„Grochowiak” - Adam Sularzycki - darmowy ebook

„Grochowiak” ebook

Adam Sularzycki

4,3

Opis

Szara rzeczywistość, brak wzorców i perspektyw, koledzy, którzy najpewniej skończą jako menele oraz dorosłość, w którą trzeba wkroczyć, stąpając nie po czerwonym dywanie, tylko po krzywym i zaplutym chodniku. To wszystko razem albo pożre Cię, przetrawi i wypluje, albo sprawi, że wyjdziesz na swoje.

Dwudziestodwuletni Kacper jest integralną częścią betonowej dżungli. Wychowany na warszawskim Grochowie – tu żyje i tu zarabia. Gdy jest już bliski realizacji planu, sprawy przybierają zły obrót. Oskarżony o morderstwo stara się oczyścić swoje imię w świecie, gdzie sprawiedliwość istnieje tylko w teorii.

„Grochowiak” to historia chłopaka, któremu życie rozdało nędzne karty, ale mimo to podjął wyzwanie. To bagno, w którym grzęźniesz. To szlam, który pijesz na litry. To świat, który mijasz codziennie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




16

Bandyci dotarli na Białowieską, zaparkowali za blokiem auto i stanęli pod drzwiami wejściowymi do klatki schodowej oznaczonej numerem siedemnastym. Nacisnęli przycisk z liczbą trzydzieści trzy na domofonie i poczekali na odpowiedź. Zdawali sobie sprawę, że mogą nie zastać nikogo w domu, gdyż jest dopiero południe i matka chłopaka może być w pracy albo na przykład na zakupach.

Mimo wszystko ktoś odebrał słuchawkę i spytał przez domofon:

– Tak, słucham? – spytał spokojny, lecz poważny kobiecy głos.

– Dzień dobry, tu policja – odpowiedział Bosy, podszywając się pod funkcjonariusza. – Mamy do pani kilka pytań.

– Ale panowie, policja już wczoraj u mnie była. – Bogna z dostrzegalnym zdziwieniem w głosie zaczęła się tłumaczyć, lecz grochowski watażka wszedł jej w zdanie.

– Tak wiem, ale nie spytaliśmy wówczas o kilka istotnych rzeczy. Rozmowa przez domofon jest tu niewskazana. Proszę nas wpuścić i nie komplikować sytuacji! – zażądał gangster.

– Tak, oczywiście – pokornie odpowiedziała Bogna i wpuściła mężczyzn.

Mężczyźni pospiesznie weszli po schodach i po kilkunastu sekundach stali już pod drzwiami odpowiedniego lokalu.

Olgierd nacisnął guzik przy drzwiach i w mieszkaniu słychać było dźwięk dzwonka. Po klatce schodowej rozległo się niewielkie echo zwalnianej zasuwy w górnym zamku. Bogna – przekonana, że to ci sami ludzie, którzy przesłuchiwali ją dzień wcześniej – uchyliła drzwi, bez uprzedniego sprawdzenia przez wizjer, kogo wpuszcza do mieszkania. Wtem oczom ukazało się dwóch wyrośniętych, całkowicie obcych mężczyzn, którzy bynajmniej nie wyglądali na policjantów, lecz kiedy się zorientowała było już za późno.

– Kim panowie są?! – zdążyła spytać przerażona.

Olgierd bez zawahania z całej siły pchnął ją tak mocno, że bezwładnie poleciała do tyłu, z impetem osuwając się po ścianie. Upadając, zrzuciła rękawem zawieszone na bocznej ścianie oprawione zdjęcie małoletniego Kacpra bawiącego się piaskiem na plaży w Ustce. Ramka rozbiła się o drewnianą klepkę, po której rozsypały się dziesiątki ostrych, drobnych kawałków potłuczonego szkła. Wychowany na Mokotowie bandzior wszedł do mieszkania jako pierwszy. Za nim podążył Bosy, który zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz w dolnym zamku. Zszokowana kobieta leżała na plecach i próbując się podnieść.

– Jezu Chryste! – krzyknęła przerażona.

Olgierd zrobił dwa kroki, depcząc potłuczone szkło i roztrzaskaną ramkę, które zazgrzytały pod jego butami. Następnie z prawej nogi wyprowadził potężny cios, który trafił Bognę w prawe biodro. Ofiara zawyła i z bólu zwinęła się w kłębek.

– Ratunku, pomocy! – z trudem wydusiła z siebie.

– Zamknij mordę albo zaraz ci łeb upierdolę! – powiedział do niej oprawca.

Olgierd pilnował się, żeby za bardzo nie podnosić głosu. Zbyt głośne zachowanie mogłoby zwrócić uwagę sąsiadów, którzy – przekonani że pod trzydziestką trójką jest jakaś awantura, mogliby wezwać policję. Olgierd złapał Bognę za posiwiałe blond włosy i zaczął ją ciągnąć do dużego pokoju. Kobieta z bólu zaczęła wrzeszczeć, więc przystanął, nachylił się nad nią i ze spojrzeniem psychopaty wycedził przez zęby:

– Jeśli jeszcze raz krzykniesz, to przysięgam, że ci utnę język.

Jego oczy świeciły się, a twarz była nieruchoma, jakby wręcz zastygła. Zdruzgotana, zapłakana kobieta patrzyła na niego z przerażeniem, a cieknące po twarzy łzy rozmyły cały makijaż. Olgierd wielką dłonią uderzył ją lekko w prawy policzek.

– A teraz wstań i grzecznie, po cichu idź do pokoju – dodał spokojnym tonem, pokazując palcem na pomieszczenie po jego lewej.

Stłuczone biodro Bogny dawało o sobie znać. Z trudem się podźwignęła.

– Ała! – jęknęła z bólu.

Zgarbiona udała się we wskazane przez gangstera miejsce, lecz gdy tylko minęła próg salonu, do drzwi zadzwonił dzwonek.

Bosy spojrzał w stronę drzwi, a Olgierd na Bognę.

– Kto to? – Patrzył na zmaltretowaną kobietę opartą jedną ręką o ścianę. – Spodziewasz się gości?

– Nie, nie mam pojęcia kto to może być – odpowiedziała pełna obaw, co dalej nastąpi.

– Spław tę osobę – rozkazał Olgierd. – Natychmiast!

Bosy, który stał najbliżej drzwi, spojrzał przez wizjer i ujrzał starszą niewysoką bardzo chudą kobietę. Okazała się nią pani Beata, bardzo pomocna samotna emerytka mieszkająca w kawalerce za ścianą. Bogna trzymała się za biodro i kulejąc podeszła do drzwi. Czuła wprawdzie srogi wzrok mężczyzny na sobie, lecz paniczny strach nie pozwalał jej się odwrócić. Zanim cokolwiek powiedziała, zauważyła, że Bosy wyjmuje zza paska od spodni broń, przeładowuje ją i gotową do strzału przystawia jej prosto do skroni.

– Tylko nie spierdol tego, bo twój mózg wyląduje na tej chujowej tapecie – wyszeptał pięćdziesięciolatce do ucha grochowski bandzior.

Roztrzęsiona, z zamkniętymi zapłakanym oczami kwiliła, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Ogarniał ją śmiertelny lęk.

Dzwonek do drzwi zabrzmiał jeszcze raz.

– Kto tam? – spytała próbując powstrzymać drżący głos.

– Boguniu, wszystko w porządku? – spytała zaniepokojona sąsiadka. – Bo usłyszałam jakieś krzyki, przewalanie.

Bogna pełna trwogi kompletnie nie wiedziała co ma powiedzieć, żeby nie zabrzmiało to podejrzanie. Niepewnie spojrzała na Bosego, który wciąż trzymał wycelowaną w nią broń.

– Tak, wszystko w porządku – skłamała, nieustannie trzymając się za biodro, na którym z pewnością w tej chwili powstaje wielka sina wybroczyna. – Sprzątałam i po prostu niechcący spadłam z krzesła.

– Przestraszyłam się, że coś złego się dzieje – powiedziała zatroskana osiemdziesięciolatka – Zadzwoniłam nawet na policję, ale nikt nie odbierał. – Może jednak potrzebujesz pomocy?

– Kochana wpuściłabym cię, ale mam taki straszny bałagan.

Bosy słysząc to, lekko odepchnął ręką Bognę, po czym spojrzał przez wizjer, aby zobaczyć, w którym dokładnie miejscu stoi ciekawska sąsiadka. Następnie skierował lufę na środek drzwi, mniej więcej na wysokość stutrzydziestu centymetrów od ziemi, tak aby trafić kobietę prosto w klatkę piersiową.

– Pozbądź się jej, kurwa, albo ja pozbędę się was obu – zagroził szepcząc kobiecie do ucha.

Ta zdruzgotana, nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Wiedziała, że ten zwyrodnialec nie żartuje i wystarczy jeden nierozważny ruch, a on nie zawaha się pociągnąć za spust.

– Kochanie, naprawdę niepotrzebnie się martwiłaś. Wiesz, telefon do mnie dzwoni, więc muszę kończyć.

– Dobrze, to już sobie idę. Do zobaczenia. Pa! – odpowiedziała emerytka, po czym poszła z powrotem do swojego mieszkania.

Matka Kacpra stała nieruchomo w przedpokoju i z przerażeniem patrzyła na gangstera.

– Bła... bła... błagam was, nic mi nie róbcie – jąkała się, żałośnie szlochając. – Przecież nic złego wam nie zrobiłam.

– Ty może nie, ale twój synek tak. Zrobił coś bardzo głupiego. Do pokoju! – rozkazał Bosy.

Bogna powoli zmierzała we wskazane miejsce.

– Ruchy! – warknął, szturchając ją wolną ręką w plecy. – To nie spacer, kurwa twoja mać!

W tym czasie Olgierd wywalał wszystko z szafek w poszukiwaniu zagrabionych pieniędzy. Po dwóch minutach przeszukiwania pomieszczenie wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado, lecz mężczyzna nic nie znalazł.

Kiedy Bosy i Bogna znaleźli się już w pokoju, Olgierd podszedł i bez słowa uderzył ofiarę z otwartej dłoni w twarz, tak że upadła na kanapę.

– Ała, ała, dlaczego mi to robicie?! – spytała Bogna, łapiąc się z bólu za twarz.

– Siadaj kurwo! – rozkazał starszy ze zbirów. – Zaraz wszystkiego się dowiesz.

Dręczona kobieta podźwignęła się resztkami sił i grzecznie usiadła na starej kanapie. Próbowała powstrzymać się od płaczu, lecz mimo zaciśniętych ust, po nabrzmiałych czerwonych policzkach łzy płynęły jej mimowolnie. Zdawała sobie sprawę, że kłopoty, których przysporzył im Kacper koniec końców miały związek z handlowaniem przez niego narkotykami. Dlatego też jeszcze bardziej znienawidziła się za to, że w czas nie powstrzymała go przed procederem.

Olgierd sięgnął po drewniane krzesło od stołu i ustawił je na wprost kobiety. Następnie usiadł na nim, skrzyżował ręce i w milczeniu chwilę wpatrywał się w ofiarę. Śmiertelnie przerażona kobieta również nic się nie odzywała. Z opuszczonym wzrokiem chlipała pod nosem, obawiając się o swoje życie. Bosy spostrzegł, co się święci i szybko zasłonił w oknach żaluzje.

– Spójrz na mnie! – umiarkowanie krzyknął Olgierd. – Nie wiem, czy wiesz, ale twój syn wczoraj zabił naszego człowieka, a potem wspaniałomyślnie ukradł z jego mieszkania pieniądze.

– Ale, ale...– Bogna próbowała przezwyciężyć strach i niemoc, aby odpowiedzieć, lecz Olgierd wszedł jej w zdanie.

– Czy teraz rozumiesz, co nas tutaj sprowadza? – spytał spokojnym tonem.

Z opuszczoną głową Bogna pokiwała twierdząco.

– Twój syn gdzieś się teraz ukrywa i chcemy wiedzieć gdzie! – dodał Bosy. – A ty nam to powiesz.

– Ale panowie, ja nic nie wiem. Była u mnie wczoraj policja i oni też mnie wypytywali! – zalękniona zaczęła im się tłumaczyć. – Ale ja nie widziałam syna od kilku dni. Nie dawał żadnych znaków życia. On ze mną nie mieszka.

Bosy nie wierzył kobiecie. Aby jeszcze bardziej ją zastraszyć zamachnął się ręką, w której trzymał broń i uderzył ją kolbą w lewy łuk brwiowy. Bogna przewróciła się na prawy bok i momentalnie złapała się za twarz, a po policzku polała się krew. Zaczęła na głos płakać, nie mogąc powstrzymać straszliwego bólu. Cała twarz jej pulsowała, a okolice rozciętego łuku zaczęły momentalnie puchnąć.

Aby uciszyć nękaną kobietę, Bosy nachylił się nad nią i dłonią zasłonił jej usta.

– Łżesz! – warknął patrząc jej prosto w oczy

– Chcesz nam wmówić, że jesteś jego matką i nie wiesz, gdzie on mieszka? – z niedowierzaniem spytał Olgierd, rozpalając papierosa.

– Jeszcze niedawno wynajmował mieszkanie na „Pekinie” przy Przyczółku Grochowskim, ale policja sprawdziła tamto miejsce i właściciel powiedział, że kilka dni temu już komuś innemu wynajął. Przysięgam na Boga, że nie mam pojęcia, gdzie teraz może być.

– Nie chcesz nam pomóc?! – wysyczał przez zaciśnięte zęby młodszy z gangsterów.

Bosy odłożył broń na stół i wyjął z kieszeni brzytwę, którą jednym machnięciem ręki otworzył. Zabłyszczało jasnosrebrne ostrze, na widok którego Bogna całkowicie zesztywniała. Jej ciało jakby zamieniło się w słup soli, a w gardle zrobiło się tak sucho, że z ledwością przełknęła ślinę.

– Matko Boska, niee! – powiedziała spanikowana, nie ukrywając przerażenia.

Bosy nagle złapał kobietę za włosy, po czym przyciągnął ją do siebie tak, że znajdowała się do niego plecami. Następnie przyłożył piekielnie ostre narzędzie do policzka. Bogna zacisnęła usta, wytrzeszczyła oczy i zaczęła nerwowo oddychać przez nos. Z przerażenia aż przestała płakać, ale jej serce biło ze zwielokrotnioną siłą.

– Chcesz kryć synka, głupia dziwko, to poszerzę ci uśmiech – odgrażał się zwyrodnialec. – Do końca życia, jak będziesz patrzeć w lustro, będziesz widzieć mnie!

Olgierd ze spokojem przyglądał się całej sytuacji i dostrzegał ogromny strach w oczach kobiety. Wiedział, jacy ludzie potrafią być zawzięci. Zdarzało się, że gość był bity, kopany, maltretowany na różne sposoby albo wsadzano mu kosę, a on i tak łgał w najlepsze. Wiedział też, że brzytwa potrafiła „czynić cuda”. Na jej widok goście często momentalnie zmieniali swoje podejście i byli „skłonni do współpracy”. Zastanawiało go jednak, czemu torturowana kobieta w dalszym ciągu nie chciała wyjawić, gdzie może przebywać jej syn. Dopuszczał tylko dwie opcje. Pierwsza – stara za wszelką cenę będzie kryć pierworodnego i nie piśnie ani słowa, choćby mieli ją zamęczyć na śmierć. Druga – po prostu nie ma zielonego pojęcia, gdzie się syn ukrywa, gdyż najebał przypału i zapadł się pod ziemię. Ponieważ wcześniej wielokrotnie robili ludziom krzywdę, zadanie komuś bólu było jak splunięcie. Nie było więc dla nich żadnym problemem, aby trwale oszpecić kobietę. Instynkt podpowiadał mu jednak, że dręczona jest Bogu ducha winna i może lepiej ją oszczędzić. Kiedy Bosy w ataku furii chciał już pociągnąć ostrzem brzytwy po skórze kobiety, Olgierd rozkazał:

– Przestań!

– Jak to?! – spytał zdziwiony bandzior, gdyż był milimetry od wykonania cięcia. – W chuja z nami leci, a ja mam jej odpuścić, tak po prostu?!

– Ona nic nie wie – stwierdził spokojnym głosem Olgierd, cały czas patrząc kobiecie w przekrwione od płaczu oczy. – Dlatego nic nam nie powie.

Bosy odsunął brzytwę od twarzy udręczonej Bogny i puścił jej zmierzwione włosy. Z braku sił osunęła się na ziemię i usiadła na dywanie, opierając się plecami o kanapę.

– A kim jest Czysty? – niskim tonem spytał Olgierd.

– Czysty? – zastanowiła się przez chwilę kobieta. W mig uzmysłowiła sobie, że i na niego może nieumyślnie sprowadzić problemy.

– Tak, Czysty, chyba jasno się wyraziłem! – opryskliwie powtórzył były żołnierz Legii Cudzoziemskiej.

– Czysty to stary kolega mojego Kacpra. Jak syn tu jeszcze mieszkał, to często nas odwiedzał.

– Jak wygląda i gdzie mieszka? – padło kolejne pytanie.

– Grubszy, dość niski, krótko obcięty i ma okrągłą twarz. – Zdenerwowana Bogna opisywała chaotycznie i niedokładnie.

– Powiedz lepiej, gdzie mieszka? – padła groźba z ust Olgierda.

– Hmm... – Bogna zastanawiając się, zewnętrzną częścią dłoni potarła spocone czoło, do którego przylepiła się zmierzwiona grzywka. – On mieszka gdzieś przy placu Szembeka, ale nie wiem dokładnie gdzie.

Bosy otworzył dłoń i zamachnął się, jakby znowu chciał ją zdzielić, i zlękniona odruchowo zasłoniła się rękoma przed ciosem.

– Naprawdę nie wiem. Wiem tyle, że na którymś z podwórek w pobliżu bazarku.

Olgierd milcząco przeszywał lodowatym spojrzeniem udręczoną kobietę. Matka Kacpra kwiląc podniosła głowę i zobaczyła ich martwo nieruchomy psychopatyczny wbity w nią wzrok. Mimo że na razie Olgierd nie był tak brutalny jak jego kompan, widząc jego wyraz twarzy, bała się nie mniej niż brzytwiarza i momentalnie odwróciła wzrok. W związku z tym, że nie udało się od kobiety wyciągnąć żadnych cennych informacji, były najemnik zgasił butem niedopałek, a następnie wyjął pistolet i przykładając lufę do zranionej głowy kobiety – odbezpieczył go.

Bogna zdawała sobie sprawę, że mimo terroru jakiego dopuścili się wobec niej gangsterzy, praktycznie niczego konkretnego im nie powiedziała. Była tak przerażona i zrezygnowana, że nawet nie zaczęła krzyczeć. Była gotowa na śmierć i pogodzona ze smutnym losem. Zacisnęła jedynie zęby, zamknęła oczy i czekała na moment, w którym już nic nie będzie czuła. Okazało się, że jednak Olgierd ma co do niej inne zamiary.

– A teraz uważnie posłuchaj – powiedział.

Pokrzywdzona otworzyła oczy, podniosła głowę i przekrwionymi od płaczu gałkami spojrzała na niego.

– Twój syn z pewnością w końcu się do ciebie odezwie, a wtedy mu przekażesz, że ma oddać ludziom, których okradł, wszystko co zabrał. Co do grosza! – oznajmił Bognie gangster, wymachując przed jej twarzą bronią. – Jeśli tego nie zrobi, w pierwszej kolejności zabijemy ciebie, a potem jego. I niech nie myśli, że się wywinie. Będzie ścigany do końca swego zasranego życia.

Kobieta w sekundę poczuła nieopisaną ulgę. Jakby spadł jej z serca nie kamień, lecz głaz. Odniosła wrażenie, że dostała od losu drugą szansę, wręcz drugie życie. Nie odrywając wzroku od Olgierda, zewnętrzną częścią dłoni wycierała zapłakaną twarz i twierdząco pokiwała głową. Bosy złożył brzytwę, schował ją do kieszeni kurtki, po czym podniósł ze stołu broń i schował z powrotem za pasek.

– Dobra, na dziś tej pani podziękujemy – ironicznie skwitował Olgierd. – Wychodzimy.

Nie było obaw, że kobieta pójdzie z tym na policję. Zbyt się ich bała. Niemniej jednak Bosy wolał chuchać na zimne. Z pogardą spojrzał na zmaltretowaną i zrozpaczoną matkę grochowiaka, której z rozciętego łuku brwiowego ciekła krew, po czym zagroził:

– Tylko spróbuj, kurwa, komuś pisnąć, że tu byliśmy. Psom, rodzinie, sąsiadom czy chuj wie komu, a cię na żywca pokroję!

Bogna nic się nie odezwała. Nie miała odwagi ani siły. Bandzior na odchodne splunął na ziemię, po czym podążając za swoim kamratem opuścił mieszkanie, zostawiając drzwi otwarte na oścież.

17

Kacper uznał, że w pierwszej kolejności musi sprawdzić, co się dzieje z jego matką i w jakiej jest teraz kondycji psychicznej, ponieważ na pewno doszły do niej złe informacje. Najbardziej prawdopodobne były dwie opcje. Pierwsza – Bogna jest w pracy; druga – wzięła wolne i desperacko próbuje się dowiedzieć, co dzieje się z jej synem. Nie chciał dzwonić na jej komórkę, gdyż było wielce prawdopodobne, że jej telefon jest na podsłuchu. Pozostawało jedynie skupić się i przypomnieć sobie numer do pracy, gdyż tego raczej policja by nie podsłuchiwała. Po chwili „doznał oświecenia” i wprowadził prefix oraz siedmiocyfrowy numer stacjonarny do zakładu przy Mińskiej, w którym od przeszło piętnastu lat zatrudniona była Bogna. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Słuchawkę podniosła pani Irena, brygadzistka, sześćdziesięcioczterolatka przy tuszy, o włosach pofarbowanych na kolor przypominający czerwoną kapustę. Kobieta, która z natury była uprzejma i służąca pomocą posiadała również drugie oblicze. Mroczna strona jej osobowości uaktywniała się zazwyczaj, gdy ktoś był wobec niej zbyt problemowy lub natarczywy, czyli krótko mówiąc wkurwiał ją. Wówczas z przemiłej, żartobliwej kobiety w wieku emerytalnym, potrafiła w okamgnieniu przerodzić się w aroganckie i agresywne babsko, któremu nawet typy schodziły z drogi. Jak kogoś opierdalała, lepiej było trzymać język za zębami i czekać aż powie swoje, ponieważ zwykle bywało tak, że po kilku minutach pani Irenie wracał humor i jakby zapominała o całej sprawie.

Kiedy Kacper usłyszał w słuchawce damski głos, uprzejmie spytał, czy mógłby prosić do telefonu panią Bognę Wójcik.

– A z kim mam przyjemność rozmawiać, z synem? – spytała pani Irena.

– Mam na imię Piotrek – skłamał, nie mając pewności czy złe wiadomości nie dotarły do pracodawcy matki. – Jestem studentem i pani Bogna wynajmuje mi od niedawna pokój.

– Macie panowie prawie identyczny głos. Gdyby się pan nie przedstawił przysięgłabym że rozmawiam z Kacprem.

Kacprowi było nie na rękę ucinać sobie pogawędkę, lecz nie chciał spłoszyć kobiety.

– Pani Bogna twierdzi tak samo. Taki zbieg okoliczności.

– Swoją drogą, nie wiedziałam że Bogunia wynajmuje komuś pokój – odpowiedziała zdziwiona, lecz zaciekawiona brygadzistka.

– Dopiero co się wprowadziłem i możliwe, że nie zdążyła się podzielić tą informacją z innymi. – Chłopak kłamał jak z nut. – Na nieszczęście zapomniałem dziś zabrać ze sobą kluczy i nie mam jak się dostać do mieszkania.

Pani Irena z chęcią poplotkowałaby z nieznajomym młodzieńcem, lecz miała przed sobą stertę papierów i masę roboty do zrobienia, a wskazówkowy zegar nieubłaganie przypominał o uciekającym czasie.

– Rozumiem młody człowieku, z chęcią bym ci pomogła. Wezwałabym Bogunię, lecz nie ma jej dziś w pracy. Dzwoniła rano i powiedziała, że ma jakąś pilną sprawę do załatwienia i wzięła na dziś wolne.

– Aha, to wszystko jasne. Jestem wdzięczny za informację, dziękuję i do widzenia – zakończył Kacper i czym prędzej się rozłączył.

Po zakończonej rozmowie przyszedł do niego SMS z informacją, że na koncie pozostało pięć groszy i jeśli chce wykonać jakiekolwiek połączenie, musi najpierw doładować konto. Skoro brygadzistka powiedziała, że matka nie przyszła dziś do roboty, była szansa, że może być w domu. Z drugiej zaś strony, mogła poszukiwać syna i dlatego przebywać gdzieś poza, a czekanie i kręcenie się pod blokiem byłoby idiotyzmem. Tak czy inaczej, czym prędzej trzeba było to sprawdzić. Kacper udał się na przystanek autobusowy na Targowej, z którego odjeżdżał bezpośredni autobus linii 135 na Grochów. Grochowiak musiał zachować szczególną ostrożność i czujność, by w razie rozpoznania wiedzieć, jak i gdzie uciekać. Kiedy dotarł na miejsce, poczuł się dziwnie nieswojo. Nie był to jednak strach. Prędzej uczucie niepewności, jakby stąpał po grząskim gruncie. Po drodze do domu na szczęście nie natrafił na żaden radiowóz ani żądnych zemsty bandziorów. Postanowił jednak wstrzymać się jeszcze z wejściem na klatkę i poobserwować przez chwilę, czy w pobliżu nikt się na niego nie czai. Zatrzymał się przy bloku obok, obszedł go dookoła, aby ostatecznie znaleźć się na skos od budynku, w którym niegdyś mieszkał. Skrył się za wysokim żywopłotem rosnącym po przeciwległej stronie wąskiej rzadko uczęszczanej uliczki. Stał tak przez kilka minut i nie dostrzegł nic niepokojącego. Uznał, że teren jest czysty i zaczął iść przed siebie pewnym krokiem. Nagle z klatki wyłoniło się dwóch muskularnie zbudowanych, podejrzanie wyglądających karków. Jedno było pewne – nie byli to policjanci. Byli zbyt dobrze ubrani jak na gliny, co widać było gołym okiem. Kacper dobrze wiedział, że goście ci nie przyszli tu przypadkowo. Czym prędzej schował się za zaparkowanym wzdłuż chodnika dostawczym bordowym renault master i czekał, aż mężczyźni się oddalą. Jeden z nich wyjął ze skórzanej kurtki kluczyki i po sekundzie w czarnym audi rozbroił się alarm oraz błysnęły migacze. Wsiedli do zaparkowanego przy krawężniku auta i odjechali w nieznanym kierunku, a Kacper odetchnął z ulgą, że pozostał niezauważony. W duchu cieszył się, że i tym razem instynkt go nie zawiódł. Gdyby go rozpoznali i doszło do konfrontacji, najpewniej wylądowałby w bagażniku niemieckiego suva albo na OIOM-ie. Upewnił się, że nikt go nie obserwuje, wyszedł zza samochodu i szybkim krokiem podszedł do drzwi. Machinalnie wklepał kod i po chwili był już na klatce. Nie chciał nikogo spotkać, ponieważ wścibscy sąsiedzi zapewne już o wszystkim wiedzieli. Jego niespodziewane pojawienie się w tym miejscu wzbudziłoby niepotrzebną sensację, a co za tym idzie, ktoś zaraz zadzwoniłby pod 997.

Kiedy złapał za klamkę drzwi od razu ustąpiły, co wydało mu się podejrzane. Delikatnie je uchylił, powodując skrzypienie w zawiasach i od razu rzucił mu się w oczy panujący w przedpokoju nieład. Pofałdowany dywan, rozbita ramka i rozsypane na podłodze szkło dawały jasno do zrozumienia, że coś musiało się tu wydarzyć. Mimo że panowała względna cisza, z pokoju na końcu mieszkania dochodził odgłos płaczu. Kacper upewnił się, że nikogo nie ma w kuchni, po czym biegiem udał się za dźwiękiem. Widok, który zastał sprawił, iż zamarł z przerażenia.

O kurwa! – przeklął zdruzgotany.

Bogna znajdowała się w tej samej pozycji, w jakiej zostawili ją oprawcy opuszczając mieszkanie. Posiwiałe półdługie włosy miała zmierzwione niczym czarownica. Z opuchniętej i brudnej od rozmazanego tuszu twarzy kapały łzy. Na ubraniu oraz na dywanie widoczna była krew z rozciętego nabrzmiałego łuku brwiowego, który spuchł do tego stopnia, że ofiara nie była w stanie otworzyć prawego oka. Wprawdzie krwotok ustał, ale zastygła krew utworzyła nierównomierny bordowoczerwony świeży strup.

– Kacper?! – spytała półprzytomna.

Chłopak podbiegł do matki i przy niej ukucnął.

– Mamo! – zawołał przerażony. – Mamo, co ci się stało?! Słyszysz mnie?!

Kacper mocno przytulił ją do siebie i nie mógł pojąć, jak ktoś mógł jej zrobić taką krzywdę. Była roztrzęsiona, rozbita psychicznie i każdy ruch sprawiał jej niewyobrażalny ból. Niepewna, czy jej syn rzeczywiście jest niewinny, starała się wyrwać z objęcia i resztkami sił go bić, jakby chciała dać mu nauczkę, za to co jej się wydarzyło.

– Kacper, co ty, kurwa, zrobiłeś?! – szlochała. – Ile razy ci mówiłam, że będziesz miał problemy przez te twoje „interesy”!

– Mamo, to nie tak jak myślisz! – Kacper próbował przemówić matce do rozumu. – Zaraz ci wszystko wytłumaczę!

– Co chcesz mi wytłumaczyć?! Spójrz na mnie! Tobie zrobią to samo albo i gorzej.

Bogna była strzępkiem nerwów.

– Kto ci to zrobił? Widziałem takich dwóch wielkich chamów, jak wychodzili z klatki. To oni?

Kobieta w dalszym ciągu nie potrafiła powstrzymać płaczu. Brudną dłonią wycierała łzy z opuchniętej twarzy. Nie odezwała się, ale twierdząco pokiwała głową.

– Skurwysyny! – wysyczał rozwścieczony przez zaciśnięte zęby. – Pozabijam! Przysięgam!

Na jego twarzy rysowały się gniew i wkurwienie, jakich nie doświadczył nigdy wcześniej. Gotował się. Wewnątrz wszystko w nim buzowało niczym wrząca woda w czajniku. Miał ochotę chwycić pierwszy lepszy twardy przedmiot, znaleźć oprawców i rozjebać im łby. Miał teraz ogromną ochotę ich pozabijać za to, czego się dopuścili i miał gdzieś, kim są i jak mały jest przy nich. To nie grało teraz roli – liczyła się zemsta. Oko za oko.

Przytulił matkę jeszcze mocniej i wyszeptał jej do ucha:

– Mamo kochana, już nic więcej złego ci się nie stanie. Obiecuję.

Słysząc słowa syna, szlochanie Bogny ustało. Była załamana obecną sytuacją Kacpra, lecz jego pocieszanie zamiast dodać otuchy, sprawiło że ogarnęło ją jeszcze większe rozgoryczenie.

– Jak to nic się nie stanie, co ty w ogóle opowiadasz?! – Z każdym zdaniem coraz bardziej podnosiła głos. – Policja i jakieś pieprzone zbiry twierdzą, że zabiłeś człowieka i ukradłeś jakieś pieniądze! Czy ty w ogóle wiesz, co mówisz?! – wykrzyczała na koniec.

– To bzdura! – przerwał matce. – To wszystko jedna wielka bzdura. Jestem niewinny! Zostałem w to wszystko wrobiony! Nikogo nie zabiłem ani nic nikomu nie ukradłem. Chodź do kuchni, opatrzę ci rany – zarządził. – Wszystko ci zaraz opowiem.

Widząc, że matka nie będzie w stanie sama się podźwignąć, bez słowa wziął ją pod ramię i pomógł jej się podnieść. Przy jego pomocy, kulejąc, doczłapała się do sąsiedniego pomieszczenia i usiadła przy stole. Kacper ominął bałagan w przedpokoju i zabrał z łazienki apteczkę. Postawił na gazie czajnik z wodą na herbatę i zabrał się do opatrywania ran skatowanej kobiety.

– Była już u ciebie policja? – spytał, maczając gazę w gencjanie.

Zabarwionym na fioletowo kawałkiem materiału dotknął rozciętego łuku brwiowego, co wywołało okropne pieczenie. Robiąc kwaśną minę zasyczała, jednocześnie zaciskając z bólu dłonie.

– Tak, byli – odpowiadała z trudem. – Wczoraj wieczorem. Ci sami, co przeszukiwali mieszkanie po twoim aresztowaniu.

Po tym, co im się wydarzyło, czuł, że ma matce dużo do powiedzenia. Nie przerywając opatrywania obrażeń, wyjaśniał całe wczorajsze zajście i jego konsekwencje. Aby miała jasny pogląd na sprawę, wszystko co mówił, starał się opisywać powoli i szczegółowo. Uważnie patrzyła na niego i słuchała co ma jej do powiedzenia. Nie pytała zbyt wiele, nie dociekała. Słuchała syna praktycznie w milczeniu. Kacper był tak pochłonięty rozmową, że gdy spojrzał na kuchenny zegar akurat wybijała dwunasta trzydzieści. Bogna poczuła się trochę lepiej i uznała, że może już stać o własnych siłach. Wstała od stołu i szurając po ziemi kapciami, powoli zaczęła krzątać się po kuchni. Kacper widząc to, od razu zareagował.

– Usiądź! – nakazał. – Powinnaś odpocząć. Zrobię coś do jedzenia, bo na pewno jesteś głodna. Ja zresztą też.

Robiąc krok, matka chłopaka poczuła przeszywający ból w kręgosłupie. Syknęła z bólu.

– Cicho już! – odparowała, trzymając się za plecy i nie zważając na ból. – Nic mi nie jest. Siedzenie na tyłku wcale mi nie pomaga. Zrobię coś do jedzenia, bo już najwyższa pora. Masz ochotę na ruskie pierogi babci Jadzi? – zapytała, spoglądając na syna.

Na twarzy Kacpra zawitał uśmiech. Chłopak pewnie i jednoznacznie skinął głową. Wiedziała w ciemno, jaka będzie odpowiedź syna, więc niewiele się zastanawiając, wyjęła z lodówki talerz z ręcznie lepionymi pysznymi pierogami. Dwadzieścia minut później po słowiańskim przysmaku praktycznie nie było śladu. Kacper wymościł ostatni kęs w resztce okrasy i odstawił brudny talerz do zlewu. Pod kranem obmył ręce i sprawnie wytarł je w pstrokaty ręcznik zawieszony na ścianie.

– Dziękuję, mamo, muszę się zbierać – oznajmił chłopak.

Delikatnie odsłonił firankę w oknie i zerknął, czy pod domem nie kręci się nikt podejrzany. Mina matki na powrót zrzedła, a oczy zaszkliły się z obawy o los jej jedynego syna.

– Synu – głos kobiety zadrżał, a ręce złączyła jak do modlitwy. – Boże, tylko żeby nic złego ci się nie przydarzyło.

– Mamo, daję ci słowo, że zrobię wszystko, żeby udowodnić swoją niewinność. – Pewnym tonem grochowiak próbował uspokoić skołatane nerwy matki.

Kacper mocno ją przytulił, a zmaltretowana kobieta, tuląc swoją twarz w jego ramionach zaszlochała ponownie. Los nie był dla nie łaskawy. Jej ojciec zginął tragicznie, gdy była jeszcze dzieckiem, więc praktycznie wychowywała ją sama matka. Kolejnym ciosem była śmierć męża, który przegrał walkę z rakiem. Kiedy już jakoś pozbierała się po stracie Heńka i psychicznie wyszła na prostą – to Kacper wpadł w poważne tarapaty. Diler włożył buty, żwawo zarzucił na siebie kurtkę i ucałował matkę w czoło. Kiedy opuszczał mieszkanie, matce przypomniała się jeszcze jedna rzecz, którą chciała mu przekazać.

– Kacper, jeszcze jedno – rzekła matka, zatrzymując w drzwiach syna.

– Co takiego?

– Te zbiry wypytywały się o Mateusza.

– Kurwa! – przeklął pod nosem. – Czyli już wiedzą, że u niego byłem. Coś im powiedziałaś?

– Tylko że mieszka w okolicy Szembeka. Nic poza tym. Nie chciałam go narażać, ale oni by mnie zabili. – Kobieta zaczęła się tłumaczyć i z żalu znów prawie się popłakała.

Ból, jakiego doświadczyła oraz odniesione rany, były wystarczającym dowodem brutalności oraz braku jakichkolwiek zahamowań ludzi Rabana. Kacper nie śmiał nawet umoralniać matki, że nawet tego nie powinna im powiedzieć, gdyż wiedział do czego zdolne są te skurwysyny.

– Spokojnie mamo! – pocieszył ją. – Bardzo dobrze zrobiłaś. Najlepiej jak się dało.

– Może powinieneś go ostrzec? – zasugerowała.

– Zrobię to jak najszybciej, jak tylko możliwe – oświadczył i wyszedł z mieszkania.

Widok matki, która doświadczyła okrucieństw z rąk tych śmieci, tylko utwierdził go w przekonaniu, że ludzie ci nie dadzą za wygraną i musi zrobić wszystko, żeby oczyścić swoje imię. Skoro tak szybko trafili do jego domu, to na bank ktoś musiał im wskazać adres. Były tylko dwie opcje – albo był to ktoś z jego znajomych, albo psy, które odebrały życie Kaszmirowi. W każdej chwili mógł się powalić i jeśli nie daj Bóg tak by się stało, to nawet za kratkami nie zaznałby spokoju. Grochowiak uznał, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest spotkanie się z „przełożonymi” Kaszmira. Było to o tyle ryzykowne, że nie miał żadnej pewności, że w ogóle zechcą z nim rozmawiać i nim zdąży cokolwiek wyjaśnić – dostanie kulę w łeb.

18

Jako pierwszy do domu wrócił Czysty. Na ramieniu miał zawieszoną torbę treningową, a w uszy wetknięte słuchawki, z których przebijała głośna muzyka. Szedł powoli po schodach i nucił sobie pod nosem. Drzwi mieszkania były lekko uchylone, co od razu wydało się podejrzane, a na widok wyłamanego zamka oraz otwartych drzwi ogarnęło go przerażenie. Był święcie przekonany, że to jebani złodzieje włamali się, aby obrobić mieszkanie z pieniędzy, biżuterii itp. Kiedyś złodziej bezszelestnie wszedł do ich mieszkania i zawinął z przedpokoju torebkę matki wraz z telefonem i całą jej wypłatą. Od tamtej chwili w ich domu zawsze zamykało się drzwi na oba zamki i gdy Mateusz przychodził do domu, krzątająca się po kuchni matka potrafiła doskonale rozpoznać, czy zamknął za sobą, czy też nie, za co momentalnie dostawał opierdol.

Nie miał zaś pewności, czy po mieszkaniu ktoś się jeszcze nie kręci. Z zaciśniętymi pięściami i pewnym krokiem wszedł do mieszkania i rzucił na ziemię torbę.

– Jest tu, kurwa, ktoś?! – wrzasnął. – Pytam, kurwa, czy jest tu ktoś?!

Martwa cisza była jednoznaczną odpowiedzią. Rozejrzał się po pokojach, klął jak szewc i ogarniał nieład pozostawiony przez włamywaczy. Dopóki nie wszedł do kuchni, przez myśl mu nie przeszło, że sprawcami włamania mogli być policjanci. Kiedy jednak spostrzegł rozdarty worek śmieci walający się po podłodze oraz pomięte ubranie, w którym dzień wcześniej przyszedł do niego Kacper, coś go tknęło.

O kurwa, to nie byli jednak złodzieje, pomyślał zatrwożony.

Zdawał sobie sprawę, że skorumpowane psy są niebezpieczne – szczególnie te, które mają dużo do ukrycia. Ponadto z relacji Kacpra dowiedział się, do czego oni są zdolni. Obleciał go strach, a na czole pojawił się pot. Spięty poszedł do drzwi, przymknął je i użył – praktycznie nieużywanego – środkowego zamka. Zastanawiało go, jak psy mogły wpaść na jego trop. Czy ktoś im wyjawił, że widział się z jego ziomkiem? A może po prostu złapali Kacpra i wydusili z niego wszystkie informacje, włącznie z tą, z kim widział się po zabójstwie Kaszmira. Te myśli nie dawały mu spokoju. Wiedział, że jest teraz w niebezpieczeństwie.

Matka będzie przerażona, ale nie może się dowiedzieć prawdy, zadecydował.

Uznał, że wersja o złodziejach jest najrozsądniejsza, ponieważ matka i tak pewnie nie uwierzyłaby mu, że włam był „zasługą” psów. Z drugiej strony jednak, gdyby dała mu wiarę, wówczas z pewnością wpadłaby w popłoch i w panice mogłaby zrobić coś nierozsądnego. Wtem usłyszał dzwonek telefonu schowanego w kieszeni ortalionowych spodni. Wyjął nowo zakupiony aparat i zobaczył nieznajomy numer. Przekonany święcie, że to któryś z jego zaćpanych klientów, odebrał. Ku jego zdziwieniu był to Kacper, który doładował konto za część kasy, którą wcisnęła mu matka.

– Siemano i jak się sprawy mają? – spytał Czysty.

– Nie jest dobrze – odparł wyraźnie podburzony Kacper. – Moją matkę napadły jakieś chamy od Kaszmira, czaisz?! Skurwysyny strasznie ją skatowali.

– O kurwa. Czyli bandziory też myślą, że to ty go zabiłeś.

– Najwidoczniej. Nawet w radiu pierdolą, że jestem podejrzany.

– Widać, że bardzo im zależy, żeby ciebie dorwać.

– Co gorsza, o ciebie też się wypytywali. Nie jesteś już bezpieczny – ostrzegł wprost Kacper.

– To akurat wiem. U mnie też ktoś był.

– Jak to?! – zaczął wypytywać zaciekawiony Kacper. – Ale, że niby kto? Psy? Bandziory? Mów o co chodzi.

– Wróciłem przed chwilą z siłki i chałupa była otwarta. Wiesz, zamek wyjebany łomem. Na początku myślałem, że to sprawa złodziei. Kiedy jednak znalazłem wyrzucone na środek kuchni śmieci, a wśród nich twój wczorajszy garniak, wszystko już było jasne.

– Kurwa, przepraszam cię.

Kacpra gryzło sumienie, że jego najbliższy ziomek również wpadł w tarapaty.

– Za co niby?! – spytał Czysty.

– Że siedzisz w tym gównie przeze mnie – stwierdził ze smutkiem Kacper.

– Ochujałeś?! To nie twoja wina. Nawet tak nie myśl! Pomogłem ci, bo wiem, że ty byś tak samo postąpił ze mną!

– Okej, okej, masz rację. – Uspokoił się Kacper.

– Co to za łby cię szukają, znasz ich?

– Nie, nie znam. Wprawdzie widziałem przez sekundę, jak wychodzili z Białowieskiej, ale nie potrafię ci ich opisać. Jeżdżą za to czarnym audi Q7, więc miej to na uwadze.

– Dobrze wiedzieć. I co masz zamiar teraz zrobić?

– Muszę pozałatwiać parę spraw, o wszystkim ci niebawem opowiem.

Kacper celowo nie zagłębiał się w szczegóły. Był dozgonnie wdzięczny koledze za pomoc, ale jednocześnie wiedział, że im mniej jego ziomek wie, tym lepiej dla niego. Grochowiak obawiał się, że zbiry w ogóle nie będą chciały z nim rozmawiać i zanim zdąży przedstawić swoją wersję, będzie leżeć zakneblowany w bagażniku w drodze do lasu. W związku z tym postanowił zdobyć broń, w razie gdyby zmuszony był jej użyć. Miał jedną sztukę, ale oczywiście nie przy sobie. Był to srebrny bębenkowy Smith&Wesson z krótką lufą kaliber .357 Magnum, który wziął w rozliczeniu od jednego dłużnika. Gość jeździł za zachodnią granicę, gdzie okradał domy bogatych szwabów i w jednej rezydencji natrafił na takie cacko, które wziął bez zastanowienia. Kacprowi klamka była niby całkowicie niepotrzebna, ale pomyślał, że może się kiedyś przydać. Trzymanie broni w domu było przypałowe, więc przechowywał ją u Patusa w piwnicy, w miejscu, o którym tylko oni dwaj mieli pojęcie. Na szczęście numer do starszego od siebie dwa lata ziomka diler znał na pamięć i czym prędzej wybrał na klawiaturze dziewięć cyfr. Po chwili usłyszał głos koleżki, z którym niejedno już przeżył.

– Halo! – odezwał się Patus, widząc w telefonie nieznany numer.

– Siemasz, Kacper z tej strony! – odpowiedział.

– Siemasz mordo! Kurwa, co tam słychać? – spytał podekscytowany Patus – Co ty odpierdoliłeś? Wszędzie o tobie głośno!

Kacper po barwie głosu kumpla od razu rozpoznał, że ten po prostu jest napierdolony. Nie miał czasu ma pogawędki, więc od razu przeszedł do sedna.

– Wszystko ci później opowiem, ale najpierw musisz mi coś dać. – Nie chciał wprost mówić przez telefon o takich sprawach.

– Mordeczko znasz mnie, dla ciebie wszystko – odpowiedział rozbawiony koleś.

– Musisz mi jak najszybciej dać tę zabawkę z Niemiec. Wiesz, ziomuś, o co chodzi?

– Ooo, coś się święci! – humor nie opuszczał Patusa. – W porządku mordeczko, to podbij na bloki koło banku.

– Okej. Za pół godziny?

– Git – odpowiedział Patus i się rozłączył.

19

W nieoznakowanym peugeocie 307 od dłuższego czasu świeciła się kontrolka, informująca, że kończy się wacha. Policjanci pojechali więc na niewielką stację benzynową przy skrzyżowaniu ulic Grochowskiej i Wspólnej Drogi. Kiedy Martin, trzymając w dłoni nalewak zamyślony tankował do pełna samochód, Kowal udał się do kasy. Po uregulowaniu należności, wyszedł z dwiema kawami zapakowanymi a wynos, jednocześnie jedząc hot doga. Po przełknięciu kęsa, na jego twarzy pojawił się grymas, jakby rozgryzł ziarenko pieprzu. Splunął na ziemię śliną zmieszaną z keczupem i resztkami parówki i rzekł do Martina:

– Kurwa, za każdym razem jak łykam te tabletki na kichy, mam w ustach cholernie kwaśny smak.

Następnie wziął kolejnego obszernego gryza, który zapił kawą, siorbiąc.

– Niebawem wszystkie twoje rozterki się skończą – zażartował Martin, odkładając nalewak na miejsce. – Jak dostaniesz swoją dolę, to na sam jej widok wyzdrowiejesz.

– Najpierw jednak musimy dorwać tego typa, który przekimał Kacpra. Jestem pewien, że gnój wypaplał mu co widział. Obu trzeba teraz zamknąć mordy. Nawet jeśli nie są razem, to na bank mają ze sobą jakiś kontakt.

– Skoro handluje również helupą, najlepiej przycisnąć jakiegoś lokalnego ćpuna i niech go wystawi. Nie mamy czasu na czatowanie pod jego domem, aż się, kurwa, łaskawie pojawi.

– To jest myśl – zgodził się Martin, po czym wziął swoją kawę.

Gliniarze wsiedli do służbowego auta i odjechali ze stacji benzynowej w kierunku Szaserów. Dochodziła jedenasta. Zrobili rundę po grochowskich uliczkach oraz zaglądali na poniszczone podwórka. Sprawdzali, czy ktoś podejrzany nie kręci się po ulicy, lecz nic na to nie wskazywało. Żadnych rozrób, kradzieży ani innych sytuacji, które zwróciłyby ich uwagę. Cisza i spokój, jak makiem zasiał. Podczas rutynowego patrolu dyskutowali na temat wczorajszej strzelaniny oraz skradzionym łupie. W trakcie przejazdu ulicą Wiatraczną kombinowali, jak tu jak najszybciej namierzyć Czystego, kiedy Kowal – na prostopadłej ulicy, którą właśnie mijali – dostrzegł w oddali znanego mu narkomana. Był to nie kto inny jak Boguś. Martin kierował samochodem, więc Kowal tylko go klepnął w ramię i powiedział:

– Skręć tu w prawo – zarządził. – Powiem ci, jak masz jechać dalej.

Kowal pomyślał, że jak skręcą w prawo, potem w prawo i następnie znów w prawo, to na koniec zajadą gościa od tyłu.

– Co chcesz zrobić? – spytał zdziwiony Martin.

– Zgarniemy z zaskoczenia jednego gościa – wyjaśnił partnerowi Bronek.

Martin celowo nie włączał syreny, aby nie spłoszyć typa.

– Kto to?

– Złodziejach, który mieszka niedaleko stąd. On nas doprowadzi do Czystego.

Kowal lubił działać w terenie i był bardzo podekscytowany, że zaraz będzie coś się działo. Był w tym dobry. Zawsze opanowany, czujny i pewny siebie. Był wysokiej postury i przez kilka lat trenował izraelską krav magę, nie było więc dla niego problemem uporać się nawet z wielkimi bykami, a tym bardziej z wychudzonym anemicznym narkomanem.

– Ale uważaj, to jest ćpun. – Bronek ostrzegł przyjaciela. – Może mieć coś przy sobie.

Podkomisarz Zakrzewski od razu zrozumiał, że mają do czynienia z kimś, kto potencjalnie może mieć przy sobie nóż, brzytwę, igłę, albo chuj wie co jeszcze.

– Szybko, szybko! – popędzał Kowal kierowcę. – Żeby nam gdzieś nie spierdolił!

Martin skręcił w mało uczęszczaną ulicę i dodał gazu, aby wyminąć ludzi, którzy wyraźnie zniesmaczeni zachowaniem kierowcy właśnie weszli na pasy.

– Tu skręć! – Wskazał w prawo palcem Bronek.

Zakrzewski spostrzegł czerwono-biały znak oznaczający zakaz wjazdu. Przystanął na sekundę, spojrzał tylko, czy nikt nią nie jedzie, po czym ostro skręcił kierownicę i z piskiem opon ruszył jednokierunkową ulicą. Przejechali mniej więcej trzydzieści metrów, by znów skręcić w prawo i wjechać na drogę z pierwszeństwem przejazdu. W efekcie znaleźli się na ulicy, w którą podążał niczego jeszcze nieświadomy złodziej.

– Tam jest! – Wskazał palcem Kowal na oddalonego około dwudziestu metrów mężczyzny. – Ten w szarej kurtce!

Martin agresywnie dodał gazu. Boguś był miernego wzrostu, przygarbionym i ważącym nie więcej niż sześćdziesiąt pięć kilogramów ćpunem. Miał na sobie znoszone jasne dżinsy z wytartą dziurą na tylnej kieszeni, szarą kurtkę z kapturem oraz wykoślawione, porozklejane brudne adidasy, którymi idąc niechlujnie szurał po ziemi. Przetłuszczone czarne włosy zaczesane za uszy, niezdrowa blada karnacja oraz gdzieniegdzie wypryski świadczyły o jego zaniedbaniu i problemach zdrowotnych. Niepełne spróchniałe i poszarzałe uzębienie, niska waga oraz wychudzona zapadnięta twarz, na której wyraźnie odznaczały się kości policzkowe, były skutkiem wieloletniego heroinowego uzależnienia. Co rusz nerwowo rozglądał się na boki i kiedy usłyszał odgłos silnika dobiegający zza pleców, momentalnie odwrócił głowę. Na widok rozpędzonego auta zmierzającego w jego kierunku – przekonany, że zaraz zostanie rozjechany – wytrzeszczył oczy i zamarł w bezruchu. Martin wjechał na chodnik i z piskiem opon zahamował tak blisko narkomana, że niemal przejechał mu po stopach. Gdy tylko radiowóz się zatrzymał, w ułamku sekundy ze środka wyskoczył potężnej budowy glina.

– Stać! Policja! – krzyknął do zatrzymanego Kowal.

Nim ten zdążył cokolwiek zrobić, złapał go za ramię i jednym sprawnym ruchem wykręcił mu rękę, by następnie w ułamku chwili sprowadzić do parteru. Zglebował go machinalnie, jak przystało na rasowego psa, który wykonał takich zatrzymań w życiu dziesiątki, jak nie setki. Pod wpływem bólu Boguś otworzył lewą dłoń, z której wypadło niewielkie srebrne zawiniątko.

– O, co my tu, kurwa, mamy?! – prześmiewczo spytał policjant.

– Nie wiem co to! To nie moje! – standardowo wyjękał obolały ćpun.

Nie wyłączając silnika Martin również wysiadł z auta i podszedł do nich. Spojrzał na skrępowanego na ziemi Bogusia, który patrząc przed siebie widział tylko czarne, starannie wypastowane lakierki podkomisarza. Aby ujrzeć twarz stojącego nad nim mężczyzny spróbował podnieść głowę, co z jego obecnej pozycji nie było łatwe. Kowal kiwnięciem głowy wskazał Martinowi narkotyki, które wypadły Bogusiowi. Podkomisarz z jednej kieszeni wyjął plastikowy woreczek na dowody rzeczowe, z drugiej zaś paczkę chusteczek higienicznych. Wyciągnął jedną sztukę i machnięciem rozpostarł ją, po czym na oczach narkomana schował do woreczka owiniętą w sreberko ćwiartkę heroiny.

– Nawet nie muszę tego gówna rozwijać, żeby zgadnąć co jest w środku – oznajmił glina wszem i wobec. – Idziesz z nami.

– Ale panowie, ja naprawdę nic nie zrobiłem. – Desperacko próbował się tłumaczyć ćpun.

Funkcjonariusze jednak totalnie ignorowali, co ma im do powiedzenia Boguś.

– Dla pewności z grubsza go przefiskaj – zlecił Kowalowi Martin.

Kowal przystąpił do czynności, skuwając uprzednio gościa kajdankami. Kieszenie były praktycznie puste. W jednej walały się drobne w kwocie niespełna dziesięciu złotych i zapałki. W drugiej zaś pęknięty, sklejony taśmą klejącą dowód osobisty.

– To wszystko. Czysty jest – stwierdził na głos Kowal.

Policyjny peugeot tarasował dwie trzecie chodnika. Zakrzewski otworzył tylne drzwi od strony pasażera i rozejrzał się dookoła. Kilka osób widziało całe zajście, lecz za wyjątkiem jednego emeryta nikt się nie zatrzymał. Stojący po drugiej stronie ulicy starszy mężczyzna z szarą, płócienną siatką w drżącej od parkinsona ręce, patrzył na nich jak wryty. Kowal wyprostował się, złapał zatrzymanego z tyłu za kołnierz i nakazał mu wstać. Skierował narkomana w stronę radiowozu, lecz ten zaczął lekko się opierać.

– Nie utrudniaj! – warknął do niego Bronek. – Po chuj ci to, i tak tam wsiądziesz.

Boguś był przekonany, że policjanci wiozą go na komendę. Był to nie pierwszy raz, kiedy zatrzymano go za posiadanie twardych narkotyków i oczywiście za każdym razem była to heroina. Wiedział też, że jeśli zechcą go udupić, to wpiszą w papierach każdą ilość, jaka im się spodoba i nikt nie będzie sprawdzał materiałów dowodowych. Miał silne przeświadczenie, że jego czas na wolności właśnie dobiegł końca. Heroinista nie znał Zakrzewskiego, natomiast Kowalczyka kojarzył. Jak przez mgłę pamiętał, że ten przesłuchiwał go na Grenadzie w charakterze podejrzanego, w związku z szabrem mieszkania przy Podolskiej. Zrezygnowany, wkurwiony faktem, że czeka go odsiadka, opuścił głowę i patrzył pod nogi. Mimowolnie rzucił jednak okiem przez okno i zdziwił się, że zamiast udać się na Grenadierów, pojechali kompletnie w przeciwnym kierunku. Pierwsza myśl, jaka mu zaświtała była taka, że z nieznanych mu przyczyn wiozą go na inną komendę, na przykład na Umińskiego albo do Rembertowa, mimo że to już zupełnie inny rejon. Radiowóz dojechał do końca ulicy Szaserów, następnie przejechał prosto przez rondo i znalazł się na mniejszej, dużo rzadziej uczęszczanej ulicy Makowskiej. Minął kilka przecznic w kierunku Wawra i w końcu zatrzymał się pod wiaduktem końcowego odcinka Trasy Siekierkowskiej.

Gliniarze jako pierwsi wysiedli z auta, a następnie Martin otworzył tylne drzwi.

– Wysiadaj! – rozkazał.

Boguś miał złe przeczucia. Obleciał go strach i całkowita dezorientacja, czemu wywieziono go na to odludzie.

– Łapy! – Zakrzewski burknął do niego jak do psa. – Odwróć się i wystaw łapy!

Boguś dłonie miał skute za plecami, więc niepewnie wykonał obrót.

Martin wyjął kluczyk i rozpiął ściśle zwarte kajdanki, które krępowały dłonie narkomana. Gość poczuł znaczącą ulgę i odruchowo zaczął masować obolałe, posiniałe od ucisku nadgarstki.

Kowal stanął z boku, rozpalił papierosa i przyglądał się z boku mężczyznom.

– Który to raz złapany jesteś z narkotykami?– spytał Martin. – Bo z pewnością nie pierwszy.

Zestresowany Boguś w milczeniu wodził wzrokiem na boki.

Kowal, który znał ćpuna z imienia uderzył wprost:

– Boguś, tylko jedna rzecz może uratować twoją dupę od odsiadki – zakomunikował enigmatycznie doświadczony pies, oparty o maskę francuskiego samochodu. – Tylko, kurwa, jedna.

Słowa przykuły uwagę starego złodzieja. Na jego twarzy pojawiło się zaciekawienie i ożywionym wzrokiem zaczął na przemian zerkać na policjantów.

– Tak więc – zaczął pierwszy Martin. – Znasz dilera o ksywce Czysty?

– W życiu o nikim takim nie słyszałem – zarzekł się ćpun w nadziei, że jak umiejętnie skłamie, to może puszczą go wolno.

Nieoczekiwanie dość niskiego wzrostu glina uderzył ćpuna pięścią w twarz. Martin lubił wyciągać informacje za pomocą siły i z reguły sprawiało mu to przyjemność. Lubił raz na jakiś czas przypierdolić komuś w cymbał lub poddusić jakiegoś półgłówka. Boguś od ciosu stracił równowagę. Niczym dobrze trafiony w ringu bokser, zachwiał się i upadł na plecy na zapiaszczoną drogę zrobioną z ułożonych betonowych płyt. Z prawego kącika ust pociekła mu struga krwi, a warga zaczęła puchnąć.

– Mówiłem ci, że na chuj się nam ten śmieć przyda. – Pogardliwie spoglądając na ćpuna, rzekł do partnera Zakrzewski. – Zabieramy go na komendę, szkoda naszego czasu.

Był to celowy zabieg, który miał dać zatrzymanemu do zrozumienia, że albo da im to, czego żądają, albo czeka go pucha. Narkoman wyczuł pismo nosem.

– Panowie, zaczekajcie! – zawołał Boguś, przykrywając zakurzoną dłonią zakrwawioną wargę.

– To przypomnij sobie jeszcze raz, czy znasz Czystego z Szembeka? – ponownie spytał Martin.

– Tak. Już sobie przypomniałem. – Zastraszony wyjawił prawdę. – Faktycznie jest taki jeden gość.

– To, że go po prostu kojarzysz, koło chuja mi lata. Masz do niego zadzwonić i się z nim ustawić.

– Ale ja nie mam do niego numeru. Przysięgam, nie kłamię.

Z przypiętej do paska kabury Martin wyjął broń. Wycelował ją leżącemu na ziemi heleniarzowi prosto w czoło, a palec wskazujący położył na spuście. W obawie przed utratą życia, Boguś panicznie zasłonił twarz rękoma. Zbladł i struchlał, jak nigdy wcześniej. Miał wrażenie, że psu coś odbiło i chce go sprzątnąć. Odwrócił głowę w bok i błagalnym wzrokiem spojrzał na przyglądającego się całej sytuacji Kowala, z nadzieją, że glina zainterweniuje w jego obronie. Ten jednak nie odezwał się słowem, jakby całkowicie zwisał mu jego los.

– Gdyby nie mój partner, już dawno siedziałbyś na komendzie i nie marnował mojego cennego czasu – złowrogo przemówił Martin.

Zlękniony narkoman częściowo opuścił ręce i niepewnie spojrzał na stojącego nad nim policjanta.

– Posłuchaj więc uważnie śmieciu. Daję ci pięć minut i albo dostanę to czego chcę, albo ty dostaniesz kulę w ten jebany przećpany łeb – zaciskając zęby, odgrażał się Martin wymachując pistoletem. – Jarzysz, kurwa?!

– Tak, tak, wszystko jasne – drżącym z przerażenia głosem potakiwał strwożony narkoman. – Już robię co pan karze.

– Zadzwonisz teraz do niego i się z nim ustawisz. I tylko nie próbuj nawet, kurwa, nic kombinować. Wiesz, jakie będą konsekwencje.

– Nigdy w życiu bym pana nie oszukał – zarzekał się wystraszony ćpun. – Pomogę, obiecuję, że pomogę!

Martin opuścił rękę i chowając broń z powrotem do kabury, spokojnym już tonem rzekł.

– To łap teraz za telefon i rób co należy.

Narkoman odetchnął z ulgą. W dalszym ciągu jednak nogi miał jak z waty. Był do tego stopnia roztrzęsiony, że kiedy z kieszeni wyjmował obdrapany stary telefon z pękniętym wyświetlaczem, ten niemal wypadł mu z rąk. Był na głodzie. Coś mamrotał pod nosem, z nerwów obgryzał paznokcie i jednocześnie przeglądał kontakty w telefonie w poszukiwaniu jakiegoś przydatnego numeru, gdyż nie miał aktualnego do Czystego.

– Ooo, on będzie miał! – wyszeptał Boguś i przyłożył telefon do ucha.

– Poczekaj chwilę! – Powstrzymał go Kowal. – Do kogo dzwonisz?

– Do Młodego, jego kolegi z podwórka. On na stówę będzie miał do niego numer – wyjaśnił zatrzymany.

– Tylko nie spierdol tego – zagroził podkomisarz Zakrzewski. – Masz zrobić to tak, żeby się nie domyślił, łapiesz?!

– Oczywiście. W życiu się nie zorientuje, co jest grane – zapewniał Boguś.

Narkoman ponownie wybrał numer do Młodego. Po chwili w telefonie odezwał się nieznajomy głos. Aby lepiej słyszeć rozmówcę, Martin i Kowal przystawili uszy blisko głośnika.

– Siema, z tej strony Boguś. Próbuję od rana dodzwonić się do Czystego, bo mam do pogonienia zajebisty dresik umbro, ale mam chyba nieaktualny numer, bo włącza się poczta. – Ćpun wymyślał na poczekaniu. – Chyba że ty chcesz? Twój rozmiar.

Młody dobrze wiedział, że Boguś jest złodziejem i często wynosi ze sklepów jakieś ciuchy, ale z racji, że sam wiecznie był spłukany, nigdy od niego nic nie łyknął. Tamten o tym wiedział, ale żeby być bardziej wiarygodny, na wszelki wypadek oznajmił:

– Nie, dzięki. I tak ostatnio nie mam hajsu. Masz na czym zapisać?

– Poczekaj sekundę, tylko znajdę długopis. – Boguś na migi pokazał policjantom, aby dali mu coś do pisania.

Podciągnął rękaw brudnej znoszonej ortalionowej kurtki, odsłaniając przy tym blade wychudzone przedramię, gdzieniegdzie „ozdobione” więziennymi tatuażami. Między nieudolnie zrobionymi rozmazanymi dziarami pospiesznie zapisał dyktowany przez Młodego numer komórki Czystego.

– Dzięki, mordo, wiszę ci browar. Nara!

Boguś zdawał sobie sprawę, że ma wystawić glinom Czystego i gdy ten się pojawi, oni go zgarną. Ściskał w dłoni starego samsunga i myślał, jak tu się ustawić z Czystym, skoro osobiście się nie znają, lecz jedynie z widzenia.

Jaki mu farmazon sprzedać? – zadał sobie w myślach pytanie Boguś.

Martin złowrogo spojrzał na niego.

– No co tak, kurwa, dumasz?! – burknął glina.

– Już dzwonię. Myślę tylko, co mu powiedzieć – odpowiedział Boguś. – Już wiem! Podam się za Rudego z Mycielskiego. Pewnie będzie go kojarzył.

Spoglądając na nierówny zapis na swoim przedramieniu, narkoman wprowadził numer do telefonu.

– Halo! Kto mówi? – Czysty odebrał i od razu spytał, widząc nieznajomy numer.

– No siemanko! Z tej strony Rudy z Mycielaka, kojarzysz mnie? – Boguś spytał retorycznie.

– No nie bardzo – odrzekł Czysty. – Skąd mam cię niby kojarzyć?

Albo ściemniał, albo rzeczywiście nie wiedział z kim rozmawia, co w okamgnieniu wprowadziło narkomana w zakłopotanie. Niemniej jednak przypomniał sobie, że swego czasu widział Czystego w warsztacie na tyłach placu Szembeka. Prowadziło go dwóch braci z Międzylesia – Stefan i Arek. Boguś postanowił wykorzystać ten fakt i z lekka zakręcić rozmówcę.

– No musisz mnie kojarzyć, mordo. Jestem szwagrem Arka z warsztatu na Omulewskiej.

Boguś tak zamotał, że ciężko było się już połapać w tym co mówi i Czysty sam już się w tym pogubił. Pomyślał, że może zna typa, może nie, ale psem raczej nie jest, a szkoda żeby hajs przeszedł koło nosa.

– Dobra. Ile chcesz? – Czysty przeszedł do sedna.

– No, jedynkę śnieżynki – odparł pewnie. – Na dobry początek, hehe. Gdzie się możemy spotkać?

Czysty łyknął farmazon, a Bogusiowi momentalnie rozpromieniała japa na myśl, że psy niebawem dadzą mu spokój. Wiedział, że prędzej czy później pójdzie fama, że jest konfidentem i że przez niego diler poszedł siedzieć, ale teraz to pierdolił – liczyło się, że w ogóle uszedł z życiem i zaraz będzie wolny.

Czysty miał do ogarnięcia kilka spraw, w tym ustawkę z Patusem i Kacprem.

– Bądź za dwadzieścia minut za pralnią na Majdańskiej, wiesz gdzie?

– Spoko. Wiem gdzie to jest. Strzała.

Boguś, gdy tylko się rozłączył, dokładnie podał policjantom miejsce spotkania z dilerem.

– Wsiadaj do auta – rozkazał Kowal i zatrzasnął drzwi, gdy tylko Boguś znalazł się w aucie. Sam zaś z przodu zajął fotel pasażera i odjechali z rzadko uczęszczanego miejsca.

Chwilowe uradowanie szybko jednak zniknęło, a coraz silniej dawało o sobie znać uzależnienie od heroiny. Rozdrażnienie narastało, Boguś cały dygotał, mdłości nie ustawały, a w kościach i mięśniach łamał ból. Wszystko to sprawiało, że jedyne czego teraz pragnął, to się naćpać.

20

Kacper punktualnie pojawił się w umówionym miejscu, Patusa jednak nie było. Spojrzał na zegarek i zaczął się niepokoić, ponieważ jego obecność mogłaby zwrócić czyjąś uwagę i wydać się podejrzana. Podczas rozmowy telefonicznej zorientował się przecież, że Patus jest najebany i pewnie zgubił rachubę czasu – zważając na fakt, że nigdy do punktualnych nie należał. Gdy tak sobie rozmyślał, spostrzegł, że od strony ulicy Szczawnickiej zmierza jego ziomek, z rękoma schowanymi w kieszeniach oczojebnej jaskrawo żółto-czarnej rozpiętej kurtki Borussia Dortmund, spod której wystawał zapięty po samą szyję błękitny ortalion reeboka. Kilkudniowy alkoholowo-kokainowy sztos Patusa widoczny był gołym okiem. Oczy miał wytrzeszczone, co rusz zaciskał dłonie i niespokojnie rozglądał na boki. Starzy kumple przybili sobie piątki. Odeszli kilkanaście metrów od banku, pod którym stali i zatrzymali się za blokowiskiem na tyłach starej pralni, z której dochodził głośny charakterystyczny odgłos pracujących przemysłowych pralek. Jeszcze raz upewnili się, że nikogo nie ma w pobliżu, po czym rudzielec wyjął z kieszeni owiniętą w szmatę broń. Kacper wziął pakunek do ręki i rozwinął materiał, aby sprawdzić, czy Patus nie przyniósł mu pustej klamki. Nacisnął na znajdujący po lewej stronie rewolweru przycisk i otworzył się kompletny bębenek z ośmioma kulami. Wyrzucił szmatę do postawionego obok kontenera na śmieci, a następnie schował ważący niespełna pół kilograma przedmiot do prawej kieszeni kurtki.

– Kacper, jak tam, powiesz w końcu o co chodzi? – Patus był bardzo ciekaw, co powie mu przyjaciel. – Bo dużo ludzie mówią i już, kurwa, sam nie wiem co jest prawdą, a co nie.

– Wszystko ci opowiem, ale w swoim czasie. – Diler postawił sprawę jasno. – Na razie dla twojego i mojego dobra nic nie mogę powiedzieć.

– Ale z ciebie typ, przecież nie jestem jakiś pierwszy obcy – odparł zawiedziony prażanin.

– Powiem tylko tyle: nikogo nie zajebałem i jestem niewinny – skwitował Kacper.

– Okej, jak nie możesz, to nie możesz, nie wnikam. Ale słuchaj, zaraz tu będzie Czysty, zajaramy bucha – rzucił Patus, ale Kacper szybko go oświecił.

– Mordo, kurwa, mam przy sobie kopyto i psy mnie ścigają za morderstwo. Z tym nie ma żartów – odpowiedział z pełną powagą.

– Racja, racja ziomuś.

Kacper wypatrzył w oddali nadchodzącego Mateusza i jedynie wykonał głową gest, jakby chciał powiedzieć „siema”.

– Wielkie dzięki. Mam nadzieje, że jednak nie będę musiał tego użyć – stwierdził. – Do zobaczenia brachu!

Czysty, trzymając w ustach dopiero co rozpalonego papierosa kiwnął głową. Zdziwiło go jednak, po co Kacper umówił się z Patusem, bo przecież miał nic nikomu nie mówić. Tym samym uznał, że w razie gdyby chłopaczyna z Pragi wypytywał go, czy coś wie, będzie udawał głupa. Stojąc w grupie kilku młodych osób na podwórku, Kacper niepotrzebnie zwracałby na siebie uwagę i trzeba było czym prędzej stamtąd się zrywać. Dwóch ziomków jeszcze raz uścisnęło sobie dłonie i Kacper oddalił się z miejsca. Czysty liczył, że skoro znów się spotykają, to Kacper zechce zagadać kilka słów, dlatego też trochę był rozczarowany faktem, że tak szybko się ulotnił.

Poszukiwany wszedł w prześwit między blokami i drogą przez osiedle udał się na przystanek przy Rawarze. Patus znajdował się około dwudziestu metrów od Czystego, kiedy od wschodniej strony podjechał zielony peugeot, w którym siedziało trzech mężczyzn. Na prostopadłej wąskiej osiedlowej uliczce stała zaparkowana wielka pomarańczowa śmieciara, która tarasowała trzy czwarte drogi i uniemożliwiała swobodny przejazd.

– Cholerni śmieciarze, że też musieli stanąć w tym miejscu. Szlag by ich trafił! – syknął zbulwersowany podkomisarz.

Aby nie rzucać się w oczy, Martin zatrzymał auto wzdłuż bramy parkingu, tak że byli praktycznie niewidoczni z perspektywy Czystego i Patusa. Pasażer siedzący z tyłu wskazał palcem na dilera. Kiedy gliny chciały już wejść do akcji, spostrzegli, że do Czystego podszedł pół głowy wyższy chłopak w kurtce z logo piłkarskiej drużyny z zachodniej części Niemiec.

– Czekaj, on nie jest sam. – Spostrzegł Kowal.

– Kto by pomyślał, że ten kutas pojawi się z kolegą.

Gdyby chodziło o rutynowe zatrzymanie, obecność rudzielca z Pragi nie byłaby żadnym problemem. Akcja ta zaś była niejawna i trzymana w tajemnicy przed kimkolwiek. Dlatego też policjantom zależało, aby aresztować Mateusza Góreckiego bez udziału osób postronnych. Boguś przysłuchiwał się rozmowie policjantów, zaintrygowany ich zachowaniem. Od początku przeświadczony był, że coś tu nie gra. Najpierw zwinęli go z ulicy, by potem grożąc śmiercią wykorzystać, aby zwinąć jakiegoś dilera. Sprawa śmierdziała szwindlem i obawiał się, że to wszystko źle się skończy.

Martin wyjął służbową broń, oparł ją o prawe udo i odwrócił się do siedzącego na tylnym fotelu narkomana.

– Wyjdź i zagaduj go, ale tak, żeby nie spierdolił – rozkazał Zakrzewski.

Boguś cały trząsł się ze strachu i był na kurewskim głodzie. Bał się przeciwstawić glinom, bo konsekwencje byłyby dla niego katastrofalne, więc jedynie pokiwał twierdząco głową.

– Ale spróbuj wykręcić nam jakiś numer, to cię, kurwa, podziurawię – zagroził Martin, wymachując bronią. – A teraz do roboty!

Po komendzie Boguś wysiadł z auta i udał się na ustawkę z młodocianym grochowskim dilerem.

– Co robimy z tym koleżką? – spytał Kowal, mając na myśli Patusa.

– Chuj z nim. Jak zacznie uciekać, to puści się go wolno, że niby nam spierdolił.

Policjanci czujnie przyglądali się całej sytuacji. Patrzyli, jak odwrócony do nich plecami Boguś oddala się, zmierzając w stronę dwóch chłopaczków, którzy rozmawiali ze sobą na tyłach osiedla. Czysty, który ubrany był w ciemne zimowe adidasy za kostkę, granatowe dżinsy i biało-czarną puchówkę, wypatrywał swojego klienta, popijając coca- colę ze szklanej butelki. Patus zaś skupiony był na opowiadaniu ziomkowi zabawnej historii z wczorajszego melanżu i bardzo przy tym gestykulował. Po chwili zauważył jednak, że Czysty, mimo że niby go słucha, w rzeczywistości myślami jest gdzie indziej.

– Ja tu się produkuję, a czy ty mnie w ogóle, kurwa, słuchasz?! – spytał podirytowany.

– Tak, jak najbardziej. Mów dalej – odrzekł, spoglądając w twarz koledze.

– I co, gdzie ten koleżka?! – spytał Patus, zmieniając temat.

Czysty spojrzał na czas na złotym zegarku z rubinowym cyferblatem i obojętnie wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Nie wiem, nie mam bladego pojęcia”.

Od strony ulicy Stockiej zaczął zbliżać się niechlujnie ubrany gość w wieku około trzydziestu pięciu lat i z daleka zaczął do nich coś wykrzykiwać.

– Siemasz mordeczko, pamiętasz mnie? Kurwa, no myślałem, że już cię nie znajdę. – hałasował narkoman.

Poprawiając palcem okulary, Czysty złowrogo patrzył się na niego i wkurwił się, że gość robi przypał.

– Idzie. Kurwa, co za przypałowiec – rzekł zirytowany diler.

Mateusz tylko czekał, aż ten podejdzie bliżej, żeby go zjebać, że zachowuje się zbyt głośno. Patus wytężył wzrok i odniósł wrażenie, że skądś zna tego typa. Gdy Boguś zbliżył się jeszcze bardziej, rudzielec nie mógł uwierzyć własnym oczom. Był to jego były wspólnik, na którym kiedyś poprzysiągł zemstę. Mimo że z czasem zapomniał o awanturze i przestał zwracać uwagę na blizny po cięciach brzytwą, to na jego widok wróciły wspomnienia i jak przez mgłę widział pojedyncze sekwencje z kłótni na Targowej.

Kiedy Czysty chciał wypalić do gościa z tekstem: „Skąd ty żeś się kurwa urwał, że taki siejesz przypał krzycząc i wymachując łapami”, Patus odezwał się pierwszy.

– Znasz tego typa?! – spytał wzburzony.

– No właśnie nie. Twierdzi, że nazywa się Rudy, jest szwagrem jednego z tych braci z warsztatu na Omulewskiej.

– Bzdura! – wykrzyczał Patus. – To jest Boguś, mój stary wspólas. Pierdolony ćpun!

Patus był nachlany wódą i naćpany kokainą. Krew buzowała mu w żyłach i z każdą sekundą rosło ciśnienie, aż cały poczerwieniał. Ściągnął usta i szybko oddychał przez nos. Zacisnął ręce i czekał aż narkoman podejdzie bliżej, a ponieważ czekał na tę chwilę ładnych kilka lat, było w nim tyle wkurwienia, ile podekscytowania. Boguś, przekonany święcie, że psy zaraz wejdą do akcji, pewnie podszedł do dwóch mężczyzn i wyciągnął do Czystego dłoń, żeby się przywitać, lecz ten nie odwzajemnił jego gestu.

– Kim ty, kurwa, jesteś!? Ja cię ni chuja nie znam! – odpowiedział wprost Mateusz.

Boguś wiedział, że za wszelką cenę musi Czystego zatrzymać do chwili, aż go aresztują, bo jeśli spierdoli, będzie to oznaczało początek prawdziwych problemów ćpuna.

– Mordo, poważnie mnie nie kojarzysz?! – Boguś za wszelką cenę próbował wkręcić Czystego. – Musiałeś być na urwanym filmie, jak ostatnio gadaliśmy.

Patus milczał, lecz był tak wkurwiony, że było kwestią czasu aż wybuchnie i wręcz rozszarpie na kawałki byłego wspólnika. Boguś rzucił okiem na kompana dilera i jego twarz wydała mu się znajoma. Heroinowy głód sprawiał, że nie mógł się na niczym skupić, a co za tym idzie, miał duże trudności z przypomnieniem sobie, kim jest ten gość. Nagle jednak jakby dostał olśnienia. Był to nikt inny jak jego były wspólnik, z którym kilka lat wcześniej rozstał się w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach. Wprawdzie bardzo się zmienił od kiedy widzieli się ostatni raz, ale niezaprzeczalnie to był on. Boguś zdał sobie wnet sprawę, w jakie gówno wdepnął. Nie dość, że wystawił dilera, to jeszcze akurat teraz musiał natknąć się na Patusa. Czuł, że nie obejdzie się bez konfrontacji. Nie w przypadku Patusa.

– Patus? – spytał zdziwiony.

– Taa, a myślałeś, że kto, śmieciu?! – rzucił Patus, zaciskając jeszcze mocniej pięści.

Boguś w ułamku sekundy przypomniał sobie kłótnię, w konsekwencji której rudzielec wylądował w „Praskim” z ranami ciętymi. Przeświadczony, że zaraz wkroczą psy, czuł się pewnie, a ponadto obelga tak go zabolała, że postanowił się odgryźć.

– Śmieciu?! Powinienem ci wtedy jeszcze ryj pochlastać, żebyś lepiej mnie zapamiętał!

Sprowokowany ćpun przestał zwracać uwagę na Czystego, który ze zdziwieniem przyglądał się kłótni obu mężczyzn, zdumiony, że się znają. Żądny zemsty prażanin, który od kilku dni był w uderzeniu, kierował się teraz wyłącznie emocjami, co całkowicie pozbawiło go trzeźwego spojrzenia na sprawę. W prawej kieszeni bluzy jego dresowych spodni znajdował się „motylek”. Mimo że nigdy wcześniej nie użył go wobec innej osoby, często się nim bawił, przez co praktycznie do perfekcji opanował umiejętność jego błyskawicznego otwierania.

– Taki z ciebie kozak?! – wykrzyczał Bogusiowi prosto w twarz były kompan. – Myślałeś chojraku, że już zapomniałem?!