Grobowa cisza, żałobny zgiełk - Yoko Ogawa - ebook
BESTSELLER

Grobowa cisza, żałobny zgiełk ebook

Yoko Ogawa

4,2

138 osób interesuje się tą książką

Opis

Yōko Ogawa, autorka Ukochanego równania profesora, to jedna z najbardziej wszechstronnych japońskich pisarek. Z tym samym mistrzostwem snuje ciepłe, kameralne opowieści o rodzinie, jak i przejmujące grozą opowiadania o tęsknocie, zazdrości i śmierci…


Taka właśnie jest Grobowa cisza, żałobny zgiełk. Trzynaście powiązanych ze sobą opowieści, które wciągają nas w spiralę świata, z którego trudno uciec. Historia, która zaczyna się niewinnie – od słonecznego dnia i tortu z truskawkami, zabierze nas do pracowni kaletnika, szyjącego torbę na ludzkie serce, do ogródka pełnego marchewek w kształcie ludzkich dłoni, do muzeum tortur.


Grobowa cisza, żałoby zgiełk to powieść szkatułkowa, która zachwyca tym bardziej, im głębiej zaglądamy do misternej szkatuły, w której autorka układa swoje przerażająco piękne opowieści. Wystarczy tylko uchylić wieczko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
kaxbe1972

Nie oderwiesz się od lektury

Nie przepadam za krótką formą. Tu jest jednak inaczej. Historie zawarte w niniejszym zbiorze zostały że mną. Opowiadania z niniejszego zbiorku należy czytać po kolei. Każde kolejne opowiadanie nawiązuje do poprzedniego (w mniejszym lub większym stopniu). Z czystym sercem i bardzo gorąco polecam.
00
bedzieczytane

Nie oderwiesz się od lektury

Lubię czytać opowiadania. Te zostaną ze mną na długo,a może i na zawsze?
00
azutodragon

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, którą można czytać i czytać. Jest w niej groza ale nie taka jak w horrorach, tylko taka z nutką niepokoju, który dotyka serca. Sama kompozycja utworu to majstersztyk.😍
00

Popularność




Grobowa cisza, żałobny zgiełk

寡 黙 な 死 骸 み だ ら な 弔 い

Popołudnie w cukierni

Była wyjątkowo piękna niedziela. Niebo bez jednej chmurki i suchy wiatr w koronach drzew. Jak okiem sięgnąć, wszystko lśniło blaskiem: dach stoiska z lodami, oczy bezpańskiego kota, kran z wodą pitną, a nawet oblepiona gołębimi odchodami podstawa wieży zegarowej.

Plac tętnił życiem, pełen ludzi, którzy wyszli nacieszyć się wolnym dniem. Na stoisku sprzedawca przy akompaniamencie przyjemnego dla ucha poskrzypywania skręcał balony w zwierzęce mordki, a dzieci zadzierały nosy, by podziwiać jego dzieła w nabożnym zdumieniu. Na ławce siedziała starsza pani i dziergała na drutach sweter. Gdzieś zawył klakson, podrywając do lotu całe stado gołębi. Niemowlę zapłakało wystraszone, więc matka wzięła je na ręce.

Na zalanym słońcem placu wszystko było na swoim miejscu — nic dodać, nic ująć. Nawet uważny obserwator uznałby, że oto jest świat, który nic jeszcze nie utracił.

W lokalu nie było żywej duszy. Gdy tylko popchnęłam obrotowe drzwi i weszłam do środka, gwar z dworu ucichł. W powietrzu rozniósł się za to słodki aromat wanilii.

— Przepraszam? — zawołałam nieśmiało na próbę. Nikt nie odpowiedział, przysiadłam zatem na stołku i postanowiłam poczekać.

Nigdy wcześniej tu nie zaglądałam. Lokal był nieduży, ale w sam raz, urządzony schludnie i bez zadęcia. Ciasta, placki i czekoladki czekały we wzorowym porządku wewnątrz szklanej gabloty, na półkach po obu stronach stały rzędem puszki z ciastkami, a na kontuarze za kasą piętrzył się stos arkuszy ozdobnego papieru w śliczną, niebiesko-pomarańczową kratkę.

Wszystko wyglądało pysznie, ale i tak od początku wiedziałam, co kupię. Dwa kawałki tortu truskawkowego. Nic więcej.

Dzwon na wieży zegarowej wybił czwartą. Gołębie znów stłoczyły się w chmarę i wśród trzepotu skrzydeł przecięły plac, by sfrunąć na ziemię przed kwiaciarnią, skąd rozeźlona ekspedientka próbowała je przegonić mopem. Pogubione szare pióra kołysały się w powietrzu.

Obsługi wciąż nie było. Myślałam już, żeby się poddać, lecz dopiero co przeprowadziłam się do tego miasteczka i nie znałam żadnej innej dobrej cukierni.

Poza tym spodobało mi się tutaj. Niby pozostawiono mnie samej sobie, ale nie brałam tego za afront; w panującej ciszy czuło się raczej aurę dyskrecji. Promienie słońca miękko padały na szklaną gablotę, słodycze cieszyły oko, a na stołku wygodnie się siedziało.

— Nikogo nie ma?

Nagle do sklepu weszła starsza kobieta. Była niska i krępa, przepasana znoszonym fartuchem z plastiku. Na krótką chwilę gwar z dworu wkradł się do wnętrza cukierni, by znów zamrzeć, jak nożem uciął, wraz z zamknięciem drzwi.

— Klientka czeka! Gdzie ona się podziała? Masz ci los… Do czego to podobne zostawić klientkę bez opieki? — Obróciła się do mnie z uśmiechem. — Pewnie wyszła coś załatwić. Zaraz wróci.

Staruszka usiadła obok mnie. Lekko skinęłam jej głową.

— Właściwie sama mogłabym panią obsłużyć… Sprzedaję tu hurtem przyprawy. Mniej więcej wiem, co i jak.

— Dziękuję, ale nie ma potrzeby. Nie spieszy mi się.

Przez jakiś czas czekałyśmy razem. Kobieta to poprawiała sobie apaszkę zawiązaną na szyi, to stukała czubkami butów w podłogę, to bawiła się suwakiem czarnej saszetki, w której chyba trzymała pieniądze. Zdałam sobie sprawę, że głowi się nad tematem do rozmowy, którą mogłybyśmy wypełnić czas.

— Mają tu naprawdę dobre ciasta. Korzystają tylko z moich przypraw, bez żadnych szemranych dodatków.

— Dobrze wiedzieć.

— Zwykle jest większy ruch, tylko dzisiaj jakoś tak dziwnie pusto. Bywa, że kolejka ciągnie się jeszcze przed sklepem.

Różni ludzie mijali witrynę: młoda para, elegancki starszy pan, turysta, policjant na patrolu. Nikt jednak nie zwracał uwagi na cukiernię.

Kobieta obróciła się w stronę placu i zaczęła przeczesywać palcami siwe loki. Z każdym ruchem roztaczała wokół siebie zagadkową woń, w której mieszały się nuty leczniczych ziół, przejrzałych owoców i tworzywa fartucha. Przypomniała mi się mała szklarnia, w której mój ojciec hodował kiedyś orchidee. Dzieciom surowo zabroniono tam wchodzić, ale raz się zakradłam. Od drzwi uderzył mnie bardzo podobny, wilgotny zapach. Dlatego teraz nie było mi nieprzyjemnie — wspomnienia sprawiły, że czułam raczej z moją towarzyszką pewną bliskość.

— Dobrze, że jest tort truskawkowy… — odezwałam się, wskazując go palcem. — I to jaki. Sam krem i truskawki, bez wydziwiania z innymi owocami, galaretkami i sztucznymi figurkami. Biszkopt z prawdziwego zdarzenia.

— Oj, święte słowa. Ręczę za ten tort. To tutejsza specjalność. Wszystko dlatego, że do mąki dodają naszej specjalnej wanilii.

— Kupię dla syna. Dziś są jego urodziny.

— Naprawdę? No to wszystkiego najlepszego. Ile lat kończy?

— Sześć. Zawsze sześć. Mój syn nie żyje.

Dwanaście lat temu mój syn zmarł w lodówce. W zepsutej lodówce zostawionej na wysypisku. Udusił się na śmierć.

Gdy go zobaczyłam, nawet nie przyszło mi do głowy, że nie żyje. Nie było go w domu przez trzy dni, więc gdy nie podniósł głowy, uznałam, że pewnie nie może mi spojrzeć w oczy.

Obok jego ciała stała jak wmurowana obca kobieta z nieobecnym wyrazem twarzy. Od razu zrozumiałam, że to ona go znalazła. Miała splątane włosy, pobladłą twarz, a jej usta drżały. To ona bardziej wyglądała jak trup.

„Wcale się nie gniewam. No chodź. Mama cię przytuli. Kupiłam ci tort urodzinowy, wiesz? Wracajmy razem do domu”.

Ale on się nie ruszał. Skulił się sprytnie, pewnie żeby nie uderzyć o półki, tacki do jajek ani foremki na lód. Nogi trzymał razem, a twarz ukrył między kolanami. Tak długo przebywał w zamknięciu, że kontur jego pleców niemal rozpływał się w ciemności.

Lodówkę wypełniał mrok. Tylko na jego kark padało blade światło. Chudość szyi, kolor cery, niemal przezroczysty meszek na skórze… Wszystko tak bardzo znajome. Nie, to nie może być prawda. On po prostu śpi. To chyba oczywiste? Pewnie jest zmęczony, przecież nic nie jadł. Przenieśmy go gdzieś delikatnie, żeby się nie obudził. Niech się wyśpi do woli. W końcu sam otworzy oczy. Tak, to musi być to…

Ale tamta milczała jak zaklęta.

Nigdy nie spotkałam się z podobną reakcją. Na twarzy kobiety nie malowało się ani współczucie, ani zaskoczenie, ani wstręt. Nieważne, jak bardzo ludzie starali się przy mnie ukryć, co naprawdę czują, zawsze wiedziałam swoje. Od śmierci syna w każdej twarzy umiałam czytać jak w otwartej książce. Stąd od razu miałam pewność, że kobieta nie udawała.

Nie żałowała swojego pytania ani nie winiła mnie, że obarczam obcą osobę swoją przeszłością.

— Tym lepiej, że wybrała pani tę cukiernię. Robią tu najlepsze ciasta na świecie. Synek też się ucieszy. W gratisie dorzucają świeczki. Mają pudło pełne przepięknych świeczek, a tę, która najbardziej się spodoba, można sobie wziąć. Czerwone, niebieskie, różowe, żółte, w kwiatki, w motylki, w zwierzątka — do wyboru, do koloru.

Nawet się uśmiechnęła, w sposób, który dobrze pasował do ciszy tej cukierni. „Może ona nie rozumie, co to znaczy śmierć? — pomyślałam. — Albo przeciwnie, wie już o niej wszystko”.

Dotarło do mnie, że syn już nie wróci. Mimo to zostawiłam tort truskawkowy na stole, a potem całymi dniami obserwowałam proces rozkładu. Najpierw bita śmietana nabrała dziwnej barwy. Potem tłuszcz wypłynął na wierzch, rozlał się i pobrudził celofan. Truskawki zeschły i zaczęły przypominać główki zdeformowanych dzieci. Biszkopt stwardniał, rozkruszył się, by ostatecznie porosnąć pleśnią.

— Jaka piękna ta pleśń… — wymamrotałam. Piękna jak chmara krasnoludków, które sfrunęły ze swoich powietrznych kryjówek. Co rusz pojawiał się nowy. Wspólnie pokryły ciasto wielobarwną mozaiką misternych figur.

— Wyrzuć to świństwo! — huknął mój mąż.

W głowie mi się nie mieściło, jak można tak mówić o torcie dla dziecka. Rzuciłam mu tym tortem prosto w twarz. Jego włosy, policzki, szyja i biała koszula pokryły się kawałkami biszkoptu i pleśni. W powietrzu rozniósł się straszliwy odór. Widać taki właśnie jest zapach konania.

Kawałki tortu truskawkowego ustawiono w gablocie na honorowym miejscu, pośrodku górnego rzędu. Były raczej niewielkie, wykonane bez efekciarstwa. Każdy przyozdobiono trzema truskawkami. Nie wyglądały, jakby miały zacząć się rozkładać. Przeciwnie, zdawało mi się, że będą trwać wiecznie, nienadgryzione zębem czasu.

— Będę się zbierać. — Kobieta wstała ze stołka. Kiedy wygładzała zagięcia fartucha, kilkakrotnie wyjrzała w stronę placu, rozglądając się, czy ekspedientka nie wraca.

— Ja jeszcze chwilkę poczekam.

— Dobrze, dobrze.

Wyciągnęła rękę i lekko dotknęła mojej dłoni gestem tak absolutnie naturalnym, że przez chwilę nie mogłam zrozumieć, co się właściwie stało.

Miała szorstką, pooraną zmarszczkami dłoń, a pod paznokciami trochę brudu. Możliwe, że od ciągłego dotykania przypraw. A jednak biło od niej ciepło. Pewnie takie, jakie roztoczyłaby jedna z tamtych przepięknych świeczek z pudełka.

— Rozejrzę się w kilku miejscach za tą ekspedientką. Jak ją znajdę, powiem, żeby zaraz przyszła.

— Dziękuję.

— Co też pani, drobiazg.

Włożyła sobie saszetkę pod pachę i wyszła przez obrotowe drzwi. Zauważyłam, że rozluźnia jej się pasek od zawiązanego z tyłu fartucha, ale już nie zdążyłam jej zatrzymać, nim nie wmieszała się w tłum na placu. Znów zostałam sama.

Był bystrym dzieckiem. Umiał przeczytać całą książkę z obrazkami bez jednego błędu. Modulował głos tak, że każda postać mówiła inaczej — czy to świnka, król, robot, czy stary dziadek. Był leworęczny. Miał szerokie czoło i pieprzyk na uchu. Kiedy uwijałam się w kuchni, plątał mi się pod nogami i zadawał same trudne pytania. Kto wymyślił pismo? Czemu ludzie rosną? Co to jest powietrze? Dokąd idą ludzie po śmierci?

Przed moimi oczyma rozpościerało się morze śmierci. Nie jako konkretna ciecz, krajobraz, wspomnienie ani słowo — po prostu morze, przytłaczające swym ogromem. Nie było od niego ucieczki. Ani śladu wysepki, na której mogłabym zaznać wytchnienia. Jak okiem sięgnąć, zewsząd napierały tylko niekończące się grzbiety czarnych fal.

Zaczęłam zbierać artykuły o dzieciach, które spotkała okrutna śmierć. Codziennie chodziłam do biblioteki, przeszukiwałam wszystkie gazety i czasopisma pod kątem doniesień o tragicznych zgonach i robiłam ksero.

Jedenastoletnia dziewczynka zgwałcona i zakopana w lesie. Dziewięcioletni chłopiec porwany przez dewianta, znaleziony w drewnianej skrzynce na wino ze stopami odciętymi przy kostce. Dziesięcioletni uczeń podstawówki, który podczas wycieczki szkolnej do huty żelaza wysunął się przez pręty w poręczy prosto do pieca i momentalnie roztopił się na płynną masę.

Po powrocie do domu odczytywałam artykuły na głos. Recytowałam je jak magiczne inkantacje dniami i nocami.

Czemu wcześniej tego nie zauważyłam? Przesunęłam swój stołek i uważniej przyjrzałam się przestrzeni za ladą. Drzwi obok kasy były uchylone. Prowadziły do kuchni, w której stała młoda dziewczyna odwrócona tyłem — prawdopodobnie cukierniczka. Już miałam ją zawołać, ale przełknęłam słowa. Rozmawiała przez telefon. I płakała.

Nie słyszałam głosu, ale ramiona jej drżały. Prosto związane włosy chowała pod białym czepkiem. Robiła wrażenie schludnej, mimo że cały fartuch miała usiany plamkami kremu i czekolady. W smukłej, odwróconej sylwetce zachował się jeszcze ślad nastoletniej świeżości.

Nie wiedziałam, jak długo tam stała ani czy zdawała sobie sprawę z mojego towarzystwa. Po prostu raptem pojawiła się w kącie mojego pola widzenia.

Poprawiłam się na stołku. Na placu sprzedawca balonów wciąż wyczarowywał zwierzęce pyszczki, tu i tam gromadziły się stadka gołębi, kobieta na ławce dalej dziergała na drutach. Na pozór nic się nie zmieniło. Tylko cień wieży zegarowej wysmuklił się i wydłużył.

Kuchnia, tak samo jak sklep, tchnęła czystością. Wysłużone miski, noże, trzepaczki, sitka i rękawy cukiernicze — wszystko odłożono już na swoje miejsca po całodziennej pracy. Na podłodze nie było nawet odrobiny mąki, czyste ścierki suszyły się w idealnym porządku, a piekarnik chyba jeszcze nie ostygł. Pomieszczenie musiało służyć już długie lata; choć nienowe, wciąż było troskliwie zadbane.

Dziewczyna miała piękny płacz. Bezgłośny, bezdźwięczny. Taki, który dobrze pasował do kuchennej atmosfery. Każde drżenie ramion wprawiało włoski na karku w lekki ruch. Spuszczone oczy patrzyły w blat, a ciało łagodnie opierało się o piekarnik. Prawa ręka, w której ściskała serwetkę, zamarła w bezruchu. Nie widziałam jej twarzy, lecz w linii podbródka, bladości szyi i ułożeniu palców na słuchawce krył się smutek.

Nie miałam pojęcia, dlaczego płakała. Może pokłóciła się z ukochanym? Może coś jej nie wyszło w pracy? Tak naprawdę nie dbałam o powód. Płacz tak prawdziwy i czysty nie domaga się powodu. Jedyne, czego pragnęłam, to w nieskończoność chłonąć go wzrokiem. Dobrze wiedziałam, jak smutek nawiedza człowieka i jak płyną łzy.

Drzwi, które nie ustąpią pod żadnym naporem, żadnym łomotem. Krzyk, który nigdzie nie dotrze. Mrok, głód, ból. Stopniowo narastająca duszność. Pewnego dnia zrozumiałam, że muszę doświadczyć wszystkich cierpień, których zaznało moje dziecko, albo nigdy nie uwolnię się od mojego smutku.

Najpierw odłączyłam lodówkę od prądu i wyjęłam ze środka całe jedzenie: resztki sałatki ziemniaczanej z poprzedniego wieczora, kawałek szynki, jajka, kapustę, ogórki, zwiędłe liście szpinaku, jogurty, piwo, mrożonki, lód, wieprzowinę… Na oślep porozrzucałam to wszystko dookoła siebie.

Keczup się wylał, jajka rozbiły, a lody stopniały. Im bardziej podłoga przypominała pobojowisko, tym pełniej lodówka odsłaniała swoje mroczne wnętrze. Zrobiłam wydech, skuliłam plecy i powoli całym ciałem wsunęłam się do środka.

Gdy zamknęłam drzwi, wszelkie światło znikło. Nie wiedziałam nawet, czy mam otwarte, czy zamknięte oczy. W końcu pojęłam, że tutaj nie ma to żadnego znaczenia. Na ścianach lodówki ostał się jeszcze chłód.

Z której strony nadchodzi śmierć? Zastygłam w oczekiwaniu. Otoczył mnie znajomy zapach. Towarzyszył mi, gdy patrzyłam na syna: wilgotny, nieodgadniony, z ledwo wyczuwalną nutą słodyczy. Nagle przypomniałam sobie, że roznosił się też w szklarni taty, kiedy zakradłam się tam jako mała dziewczynka. Mogłam mieć wtedy tyle lat, ile teraz mój syn. Z tym odkryciem wreszcie poczułam spokój.

— Co ty wyprawiasz?

Mąż gwałtownie pociągnął za drzwi lodówki. Zabrakło mu dalszych słów, więc tylko szarpał moje zaciśnięte w pięści dłonie.

— Jeszcze trochę i bym się z nim spotkała. Czemu przeszkadzasz? Idź sobie.

Bezcenny zapach rozpływał się w powietrzu. Aby go znów poczuć, wyzwoliłam ręce z uścisku i spróbowałam na powrót zamknąć się w lodówce.

— Dość tego!

Wyciągnął mnie na zewnątrz i uderzył. Całe ciało miałam umazane sosem, żółtkiem i przecierem pomidorowym. Kleiło się, jakby miało już nigdy się nie domyć. Tego dnia mąż odszedł.

Zobaczyłam spadającą łzę. Dziewczyna mocno ściskała serwetkę w ręku. Nikt z tłumu na placu nie wiedział, że ktoś płacze w kuchni cukierni. Jedynym świadkiem byłam ja — kobieta, która przyszła kupić zmarłemu synowi tort na urodziny.

Nie wiedzieć kiedy, promienie słoneczne nabrały innego kolorytu. Zza krańców dachu ratusza na niebie zaczął rozsnuwać się zachód słońca. Większość balonów się wyprzedała, zostały tylko nieliczne. Wokół wieży zebrali się ludzie z aparatami fotograficznymi w dłoniach, czekając na pokaz ruchomych figur, który miał nastąpić z wybiciem piątej.

By załatwić to, po co przyszłam, wystarczyło się odezwać, ale nie zrobiłam tego. Przeciwnie, wstrzymałam oddech, żeby dziewczyna nie odkryła mojej obecności. Jej wykrochmalony fartuch był nieco za duży, co tylko dodawało jej uroku. Spocona szyja, pogniecione mankiety i wystające spod nich długie palce — wszystko to składało się na obraz prawdziwej cukierniczki. Mogłam sobie wyobrazić, jak wyjmuje ciasto z buchającego parą piekarnika, wyciska bitą śmietanę i pieczołowicie układa kolejne truskawki, tworząc tort, który nie ma sobie równych.

Kilka lat po tym, jak zostałam całkiem sama, otrzymałam przedziwny telefon. Dzwonił jakiś chłopiec o nieznajomym głosie. Mimo wyraźnego stresu wysławiał się bardzo uprzejmie.

— Przepraszam, czy zastałem…

Wstrzymałam oddech i zamarłam. Nie było wątpliwości, że wymówił imię mojego zmarłego syna.

— Nie, nie ma go… — wydobyłam głos gdzieś z głębi gardła.

— To ja zadzwonię innym razem. Chodzi o zjazd absolwentów naszego gimnazjum. Kiedy wróci?

Upewniłam się jeszcze raz co do imienia.

— Tak, zgadza się — odparł obojętnie.

— Jest teraz za granicą. Chodzi tam do szkoły.

— O, naprawdę? Szkoda. Miałem nadzieję, że się zobaczymy — powiedział, jakby naprawdę było mu żal.

— Przyjaźniliście się?

— Tak. Byliśmy razem w kółku teatralnym. On był przewodniczącym, a ja — jego zastępcą.

— W kółku teatralnym…

— Wygraliśmy etap miejski konkursu i razem uczestniczyliśmy w krajowym. No, przecież to była adaptacja Pasji życia. On grał van Gogha, a ja jego młodszego brata, Theo. Nigdy nie mogłem mu dorównać… Pod względem powodzenia u dziewczyn też nie. To był chłopak, który błyszczał wszędzie, nie tylko na scenie.

Mówił o jakiejś kompletnie obcej osobie, ale nie straciłam rezonu. Nie próbowałam też wyprowadzić go z błędu. Przecież mój syn tak świetnie czytał książki z obrazkami, że na pewno dostałby główną rolę w sztuce. Żadnego błędu w tym nie było.

— Dalej zajmuje się teatrem?

— Mhm…

— Naprawdę? Tak podejrzewałem. Może pani mu przekazać, że dzwoniłem?

— Oczywiście. Przekażę.

— W takim razie dziękuję.

— To ja dziękuję. Do widzenia.

Odłożył słuchawkę. Tymczasem ja trwałam tak jeszcze chwilę, wsłuchana w monotonny dźwięk sygnału. Nigdy się nie dowiedziałam, kto to był.

Zegar wybił piątą. Gołębie wzleciały ponad dach ratusza. Gdy wybrzmiało piąte uderzenie, pośrodku muru wieży otworzyły się drzwiczki, odsłaniając wirujące figurki żołnierzy, kogutów i kościotrupów. Zegar był już bardzo stary, więc mechanizm się zacinał, a postacie zdążyły się pokryć warstewką brudu. Koguty wyciągały szyje jak do piania, kościotrupy wyginały się w komicznym tańcu, gdy nagle z tyłu wyfrunął anioł, bijąc złotymi skrzydłami, a żołnierze mu zasalutowali.

Dziewczyna odłożyła słuchawkę. Pospiesznie uspokoiłam emocje, ale ona jeszcze dłuższą chwilę patrzyła na telefon. Wreszcie głęboko odetchnęła i wytarła serwetką łzy.

W duchu powtarzałam sobie, co powiedzieć, gdy odwróci się w moją stronę.

„Poproszę dwa kawałki tortu truskawkowego”.

°

Sok

— Jesteś zajęty w niedzielę? — zapytała ni stąd, ni zowąd. Tak mnie zaskoczyła, że zapomniałem języka w gębie.

— Jeśli masz plany, to nie będę zawracać ci głowy…

W bibliotece po lekcjach wiało pustką. Przez okna wpadały promienie zachodzącego słońca. Dziewczyna stała ze wzrokiem wbitym w ziemię, na wpół ukryta w cieniu regału. Wieczorne światło padało na nią od tyłu, dodając jej długim włosom bursztynowych refleksów.

— Niespecjalnie — odparłem szorstko, żeby ukryć zmieszanie. Chodziliśmy do jednej klasy, ale do tej pory nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Ba, do tej chwili nawet nie miałem okazji dokładniej jej się przyjrzeć.

Może chciała mnie zaprosić na randkę? To była najbardziej trywialna możliwość, i to całkiem przyjemna. Nic nie wiedziałem o tej dziewczynie, ale robiła na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie.

Nie mogłem się jednak pozbyć nieufności i przekonania, że lepiej nie wysnuwać pochopnych wniosków. W jej zachowaniu nie było bowiem śladu radosnego podniecenia. Nie wydawała się zawstydzona, nie próbowała mnie kokietować. Jej pytanie zabrzmiało po prostu przepraszająco.

— Chciałabym, żebyś poszedł ze mną w jedno miejsce.

— Jakie?

— Do francuskiej restauracji. Muszę tam coś załatwić w niedzielę o dwunastej. Zupełnie mi to nie na rękę, ale tak wyszło i już nic nie poradzę… Oczywiście nie chcę ci robić kłopotu. Wystarczy, że zjemy razem lunch — wyjaśniła z wahaniem, gładząc grzbiet książki. — Dobrze wiem, że nie mam prawa cię o nic prosić. Jeśli nie chcesz, to powiedz wprost.

Z każdym słowem kuliła ramiona i mrużyła oczy, jak gdyby chciała stać się jak najmniejsza i zamknąć się przed światem w granicach cienia. Z sali gimnastycznej dobiegł nas słaby odgłos uderzanej piłki.

— Dobra. Mam tylko jeść, tak? Nie ma sprawy — odparłem. Szczerze mówiąc, w głowie kłębiło mi się mnóstwo pytań. Po co to wszystko? Dlaczego wybrała akurat mnie? Postanowiłem jednak nie dociekać. Bałem się, że w obliczu konieczności dalszych wyjaśnień naprawdę rozpłynie się w półmroku.

— Dziękuję — powiedziała z wyraźną ulgą. Nareszcie podniosła wzrok i obdarzyła mnie uśmiechem. Poczułem ukłucie rozczarowania, bo w ostrych promieniach słońca nie widziałem dokładnie jej twarzy.

Kelnerka poprowadziła nas do prywatnej salki w głębi lokalu. Mężczyzna siedział już na miejscu, sącząc aperitif o jaskrawym, czerwono-fioletowym kolorze. Zakładałem, że przyprowadzi sekretarkę albo ochroniarza, ale zjawił się sam.

Z sufitu zwieszał się żyrandol, tu i ówdzie porozstawiano kwiaty, a od srebrnych sztućców bił blask. Stół był wyraźnie za duży na naszą trójkę. Biel obrusa aż raziła oczy.

Moi towarzysze nie wymienili nawet powitalnych uprzejmości. Wyrwało im się tylko parę odzywek bez znaczenia, jakieś „cóż” i „hmm”. Czekałem, aż dziewczyna mnie przedstawi, ale ona siedziała bez słowa komentarza na mój temat, aż w końcu moment, gdy mogłem ją wyręczyć, przeminął.

— Zamawiajcie, co chcecie — powiedział znowu. Powtarzał to za każdym razem, gdy nie mógł znieść przeciągającego się milczenia. Dziewczyna poprawiła się na krześle i grzecznie wertowała kartę od deski do deski. Na pierwszy rzut oka było widać, że wcale nie wybiera dań, tylko stwarza pozory, żeby jakoś znieść tę ciszę. Ja z kolei wodziłem palcem po krawędziach złożonej w skomplikowany wzór serwety.

— Wiesz, że moja mama jest w szpitalu? — odezwała się w metrze w drodze do restauracji. Potrząsnąłem przecząco głową. Wiedziałem tylko, że mieszka sama z matką. Ktoś w klasie puścił plotkę, że jest nieślubnym dzieckiem, ale nie pamiętałem szczegółów.

— Rak wątroby. Nie zostało jej dużo czasu.

Nawet wśród łoskotu metra jej głos zadźwięczał mi w uszach jasno i wyraźnie.

— Niedawno przekazała mi swoją ostatnią wolę. Jeśli coś jej się stanie, mam się udać do tego człowieka po wsparcie, bo „na pewno mi pomoże”.

Wyjęła wizytówkę z kieszeni spódnicy. Chyba musiała ją tam długo trzymać, bo brzegi zdążyły się wystrzępić. Na papierze wydrukowano nazwisko dosyć znanego parlamentarzysty, który do niedawna był chyba ministrem pracy czy komunikacji.

— Z twoją mamą jest aż tak źle? — ostrożnie dobierałem słowa, bojąc się zranić ją jakimś niezręcznym wyrazem pocieszenia.

— Już cztery miesiące leży w szpitalu. Sama prowadzę dom.

Miała na sobie spódnicę z lekkiej, miękkiej tkaniny i bluzkę w kwiatki. Kołnierzyk i mankiety były porządnie zaprasowane. Wyglądała jeszcze poważniej niż w mundurku.

Była najbardziej niepozorną osobą w całej klasie. Podczas zajęć właściwie się nie odzywała. Nawet gdy wywołana do odpowiedzi tłumaczyła angielskie czytanki albo rozwiązywała równania na tablicy, nie opuszczała jej aura nieprzeniknionego spokoju. Tak jakby cały czas pilnie uważała, by nie robić niepotrzebnego hałasu. Nie miała bliskich przyjaciół, nie należała do żadnego kółka, a przerwy lunchowe spędzała, jedząc sama w kącie.

A jednak nikt — ze mną włącznie — nie uważał jej zachowania za coś nienaturalnego. Nikt jej specjalnie nie unikał, w nikim nie budziła dyskomfortu. Ten dyskretny sposób bycia dobrze do niej pasował. W jej jasnej karnacji, długich, prostych włosach i cieniach pod oczami, które pojawiały się, gdy pochylała głowę, taiła się niezmącona cisza.

Wciąż przepraszała, że żyje — tak najtrafniej można było określić jej zachowanie. „Proszę, nie zwracajcie na mnie uwagi — zdawała się mówić. — Przecież tak się staram nie rzucać w oczy…” Wśród takich mamrotań pogrążała się w swojej samotnej ciszy.

— Czyli to będzie wasze pierwsze spotkanie? — Wskazałem wizytówkę podbródkiem.

— Tak.

— Nigdy się nie widzieliście? Nawet jak byłaś dzieckiem?

— Aha — kiwnęła głową.

Spojrzałem na dłoń, w której trzymała wizytówkę. Była tak blisko, niemal w zasięgu mojego oddechu, a ja — jakbym pierwszy raz odkrył jej istnienie — nie mogłem oderwać od niej wzroku.

— Jest coś, czego nie lubicie? — zapytał.

— Nie — odparliśmy jednocześnie.

Mężczyzna zamówił długą listę potraw, dyktując tak szybko, że kelnerka ledwo mogła nadążyć. Miał ton człowieka, który przywykł do wydawania rozkazów. Talerze jeden po drugim wjeżdżały na stół, a my po kolei opróżnialiśmy je do czysta.

Gdy za kelnerką zamknęły się drzwi, w salce zapadła cisza. Tylko odgłosy przełykania i żucia dzwoniły mi w uszach. Mężczyzna nie sięgał już po alkohol.

Wyglądał starzej niż w telewizji. Skóra na szyi mu obwisła, a na twarzy i po zewnętrznej stronie dłoni pokryła się plamami. Był niskiego wzrostu, ale dobrze zbudowany; miał duże uszy i zaczynał łysieć.