Grzechy młodości. Pokłosie przekleństwa - Edyta Świętek - ebook

Grzechy młodości. Pokłosie przekleństwa ebook

Edyta Świętek

4,6

11 osób interesuje się tą książką

Opis

FASYCYNUJĄCA,PEŁNA EMOCJI, MIŁOŚCI I DRAMATÓW HISTORIA POLSKIEJ RODZINY

Wraz z przemianami gospodarczymi znacznym zmianom ulega życie rodziny Trzeciaków. Jola robi oszałamiającą karierę w korporacji, Piotr Kost zostaje redaktorem muzycznym w radiostacji, a Manuela prezenterką teleturnieju nadawanego przez ogólnopolską stację telewizyjną. Jednak nie wszystkim członkom rodziny wiedzie się równie dobrze. Trudny czas nadchodzi dla Ewy, która zmuszona jest do rezygnacji z występów, a także dla nauczycieli pobierających niewysokie pensje. Kryzys ekonomiczny uderza w interesy przedsiębiorczego Tymoteusza. Jak mężczyzna poradzi sobie z nowymi wyzwaniami? Czy Justyna odnajdzie szczęście u boku ukochanego? Jakie skutki przyniesie klątwa rzucona przed laty przez Franciszkę?

……………………………………………………………………..

Znakomite zakończenie jednej z najlepszych sag rodzinnych, jakie miałam przyjemność przeczytać. Polecam!

Joanna Wolf

Epicka opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, w której bohaterami są nie tylko matki, babki, ojcowie, bracia, siostry, kochankowie… Polecam!

Dorota Witt, dziennikarka

Express Bydgoski

Edyta Świętek jest mistrzynią sag rodzinnych osadzonych w realiach PRL-u. Po rewelacyjnym Spacerze Aleją Róż powraca z równie wciągającą serią Grzechy młodości. Obowiązkowa lektura dla miłośników gatunku!

Magdalena Majcher, pisarka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 416

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
galziel

Nie oderwiesz się od lektury

Cała seria  „Grzechy młodości” jest rewelacyjna. Gorąco polecam.
00

Popularność




 

 

 

 

 

W POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

 

 

 

Po wypadku nad wodą Kinga walczy w szpitalu o życie. Rokowania są niekorzystne: dziewczynce grozi trwałe kalectwo. Na wieść o tym Leon umiera na zawał. Franciszka nie radzi sobie ze śmiercią męża. Traumatyczne przeżycie przyspiesza u niej rozwój choroby Alzheimera. Agata z trudem godzi opiekę nad matką z pozostałymi obowiązkami. Franciszka ponosi śmierć na skutek nieszczęśliwego wypadku. Po kilku latach umiera również Kinga.

Między Mirellą i Aleksandrem układa się coraz gorzej. Sytuacji nie poprawia nawet przyjście na świat ich córki Angeliki. Małżonkowie biorą rozwód w atmosferze konfliktu. Dziecko początkowo mieszka przy matce, lecz później na własne życzenie trafia pod opiekę ojca.

Helena Wetlik podupada na zdrowiu. W jednym z listów Klaus Engel nazywa ją swoją matką. Mężczyzna zaprasza do siebie Justynę, lecz kobieta nie dostaje paszportu.

Tymoteusz postanawia zainwestować pieniądze w wypożyczalnię kaset wideo. Za pośrednictwem Klausa nawiązuje kontakt z Niemcem, który ma dostarczyć wyposażenie. Człowiek ten oszukuje Trzeciaka. Tymoteusz ułatwia Justynie wyjazd za granicę, by mogła przy okazji spróbować odzyskać jego pieniądze. Tuż przed jej wyjazdem umiera Helena.

W Dortmundzie Justyna spotyka mężczyznę, który przebywał w areszcie z Eugeniuszem. Klaus Engel vel Ryszard Mroczek opowiada jej o prawdziwych okolicznościach śmierci Gienka i przekazuje informacje o rzeczywistym miejscu pochówku. Po powrocie do Polski kobieta wymusza na Kazimierzu i Tymoteuszu przeniesienie szczątków męża na cmentarz, w czym pomaga im Dereń. Kobieta ucina znajomość ze szwagrami.

Po rozstaniu z Agatą Roman Dereń spędza noc z byłą żoną. W efekcie na świat przychodzi Karolina. Dziewczynka jest słabego zdrowia, na dodatek zaczyna chorować na zapalenie mózgu. Na prośbę dziecka Romek i Janina biorą ślub. By uratować życie małej, konieczne jest przeprowadzenie bardzo kosztownej zagranicznej operacji. Rodzina i przyjaciele pomagają Dereniowi w zgromadzeniu pieniędzy. Mirella oskarża mężczyznę o wykorzystywanie choroby Karoliny w celu osiągnięcia korzyści finansowych. Operacja zostaje przeprowadzona z sukcesem.

Manuela rodzi córkę Katarzynę. Rok później otrzymuje pracę w teatrze, lecz placówka szybko zostaje zamknięta. Po transformacji ustrojowej kobieta znajduje zatrudnienie w telewizji.

Po przemianach gospodarczych Tymoteusz odchodzi z Zachemu. Otwiera własne przedsiębiorstwo, w którym zatrudnia Mirellę. Kobiecie nie odpowiadają metody zarządcze ojca, na dodatek usiłuje doprowadzić do zerwania ważnej umowy z kontrahentem. Zniecierpliwiony Tymoteusz wyrzuca ją z pracy.

Za namową syna Justyna Trzeciak rozkręca firmę produkującą odzież roboczą. Mroczek ułatwia jej nawiązanie współpracy eksportowej z biznesmenem z Dortmundu. Kobieta zaprasza Ryśka do Polski na Boże Narodzenie. Mężczyzna wyznaje jej miłość.

Hania nie radzi sobie w życiu, jest podminowana śmiercią Kingi. Na skutek intryg Mirelli trafia do szpitala psychiatrycznego. Wilimowska-Braun pastwi się psychicznie również nad Jaśkiem. Chłopak jest biseksualny i w tajemnicy przed bliskimi występuje w nocnym klubie jako drag queen. Pewnego dnia Mirella odkrywa sekret brata.

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Wszyscy jedziemy na tym samym wózku

Od strachu uratuje nas tylko defekt mózgu[1]

 

 

 

 

 

 

[1] Fragment tekstu piosenki Defekt Muzgó z repertuaru grupy Defekt Muzgó. Słowa i muzyka: Defekt Muzgó.

 

 

 

 

Kurz

 

 

 

Kurz był wszędzie: na grzbietach książek, na półkach. Wibrował w strunach światła. Kiedy Mirella Wilimowska-Braun mrużyła oczy, by wyostrzyć wzrok, mogła przysiąc, że wśród jego drobinek widać maleńkie, lecz przerażające stworzenia: obrzydliwe roztocze, należące do pajęczaków. Nienawidziła mikroorganizmów, o których istnieniu jeszcze do niedawna nie miała pojęcia. Wszystko przez internet, w którym kiedyś znalazła artykuł o niechcianych i nie do końca uświadamianych sobie przez człowieka domowych sublokatorach. Do tekstu dołączono zdjęcia jakiegoś ohydztwa powiększonego do monstrualnych rozmiarów.

Od tamtej pory nie zaznała ani chwili spokoju. Wciąż wyobrażała sobie liczne odnóża paskudztw spacerujących po jej twarzy, gdy śpi. Roztocze buszujące po domu i przejawiające szczególne upodobanie do pościeli. Mikroby żerujące na obumarłym naskórku. By zminimalizować choć trochę kontakt z tym szkaradzieństwem, zobligowała sprzątaczkę do tego, by dwa razy w tygodniu zmieniała poszwy. Bielizna pościelowa miała być każdorazowo gotowana. Co pół roku nabywała nową kołdrę, koce i poduszki. Nie uznawała zasłon, firanek, dywanów i tapicerowanych mebli. Dowierzała wyłącznie skórzanym kanapom i fotelom, które zostały obficie zaimpregnowane. Wszędzie, gdzie tylko mogła, instalowała różnego rodzaju filtry oczyszczające powietrze. Byle tylko wyeliminować robactwo z otoczenia. Pająki także budziły wstręt Mirelli. Brzydziła się lepkich pajęczyn przyciągających kurz.

Siedząca w gabinecie lekarskim kobieta niefrasobliwie podniosła wzrok. Dostrzegła w rogu pomieszczenia cienkie nitki utkane przez jakiegoś stawonoga. Brzęczała wśród nich duża, tłusta mucha. Wilimowska-Braun wzdrygnęła się na ten widok i szybko przeniosła spojrzenie na biurko z jego gładką, mahoniową powierzchnią. Niestety tam zalegały sterty różnych dokumentów, a plama światła przecinająca w poprzek blat ujawniała, że sprzątaczka kiepsko wypełnia swoje obowiązki. W rzeźbionych zakamarkach antycznych mebli zalegał kurz.

Obrzydliwość! Wszędzie pełno bakterii – pomyślała Mirella.

Oczekiwanie na doktora dłużyło się w nieskończoność. Wyszedł niby tylko na dwie minutki, a tymczasem wskazówki zegara wskazywały, że nie było go znacznie dłużej.

Potrącę mu to z rachunku za sesję! To szczyt bezczelności, by tak mnie okradać! Wszak płacę za czas, który łaskawie mi poświęca! – utyskiwała w duchu, niepomna, że sesje u psychoterapeuty opłaca jej tatko.

Z jednej strony irytował ją ten człowiek i jego kiepsko posprzątany gabinet. Z drugiej musiała jednak przyznać, że czynił cuda. Był czarodziejem, który potrafił wyłączyć albo przynajmniej mocno stłumić fobie i pomniejsze lęki wypełniające jej umysł. Ufała mu, ponieważ specyfiki przepisywane przez niego nie otumaniały, nie znieczulały jej na wszystkie bodźce, nie czyniły z niej warzywa. Dzięki magicznym pigułkom odczuwała znacznie mniejszy strach. Czasami nawet nie widziała zamieszkujących w kurzu robali. Nie czuła, jak pełzają po jej skórze, włażą pomiędzy włosy, wdzierają się do oczu i ust, by przegryźć miękkie tkanki i przedostać się wprost do mózgu.

Pisnęła sprężyna w mechanizmie klamki.

– Dzień dobry, pani Mirello. – Kobieta usłyszała głos swojego psychoterapeuty. – Przepraszam za tę chwilę zwłoki, już jestem do pani dyspozycji.

Wstrętny robal – pomyślała z pogardą. Jest jak oślizły insekt, który czołga się w brudzie. Pożera mój wolny czas!

To oczywiste, że wolałaby teraz przebywać gdzieś indziej. Na zakupach, w kinie, w kawiarni. Nawet u cholernego Cypriana – wśród jego koszmarnie zakurzonych książek!

Co, do kurwy nędzy, ludzie mają z tymi tomiszczami, że tak namiętnie je gromadzą? – zadawała sobie pytanie, wodząc spojrzeniem po regale w gabinecie doktora Szczekockiego. Ona najchętniej podpaliłaby to wszystko, by poszło z dymem i snopami iskier. By spłonęło razem z tabunami roztoczy i moli książkowych, które na pewno istniały i rozmnażały się w postępie geometrycznym.

Postęp geometryczny… Nie potrafiłaby powiedzieć, czym jest. Ale zlepek tych słów wzbudzał ciekawość. Lubiła intrygujące wyrazy oraz tajemniczo, lecz mądrze brzmiące określenia. Kolekcjonowała je w głowie, by w dogodnej sytuacji zabłysnąć przed znajomymi elokwencją.

Cyprian znał dużo ładnych nazw, wyrazów i zdań. Poza tym był skończonym draniem i jego egzystencję na świecie usprawiedliwiał tylko wygląd. Należał do przystojnych mężczyzn. Pożerała go wzrokiem za każdym razem, gdy przebywał w pobliżu.

Ludzie brzydcy w ogóle nie powinni istnieć. Są jak robactwo – rozmyślała z nienawiścią. Należałoby im zakazać posiadania dzieci, by nie mogli się rozmnażać.

– Pani Mirello! – Jak przez kłęby waty dotarły do niej słowa doktora. – Znowu mnie pani nie słucha. Proszę się odprężyć, a potem skupić na temacie naszej dzisiejszej sesji.

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

 

Ona ma siłę

nie wiesz jak wielką.

Będzie spadać długo,potem wstanie lekko[2].

 

 

 

[2] Fragment tekstu piosenki Zanim zrozumieszz repertuaru Varius Manx. Słowa: Anita Lipnicka, muzyka: Robert Janson.

 

 

 

 

Barwy miłości

 

 

Rok 1995

 

Ostatnie promienie zimowego słońca rozświetlały Bydgoszcz swoim blaskiem, kładąc pomarańczowe refleksy na urokliwych kamienicach. Przeskakiwały po dachach, prześwietlały na wskroś ogołocone z liści drzewa.

Z rozchylonych ust Justyny wypływał obłoczek pary, a zarumienione policzki dodawały jej uroku.

Jaka ona była inna od nieśmiałej, kruchej istoty, którą Ryszard parę lat temu gościł w Dortmundzie! Różniła się także od tej, która odwiedziła go pół roku temu. Teraz w jej spojrzeniu igrały ciepłe ogniki, a twarz promieniała radosnym, błogim szczęściem. Ale było również coś nowego: pewność siebie, optymizm i jeszcze większa siła.

– I co teraz, Ryśku? – zapytała, gdy odsunął wargi od jej ust. – Przecież jutro wyjeżdżasz – przypomniała ze smutkiem.

Spoglądał na tę odmienioną kobietę wciąż przymglonymi oczami. Nadal czuł smak pocałunku, a krew pulsowała mu w żyłach tak mocno, jak chyba jeszcze nigdy w życiu.

– Teraz będzie mi ciężko wrócić do Niemiec. Chyba pora, by Klaus Engel ustąpił miejsca Mroczkowi. – Uśmiechnął się do Justyny. – Nie wyobrażam sobie powrotu do domu – westchnął ciężko. – Właściwie do jakiego domu? Dom jest tam, gdzie serce. Jestem więc człowiekiem bezdomnym, bo moje przepadło.

– Nie musisz być bezdomny – odparła ostrożnie, wciąż onieśmielona pocałunkiem i jego wyznaniem, ale jednocześnie pełna nadziei. Nagle doznała nieprawdopodobnego olśnienia. Serce Justyny, przez wiele lat uśpione, otwarło się właśnie na miłość. Rozum ostatkiem sił próbował protestować, podpowiadając, że w wieku czterdziestu sześciu lat nie powinna ulegać emocjom, bo pora uniesień minęła dawno temu. Ale serce natychmiast zagłuszało jego głos. Jak nie teraz, to kiedy? Jeszcze nie jest za późno! Nie ma już czasu do stracenia. Trzeba łapać chwilę. – Czy byłbyś w stanie przemodelować znacząco swoje życie? – Spojrzała w oczy Ryszarda.

Mężczyzna ujął jej dłonie i przycisnął do swojego torsu.

– Nie rzucę wszystkiego z dnia na dzień. Muszę na razie jechać do Dortmundu. Pozamykam tam moje sprawy. Sprzedam dom i wrócę na stałe do Bydgoszczy. Pomyślę o tym, co mógłbym robić tutaj, w Polsce, by nie być ciężarem dla ciebie.

– Nie będziesz żadnym ciężarem! – zaprotestowała. – Tak wiele dla mnie zrobiłeś, że z przyjemnością zrewanżuję się, pomagając ci w powrocie do ojczyzny.

Zadrżała, ponieważ ogarnął ją chłód wieczoru.

– Wracajmy już, bo jeszcze złapie cię katar lub, co gorsza, przeziębienie – zadecydował mężczyzna. A potem znowu podjął temat. – Myślisz, że twoje dzieci… że oni… – zająknął się. – Że zaakceptują moją obecność w życiu codziennym?

Ruszyli wolnym krokiem w drogę powrotną. Miasto zaczynały spowijać wieczorne ciemności, rozproszone żółtawą poświatą ulicznych latarni. Kolorowe witryny sklepów przyciągały wzrok. Mimo że od przemian ustrojowych minęło pięć lat, dla Justyny nawykłej do szarzyzny poprzedniego systemu to wciąż była przyjemna odmiana. Świat był teraz o niebo piękniejszy, nabrał barw oraz kuszących zapachów. Coraz bardziej przypominał tę bajkową krainę, którą zapamiętała z pierwszego wyjazdu do Dortmundu. Ale niósł ze sobą poważne niepokoje – zupełnie inne niż w czasie rządów socjalistycznych, choć też przekładające się w znacznej mierze na troski egzystencjalne. Mimo że Trzeciakowa nieźle sobie radziła w ostatnich dwóch latach, dobrze pamiętała szary czas niepewności, gdy z utęsknieniem oczekiwała na pozytywną odmianę losu. Ostatnio odnosiła wrażenie, że otoczenie jest coraz mniej stabilne, a przemiany zachodzą znacznie częściej. Teraz czekała ją kolejna. Czy pozytywna? No i jak przyjmą tę małą rewolucję jej dzieci? Czy oczekując, że Rysiek rzuci dla niej swoje dotychczasowe życie, nie naraża go na problemy? Wszak Tymoteusz na pewno chciałby odzyskać należne mu pieniądze.

Na razie rozważała w duchu tok myślenia potomków.

– Są dorośli. Powinni zrozumieć – stwierdziła po namyśle. – Jestem pewna ich sympatii do ciebie.

– Tak, ale lubią mnie jako przyjaciela rodziny. Gdy usłyszą, że chcę zająć stałe miejsce u twojego boku, sytuacja może ulec radykalnej zmianie.

– Nie sądzę – odparła, pełna optymizmu.

– Myślę, że dobrze byłoby, gdybym kupił tutaj mieszkanie lub dom. Na pewno przydałoby nam się więcej przestrzeni. Moglibyśmy zamieszkać tam we czwórkę. No chyba że młodzież wolałaby się już usamodzielnić i zostać na Cieszkowskiego.

– To niezły pomysł – stwierdziła. – Zdołałam odłożyć trochę pieniędzy, więc moglibyśmy nabyć coś wspólnie. O ile zechcesz, oczywiście – dodała szybko. Od razu przemknęło jej przez myśl, że nie powinna na niego wywierać nacisku. W gruncie rzeczy skąd miała wiedzieć, jakie są plany Mroczka? Może on nie chce aż tak mocnego zaangażowania? Może woli zachować autonomię? Może należy do tych ludzi, którzy ulegają zaczynającej się modzie na życie na kocią łapę?

– Będziemy mieli nad czym rozmyślać – odparł Ryszard. – Nim jednak wyjadę, chciałbym zrobić jeszcze jedną rzecz – oznajmił, przystając w złocistym kręgu światła ulicznej latarni. – Muszę coś sobie zaklepać.

– Co? – wyraziła zdziwienie Justyna.

– No jak to co? Narzeczoną! Kochanie, wiem, że to mało romantyczne oświadczyny. Nie mam nawet pierścionka, gdyż przyjeżdżając do Polski, nie przypuszczałem, że zdobędę się na aż taką brawurę. Ale muszę tu i teraz zadać ci najważniejsze pytanie, bo inaczej nie zaznałbym ani chwili spokoju. Justysiu… Wyjdziesz za mnie?

Kobieta zamarła. Spoglądała na niego nienaturalnie rozszerzonymi oczami.

– Ja wiem, że można uznać to za szaleństwo, bo nasza znajomość polega głównie na wymianie korespondencji. A jednak ufam, że to wystarczy. Pewnie myślisz, że wszystko dzieje się za szybko, ale przecież czas upływa w zwariowanym tempie. Musimy łapać umykające chwile, zanim będzie zbyt późno. No… Powiedz coś, proszę – zakończył miękko. Wyciągnął dłoń i odgarnął z jej policzka pukiel włosów.

Wtuliła twarz w tę dłoń. Serce łomotało jej w pospiesznym rytmie. Czy gotowa była na tak wielką rewolucję w swoim życiu?

– Tak – wyszeptała.

 

Jasiek wychodził właśnie z łazienki, gdy przydybała go starsza siostra.

– Jesteś jakiś blady. Chyba ostro wczoraj zabalowałeś – zauważyła.

Przezwyciężył chęć udzielenia uszczypliwej odpowiedzi. Ostatnio dużo rozmyślał nad panującymi pomiędzy nim a Mirellą relacjami. Z niejakim oporem przyznał w duchu, że również on odpowiada za wzajemną niechęć, a nawet wrogość. Zawsze odpłacał jej pięknym za nadobne, dolewając tym samym oliwy do iście piekielnego ognia. Chyba nadszedł czas, by raz na zawsze zakopać topór wojenny. Nawet jeśli nie od razu, to jednak stopniowo rozbierać dzielący ich mur. Czy nie powinien spróbować poznać lepiej Mirę? Bo choć od zawsze mieszkali pod jednym dachem, tak naprawdę byli sobie całkowicie obcy. Zapewne pod maską złośliwości kryła się istota, która także potrzebowała bliskich i ciepłych relacji z drugim człowiekiem. Może jej postawa wynikała z zazdrości, bo on i Hania zawsze byli w doskonałej komitywie, a Mira nie miała z kim pogadać, ponieważ nawet gdy Wiesiek żył, traktował całą resztę rodzeństwa jak bandę smarkaczy.

– Jakbyś zgadła – odparł pokojowym tonem. – Zaliczyłem niezłą imprezę karnawałową.

Liczył na to, że siostra poruszy ten temat, gdyż mogliby wtedy rozwinąć spokojną rozmowę. Albo, gdy Mirella spostrzeże, że brat nie zamierza podejmować rzuconej mu rękawicy, odpuści sobie, poprzestając na pierwszym złośliwym komentarzu.

Nie przypuszczał jednak, że zanuci półgłosem:

– Przed nocą i mgłą osłoń mnie / Zabierz z serca samotność…[3]– A potem parsknie nieprzyjemnym śmiechem i potarmosi jego policzek. – Oj, ty niegrzeczny chłopczyku. A może dziewczynko?

Przez moment młody mężczyzna stał niczym sparaliżowany – nie był zdolny do wykonania żadnego gestu. Czuł, jakby ziemia usunęła mu się spod nóg. Spoglądał na kobietę. Jej twarz wykrzywiał sardoniczny uśmiech. Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za chwile krótkotrwałego szczęścia, gdy jednocześnie mógł być i nie być sobą? Gdy mógł ukryć się pod grubą skorupą makijażu i wyjść do ludzi w całkowicie innym wcieleniu. Jak to możliwe, że mimo charakteryzacji, doklejonych rzęs i peruki został zdemaskowany?

– No… Co tak wywalasz oczęta? Myślałeś, że nikt nie rozpozna cię w kiecce i butach na koturnie? Że jak założysz sztuczne cycki i kudły, to zmienisz się nie do poznania? Głos cię zdradził, królewno.

Przerażony Jasiek spojrzał wokół nerwowo. Tylko tego brakowało, by ojciec o wszystkim usłyszał! On na pewno nie potrafiłby tego zrozumieć. Pomyślałby, że ma zboczonego syna. Albo „homosia”. Czy dałby mu za to w twarz? Wykląłby go? Wyrzucił z domu?

– Cicho! – syknął. – Ty nic nie rozumiesz!

– A co tu jest do rozumienia?

– Chodź do mnie, pogadamy – zaproponował.

Na szczęście dopingowana ciekawością siostra spełniła tę prośbę. Zamknęli się w jego pokoju. Widać na razie Mira nie zamierzała robić użytku ze swojej wiedzy. W to, że wyniknie z tego coś nieprzyjemnego, Janek nie wątpił.

– No dobrze – zaczęła. – Wyjaśnij mi, w czym rzecz. Jesteś pedałem? Ojciec pewnie jeszcze nic o tym nie wie – odgadła.

– Nie, to nie tak! Nie jestem żadnym pedziem.

– To po co ta kiecka i makijaż? Kręcą cię zboczeństwa, świntuszku? – zapytała zgryźliwie.

– Nie! – zaprotestował kolejny raz. – To po prostu taka zabawa. Faceci przebierają się za kobiety. Nie ma o co bić piany.

Pomyślał, że może zdoła zbagatelizować problem. No bo w gruncie rzeczy czy faktycznie zrobił coś złego?

– No… Nie wiem. Tatko na pewno nie byłby zachwycony, gdyby o tym usłyszał. To takie… niemęskie, a on ma przecież fioła na punkcie testosteronu. – Świdrowała brata przenikliwym wzrokiem. Jej głos niby brzmiał łagodnie, lecz kryła się w nim mroczna głębia. – Tak teraz myślę… Wspominać mu czy nie? – Położyła dłoń na klamce, jakby chciała odejść.

– Mira, nie! – zaprotestował. – Daj spokój! Przecież mówiłem ci, że to tylko forma rozrywki. Wiesz, ilu facetów tak się bawi?

– Osobiście nie znam ani jednego. Ups! No teraz to już poznałam. Natomiast nie wyobrażam sobie wujka Kazika w babskiej kiecce. Ani tym bardziej ojca. Chociaż, kto wie? Może źle ich oceniłam? Może oni też tak robią, gdy żony spuszczają ich z oczu? Może właśnie o to chodzi w tych hm… męskich sprawach? – Zrobiła minę, jakby nagle doznała olśnienia. – Zapytam go o to!

Nacisnęła klamkę, lecz nie zdążyła otworzyć drzwi, ponieważ młody dopchnął je do futryny własnym ramieniem. Boleśnie się przy tym stłukł, lecz na razie adrenalina przyćmiewała bodźce. Ważniejsze było zachowanie resztek godności w oczach ojca. Bo w to, że Tymoteusz ostro potępiłby podobne harce, Jasiek nie wątpił.

– Mira, nie! Proszę, nie rób tego! Nie widzisz, że tato ma dość zmartwień? Chcesz mu jeszcze dokładać?

– Ja? Skądże znowu!

– Więc nie zadawaj mu głupich pytań. Dobrze wiesz, że on nie zrozumiałby takiego sposobu na rozrywkę. Ale przecież nie ma w tym nic złego! Chcesz przyprawić go o zawał serca?

– No, zawał w tym przypadku byłby niemalże murowany – przyznała. – W sumie mogłabym pod pewnymi warunkami odpuścić sobie drążenie tematu.

– Jakie są te warunki?

Ogarnął go strach, że nie zdoła zaspokoić oczekiwań siostry. Ta jednak okazała się nad wyraz wspaniałomyślna. Przynajmniej w jego odczuciu.

– Dobrze, powiedzmy, że puszczę w niepamięć to, co zobaczyłam w Savoyu. Ale w zamian oczekuję od ciebie, że będziesz omijał firmę szerokim łukiem. Twoja noga nigdy tam nie postanie! Nawet gdyby Malczewski wyjebał cię na zbity pysk, masz nie przyjmować żadnych ofert taty! To, że ja tam nie pracuję, jest sytuacją przejściową – powiedziała dobitnie. – Za kilka dni wszystko wróci do normy. Co ty na to?

Chłopak odetchnął z ulgą. To nie było trudne zadanie i nie kosztowało go ani grama wysiłku.

– Możesz być spokojna. Dłutex w ogóle mnie nie interesuje – odparł bez zawahania.

I co z tego, że ojciec zarabiał fortunę? Jasiek dobrze wiedział, że nigdy w życiu nie mógłby pójść w jego ślady. Nie byłby w stanie ugrzęznąć wśród młotków, śrubokrętów i innych narzędzi. Nawet gdyby stracił pracę w butiku, nie zwróciłby się do Tymka po pomoc.

Może wtedy poprzestałby wyłącznie na występach w przebraniu Rity?

 

Za oknami panowały ciemności. W salonie Dereniów włączone były tylko dwa kinkiety, które zaledwie rozpraszały mrok. Znacznie więcej światła dawał ogień trzaskający w kominku. Z głośników starej diory, której Roman nie spieniężył przed operacją Karoliny, dobiegała mocno wyciszona muzyka. Dziewczynka spała spokojnie w swoim pokoju. Elektroniczna niania przekazywała jedynie delikatny, równomierny szmer oddechu – tak bywało każdej nocy, która minęła od operacji. Rodzice wciąż jeszcze nie przywykli do błogiego uczucia ulgi. Z przyzwyczajenia nasłuchiwali, czy nie zaczyna się atak epileptyczny.

Rano do Romana zadzwonił Piotr. Wydarzenie to było doniosłe i o tyle zaskakujące, że tym razem nie chodziło o sprawy związane z kwestą. Jesienią ubiegłego roku Kost zebrał wśród swoich znajomych oraz współpracowników datki, które przekazał na leczenie siostry. Gdy Dereń próbował mu za to podziękować, syn uciął rozmowę stwierdzeniem, że zrobił to wyłącznie dla małej. Żal mu było chorego dziecka. Z ojcem natomiast nie ma ochoty utrzymywać kontaktu.

Tym razem pogawędka miała zupełnie inny charakter. Mniej było w niej napięcia, więcej serdeczności. Piotrek wypytywał głównie o zdrowie Karolinki. Na ostatek rzucił coś o szacunku, jaki żywi do Romana za jego heroiczną walkę.

Tego wieczoru Dereniowie w końcu pozwolili sobie na mały luz. Nie było ku temu szczególnej okazji: żadnych imienin, urodzin, rocznicy upamiętniającej ważne wydarzenie. Siedzieli w ogołoconym salonie, sącząc tanie wino musujące i udając, że mają w kieliszkach najdroższego szampana. Poranna rozmowa z synem mocno podbudowała mężczyznę. W głębi duszy Romek żywił nadzieję, że zdoła ocieplić relacje z Piotrem. Na razie jednak chciał uczcić coś innego.

– Za zdrowie Karolci! – wzniósł toast.

– O tak, za Karolinkę! Moja dzielna dziewczynka! Przetrwała najgorsze – odparła Janina.

Stuknęli się kieliszkami, skosztowali alkoholu. Kobieta parsknęła śmiechem, odstawiając naczynie na stolik.

– Ech… Kiedyś bym tego nie tknęła. A teraz rozpiera mnie szczęście, że mam co celebrować zwykłym sikaczem.

– No, no! Ty się nie śmiej! – Romek zrobił minę człowieka wielce oburzonego, lecz w jego oczach migotały radosne ogniki. – Zobaczysz, że jeszcze wrócą czasy, gdy będziemy pili dom pérignona. Przetrwaliśmy najtrudniejszy okres. Forsę na spłatę długów jakoś zorganizuję. Będzie dobrze, Janeczko! – zakończył z wielkim optymizmem.

Podziwiała go szczerze. Skąd brał siłę na to, by myśleć o przyszłości i snuć wizję dobrobytu? Wszak był już po sześćdziesiątce! Ona od dawna żyła tylko tu i teraz. Miała zaplecze finansowe w postaci wypracowanej wcześniejszej emerytury. Również mąż otrzymywał podobne świadczenie – na szczęście w znacznie wyższej kwocie. Na życie im nie zabraknie, lecz spłata długów na pewno będzie bolesna i długotrwała – choćby sprzedali dom, a na to wciąż nie było perspektyw.

– Wierzę ci, Romku. – W tej kwestii miała do niego pełne zaufanie. Razem jechali na tym samym wózku. Nawet gdyby teraz, po szczęśliwie wykonanej operacji, mąż zażądał rozwodu, to i tak solidarnie odpowiadaliby za tarapaty finansowe. I choć poczuła smutek na myśl o tym, że znowu mieliby się rozstać, tym razem nie zamierzała mu tego utrudniać. Wszak w dniu, gdy uzgadniali jego warunki powrotu na Miedzyń, była mowa o tym, że to rozwiązanie tymczasowe – dla dobra dziecka. Każde z nich miało prawo do szczęśliwego życia. Bądź co bądź bardzo mocno przywiązała się do Romka w minionych kilku latach, a szczególnie przez ostatnie półtora roku. – Dziękuję, że byłeś przy mnie w najciemniejszych chwilach. Nie zostawiłeś nas, gdy wszystko wskazywało na to, że trzeba porzucić wszelką nadzieję.

Mężczyzna ujął jej dłoń. Złożył na niej pocałunek.

– Nie mógłbym postąpić inaczej – odparł. – Zawsze dzieci były dla mnie na pierwszym miejscu.

– Jesteś wspaniałym ojcem.

– Oj tam. Po prostu robię, co do mnie należy. I wiesz co, Janeczko? Cieszę się, że tak mężnie to znosiłaś. Nie upadałaś na duchu. Walczyłaś o każdy uśmiech Karoliny. Niemalże nie odstępowałaś jej na krok. Nie okazywałaś słabości. Podziwiam cię za to. – Pochylił głowę i jeszcze raz ucałował jej rękę.

– Przeceniasz mnie. Bez ciebie nie dałabym sobie rady – odparła.

Zapadła cisza. Wciąż siedzieli zwróceni do siebie, trzymając się za ręce. On delikatnym, pieszczotliwym gestem pogładził jej przywiędłą skórę. Ona wstrzymała oddech. Przepełniał ją lęk przed tym, co Roman zaraz może powiedzieć. Przed stwierdzeniem, że jego misja dobiegła końca i czas na rozstanie.

– Jesteś wspaniałą kobietą. To ironia losu, że człowiek pewne sprawy ogarnia umysłem dopiero w podbramkowej sytuacji. Że tak późno czasami do nas dociera to, co jest w życiu najważniejsze. Ja… – Urwał dla złapania oddechu. Ważył myśli, które zamierzał wypowiedzieć. Bał się, że może nimi wszystko przekreślić. Zniszczyć sojusz, który zapanował pomiędzy nimi z chwilą, gdy zrozumieli, jak wielkiemu muszą sprostać wyzwaniu. – Janeczko… Chciałbym, abyśmy dali sobie nową szansę. Abyśmy spróbowali być prawdziwym małżeństwem. Na dobre i na złe, do samego kresu naszych dni. Właściwie teraz to już chyba tylko na dobre, bo najtrudniejsze momenty zdołaliśmy razem przetrwać.

Po raz pierwszy w spojrzeniu tego twardego człowieka dostrzegła ciepły blask. Wyciągnęła dłoń i przesunęła nią po jego całkowicie posiwiałych włosach. Potem dotknęła twarzy Romana. Opuszkami powiodła po zmarszczkach mimicznych, głębokiej bruździe biegnącej obok ust. Czas odcisnął piętno na przystojnej męskiej twarzy. A ona właśnie pojęła, że kocha każdy siwy włos na jego skroni i każdą zmarszczkę. Kocha usta, które z taką determinacją wyrażają pragnienia. Oczy, których jedno spojrzenie potrafi zdziałać więcej niż setki słów.

– Tak. Myślę, że powinniśmy spróbować. A właściwie nie tyle spróbować, co dobrze wykorzystać życie, które wciąż jeszcze mamy przed sobą – stwierdziła.

Nie potrzebowali nic więcej mówić. Ich ciała, obudzone z wieloletniego snu o wstrzemięźliwości, same odnalazły drogę do siebie. W młodości stracili aż nadto dużo czasu, dojrzałość przyniosła rozsądek i miłość, której kiedyś obydwoje szukali poza domem.

 

Przerwa śniadaniowa dobiegała końca, lecz Filip Jeżowski wciąż męczył się ze swoją bułką. Od dawna miał problem z przełykaniem jedzenia. Niby gardło go nie bolało, lecz czuł, jakby wciąż było zaciśnięte.

To skutek długotrwałego stresu. Człowiek nieustannie dokądś pędzi, by nadążyć za zachodzącymi zmianami – pomyślał.

Od blisko dziesięciu lat pracował w Zakładach Rowerowych „Romet”. Już wtedy przedsiębiorstwo zaczynało kuleć i widać było trudności z dostosowaniem działalności do zachodzących w kraju przemian.

W styczniu dziewięćdziesiątego roku sytuacja była na tyle fatalna, że dyrektor generalny Henryk Mackiewicz wraz ze swoim bliskim współpracownikiem wicedyrektorem Zbigniewem Więckowskim wyruszyli na poważne rozmowy do stolicy. Pokładano w nich ogromne nadzieje – tylko skuteczność ich działań mogła uchronić firmę przed upadkiem. Niestety nikt nie przewidział, że nawet nie zdołają opuścić Bydgoszczy, gdyż obydwaj poniosą śmierć na skutek nieszczęśliwego wypadku już na ulicy Fordońskiej. To był dotkliwy cios dla zakładu, po którym do tej pory trudno było wyjść na prostą. Filip i jemu podobni żyli w ciągłym lęku, że fabryka splajtuje, a oni wylądują na bruku.

– To nie jest dobry czas na szukanie pracy – powiedział kiedyś Albertowi. – Za duże bezrobocie.

– Racja, wszędzie ciężko. Człowiek nawet nie mrugnie powieką, a może wylądować na kuroniówce. Tylko jak utrzymać rodzinę z paru złotych zasiłku?

Ślusarek też nie był pewny swojego zatrudnienia, choć miał świetne wykształcenie. Cóż więc mógł powiedzieć Filip, skoro zdał tylko maturę? Żałował, że nie uległ przyjacielowi, gdy ten usiłował namówić go na wspólne studia. Nie pociągała go farmacja. Teraz widział, że popełnił błąd. Obecnie licealiści nie kwapili się z podejmowaniem roboty zaraz po zdaniu egzaminów. Większość młodych ludzi kontynuowała naukę. Trochę odwlekali w ten sposób konieczność zmierzenia się z brutalnym rynkiem pracy. Jednak z tego powodu dla ludzi takich jak Jeżowski zaczynali stanowić poważną konkurencję.

Za kilka lat stanowiska kierownicze obsadzone zostaną wykształciuchami z przypadku – westchnął. Nieważny będzie poziom wiedzy, lecz sam tytuł magistra.

On był człowiekiem z pasją. Kochał rowery. Znał doskonale każdy model wypuszczany przez fabrykę – od najmniejszej śrubki po detale wykończeniowe. Mógłby z zamkniętymi oczami poskładać z osobnych elementów większość asortymentu oferowanego przez Romet.

– A tobie co? – zagadnął go kolega, który także kończył przerwę. – Żujesz i żujesz, jak, nie przymierzając, krowa. – Poklepał Jeżowskiego.

– Jakoś mi wszystko w gardle staje – odparł Filip.

– A boli cię? Może to angina, bo chrypisz już od dłuższego czasu. Luty sprzyja wszelkiej maści zarazom.

– Byłem u lekarza chyba z miesiąc temu, wykluczył anginę. Gardło mam zdrowe, zresztą oglądam je niemalże codziennie w lustrze. Doktorek poradził, bym rzucił palenie, bo prawdopodobnie właśnie ono wywołuje bronchit.

– A dużo palisz? – zdziwił się Wojtek, ponieważ nigdy nie widywał Jeżowskiego wychodzącego na papierosa.

– Prawie nic. Jak jeszcze uprawiałem kolarstwo, paczka wystarczała mi na tydzień. Kurzyłem bardziej dla towarzystwa niż z nałogu.

– A teraz?

– W sumie chyba niewiele więcej. Szkoda forsy!

– Jesteś szczęściarzem, skoro potrafisz się ograniczyć. Ja codziennie puszczam z dymem dwie paczki, a i to nieraz mi mało. Moja ślubna wciąż utyskuje, że chciałaby mieć te pieniądze, które zostawiam w popielniczce.

– Jakby ci szkodziło, to też byś nie kurzył. Mnie po fajkach duszno. Nie mogę złapać tchu.

– A nie masz ty czasami czegoś na płucach?

– A coś ty taki doktor, hę? Nie, nie mam – odparł Filip. – Obstawiam, że to skutek stresu. Człowiek ciągle goni cały w nerwach, a to że komuś podpadnie, a to że straci robotę. Organizm zaczyna się buntować.

– Poczekaj, jak dobijesz do czterdziestki. – Wojtek pokiwał znacząco głową. – W pewnym momencie odkryjesz, że ciągle coś ci szwankuje. A to łeb, a to w krzyżu łupnie, a to zakłuje w boku. A po pięćdziesiątce już w ogóle jest standardem, że każdego dnia coś musi dokuczyć. Jak pewnego dnia nic cię nie zaboli, to stwierdzisz, że jesteś trupem – zachichotał.

– Myślałby kto, że z ciebie takie chodzące zwłoki. – Filip nie mógł pohamować parsknięcia śmiechem, gdyż kolega, jak na blisko sześćdziesięciolatka, trzymał się nader krzepko. – Mógłbyś przeskoczyć niejednego młodzika.

– Chciałbym! Dobrze, czas na mnie. A ty walcz z tą bułą, bo padniesz mi z głodu. Smacznego. Nie myśl tyle o troskach, a posiłek szybciej ci wejdzie.

– Łatwo mówić – westchnął Filip.

To nie były łatwe czasy. Żona zarabiała grosze. Niby od zawsze mieszkali przy rodzicach, lecz jakoś na nic im nie wystarczało pieniędzy. Stary dom wymagał generalnego remontu. Rok temu po długiej i ciężkiej chorobie Filipowi zmarła matka. Desperacko próbowali ją ratować. Wydali mnóstwo pieniędzy na koniaki oraz łapówki dla lekarzy. Nic nie pomogło, rak konsumował kobietę powoli, lecz wytrwale. Niedomagał też ojciec. Wcześnie przeszedł na rentę. Był weteranem wojennym, lecz dzisiaj już nikogo nie obchodzą bohaterowie, którzy stracili zdrowie dla wyzwolenia ojczyzny.

Kondycja Ani również nie była najlepsza. Na pozór wszystko wyglądało jak należy, ponieważ fizycznie nic poważniejszego ślubnej nie doskwierało. Jej problemy siedziały głównie w umyśle. Jeżowscy od lat podejmowali starania o drugie dziecko. Rozpoczęli próby już rok po narodzinach Leny, lecz do tej pory nie zdołali powiększyć rodziny. Ania kilkakrotnie zaszła w ciążę, ale za każdym razem zarodek obumierał w przeciągu paru tygodni. Bardzo cierpiała z tego powodu. Liczna rodzina była jej największym marzeniem. Leczyła się, szukała porad u specjalistów – zarówno u ginekologów, jak i u szarlatanów „uzdrawiających” różnymi dziwnymi metodami. Kosztowało ją to fortunę, która szła na marne. Po każdym poronieniu popadała w depresję. Filip usiłował wyperswadować jej kolejne próby, gdyż widział jak bardzo cierpi, lecz ona nie chciała się poddać. On już dawno zdołał zaakceptować myśl, że nie będzie miał syna, choć odczuwał ciężar na sercu, ilekroć spoglądał na Alberta bawiącego się z Julkiem kolejką lub zdalnie sterowanym samochodem, a gdy wyrośli z tych zabawek, zastąpili je komputerem Amiga, na którym obydwaj lubili grać.

– Nie wszystkie marzenia się spełniają – mruknął sam do siebie Jeżowski.

Znowu poczuł nieprzyjemną duszność. Odruchowo dotknął dłonią gardła, lecz nie bolało. Przesunął palce niżej i znowu natrafił na zgrubienie, które zaobserwował kilka dni temu. Było symetryczne, po obu stronach szyi jednakowe. Początkowo myślał, że to tkanka tłuszczowa, lecz waga nie wskazywała, by przytył. Zwłaszcza że ostatnio jadał znacznie mniej. Może to była jakaś narośl, która uwierała tchawicę i powodowała uczucie duszności oraz ataki kaszlu?

Ech… trzeba jeszcze raz ruszyć do lekarza i sprawdzić, o co chodzi.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

[3] Fragment tekstu piosenki Przed nocą i mgłą z repertuaru Alicji Majewskiej. Słowa: Zbigniew Stawecki, muzyka: Włodzimierz Korcz.