Gugark - Seymur Baycan - ebook

Gugark ebook

Seymur Baycan

3,0

Opis

Gugark to ironiczna i dowcipna powieść na krańcowo nieśmieszny temat czystek etnicznych i konfliktu zbrojnego; historia dojrzewania oraz miłości młodych Ormianki i Azera. Seymur Baycan napisał powieść o niszczącym wpływie wojny, o pokoleniu, które już nigdy nie wyjdzie z jej cienia, o ludziach niewierzących w uzdrowicielską siłę miłości.

Autor

Seymur Baycan – (ur.1976 roku w Baku) – jest azerbejdżańskim pisarzem i publicystą. Autor kilku powieści, zbiorów opowiadań, esejowi felietonów. Jego opowiadania i oraz niektóre powieści zostały przetłumaczone na język rosyjski, gruziński, armeński, ukraiński i kazachski. Był wielokrotnie nagradzany w swoim kraju literackimi wyróżnieniami literackimi i dziennikarskimi. Za najważniejszego jego utwory uchodzą powieści Gugark i 18,6 cm.

Tłumaczka

Julia Krajcarz – z wykształcenia jest orientalistką. Naukowo interesuję się Azerbejdżanem, Turcją i polskimi tatarami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright by © Seymur Baycan, 2020

Copyright by © Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2020

Copyright for the Polish translation by © Julia Krajcarz, 2020

Tytuł oryginału: Quqark

Redakcja: Jerzy Z. Szeja

Korekta: Ilona Siwak

Skład: Jacek Pawłowicz

Okładka: Jakub Kamiński

Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas

Opracowanie wersji elektronicznej:

ISBN 978-83-7893-260-4

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego we Wrocławiuul. Zamkowa 255-330 Wojnowice

Wszystkie książki wydane przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu są do nabycia na stronie www.kew.org.pl/ksiegarnia

Dedykowane pszczołom

Część pierwsza

Teraz też często wspominam obóz letni w Gugark. Zwłaszcza gdy widzę gęste zagajniki, studnie, sadzawki, jajka obrane ze skorupki, białe gęsi, góry. Dni przeżyte w Gugark były najszczęśliwsze w moim życiu. Już wtedy wiedziałem, że tak będzie. Już wtedy rozumiałem, że będę to miejsce często wspominał. Dlatego wszystkie rozmowy, krajobrazy zapadły mi głęboko w pamięć. Ogólnie moje życie dzieli się na dwie części: przed Gugark i po Gugark.

Balzak obawiał się, że nikt oprócz paryżan nie zrozumie jego powieści Ojciec Goriot. Ta obawa kazała mu obszernie i szczegółowo opisać pensjonat pani Vauquer. We mnie natomiast jest strach, że ludzie nie zrozumieją, jaką rolę odegrał Gugark w moim życiu. Dlatego też muszę dokładnie opisać, jaki był mój nastrój i jak żyłem, zanim tam pojechałem. Chcę rozpocząć od najważniejszego.

Wtedy zrozumiałem, że mnie, średniemu pisarzowi trzecioligowego kraju, nigdy się nie poszczęści. Pogodziłem się z tą myślą. Nigdy nie powstanie film na motywach moich opowiadań czy powieści. A nawet gdyby powstał, nie odniósłby sukcesu. Nakład moich książek nigdy nie przekroczy tysiąca egzemplarzy. Nawet gdybym był w więzieniu, gdybym brał udział w jakimkolwiek procesie politycznym, nigdy nie dostałbym żadnej międzynarodowej nagrody. Wraz ze śmiercią moich ideałów powoli, powoli stawałem się coraz bardziej świadomym człowiekiem.

W tamtym czasie nocowałem w redakcji gazety „Rating”. Do domu chodziłem tylko zmienić ubranie i się umyć. Nasz dom od dachu aż po fundamenty był wrogiem kreatywności. Nawet gdyby Yukio Mishima[1] zmartwychwstał, w naszym domu niczego by nie napisał. U nas było tyle złej energii, że nawet nie dało się czytać książek. Natomiast w redakcji czułem się o wiele swobodniej. Gdy pracownicy szli do domów, siadałem w fotelu z piórem w ręku, czytałem książki. Parzyłem herbatę z leczniczych ziół i piłem. Mówiąc Ostrowskim[2], zaczęły się wiarołomstwa zdradzieckiego ciała. Wzrok stopniowo mi się pogarszał, wieczorem kłuło w nerkach, w nocy dwa razy wstawałem się wysikać, zęby bez przerwy się psuły, nogi marzły, gdy tylko zrobiło się trochę zimniej. Bardzo bałem się rozchorować. Gdybym się pochorował, nikt by mnie nie doglądał. W domu nie mógłbym się położyć. Do domu, jak wcześniej zaznaczyłem, chodziłem tylko zmienić ubranie i się umyć. Gdybym był większym flejtuchem, oczywiście jeszcze rzadziej bym tam zaglądał.

Z kolei w domu myśleli, że mieszkam z jakąś kobietą. Że wszystko, co zarabiam, wydaję na nią, i że ona nie zgadza się na małżeństwo. Idioci. Za każdym razem, gdy matka wyciągała moje brudne ubrania i rzucała je na podłogę, pytała: „A ona dlaczego ci nie pierze?”. Za każdym razem odpowiadałem inaczej: „Nie ma czasu”, „Nie chce wieszać na sznurze męskich ubrań”, „Nie upierze tak dokładnie, jak ty…”.

W tamtym czasie nie pracowałem. Żyłem jakoś z miesiąca na miesiąc za pieniądze dawane mi przez przyjaciela. Nazwę rzecz po imieniu: obijałem się. Po przenocowaniu w redakcji budziłem się o ósmej rano. Myłem się i po zjedzeniu na czczo dwóch, trzech łyżek miodu, wychodziłem. Redakcja znajdowała się w pobliżu dworca kolejowego i stacji metra 28 Maja. Znałem z twarzy większość ludzi, którzy każdego dnia o tej samej porze wychodzili z metra i spieszyli się do pracy czy na lekcje. Czasem szedłem na bazar za dworcem i bez celu łaziłem między rzędami sprzedających warzywa, ryby, mięso, kiszonki, nabiał. Bardzo rzadko coś kupowałem. Na przykład na śniadanie twaróg, naleśnika albo śmietanę.

Lubiłem patrzeć na ludzi z prowincji, wysiadających z pociągów i lękliwie wchodzących w głośne życie miasta, którzy nawet w swoich najlepszych ubraniach wyglądali żałośnie. Czasem chodziłem po peronach, żeby wmieszać się w tłum czekających na pociąg. Moim ulubionym zajęciem było przyglądać się powitaniom i pocałunkom krewnych i znajomych. Patrzyłem, jak nocujący przy dworcu, zaspani, nieogoleni mężczyźni w zniszczonych ubraniach zapalali na czczo papierosa. Kupowałem coś do jedzenia i znów wracałem do biura redakcji. Po jedzeniu przez trzy godziny, znów z piórem w ręku, czytałem książki. Aż przychodzili pracownicy. Wtedy to zamieniałem się w specjalistę w zabijaniu czasu na mieście. Jak to mawiał Furmanow[3], uprawiałem ucieczkę od życia w książki. Jest to swoisty rodzaj tragedii. Czasem, po porannym przebudzeniu, łyknięciu na czczo dwóch łyżek miodu, szedłem nie na bazar za dworcem, tylko na bulwary. Nad morzem rozmawiałem ze smutnymi, podstarzałymi starymi pannami, poetkami, którym, z powodu braku stosunków z mężczyznami, na twarzy wychodził sztywny meszek nad ustami, co kiepsko maskowały tanimi pudrami. Po długim nakłanianiu czytały mi jeden czy dwa swoje wiersze. Nigdy nie rozmawiałem z nimi o literaturze. Opowiadały mi o swoich chorobach, latach młodości, o tym, jak się świat zmienił, jak się zanieczyściło morze, jak się zepsuli młodzi.

Do południa wałęsałem się po bulwarach, a potem wracałem do centrum. W centrum łaziłem ze dwie godziny i szukałem znajomych twarzy: tych, którzy robili tu to samo, co ja. Na obiad jadłem barszcz, tłuczone ziemniaki, dowgę[4] albo smażoną rybę. Piłem szklankę herbaty i znowu wychodziłem się powałęsać. Czasem, gdy „zasiłek” od przyjaciela się nieco spóźniał, kilka dni z rzędu jadłem na kredyt. W mieście były trzy jadłodajnie, gdzie mogłem jeść w ten sposób. Po obiedzie dwie, trzy godziny wałęsałem się po wirtualnym świecie. Codziennie sprawdzałem moją skrzynkę z nadzieją, że przyjdzie zaproszenie na jakąś konferencję czy seminarium. Zaproszenia nie było. Odpisywałem bez sensu na bezsensowne wiadomości takich jak ja, którzy rozumieli, że nigdy im się nie uda. Pisałem obszerne maile i przypominałem się znajomym instytucjom, które zorganizowały konferencje czy sympozja. Byłem gotów uczestniczyć w najgłupszych seminariach, w najgroźniejszych rejonach, bez honorarium. Żeby mi tylko zapłacili za przejazd i wyżywienie. Żeby tylko wyjechać z miasta, choćby na chwilę. Mijało sześć miesięcy, odkąd nigdzie mnie nie zaprosili. Tęskniłem za tym. Wieczorami spotykałem się ze znajomymi w jakiejś taniej knajpie i piliśmy wódkę. Po osiemnastej wszystkie znajome obiboki wychodziły na miasto. Łatwo znajdowałem kompana do kieliszka.

W tamtym czasie często myślałem o samobójstwie. Wstrzymywałem się z tym z dwóch powodów: po pierwsze, bałem się, że przeżyję i będę kaleką. Musiałem wybrać taki sposób, żebym na pewno umarł. Po drugie, nie mogłem znaleźć miejsca, żeby umrzeć. Gdybym się zabił w redakcji, kobieta, która odnajmowała lokal, miałaby kłopoty. W domu natomiast zawsze ktoś był. Gdybym skoczył z Wieży Dziewiczej[5], to by było zbyt romantycznie. Gdybym się rzucił pod pociąg, powtórzyłbym śmierć Anny Kareniny. W końcu, pewnego dnia, zastałem nasz dom pusty. Matka poszła odebrać emeryturę, brat z rodziną pojechał do swojej teściowej. Ciotka była w szpitalu. Starłem na proszek różne leki, które nosiłem w kieszeni. Na stole przed sobą postawiłem litrowy słoik i wlałem wody do połowy. Zacząłem pisać testament. Pisanie dość się wydłużyło. Ocknąłem się, gdy w osiemnastostronicowym zeszycie zapisałem szesnastą stronę testamentu. Woda w słoiku wystygła. Wstałem i podarłem zeszyt na drobno. Starte na proszek leki wsypałem do słoika, zamieszałem wodę i wylałem tę truciznę za okno. Przytoczę tylko jedno zdanie z tego testamentu: „Pochowajcie mnie na rosyjskim cmentarzu”.

Nosiło mnie. Nosiło mnie tak, że byłem gotów pracować nawet jako nauczyciel literatury na przykład we wsi Hacallar gdzieś pod Bәrdә. I w tym czasie biuro Helsińskiego Zgromadzenia Obywatelskiego w Wanadzor zaprosiło mnie do pracy w charakterze trenera na obóz letni do Gugark. A było to tak: wałęsając się po mieście aż do utraty sił, wszedłem do kafejki internetowej. Nadszedł czas na wałęsanie wirtualne. Otworzyłem pocztę. Zobaczyłem maila z biura w Wanadzor. Biuro zapłaciłoby mi za przejazd. Dodatkowo dostałbym honorarium. Na maile od znajomych leserów odpowiedziałem jednym zdaniem: „15 dni nie będzie mnie w Baku”. Z kolei do biura w Wanadzor napisałem maila, że z całą pewnością przyjadę na obóz. Z szefem biura, Arturem Sakuntsem, poznałem się podczas konferencji w Tbilisi. Szczerze powiedziawszy, zapomniałem już, jaki był jej temat. Ale wtedy w Tbilisi kilka razy nieźle popiliśmy z Arturem. Dobrze się dogadywaliśmy. Po konferencji parę razy w miesiącu pisałem do Artura i się przypominałem. To znaczy, że moje ustawiczne maile odniosły skutek. Nadszedł koniec moich cierpień. Na dodatek tego samego dnia przyszedł „zasiłek” od przyjaciela.

Dobrze pamiętam dzień wyjazdu z Baku. Nałożyłem czerwone slipy i spryskałem się wodą kolońską Open. Ogoliłem zarost i głowę. Zajrzałem do sklepów, gdzie sprzedawali moje książki. W sumie w trzech sklepach sprzedali dwanaście sztuk. Dwie pary spodni, kilka podkoszulek w różnych kolorach, pastę i szczoteczkę do zębów, dwie letnie kaszkietówki w kratkę, czarny, mały zeszyt, inne potrzebne ubrania i rzeczy włożyłem do czarnej torby. Tę torbę dała mi kiedyś w prezencie dziewczyna. Teraz już była dziewczyna. Chłopacy mówili, że to magiczna torba. Bo mogło się w niej pomieścić niewyobrażalnie dużo ubrań.

Zostały cztery godziny do odjazdu pociągu. Wszedłem do restauracji Efes w pobliżu dworca, zjadłem kiełbaskę i wypiłem ćwiartkę wódki. Poczułem, że to za mało, i wziąłem jeszcze setkę i dwa kotlety z kurczaka. I wypiłem kufel piwa. Zawsze tak robiłem. Albo piłem przed drogą, albo już w wagonie. Zacząć podróż pociągiem na trzeźwo to była dla mnie męka. Zapłaciłem rachunek i wyszedłem. I natknąłem się na Şahbaza Huduoğlu[6], właściciela wydawnictwa Norma. I tak się podziało, że weszliśmy do knajpy Marzenie, zjedliśmy kebaba z wątróbki i wypiliśmy pół litra wódki. Mimo że byłem coraz bardziej ociężały, zniecierpliwienie nie pozwalało mi się całkiem upić.

Wyszliśmy z Marzenia. Pozdrowiłem Şahbaza i się pożegnaliśmy. Skierowałem się w stronę dworca. W kieszeni miałem trzy losy loterii „Rodzinna radość”. Podszedłem do sprzedawcy i sprawdziłem moje. Nic nie trafiłem. W kolejce stały jeszcze trzy osoby — emerytowany oficer, starsza kobieta i młody chłopak wyglądający na studenta. Z ciekawości przystanąłem i czekałem. Ich losy też nie wygrały. Każdy kupił jeszcze po dwa losy. Ja nie wziąłem. A po co mi loteria, bez niej i tak pojadę do Gugark.

W nocnym pociągu na pewno będzie mi się chciało pić. W kiosku kupiłem wodę, pestki słonecznika, papierosy kent 8, zapałki, cztery butelki piwa marki Efes na każdą okoliczność i włożyłem wszystko do torby sprezentowanej przez narzeczoną. Wszedłem do apteki i kupiłem dwa opakowania Urotei. Zawsze na wyjazd kupowałem sobie tę moczopędną herbatkę. Po ostrym chlaniu rano zaparzałem i piłem ziółka, żeby oczyścić drogi moczowe i nerki z alkoholu. Gdy korpulentna sprzedawczyni w białym kitlu podawała opakowania, popatrzyłem na różne prezerwatywy ułożone za szybą. Jedna zwróciła moją uwagę. Miała dziwną nazwę: Czerwony Kamikadze. Cena: trzy manaty. Choć w swoich tekstach bywam wulgarny, to na co dzień krępuję się nawet kupować prezerwatywy. Gdy mi są potrzebne, kupują je dla mnie znajomi. Tym razem się nie wstydziłem. Wziąłem trzy. W takich wyprawach rzadko zdarza się okazja na seks. Termin przydatności prezerwatyw miał upłynąć w 2013 roku. Z pewnością do tego czasu je zużyję. Dwa opakowania herbaty i trzy sztuki prezerwatyw Czerwony Kamikadze wrzuciłem do czarnej torby sprezentowanej mi przez narzeczoną.

Wchodząc prawą nogą do wagonu, którego numeru nie pamiętam, miałem tylko jedno życzenie: gdy pociąg ruszy — spać. Wszedłem do dwuosobowej kuszetki i schowałem torbę pod łóżko. Do odjazdu było piętnaście minut. Konduktorka, krzycząc, wygoniła z pociągu rodziny żegnające pasażerów i wyszła na peron. Żegnający stanęli na peronie naprzeciwko okien wagonu i patrzyli z dołu. Byli podobni do głodnych psów czekających na mięso. Naprzeciwko mojego okna było pusto. Pociąg ruszył. Jeszcze nigdy nie opuszczałem Baku jednocześnie z nadzieją i smutkiem. Żegnający podróżnych zrobili kilka kroków za wagonem, pomachali rękami, coś powiedzieli i zostali w tyle. Zaraz po tym konduktorka wzięła mój bilet i dała mi zapakowaną pościel. Do kuszetki wszedł grubawy, łysy mężczyzna, na oko pięćdziesięciokilkuletni. Poruszył wargami. Chyba się przywitał.

Tu muszę zrobić konieczną dygresję. Bywam świadkiem dziwnych zdarzeń. Zawsze spotykam się z oryginałami. Bałem się opowiadać znajomym o większości zdarzeń, których byłem świadkiem, a w których oni nie brali udziału. Domyślałem się, że mi nie uwierzą. Później oni sami czuli, że gdy przebywali ze mną, działy się dziwne rzeczy. Na przykład kiedyś ze znajomymi piliśmy herbatę na pierwszym piętrze kina „Nizami”. Zawzięcie dyskutowaliśmy na jakiś temat. Wtedy do naszego stolika podszedł starszy mężczyzna i zwrócił się do mnie, żebym kupił okulary minus trójki z apteki po drugiej stronie ulicy. Spośród siedzących przy stoliku ja byłem najstarszy. Dużo było tego typu sytuacji. Ale po tym zdarzeniu już nie obawiałem się opowiadać znajomym, co mi się przytrafiało. Już wierzyli we wszystko, co im opowiadałem. Dlaczego do mnie przychodzili dziwni ludzie, dlaczego ja byłem świadkiem dziwnych zdarzeń? To pytanie nie dawało mi spokoju. W końcu odpowiedź znalazłem w wywiadzie serbskiego pisarza, Milorada Pavicia[7]: „Historie spotykają ludzi, którzy umieją je opowiadać”.

Mój towarzysz podróży rozebrał się do pasa. Z torby wyciągnął smażonego kurczaka, pomidory, ogórki, pół litra wódki o nazwie Chlebnaja doroga i wyłożył to wszystko na stolik. Kurczaka podzielił na kilka części. Nagle jakby sobie coś przypomniał i sięgnął do torby po dwa plastikowe kubki. Nalewając wódkę, zwrócił się do mnie:

– Dawaj, napijmy się. Nie przejmuj się, że ciepła. Chodź. Nie jadam sam. Kiedy nie mam nikogo, patrzę w lustro i jem.

Mówiąc to, wyciągnął z torby małe lusterko podręczne i mi pokazał. Potem wytarł je do czysta ręcznikiem i przejrzał się w taki sposób, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył swoją twarz. Po raz kolejny przypomniałem sobie słowa Milorada Pavicia, że historie przydarzają się ludziom, którzy umieją je opowiadać, i podniosłem plastikowy kubek. Facet milczał i jadł z apetytem. Wbił zęby w udko kurczaka i tak zajadał, że mu się uszy trzęsły. Łysa głowa połyskiwała, jakby była zrobiona z kości słoniowej. Krótkie ręce, gruby brzuch upodabniały go do kartofla puszczającego pędy. Razem wypiliśmy pół litra wódki. Wytarł rękę z tłuszczu o ręcznik wyciągnięty z torby i podał mi go. Wytarłem ręce. Ręcznik śmierdział rybą. Facet złapał się za głowę i skręcił nią w prawo i lewo, jakby sprawdzając, czy jest dobrze przytwierdzona. Zachrzęściło zdrowo, że aż mu pozazdrościłem. Kości kurczaka włożył do foliowego worka i mi je podał. Wyszedłem z tym na korytarz. Zapaliłem papierosa, a kiedy wróciłem, on już się położył. Patrząc na sufit kuszetki, zaczął mówić. A, i złożył ręce na swoim grubym brzuchu.

– Synu, wybacz, ja głośno chrapię. Jak nie będziesz mógł spać, zbudź mnie.

– Proszę się nie martwić. Jestem bardzo zmęczony, zasnę.

– Nie będziesz mógł spać. Ja szczególnie chrapię.

– Mój ojciec też bardzo chrapał.

– Wszyscy mówią, że zasną, ale nikt nie może.

Mężczyzna, z rękami złożonymi na brzuchu, nie odwracając do mnie twarzy, opowiedział historię z chrapaniem. Kiedyś, w Rosji, pasażerowie chcieli go za chrapanie wyrzucić z pociągu. Wyczuwałem, że ta opowieść była dla niego bolesna. Po kwadransie wiedziałem, że był w Rosji, brał udział w wojnie w Afganistanie, trzy razy się żenił. Po jego sposobie mówienia, siedzenia, poruszania znać było, że jest życiowym leniem, a bilet do tego właśnie pociągu kupił przypadkowo. To był jeden z tych podróżnych, który nie wiedzą, dokąd zmierzają. Swoją przemowę zakończył tak: „Zmęczyłem się bardzo. Czas, który mi jeszcze z życia został, chcę spędzić na wsi. Bardzo potrzebuję spokoju. W życiu widziałem już, co trzeba było. Wojna, alkohol, kobiety, miasta… Szkoda, że przez chrapanie nie mogłem żyć szczęśliwie. W wojsku nie spałem z żołnierzami w baraku, tylko w oddzielnym pomieszczeniu. Chłopacy robili sobie ze mnie żarty. Każdy ma jakieś swoje zmartwienie, moim jest chrapanie. Przez całe życie za to przepraszam. Nasz dom na wsi stoi pusty. Trzeba go trochę odnowić i zamieszkam tam. Wojna w Afganistanie zniszczyła mi życie. Szczęśliwy, kto tam nie był. To prawdziwe piekło. Jeśli przypadkiem usłyszę słowo «piekło», od razu przychodzi mi na myśl Afganistan. Tam dostałem ranę. Jeszcze się nie zagoiła całkiem. Dwa razy na rok odnawia się na ciele, w różnych miejscach. To wędrująca rana. Nie ma lekarza, profesora, któremu bym jej nie pokazywał, szpitala, kliniki, gdzie bym nie leżał. Nikt nie może znaleźć źródła wirusa. W nocy szli na nas, krzycząc: «Allah Akbar, Allah Akbar!». Nie wiedzieliśmy, gdzie biec, gdzie się chować. Wielu ze strachu zwariowało. To było straszne. Cieszę się, że już nigdy więcej nie zobaczę Afganistanu”.

Dobrze się ułożyłem. Zgodził się, żebym zgasił światło w kuszetce. Marzyłem tylko o jednym — spać. Pięć minut później facet zaczął strasznie chrapać. Byłem bardzo zmęczony, ale nie mogłem zasnąć. Jego chrapanie wdzierało mi się do mózgu. Wyszedłem na zewnątrz i zapaliłem papierosa. Wróciłem, chrapanie stało się jeszcze głośniejsze. Położyłem się, głowę wsadziłem pod poduszkę. Nie pomogło. Chrapanie tłumiło nawet hałas pociągu. Gdy pociąg przyspieszał, chrapanie mężczyzny się nasilało. Przewracałem się z boku na bok. W żaden sposób nie dało się spać. Oczy mi się kleiły, ale mózg nie mógł usnąć. Wyszedłem na zewnątrz i znów zapaliłem. Chciałem go zbudzić. Bałem się, że mnie skrzyczy, gdy wstanie. Wyciągnąłem z torby piwo Efes i wypiłem w ciemnościach kuszetki. Pomyślałem, może ono pozwoli mi zasnąć. Przeciwnie, zmieszało się z wódką i zrobiło mi się trochę niedobrze.

Wyciągnąłem się na łóżku i zacząłem liczyć. Gdy doszedłem do dwustu, w sąsiedniej kuszetce kobieta głośno krzyknęła. Tak, jakby miała orgazm. Wcześniej, gdy wychodziłem wyrzucić worek z resztkami kurczaka, widziałem, jak do sąsiedniej kuszetki wchodziła kobieta z kształtnymi łydkami. Pozazdrościłem facetowi, na którym, lub pod którym, ta niewiasta krzyknęła. Gdy tak sobie rozmyślałem, ona znów krzyknęła, tym razem jeszcze głośniej. I znów… i znów. Potem przeniosła się na korytarz i krzyczała coraz bardziej spazmatycznie. Wyszedłem z kuszetki. Kobieta klęczała, unosząc w górę ręce. Na sobie miała szlafrok. Mimo tej rozpaczy jakoś znalazła czas przywdziać szlafrok. Konduktorka wyszła ze swojej kuszetki, zapinając guziki białej koszuli. Na korytarzu zebrali się ludzie. Kobietę siłą zaprowadzili do pomieszczenia konduktorskiego. Konduktorka zaś weszła do jej kuszetki. Wyszła stamtąd, też krzycząc.

Wezwali policję. Zrobiło się zamieszanie. Z innych wagonów zaczęli do naszego napływać gapie. Policjant ochraniający wagon siłą ich zawracał. Wyszli wzburzeni. Niektórzy nawet zaczęli się szarpać z policjantem. Podróżni z sąsiednich wagonów zaczęli zazdrościć pasażerom naszego wagonu zdarzenia, które u nas miało miejsce.

Na następnej stacji załoga w białych kitlach zabrała na noszach trupa mężczyzny, który pod tą lub na tej kobiecie umarł. Krzyczącą babę zaś zabrali policjanci. Ktoś powiedział, że tamten wziął viagrę i serce nie wytrzymało. Gdy go zabierali na noszach, widać było, jak pod zarzuconym prześcieradłem sterczał penis we wzwodzie na wysokość kilkunastu centymetrów. Trochę jak maszt w namiocie. Mówili, że nawet jeśli facet umarł, to jego penis nie. Do czwartej w wagonie trwało zamieszanie, a mój towarzysz podróży spał. Wróciłem do kuszetki. Po tym wszystkim w ogóle nie mogłem zasnąć. Wyciągnąłem półlitrową butelkę wody niegazowanej i wypiłem jednym haustem. Znowu się położyłem. Starałem się spać.

◊ ◊ ◊

Po wyjściu z wagonu, niewyspany, poruszałem się z trudem. Byłem niczym ostatni ranny żołnierz, który został z batalionu po krwawej walce. Przy dworcu wsiadłem w taksówkę i skierowałem się w stronę granicy gruzińsko-ormiańskiej. W mojej drugiej powieści, czyli w 18,6 centymetra[8] opisałem zasady przechodzenia przez granicę. Zaciekawieni niech poszukają i poczytają. Nie chcę na nowo pisać o tym epopei.

Artur czekał na mnie po tamtej stronie, w Armenii. Przejechałem granicę gruzińską i w strefie neutralnej zapaliłem papierosa. Ormiańscy strażnicy, zgodnie z zasadami, nie wbili mi do paszportu pieczątki. Przywitałem się z Arturem i z moimi ochroniarzami. Obydwaj chronili mnie w czasie mojej poprzedniej podróży do Armenii. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy. W lusterku spojrzałem na siebie. Ze zmęczenia i niewyspania miałem podpuchnięte oczy. Głowa latała mi na boki, jakby się odłamała z szyi i chciała odpaść. Ale w samochodzie nie mogłem spać. W drodze kazałem na chwilę stanąć i umyłem się pobieżnie zimną wodą. Wziąłem kilka głębokich wdechów, wciągając do płuc czyste, górskie powietrze. Artur zabrał dużo owoców. Nie jedliśmy. Gdybyśmy jedli, musielibyśmy się napić. Znów ruszyliśmy. Artur kilka razy zapytał, jak się mam. Za każdym razem odpowiadałem: „W porządku, dobrze”. Narzekał, że mu nerwy szwankują. Poradziłem mu, żeby rano na czczo łykał dwie, trzy łyżki miodu. Miałem taką dziwną przypadłość, że obojętnie, o czym ktoś by mówił, na co narzekał, każdemu doradzałem łykać rano na czczo ze dwie łyżki miodu. Codziennie podczytywałem artykuły o życiu pszczół, o pozytywnym wpływie miodu na organizm. Bardzo się cieszyłem, gdy spotykałem kogoś, z kim mogłem porozmawiać o pszczołach. Czasem moje szaleństwo tak się nasilało, że niezależnie od tematu przerywałem rozmówcy i rozpoczynałem przemowę o życiu pszczół i o pozytywach jedzenia miodu. Parę osób wiedziało o tej mojej przypadłości. Tylko z grzeczności cierpliwie słuchali moich pszczelich opowieści.

Ileż to razy przejeżdżałem tą drogą, a znów na wszystko patrzyłem z ciekawością! To, co widziałem, zasmucało mnie. Pokiereszowane ściany opuszczonych domów, nadszarpnięte zębem czasu, z oknami ziejącymi pustką.

Opuszczone zagrody, budynki kołchozów, stodoły wyglądały jak przycupnięci przy drodze żebracy. Zardzewiałe rury warsztatów wzniesionych w czasach sowieckich, rozrzucone naokoło czerwone cegły, brudne, depresyjnie wyglądające barany bezmyślnie przeżuwające źdźbła, trawy wyrastające z dachów szkół i bibliotek, drzewa, groby z przekrzywionymi krzyżami, starcy bez celu przechodzący po wiejskich drogach, rdzewiejące na podwórkach sowieckie samochody bez kół mówiły, że w tym regionie od dawna nie ma spokoju, szczęścia i pomyślności. Jeśli w moich rodzinnych stronach szkoły, gospodarstwa, fabryki, szpitale, domy, biblioteki były zrównane z ziemią ormiańskimi pociskami, to tutaj, we wsiach, miasteczkach i na całym obszarze zamieszkanym przez Ormian, z życiem rozprawiał się czas. Moje strony, które Ormianie obrócili w ruinę, wspominam z nostalgią. Tu z kolei panowała nędza. W moich stronach wydarzyło się już wszystko, co mogło się wydarzyć. Tam domy spalili, szkoły, biblioteki zburzyli. Tu z kolei domy rozpadały się cegła po cegle. Życie z ludzi uchodziło kropla po kropli. W niektórych wsiach rzadko można było spotkać cokolwiek żywego oprócz błąkających się z jednej strony drogi na drugą kogutów. Gdy przejeżdżało się wsie i miasteczka w Armenii, człowieka opuszczały wszelkie młodzieńcze marzenia i plany. Tu nie było przyszłości. Tu wszystko, pogrążone w ciszy, trwało w stanie rezygnacji. Tu nawet najbardziej beztroski, pozytywny człowiek musiał pogrążyć się w smutku. Widok traw wyrastających spod ścian, dzieci siedzących na dachach domów i patrzących na drogę, doprowadzał do rozpaczy. Płoty były całkowicie poprzykrywane rozwieszonymi do wysuszenia wojskowymi bluzami. Gdy się patrzyło na te bluzy, dopadało tak przykre odczucie, jakby się przegrało w karty albo dotknęło głupim, niestosownym słowem najbliższego człowieka.

Zatrzymaliśmy się przy cmentarzu na papierosa. Było tak cicho wokół, że dało się słyszeć gnijące kości. Stary grabarz postawił jedną nogę na brzegu świeżo wykopanego grobu i palił. Obok niego siedział nędzny, zabiedzony pies i stało dziecko o depresyjnej twarzy. Pomyślałem, że ten człowiek pogrzebie przyszłość tego dziecka w świeżo wykopanym grobie. Mężczyzna powiedział coś po ormiańsku do strażników. Ale ochroniarze mu nie odpowiedzieli.

Około czwartej dotarliśmy do Gugark. Na moje życzenie zatrzymaliśmy samochód przed bramą obozu. Chciałem pieszo przejść do budynku mieszkalnego. Po prawej stronie żelaznej bramy był wykopany dół, a w nim dużo starych, zużytych butów. W różnych rozmiarach, różnych kolorach. Letnie, jesienne, zimowe, damskie, męskie, dziecięce buty. Skąd wzięli tyle zużytego obuwia?! Na prawo od bramy była mała hałda, a na jej szczycie leżała czaszka byka. Wybieliły ją deszcze, wiatr, słońce. Z podnóża wzgórka wyrastał bluszcz, który wijąc się, dotarł do czerepu. Pęd pnącza przez otwór gębowy wniknął do środka i wychodził na zewnątrz oczodołem. Pod drzewem nieznanego mi gatunku leżał na boku czarny koń i rżał. Za koniem leżał stary, zaspany pies. Bez zainteresowania podbiegł w naszą stronę i niechętnie raz, dwa razy szczeknął. W szczekaniu starego kundla nie było ani grama chęci przestraszenia. Trudno było odgadnąć kolor bramy, Bóg wie kiedy malowanej.

Wziąłem moją zaczarowaną torbę z samochodu i skierowałem się w stronę budynku mieszkalnego. Na placu obozu nikogo nie było. Wszystkie dzieciaki gdzieś się porozchodziły. Artur pokazał mi mój pokój. Ochroniarze poszli odpocząć. Rozebrałem się i poszedłem prosto do łazienki. Umyłem zęby. Kilka razy się namydliłem. Pod silnym strumieniem wody pozbyłem się uczucia zmęczenia. Włożyłem czerwone slipy i wyciągnąłem się na tapczanie. Teraz były idealne warunki do spania. Jak to mawiał Vautrin[9]: „Śpij. Szczęście przychodzi niekiedy we śnie”.

◊ ◊ ◊

Nie wiem, ile spałem. Ktoś pukał do drzwi. Artur. Powiedział, żebym za dziesięć minut zszedł na dół, na dziedziniec. Umyłem twarz zimną wodą. Ubrałem się, łyknąłem dwie łyżki miodu i wyszedłem. Ochroniarze czekali na mnie na dole. Zapaliłem jednego papierosa. Wtedy ktoś kilka razy wykrzyknął: „Seymur! Seymur!”. Kilkanaście sekund później okazało się, kto to był. Lusina. Oboje byliśmy na kilku konferencjach w Tbilisi. Lusina wybiegła spośród drzew i skierowała się w moją stronę. Zanim dobiegła do mnie, jeszcze kilka razy powiedziała: „Seymur”. Lusina to była dziewczyna zwinna, szybka jak mały jeżyk, energiczna, z dźwięcznym głosem, lubiąca pić i zapalić, chuda i śniada. Byłem pierwszym Azerem, którego zobaczyła w życiu. Zaprosili ją do Tbilisi na seminarium, nie pamiętam już tematu. Matka chciała ją wyrzucić z domu, gdy dowiedziała się, że w tym samym seminarium będzie brał udział Azer. Lusina jakoś ją ułagodziła. Zatem poznaliśmy się w Tbilisi. W ciągu dwóch pierwszych dni Lusina trochę krępowała się rozmawiać ze mną. Później zobaczyła, że nie jestem jakimś kanibalem. Szybko się zżyliśmy. Siadaliśmy za stołem i jedliśmy, piliśmy wino, paliliśmy, rozmawialiśmy o wojnie. Lusina niedługo przedtem rozstała się z narzeczonym. Tyle rozmawialiśmy, że Lusina chciała nawet mojej porady, czy powinna wrócić do narzeczonego, czy nie…

Dobiegła i rzuciła się na mnie. Zarzuciła mi ramiona na szyję i kilka razy pocałowała. Ni z tego, ni z owego powiedziała, że czerwony kolor mi pasuje. Trzymała mnie za rękę i mówiła bez składu. Skierowaliśmy się w stronę sadzawki. Stały tam dwa rzędy długich stołów. Szykowali bankiet. Stoły były zastawione wszelkiego typu potrawami i napojami. Artur nie oszczędzał. Dzieciaki stały grupkami i gadały. Zobaczyłem innego znajomego — Armena. Z Armenem też się poznałem na konferencji w Tbilisi. Objęliśmy się. Kilku młodych Ormian, którzy słyszeli, że jestem Azerem, z wielkim zdziwieniem patrzyło na nasze szczere, ciepłe przywitanie…

Nadszedł czas: chcę wam podać kilka informacji o obozie w Gugark. Gugark w czasach sowieckich był popularnym obozem pionierów. W czasie wojny, a dokładnie po upadku Związku Radzieckiego, obóz zamknięto. Mijały dwa lata, gdy obóz zaczął działać na nowo. Gugark otaczały gęste lasy i góry. Powietrze tu było czyste i rześkie. Strumień, mający swe źródło w górach, przepływał środkiem obozu. Woda była bardzo zimna. Aż trudno uwierzyć, że mogła być aż tak zimna.

Obóz był podzielony na dwie części. W jednej z nich mieszkali uczniowie, którzy byli tu na koszt państwa ormiańskiego. Mieli jedną nauczycielkę. Nie powiedziałbym, że była ładna, ale figurę miała niczego sobie. Wyglądała bardzo seksownie. Na dodatek ubierała się w obcisłe spodnie i obcisłe bluzki, pokazując nam to, w co ją natura wyposażyła. Sterczące sutki pod bluzką mocno przyciągały uwagę. Żeby móc na tę nauczycielkę popatrzeć z bliska, kilka razy rano poszedłem z uczniami na gimnastykę. Dzieciaki cieszyły się, że dorosły wraz z nimi wymachuje do góry rękami i nogami, robi przysiady. Nauczycielka też ucieszyła się z moich ćwiczeń. Ja natomiast dołączyłem do uczniów tylko dlatego, żeby patrzeć na jej biust. Ustawiliśmy się na placu. Nauczycielka stanęła przed rzędami dzieciaków i najpierw pokazywała nam proste ćwiczenia, a potem my powtarzaliśmy jej ruchy. Gdy się schylała i wstawała, niekiedy widać było jej brzuch. Gdy się ruszała, jej biust ani troszeczkę, ani na centymetr nie drgnął. To znaczyło, że był bardzo ciężki. Nerwowo przełykałem ślinę, patrząc na nią. Byłem gotów na układ z Aniołem Śmierci, niech mnie zabiera, ale niech wcześniej się prześpię z nią tak z pięć razy. Z ręką na sercu przysięgam…

W drugiej części obozu mieszkaliśmy my. To znaczy studenci pierwszego i drugiego roku różnych uczelni, a nawet wyrośnięci nieco uczniowie starszych klas ze szkół średnich. Byliśmy tu na koszt holenderskiej fundacji. Ogólnie jej celem było stworzenie warunków do poznania, zaprzyjaźnienia się młodych, nastolatków różnych narodowości. No i ja, jako pisarz, publicysta, który na własne oczy widział okrucieństwa wojenne, miałem tym młodym opowiadać, jak straszną rzeczą jest konflikt zbrojny. Nie chciałem tego robić. I tak wszystko minęło, wszystko się zaprzepaściło. Od lat brałem udział w różnych konferencjach, seminariach na temat pokoju. Opowieści o przyjaźni narodów, pokoju, okrucieństwach wojny już mnie znudziły. Wydawało się, że do zagranicznych fundacji docierało, że wydają pieniądze na darmo. Obcokrajowcy czujący, że na Kaukazie pokoju nie będzie, wykazywali coraz mniej zainteresowania tego typu przedsięwzięciami. Liczba spotkań i konferencji malała.

Stołówka obozu także była podzielona na dwie części. Nasze stoły, jedzących i pijących na holenderski rachunek, były dużo zasobniejsze od stołów uczniów przybyłych tu na koszt państwa ormiańskiego. W czasie posiłków uczniowie często odwracali się i patrzyli na nasze jedzenie. W takich okolicznościach trudno było swobodnie jeść. Nauczycielka ze sterczącym biustem była bardzo niezadowolona, że uczniowie spoglądali w stronę naszych stołów…

Artur zaprosił nas do stołów ustawionych w dwóch rzędach. Wszyscy zajęli miejsca. Artur, jako kierownik całej tej imprezy, powiedział kilka słów na rozpoczęcie. Podziękował podatnikom holenderskim, który stworzyli warunki dla naszego spotkania. Potem poprosił, aby każdy z nas kolejno wstawał i powiedział kilka słów o sobie. Uczestnicy obozu kolejno się podnosili i mówili, gdzie się uczyli, gdzie się urodzili, podawali swoje imiona, nazwiska.

Na stołach stało mnóstwo sałatek, serów, były arbuzy, melony, pomidory, ogórki oraz butelki piwa, wina i wódki. W żołądku czułem już delikatny głód. Gdy dzieciaki się przedstawiały, ja myślałem, co wypiję: wódkę, wino, a może tylko piwo?

Wtedy podszedł do mnie Armen. Wyszeptał mi do ucha, że ma czystą wódkę morwową przywiezioną z Karabachu. Powiedział coś po ormiańsku do młodego siedzącego obok mnie. Młodzieniec wstał i ustąpił mu miejsca, a sam usiadł tam, gdzie uprzednio siedział Armen. Chciałem, żeby uroczystość powitalna się już skończyła. Chciałem zacząć jeść. Jakiś Holender robił nam dużo zdjęć. To bezustanne pstrykanie fotek mocno mnie wkurzało. Nie chciałem nic mówić na mój temat. Poza tym w takich miejscach, gdzie każdy chce się wyróżniać i wyglądać mądrze, najlepszym zachowaniem jest milczeć. Na seminariach i konferencjach zawsze tak robię. Przez dwa pierwsze dni milczę, a potem przechodzę do ataku. Na bankietach dużo piję. Nadeszła moja kolej. Wstałem i powiedziałem parę słów na swój temat. Dzieciaki wlepiały we mnie wzrok. Znałem ten obrazek. Większość z nich pierwszy raz w życiu widziała Azera. Każdy z nich patrzył na mnie innym spojrzeniem. Z nieufnością, nienawiścią, ciekawością, strachem… Zwięzłe, suche informacje na mój temat nie usatysfakcjonowały Artura. Musiał pokazać przedstawicielom fundacji organizującej imprezę, jak ważna osobistość z wrogiego kraju została zaproszona. Wstał i dość obszernie zaczął opowiadać na mój temat. Powiedział, że moje teksty publicystyczne są bardzo wysoko oceniane. Liczba oczu spoglądających na mnie z zaciekawieniem się zwiększyła. Dobra, cel osiągnięty. Chciałem dać możliwość przedstawienia się młodzieńcowi, który przedtem siedział obok, ale Armen zaczął opowiadać, jak się poznaliśmy, wynosił mnie jako publicystę pod niebiosa. Liczba oczu patrzących na mnie z ciekawością znów nieco wzrosła.

Zgłodniałem. Chciało mi się jeść. Z siedzącej naprzeciwko trójki jeszcze nikt się nie przedstawił. Gdyby się skończyło to przedstawianie, zjadłbym coś. I chciało mi się pić. Zjadłbym arbuza i sera. Wbiłem wzrok w wielki kawał owocu. Czasem podnosiłem głowę i patrzyłem na przedstawiających się młodych. Gdy kolejnym razem podnosiłem oczy z wielkiego kawału arbuza, mój wzrok napotkał wzrok pewnej dziewczyny. Siedzieliśmy prawie naprzeciwko, ona ode mnie dwa krzesła na lewo. Wstała. Jej nierówno wyregulowane brwi oznaczały chęć dziarskiego wkroczenia w życie. Mimo to wstydziła się mówić. Nie wiedziała od czego zacząć, co powiedzieć. Miała miły głos, podobny do głosu postaci z rosyjskich filmów rysunkowych. Usłyszałem jej imię — Anuş. Studiowała na uniwersytecie filologię rosyjską. Ubrała się skromnie. W jej wyglądzie znać było biedę. Gdy mówiła, z emocji przeciągnęła grubą, białą ręką po włosach. Ta średniego wzrostu dziewczyna o białej skórze, wstydliwa, rozemocjonowana, o miłym głosie, wyglądała jak ugotowane, obrane ze skorupki jajko. Odtąd, kiedy tylko jem gotowane jajko, przypomina mi się Anuş…

W końcu część zapoznawcza się skończyła. Artur powiedział, że jest dużo jedzenia, żeby dzieciaki się nie wstydziły i jadły do syta. Ręce wyciągnęły się do stołów. Armen wstał ze swojego miejsca i poszedł w stronę basenu. Z kanaliku, którym płynęła do niego woda, wyciągnął butelkę, przyniósł i postawił na stole. Po chwili nalał zimnej wódki morwowej do szklanek. Powiedziałem, że zgłodniałem, że najpierw zjem, a potem zaczniemy. Na stole właśnie pojawił się gorący kebab, do talerzy nalano gulasz. Wziąłem upatrzony wcześniej kawałek arbuza i zjadłem z serem. Potem zmiażdżyłem i zmieszałem wędzonego pomidora, bakłażana, paprykę i zrobiłem gorącą sałatkę. Sałatkę zjadłem z razowym chlebem. Armen czekał na mnie niecierpliwie z naczyniem w ręku. Zjadłem tłusty kawałek mięsa i wziąłem szklankę. Teraz były dobre warunki do picia. Trzeba było zaczynać. I zaczęliśmy. Wychyliłem wódkę. Spływająca po gardle morwówka rozgrzewała moje ciało. Na czole pojawił mi się pot. Ta wódka była zrobiona z morwy, która rosła w rejonie, gdzie się urodziłem, rosłem, skąd uciekłem, który opuściłem. Mimowolnie przypomniały mi się nasze morwy rosnące wzdłuż płotu. Ojciec posadził je, żeby na podwórzu się tak nie kurzyło. Białe morwy, czarne morwy…

Pewnego razu wszedłem na drzewo i jadłem morwy. Siostra też chciała wejść. Krzyknąłem na nią z góry: „Nie wchodź na drzewo!”. Nie posłuchała mnie. Rozgniotłem w garści owoce i polałem sokiem głowę siostry. Owoce był tak słodkie, że w domu z trudem wyczyścili jej zlepione włosy wodą z szarym mydłem do prania. Mnie natomiast dali małe lanie. W tamtym czasie ojciec, na prośbę nas, dzieci, kupił kozę. Koza bardzo szkodziła drzewom. Jadła korę. Ojciec czekał na ochłodzenie, żeby zabić zwierzaka. Gdy zelżały upały, dokonał tego. Tydzień mieliśmy żałobę po kozie. Powstrzymaliśmy się nawet od zjedzenia koziego mięsa. Zwierzę szczególnie szkodziło drzewom morwowym. Zdaje się, że kora morw była lepsza od innych. Koza jadła korę, jakby obierała banana ze skórki. Nie dało się temu zaradzić. Wspinała się na drzewo, może chciała się tam schować.

Jedno drzewo morwowe szczególnie zapadło mi w pamięć. Winorośl zasadzona przez naszych sąsiadów pięła się swobodnie po płocie i wspinała na naszą morwę. Jak na ironię ta winorośl dawała dużo owoców. Nie pozwalałem synowi sąsiadów wchodzić na naszą morwę i zrywać winogron. On mnie śledził i nie pozwał zbierać ich owoców. I tak ptaki zjadły winogrona.

Tak jest, w kraju wroga piłem wódkę z owoców morw zebranych w rejonie, w którym się urodziłem i wyrosłem. Po ciele rozeszło się ciepło. Pot wystąpił na czoło. Byłem na rauszu. Armen polał wódki do szklanek. Wychyliłem i zagryzłem arbuzem, żeby nie czuć goryczy w ustach. Zapaliłem papierosa. Kto wie, może ta tutowka jest z naszych owoców? Wstałem. Przemyłem twarz w lodowatej wodzie chłodzącej wódkę, wróciłem do stołu i do morwowego trunku.

◊ ◊ ◊

Zapadała noc, w której gubiły się wszelkie odległości. Było słychać ptaki, niewidoczne w ciemności. Im bardziej się ściemniało, tym mocniej się wydawało, że góry zbliżają się do obozu.

Szybko podpici i najedzeni młodzi wstawali od stolików i wychodzili na środek tańczyć i się bawić. Za stołami zostali doświadczeni w latach i posiwiali na konferencjach, seminariach, bankietach i spotkaniach wyjadacze. Ja, Armen, Artur, Francuzka żydowskiego pochodzenia, kilku obijających się Amerykanów, którzy nie mogli niczego dokonać we własnym kraju, Holendrzy szukający egzotyki na Kaukazie…

Mieszały się ze sobą różne języki. Artur wzniósł toast za pokój. Było czuć, że sam nie wierzy w to, co mówi. Armen z trudem przetłumaczył jego słowa na angielski. Wychyliliśmy ostatnie kieliszki i zakończyliśmy bankiet. Na stole zostało mnóstwo nieotwartych butelek wódki i wina. Całe piwo wypili młodzi. Wyszliśmy na placyk i zobaczyliśmy, że świetnie się bawią. Tańczący byli spoceni, a nietańczący, gwiżdżąc i klaszcząc, dopingowali tancerzy. Niektórzy przykucnęli. W sypialniach uczniów zgaszono światła. Kilku zaradnych uczniaków patrzyło przez okna na bawiących się na placyku i na sto procent życzyli sobie szybko dorosnąć i robić to samo. Naprzeciwko trybun stał metalowy słup z intensywnie świecącą latarnią. Przy powiewach wiatru snop mocnego światła oświetlał raz lewą, raz prawą stronę placu. Głośnik umieszczono przy słupie na dole. Siedzieliśmy w miejscu przeznaczonym dla starszych. Młodzi mieli butelki piwa w rękach. Czego nie mogli wypić przy stołach, przynieśli ze sobą na plac taneczny. Stało się tak, jak Artur sobie życzył. Kilka par zniknęło wśród drzew, żeby móc się tam całować. Po chwili starsi dołączyli do młodych w tańcach. Ja i Armen trzymaliśmy się na boku. Mocno szumiało nam w głowach. Gdybym się ruszał, zrobiłoby mi się niedobrze. Na dodatek dużo zjadłem. Nie miałem nastroju na chodzenie. Najlepiej było siedzieć, nie kręcić się i patrzeć na tańczących. Nauczycielka o sterczących sutkach wyszła z budynku, w którym mieszkali uczniowie. Była w obcisłych, uwydatniających kształty spodniach i opinającej ciało bluzce. Szybkimi, nerwowymi krokami podeszła do Artura. Uczniowie obserwujący nauczycielkę wychylili się z okien. Nauczycielka rozmawiała z Arturem jakieś pięć minut. Szybkimi, nerwowymi krokami wróciła do budynku. Zaczęły się wolne piosenki. Francuzka żydowskiego pochodzenia zaprosiła mnie do tańca. Wstałem. Idąc na środek placyku, myślałem, gdzie położę na niej ręce. Lewą rękę trzymając w kieszeni, prawą położyłem na jej pasie. Oczywiście z boku musiało to wyglądać bardzo śmiesznie. Piosenka się ciągnęła. Mocno się spociłem. Myślałem sobie, że wszyscy patrzą, jak źle tańczę.

Każdy był zajęty sobą i swoją zabawą, ale jedna osoba patrzyła na nas uważnie. To była Anuş. Stała z boku, pod drzewem. W ręku trzymała letni szal. Piosenka się skończyła. Wróciliśmy z Francuzką na swoje miejsca. Armen dał nam po butelce zimnego piwa. Otworzyłem. W ciele poczułem rozchodzący się chłód. Artur wziął mikrofon i zapowiedział zakończenie wieczoru za dwadzieścia minut. Po zapowiedzi młodzi siedzący po bokach placu ruszyli do tańca. Anuş natomiast stała pod drzewem. Bawiła się szalem. Pary, które wcześniej całowały się pośród drzew, wróciły. Wodzirej zapowiedział ostatnią piosenkę. Dały się słyszeć krzyki i gwizdy. Więcej uczniów wyjrzało przez okna. Młodzi skierowali się do drzwi budynku, a my zakazaliśmy im wychodzić w nocy na zewnątrz, palić w pokojach i hałasować.

W źródle obmyłem pobieżnie twarz i ciało i w asyście ochroniarzy ruszyłem do mojego pokoju. Zdjąłem spodnie, otworzyłem okno. Do pokoju wleciało zimne, czyste, górskie powietrze. Patrząc na jakby przybliżające się do obozu w ciemnościach góry, zapaliłem ostatniego dziś papierosa. Z daleka było słychać piosenkę Ja eto ty, ty eto ja Murada Nasyrowa[10]. Zasmuciła mnie niesłychanie mocno.

◊ ◊ ◊

Rano zbudził mnie śpiew ptaków. Nieznany mi z nazwy ptak siadł na gałęzi nieznanego mi z nazwy drzewa i śpiewał. Gałąź drzewa wyciągała się w stronę pokoju. Ptak śpiewał wprost do mojego pomieszczenia. Dźwięk roznosił się wszędzie. Gdy ptak przestawał na chwilę śpiewać, starałem się wstrzymywać oddech, żeby go nie spłoszyć, ale brakowało mi powietrza. Kiedyś przeczytałem, że pisarz powinien znać co najmniej piętnaście nazw ptaków, piętnaście drzew, piętnaście kwiatów…

Nie ruszając się z miejsca, zacząłem wyliczać nazwy drzew, ptaków i kwiatów. Topola, dąb, lipa, sosna, platan, wierzba, jodła… Słowik, sowa, wróbel, szpak, gołąb, przepiórka, papuga, wrona, mewa, kuropatwa, żuraw, drop, orzeł, jaskółka… Rumianek, narcyz, mak, fiołek, pierwiosnek, tulipan…

Wstałem. Głowa mnie nie bolała. Po prysznicu się ożywiłem. Wciągnąłem do płuc czyste powietrze. Łyknąłem dwie łyżki miodu i się ubrałem. Wychodząc z pokoju, w korytarzu natknąłem się na Anuş. Wyobraźcie sobie piętrowy, podłużny budynek. Po prawej stronie wąskiego korytarza pokoje dziewczyn, po lewej chłopaków. Pokój Anuş był na naszym piętrze. Bez krzty zawstydzenia patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Dziewczyna patrzyła na mnie wątpiącym, smutnym spojrzeniem. Jak szybko się we mnie zakochała! Czasem dziewczyny, zakochując się w synu wrogiego ludu, obywatelu wrogiego kraju, chcą otwarcie demonstrować swoje poświęcenie. Mokry biust wyraźnie odznaczał się pod zieloną koszulką, która opinała jej ciało podobne do ugotowanego i obranego ze skorupki jajka. Przed chwilą się wykąpała. Jej twarz była wilgotna. Moje wyzywające spojrzenie przestraszyło dziewczynę. Uciekła na dół. Nie, nie myślcie, że coś tu jeszcze napiszę. Nie. O tym, że się przestraszyła, dowiedziałem się później. Opisaliśmy sobie jeszcze raz w listach wszystkie nasze spotkania, rozmowy odbyte w czasie obozu. Tym naszym spotkaniom, spojrzeniom później były dodane znaczenia. Jak mawia Patrick Süskind[11], w sprawach miłości zawsze pozostajemy przesądni. Ta szybka ucieczka dziewczyny na dół ucieszyła moje męskie ego. Anuş nie mogła wygrać z moim spojrzeniem. W wyśmienitym humorze nie zszedłem jednak na dół, tylko zapukałem do drzwi pokoju Armena. Zastukałem drugi raz, mocniej. Armen otworzył. Zaspany starał się włożyć koszulę, ale nie mógł ręką trafić w rękaw. Zobaczywszy mnie, zrezygnował z nałożenia koszuli.

– Co się stało?

– Śniadanie. Zejdź na dół.

Za otwartymi drzwiami zobaczyłem nagie uda kobiety leżącej na łóżku. Ale twarz właścicielki tychże ud pozostawała niewidoczna. Armen zauważył moje spojrzenie i przymknął drzwi, popychając je nogą.

– Idź. Muszę się ogolić.

Kłamał. Był idealnie ogolony. Wrócił do pokoju. Ja zszedłem na dół. Jacyż zmyślni są prawdziwi mężczyźni. Ja, jak podrostek, wymyślam tu jakieś głupoty o miłości. A zmyślni mężczyźni zajmują się prawdziwymi, poważnymi sprawami.

◊ ◊ ◊

Z Anuş pierwszy raz rozmawialiśmy po śniadaniu. Nasi podopieczni wyszli ze stołówki i każdy poszedł w swoją stronę. Uczniowie zebrali się na placyku. Nauczycielka o sterczącym biuście instruowała ich. Jechali gdzieś na wycieczkę. Dobrze by było do nich dołączyć. Stanąłem obok trybun i patrzyłem na nauczycielkę. Paliłem. Wtedy podeszła do mnie Anuş. To spotkanie planowała od wczoraj. Dało się to wyczuć po jej ruchach i słowach. Później sama to przyznała.

– Słyszałam, że jest pan pisarzem. Ja bardzo interesuję się literaturą…

Rzuciłem peta i zapaliłem następnego papierosa. To nie była poza. Po prostu zawsze, gdy jechałem w nowe miejsce, w ogóle w podróż — dużo paliłem. Stanęła przede mną. Mój drugi papieros wyglądał dla niej jak tania zagrywka. Trochę się rozczarowała. W życiu najbardziej boję się rozczarowywać. Dlatego, żeby wyciągnąć Anuş z tego stanu, szybko powiedziałem:

– Mów do mnie po imieniu. Między nami nie ma aż takiej różnicy wieku.

– Możesz mi powiedzieć, jakie książki warto przeczytać? Bardzo potrzebuję twojej porady. Przeczytałam dużo niepotrzebnych książek.

– Przynieś coś do pisania, zanotujesz sobie.

Anuş pobiegła do budynku, ja natomiast ruszyłem w stronę ławek ustawionych w rzędzie pod drzewami, przy brzegu placu. Nauczycielka o sterczącym biuście przechadzała się naprzeciwko stojących w szeregu uczniów i ich pouczała. Ktoś otworzył bramę obozu. Pojawił się toporny w kształcie, stary autobus typu PAZ, żółtego koloru. Uczniowie, krzycząc, pobiegli w stronę pojazdu. Nauczycielka się zdenerwowała. Głośno wymieniła kilka imion, ale ci ani się na nią obejrzeli. Każdy chciał zająć w autobusie miejsce przy oknie. Z pojazdu wyszedł kierowca i w sposób typowy dla szoferów kopnął dwa razy w koło. Tak się skończył przegląd techniczny pojazdu. Nauczycielka znów miała na sobie obcisłe spodnie. Patrzyłem na jej przemieszczające się przy każdym ruchu boczki i przypomniałem sobie o prezerwatywach Czerwony Kamikadze. Spojrzałem w lewo. Anuş wyszła z budynku. Ruszyła w pospiesznych podskokach. Nagle zaczęła biec. W prawej ręce miała notes. Lewą ręką natomiast przytrzymywała biust, który, miast spokojnie spoczywać, podskakiwał.

– Wybacz, trochę zeszło. Nie mogłam znaleźć nic do pisania – powiedziała.

Podała mi notes. W środku był długopis. Na dwóch pierwszych stronach było napisane coś po ormiańsku. Chciałem o to zapytać, ale nie zebrałem się na takie wścibstwo.

– Siadaj.

Siadła po prawej. Otworzyłem notes pośrodku i zacząłem pisać nazwiska pisarzy i tytuły książek. Nie pytając ją o zgodę, pisałem w alfabecie łacińskim. Celowo nie chciałem pisać cyrylicą. Bałem się zrobić jakiś błąd. Alfabet łaciński dawał mi pewność, że błędu nie zrobię. Nazwiska i tytuły książek pisałem w notesie powoli, starannym pismem, a Anuş jeszcze bardziej się do mnie przybliżyła. Szybkimi ruchami zakładała za uszy nieposłuszne kosmyki włosów, które i tak po chwili znów zsuwały się na kartki otwartego notesu. Ładnie to wyglądało. Przemierzając literackie zagadnienia, stawaliśmy sobie coraz bardziej bliscy, dosłownie. Po każdym zapisanym w notesie autorze i tytule patrzyłem jej w oczy. Uśmiechała się. Skąd też tej dziewczynie podobnej do gotowanego, obranego ze skorupki jajka, przyszło do głowy, że aby nawiązać kontakt, jak najszybciej przełamać lody, najlepszym sposobem będzie rozmawiać o sztuce, literaturze.

– Czytałaś jakieś książki Paulo Coelho?

– Nie.

– I dobrze. Kobiety, które go czytają, stają się przemądrzałe. Czytelniczki Coelho mają przypadłość udawania mądrzejszych, niż są naprawdę. Wszędzie i każdemu zaczynają dawać rady. Nienawidzę kobiecych rad, wymądrzania. Jednym słowem, kobiety czytające Coelho są głupie.

Podniosłem głowę i się wyprostowałem. Mimo zadartej głowy spojrzałem w dół i wbiłem wzrok w jej jasny biust. Miała czarny stanik. Czerń jeszcze bardziej podkreślała biel biustu. Zauważyła, gdzie patrzę. Jednak nie zrobiła nic, żeby mi przeszkodzić. Patrzyłem bezczelnie na jej cycki, które były lekko poniżej moich oczu. Starałem się przypomnieć nazwisko autora i tytuł książki…

Zapisałem kolejnego pisarza i dzieło w notesie: John Steinbeck, Myszy i ludzie. Zrobiłem listę około pięćdziesięciu tytułów. Układałem ją z trudem, bo nie znałem gustu Anuş. Zapisując nazwiska i tytuły, nie pytałem, czy je zna. Gdy patrzyłem na nią, żeby zobaczyć jej reakcję, tylko się uśmiechała. Więcej tytułów nie mogłem sobie przypomnieć. Podałem notes Anuş. Przeczytała listę. Po kolei opowiedziałem jej o każdym autorze i tytule. Zaczęła się dyskusja. Rozmawiając, patrzyliśmy sobie w oczy. Często drapała się w rękę. Ja przy każdej okazji patrzyłem na jej biust. Rozmawialiśmy o literaturze. Zadawała mi pytania związane tylko z książkami, mimo że mogła pytać także o co innego: gdzie teraz mieszkam, czy ktoś z moich bliskich zginął na wojnie, czy wojna wybuchnie na nowo, jak u nas żyją ludzie, czy jestem kawalerem, czy mam żonę…

Ale my rozmawialiśmy tylko o literaturze. I z rozmowy wynikło, że ta dziewczyna podobna do ugotowanego, obranego ze skorupki jajka, zna większość utworów z mojej listy. Spodobała mi się jej skromność. Zazwyczaj kobiety mówią bardzo chętnie o przeczytanych przez siebie książkach. Ona natomiast krępowała się nawet przeczytać tytuły, które napisałem jej w notesie. Obawiała się, że wprawi to mnie w zakłopotanie. Dopisałem w notesie kilku nowych pisarzy — Henry Miller, Eduard Limonow, Charles Bukowski, Sasza Sokołow, Siergiej Dowłatow… Obudziła się we mnie pycha. Imponowało mi, że energiczna dziewczyna w mokrej koszulce patrzyła na mnie i słuchała mnie z zachwytem.

– Pierwszy raz w życiu rozmawiam z pisarzem — powiedziała Anuş.

Odpowiedziałem jej przemądrzałą radą:

– Czytaj. Koniecznie trzeba dalej czytać. Gdy ktoś czyta książki, to jest to jedyna rzecz, która mnie cieszy. Co może być piękniejszego niż przeczytać w tydzień to, co pisarz przez lata zobaczył, usłyszał, z trudem napisał?

Nie odpowiedziała na to pytanie. Wolała, żebym to ja dalej mówił. Znów uniosłem twarz, wyprostowałem się i zobaczyłem stojącego obok trybun ochroniarza. Patrzył na nas.

◊ ◊ ◊

W czasie mojej pierwszej podróży do Armenii zrozumiałem, jak trudno jest być politykiem. Właściwie nie tylko politykiem: znani biznesmeni, piosenkarze też zawsze poruszają się z ochroną. W czasie armeńskiej wyprawy każdego dnia w jakiejś miejscowości spotykaliśmy się z ludźmi z różnych grup społecznych. Ze studentami, z prostymi ludźmi, dziennikarzami, uczniami. Obok mnie zawsze stali ochroniarze, chodzili ze mną wszędzie. We wszystkich spotkaniach też brali udział. W pierwszej podróży dobrowolnie wszedłem w rolę obrońcy pokoju. Pokazywaliśmy filmy, mówiliśmy o przyjaźni ludów. Pomału zacząłem się tym męczyć. Zrozumiałem, że zajmujemy się czymś bez sensu. Bardzo zmęczyłem się chodzeniem wszędzie z ochroną. Nurtowało mnie pytanie: jak ci wszyscy sławni ludzie mogą całe życie wytrzymać z obstawą?

Za każdym razem, gdy przekraczałem granicę w drodze powrotnej, brałem głęboki oddech w strefie neutralnej i zapalałem papierosa. Tutaj, w obozie, ochroniarze aż tak mnie nie zmęczyli. Poza miejscowymi pracownikami oraz uczniami i uczestnikami naszego projektu nie było nikogo, kto by o nas wiedział. Mimo to i tak mieli mnie na oku. W każdym miejscu czułem na sobie ich wzrok. Bez ich zgody nie mogłem wyjść z obozu.

◊ ◊ ◊

Graliśmy z Armenem w szachy przy źródle. Chłopcy napełniali swoje kaszkiety wodą i z nich pili, a potem mokre czapki nakładali na spocone głowy. Delikatny wiatr strącał ściekające z ust wielkie krople wody. Gra się dłużyła. Nudziłem się. Byłem gotów przegrać, byleby ta nuda się jak najszybciej skończyła. Naprawdę chciałem przegrać. Ale żeby przegrać, musiałbym się celowo podłożyć. Armen wyczułby to. Dziwny człowiek był z tego Armena. Zza szachownicy opowiadał suchary sprzed stu lat. Żeby go nie urazić, trochę się śmiałem udawanym śmiechem. Zazwyczaj tak się śmieją dziennikarze w telewizji, gdy wyniknie jakiś problem techniczny.

Gra się przeciągała. Gdy się zastanawiałem nad ruchem, Armen, korzystając z okazji, opowiadał stare dowcipy. Skąd tyle w nim przekonania, że już kiedyś tego nie słyszałem? A może chciał mnie rozśmieszyć i tak skończyć grę? Patrząc na figury, męczyłem się samym myśleniem. Żałowałem, że zgodziłem się zagrać. Szykowałem się na kolejny ruch. Po nim Armen miał mi dać mata. Postanowiłem, że świadomie przegram. Chciałem się przejść albo iść do pokoju. Zapaliłem papierosa. Gdy ja się długo zastanawiałem, Armen znów powiedział stary dowcip. Wtedy podszedł do mnie młody człowiek.

– Wzywają pana do kuchni.

– Kto?

– Kucharka.

Nużąca gra tak się musiała skończyć. Inaczej nie mogło być. Bardzo ucieszyłem się z wezwania. Trafiła mi się dobra wymówka. Wstałem, pokręciłem szyją. Od siedzenia zdrętwiały mi nogi. Umyłem twarz w zimnej wodzie ze źródła i poszedłem do kuchni. Armen krzyknął za mną:

– Czekać na ciebie?

– Czekaj. Ale jak się będę spóźniał, to nie czekaj. Potem zagramy.

Przed stołówką skończyłem papierosa, najpierw wszedłem do sali jadalnej, potem do kuchni. Nikomu ze znajomych nie dawałem znać, że przyjeżdżam do Armenii. Gdybym ich powiadomił, na pewno przyjechaliby do obozu się ze mną spotkać. A może się dowiedzieli? A może to Anuş wzywała mnie do kuchni? Może chciała się spotkać w bardziej odseparowanym miejscu?

Przed posiłkiem i po nim na stołówce nie było nikogo oprócz pracowników. W kuchni robota szła pełną parą. W pomieszczeniu obok, gdzie się myło naczynia, na stole piętrzyły się talerze, widelce, noże. Kilka kobiet wycierało talerze końcem ścierek przerzuconych przez ramiona. Z sufitu kuchni zwisała klatka, a w niej siedział słowik z krótkim ogonkiem. Jak słowik mógł żyć w tych oparach tłuszczu i smażonej cebuli? Pewnie się przyzwyczaił. Na ścianie kuchni wisiał portret nieznanego mi generała. Generał miał na sobie filcową pelerynę i patrzył na widniejące w oddali góry. Nad portretem wisiał amulet — niebieskie oko – który zwisał aż do czoła generała. Słowik, naścienny portret generała, amulet… Bardzo dziwna kuchnia.

W starym, sowieckim telewizorze marki Rubin leciał właśnie serial dokumentalny o rybach, którego nikt nie oglądał. Jakby tego było mało, nagle w kuchni pojawił się skądś łagodnie wyglądający pies, który przytknął mokry nos do jednego z garnków. Kobiety zobaczyły psa i podniosły wrzawę. Łagodnie wyglądający pies nie spodziewał się takiej reakcji. Głośno szczeknął i rozczarowany wybiegł z kuchni. Jedna z kobiet wytarła rękę ścierką przewieszoną przez ramię i zapytała mnie o coś po ormiańsku. Chyba chciała wiedzieć, po co przyszedłem do kuchni, kogo szukam. Odpowiedziałem jej po rosyjsku:

– Kucharka mnie wezwała.

Po tym zdaniu zmieniła się atmosfera w kuchni. Kobiety z przewieszonymi przez ramię ścierkami odwróciły się i spojrzały na mnie. Tak, to byłem ja — obywatel wrogiego państwa. W kuchni mieszały się zaciekawienie, nieufność i strach. Pracownicy wiedzieli, że do obozu przyjechał obcy. Byłem tu z nimi bez ochroniarzy. Miałem na sobie czerwoną koszulę, letni kaszkiet. Jedna z kobiet, najstarsza z nich, odezwała się:

– Poczekajcie, ona już idzie. Poszła się przebrać.

– Tylko zapalę i wracam.

Papieros to była wymówka. Czułem się zmiażdżony spojrzeniami pełnymi strachu, ciekawości i zwątpienia. Zdawało mi się, że generał w filcowym płaszczu z portretu nie patrzył na dalekie góry, tylko na mnie. Wyszedłem z kuchni i przed stołówką zmusiłem się niechętnie do papierosa. Bóg jeden wie, co teraz o mnie tam mówiły. Każda coś nawijała. Może któraś z tych kobiet straciła na wojnie kogoś bliskiego. Skończyłem palić i wszedłem do pomieszczenia.

Zobaczyłem ją w drzwiach do kuchni. Miała na sobie jasnoniebieską spódnicę i białą bluzkę. Widać było, że pospiesznie, bo niestarannie, pomalowała usta szminką. Potem długo myślałem nad tym jej wyglądem. Nie chciała się ze mną widzieć w ubraniu roboczym, dlatego naprędce zmieniła strój, niedokładnie pomalowała usta, wyperfumowała się, żeby stłumić bijący od niej smród cebuli i tłuszczu. Rozumiałem to pospieszne przebranie, umalowanie, perfumy. Byłem świadkiem jej minionej urody. Ktokolwiek by był na jej miejscu, też chciałby tak szybko wypięknieć przez zmianę ubrania. I też polałby się perfumami, nie wiedząc nawet, że ma do włosów przyklejoną skądś pajęczynę.

Od razu ją poznałem. Czas, wojna, ucieczka, trudy zostawiły na jej twarzy zmarszczki. Zmieniła się. Była gruba, jak przystało na prawdziwą kucharkę. Ale ja ją poznałem. Gdybym jej wieki nie widział, i tak bym ją poznał. Każdy poznaje w życiu takie twarze. Jak bardzo by się zmieniły, ile by czasu przeszło, poznajemy te twarze, przypominamy je sobie.

– To ty?

– To ja.

Z powstrzymywanego płaczu zwęziły się jej usta, wargi drżały. Żeby nie cierpiała tak dalej, otworzyłem szeroko ramiona. Padliśmy sobie w objęcia. Wybuchła nagłym szlochem. Mój kraciasty kaszkiet dotykał ją w czoło. Zdjąłem czapkę, żeby mogła mnie wygodniej objąć. Napłakała się dostatecznie i uspokoiła. Przeszliśmy do kuchni. Przez łzy na całej twarzy roztarł się jej czarny tusz do rzęs. Umyła się wodą z kranu i wskazała mi miejsce, żebym usiadł. Siedliśmy naprzeciwko siebie przy małym stoliku. Starsza kobieta, która wcześniej ze mną rozmawiała, postawiła przed nami po szklance herbaty. Kobiety z przewieszonymi przez ramię ścierkami pozornie zajęły się swoją robotą. Naprawdę jednak ich uwaga skupiała się na nas.

– Dowiedziałam się, że przyjechałeś. Przeczytałam twoje nazwisko na liście. Bałam się spotkania. Poradziłam się Artura, powiedział, że nie ma się czego obawiać. Dostałam pozwolenie od ochroniarzy.

Płynące po policzkach łzy znikały w zmarszczkach. Starsza kobieta postawiła przed nami gorące ciasto.

– Jej mąż był Azerem — wyjaśniła H. — Dzieci mieszkają w Baku. Raz w roku spotykają się w Rosji.

– Wyczułem wcześniej. Wydaje się kimś, kto ma dużo do powiedzenia.

Dłuższą chwilę wodziła palcami po gardle. Jakby chciała wydobyć na zewnątrz utknięte tam słowa.

Gdy na świecie panował jeszcze ład, mieszkali na ulicy Lenina. Jej matka i moja babcia pracowały razem w szpitalu. Jej ojciec był stolarzem. Robił drewniane skrzynki, w których wysyłało się żołnierzom paczki z domu. Na wsi powodzenie człowieka mogło wzejść i zgasnąć w zależności od zdania dwóch, trzech plotkarek. Wszyscy mówili, że K. ma szczęśliwą rękę. W naszym rejonie[12] wszyscy, którzy wysyłali swoim żołnierzom paczki, kupowali drewniane skrzynki od K. Panowało przekonanie, że skrzynka zrobiona przez K. nie zginie w drodze, dotrze na czas do adresata. I tak, drewniane skrzynki składane przez K. na podwórzu, przed domem, na ulicy Lenina, zyskały sławę na całe imperium radzieckie.

Tu jest czas na małą dygresję. A zatem, jak mogła niespodziewanie zgasnąć gwiazda powodzenia? Miałem przyjaciela. Miał fermę. Byliśmy w jednej grupie na studiach. Kiedyś pojechałem do niego na wieś w odwiedziny. Moją uwagę zwrócił opuszczony dom.

– Gdzie są właściciele tego domu?

– Wynieśli się ze