Grzeszna muzyka - opracowanie zbiorowe - ebook

Grzeszna muzyka ebook

Opracowanie zbiorowe

4,0

Opis

Ośmiu najlepszych autorów literatury erotycznej w jednej wyjątkowej antologii! Pozwól porwać się gorącym historiom, które łączy muzyka i miłość!

 

Ekskluzywne kluby, dyskoteki czy sale koncertowe to idealne miejsca, by poznać kogoś interesującego i przeżyć naprawdę niezwykłą noc!

 

Trzeba tylko wykonać ten pierwszy krok, by życie nabrało zupełnie innych barw! Namiętny seks z nieznajomym, nieoczekiwany powrót dawnego uczucia czy miłość od pierwszego wejrzenia to tylko niektóre sytuacje, w jakich znajdą się bohaterowie opowiadań. Czasem jednak dostaną dużo więcej, niż się spodziewali Czy wyjdzie im to na dobre?

 

Seks, namiętność, ekscytacja i dobra muzyka co może pójść nie tak?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (5 ocen)
2
2
0
1
0
Sortuj według:
palinka9191

Dobrze spędzony czas

Osiem totalnie różnych opowiadań z jednym, podwójnym mianownikiem - miłość i muzyka. I chociaż lubię antologie tu miałam mały problem z czytaniem. Historie mają różny poziom. Niektóre czytało mi się lepiej, inne trochę gorzej. A jak się wkręcałam w historie... nagle koniec. Tak na przykład mam wielką ochotę przeczytać ciąg dalszy przygód menadżerki i perkusisty z opowiadania @at.michalak.autor . Gorące sceny, miłosne akcje, anioły, demony, muzyka... Takimi słowami można opisać to co się dzieje na kartach tej książki. Polecam przeczytać by poznać nowych autorów bądź, jeśli już wszystkich znacie, wzbogacić swoją półkę o piękną okładkę.
20
sylwiak801

Nie oderwiesz się od lektury

" Znali się zaledwie kilka godzin, a już traktowali się nawzajem jak własność. To nie mogło się dobrze skończyć..." Osiem różnych opowiadań. Ośmiu wspaniałych autorów, którzy swoim rewelacyjnym piórem zabierają nas w świat muzyki, namiętności a przede wszystkim miłości. Będzie gorąco!!! Sięgając po antologię "Grzeszna muzyka", na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Zbiór ośmiu opowieści o namiętności przeplatanej muzyką, które w świetle blasków może zrodzić się miłość lub nienawiść. Żyją w świecie, w którym muszą uważać na każdym kroku i zachować czujność. Niektórzy pragną miłości i mają marzenia, ale czy mogą poznać kogoś i w pełni zaufać. Chociaż miłość może pojawić się w najmniej spodziewanym momencie. Idealne miejsce na poznanie kogoś: kluby, dyskoteki, sale koncertowe, ale nie tylko, niezwykłe noce pełne namiętności i życie nabiera innych barw. I coś więcej .... demony, anioły-bardzo podobały mi się i z chęcią przeczytałabym coś więcej. Uwielbiam wątki z upadłymi :) Antologie j...
00

Popularność




Nana Bekher One more song

Carson

Za pół go­dzi­ny mia­łem grać swój ostat­ni w naj­bli­ższym cza­sie wy­stęp w klu­bie, a po­tem za­po­wia­da­ło mi się tro­chę wol­ne­go. Na­wet tro­chę wi­ęcej niż tro­chę, bo na naj­bli­ższe ty­go­dnie nie mia­łem żad­nych pla­nów za­wo­do­wych. Matt, mój niby-me­ne­dżer – niby, bo tak na­praw­dę wca­le nie po­trze­bo­wa­łem me­ne­dże­ra i na­wet go nie chcia­łem – pró­bo­wał na ten okres usta­wić mi dwa duże kon­cer­ty, choć mi­lion razy mu tłu­ma­czy­łem, że te w ogó­le mnie nie in­te­re­su­ją. W zu­pe­łno­ści wy­star­cza­ło mi gra­nie w klu­bach czy ba­rach. By­łem roz­po­zna­wal­ny, ale nie by­łem gwiaz­dą. Na pew­no nie taką jak moja przy­ja­ció­łka Ha­zel Fern.

Ha­zel była nie­sa­mo­wi­ta. Ści­ąga­ła tłu­my na kon­cer­ty, na­gry­wa­ła pły­ty, była na pierw­szych stro­nach ga­zet i w sie­ci. Wca­le mnie to nie dzi­wi­ło, bo mia­ła ogrom­ny ta­lent, a głos i spo­sób, w jaki nim ope­ro­wa­ła, mia­ła opa­no­wa­ne do per­fek­cji. Po pro­stu była mi­strzy­nią. Po­słu­gi­wa­ła się trzy­ok­ta­wo­wym so­pra­nem, z moc­ną, ciem­ną bar­wą i o du­żej sile brzmie­nia. Suk­ces w pe­łni się jej na­le­żał, ci­ężko na nie­go pra­co­wa­ła, da­wa­ła z sie­bie wi­ęcej niż mak­si­mum, a śpie­wa­nie na­praw­dę da­wa­ło jej ra­do­ść.

Cie­szy­łem się, że jesz­cze dziś się z nią zo­ba­czę, bo stęsk­ni­łem się za moją małą gwiaz­decz­ką. Za­wsze trak­to­wa­ła mnie jak star­sze­go bra­ta, a ja ża­ło­wa­łem tyl­ko, że nie wi­dzia­ła we mnie ko­goś wi­ęcej. Wie­dzia­łem, że mo­że­my być tyl­ko przy­ja­ció­łmi, na coś wi­ęcej były to dla mnie za wy­so­kie pro­gi i bar­dzo do­ce­nia­łem tę przy­ja­źń. Mimo suk­ce­su, jaki osi­ągnęła, i po­zy­cji, jaką zaj­mo­wa­ła, w środ­ku Ha­zel wci­ąż była tą samą dziew­czy­ną co kie­dyś. Nie wy­wy­ższa­ła się, nie od­bi­ło jej na punk­cie sła­wy. Prędzej od­bi­ja­ło jej od na­do­pie­ku­ńczo­ści jej ojca, ale wy­da­wa­ło mi się, że mia­ło to ra­czej zwi­ązek z ich prze­szło­ścią i z tym, że Ha­zel wcze­śnie stra­ci­ła mat­kę. Co praw­da z jej oj­cem ra­czej sła­bo się do­ga­dy­wa­łem, a wła­ści­wie to wie­dzia­łem, że fa­cet mnie nie lubi, ale mia­łem to szcze­rze gdzieś. Nie zre­zy­gno­wa­łbym z przy­ja­źni z Ha­zel tyl­ko dla­te­go, że nie spe­łnia­łem jego ocze­ki­wań.

– Car­son! – Na­głe po­ja­wie­nie się Mat­ta prze­rwa­ło moje roz­my­śla­nia. – Chło­pa­ki już się roz­grze­wa­ją, a ty? – Spoj­rzał na mnie kar­cąco.

– A ja mam czas – od­po­wie­dzia­łem i prze­je­cha­łem pal­ca­mi po stru­nach gi­ta­ry.

– Car­son, Car­son, po­słu­chaj – mó­wił, krążąc po po­miesz­cze­niu i po­cie­ra­jąc czo­ło. – To mia­ła być nie­spo­dzian­ka, ale wiem, że ich nie lu­bisz, dla­te­go wolę cię uprze­dzić.

– The Hun­ters szu­ka­ją no­we­go wo­ka­li­sty – po­wie­dział.

– Okej, niech szu­ka­ją – rzu­ci­łem obo­jęt­nie.

– Są za­in­te­re­so­wa­ni tobą – do­dał.

– Ale ja nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny nimi! – pod­kre­śli­łem.

Wkur­wia­ło mnie, że Matt kom­plet­nie mnie igno­ro­wał. Dla nie­go li­czy­ło się tyl­ko to, że­bym był wiel­ką gwiaz­dą, żeby wszy­scy wko­ło o mnie ga­da­li, żeby moja twarz była na pierw­szych stro­nach ga­zet. Naj­chęt­niej wi­dzia­łby we mnie ma­szyn­kę do ro­bie­nia pie­ni­ędzy, ale ja na­praw­dę nie po­trze­bo­wa­łem ca­łej ich góry. Fakt, ostat­nio kru­cho było u mnie z kasą, ale po ostat­nich wy­stępach wpad­nie mi tro­chę go­tów­ki i spo­koj­nie dam radę.

– Car­son, zda­jesz so­bie spra­wę, jak pod­nió­słby się twój sta­tus, gdy­byś do­łączył do eki­py? – Pró­bo­wał mnie prze­ko­ny­wać. – Suk­ces gwa­ran­to­wa­ny. I do tego sta­łe pie­ni­ądze. Nie mu­sia­łbyś się mar­twić tym, czy za ty­dzień będziesz miał kasę, czy nie.

– A kto się mar­twi moją kasą?

– Two­je ra­chun­ki – rzu­cił. – Wiesz, ile oni mają za­pla­no­wa­nych tras kon­cer­to­wych? Wy­bie­ra­ją się na­wet do Sta­nów.

– Ale mnie jest tu do­brze. Chcę wró­cić do Bir­ming­ham.

– Wró­cisz po­ju­trze – od­pa­rł.

– A niby dla­cze­go? – zdzi­wi­łem się.

– Ju­tro po­ga­da­łbyś z chło­pa­ka­mi. Car­son, to jest two­ja wiel­ka szan­sa.

– Za­po­mnij. – Po­kręci­łem gło­wą. – Jesz­cze dziś mu­szę zdążyć na kon­cert Ha­zel w Shef­field.

– Kon­cert Ha­zel… – Spoj­rzał na mnie wy­mow­nie. – Car­son, a ty…

– Co ja? – Pod­nio­słem się z miej­sca.

– Mó­głbyś w ko­ńcu sko­rzy­stać coś na zna­jo­mo­ści z Ha­zel – rzu­cił śmia­ło, a we mnie aż się za­go­to­wa­ło.

– Ha­zel jest moją przy­ja­ció­łką, a nie two­ją kurą zno­szącą zło­te jaj­ka. Nie przy­ja­źnię się z nią dla ko­rzy­ści – pod­kre­śli­łem.

– Jesz­cze wie­le mu­sisz się na­uczyć, Car­son. Przy­go­tuj się do wy­stępu – do­dał, po czym wy­sze­dł.

Je­śli Matt na­praw­dę my­ślał, że wy­ko­rzy­stam zna­jo­mo­ść z Ha­zel do osi­ągni­ęcia suk­ce­su, to był w wiel­kim błędzie. Ni­g­dy bym tego nie zro­bił, nie by­łem taki.

Hazel

Sta­łam na oświe­tlo­nej sce­nie, a tłum skan­do­wał moje imię. Dreszcz eks­cy­ta­cji prze­bie­gł przez moje cia­ło, a ser­ce przy­spie­szy­ło swój rytm. Mia­łam za sobą już kil­ka­na­ście ta­kich kon­cer­tów, ale emo­cje za­wsze były nie­ma­lże jak za pierw­szym ra­zem.

Od naj­młod­szych lat ma­rzy­łam o tym, by śpie­wać za­wo­do­wo. Po pro­stu ko­cha­łam to naj­bar­dziej na świe­cie. Śpiew był ca­łym moim ży­ciem. Uczy­łam się w naj­lep­szych szko­łach mu­zycz­nych, by­łam pod skrzy­dła­mi naj­zna­ko­mit­szych na­uczy­cie­li, la­ta­mi szli­fo­wa­łam swój głos i za­wsze da­wa­łam z sie­bie mak­si­mum. Gdy­bym nie po­świ­ęci­ła się temu ca­łko­wi­cie i nie wło­ży­ła w to tyle pra­cy, nie by­ła­bym w sta­nie wy­śpie­wać dźwi­ęków, któ­re dzi­siaj były w moim za­si­ęgu. Spo­ro mnie to kosz­to­wa­ło, ale było war­to.

Przy­zwy­cza­iłam się już do tego, że by­łam w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia i że wszyst­kie spoj­rze­nia sku­pia­ły się na mnie. Tym ra­zem czu­łam jed­nak, że ktoś ob­ser­wu­je mnie w wy­jąt­ko­wy spo­sób, czu­łam na so­bie czy­jeś po­je­dyn­cze spoj­rze­nie. Od­wró­ci­łam gło­wę w stro­nę back­sta­ge’u i wte­dy go zo­ba­czy­łam. Przez chwi­lę my­śla­łam, że za­raz to ja, a nie pu­blicz­no­ść, będę pisz­czeć z ra­do­ści.

Zu­pe­łnie nie spo­dzie­wa­łam się, że na moim dzi­siej­szym kon­cer­cie będzie mój przy­ja­ciel Car­son. Nie wi­dzia­łam się z nim od trzech mie­si­ęcy. Ow­szem, roz­ma­wia­li­śmy i mó­wił, że wkrót­ce wra­ca, ale zro­bił mi nie­sa­mo­wi­tą nie­spo­dzian­kę.

Chło­pak uśmiech­nął się do mnie i kla­ska­jąc w dło­nie, za­chęcił, bym w ko­ńcu za­częła śpie­wać.

Chwy­ci­łam mi­kro­fon, przy­mknęłam na mo­ment oczy i wsłu­chi­wa­łam się w pierw­sze tak­ty pio­sen­ki, któ­rą mia­łam za­raz wy­ko­nać. Obec­no­ść Car­so­na do­da­ła mi sił i mimo zmęcze­nia w tym ostat­nim utwo­rze da­łam z so­bie sto dzie­si­ęć pro­cent.

Po sko­ńczo­nym wy­stępie nie­ma­lże po­bie­głam za sce­nę, gdzie od razu wpa­dłam w ra­mio­na Car­so­na. Ależ mi go bra­ko­wa­ło.

– Świet­ny wy­stęp, mała – po­gra­tu­lo­wał mi.

Mia­łam wra­że­nie, że za ka­żdym ra­zem był co­raz przy­stoj­niej­szy, co­raz bar­dziej męski. Był ty­pem nie­grzecz­ne­go chłop­ca, ci­ągle ści­ąga­jące­go na sie­bie ja­kieś kło­po­ty, ale dziew­czy­ny za nim prze­pa­da­ły. Często za­tra­ca­ły się w jego szma­rag­do­wym spoj­rze­niu. A jego głos? Za ka­żdym ra­zem, gdy sły­sza­łam jego głębo­ki, moc­ny wo­kal, z tą cha­rak­te­ry­stycz­ną chryp­ką, prze­cho­dzi­ły mnie dresz­cze. Był nie­sa­mo­wi­ty, po­tra­fił tak do­sko­na­le ope­ro­wać gło­sem i ró­żny­mi jego bar­wa­mi, że słu­cha­nie go było czy­stą przy­jem­no­ścią. Zresz­tą nie tyl­ko słu­cha­nie… Tak, to praw­da pod­ko­chi­wa­łam się w nim, jed­nak on trak­to­wał mnie bar­dziej jak młod­szą sio­strę.

No cóż, praw­da była taka, że ko­cha­łam śpie­wać i wy­stępo­wać, ale nie­ko­niecz­nie przed tak dużą pu­blicz­no­ścią. Chęt­nie za­śpie­wa­ła­bym w ja­ki­mś mniej­szym klu­bie, dla garst­ki lu­dzi, ale to było nie­mo­żli­we. Mój oj­ciec chy­ba do­sta­łby za­wa­łu, gdy­bym kie­dy­kol­wiek dała kon­cert w ja­ki­mś ba­rze. Je­śli już wy­stępo­wa­łam przed małą pu­blicz­no­ścią, to tyl­ko na luk­su­so­wych ban­kie­tach albo dla sa­mych VIP-ów. Cza­sem za­zdro­ści­łam Car­so­no­wi tego, że może być zwy­czaj­nym chło­pa­kiem i ro­bić, co chce. Ka­żde moje po­tkni­ęcie nie­ste­ty od razu tra­fia­ło na pierw­sze stro­ny ta­blo­idów, a nie za­wsze od­po­wia­da­ło mi by­cie grzecz­ną có­recz­ką ta­tu­sia.

– Cze­mu mnie nie uprze­dzi­łeś, że będziesz na kon­cer­cie? – Szturch­nęłam go w ra­mię.

– Bo nie wie­dzia­łem, czy zdążę. Do­pie­ro co wró­ci­li­śmy i od razu tu przy­je­cha­łem.

– Ale się cie­szę! – za­pisz­cza­łam, a on po­now­nie chwy­cił mnie w ra­mio­na i moc­no przy­tu­lił.

– Zry­wa­my się stąd? – za­py­tał, chwy­ta­jąc moją dłoń.

– Chęt­nie – od­po­wie­dzia­łam z uśmie­chem.

– Ha­zel!

Głos ojca szyb­ko spro­wa­dził mnie na zie­mię.

Gdy do nas pod­sze­dł, od­su­nęli­śmy się z Car­so­nem od sie­bie. Od razu zmie­rzył chło­pa­ka gniew­nym wzro­kiem, jak­by ten kie­dy­kol­wiek zro­bił mu coś złe­go.

– Car­son? – Oj­ciec zmarsz­czył brwi.

– Do­bry wie­czór, pa­nie Fern – ode­zwał się Car­son, po­sy­ła­jąc mu cy­nicz­ny uśmiech.

– Ha­zel, wra­ca­my – po­wie­dział szorst­ko oj­ciec.

– Wró­cę z Car­so­nem – rzu­ci­łam.

– Nie ma ta­kiej opcji. – Po­kręcił gło­wą. – Je­dzie­my.

– Prze­cież on też wra­ca do Bir­ming­ham.

– A my mu­si­my jesz­cze pod­je­chać do ho­te­lu. Cho­dź już, mar­nu­jesz czas – pod­kre­ślił.

– Od­bi­je­my to so­bie – szep­nął mi do ucha.

– Za­dzwoń – mruk­nęłam.

– Ha­zel, sa­mo­chód cze­ka – po­na­glił mnie oj­ciec.

Po­że­gna­łam się z chło­pa­kiem i po­szłam z oj­cem. Mo­gła­bym ja­koś sko­men­to­wać jego za­cho­wa­nie, coś mu na ten te­mat po­wie­dzieć, ale kłót­nia z nim była ostat­nią rze­czą, któ­rej te­raz chcia­łam, no i prze­cież mój ko­cha­ny ta­tuś za­wsze wszyst­ko wie­dział le­piej i za­wsze mu­siał mieć ostat­nie zda­nie. Na szczęście będę mia­ła te­raz tro­chę wol­ne­go, więc będę mo­gła spo­tkać się z Car­so­nem.

***

Miesz­ka­łam z oj­cem i ma­co­chą na przed­mie­ściach Bir­ming­ham.

Je­de­na­ście lat temu, gdy mia­łam dzie­wi­ęć lat, ro­dzi­ce spo­dzie­wa­li się dru­gie­go dziec­ka. Nie­ste­ty pod ko­niec ci­ąży wy­da­rzy­ła się ogrom­na tra­ge­dia. W wy­ni­ku pew­nych kom­pli­ka­cji mama do­sta­ła sil­ne­go krwo­to­ku i tra­fi­ła do szpi­ta­la. Prze­ra­że­ni mo­dli­li­śmy się o to, by nie sta­ło się nic złe­go, jed­nak le­ka­rzom nie uda­ło się ura­to­wać ży­cia ani jej, ani mo­je­go bra­cisz­ka. Po ich śmier­ci strasz­nie się z tatą za­ła­ma­li­śmy. On, po­grążo­ny w roz­pa­czy, ca­łko­wi­cie za­tra­cił się w pra­cy, a ja zre­zy­gno­wa­łam z na­uki śpie­wu. Nie chcia­łam już tego ro­bić. Mama rów­nież śpie­wa­ła, a głos mia­ła wręcz aniel­ski głos przy­jem­ny i ak­sa­mit­ny. Po­tra­fi­ła po­ru­szyć nim nie­mal ka­żde ser­ce. W tam­tym okre­sie bar­dzo za­mknęłam się w so­bie i do­pie­ro na te­ra­pii zro­zu­mia­łam, że to wła­śnie śpiew może być moim re­me­dium. Po­now­nie za­częłam pra­co­wać z gło­sem. Po­wo­li, ma­ły­mi kro­ka­mi zno­wu czer­pa­łam z tego przy­jem­no­ść. Czu­łam też, jak­by mama na­dal było bli­sko mnie. A te­raz bez śpie­wa­nia nie wy­obra­ża­łam już so­bie ży­cia.

Z ca­łej na­szej ro­dzi­ny naj­wi­ęcej cza­su w domu spędza­ła Ca­ro­li­ne, moja ma­co­cha. Oj­ciec prak­tycz­nie ca­ły­mi dnia­mi sie­dział w fir­mie, choć mia­łam wra­że­nie, że od kie­dy wzi­ęli ślub, czy­li od pó­łto­ra roku, by­wał w domu nie­co częściej. Ca­ro­li­ne była spo­ro młod­sza od mo­je­go taty, bo mia­ła trzy­dzie­ści pięć lat i była na­praw­dę w po­rząd­ku. Do­brze się do­ga­dy­wa­ły­śmy, na­wet sta­wa­ła po mo­jej stro­nie, gdy w ręce ojca wpa­da­ła ga­ze­ta, w któ­rej opi­sa­no ja­kąś moją że­nu­jącą wpad­kę. Oj, w ta­kich sy­tu­acjach oj­ciec do­sta­wał nie­ma­lże bia­łej go­rącz­ki, a ka­zań umo­ral­nia­jących nie było ko­ńca.

Dziś tata po­sta­no­wił za­szczy­cić nas swo­ją obec­no­ścią w domu na obie­dzie.

– Ja­kie masz pla­ny na naj­bli­ższe ty­go­dnie? – za­py­tał w pew­nej chwi­li.

– Wła­ści­wie nie pla­no­wa­łam nic szcze­gól­ne­go. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Chcia­ła­bym od­po­cząć.

– Je­re­my, Ha­zel wczo­raj mia­ła ostat­ni wy­stęp, jesz­cze na­wet nie za­częła wy­po­czy­wać – wtrąci­ła Ca­ro­li­ne.

– Cho­dzi­ło mi o to, żeby pa­mi­ęta­ła…

– Tak, wie­my, o co ci cho­dzi­ło – prze­rwa­ła mu. – A ty pa­mi­ętaj, że dziś wy­cho­dzi­my.

– Wy­cho­dzi­cie? – za­py­ta­łam, ko­lej­no na nich spo­gląda­jąc, bo nic mi na ten te­mat nie było wia­do­mo.

– Chy­ba za­po­mnia­łem ci o tym wspo­mnieć – po­wie­dział oj­ciec. – Je­dzie­my na ban­kiet do Cun­nin­gha­ma – do­dał. – Wró­ci­my pew­nie pó­źno w nocy.

Za­my­śli­łam się na mo­ment. Ten cały Cun­nin­gham był jed­nym z klien­tów ojca, w su­mie chy­ba naj­wa­żniej­szym, dla­te­go go ko­ja­rzy­łam, wie­dzia­łam też, że miesz­kał w Swin­don.

– To baw­cie się do­brze. – Uśmiech­nęłam się do nich, a w gło­wie już ukła­da­łam so­bie plan na dzi­siej­szy wie­czór.

– A ty nie sza­lej, Toby i Owen będą mie­li na cie­bie oko.

– Dzi­ęki za za­ufa­nie, tato – rzu­ci­łam z sar­ka­zmem.

Wie­dzia­łam, co mu­szę zro­bić. Moja ochro­na bar­dzo do­brze wy­ko­ny­wa­ła swo­je obo­wi­ąz­ki, oj­ciec był in­for­mo­wa­ny o ka­żdym moim ru­chu, dla­te­go mu­sia­łam ja­koś prze­ko­nać chło­pa­ków, by to, co sta­nie się dzi­siaj, za­cho­wa­li tyl­ko dla sie­bie.

– Owen! – za­wo­ła­łam mężczy­znę, któ­ry aku­rat miał wy­jść z domu.

– Coś się sta­ło? – za­py­tał, od­wra­ca­jąc się w moją stro­nę.

– Dziś będę mia­ła go­ścia i chcia­ła­bym, by nie do­ta­rło to do mo­je­go ojca – po­wie­dzia­łam wprost, a on zmarsz­czył brwi.

– Ten ofi­cjal­ny ton to z bra­ku za­ufa­nia? – wy­rzu­cił mi.

– Daj spo­kój – wes­tchnęłam. – Wiem, że Toby’ego tak ła­two nie prze­ko­nam.

– Dla­cze­go za­ło­ży­łaś, że mnie prze­ko­na­łaś?

– Owen!

– Wiesz, że będę miał na wszyst­ko oko, ale dam ci tro­chę pry­wat­no­ści.

– Och, dzi­ęku­ję – prych­nęłam.

– Ale z To­bym ga­dasz sama – pod­kre­ślił.

– O czym? – za­py­tał Toby, nie­spo­dzie­wa­nie wcho­dząc do holu.

– Mam pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór, ale wo­la­ła­bym, by mój oj­ciec o nich nie wie­dział – po­wie­dzia­łam.

– Pan Fern wy­ra­źnie za­zna­czył, byś nie wy­cho­dzi­ła z domu – od­pa­rł, na co prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Żar­tu­jesz so­bie? – Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na. – Nie je­stem w wi­ęzie­niu, a poza tym, kto po­wie­dział, że gdzieś wy­cho­dzę? – Spoj­rza­łam na nie­go gniew­nie. – Chcę się spo­tkać z Car­so­nem.

– Ale…

Toby po­kręcił gło­wą. Wie­dział, że nie od­pusz­czę.

– Bie­rzesz to na sie­bie – mruk­nął do Owe­na, prze­cho­dząc obok nie­go, po czym wy­sze­dł na dwór.

Dzi­ęki, tato! rzu­ci­łam w my­ślach. On na­praw­dę przy­go­to­wy­wał mi zło­tą klat­kę, ale ja nie za­mie­rza­łam dać się w niej za­mknąć.

Za­raz po obie­dzie za­dzwo­ni­łam do Car­so­na i za­pro­si­łam go na dzi­siej­szy wie­czór. Cie­szy­łam się, że w ko­ńcu będę mo­gła nor­mal­nie z nim po­ga­dać, spędzić z nim czas, po pro­stu z nim po­być, za­nim któ­reś z nas zno­wu ru­szy w tra­sę.

Przy­je­chał o siód­mej, przy­wo­żąc ze sobą bu­tel­kę mo­je­go ulu­bio­ne­go ró­żo­we­go wina. Sie­dzie­li­śmy w moim po­ko­ju, pi­li­śmy i ga­da­li­śmy, jak­by­śmy nie wi­dzie­li się co naj­mniej przez kil­ka lat.

– Ej, ale mów, co u cie­bie, bo ci­ągle tyl­ko ja na­wi­jam – rzu­ci­łam w któ­ry­mś mo­men­cie.

– No prze­cież cie­bie nie da się prze­ga­dać – za­śmiał się.

– Wa­riat – prych­nęłam i rzu­ci­łam w nie­go małą po­dusz­ką. – Opo­wia­daj. – Wy­chy­li­łam lamp­kę wina.

– Co tu opo­wia­dać? – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Gra­łem głów­nie po ba­rach i knaj­pach, jed­na wi­ęk­sza im­pre­za. Za­ła­pa­łem się na­wet na wy­stępy z Dark Side i The Cen­taurs.

– Na­dal nie masz sta­łej ka­pe­li?

– Matt chciał mi za­ła­twić miej­sce w jed­nej ka­pe­li – po­wie­dział ta­jem­ni­czo.

– Ja­kiej? – za­cie­ka­wi­łam się.

– W The Hun­ters.

– The Hun­ters? Wow! Oni są świet­ni! Ale cze­kaj, co z tego wy­szło?

– Wła­ści­wie nic – od­po­wie­dział zu­pe­łnie na lu­zie.

– Nie wie­rzę, że cię nie wzi­ęli. – Po­kręci­łam gło­wą. – Je­stem pew­na, że już tego ża­łu­ją.

– Tyle że ja w ogó­le z nimi nie ga­da­łem.

– Jak to? – zdzi­wi­łam się.

– Matt chciał mnie wkręcić, ale znasz mnie, nie lu­bię do ko­goś na­le­żeć. Gdzie się za­ha­czę, tam za­gram – od­po­wie­dział swo­bod­nie.

– Za­zdrosz­czę ci – rzu­ci­łam za­my­ślo­na.

– Za­zdro­ścisz? – Unió­sł brwi. – Chy­ba to ja po­wi­nie­nem za­zdro­ścić to­bie.

– Wiesz, cza­sem mnie to przy­tła­cza – wes­tchnęłam, ob­ra­ca­jąc kie­li­szek w dło­niach. – Cza­sem jest tego za dużo, bra­ku­je mi nor­mal­no­ści.

– To zrób so­bie dłu­ższą prze­rwę.

– Oj­ciec chy­ba do­sta­łby sza­łu. – Po­trząsnęłam gło­wą. – Coś ty, to nie wcho­dzi w grę. Już te­raz za­czy­na wa­rio­wać, bo mam kil­ka ty­go­dni wol­ne­go. Mu­sia­ła­bym chy­ba uciec z domu.

– No to zwal­niaj tem­po stop­nio­wo – do­ra­dził, ale ja za­częłam za­sta­na­wiać nad tym, co sama przed chwi­lą po­wie­dzia­łam.

A gdy­by tak fak­tycz­nie uciec? Nie chcia­łam ci­ągle żyć pod dyk­tan­do ojca. To on w wi­ęk­szo­ści de­cy­do­wał o mo­jej przy­szło­ści i o mo­jej ka­rie­rze, zu­pe­łnie jak­bym wci­ąż była małą dziew­czyn­ką, ale w ko­ńcu mia­łam już dwa­dzie­ścia lat i mo­głam sama za­jąć się swo­imi spra­wa­mi, swo­im roz­wo­jem. Cho­le­ra! To na­praw­dę mo­gło się udać.

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie głos Car­so­na.

– Ha­zel! Za­wie­si­łaś się.

– Uciek­nij­my – rzu­ci­łam pod­eks­cy­to­wa­na swo­im po­my­słem.

– Co? – zdzi­wił się.

– No uciek­nij­my! – po­wtó­rzy­łam. – Uciek­nie­my na dru­gi ko­niec kra­ju, będzie­my grać po ba­rach, knaj­pach, ma­łych klu­bach. – Sama się na­kręca­łam, ale czu­łam, że to było wła­śnie coś, cze­go po­trze­bo­wa­łam.

– Ty to jed­nak masz nie po ko­lei w gło­wie. – Wstał z podło­gi, śmie­jąc się ze mnie.

– Ej! – fuk­nęłam. – No ale cze­mu nie? Za­cznie­my od Szko­cji, co ty na to?

– Ma­cie jesz­cze może ten for­te­pian? – za­py­tał, igno­ru­jąc moją pro­po­zy­cję.

– Dzi­ęki, że bie­rzesz moje sło­wa na po­wa­żnie – burk­nęłam pod no­sem. – Mamy – od­po­wie­dzia­łam na jego py­ta­nie, pod­no­sząc na nie­go wzrok.

– To pro­wa­dź. – Wy­ci­ągnął do mnie rękę.

Chwy­ci­łam jego dłoń i po­czu­łam, jak prze­cho­dzi mnie przy­jem­ny dreszcz. Ru­szy­li­śmy do sa­lo­nu znaj­du­jące­go się w dru­gim skrzy­dle domu. Gdy prze­kra­cza­li­śmy jego próg, Car­son ob­jął mnie jed­ną ręką w pa­sie. Za­drża­łam. Jego do­tyk po­bu­dzał mnie i roz­pa­lał. Do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że dla nie­go ten gest nic nie zna­czył, że nie trak­to­wał go w ta­kich ka­te­go­riach jak ja. Miał ta­kie po­wo­dze­nie u dziew­czyn, że za­nim po­my­śla­łby o mnie w inny spo­sób niż o sio­strze, zdąży­ła­bym się ze­sta­rzeć.

Car­son za­jął miej­sce przy for­te­pia­nie. By­łam cie­ka­wa, co chce za­grać. Opa­rłam się lek­ko o bok in­stru­men­tu, wpa­tru­jąc się w jego za­my­ślo­ną twarz.

– Pa­mi­ętasz na­szą pio­sen­kę? – Spoj­rzał na mnie.

– Na­szą pio­sen­kę? – Zmarsz­czy­łam brwi.

– Tę o to­bie – do­dał.

– Chy­ba o to­bie – skwi­to­wa­łam, bo przy­po­mnia­łam so­bie, o ja­kim utwo­rze mó­wił. – Da­waj – za­chęci­łam go i za­czął grać.

Gdy usły­sza­łam jego sek­sow­ny, ochry­pły głos, od­pły­nęłam my­śla­mi.

 

You tell all the boys „No”

Ma­kes you feel good, yeah

I know you’re out of my le­ague

But that won’t sca­re me away, oh, no

 

Och, ta jego bar­wa… Uwiel­bia­łam go słu­chać. Może tak czu­ją się moi fani, kie­dy to ja przed nimi wy­stępu­ję?

Ra­zem z nim nu­ci­łam w my­ślach re­fren:

 

Wo­uld you let me see be­ne­ath your be­au­ti­ful?

Wo­uld you let me see be­ne­ath your per­fect?

 

Car­son spoj­rzał na mnie wy­mow­nie, gdy na­de­szła ko­lej na moją par­tię tek­stu. Nie od­ry­wa­jąc od nie­go wzro­ku, za­śpie­wa­łam:

 

You let all the girls go

Ma­kes you feel good, don’t it?

Be­hind your Broad­way show

I he­ard a boy say „Ple­ase, don’t hurt me”*

* Labrinth feat. Emeli Sandé, Beneath Your Beautiful, album Electronic Earth, 2012.

 

Na­sze po­łączo­ne gło­sy mój ciem­ny i moc­ny z jego głębo­kim i chro­po­wa­tym brzmia­ły na­praw­dę świet­nie. A do tego ten ma­gicz­ny for­te­pian… To na­praw­dę mo­gło się udać, gdy­by tyl­ko Car­son się od­wa­żył. Ja by­łam go­to­wa za­ry­zy­ko­wać.

– O czym tak my­ślisz? – za­py­tał, gdy sko­ńczy­li­śmy śpie­wać.

– O to­bie – rzu­ci­łam za­dzior­nie.

– I co wy­my­śli­łaś? – Wstał i sta­nął na­prze­ciw­ko mnie.

W pew­nym stop­niu by­łam przy­zwy­cza­jo­na do bli­sko­ści z Car­so­nem, ale te­raz było ina­czej. Wszyst­ki­mi zmy­sła­mi od­czu­wa­łam jego obec­no­ść i dzia­ła­ła ona na mnie w inny, bar­dziej zmy­sło­wy spo­sób niż za­zwy­czaj. On też pa­trzył na mnie ja­koś… dziw­nie. Mo­gła­bym na­wet po­wie­dzieć, że z po­żąda­niem, ale nie chcia­łam ro­bić so­bie na­dziei. Za­my­śli­łam się, a on jesz­cze zmniej­szył dy­stans mi­ędzy nami.

– Coś nie­grzecz­ne­go – po­wie­dzia­łam w ko­ńcu.

– Więc co ze mną zro­bisz? – Spoj­rzał na mnie tak ło­bu­zer­sko, że aż przy­gry­złam war­gę.

Nie umia­łam go roz­szy­fro­wać. W tym mo­men­cie nie od­no­sił się do mnie jak do przy­ja­ció­łki czy młod­szej sio­stry, za­cho­wy­wał się tak, jak­by i on ocze­ki­wał cze­goś wi­ęcej.

– Car­son… – szep­nęłam.

Po­ło­żył dło­nie na mo­jej ta­lii i zmie­rzył mnie pło­nącym spoj­rze­niem.

– Cho­le­ra, Ha­zel, strasz­nie mnie kręcisz – wy­chry­piał, przy­ci­ąga­jąc mnie do sie­bie. – Tak bar­dzo cię pra­gnę.

Mia­łam wra­że­nie, że się prze­sły­sza­łam. Pra­wie osza­la­łam z ra­do­ści.

– Cho­dź! – Zła­pa­łam go za rękę i po­ci­ągnęłam z po­wro­tem do mo­je­go po­ko­ju.

Za­mknęli­śmy za sobą drzwi, a on od razu wpił się na­mi­ęt­nie w moje usta. To był nasz pierw­szy praw­dzi­wy po­ca­łu­nek. Car­son sma­ko­wał nie­sa­mo­wi­cie do­brze, a jego war­gi były ta­kie mi­ęk­kie, wręcz ak­sa­mit­ne, że nie chcia­łam się od nich od­ry­wać. W bły­ska­wicz­nym tem­pie po­zby­li­śmy się ubrań i nim po­ło­żył mnie na łó­żku, na­kry­wa­jąc swo­im cia­łem, choć przez chwi­lę mo­głam go po­dzi­wiać. A było na co po­pa­trzeć. Car­son dbał o kon­dy­cję, był wy­spor­to­wa­ny i umi­ęśnio­ny. Do­strze­głam też po­kry­wa­jące jego skó­rę ta­tu­aże. Si­ęgnął do kie­sze­ni spodni po pre­zer­wa­ty­wę, po czym wdra­pał się na łó­żko i roz­chy­lił mi nogi.

– Chry­ste, Ha­zel, masz za­je­bi­stą cip­kę – wark­nął, wbi­ja­jąc wzrok w moją ko­bie­co­ść, a ja lek­ko za­chi­cho­ta­łam.

Pod­kur­czył mi nogi, po­chy­lił się i za­czął mnie li­zać.

– O Boże! – Wy­su­nęłam bio­dra do przo­du, za­ci­ska­jąc dło­nie na po­ście­li.

Car­son głębo­ko wsu­wał we mnie język, pe­ne­tru­jąc ka­żdy za­ka­ma­rek mo­je­go cia­ła. Cho­le­ra! Ale to przy­jem­ne. Za­ta­czał kó­łka wo­kół mo­jej łech­tacz­ki, a ja aż trzęsłam się z pod­nie­ce­nia. Przy­jem­ne skur­cze roz­le­wa­ły się po ca­łym moim pod­brzu­szu. Jego język tak spraw­nie po­ru­szał się w moim go­rącym wnętrzu, że wi­łam się pod nim z roz­ko­szy. Po chwi­li słod­kich tor­tur pod­nió­sł się, ob­li­zu­jąc usta. Bar­dzo sek­sow­ny wi­dok.

– Go­to­wa? – za­py­tał, po czym ro­ze­rwał fo­lię i spraw­nie za­ło­żył gum­kę.

– Bar­dzo – jęk­nęłam.

– Spójrz na mnie, mała – na­ka­zał, a ja lek­ko przy­tak­nęłam. – Chcę, byś na mnie pa­trzy­ła.

Po­chy­lił się i płyn­nym ru­chem wsze­dł we mnie do ko­ńca. Prze­klęłam w my­ślach, wbi­ja­jąc mu pa­znok­cie w twar­de bi­cep­sy. Car­son za­czął po­ru­szać się szyb­ciej, wy­ko­nu­jąc moc­niej­sze i głęb­sze pchni­ęcia. Czu­łam jego od­dech na szyi i sły­sza­łam jego zmy­sło­we wark­ni­ęcia, gdy za­pa­mi­ęta­le ude­rzał w moje wnętrze. Oplo­tłam go no­ga­mi w pa­sie, kie­dy po­czu­łam, że po moim cie­le roz­le­wa­ją się przy­jem­ne dresz­cze. Nie by­łam w sta­nie nad nimi za­pa­no­wać. Za­ci­snęłam się moc­no wo­kół jego męsko­ści, do­cho­dząc gło­śno i in­ten­syw­nie z jego imie­niem na ustach.

Car­son pchnął we mnie jesz­cze kil­ka razy, po czym za­sty­gł w bez­ru­chu, ci­ężko dy­sząc. Opa­dł na mnie swo­im ci­ęża­rem, a ja ob­jęłam go za szy­ję.

Ja­kiś czas pó­źniej le­że­li­śmy obok sie­bie, a ja wtu­la­łam się w jego ra­mio­na.

– Ża­łu­jesz?

– No coś ty! Było mega. – Na samo wspo­mnie­nie po­now­nie po­czu­łam dresz­cze.

– Mnie też się po­do­ba­ło – po­wie­dział, wo­dząc pal­ca­mi po moim ra­mie­niu. – Od daw­na mia­łem na cie­bie ocho­tę – wy­znał.

– Co ta­kie­go? – Pod­pa­rłam się na łok­ciu. – Ja­koś ni­g­dy nie wy­ka­zy­wa­łeś za­in­te­re­so­wa­nia moją oso­bą.

– Bo nie je­steś z mo­jej ligi – skwi­to­wał.

– Co ty ga­dasz? – Zmarsz­czy­łam brwi. – Prze­cież zna­my się od lat.

– Ow­szem, ale je­steś Ha­zel, je­steś gwiaz­dą, za wy­so­kie pro­gi dla mnie.

– Weź, prze­stań – fuk­nęłam. – Wku­rza mnie, gdy fa­ce­ci wła­śnie tyl­ko tyle we mnie wi­dzą.

– Fakt, masz coś wi­ęcej.

– A co ta­kie­go? – za­py­ta­łam za­cie­ka­wio­na, gła­dząc jego nagi tors.

– Masz świet­ne cyc­ki i za­je­bi­stą cip­kę.

– Wa­riat je­steś. – Po­trząsnęłam gło­wą, śmie­jąc się z nie­go.

– A masz ja­kieś wąt­pli­wo­ści?

– Żad­nych. – Pod­nió­sł się lek­ko i przez chwi­lę z roz­ko­szą pie­ścił moje pier­si. – Po pro­stu mu­szę cię zno­wu po­czuć.

– To mnie na­mó­wi­łeś – wy­chry­pia­łam, po czym po­now­nie się w so­bie za­tra­ci­li­śmy.

Ja­kiś czas pó­źniej obu­dził nas dźwi­ęk pod­je­żdża­jące­go pod dom sa­mo­cho­du. O cho­le­ra! Oj­ciec i Ca­ro­li­ne już wró­ci­li. Za­pew­ne nie spo­dzie­wa­ją się, że mam go­ścia, a tym bar­dziej, że jest to Car­son, z któ­rym wła­śnie upra­wia­łam seks.

– Czas na ewa­ku­ację. – Car­son cmok­nął mnie w czo­ło i pod­nió­sł się z łó­żka, by się ubrać.

– Wy­pro­wa­dzę cię tyl­nym wy­jściem, chy­ba że chcesz się przy­wi­tać z moim oj­cem.

– Może tym ra­zem od­pusz­czę spo­tka­nie z ta­tu­siem, ale pew­nej in­nej spra­wy z pew­no­ścią już so­bie nie od­pusz­czę. A kon­kret­nie to cie­bie. – Przy­ci­ągnął mnie do sie­bie.

– W nie­dzie­lę gram w klu­bie Ca­li­sto. Może wpad­niesz po­pa­trzeć?

– Bar­dzo chęt­nie. Tyl­ko za­łatw mi VIP-owskie miej­sca, że­bym nie mu­sia­ła prze­dzie­rać się przez tłum two­ich fa­nek.

Nim oj­ciec i Ca­ro­li­ne zdąży­li we­jść do domu, uda­ło mi się bez­piecz­nie wy­pro­wa­dzić z nie­go Car­so­na. Wci­ąż nie mo­głam uwie­rzyć w to, co się mi­ędzy nami wy­da­rzy­ło. Fakt, bu­ja­łam się w Car­so­nie, ale ni­g­dy na­wet nie ma­rzy­łam o tym, że wy­lądu­je­my ra­zem w łó­żku, a tym bar­dziej, że prze­ży­je­my coś tak nie­sa­mo­wi­te­go. A było na­praw­dę eks­tra. Może i nie by­łam zbyt­nio do­świad­czo­na, bo do tej pory mia­łam tyl­ko jed­ne­go chło­pa­ka, ale ni­g­dy nie było mi przy­jem­niej. Mia­łam wra­że­nie, że ja i Car­son ide­al­nie do sie­bie pa­so­wa­li­śmy. Nie wie­dzia­łam, czy będzie z tego coś wi­ęcej. Gdzieś z tyłu gło­wy kie­łko­wa­ła tyl­ko mała oba­wa o to, że je­śli nam się nie uda, na­sza przy­ja­źń się po­sy­pie, a tego bym nie chcia­ła.

***

Uwiel­bia­łam wy­stępy na sce­nie, ale po­trze­bo­wa­łam też wol­ne­go, dla­te­go chcia­łam w pe­łni wy­ko­rzy­stać te kil­ka ty­go­dni, by mak­sy­mal­nie wy­po­cząć. Po­my­śla­łam na­wet, by wy­rwać się gdzieś na kil­ka dni. Oczy­wi­ście nie sa­mot­nie, bo za­wsze to­wa­rzy­szy­ła mi ochro­na, ale przy­naj­mniej tro­chę od­po­częła­bym od taty. Oba­wia­łam się, że za­raz uzna moje nic­nie­ro­bie­nie za szko­dli­we dla mo­jej ka­rie­ry i za­cznie na­le­gać na skró­ce­nie wa­ka­cji, a mnie się na­praw­dę bar­dzo do­brze wy­po­czy­wa­ło. Roz­my­śla­nia prze­rwał mi dźwi­ęk te­le­fo­nu. Ucie­szy­łam się, że za­dzwo­nił aku­rat Car­son. Ode­bra­łam po­łącze­nie.

– Hej, co tam?

– Hej, mała – ode­zwał się. – Masz ja­kieś pla­ny na dzi­siaj? – za­py­tał.

– W su­mie żad­nych.

– To wpad­nę po cie­bie o siód­mej. Jest mała im­prez­ka u chło­pa­ków z Dam­ned So­uls z oka­zji pre­mie­ry ich no­we­go sin­gla – wy­ja­śnił.

– Cze­kaj, cze­kaj – wpa­dłam mu w sło­wo. – Mała im­prez­ka?

– Obie­cu­ję, że będzie spo­koj­nie – za­pew­nił mnie.

Cho­le­ra! Jak ja się wy­mknę ojcu? To było na­praw­dę wku­rza­jące, że tak na­praw­dę nie mo­głam się ni­g­dzie ru­szyć bez jego zgo­dy. To on za­wsze wie­dział naj­le­piej, w któ­rych miej­scach będę bez­piecz­na, gdzie mogę cho­dzić, a gdzie nie. Mia­łam dość tej kon­tro­li.

– Okej, będę go­to­wa – przy­tak­nęłam.

– Su­per! To na ra­zie!

– Na ra­zie!

Roz­łączy­łam się i rzu­ci­łam te­le­fon na łó­żko. Po­my­śla­łam, by po­pro­sić o po­moc Ca­ro­li­ne. Z jed­nej stro­ny było mi głu­pio, ale z dru­giej stro­ny tyl­ko ona mo­gła mnie kryć przed oj­cem. No i był jesz­cze je­den ma­lut­ki pro­blem – moja ochro­na. Do­brze się z nimi do­ga­dy­wa­łam, zwłasz­cza z Owe­nem, bo Toby był bar­dziej za­sad­ni­czy i bar­dzo szcze­gó­ło­wy, kie­dy przy­cho­dzi­ło do zda­wa­nia ra­por­tów mo­je­mu ojcu. Nie­ste­ty to wła­śnie z To­bym mia­łam zo­stać dziś wie­czo­rem.

– Hej – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

– Ca­ro­li­ne, mo­gła­bym mieć do cie­bie pro­śbę? – za­py­ta­łam nie­śmia­ło.

– Co się sta­ło?

– Car­son za­pro­sił mnie dziś na im­pre­zę, a wo­la­ła­bym nie mó­wić o tym ta­cie. – Skrzy­wi­łam się.

– Nie będzie za­chwy­co­ny, ale nie ukry­je­my tego przed nim. Mogę go wy­ci­ągnąć na ko­la­cję, ale na pew­no naj­pó­źniej koło dzie­wi­ątej będzie chciał wra­cać – uświa­do­mi­ła mi.

– Czy­li nici z mo­je­go wy­jścia – wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem.

– Może po pro­stu jed­nak mu po­wiedz – za­su­ge­ro­wa­ła.

– To się sko­ńczy kłót­nią.

– Ha­zel, twój oj­ciec nie chce dla cie­bie źle, on cię chro­ni. – Spoj­rza­ła na mnie z po­wa­gą. Two­je ży­cie wy­gląda ina­czej niż u wi­ęk­szo­ści na­sto­la­tek, a on się zwy­czaj­nie boi. Mu­si­cie po pro­stu zna­le­źć kom­pro­mis w tym wszyst­kim, bo oczy­wi­ste jest, że ty nie mo­żesz za ka­żdym ra­zem od­pusz­czać, ale też to, że on chce za­pew­nić ci bez­pie­cze­ństwo – wy­ja­śni­ła.

– Wiem – wes­tchnęłam. – Tyl­ko z nim tak ła­two się nie da.

– Po­ga­daj z nim, a ja już tak zaj­mę mu czas, żeby za bar­dzo nie pa­ni­ko­wał – do­da­ła i pu­ści­ła do mnie oko.

– Dzi­ęki, Ca­ro­li­ne.

A więc cze­ka­ła mnie wy­ciecz­ka do fir­my taty, bo nie za­mie­rza­łam dzi­siaj od­pu­ścić. Oczy­wi­ście, że ro­zu­mia­łam ochro­nę, ale nie­ste­ty mój oj­ciec prze­gi­nał i nie wie­dział, kie­dy prze­stać. Po­my­śla­łam, że przy oka­zji sko­czę też na ja­kieś szyb­kie za­ku­py.

Mama uwiel­bia­ła ko­lor zie­lo­ny, zwłasz­cza od­cie­nie mi­ęto­wy, szma­rag­do­wy i se­le­dy­no­wy. Może się to wy­da­wać dziw­ne, ale przez te wszyst­kie lata uni­ka­li­śmy tej ko­lo­ry­sty­ki. Po śmier­ci mamy tata za­de­cy­do­wał o prze­ma­lo­wa­niu ścian w domu, choć ja się z tym nie zga­dza­łam. Nie ku­po­wa­li­śmy też żad­nych ubrań ani do­dat­ków w tych ko­lo­rach. To było tro­chę tak, jak­by tata chciał się po­zbyć wszel­kich wspo­mnień o ma­mie. Do­pie­ro pó­źniej zro­zu­mia­łam, że ka­żde z nas prze­ży­wa­ło ból i ża­ło­bę na swój spo­sób. Obo­je nie mo­gli­śmy się po­go­dzić z tym, co się sta­ło, ale choć wszyst­ko wy­da­wa­ło się nam bez sen­su, mu­sie­li­śmy żyć da­lej.

Te­raz biu­ro wy­gląda­ło pi­ęk­nie. Na re­ga­le za­uwa­ży­łam dwa zdjęcia. Jed­no wspól­ne na­szej trój­ki, gdy mia­łam sie­dem lat, i dru­gie ślub­ne taty i Ca­ro­li­ne. Oj­ciec ko­chał Ca­ro­li­ne, ale wie­dzia­łam też, że w ser­cu za­wsze będzie miał mamę.

Po chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi i wsze­dł tata, przy­ła­pu­jąc mnie na ogląda­niu zdjęć.

– Pa­mi­ętam, jak się nie­cier­pli­wi­łaś, kie­dy chcie­li­śmy zro­bić to zdjęcie – po­wie­dział, wspo­mi­na­jąc tam­tą chwi­lę.

– Nie lu­bi­łam zdjęć. – Zmarsz­czy­łam nos.

– A pi­ęk­nie na nich wy­cho­dzisz, i tak na­tu­ral­nie.

Odło­ży­łam fo­to­gra­fię na re­gał i od­wró­ci­łam w jego stro­nę.

– Tato, wy­cho­dzę dziś na im­pre­zę.

– Tato?

– Mo­głem się do­my­ślić, że nie przy­szłaś tu bez­in­te­re­sow­nie. – Po­lu­zo­wał kra­wat.

– Tato, chy­ba nie będziesz…

– Prze­sa­dzasz – fuk­nęłam. – Mó­wisz tak, jak­bym była gwiaz­dą po­kro­ju Bey­on­cé.

– Dla mnie je­steś wi­ęk­szą gwiaz­dą niż Bey­on­cé – pod­kre­ślił. – A two­je bez­pie­cze­ństwo jest dla mnie naj­wa­żniej­sze, na­wet gdy­bym miał cię za­mknąć w zło­tej klat­ce.

– A co, je­śli ja tego nie chcę?

– Ha­zel…

– Pój­dę już, tato.

Mu­sia­łam stam­tąd wy­jść, bo czu­łam, że za­raz nie wy­trzy­mam i moc­no się po­kłó­ci­my, a na to na­praw­dę nie mia­łam siły. Co­raz częściej prze­ko­ny­wa­łam się o tym, że ja i oj­ciec po pro­stu się nie do­ga­da­my. On uwa­żał, że po­win­nam być szczęśli­wa, bo prze­cież mia­łam wszyst­ko: ta­lent, pie­ni­ądze, po­pu­lar­no­ść, a już nie­dłu­go do­ro­bię się ta­kże zło­tej klat­ki. Nie­sa­mo­wi­te szczęście, praw­da? Szko­da tyl­ko, że oj­ciec nie wi­dział, że po­wo­li tra­ci­łam sie­bie.

Wró­ci­łam pro­sto do domu, bo stra­ci­łam ocho­tę na ja­kie­kol­wiek za­ku­py.

– Toby, wy­cho­dzę dziś wie­czo­rem – zwró­ci­łam się do ochro­nia­rza.

– Wiem – przy­tak­nął. – Do­sta­łem już wy­tycz­ne.

– To do­brze, że oj­ciec wy­ci­ągnął jed­nak coś z na­szej roz­mo­wy – po­my­śla­łam na głos.

– Wła­ści­wie po­wie­dział, że i tak się uprzesz na to wy­jście, dla­te­go ści­ągnął też Owe­na – do­dał Toby.

– Co? – Na­praw­dę się zde­ner­wo­wa­łam.

Cho­le­ra, Owen miał dziś wol­ne i oj­ciec do­sko­na­le o tym wie­dział, a mimo to po nie­go za­dzwo­nił. Po­sta­ram się ja­koś wy­ja­śnić to Owe­no­wi w na­dziei, że się za bar­dzo na mnie nie wku­rzy. W prze­ci­wie­ństwie do mo­je­go ojca li­czy­łam się z in­ny­mi lu­dźmi i ich pla­na­mi. Wraz z roz­wo­jem mo­jej ka­rie­ry mu­sia­łam się przy­zwy­cza­ić do ró­żnych zmian w moim ży­ciu. Zmia­ny te do­ty­czy­ły nie tyl­ko spo­so­bu na­uki, ale rów­nież kwe­stii bar­dziej oso­bi­stych, jak moja pry­wat­no­ść. Do przy­dzie­lo­nej mi ochro­ny po­cząt­ko­wo pod­cho­dzi­łam bar­dzo scep­tycz­nie, ale z cza­sem przy­wy­kłam do chło­pa­ków, a na­wet się po­lu­bi­li­śmy.

Car­son przy­je­chał po mnie parę mi­nut po siód­mej. Wi­dok ochro­ny go nie za­sko­czył, ale wie­ść o tym, że będą nam to­wa­rzy­szyć, nie wy­wo­ła­ła uśmie­chu na jego twa­rzy.

– Wow, na im­pre­zę pod­je­dzie­my opan­ce­rzo­nym SUV-em – za­śmiał się.

– Nie drwij. – Szturch­nęłam go w ra­mię.

Ob­jął mnie od tyłu i szep­nął mi do ucha:

– Wiesz, my­śla­łem, że będzie­my mieć kil­ka chwil tyl­ko dla sie­bie.

Och, mo­men­tal­nie za­pło­nęłam. Jego sło­wa spra­wi­ły, że za­ata­ko­wał mnie nie­spo­dzie­wa­ny, ale przy­jem­ny dreszcz.

– Coś wy­kom­bi­nu­je­my – za­mru­cza­łam. – Je­dzie­my! – rzu­ci­łam i po chwi­li wszy­scy wy­szli­śmy z domu.

Wkrót­ce do­tar­li­śmy na miej­sce. Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się prze­ko­nać ani Toby’ego, ani Owe­na, by za­cze­ka­li w sa­mo­cho­dzie. Zresz­tą, na co ja li­czy­łam? Ja­sne było, że będą jak moje cie­nie.

Gdy we­szli­śmy do środ­ka i na­gle wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wa­ły się w moją stro­nę, chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­łam się aż tak nie­swo­jo. Nie by­łam spe­cjal­nie nie­śmia­ła, ale dziś to nie ja mia­łam być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia.

– Wy­lu­zuj, mała. – Car­son za­uwa­żył, że by­łam spi­ęta.

– No, sta­ry. – Pod­sze­dł do nas je­den z chło­pa­ków z Dam­ned So­uls. – Nie mó­wi­łeś, że wpad­nie do nas taka gwiaz­da – do­dał i zmie­rzył mnie wzro­kiem. – Je­stem Mike. – Wy­ci­ągnął do mnie rękę.

– Ha­zel, i mam na­dzie­ję, że nie po­psu­łam wam im­pre­zy – po­wie­dzia­łam i ści­snęłam jego dłoń.

– Żar­tu­jesz? Do­pie­ro się roz­kręca­my. Ale będzie za­je­bi­ście! – Mike nie­ma­lże krzy­czał.

Fak­tycz­nie, im­pre­za do­pie­ro się roz­kręca­ła, co chwi­lę przy­cho­dził ktoś nowy, a i al­ko­ho­lu przy­by­wa­ło, dzi­ęki cze­mu szyb­ko prze­sta­łam być atrak­cją wie­czo­ru. W ko­ńcu mo­głam się wy­lu­zo­wać i do­brze ba­wić. Na­wet obec­no­ść Owe­na i Toby’ego nie była już dla mnie aż tak za­uwa­żal­na.

– Cho­dź. – W pew­nym mo­men­cie usły­sza­łam głos Car­so­na za mo­imi ple­ca­mi.

Tro­chę za szyb­ko od­wró­ci­łam się przo­dem do nie­go, przez co po­tknęłam się o wła­sne nogi, ale na szczęście wpa­dłam pro­sto w jego ra­mio­na.

– Ups… – Za­śmia­łam się i wy­chy­li­łam drin­ka, któ­re­go trzy­ma­łam w ręce, ko­lej­ne­go tego wie­czo­ru.

– Chy­ba wy­star­czy ci już al­ko­ho­lu – rzu­cił Car­son.

– Nie za­mie­niaj się w mo­je­go ojca. – Spoj­rza­łam na nie­go kar­cąco.

– Nie! – za­pro­te­sto­wa­łam. – Chcę ta­ńczyć.

– Ha­zel, ale… – Urwał, bo po­ci­ągnęłam go za rękę i za­częli­śmy ta­ńczyć.

Być może ta­ńczyć to zbyt duże sło­wo, bo po pro­stu wtu­li­łam się w jego ra­mio­na i za­częli­śmy się ko­ły­sać, nie­ko­niecz­nie w rytm mu­zy­ki. Przy nim mo­głam po­czuć się nor­mal­nie, bez tej ca­łej show­biz­ne­so­wej otocz­ki.

Gdy im­pre­za na do­bre się roz­kręci­ła, na par­kie­cie zro­bi­ło się nie­co tłocz­no. Wy­szli­śmy więc z Car­so­nem do ogro­du, by za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Po­pro­si­łam ochro­nę, żeby dali nam tro­chę pry­wat­no­ści. Toby zo­stał w środ­ku, a Owen miał na nas oko z ta­ra­su. Po­szli­śmy w głąb ogro­du, do sa­mej ora­nże­rii.

– Wow, ale tu pi­ęk­nie! – Ro­zej­rza­łam się po wnętrzu.

W cen­tral­nej części po­miesz­cze­nia w oto­cze­niu zie­le­ni sta­ły luk­su­so­we fo­te­le, wy­god­na sofa i szkla­ny sto­lik. Nie­sa­mo­wi­cie pre­zen­to­wał się też mały staw z eg­zo­tycz­ny­mi ryb­ka­mi i ro­śli­na­mi. Chy­ba mu­szę po­my­śleć o ta­kiej ora­nże­rii. Czu­łam, że w ta­kim miej­scu mo­gła­bym się nie tyl­ko re­lak­so­wać, ale też pra­co­wać nad no­wy­mi tek­sta­mi.

– Pi­ęk­nie dziś wy­glądasz – ode­zwał się Car­son.

Od­wró­ci­łam się w jego stro­nę, a on zła­pał mnie w pa­sie i przy­ci­ągnął do sie­bie. Przy­mknęłam na mo­ment oczy, na­pa­wa­jąc się jego zmy­sło­wym za­pa­chem, a wte­dy on wpił się w moje usta w na­mi­ęt­nym po­ca­łun­ku. Za­rzu­ci­łam mu ręce na szy­ję, od­wza­jem­nia­jąc ka­żde mu­śni­ęcie jego warg.

– Dzi­ęku­ję – od­po­wie­dzia­łam, po czym po­pchnęłam go na sofę i usia­dłam na nim okra­kiem.

Był za­sko­czo­ny, ale i bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Za­ci­snął dło­nie na mo­ich bio­drach, a ja na­pa­rłam na nie­go swo­im cia­łem i za­częłam go za­chłan­nie ca­ło­wać, aż za­bra­kło nam tchu. Czu­łam cie­pło jego cia­ła, gdy wsu­nął mi dło­nie pod bluz­kę. Błądził nimi po mo­jej skó­rze, zo­sta­wia­jąc na niej pa­lące śla­dy. Tak bar­dzo go pra­gnęłam, że pło­nęłam już od sa­mych piesz­czot.

– Co byś po­wie­dzia­ła na to, że­by­śmy się stąd ze­rwa­li? – za­py­tał.

– A do­kąd pój­dzie­my? – za­cie­ka­wi­łam się.

– Może po­je­dzie­my do mnie i do­ko­ńczy­my to, co tu za­częli­śmy – wy­chry­piał mi w usta.

– Wiesz chy­ba, że moja ochro­na po­je­dzie ra­zem z nami – przy­po­mnia­łam mu.

– Ja­koś to prze­ży­ję. – Uśmiech­nął się lek­ko.

– Przy­nie­siesz mi ma­łe­go drin­ka?

Zmarsz­czył lek­ko brwi.

– Co­smo może być?

– Po­pro­szę – przy­tak­nęłam i pod­nio­słam się z jego ko­lan.

– Okej, za­raz wra­cam – po­wie­dział i cmok­nął mnie po­li­czek, po czym wy­sze­dł z ora­nże­rii.

Roz­sia­dłam się wy­god­nie na wprost ma­gicz­ne­go sta­wu. By­łam już zmęczo­na, tym bar­dziej cie­szy­łam się z tego, że wyj­dzie­my wcze­śniej i spędzi­my kil­ka chwil tyl­ko we dwo­je.

– Ha­zel Fern. – Usły­sza­łam na­gle nie­zna­jo­my głos i gwa­łtow­nie pod­nio­słam się z miej­sca. – Naj­ja­śniej­sza gwiaz­da, któ­rą po­ko­cha­ły tłu­my – do­dał głos z lek­ką drwi­ną.

– Pój­dę już – po­wie­dzia­łam nie­co wy­stra­szo­na. – Moi ochro­nia­rze pew­nie mnie szu­ka­ją.

– Ochro­nia­rze? – za­śmiał się. – Ach tak, prze­pra­szam, w ko­ńcu je­steś wiel­ką gwiaz­dą – prych­nął, ro­bi­ąc ukłon w moją stro­nę.

– Car­son to idio­ta – po­wie­dział. – Choć pew­nie ma względem cie­bie ja­kiś plan.

Co? Nie wie­dzia­łam, o czym ten fa­cet mó­wił, ale nie to było te­raz naj­wa­żniej­sze. Chcia­łam stam­tąd uciec.

– Puść mnie! – Pró­bo­wa­łam mu się wy­szar­pać, ale za­cie­śnił uścisk i nie po­zwo­lił mi na to.

– Uwa­żaj na nie­go, gwiaz­decz­ko. – Na­chy­lił się, dmu­cha­jąc mi pro­sto w twarz, na co się skrzy­wi­łam. – On chce od cie­bie tego sa­me­go, cze­go chcą i inni.

– Car­son! – krzyk­nęłam do nie­go i wi­dzia­łam, że na­tych­miast za­czął biec w na­szym kie­run­ku.

Fa­cet od­wró­cił się, żeby zer­k­nąć za sie­bie. Wy­ko­rzy­sta­łam ten mo­ment, ode­pchnęłam go i wy­bie­głam na ze­wnątrz, wpa­da­jąc pro­sto w ra­mio­na Car­so­na.

– Mała, wszyst­ko okej? – Od­gar­nął mi wło­sy z twa­rzy.

Ner­wo­wo przy­tak­nęłam gło­wą, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad zbyt szyb­kim od­de­chem. Car­son przy­glądał mi się uwa­żnie.

– Ten… ten fa­cet… – du­ka­łam.

– Car­son, stój! – Za­trzy­ma­łam chło­pa­ka, tym sa­mym po­zwa­la­jąc nie­zna­jo­me­mu wy­jść z ora­nże­rii i ru­szyć w dru­gą stro­nę. – Cho­le­ra, Owen. – Wzdry­gnęłam się, wi­dząc ochro­nia­rza.

– Co tu się sta­ło? – za­py­tał zde­ner­wo­wa­ny.

– Nic – od­po­wie­dzia­łam. – Wszyst­ko jest okej.

– Ha­zel, je­stem za cie­bie od­po­wie­dzial­ny.

– Jest okej. – Po­ta­ki­wa­łam gło­wą. – Chcę po­roz­ma­wiać z Car­so­nem.

– Mu­si­my wra­cać – upie­rał się Owen.

– Daj nam chwi­lę.

– Ha­zel, ale…

– Dwie mi­nu­ty – na­le­ga­łam.

Mu­sia­łam po­ga­dać z Car­so­nem. Ten gość był dziw­ny, a to, co po­wie­dział, nie da­wa­ło mi spo­ko­ju.

– Mała, czy on ci coś zro­bił? – za­py­tał po­now­nie Car­son.

Wi­dzia­łam zmar­twie­nie na jego twa­rzy. Był zde­ner­wo­wa­ny i wie­dzia­łam, że jed­no moje sło­wo, a zmió­tłby ko­le­sia z po­wierzch­ni zie­mi. Na szczęście nic mi się nie sta­ło, a bój­ka na­praw­dę nie była nam te­raz po­trzeb­na.

– Car­son, on… – Urwa­łam, bo wci­ąż mia­łam mie­sza­ne uczu­cia. – On… Ty go znasz?

– Nie­ste­ty – burk­nął.

– Po­wiesz coś wi­ęcej?

– Nie war­to.

– Może jed­nak. – Skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach. – On ewi­dent­nie ma coś do cie­bie.

Chło­pak gło­śno wes­tchnął.

– To La­trell Rus­so – po­wie­dział w ko­ńcu, ale nie­ste­ty nie­wie­le mi to mó­wi­ło. – Du­pek, któ­ry ubz­du­rał so­bie, że znisz­czy­łem jego szan­sę na wiel­ką ka­rie­rę.

– Co? – Nie bar­dzo ro­zu­mia­łam.

– Dłu­ga hi­sto­ria. Zde­ma­sko­wa­łem go, bo był zwy­kłym oszu­stem, ale on za­po­wie­dział, że mnie znisz­czy – wy­ja­śnił. A po­tem ujął moją twarz w dło­nie i do­dał: – Co­kol­wiek ci o mnie po­wie­dział, skar­bie, to kłam­stwa.

– Tyl­ko tyle? Ha­zel, spo­dzie­wa­łem się po nim gor­szych rze­czy. Prze­cież mnie znasz, i to nie od dzi­siaj. – Pa­trzył mi pro­sto w oczy.

– Wiem, Car­son – od­pa­rłam. – Po pro­stu…

– Masz wąt­pli­wo­ści?

– Nie, coś ty. Po pro­stu nie­na­wi­dzę, jak ktoś pró­bu­je ta­kich ta­nich sztu­czek. Pa­mi­ętam, co mi po­wie­dzia­łeś, gdy wy­je­żdża­łam w pierw­szą po­wa­żną tra­sę kon­cer­to­wą – wspo­mnia­łam.

– Po­wie­dzia­łeś, że­bym uwa­żnie do­bie­ra­ła lu­dzi, któ­rzy będą naj­bli­żej mnie. Że­bym nie za­my­ka­ła się na nich, ale była ostro­żna i ufa­ła swo­jej in­tu­icji.

– To taka rada, któ­ra przy­da­je się przez całe ży­cie.

– Ni­g­dy mnie nie za­wio­dła – do­da­łam, po czym na chwi­lę wtu­li­łam się w jego ra­mio­na. – I bar­dzo się cie­szę, że mam cie­bie.

– Mam na­dzie­ję, że wiesz, że je­steś dla mnie naj­wa­żniej­sza – szep­nął i po­ca­ło­wał mnie we wło­sy.

– Zmy­wa­my się stąd? Je­stem już tro­chę zmęczo­na – po­wie­dzia­łam, de­li­kat­nie się od nie­go od­su­wa­jąc.

– Je­dzie­my do mnie? – za­py­tał.

– Chy­ba le­piej po­ja­dę do domu. – Pod­nio­słam na nie­go spoj­rze­nie.

– Ja­sne. Nie­dzie­la ak­tu­al­na? – upew­nił się.

– Tak – przy­tak­nęłam. – Nie od­pusz­czę ta­kiej oka­zji.

Wspi­ęłam się na pal­cach stóp i mu­snęłam jego usta. Car­son szyb­ko mnie nie pu­ścił. Naj­pierw po­głębił po­ca­łu­nek, i to z taką na­mi­ęt­no­ścią, że wca­le nie chcia­łam już wra­cać do domu.

Nie mia­łam za­mia­ru roz­my­ślać nad tym, co po­wie­dział tam­ten fa­cet. Było oczy­wi­ste, że sko­ro ma z Car­so­nem na pie­ńku, nie będzie się o nim po­chleb­nie wy­ra­żał. Mnie wy­star­czy­ło to, że zna­łam Car­so­na, ufa­łam mu i wie­dzia­łam, że ni­g­dy by mnie nie skrzyw­dził. Nie mia­łam żad­nych pod­staw, by uwa­żać ina­czej. A ob­ra­ca­łam się prze­cież w sfe­rach, gdzie na za­ufa­nie trze­ba so­bie było so­lid­nie za­pra­co­wać. Zda­wa­łam so­bie też spra­wę z tego, że nie­któ­rzy po­przez zna­jo­mo­ść ze mną mo­gli ocze­ki­wać ja­ki­chś ko­rzy­ści. Nie­ste­ty, ta­kie sy­tu­acje już mi się zda­rzy­ły, dla­te­go by­łam bar­dzo ostro­żna w do­bo­rze naj­bli­ższych mi osób, a Car­son sta­wał się wła­śnie kimś wi­ęcej niż przy­ja­cie­lem.

***

Oj­ciec po­je­chał dziś na ja­kieś wa­żne spo­tka­nie biz­ne­so­we. Cie­szy­łam się, bo wy­bie­ra­łam się do klu­bu, by spo­tkać się z Car­so­nem i po­słu­chać jego wy­stępu. Ca­ro­li­ne o wszyst­kim wie­dzia­ła i obie­ca­ła mnie kryć, gdy­by przy­pad­kiem tata wró­cił wcze­śniej. Mia­łam tyl­ko nie na­roz­ra­biać. Li­to­ści, prze­cież nie by­łam ma­łym dziec­kiem.

Z Car­so­nem umó­wi­łam się już na miej­scu, bo on mu­siał pod­je­chać do klu­bu wcze­śniej, a mnie i tak miał za­wie­źć kie­row­ca Joey, no i miał być ze mną rów­nież Owen. Do klu­bu do­ta­rłam pi­ęt­na­ście mi­nut przed pla­no­wa­nym wy­stępem Car­so­na. By unik­nąć sku­pie­nia na so­bie nie­po­trzeb­nej uwa­gi, do środ­ka we­szli­śmy z Owe­nem we­jściem dla per­so­ne­lu.

– A co ta­kie­go zro­bił? – za­py­ta­łam za­cie­ka­wio­na.

– Po­wie­dział, że przyj­dzie jego la­ska, naj­wi­ęk­sza gwiaz­da. Mam nie za­da­wać py­tań, tyl­ko ją wpu­ścić – oznaj­mił.

– Jego la­ska? Do­bre – prych­nęłam, krzy­żu­jąc ręce na pier­siach. – Okej, mo­żesz mi po­wie­dzieć, gdzie on jest?

– Na ko­ńcu ko­ry­ta­rza, drzwi na wprost. Tyl­ko się po­spiesz, bo za­raz wcho­dzi.

– Dzi­ęki – od­po­wie­dzia­łam i ra­zem z Owe­nem uda­li­śmy się we wska­za­ne miej­sce.

– Hej – ode­zwa­łam się.

– O mat­ko! – Dziew­czy­na aż za­sło­ni­ła usta dło­nią. – Ty… ty prze­cież je­steś Ha­zel Fern! – za­pisz­cza­ła.

– Je­stem Am­ber. – Wy­ci­ągnęła do mnie dłoń, a ja ją uści­snęłam. – Ale się cie­szę!

– Miło mi.

– Ja­sne. Ale mega!

Da­łam znak Owe­no­wi, by i on nas zo­sta­wił, a po chwi­li w tej nie­wiel­kiej sali by­łam już sama z Car­so­nem. Chło­pak pod­sze­dł do mnie i ob­jął mnie w pa­sie, przy­ci­ąga­jąc do sie­bie.

– Ba­łem się, że jed­nak nie przyj­dziesz – po­wie­dział, opie­ra­jąc swo­je czo­ło o moje.

– Dziw­ne, bo chło­pak przy we­jściu spo­dzie­wał się, że przyj­dzie two­ja la­ska – od­po­wie­dzia­łam, a Car­son się za­śmiał. – Mia­łeś na my­śli mnie, czy po­ja­wi się ja­kaś inna go­rąca la­ska? – za­py­ta­łam za­dzior­nie.

– Ty je­steś naj­bar­dziej go­rąca, mała – szep­nął i de­li­kat­nie mu­snął moje usta.

– Uwa­żaj, że­byś się nie opa­rzył.

– Chęt­nie za­ry­zy­ku­ję – od­pa­rł sta­now­czo i tym ra­zem po­ca­ło­wał mnie tak na­mi­ęt­nie, że aż za­bra­kło mi tchu.

Do­słow­nie za chwi­lę miał się od­być wy­stęp Car­so­na. Ze­spół, któ­ry miał z nim grać, już wcho­dził na sce­nę. Chło­pak po­ka­zał mi, gdzie mogę usi­ąść, by go do­brze wi­dzieć, a jed­no­cze­śnie sama nie być wi­docz­ną dla pu­blicz­no­ści. Chciał, że­bym mo­gła spo­koj­nie obej­rzeć wy­stęp i ta­kie roz­wi­ąza­nie mi to umo­żli­wia­ło. Poza tym to miał być jego czas, ja by­łam tu tyl­ko go­ściem.

Jak tyl­ko wy­sze­dł na sce­nę, że­ńska część pu­blicz­no­ści od razu się oży­wi­ła. Oczy­wi­ste było, że te ko­bie­ty przy­szły tu­taj nie tyl­ko po to, by go po­słu­chać, ale i by zo­ba­czyć go na żywo. Nic dziw­ne­go, Car­son był bar­dzo przy­stoj­ny i wzbu­dzał za­in­te­re­so­wa­nie płci prze­ciw­nej.

– Dziś jest tu ze mną wy­jąt­ko­wa dziew­czy­na – po­wie­dział przed wy­ko­na­niem ostat­niej pio­sen­ki. – Je­stem pew­ny, że i wy do­brze ją zna­cie, dla­te­go po­mó­żcie mi ją wy­wo­łać, a być może za­śpie­wa ra­zem ze mną, co wy na to? – mó­wi­ąc to, naj­pierw pa­trzył na pu­blicz­no­ść, a po­tem spoj­rzał w moją stro­nę. To mnie do­pie­ro za­sko­czył. Wszy­scy za­częli kla­skać, a on przy­bli­żył się do kra­wędzi sce­ny. – A więc za­wo­łaj­cie ją – za­chęcał ich. – Ha­zel! – Gdy wy­po­wie­dział moje imię, okla­skom nie było ko­ńca.

Car­son wy­ci­ągnął rękę w moją stro­nę, a wte­dy wy­szłam ze swo­je­go ukry­cia. Kątem oka wi­dzia­łam, że Owen tyl­ko po­kręcił gło­wą, bo obie­ca­łam mu, że będzie spo­koj­nie, ale by­łam tak pod­eks­cy­to­wa­na mo­żli­wo­ścią za­śpie­wa­nia z Car­so­nem, że mu­sia­łam sko­rzy­stać z tej oka­zji. Pierw­szy raz za­śpie­wam z nim przed pu­blicz­no­ścią. Car­son wła­śnie spe­łniał moje ma­rze­nie.

– Za­śpie­wa­my two­ją pio­sen­kę – za­su­ge­ro­wał.

– Moją? – zdzi­wi­łam się. – A nie le­piej…

– Take it to hell – prze­rwał mi, po­da­jąc ty­tuł.

– A… ale…

– Cho­dź, mała. – Chwy­cił moją dłoń i pa­trząc mi pro­sto w oczy, po­ca­ło­wał ją.

To był je­den z mo­ich moc­niej­szych ka­wa­łków i to wła­śnie Car­son po­ma­gał mi w na­pi­sa­niu tego tek­stu.

– Okej – przy­tak­nęłam.

Mimo za­sko­cze­nia by­łam nie­sa­mo­wi­cie pod­eks­cy­to­wa­na. Gdy za­częli­śmy śpie­wać, by­łam naj­szczęśliw­sza na świe­cie.

Po wy­stępie roz­da­li­śmy kil­ka au­to­gra­fów, a po­tem po­bie­gli­śmy na za­ple­cze. Ża­ło­wa­łam tyl­ko, że dzi­siaj nie mo­głam spędzić z Car­so­nem wi­ęcej cza­su. Mia­łam wró­cić, gdy tyl­ko Ca­ro­li­ne da mi znać, że oj­ciec rów­nież wra­ca do domu. Le­piej, żeby nie wie­dział o moim wy­jściu, i to do ta­kie­go miej­sca, do zwy­kłej knaj­py, a nie do eks­klu­zyw­ne­go klu­bu dla wy­ższych sfer.

– Da­łaś cza­du. – Car­son unió­sł mnie za bio­dra i po­sa­dził na sto­le, usa­da­wia­jąc się mi­ędzy mo­imi no­ga­mi.

– Obo­je da­li­śmy cza­du – od­po­wie­dzia­łam i ob­jęłam go za szy­ję.

– To jak będzie­my świ­ęto­wać? – za­py­tał, zsu­wa­jąc mi ramo­ne­skę z ra­mion.

Mo­men­tal­nie zro­bi­ło mi się tak go­rąco, jak­by ude­rzy­ła we mnie ja­kaś fala żaru. Jego błądzące po mo­ich ra­mio­nach i kręgo­słu­pie dło­nie roz­pa­la­ły mnie do czer­wo­no­ści. Kie­dy wsu­nął mi je pod bluz­kę, piesz­cząc moje na­gie cia­ło, nie wy­trzy­ma­łam.

– Też cię pra­gnę – jęk­nęłam. – Te­raz! – pod­kre­śli­łam.

Car­son de­li­kat­nie się ode mnie od­su­nął, ale jego wzrok pło­nął. Wie­dzia­łam, że nie wyj­dę stąd nie­za­spo­ko­jo­na i cała aż drża­łam w ocze­ki­wa­niu na to, co się wy­da­rzy.

– Wiesz, że je­steś tyl­ko moja? – za­py­tał, uno­sząc mój pod­bró­dek tak, bym pa­trzy­ła mu pro­sto w oczy.

– Je­śli tyl­ko mnie chcesz – wy­szep­ta­łam.

– Mała, chcę cię jak ni­g­dy ni­ko­go – za­pew­nił, mu­ska­jąc moje usta.

A po­tem wpił się w nie na­mi­ęt­nie, ca­łu­jąc mnie sza­le­ńczo, z po­żąda­niem. Po­mó­gł mi ze­jść ze sto­łu, po czym zdjął mi spodnie wraz z majt­ka­mi i po­now­nie po­sa­dził mnie na zim­nym bla­cie. Roz­pi­ął mi bluz­kę, by pie­ścić moje pier­si ukry­te pod cien­ką ko­ron­ką sta­ni­ka. Chwy­ci­łam za brze­gi jego ko­szul­ki, a gdy unió­sł ręce, ści­ągnęłam mu ją przez gło­wę. Prze­su­wa­łam pal­ca­mi po jego na­gim tor­sie, czu­jąc, jak cia­ło chło­pa­ka po­kry­wa się gęsią skór­ką. Było mi na prze­mian zim­no i go­rąco, moje zmy­sły kom­plet­nie sza­la­ły i wręcz nie mo­głam się do­cze­kać, kie­dy Car­son mnie wy­pe­łni.

Wresz­cie si­ęgnął do kie­sze­ni spodni po pre­zer­wa­ty­wę, po czym zsu­nął je z sie­bie wraz z bok­ser­ka­mi. Na wi­dok jego na­brzmia­łe­go pe­ni­sa moim cia­łem wstrząsnął roz­kosz­ny dreszcz. Spraw­nie za­ło­żył gum­kę, prze­su­nął mnie na brzeg sto­łu, po czym wsze­dł we mnie szyb­kim pchni­ęciem i za­trzy­mał się na mo­ment. Gło­śny jęk opu­ścił moje gar­dło, a Car­son opa­rł gło­wę na moim ra­mie­niu, wgry­za­jąc się w nie. Ob­jęłam go no­ga­mi w pa­sie, a on za­czął się we mnie ener­gicz­nie po­ru­szać.

Przez chwi­lę po­my­śla­łam o tym, że do­brze by było, gdy­by po­miesz­cze­nie było dźwi­ękosz­czel­ne, żeby sto­jący pod drzwia­mi Owen nie sły­szał, jak się pie­przy­my. Ale za­raz od­pu­ści­łam. W tam­tej chwi­li zu­pe­łnie mnie to nie ob­cho­dzi­ło. Czu­łam tyl­ko Car­so­na, któ­ry za­pa­mi­ęta­le we mnie ude­rzał i sły­sza­łam tyl­ko na­sze jęki mie­sza­jące się z przy­spie­szo­ny­mi od­de­cha­mi i gło­śnym dud­nie­niem na­szym serc. Nie po­trze­bo­wa­łam nic wi­ęcej. Car­son był wszyst­kim, cze­go pra­gnęłam. Z ka­żdym jego pchni­ęciem by­łam co­raz bli­żej osi­ągni­ęcia upra­gnio­ne­go spe­łnie­nia. Przy­ci­ągnęłam go moc­niej do sie­bie, wpla­ta­jąc pal­ce w jego wło­sy i lek­ko za nie po­ci­ąga­jąc.

– Boże, Car­son! – za­jęcza­łam, gdy po­czu­łam, jak za­czy­nam się na nim za­ci­skać.

– Wy­trzy­maj, skar­bie – wy­dy­szał.

Wark­nął, wbi­ja­jąc się we mnie co­raz moc­niej i szyb­ciej. Po­czu­łam, jak za­czął pul­so­wać w moim wnętrzu, a wte­dy przez moje cia­ło prze­to­czy­ła się fala dresz­czy.

– Car­son! – krzyk­nęłam, szczy­tu­jąc.

– Kur­wa, Ha­zel! – prze­klął tuż za moim uchem, gdy po raz ostat­ni we mnie ude­rzył, po czym za­sty­gł w bez­ru­chu.

Po­win­ni­śmy się szyb­ko ogar­nąć, choć Owen z pew­no­ścią do­my­ślił się już, co tu ro­bi­li­śmy, więc w grun­cie rze­czy nie mia­ło to wi­ęk­sze­go zna­cze­nia. Li­czy­ło się tyl­ko to, że by­łam z Car­so­nem, któ­ry ro­zu­miał mnie jak nikt inny. Czu­łam, że mi­ędzy nami zro­dzi­ło się coś znacz­nie wi­ęcej niż przy­ja­źń.

***

Na­stęp­ne­go dnia w po­rze lun­chu oj­ciec wpa­dł do domu ni­czym hu­ra­gan. Nie wie­dzia­łam, co było po­wo­dem jego kosz­mar­ne­go hu­mo­ru, ale wy­glądał, jak­by miał za­raz wy­buch­nąć. Gdy rzu­cił na stół kil­ka ró­żnych ga­zet, wszyst­ko zro­zu­mia­łam.

– Mo­żesz mi to wy­ja­śnić?! – krzyk­nął, pio­ru­nu­jąc mnie wzro­kiem.

Wzi­ęłam pierw­szą lep­szą ga­ze­tę i za­częłam ją prze­glądać. Po­tem na­stęp­ną. I na­stęp­ną. No tak. Były w nich zdjęcia z mo­je­go wczo­raj­sze­go wy­jścia do klu­bu i kil­ka słów na te­mat tego, czy te­raz za­mie­rzam grać po ba­rach i czy będę wy­stępo­wać z Car­so­nem. Po pro­stu świet­nie…

– Ha­zel! – wark­nął.

– Nie krzycz na mnie, okej?

– Ro­zu­miem, że ty o wszyst­kim wie­dzia­łaś?! – Spoj­rzał gniew­nie na Ca­ro­li­ne.

– Uspo­kój się, Je­re­my – po­wie­dzia­ła ła­god­nie. – Prze­cież nic ta­kie­go się nie sta­ło.

– No wła­śnie – ode­zwa­łam się. – A ty ro­bisz z tego tra­ge­dię na ska­lę ko­lej­nej woj­ny świa­to­wej.

– Ha­zel, nie prze­gi­naj! – sy­czał. – To na to były moje pie­ni­ądze?! Za­in­we­sto­wa­łem w cie­bie, w twój ta­lent, a ty śpie­wasz w ja­kie­jś spe­lu­nie! – opie­przał mnie.

– To na­praw­dę przy­zwo­ity klub – rzu­ci­łam pod no­sem.

– Nie wy­trzy­mam z tobą!

– Je­re­my, daj jej spo­kój – wtrąci­ła Ca­ro­li­ne. – My­ślę, że to za­dzia­ła aku­rat ko­rzyst­nie na jej ka­rie­rę.

– Czy wy sie­bie w ogó­le sły­szy­cie? – Po­pa­trzył na nas, marsz­cząc brwi. – A po­wiedz mi, cór­ciu, sko­ro je­steś taka roz­sąd­na, co sku­si­ło cię, by za­śpie­wać z tym chło­pa­kiem? Nie mo­głaś go po pro­stu po­słu­chać, po­sie­dzieć so­bie, po­pa­trzeć?

– Prze­cież lu­bię śpie­wać.

– Od­po­wiedz – na­le­gał.

– O mat­ko, no Car­son za­pro­sił mnie na sce­nę – od­po­wie­dzia­łam i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Oczy­wi­ście – rzu­cił z sar­ka­zmem. – A przy­po­mnij mi, co za­śpie­wa­li­ście?

Co on się tak upa­rł?

– Take it to hell – od­burk­nęłam.

– To była two­ja pro­po­zy­cja? – do­cie­kał.

Za­czy­na­łam mieć tego ser­decz­nie dość.

– Car­so­na.

– Ko­cha­nie, i ja­kim cu­dem nie za­pa­li­ła ci się czer­wo­na lamp­ka? – drążył te­mat.

– O co ci cho­dzi, Je­re­my? – Ca­ro­li­ne też nie mia­ła po­jęcia, co oj­ciec miał na my­śli.

– To może ci przy­pom­nę, że Car­son jest uwzględ­nio­ny jako wspó­łau­tor tek­stu. – Prze­wier­cał mnie spoj­rze­niem.

– No i?

– Ten chło­pak chce się wy­bić na two­im suk­ce­sie – mó­wił, a ja kręci­łam gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. – Li­czy na to, że wci­ągniesz go do tego świa­ta, chce cię wy­ko­rzy­stać. Nie po­win­naś mu ufać. Tyle pio­se­nek, a wy­brał aku­rat tę!

– Prze­stań, tato – prze­rwa­łam mu. – Car­son ni­g­dy by mi tego nie zro­bił.

– Nie bądź na­iw­na, Ha­zel. My­ślisz, że wszy­scy wko­ło cie­bie to twoi przy­ja­cie­le?

– Do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę z tego, że nie, ale Car­son jest kimś wi­ęcej – od­po­wie­dzia­łam.

– Za­bra­niam ci się z nim spo­ty­kać! Nie będziesz go wi­dy­wać, do­pó­ki miesz­kasz pod moim da­chem! – za­ko­mu­ni­ko­wał tak ostro, że aż Ca­ro­li­ne unio­sła brwi i od­sta­wi­ła fi­li­żan­kę.

– Je­re­my. – Po­pa­trzy­ła na nie­go ostrze­gaw­czo.

– W po­rząd­ku, tato. – Wsta­łam od sto­łu. – Sko­ro miesz­ka­nie pod two­im da­chem unie­mo­żli­wia mi spo­ty­ka­nie się z Car­so­nem, to się wy­pro­wa­dzę.

– Ha­zel, ja…

– Daj spo­kój, tato. – Po­kręci­łam gło­wą, po czym wy­szłam z sa­lo­nu.

Bo­la­ło mnie, że oj­ciec mi nie ufał. Zna­łam Car­so­na prak­tycz­nie od naj­młod­szych lat, za­wsze był moim przy­ja­cie­lem, wspie­rał mnie, po­ma­gał mi. On nie był dwu­li­co­wy. Ro­zu­mia­łam, że oj­ciec w tej kwe­stii był ostro­żny, ale ufa­łam Car­so­no­wi. I tak na­praw­dę mia­łam tyl­ko jego. A te­raz, gdy zbli­ży­li­śmy się do sie­bie, tym bar­dziej nie wie­rzy­łam w to, że chcia­łby mnie wy­ko­rzy­stać.

Nie mo­głam usie­dzieć w domu. Wszyst­ko we mnie aż bu­zo­wa­ło, ko­niecz­nie mu­sia­łam zo­ba­czyć się z Car­so­nem. Tyl­ko on mógł mnie te­raz uspo­ko­ić. Szyb­ko się prze­bra­łam i po­je­cha­łam z Owe­nem do domu chło­pa­ka. Car­son miesz­kał z mamą na dru­gim ko­ńcu mia­sta. Jego ro­dzi­ce roz­wie­dli się do­syć daw­no temu, oj­ciec wy­je­chał z Bir­ming­ham. Kie­dyś by­wa­łam w tym domu znacz­nie częściej, ale z cza­sem, gdy moja ka­rie­ra na­bra­ła tem­pa, a i Car­son za­czął częściej kon­cer­to­wać, utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt głów­nie przez te­le­fon, Sky­pe’a czy inne por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we. Czu­łam, że te­raz wie­le się mi­ędzy nami zmie­ni.

Kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej by­łam już pod do­mem Car­so­na. Owen oczy­wi­ście cze­kał na mnie w sa­mo­cho­dzie. Za­dzwo­ni­łam dzwon­kiem i po chwi­li Car­son otwo­rzył drzwi.

– Hej – po­wie­dzia­łam ci­cho.

– Hej, a co ty tu ro­bisz? – za­py­tał nie­co za­sko­czo­ny.

– Po­trze­bu­ję cię, Car­son. – Spoj­rza­łam na nie­go ze smut­kiem.

– Cho­dź, mała. – Przy­ci­ągnął mnie do sie­bie, przy­tu­lił i po­ca­ło­wał we wło­sy.

Gdy we­szli­śmy do kuch­ni, w oczy rzu­ci­ła mi się le­żąca na sto­le ga­ze­ta z na­szym zdjęciem na pierw­szej stro­nie.

– Ład­nie wy­szli­śmy, co nie? – Wzi­ęłam ga­ze­tę do ręki i przy­gląda­łam się zdjęciu.

– Na­wet pi­ęk­nie – od­po­wie­dział i pod­sze­dł do mnie od tyłu, by ob­jąć mnie w pa­sie.

Odło­ży­łam ga­ze­tę i opa­rłam gło­wę o jego tors.

– Coś się sta­ło? – za­py­tał z tro­ską.

– Po­kłó­ci­łam się z oj­cem – wes­tchnęłam.

– O ten wy­pad?

– Nie­ste­ty – przy­tak­nęłam, a Car­son wzi­ął mnie za rękę i po­pro­wa­dził do sa­lo­nu.

Usia­dł na so­fie, a ja po­ło­ży­łam się obok nie­go, ukła­da­jąc gło­wę na jego ko­la­nach. Przy nim czu­łam się spo­koj­niej­sza, bar­dziej wy­lu­zo­wa­na. Przy mo­głam być sobą, zwy­kłą Ha­zel.

– Bar­dzo się wście­kł? – za­py­tał, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po moim cie­le.

– Jak­bym co naj­mniej na­gle prze­sta­ła śpie­wać – burk­nęłam.

– Wiesz, że mar­twi się o cie­bie.

– O mnie? – prych­nęłam. – Ra­czej o moją ka­rie­rę. Wca­le nie mu­szę wy­stępo­wać na wiel­kiej sce­nie. Wy­star­czy­ły­by mi kon­cer­ty na przy­jęciach, w ba­rach, na ró­żnych uro­czy­sto­ściach, tak jak ro­bi­ła mama – po­wie­dzia­łam, wspo­mi­na­jąc prze­szło­ść.

– Ale wiesz, że z tego nie mia­ła­byś ta­kich pie­ni­ędzy.

– Przy­naj­mniej by­ła­bym szczęśli­wa.

– A te­raz nie je­steś?

Za­sko­czył mnie tym py­ta­niem.

– To nie do ko­ńca tak. – Za­my­śli­łam się. – Je­stem szczęśli­wa, w ko­ńcu ro­bię to, co ko­cham, ale po pro­stu chcia­ła­bym sama wi­ęcej o so­bie de­cy­do­wać. Nie­ste­ty oj­ciec ci­ągle mi przy­po­mi­na, ile za­in­we­sto­wał we mnie pie­ni­ędzy, przez co czu­ję, jak­bym była mu coś dłu­żna.

– Ha­zel, mała, nie mo­żesz tak do tego pod­cho­dzić. Masz wiel­ki ta­lent, któ­ry do­sko­na­le wy­ko­rzy­stu­jesz – po­wie­dział. – Ow­szem, pie­ni­ądze umo­żli­wi­ły ci na­ukę w naj­lep­szych szko­łach, jed­nak to ty za­pra­co­wa­łaś na suk­ces. To ty wy­cho­dzisz na sce­nę, śpie­wasz, jed­no­czysz lu­dzi, i je­steś w tym naj­lep­sza. Fani cię ko­cha­ją.

Ten fa­cet za­wsze wie­dział, co po­wie­dzieć, by pod­nie­ść mnie na du­chu. Gdy tyl­ko nad­ci­ągał cień zwąt­pie­nia, Car­son szyb­ko go od­ga­niał. Ow­szem, sam też śpie­wał, grał i ob­ra­cał się w mu­zycz­nym świe­cie, ale miał do nie­go zu­pe­łnie inne po­de­jście. Bez tej ca­łej spi­ny, z wi­ęk­szym lu­zem, na któ­ry ja nie do ko­ńca mo­głam so­bie po­zwo­lić.

– Car­son… Dla­cze­go wy­bra­łeś Take it to hell? – za­py­ta­łam w pew­nym mo­men­cie.

– Tak po pro­stu. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie chcia­łeś za­śpie­wać in­nej pio­sen­ki? – do­cie­ka­łam.

– Lu­bię ją, na­pi­sa­łem ją z my­ślą o to­bie – wy­ja­śnił, piesz­cząc moje cia­ło. – Dla­cze­go py­tasz?

Nie wie­dzia­łam, co mu od­po­wie­dzieć.

– Chy­ba tak po pro­stu.

Nie mo­głam wy­znać mu ca­łej praw­dy, bo bym go ura­zi­ła. Od­su­wa­łam od sie­bie my­śli, któ­re za­su­ge­ro­wał mi tata. Car­son nie zro­bi­łby mi tego, ufa­łam mu i wie­rzy­łam. Prze­cież zna­li­śmy się nie od dziś. On taki nie był.

– A może wy­sko­czy­my na week­end do Pen­krid­ge? – za­pro­po­no­wa­łam.

– My? – za­py­tał za­sko­czo­ny, jak­bym co naj­mniej pro­po­no­wa­ła mu lot na Ksi­ężyc.

– Co cię tak dzi­wi? – Pod­nio­słam się z jego ko­lan.

– Niech zgad­nę, twój oj­ciec nie wie, że tu je­steś – rzu­cił.

Skąd u nie­go to na­głe wa­ha­nie, skąd te wąt­pli­wo­ści? Może jed­nak tro­chę za­pędzi­łam się w mo­ich wy­obra­że­niach o na­szym zwi­ąz­ku? Może po­win­nam się tro­chę wy­co­fać?

– Pój­dę już, Car­son – po­wie­dzia­łam, po czym wsta­łam z sofy i ru­szy­łam w kie­run­ku wy­jścia.

– Ha­zel, za­cze­kaj! – za­wo­łał za mną.

Na­ci­snęłam na klam­kę w drzwiach, ale jesz­cze ich nie otwo­rzy­łam.

– Nie wy­cho­dź – szep­nął tuż za mną. – Prze­pra­szam – do­dał i chwy­cił mnie za ra­mio­na, od­wra­ca­jąc przo­dem do sie­bie.

Car­son i jego mina zbi­te­go psa kom­plet­nie mnie roz­czu­la­ły.

– Wiesz, że chęt­nie wszędzie z tobą po­ja­dę. Nie chcę tyl­ko, byś prze­ze mnie mia­ła pro­ble­my z oj­cem.

– Ale my już tak mamy. Kłó­ci­my się śred­nio co dwa dni. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– W ta­kim ra­zie nie będzie­my za­ni­żać śred­niej. – Uśmiech­nął się do mnie, unió­sł mój pod­bró­dek i czu­le mnie po­ca­ło­wał.

***

My­śla­łam, że kie­dy wró­cę do domu, oj­ciec będzie już spo­koj­niej­szy i od­pu­ści, ale naj­wy­ra­źniej się my­li­łam. Gdy tyl­ko prze­kro­czy­łam próg sa­lo­nu, usły­sza­łam jego pod­nie­sio­ny głos. Chy­ba roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon, a wła­ści­wie to na tego ko­goś krzy­czał. Kie­dy mnie zo­ba­czył, roz­łączył się, a cały jego gniew skon­cen­tro­wał się na mnie.

– Gdzie by­łaś? – za­py­tał szorst­ko.

– U Car­so­na. – Po­sta­no­wi­łam, że nie będę kła­mać.

– Za­bro­ni­łem ci się z nim spo­ty­kać! – wark­nął.

– Prze­stań trak­to­wać mnie jak małe dziec­ko albo nie­wol­ni­ka. – Za­ci­snęłam usta.

– Czy ty w ogó­le wiesz, co się tu­taj dzie­je? – Zmarsz­czył gniew­nie brwi.

– Nie – po­kręci­łam gło­wą.

– Może byś wie­dzia­ła, gdy­byś od­bie­ra­ła te­le­fo­ny! – zgro­mił mnie.

No cóż, naj­wy­ra­źniej w naj­bli­ższym cza­sie pod­nie­sie­my śred­nią na­szych kłót­ni…

– Nie sły­sza­łam dzwon­ka. Mo­żesz mi po pro­stu po­wie­dzieć, co się sta­ło? – za­py­ta­łam znie­cier­pli­wio­na.

– To się sta­ło, że nie mo­że­my opędzić się od te­le­fo­nów ko­men­tu­jących twój wczo­raj­szy wy­stęp!

– Prze­cież nic ta­kie­go się nie sta­ło – po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, wzru­sza­jąc lek­ko ra­mio­na­mi.

– Ha­zel! – Oj­ciec nie­ma­lże wrza­snął, lecz w tym mo­men­cie we­szła moja me­ne­dżer­ka, Pa­ige. – O! Do­brze, że w ko­ńcu je­steś. – Spoj­rzał na nią z ulgą. – Może ty prze­mó­wisz jej do roz­sąd­ku.

– Mamy wi­ęk­szy pro­blem – po­wie­dzia­ła, pa­trząc naj­pierw na nie­go, a po­tem na mnie.

Tata wy­glądał tak, jak­by wła­śnie usły­szał, że zbli­ża się ko­niec świa­ta, a ja kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Aż tak na­bro­iłam?

– Co się sta­ło? – za­py­tał.

– Wczo­raj nie tyl­ko Ha­zel po­sza­la­ła – po­wie­dzia­ła Pa­ige, pa­trząc na mnie kar­cąco. – Gary wdał się w bój­kę w ja­ki­mś ba­rze, spa­dł ze scho­dów i zła­mał rękę. Do tego tak pa­skud­nie, że trze­ba było ją ope­ro­wać.

– O mój Boże – za­sło­ni­łam dło­nią usta. – Ale co z nim? Jak on się czu­je? – za­py­ta­łam zmar­twio­na.

– Poza tą ręką, kil­ko­ma ob­tar­cia­mi i me­ga­ka­cem nic mu nie będzie. Wyj­dzie z tego.

– Całe szczęście – ode­tchnęłam z ulgą.

– Ha­zel. – Pa­ige po­pa­trzy­ła na mnie z po­wa­gą – Gary będzie dłu­go do­cho­dził do zdro­wia.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć? – Zda­wa­łam so­bie spra­wę z kon­se­kwen­cji tego zda­rze­nia, ale chy­ba mu­sia­łam to od ko­goś usły­szeć.

– Nie, to jest ja­kiś kosz­mar. – Oj­ciec ner­wo­wo po­trząsał gło­wą. – Prze­cież Ha­zel ma za­pla­no­wa­ne ko­lej­ne kon­cer­ty! Cze­mu ten chło­pak jest taki nie­od­po­wie­dzial­ny?! – wy­bu­chł.

– Tato, Gary miał wy­pa­dek – przy­po­mnia­łam mu, bo oj­ciec kom­plet­nie się za­fik­so­wał i nie zwra­cał uwa­gi na to, co się wy­da­rzy­ło. – Mo­gło się sko­ńczyć o wie­le go­rzej.

– Ha­zel, na li­to­ść bo­ską, to nie był wy­pa­dek, tyl­ko pi­jac­ki wy­bryk!

– Jak to co? Mu­si­my na­tych­miast zna­le­źć no­we­go gi­ta­rzy­stę, a Gary jest zwol­nio­ny – rzu­cił szorst­ko oj­ciec.

– Nie mo­żesz tego zro­bić, Gary jest moim gi­ta­rzy­stą – za­pro­te­sto­wa­łam.

– Był – pod­kre­ślił do­bit­nie.

– Tato!

– Ha­zel – ode­zwa­ła się Pa­ige. – Twój oj­ciec po części ma ra­cję. – Wes­tchnęła. – W ra­zie cze­go Gary’ego za­stąpi Remy, ale po­trze­bu­jesz dru­gie­go gi­ta­rzy­sty. Wiem, że masz urlop, jed­nak będzie­my mu­sie­li zro­bić ca­sting – oznaj­mi­ła.

Tata na­tych­miast jej przy­tak­nął.

– Trud­no. Cza­sa­mi trze­ba się po­świ­ęcić – po­wie­dział.

– Mam na­dzie­ję, że szyb­ko ko­goś znaj­dzie­my, ale sama wiesz, jak to wy­gląda. – Pa­ige znów na mnie pa­trzy­ła. – Mu­si­my zna­le­źć ko­goś, kto ide­al­nie się z tobą zgra, jak­by­ście gra­li ra­zem od lat, jak­by­ście byli brat­ni­mi du­sza­mi.

Wsłu­chi­wa­łam się w jej sło­wa, a z ka­żdym ko­lej­nym w mo­jej gło­wie roz­brzmie­wa­ło tyl­ko jed­no imię.

– Car­son… – szep­nęłam.

– Co? – za­py­ta­li chó­rem tata i Pa­ige.

– Zna­my się od lat, gra na gi­ta­rze, świet­nie się zgry­wa­my, na­sze gło­sy ra­zem brzmią ide­al­nie – wy­mie­nia­łam z pod­eks­cy­to­wa­niem. – To musi być on. – Spoj­rza­łam na Pa­ige z na­dzie­ją.

– Po moim tru­pie! – wark­nął oj­ciec.

– Za­bro­ni­łem ci się spo­ty­kać z tym chło­pa­kiem – przy­po­mniał su­ro­wo. – Przez nie­go są same pro­ble­my.

– Pa­ige, pro­szę cię – zwró­ci­łam się do mo­jej me­ne­dżer­ki, igno­ru­jąc ojca. – Car­son jest na­praw­dę świet­ny, nie­sa­mo­wi­cie uta­len­to­wa­ny. Prze­cież do­brze o tym wiesz. – Pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać, choć wie­dzia­łam, że li­czy­ła się rów­nież ze zda­niem ojca.

– Ha­zel…

– Po­wie­dzia­łem, kur­wa, nie! – Tata aż się za­go­to­wał.

– I tak za­pro­po­nu­ję to Car­so­no­wi. – Upa­rłam się.

– Nie zro­bisz tego. – Ści­ągnął usta w wąską li­nię.

– Jesz­cze się prze­ko­nasz – rzu­ci­łam, po czym po­bie­głam do swo­je­go po­ko­ju.

To oczy­wi­ste, że chcia­ła­bym, by to Car­son był moim gi­ta­rzy­stą, ale wie­dzia­łam też, że jemu nie do ko­ńca od­po­wia­da­ło gra­nie przed ty­lo­ma lu­dźmi, na wiel­kiej sce­nie. By­cie su­per­gwiaz­dą nie było dla nie­go, nie po­trze­bo­wał tego. Tak na­praw­dę ja też nie, ale nie zna­łam już in­ne­go ży­cia. Mu­sia­łam ochło­nąć, prze­my­śleć to wszyst­ko na spo­koj­nie i po­ga­dać z Car­so­nem. Po­my­śla­łam, że naj­lep­sza ku temu oka­zja będzie pod­czas naj­bli­ższe­go week­en­du.

– Ha­zel! – Usły­sza­łam głos Pa­ige zza drzwi. – Mogę we­jść?

– Ja­sne – od­po­wie­dzia­łam i pod­nio­słam się z łó­żka.

Ko­bie­ta we­szła do środ­ka. Wi­dzia­łam, że coś ją gry­zło i by­łam pew­na, że mia­ło to zwi­ązek z Ga­rym, jego wy­pad­kiem, no i pew­nie z moim wy­stępem.

– Ha­zel. – Usia­dła na szez­lon­gu.

– Co jest? Oj­ciec cię na­słał? – Spoj­rza­łam na nią po­dejrz­li­wie.

– Nie – za­prze­czy­ła. – Wy­sze­dł przed chwi­lą.

– Wku­rzo­ny?

– De­li­kat­nie mó­wi­ąc. – Skrzy­wi­ła się. – Słu­chaj, cho­dzi mi o tego Car­so­na – za­częła nie­pew­nie.

– Pa­ige, on jest naj­lep­szy. Z ni­kim nie zgram się tak jak z nim. – Pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać.

– Ha­zel, ale czy on w ogó­le by­łby za­in­te­re­so­wa­ny czy­mś ta­kim? – za­py­ta­ła.

– Sama nie wiem – wy­zna­łam.

– No do­brze, a co, je­śli on się nie zgo­dzi?

Wes­tchnęłam gło­śno, bo sama też się tego oba­wia­łam. To było sprzecz­ne z jego prze­ko­na­nia­mi, z jego sty­lem, na­wet z jego cha­rak­te­rem. Pod­skór­nie czu­łam jed­nak, że Car­son cho­ciaż spró­bu­je. Da mi tę szan­sę, a moim za­da­niem będzie po­ka­zać mu, że ra­zem mo­że­my wi­ęcej i że ta zmia­na wyj­dzie nam tyl­ko na do­bre.

– Ha­zel, ja nie mó­wię nie, ale mam kil­ku świet­nych gi­ta­rzy­stów. Spró­buj dać im szan­sę. – Te­raz to ona pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mnie.

– Ja­sne, ale je­śli to nie wy­pa­li, obie­caj, że dasz szan­sę Car­so­no­wi.

– Prze­cież ja nie chcę dla cie­bie źle. Je­śli uznasz, że to z Car­so­nem gra ci się naj­le­piej, to ja nie wi­dzę pro­ble­mu. – Uśmiech­nęła się cie­pło. – Tyl­ko pa­mi­ętaj, że on też musi się zgo­dzić.

– Oczy­wi­ście. – Ucie­szy­łam się. – Wy­je­żdża­my ra­zem na week­end, więc z nim po­ga­dam.

– Ju­tro prze­słu­cha­my de­mów­ki, wy­bie­rze­my gi­ta­rzy­stów i za­pro­si­my ich na prze­słu­cha­nie jesz­cze na ten ty­dzień, że­byś pod­czas roz­mo­wy z Car­so­nem wie­dzia­ła, na czym sto­isz.

– W po­rząd­ku, wcho­dzę w to.

Ode­tchnęłam z ulgą. I wręcz nie mo­głam się do­cze­kać wy­jaz­du, a co za tym idzie szan­sy na to, by w ko­ńcu po­ga­dać z Car­so­nem. By­łam do­brej my­śli.

***

Na­stęp­ne dwa dni upły­nęły do­syć spo­koj­nie. Prze­słu­cha­łam z Pa­ige kil­ka de­mó­wek ró­żnych gi­ta­rzy­stów i wy­bra­ły­śmy czte­rech, któ­rych za­pro­si­ła na ca­sting. Przy­je­cha­li w śro­dę. Z ka­żdym z nich za­śpie­wa­łam z osob­na. Nie­ste­ty, ża­den mi nie od­po­wia­dał. Na­praw­dę świet­nie gra­li, ale to po pro­stu nie było to. W gło­wie wci­ąż mia­łam gra­jące­go na gi­ta­rze Car­so­na i jego głos, któ­ry kom­plet­nie mnie ocza­ro­wał. Chcia­łam tyl­ko jego.

Od­wie­dzi­łam też Gary’ego w szpi­ta­lu. Nie­ste­ty, oj­ciec za­dzia­łał bły­ska­wicz­nie i już po­in­for­mo­wał go o tym, że zo­stał zwol­nio­ny. Cho­ler­nie się wście­kłam. By­łem prze­ko­na­na, że za­gro­ził też Pa­ige, że je­śli będzie sprze­ci­wia­ła się jego de­cy­zjom, to znaj­dzie nową me­ne­dżer­kę. Na­praw­dę się dzi­wi­łam, jak Ca­ro­li­ne z nim wy­trzy­my­wa­ła. Za­cho­wy­wał się jak dyk­ta­tor. Ni­ko­go nie słu­chał, a jego zda­nie za­wsze mu­sia­ło być naj­wa­żniej­sze. Przez to po pro­stu czu­łam, że mi nie ufa. Wci­ąż trak­to­wał mnie jak małą dziew­czyn­kę, któ­ra do­pie­ro sta­wia pierw­sze kro­ki w do­ro­słym ży­ciu.

Carson

Mu­sia­łem przy­znać, że wy­stęp z Ha­zel był nie­sa­mo­wi­ty. Pu­bli­ka była za­chwy­co­na, a i Ha­zel wy­da­wa­ła się ja­kaś ra­do­śniej­sza, gdy ze mną śpie­wa­ła. By­łem nie­mal pew­ny, że wąt­pli­wo­ści co do wy­bo­ru pio­sen­ki za­siał w niej oj­ciec. Ow­szem, na­pi­sa­łem część tek­stu, ale ni­g­dy nie twier­dzi­łem, że utwór był mój i na­praw­dę nie mia­łem nic prze­ciw­ko, by Ha­zel umie­ści­ła go w swo­im al­bu­mie. Nie trak­to­wa­łem na­szej przy­ja­źni jako dźwi­gni dla mo­jej ka­rie­ry. To, co osi­ągnąłem, w zu­pe­łno­ści mi wy­star­cza­ło.

Do­brze pa­mi­ętam, jak jej oj­ciec chciał od­ku­pić ode mnie pra­wa do tek­stu. Wła­ści­wie to była grub­sza spra­wa, bo chciał mi za­pła­cić nie­złą sumę za to, bym nie zo­stał wy­mie­nio­ny jako jego wspó­łau­tor. Mia­ło być tak, jak­by pio­sen­kę na­pi­sa­ła tyl­ko Ha­zel. Oczy­wi­ście nie zgo­dzi­łem się na ten układ, co on zro­zu­miał zu­pe­łnie opacz­nie, czy­li tak, że w przy­szło­ści będę chciał wy­ko­rzy­stać tę sy­tu­ację na swo­ją ko­rzy­ść. Po­kręco­ny gość. Cza­sa­mi wca­le nie dzi­wi­łem się Ha­zel, że mia­ła go ser­decz­nie dość. Całe szczęście, że to nie ja mu­sia­łem się z nim uże­rać. Na­wet nie wspo­mnia­łem Ha­zel o tej ak­cji z tek­stem, bo tyl­ko nie­po­trzeb­nie by się wku­rzy­ła. Fern już chy­ba się prze­ko­nał, że mnie nie mo­żna ku­pić. Sądzi­łem, że to zro­zu­miał.

W ka­żdym ra­zie wte­dy tak my­śla­łem.

Koło po­łud­nia przy­je­chał do mnie Matt, co tro­chę mnie zdzi­wi­ło. Chcia­ło mu się tu po­fa­ty­go­wać aż z Man­che­ste­ru? Ale sko­ro przy­je­chał, to mu­siał mieć ku temu kon­kret­ny po­wód, nie wpa­dł prze­cież…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Autorzy: Nana Bekher, Camilla En, Iwona Feldmann, Mateusz Gostyński, AT. Michalak, Ana Rose, Anna Wolf, K.A. Zysk

Redakcja: Klaudia Opozda

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Borkowska

eBook: Atelier Du Châteaux

Zdjęcie na okładce: PeopleImages /iStock

 

Redaktor prowadząca: Natalia Ostapkowicz

Kierownik redakcji: Agnieszka Górecka

 

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

 

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorów bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

 

Bielsko-Biała 2022

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

tel. 338282828, fax 338282829

pascal@pascal.pl, www.pascal.pl

 

ISBN 978-83-8103-986-4