo. Oskar wiele razy spotkał się z moją złością, gdy usilnie próbował oduczyć się wpojonych mu przez rodziców zasad, że przed kobietą należy otworzyć drzwi czy odsunąć jej krzesło. Nie byłam niedorozwinięta, żebym nie mogła zrobić tego sama, prawda?

– Boli mnie głowa. No i ogólnie jestem jakoś tak strasznie osłabiona. Ale lekarz powiedział, że jutro wychodzę – odpowiedziałam i wzruszyłam lekko ramionami.

Oskar posłał mi lekki, krzywy uśmiech. Spojrzałam na jego pełne usta i zatęskniłam za jego pocałunkami.

– Śmieszny jest ten facet, co nie? – Wskazał ruchem głowy na drzwi, a ja od razu pojęłam, że ma na myśli lekarza. – Dostałem już wypis, ale rodzice powiedzieli, że poczekają, bym mógł się z tobą zobaczyć – dodał, przekrzywiając lekko głowę i puszczając do mnie oko.

– Ucierpiała tylko ręka?

Spojrzał na temblak, skrzywił się niezadowolony.

– Szczęście w nieszczęściu, ale tak. Zdejmą mi gips dopiero po nowym roku, więc jestem uziemiony… Nie pomogę tacie w szkółce leśnej, a przecież zaraz zacznie się to całe choinkowe szaleństwo. Będą musieli sobie sami poradzić razem z twoim tatą – odpowiedział poirytowany.

Oskar lubił pracować, a już zwłaszcza w okresie przedświątecznym, gdy trzeba było ogarnąć tak wiele spraw. Był zadaniowy i cieszył się, gdy coś zaczynało się dziać. A teraz miało go to wszystko ominąć i wiedziałam, że nie będzie mu łatwo.

Tata od roku był zatrudniony w szkółce leśnej pana Wojtka. Dostał tę pracę, gdy zdecydował się pójść na terapię leczenia problemu alkoholowego. To miało mu pomóc w walce z nałogiem. Na spotkaniach grupy mówili, że najgorsza jest bezczynność, a tata kilka tygodni wcześniej został zwolniony ze stolarni, w której był zatrudniony od wielu lat. Szef stracił cierpliwość, gdy przyszedł pijany i omal nie odciął sobie palców na pile. Wtedy alkoholizm ojca osiągnął krytyczny poziom i dopiero rozmowa z Oskarem oraz wizja podjęcia pracy u pana Redyka sprawiły, że wziął się w garść.

Na tyle, że obecnie był trzeźwy. Wiedziałam, że tej choroby nie da się nigdy całkowicie wyleczyć, ale tata był na jak najlepszej drodze.

– Grunt, że nie stało się nic gorszego, Oskar… – wyszeptałam, wyciągając do niego dłoń. Od razu splótł nasze palce, spragniony wzajemnego dotyku tak samo jak ja.

Złamał lewą rękę, ale wciąż mógł swobodnie operować prawą. Wyglądał jednak na tak przybitego zaistniałą sytuacją, że wprost pękało mi serce.

– Nie pamiętam zbyt wiele… – przyznał, uciekając przez chwilę spojrzeniem w bok.

– Ja mam urywki wspomnień. Ale to nie jest ważne – odparłam, zaciskając palce na jego dłoni.

– Wiem, chochliku.

Znów umknął spojrzeniem, odbierając mi nadzieję na nawiązanie z nim kontaktu wzrokowego. Wydawał się strapiony i przybity… Oskar był człowiekiem, który doceniał swoją sprawność, wykorzystując ją przy pracy, niejednokrotnie ciężkiej i zajmującej jego czas od rana do wieczora. Po raz pierwszy w życiu coś go ograniczało i był to gips na lewej ręce oraz perspektywa kolejnych tygodni oczekiwania na zrośnięcie się kości. Tylko on wiedział, jak wiele pracy czekało w szkółce leśnej i jak wiele godzin musiałby tam spędzić, żeby wszystkie choinki trafiły na skup.

Zamiast tego stał się więźniem temblaka.

– Chłopaku… – wyszeptałam, zwracając się do niego tak, jak lubiłam najbardziej. Popatrzył na mnie posępnie. – Będzie dobrze. Wiem, że to brzmi strasznie tandetnie w obecnej sytuacji, ale…

– Ufam ci – odparł cicho, wchodząc mi w słowo.

Popatrzył na mnie w sposób, który sprawił, że po całym odrętwiałym od zbyt długiego leżenia ciele przebiegł mnie dreszcz. Oddech zamarł mi w płucach, a serce zaczęło bić szybciej pod wpływem jego niesamowitego spojrzenia.

Byliśmy ze sobą prawie rok, a ja nadal traciłam dla niego głowę przy każdej możliwej okazji, zakochując się jakby na nowo i zawsze jeszcze bardziej, mocniej i intensywniej.

– Gdy jutro wyjdziesz ze szpitala, to zabieram cię do siebie, jasne?

– Och. A to dlaczego? – zapytałam z przekornym uśmiechem.

– Przez to wszystko, co się wydarzyło, mam wrażenie, jakbym nie widział cię miesiąc. Musimy to nadrobić. Chcę cię mieć w ramionach. Strasznie mi ciebie brakuje – powiedział, podnosząc się z krzesła.

Pochylił się ku mnie i złożył na moich ustach czuły, powolny i głęboki pocałunek, oddając mi w tej pieszczocie wszystkie swoje emocje, których jak zawsze miał w sobie mnóstwo. Oskar… był jedną wielką emocją. Nigdy wcześniej – a znałam go przecież całe życie – nie zdawałam sobie sprawy, nawet nie podejrzewałam, że ten chłopak, który mieszkał po drugiej stronie ulicy i przyjaźnił się z moją siostrą, mógł być tak bardzo wyczulony na uczucia, nie tylko swoje, ale też bliskich sobie osób.

Ze smutkiem odprowadzałam go spojrzeniem do drzwi, ale uśmiechnęłam się, gdy przystanął jeszcze, odwrócił się przez ramię i puścił mi to swoje cudowne, łobuzerskie oczko. Spędził ze mną tylko chwilę, lecz to wystarczyło, żebym poczuła się jakaś bardziej kompletna, po raz pierwszy od czasu przebudzenia.

Leżałam długo w ciszy pomieszczenia, myśląc o mamie i Michaelu. Gdzie ona była, jeśli nie tutaj? Kto odebrał ich z lotniska? Jaką niespodziankę miała dla mnie i dla Baśki?

Chociaż minęło już tyle lat, odkąd wyjechała, to nadal dopadał mnie czasem ten specyficzny nastrój, gdy miałam ochotę zalać się łzami jak mała dziewczynka, zadzwonić do niej i zapytać, dlaczego nam to zrobiła. Byliśmy rodziną, może nieidealną, ale przecież takie nie istniały. I pewnego dnia spakowała się, tata odwiózł ją na lotnisko, a my byłyśmy jeszcze zbyt małe, żeby zrozumieć, że w tamtym momencie coś zmieniło się bezpowrotnie. A tata już wiedział… Wiedział, że poleciała i nie wróci. Nie na stałe, nie do nas.

Wieczorem zajrzała do mnie pielęgniarka. Podała leki, sprawdziła kroplówkę i zmierzyła ciśnienie tętnicze krwi. Była uśmiechnięta i dość młoda, a skupienie w dużych, niebieskich oczach i serdeczny głos pozwalały mi wierzyć, że wykonywała ten zawód z pasją i przyjemnością, nawet jeśli nie należał do najłatwiejszych. Ale jak to się mówiło? Do wszystkiego znajdą się ludzie.

Drugi dzień grudnia dobiegał końca, gdy mój telefon leżący na szpitalnej szafce nocnej zawibrował, informując o nadejściu SMS-a.

Sięgnęłam po niego, bo spodziewałam się wiadomości od Oskara. Zamiast tego moje brwi poszybowały raptownie w górę, gdy okazało się, że to mama.

Córeczko, przepraszam, że piszę tak późno. Wybacz mi, że nie odwiedziłam cię w szpitalu, ale mamy z Michaelem mnóstwo spraw do załatwienia, a dowiedziałam się od Basi, że jutro wychodzisz, więc może za kilka dni spotkamy się w kawiarni i porozmawiamy? Mam ci dużo do opowiedzenia!

Przeczytałam te słowa kilka razy i nie miałam świadomości, że z moich oczu zaczęły toczyć się łzy. Serce zabiło szybciej, rozlewając falę bólu po klatce piersiowej. Chciała mi coś powiedzieć. Ona i Michael mieli mnóstwo spraw na głowie, dlatego nie dała rady mnie odwiedzić.

Nawet nie zapytała, jak się czuję…

Zawód był tak silny, że miałam wrażenie, jakby góra ciężkich kamieni przygniotła mi żołądek.

Usunęłam wiadomość i odłożyłam telefon na szafkę. Otarłam łzy z policzków.

Nie odpisałam.

Rozdział 2

Opuściłam szpital w południe, wcześniej czekając przez kilka godzin, aż ekscentryczny i lekko zakręcony pan doktor dostarczy mi upragniony wypis. Odebrała mnie Dominika, bo tata był w pracy, podobnie jak państwo Redykowie, a Oskar z wiadomych przyczyn nie mógł prowadzić samochodu.

Dobrze było wyjść na świeże, mroźne powietrze i odetchnąć pełną piersią. Czułam szczypanie chłodu na policzkach, a chrzęst śniegu pod butami przypominał mi, że mamy już grudzień i trzeba zacząć myśleć o przygotowaniach do świąt.

W zeszłym roku okres przedświąteczny był bardzo ciężki. Upłynął mi pod znakiem pracy, stresu i niepewności. Tata był wtedy w tragicznym stadium swojego uzależnienia od alkoholu, Baśka buntowała się przeciwko całemu światu, wyszło na jaw, że rodzice wzięli rozwód dawno temu, a mama po raz kolejny pokazała, jaką jest egoistką.

Wsiadłyśmy do samochodu Dominiki, a ja od razu zapięłam pasy. Czułam dziwne zdenerwowanie na myśl o jeździe w tak niesprzyjających warunkach pogodowych. Moja przyjaciółka była dobrym kierowcą, lecz to nie niwelowało wspinającej się po moim kręgosłupie nerwowości.

– Oliwia, wszystko w porządku? – zapytała Dominika, dostrzegając najwyraźniej mój niepewny wyraz twarzy i palce mocno zaciśnięte na pasie bezpieczeństwa.

– I tak, i nie… Czuję się po prostu trochę zdenerwowana na myśl o jeździe autem – odparłam z zakłopotaniem, przygryzając lekko dolną wargę.

Dominika westchnęła ze współczuciem i pogładziła mnie po ramieniu, pragnąc dodać otuchy.

Taka przyjaciółka to skarb. Mijały lata, a my ciągle trzymałyśmy się razem. Pomimo wzlotów i upadków, kłótni i niejasności, w którymś momencie zawsze się spotykałyśmy. Potrafiłyśmy się wzajemnie przeprosić, potrafiłyśmy sobie wybaczać i to była nasza siła, której brakowało innym przyjaźniom. Ludzie zbyt łatwo z siebie rezygnowali, zbyt chętnie pielęgnowali niechęć i urazy, zamiast wyrwać je niczym chwasty i skupić się na walce o to, co dobre, ciepłe, chociaż nie zawsze łatwe do zdobycia.

– Zaufaj mi. Dotrzemy do twojego domu całe i zdrowe – odpowiedziała cicho Dominika, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Wymusiłam uśmiech i przytaknęłam. Wpatrzyłam się w boczną szybę i obserwowałam, jak opuszczamy szpitalny parking. Spędziłam tam dwa dni, a miałam wrażenie, jakby był to tydzień. Ulga płynąca ze świadomości, że wracam do domu, była ogromna i wręcz niemożliwa do opisania.

Nasze miasteczko, urokliwe, chociaż niewyróżniające się niczym szczególnym na tle innych, wyglądało niesamowicie w bieli świeżego, połyskującego śniegu. Na dachach i szybach samochodów osiadły grube warstwy, a nagie gałęzie drzew okryła puszysta pierzynka. W centrum mieniły się już świąteczne iluminacje, a wiedziałam, że w ciągu dwóch dni całe miasteczko zostanie ozdobione kolorowymi światełkami, bo przecież musiało być pięknie na mikołajki. Co roku na Starym Rynku odbywało się uroczyste zapalenie wielkiej choinki, a na płytę wjeżdżał kondukt Świętego Mikołaja, który rozdawał dzieciakom upominki. Ludzie tłumnie schodzili się na to wydarzenie, a w ostatnich latach stało się ono tak słynne, że zjeżdżali się do nas także mieszkańcy sąsiednich miasteczek.

Byłam tak głęboko pogrążona we własnych myślach, że nawet nie zauważyłam, kiedy minęła nam droga. Dominika zaparkowała auto pod domem, a ja odetchnęłam z ulgą. Popatrzyłyśmy na siebie i wysiadłyśmy, po czym ośnieżonym podjazdem skierowałyśmy się do wejścia.

Ależ powietrze cudownie mroziło w policzki! Chociaż do świąt było jeszcze dość daleko, czuło się tę magiczną atmosferę, którą generowało pojawienie się śniegu. A jak wiadomo, w naszym kraju nie zdarzało się to zbyt często.

I oczywiście cały Facebook i Instagram zostały zalane zdjęciami białego puchu zdobiącego naszą okolicę…

Z szybko bijącym sercem otworzyłam drzwi domu. Przez pierwsze kilka sekund witała mnie całkowita cisza.

Dopiero po chwili usłyszałam stukot psich pazurków po panelach, a sekundę później przy moich nogach pojawiła się rozradowana, szczekająca entuzjastycznie Sara.

Przykucnęłam, a ona tak energicznie machała ogonem, jakby była młodziutkim szczeniaczkiem, a nie trzynastoletnim psem po ciężkiej chorobie.

Ostatni rok był dla Sary trudny. Ukończyła trzynaście lat na początku lipca, a dwa tygodnie później zdiagnozowano u niej ropomacicze, które powstało w trakcie ostatniej cieczki. Przy guzie, który od jakiegoś czasu miała na listwie mlecznej, utworzył się stan zapalny wywołany burzą hormonów i trzeba było wykonać częściową mastektomię ze sterylizacją. Sara przez dziesięć dni dochodziła do siebie, w trzecim dniu nastąpił kryzys, bo powstało podejrzenie zapalenia otrzewnej, które na szczęście szybko udało się opanować antybiotykami. Chodziła w pięknym, zielonym ubranku aż do dnia zdjęcia szwów, a później przez kilka miesięcy miała goły brzuszek, bo sierść dość długo jej nie odrastała.

Po operacji nadeszła dla niej druga młodość. Nie żałowałam tego, że leczenie Sary kosztowało mnie i tatę kilka tysięcy złotych. Warto było stracić oszczędności, żeby widzieć ją każdego kolejnego dnia w tak wyśmienitej formie.

– Cześć, kochana! Już do ciebie wróciłam! – powiedziałam z radością i przytrzymałam jej łebek, składając na pyszczku czuły pocałunek. Kochałam tę psinę z całego serca i nie wyobrażałam sobie dnia, w którym miałoby jej nie być.

Owczarki szkockie charakteryzują się nie tylko pięknym, majestatycznym wyglądem, ale także niesamowitą mądrością i potrzebą kontaktu z człowiekiem. Są wierne, pracowite i posłuszne bez wymyślnej tresury.

– Oliwia… – Pełen ulgi głos taty sprawił, że podniosłam głowę i padłam w jego ramiona, pozwalając, żeby podzielił się ze mną swoją troską, miłością i spokojem.

Czułam się, jakbym odzyskała ojca. Po terapii znów stał się tym dobrym, ciepłym człowiekiem, którym był dla nas, zanim alkohol zaczął dominować nad jego życiem. Jednak nawet uzależnienie nie było w stanie wymazać tego, że ja i Baśka zawdzięczałyśmy mu dosłownie wszystko. Wypełniał swoją rolę i zastępował nam jeszcze matkę.

– Cześć, tato – odpowiedziałam, uśmiechając się do niego z rozrzewnieniem. Pachniał igliwiem, a w jego swetrze dostrzegłam kilka wplątanych igiełek sosny. Musiał niedawno wrócić z pracy. Wyciągnął dłoń w kierunku opatrunku na mojej skroni i zmarszczył brwi ze smutkiem. – Jest w porządku, naprawdę – zapewniłam, gładząc go po ramieniu.

– To się mogło źle skończyć… – wyszeptał łamiącym się głosem. Opuścił wzrok, chcąc ukryć przede mną swój smutek i strach. Nie musiał, bo miał prawo to wszystko czuć.

– Na szczęście wyszliśmy z tego cało – odparłam, raz jeszcze przytulając się do niego.

Nie powiedział już nic, tylko pozwolił mi zdjąć kurtkę oraz zimowe buty, a Dominika, która czekała z boku i nic nie mówiła, ożywiła się w typowy dla siebie sposób, trajkocząc jak katarynka dla rozluźnienia atmosfery. Tylko ona tak potrafiła – wyciszyć się w jednej sekundzie i tak samo nagle odpalić całą swoją energię, której miała od groma i jeszcze więcej.

Zrzuciła płaszcz i kozaki na wysokim obcasie, po czym ruszyła żwawym krokiem do kuchni, przywołując do siebie Sarę, która radośnie machała ogonem.

Nie chciałam rozmawiać o wypadku. Dopiero po dłuższej chwili dotarły do mnie smakowite zapachy wydobywające się z włączonego piekarnika. Dominika zajrzała z ciekawości, co tam się szykuje, a po chwili z błyskiem w oku poinformowała, że tata przygotował zapiekankę ziemniaczaną. Wiedział, jak najlepiej powitać mnie w domu.

– Oskar przyjdzie? – zapytałam, patrząc na krzątającego się przy szafkach kuchennych ojca.

– Tak, będzie za kilka minut. Basia i Patryk też przyjdą – odparł, rozkładając talerze przy stole kuchennym.

To była kolejna zmiana podczas kończącego się właśnie roku. Moja młodsza siostra związała się dość poważnie z chłopakiem, z którym zaliczyła pierwszą randkę na lodowisku, i to dodatkowo na moich oczach. Ona i Patryk byli uroczą parą, a Baśka bardzo pozytywnie się przy nim zmieniła. Lubiłam na nich patrzeć, bo ich uczucia były jeszcze takie słodkie i niewinne. Te ukradkowe spojrzenia i rumieniec na twarzy, gdy złapali się za rękę pod stołem… Ja czegoś takiego nie przeżyłam, ale cieszyłam się, że moja siostra tak pięknie zakochała się po raz pierwszy.

Rozsiedliśmy się przy kuchennym stole, rozmawiając na zupełnie błahe tematy. Niesłabnąca energia Dominiki zdawała się wypełniać całe pomieszczenie, tak że nie było miejsca na cięższe tematy.

Sara zerwała się z drzemki, gdy drzwi frontowe otworzyły się, a do środka wraz z podmuchem mroźnego powietrza wszedł Oskar.

Serce zabiło mi szybciej na jego widok, a uśmiech jakoś tak samoistnie wstąpił na usta. Patrzyłam, jak jedną ręką zdejmuje kurtkę i buty. Dostrzegłam kilka drobnych płatków śniegu w jego włosach, które dosłownie w ciągu chwili zniknęły na moich oczach.

Miał dłuższe włosy niż w zeszłym roku. Lubiłam to, że kręciły się niesfornie na końcach, a ja mogłam zatopić w nich palce. Oskar upodobał też sobie noszenie kilkudniowego zarostu, przez co jego twarz nabrała surowszego, dojrzalszego wyrazu.

– Dzień dobry wszystkim! – zawołał od wejścia, uśmiechając się do mnie w sposób, który sprawiał, że topniało mi serce. – Ależ tu pachnie!

– Pan Waldek to mistrz swojej kuchni! – powiedziała Dominika z szerokim uśmiechem, ustawiając naczynie żaroodporne na środku stołu. Zdjęła gorącą pokrywkę, uwalniając przepysznie pachnącą parę.

– A to się zgadza – przyznał Oskar z uśmiechem, po czym podszedł do mnie i objął mnie zdrowym ramieniem, całując czule w usta. – Jak się czujesz? – zapytał przyciszonym głosem, gładząc wierzchem dłoni po policzku.

– Jest dobrze. A jak twoja ręka?

– W nocy bolała, ale połknąłem jakieś proszki i udało mi się pospać do rana – odparł, wzruszając jednym ramieniem.

Oskar usiadł na krześle obok mnie, a Sara wcisnęła się między nas, machając ogonem i domagając się pieszczot od swojego ulubionego człowieka. Nasza psina kochała go od zawsze, a gdy pojawiał się w zasięgu jej wzroku, to wszyscy inni przestawali istnieć. Liczyła się tylko jego ręka na jej łebku, jego głos i jego uwaga.

Nie zareagowała nawet za bardzo, gdy drzwi wejściowe znów się otworzyły, a do środka weszli roześmiani Baśka i Patryk.

– Dzień dobry! – krzyknęli chórem, zrzucając szkolne plecaki w korytarzu. Oboje mieli wyśmienite humory i zaróżowione od mrozu policzki. Zdejmując wierzchnie ubrania, nie byli w stanie oderwać od siebie wzroku.

Naprawdę ich wzięło. Przepadli w sobie, przeżywając pierwszą, wielką miłość.

– Chodźcie, bo czekamy już tylko na was! – zawołał tata, zabierając się do nakładania wszystkim zapiekanki na talerz.

– Och, sosy! – zreflektowała się Dominika, wstając szybko od stołu. Wyciągnęła trzy pojemniczki z dodatkami do zapiekanki.

Basia i Patryk weszli do kuchni, trzymając się za ręce. Usiedli obok siebie na ostatnich wolnych krzesłach przy naszym sześcioosobowym stole.

– Ale pachnie… – zachwyciła się moja siostra, łapiąc się za brzuch. – A ja jestem taka głodna!

– Co tam w szkole? – zagadnął Oskar, głaszcząc Sarę, która położyła mu łebek na udzie, poddając się pieszczotom z niemałym zachwytem.

– Mieliśmy dziś kartkówkę z matmy… – Baśka skrzywiła się teatralnie.

– Napisałaś coś? – zainteresował się tata, zasiadając na miejscu i zabierając się do posiłku. – Smacznego wszystkim.

Odpowiedzieliśmy mu tym samym i rozpoczęliśmy pałaszowanie.

– Coś tam napisałam, ale pewnie więcej niż trójki nie dostanę.

– Trudne było? – zagadnął cicho Patryk, patrząc na Baśkę kątem oka. Ciągle jeszcze był nieco nieśmiały w naszym towarzystwie, często się czerwienił i uciekał spojrzeniem, gdy ktoś z nas próbował wciągnąć go w rozmowę.

– Trudne, ale wczoraj trochę nad tym siedziałam, więc pewnie dlatego cokolwiek udało mi się napisać.

Miałam wrażenie, że Patryka bardzo onieśmielał nasz tata. Często przyłapywałam chłopaka na obserwowaniu go, gdy coś mówił, śmiał się czy robił. Chyba nie do końca jeszcze wiedział, jak powinien z nim rozmawiać. Był dobrym dzieciakiem, który bardzo troszczył się o Baśkę, a ich relacja na obecnym etapie naprawdę przedstawiała się bardzo niewinnie. I tata dobrze sobie radził z faktem, że jego młodsza córka jest tak bardzo zakochana.

W moim przypadku nie czuł się za bardzo zaskoczony, stwierdzając, że związek mój i Oskara był tylko kwestią czasu, a i tak już zbyt długo krążyliśmy wokół siebie.

Może i tak było, chociaż nikt poza nami nie wiedział do końca, jak nasza relacja tak naprawdę wyglądała. Przechodziliśmy przez różne etapy, począwszy od dziecięcego koleżeństwa, przez pierwszy pocałunek podczas gry w butelkę i wzajemną obojętność. Uczucia skumulowały się w nas rok temu, gdy alkoholizm zaczął pokonywać tatę. Wtedy Oskar okazał się wsparciem, którego bardzo potrzebowałam. Wtedy zrozumiałam, że mogę na niego liczyć i na nim polegać.

Rozmowa przy przepysznej zapiekance taty toczyła się spokojnym rytmem i dotyczyła głównie zbliżających się wielkimi krokami świąt. Pani Ala już pod koniec listopada poinformowała mnie, że czeka nas bardzo zapracowany miesiąc, ale jeśli miałabym ochotę i potrzebę dorobić sobie przy sprzedaży choinek, tak jak rok temu, to z pewnością jakoś uda się to zgrać.

A ja od razu zadeklarowałam swoją chęć, bo każdy dodatkowy zarobek się liczył. Zeszłoroczne święta były bardzo skromne… Zrobiłam, co w mojej mocy, żeby w ogóle się odbyły, i naprawdę spędziliśmy je bardzo dobrze, rodzinnie i radośnie, chociaż na radość w ogóle się nie zapowiadało. W tym roku chciałam, żeby pod choinką czekało więcej prezentów niż trzy, byśmy zasiedli do stołu z większą liczbą potraw i by duch świąt rozgościł się u nas wcześniej, a nie na ostatnią chwilę.

Na deser tata zaproponował nam przepyszną, pulchną babkę upieczoną wczorajszego wieczora, którą wszyscy pałaszowaliśmy ze smakiem, oblizując palce z lukru. W którymś momencie Baśka bez słowa wstała od stołu i poszła do salonu, skąd po chwili dobyły się dźwięki największego świątecznego hitu.

– Trzeba zadbać o nastrój, gdy za oknem tak zimowo – powiedziała z zadowoleniem, uśmiechając się szeroko.

– Musiało paść akurat na Wham!… – jęknęła Dominika, wywracając oczami.

– Święta bez Last Christmas nie istnieją! – odparła Basia i zaczęła śpiewać znany wszystkim tekst razem z wokalistą.

Patryk obserwował swoją dziewczynę z niesłabnącym zachwytem, a jego lekki, chłopięcy uśmiech niesamowicie rozczulał moje serce. Oskar objął mnie ramieniem, a gdy na niego spojrzałam, uśmiechnął się i puścił do mnie oko. Tak dobrze było z nim być. Przytuliłam się do niego, stęskniona bliskości i jego ciepła.

W ciągu minionego roku kilka razy zdarzyło nam się spędzić razem noc – w takim sensie, że spaliśmy w jednym łóżku, czy to w domu Oskara, czy w moim. Nie byliśmy jedną z tych par, które po kilku miesiącach bycia razem chciały ze sobą zamieszkać. Lubiliśmy swoją własną przestrzeń oraz to, że mieliśmy gdzie uciec, gdy dochodziło do kłótni, a one były u nas dość częste. Skakaliśmy sobie do gardeł tylko po to, żeby później się godzić. Nasze godzenie zawsze było pełne czułości, pocałunków i wyznań. Jednak do tej pory jeszcze nigdy…Jakoś oboje odkładaliśmy ten ważny moment, chcąc przeżyć go jak najlepiej.

Oskar wiedział, że był jedynym chłopakiem, z którym kiedykolwiek się całowałam, nie musiałam więc zaznaczać, że jestem dziewicą. On miał kilka przygód za sobą i czasem nadchodziły jeszcze takie momenty, gdy ta świadomość spędzała mi sen z powiek. Jednak przeszłość była przeszłością, nosiła znamiona błędów, skrywała przeżycia i doznania, które kształtowały każdego człowieka. A najistotniejsze było to, że nie dało się jej zmienić.

Nie miałam prawa wściekać się o jego dawne decyzje i wybory. Starałam się tego nie robić. Z początku nie zawsze mi się udawało, lecz obecnie już o tym nie rozmawialiśmy.

Last Christmas dobiegło końca i rozpoczęła się kolejna, równie popularna świąteczna piosenka, czyli nieśmiertelne All I Want For Christmas Is You. Tym razem Dominika zaczęła wesoło podrygiwać do melodii, a Baśka tańczyła jak szalona, wymachując rękami i pozwalając, żebyśmy wszyscy pękali ze śmiechu. Atmosfera przy stole stała się lekka, niemal świąteczna, a myśli pobiegły w dobrą stronę i nie krążyły obsesyjnie wokół tego, co się stało, oraz jak bardzo źle mogło się to skończyć…

Kilka utworów później zabraliśmy się wszyscy do sprzątania ze stołu, ignorując protesty taty, że zrobi to sam. Nawet Oskar z zaledwie jedną sprawną ręką ułożył w zmywarce swoje naczynia.

Dominika pożegnała się z nami, bo była umówiona na basen ze znajomymi, a Basia i Patryk usadowili się w salonie przed telewizorem. Tata stwierdził, że pójdzie się zdrzemnąć, i z troskliwym spojrzeniem zapytał, czy aby na pewno oboje z Oskarem dobrze się czujemy.

Jako ostatni opuściliśmy kuchnię i udaliśmy się do mojego pokoju, by nacieszyć się sobą po ostatnich życiowych perturbacjach.

To już był nasz rytuał… Zawsze przystawaliśmy na chwilę przed moim regałem zastawionym gęsto kulami śnieżnymi. Patrzyliśmy, chociaż od dawna nie zmieniałam układu na półkach i każda kula stała dokładnie w tym samym, doskonale nam znanym miejscu. A jednak za każdym razem milkliśmy, patrzyliśmy, zastanawialiśmy się.

Tylko po to, by wziąć jakąś przypadkową w dłonie, potrząsnąć, popatrzyć z uśmiechem na opadające wewnątrz płatki i przenieść się w kojącej ciszy na łóżko.

Tak było i tym razem. Odbyliśmy nasz rytuał, po czym umościliśmy się wygodnie w pościeli i przytuliliśmy do siebie.

– Ale się porobiło, co? – zagadnął cicho Oskar, gładząc mnie powoli po włosach.

Jego zapach zdawał się wypełniać powietrze w całym pokoju, a ja oddychałam nim, czerpiąc z tego nieopisaną przyjemność. Jak zawsze.

Mruknęłam w odpowiedzi, a po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz na samo wspomnienie tych ostatnich, mrożących krew w żyłach sekund przed wypadkiem. Nie chciałam o tym rozmawiać, naprawdę nie byłam w stanie do tego wracać i omawiać czegoś, co skończyło się dobrze, a mogło się skończyć tragicznie.

Zanim Oskar zdołał powiedzieć coś jeszcze, telefon rozdzwonił mi się w kieszeni, burząc panującą w pokoju ciszę. Wyciągnęłam go i skrzywiłam się, widząc, że dzwoni mama.

– Nie odbierzesz?

– Nie chcę z nią gadać – mruknęłam. Czekałam, aż melodia przestanie rozbrzmiewać.

– Dlaczego?

Sapnęłam ze złością, patrząc na Oskara kątem oka.

– Napisała mi wczoraj wiadomość, czy spotkamy się pod koniec tygodnia na kawę, bo nie mogła mnie odwiedzić w szpitalu z powodu spraw swoich i Michaela. Rozumiesz to? – wyszeptałam z goryczą i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Ona nadal miała niesamowitą zdolność zadawania mi bólu, chociaż nie było jej w moim życiu od lat.

– Sprawiła ci tym przykrość… – To nie było pytanie, lecz stwierdzenie.

Nie musiałam przytakiwać, by wszystko dostrzegł w moich oczach.

Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie, a telefon po raz kolejny rozdzwonił mi się w dłoni. Czekaliśmy, aż ponownie zamilknie. Wiedziałam, że nie mogę w nieskończoność ignorować matki, ale dziś nie czułam się na siłach, by słuchać jej beznadziejnych wymówek wypowiadanych zakochanym, radosnym głosem.

Postanowiłam, że w końcu odbiorę od niej telefon albo sama zadzwonię. Powiem jej, że nie mam czasu na spotkania, wymigując się w najbardziej banalny sposób, albo wygarnę wprost, że od lat nie ma jej dla nas, więc niech nie liczy, że ja będę dla niej, gdy ona tego chce.

Napięcie na linii ja–mama wzrastało. Wiedziałam, że w końcu wybuchnie, i obawiałam się, że dojdzie do tego jeszcze przed świętami.

Następnego dnia zdjęłam opatrunek ze skroni, zgodnie z zaleceniami lekarza. Rana nie była duża, ale wyglądała dość paskudnie. Rozpuściłam włosy i ułożyłam je tak, że częściowo zakrywały strup. Nie planowałam kombinować z makijażem, bo mogłoby się to skończyć jeszcze gorzej, a chciałam jak najszybciej pójść do pracy, żeby zająć czymś ręce i nie oszaleć.

Zadzwoniłam do pani Ali z pytaniem, czy mogłabym wpaść chociaż na kilka godzin do piekarni i w czymś jej pomóc, lecz stanowczo zaprzeczyła i nakazała mi odpoczywać. Zdawałam sobie sprawę, że pewnie miała niezłe urwanie głowy, ale za nic w świecie by mi się do tego nie przyznała. Nie po tym, co się wydarzyło.

W domu panowała niczym niezmącona cisza. Baśka była już w szkole, a tata w pracy. Sara drzemała smacznie pod stołem w kuchni, a później obserwowała spod półprzymkniętych powiek, jak przygotowywałam sobie kakao. Zima, śnieg i okres oczekiwania na święta kojarzył mi się właśnie z tym słodkim, przepysznym napojem.