Grimm City. Wilk! - Jakub Ćwiek - ebook

Grimm City. Wilk! ebook

Jakub Ćwiek

4,0

Opis

Przyznaj, spodziewasz się baśni

Miasto Grimm – ponura, spowita obłokami tłustej czerni metropolia to miejsce, gdzie o sprawiedliwość równie trudno, co o bezchmurne niebo. Zbudowane na ciele olbrzyma, napędzane jego smolistą krwią i odłamkami węglowego serca trwało w dawno ustalonym porządku. Do teraz. Na przestępczą scenę wkracza właśnie bezkompromisowo Nowy Gracz, a oficer policji Wolf zostaje brutalnie zamordowany we własnym domu. Czy te fakty się łączą? I czy czerwony płaszcz z kapturem zaobserwowany u głównej podejrzanej w sprawie zabójstwa czyni ze sprawy zbrodnię na tle religijnym?

Jakub Ćwiek tym razem funduje nam gorzki, brutalny kryminał noir w niezwykłym świecie inspirowanym amerykańskim podziemiem przestępczym lat dwudziestych i trzydziestych. W mieście, w którym rządzi strach i… opowieść.

W tym mieście nie wybacza się żadnych błędów!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Paulinie.

Miasto Grimm zawdzięcza jej tyle, że aż dziw, iż wciąż nie ma w nim swojej ulicy. Nadrabiając to niedopatrzenie choć w małym stopniu, książkę niniejszą, wdzięczny, dedykuję.

 

 

 

Rozdział 1

W ubiegłym tygodniu w aż dwunastu z dwudziestu trzech nieszczęśliwych wypadków, które miały miejsce na pograniczu dzielnic Reuben i Navalla Afiada, zginęli taksówkarze. Budziło to powszechne zaskoczenie i niepokój, bo do tej pory los zwykle ich oszczędzał i sprzedawał im raptem parę kuksańców, a potem kazał spierdalać i o wszystkim zapomnieć. Teraz jednak szczęście się skończyło i fach taryfiarza niemal z tygodnia na tydzień skoczył o kilka szczebli w górę drabiny najniebezpieczniejszych zawodów w Grimm City.

Niektórzy mówili, że to, co się działo, miało związek z Whistlerem Morse’em, jeżdżącym od trzydziestu lat taryfiarzem, który został koronnym i sypnął Ace’a Spade’a w związku z czystkami po zeszłorocznym wiecu wyborczym. Ale popularniejsza wersja sugerowała obecność nowego, niebezpiecznego gracza, który, przynajmniej na razie, bardzo mocno strzegł swojej prywatności. Sądząc po tym, co się mówiło na mieście, strzegł jej całkiem słusznie.

Dwunastu martwych taksówkarzy. Aż siedmiu spośród nich spłonęło żywcem wraz ze swymi pasażerami. Jednego zmiażdżyło, gdy skradziona ciężarówka wprasowała jego pojazd w ceglaną ścianę. Dwóch kolejnych próbowało uciekać i tych ukarano najpierw strzałami w nogi, a potem, już z bliska, w tył głowy. Przedostatni nie oparł się serii z automatu na skrzyżowaniu Trzydziestej i Piątej, a ostatniemu odcięto głowę i wraz z trzema innymi czerepami wywieszono ją na płocie hurtowni odzieży ochronnej niejakiego Petco Gibbildiego.

Nazwiska pasażerów taksówek dało się, jak stwierdziła policja, bez trudu powiązać z organizacjami przestępczymi i w zasadzie poza brutalnością niektórych zabójstw egzekucje na nich nie odbiegały od przyjętych przy porachunkach standardów. Ci taksówkarze jednak to była kompletna nowość. Nic dziwnego, że Mikrus od rana rzygał.

***

Pokój sąsiadował z łazienką i zazwyczaj Alfie wielce to sobie chwalił, bo pozwalało mu to zwykle być w niej pierwszym rano, gdy przychodziła potrzeba. Tego dnia jednak dałby wiele, by zamienić się na pokoje z Mikrusem. O ile, rzecz jasna, ten wcześniej nie puścił pawia również i do łóżka.

Mikrus miał na imię Patrick i jak większość Patricków był drobnym, żylastym facetem o bladej gębie, ognistorudych, wiecznie nieuczesanych kudłach i oczach, jakby ciągle się dziwił. Nie potrafił usiedzieć cicho – a to śpiewał, a to gadał jak najęty – ale z drugiej strony uczynny był z niego gość i robotny i nigdy nie narzekał na kilkudniowe opóźnienia w płatności czynszu. „Wiem, jak to jest – mówił wtedy, klepiąc Alfiego w ramię. – Sam chciałem kiedyś zostać artystą”.

Nie został, bo jego ojcu nie przypasowało mieć w domu skrzypka, więc najpierw po pijaku połamał Mikrusowi wszystkie paluchy, a potem, gdy się zrosły, wysłał go na boks. Co w sumie nie było taką złą decyzją, bo chłopak miał talent i zdobył parę drobnych tytułów, a wycofał się w porę, zanim zainteresowali się nim wielcy miasta. Zarobiony szmal zainwestował w licencję taksówkarską, bo wszyscy wiedzieli, że choć kosztuje to drogo, to jak się uda, człowiek ma pewny i w miarę bezpieczny zawód. I tak było, do zeszłego tygodnia.

Kolejny głośny rzyg prosto do muszli, a potem suchy kaszel. Alfie przewrócił się na wąskim łóżku i wcisnął głowę w poduszkę, ale wiedział, że to daremne. Mógł wiercić się jeszcze parę minut, wściekając coraz bardziej, albo wstać teraz, wypić kubek kawy i przygotować się na rozmowę ze współlokatorem. Bo że rozmowa nastąpi, tego był pewien. Nie miał tylko pojęcia, co mu dziś odpowie.

W teorii jazda taksówką bez papierów wiązała się z bardzo poważnymi konsekwencjami. Ogromne pieniądze, te oficjalne i te puszczane bokiem, jakie wiązały się z udzielaniem licencji, jak również, swego czasu, mocne budowanie obywatelskiego przekonania, że wszechobecne, tanie i zawsze gotowe do podróży taksówki to wyraz troski włodarzy o obywateli, stanowiły ogromny kapitał, jakiego nie chciano rozmieniać na drobne przez pobłażanie nieuczciwym. Specjalne pojazdy, specjalne oznaczenia tychże, legitymacje ze zdjęciem. Fakt, kompletnie nieczytelnym, ale przez to dużo trudniejsze do podrobienia niż prawo jazdy wypisywane długopisem na świstku, jaki można było dostać w większości urzędów.

Wtedy, na początku, gdy patrol policji złapał za kółkiem taryfy kogoś, kogo nie powinno tam być, to w najlepszym przypadku ten ktoś tracił dorobek całego dnia, kilka zębów i ochotę na podszywanie się pod uczciwego obywatela. W najgorszym lądował w Domku Trzeciej Świnki, czekając na zarzuty.

Obecnie, choć zasady wciąż obowiązywały, nikt się nimi tak ściśle nie przejmował. Taksówkarzy było mniej, a wymagano od nich pełnej dyspozycyjności według grafików godzin i dzielnic, więc zwykle wszyscy przymykali oczy na to, czy po gorszej nocy posadziłeś za kółkiem szwagra czy dzieciaka. Byleby miał prawko, umiał jeździć i trzymał gdzieś zwitek albo dwa na łapówkę dla patrolu. I byle nie weszło ci to w krew.

Alfie jeździł czasem za Mikrusa i traktowali to jako wzajemną przysługę. Zwykle wtedy, gdy kumpel miał zły dzień, chorował albo zaplanował wypad za miasto z tą swoją cizią. Równie często któreś ze źródełek zarobkowych Alfiego przysychało na moment i potrzebował paru niebieskich ekstra, by utrzymać płynność. Trudno było żyć w mieście z muzyki, jeśli nie miałeś dojść do kogoś z klubów na Troll’s Face. A on swoje stracił dawno temu.

Kiedyś myślał co prawda, że odkuje się właśnie tu, w dolnym Reuben, historycznej kolebce jego ukochanego gatunku, d’lespri, ale dość szybko zdał sobie sprawę, że muzyka ta nie wzbudza już dziś takiego entuzjazmu jak dawniej. Nazwiska czy ksywy takie jak Ricky Klewon albo J.D. Mulders mało komu z młodych cokolwiek mówiły, a lokale, gdzie grywali, świeciły pustkami i zamykały się jeden po drugim. Dziś liczył się tylko S’n’W grany melodyjnie i prosto i śpiewany albo rzewnie i słodko, albo głośno i rubasznie, do czego Alfie miał może i głos, ale jakoś brakowało mu serca. A z czasem, gdy wyparła go konkurencja, również okazji.

Zostawały więc lekcje dla dzieciaków kartonów – rodzin aspirujących do klasy wyższej, gdzie matki nawet w kuchni miały nienaganną fryzurę i czysty fartuszek, a ojcowie nosili wpięte pod szyją kartonikowe kołnierzyki, zmieniane co pół godziny, by zachowały biel mimo smogu. Z tą pracą jednak też bywało różnie, raz lepiej, innym razem gorzej, i teraz właśnie było to gorzej. Co przemawiało za wzięciem zmiany, o co ani chybi zaraz miał go prosić Mikrus.

Z drugiej strony to nie tak, że go ta cała sytuacja z martwymi taksówkarzami nie ruszała zupełnie. Alfie też się bał i ani myślał nadstawiać karku za drobne. Choć może gdyby uważnie dobierał klientów? Mógłby nie zauważać tych lepiej wyglądających, brać tylko studentów albo matki z zakupami czy właśnie kartonów. Tacy zwykle płacili wyliczone, ale żaden sowity napiwek nie wynagradzał potencjalnego ryzyka. Pojeździłby do siedemnastej, akurat do końca dyżuru Mikrusa, a potem zdał mu taksówkę i może jeszcze namówił, by ten zawiózł go na Memoire, gdzie miał mieć rozmowę o pracę. Nic niezwykłego, właśnie korepetycje dla bogatego szczeniaka. Nie obiecywał sobie za wiele, wszystko to było palcem na wodzie pisane, ale kto wie, może… Chociaż nie, gówno prawda! Obiecywał sobie całkiem sporo, bo Memoire od Troll’s Face dzielił raptem parkan i dwie ulice. Gdyby to, jak gra, przypasowało ojcu dziecka, gdyby szepnął znajomemu właścicielowi klubu, może udałoby się wrócić za fortepian tam, gdzie dźwięki fal mieszają się ze śmiechem rozbawionych turystów, a brzęk monet…

Kolejny rzyg, a właściwie już tylko nieudana próba, przerwał te rozmyślania. Alfie odrzucił kołdrę, podniósł się z łóżka i ruszył w stronę ciasnej kuchni. Chciało mu się sikać, ale pomyślał, że da Mikrusowi jeszcze chwilę.

W perspektywie był jeszcze wychodek na korytarzu, do niedawna jedyna opcja w budynku, ale Alfie trochę się brzydził. Zamiast tego stanął więc przed szafką, nastawił wodę na gaz i wsypał kawy do kubka. Po namyśle sięgnął też po kubek współlokatora.

Ten zjawił się, akurat gdy woda się zagotowała. Alfie zalał obie kawy, a tę Mikrusa chciał uzupełnić mlekiem i cukrem, ale rudzielec zaoponował.

– Zrzygałbym się – stwierdził.

Alfie wzruszył ramionami, powstrzymując się od złośliwej uwagi. Wziął łyk, przyjemnie parząc sobie usta, potem drugi i odstawił kubek.

– Zaraz wracam – powiedział.

– Nie musisz mi mówić, kiedy chcesz się iść odlać – stwierdził Mikrus, upijając łyk swojej kawy. Skrzywił się, pokręcił głową i jednak posłodził. A potem dolał też trochę mleka.

Alfie tymczasem przeszedł przez przedpokój. Wszedł do łazienki na bezdechu, ale długo tak nie wytrzymał i gdy stał nad muszlą, odetchnął głęboko, a wtedy słodko-kwaśna woń wymiocin wdarła się do nosa i szarpnęła żołądkiem. Klepnął się w pierś raz, drugi, splunął gęstą, zabarwioną na beżowo śliną, a potem spuścił wodę i stanął przed umywalką.

Z lustra patrzył na niego tępawy, krótko ostrzyżony robol o kartoflowatym nosie, wyraźnie zarysowanej kwadratowej szczęce i uszach płasko przylegających do głowy. Ciemne linie pod wodnistoszarymi oczami już dawno pozbyły się statusu tymczasowych oznak zmęczenia i ewidentnie osiedliły się tam na stałe, a blizna ciągnąca się od lewej brwi aż po linię włosów z czasem rozłaziła się coraz bardziej i teraz w niczym nie przypominała już tej seksownej białej linii, o którą pytały go podchmielone dziewczęta w barach. Liczyły na romantyczną opowieść utalentowanego dziewiętnastolatka. Może o wielkiej miłości, o której tak często śpiewał, może o smutnym dzieciństwie, o którym miał dwa czy trzy kawałki… Dziś natomiast blizna wyglądała tak, jakby jakiś niezadowolony klient przeorał mu gębę tulipanem z butelki, bo jego zdaniem źle zagrał Balladę barmana. Co było zresztą prawdą. Alfie był wtedy tak naćpany, że nie poczuł ani tego, że nie wszedł w tonację, ani tego, że w konsekwencji mało nie stracił oka, a może i życia.

Chlusnął zimną wodą w tę gębę, by się obudzić, a potem jeszcze raz, bo go wkurzała. Potarł zarośnięty policzek, zerknął niechętnie na pędzel i brzytwę, wytarł ręce wciąż wilgotnym ręcznikiem i wyszedł z łazienki.

Mikrus już miał tę minę. Oczy spaniela, ale usta ściągnięte, jakby miał zamiar zachować godność do końca. Tylko zapyta. Raz. I niezależnie od tego, co odpowie Alfie, uszanuje jego decyzję. Obaj wiedzieli, że to totalna bzdura, podobnie jak bzdurne były w większości wymówki, których Mikrus czasem używał, gdy wyskakiwał z prośbą w ostatniej chwili, a muzyk miał już plany. Najczęściej powodem takich wyskoków była ta jego cizia i kto wie, czy jej jedynym celem nie było wtedy, by ich poróżnić. Alfie nie potrafił jej zrozumieć. Owszem, spali kiedyś ze sobą, na długo nim poznała Mikrusa. Był miły, zapłacił potem według stawki, zostawił nawet skromny napiwek. Może za skromny? Cholera wie, cizia miała ambicje.

Alfie sięgnął po kubek i upił kolejny gorzki łyk.

– Tak – powiedział po chwili.

– Co tak? – nie zrozumiał Mikrus.

Alfie posłał mu zniecierpliwione spojrzenie.

– Ale przed osiemnastą muszę być na Memoire, jasne?

– Robota?

– Nie, mewy dokarmiam.

Mikrus zaśmiał się sztucznie, po czym zrobił krok w stronę współlokatora i położył mu rękę na ramieniu.

– Dzięki, stary. Odwdzięczę się.

Alfie pokiwał głową, mając nadzieję, że owa wdzięczność nie przyjmie postaci żałobnego wieńca. Upił kawy i poczuł, że chętnie by zapalił. W sumie to następny plus dzisiejszej zamiany. Mógłby kupić paczkę marie levausów. Westchnął. Jak na takiego biedaka miał cholernie kosztowny gust.

– Ale wiesz, że kiedyś będziesz musiał jednak wrócić za kółko? – zapytał.

Mikrus skinął głową.

– Dla mojego żołądka „kiedyś” brzmi znacznie lepiej niż „dzisiaj” – stwierdził, a potem jak gdyby nigdy nic otworzył niemal pustą lodówkę w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby uzupełnić zwymiotowane braki.

Alfie dopił wciąż gorącą kawę dwoma haustami, opłukał kubek i ruszył do pokoju, po drodze biorąc z przedpokoju pokrowiec ze świeżo wypranym uniformem taksówkarskim. Założył go, czując, jak marynarka trzeszczy przy każdym ruchu, a spodnie wpijają się w krok i uda. Wbrew ksywie współlokatora byli z Mikrusem podobnego wzrostu, ale Alfie był sporo szerszy w barkach i klatce, a do tego łeb miał większy, więc służbowy kaszkiet ledwo nań wchodził. Żeby nie wyglądać jak ostatni kretyn, muzyk osadzał go na czubku głowy i zsuwał mocno na oczy, co może nie było regulaminowe, ale wyglądało nieźle. Tak jakby groźniej, mroczniej…

Wrócił do łazienki, gdzie przejrzał się w lustrze. Nabrał nieodpartego przekonania, że powinien był się jednak ogolić. Ale w sumie miał to w dupie.

– Powinieneś się ogolić – stwierdził w przedpokoju Mikrus. Miał już na nogach buty i identyczny uniform, w który wskoczył nie wiadomo kiedy. To on musiał odebrać samochód z dyspozytorni i pod koniec dyżuru go tam zdać, podpisując raport dzienny. Niektórych rzeczy nie dawało się przeskoczyć. – W sumie może jeszcze zdążysz, kiedy ja skoczę po wóz.

Alfie wzruszył ramionami.

– Już się ubrałem – odparł.

– Ale firma… – zaczął Mikrus i urwał, wiedząc, że to bez sensu. Machnął ręką i zdjął z wieszaka zapasowy kaszkiet. – Dobra, nieważne. Lecę. I jeszcze raz dzięki.

– W porządku – westchnął Alfie.

Wszystko, żebyś już nie rzygał, dodał w myślach. Przyszło mu na myśl, że szkoda, że jego ulubionych papierosów nie sprzedają na sztuki jak wszystkich, kurwa, innych.

***

Dzień był paskudny. Chmury wisiały nisko, dym z szybów i fabryk z Dystryktu Grumliga, zwanego Dzielnicą Mgieł, kłębił się więc na ulicach, a padający raz po raz przelotny deszcz wypełniał nierówności drogi czarną, tłustą wodą. Alfie nie znosił takiej pogody, takiego miasta skąpanego w brudnych szarościach. Jako człowiek o artystycznej duszy nie miał co prawda wątpliwości, że takie jest Grimm City od wewnątrz – przegniłe korupcją, brudnymi interesami, a z drugiej strony przesycone szarością dniówki lub gdzieniegdzie czarną rozpaczą – no ale po co się z tym zaraz obnosić? Po co zmuszać ludzi, by przywdziewali te śmieszne ceratowe wdzianka, zasłaniali usta i oczy i przemykali ulicami niczym spiskowcy lub złodzieje? Tak, w dni takie jak ten miasto najwyraźniej dokonywało aktu skruchy i odsłaniało swe poznaczone karty.

Ale, co Alfie musiał niechętnie przyznać, takie dni miały też plusy. A największy z nich, zwłaszcza w jego obecnej sytuacji, był ten, że mając w perspektywie brudny, śmierdzący i lepki autobus lub przebieżkę niemal na oślep od markizy do bramy, ludzie jakoś bardziej skłonni byli wykosztować się na taksówkę. Do jedenastej zrobił dziewiętnaście kursów i dobra passa mogła trwać dłużej, ale szmata do ścierania była już czarna jak noc, płyn do spryskiwaczy się skończył, a filtry powietrza wymagały natychmiastowej wymiany. Uznał, że to dobry pretekst, by wreszcie zjeść śniadanie, i zjechał na róg Dziesiątej i Trzydziestej Czwartej, gdzie przy stacji mieściła się niezła śniadaniownia. Nic nadzwyczajnego, ale kawa była na importowanej wodzie – wiedział to od Betsy czy Mitsy, kelnerki, która kiedyś tak bardzo chciała, by zagrał jej Wszystkie zachody słońca nad Earlis – i regularnie zmieniali filtry powietrza. Tak że nawet w najgorsze dni naleśniki nie dostawały, jak mawiał, nagłej sadzolukrozy.

Była kolejka, więc zaparkował na podjeździe. Przełożył do portfela zawartość kasetki i rzucił kluczyki chłopakowi z obsługi. Dzieciak mógł mieć szesnaście lat, ubrany był w brudny, dżinsowy kombinezon, spod którego, choć była jesień, wystawała tylko goła klata. Nosił sfatygowaną czapkę z daszkiem i żółte okulary ochronne. W tylnej kieszeni trzymał paczkę jednorazowych pokrowców do wykładania siedzeń, z drugiej wystawała głowa klucza nastawnego.

– Bak, filtry i zestaw na smutne dni – wyrecytował beznamiętnie Alfie.

– Aha – powiedział chłopak. – Płatność w kasie.

– Po śniadaniu.

– Aha.

Chłopak zabrał się do roboty, a Alfie ruszył w stronę restauracji wąskim chodnikiem ze spękanych płyt.

Na dzwonek nad drzwiami nie zareagował nikt prócz grubego kucharza w spoconym podkoszulku stojącego w progu wejścia do kuchni. Wsparty o futrynę czytał gazetę i palił, strzepując popiół do słoiczka stojącego na szafce przed nim. Gdy muzyk wszedł, uniósł wzrok, sapnął i spróbował zamachać gazetą tak, by dym nie wlatywał do otwartej kuchni. Wywołał jednak zupełnie przeciwny efekt.

Alfie rozejrzał się po długim i wąskim pomieszczeniu przywodzącym na myśl wagon restauracyjny. Dostrzegł dwóch policjantów, jednego nad kawą i kawałkiem szarlotki, drugiego siłującego się z przesmażonym stekiem. Ten pierwszy łypnął na muzyka podejrzliwie, a potem jeszcze raz, tym razem zatrzymując wzrok na dłużej, jakby chciał go sobie zapamiętać.

W ostatnim boksie w półmroku również siedziały dwie osoby, ale z perspektywy wejścia można było dostrzec tylko łysiejący czubek głowy jednego gościa i wznoszące się od czasu do czasu ręce drugiego. Gość albo migał, albo ekscytował się wyjątkowo cicho.

Alfie zdjął kaszkiet, strzepnął go o udo i powiesił na wieszaku. To samo zrobił z przymałą marynarką. Poprawił szelki, przeczesał włosy i tak przygotowany ruszył do kelnerki siedzącej w kącie za ladą. Uśmiechnął się szeroko, bo tu, przynajmniej kiedyś, dawało to szansę na otrzymanie świeższej kawy.

– Dobry – zagaił.

Kobieta, na oko bliżej pięćdziesiątki niż czterdziestki, podniosła się ze stołka i podeszła do blatu. Alfie przyjrzał się jej uważnie, przekrzywiając lekko głowę. Znał kiedyś taką piosenkę o ślicznej dziewczynie z okładki magazynu leżącego w jakiejś poczekalni. Co rusz ktoś brał pismo do ręki – a to żołnierz wracający z przepustki i cieszący się na spotkanie z dziewczyną, a to kobieta rozpaczająca po stracie… w sumie nieważne kogo. Na dziewczynę z okładki raz padał deszcz łez, innym razem ktoś suszył ją uśmiechem i tak w kółko. Papier wyblakł, pomarszczył się, zwiotczał, aż wreszcie ktoś zabrał magazyn, a z nim i pannę z okładki, i cisnął do rynsztoka. Kelnerka spokojnie mogłaby być tą właśnie dziewczyną.

– Coś nie tak, złociutki? – mruknęła.

– Wręcz przeciwnie, zastanawiam się, skąd panią znam – skłamał.

– A byłeś u nas kiedyś?

– Tak.

– To stąd. Co podać?

– Na pewno kawę. – Podrapał się po potylicy, gapiąc się na menu zapisane kredą nad barem. – A do tego bułkę z siekaną wołowiną na ostro. I szarlotkę na deser.

– Z lodami?

Zerknął na zdezelowaną lodówkę w kącie.

– Bez lodów.

– Trzydzieści pięć filów.

Zapłacił, dokładając od siebie sfatygowaną piątkę, a potem zajął miejsce w wolnym boksie, przy oknie. Miał stąd dobry widok na stację i chłopaka szwendającego się od wozu do wozu. Wyglądał na pracowitego i obrotnego, co w tym fachu, jeśli tylko nie był poza tym skrajnym idiotą, wróżyło całkiem dobrze, niezależnie od tego, czy chciałby robić dla kartonów, glin, czy tych drugich. Każdy był gdzieś, chcąc być gdzie indziej. Wszyscy potrzebowali fur na chodzie.

Kelnerka postawiła przed nim pusty kubek, nalała kawy z dzbanka i brodą wskazała na cukier ukryty za stojakiem na serwetki. Podziękował.

– Mleka?

Pokręcił głową. Przez moment zastanawiał się, czy spytać o Betsy, czy Mitsy, ale właściwie co by mu dała odpowiedź? Skosztował kawy, smakowała lepiej niż ta rano. Oparł się wygodnie, odchylił głowę i na moment przymknął oczy. Gdy je otworzył, dostrzegł nad sobą policjanta, tego od kawy i ciasta. Typ z wysp, jak Mikrus, choć postawniejszy i zdecydowanie twardszy. Nos miał krzywy, pewnie parę razy złamany, ostry niczym ptasi dziób. Usta wąskie i blade, prawie niewidoczne. Oczy jak szparki. Włosy złote z pasmami bieli. Wyjadacz, pomyślał Alfie. Tacy są, kurwa, najgorsi. Wyprostował się powoli, by okazać policjantowi szacunek, ale nie przestrach, który czuł. Psy jak ten wyspiarz wyczuwały niepokój na kilometr.

– W czymś pomóc, panie sierżancie? – zapytał.

– To twoja taksówka? – Policjant wskazał brodą na tankowany właśnie pojazd widoczny za oknem.

– Ee, korporacji – odparł Alfie. – Ale tak, ja nią jeżdżę.

Powoli, starając się ukryć zdenerwowanie, przeniósł wzrok na drugiego policjanta, właśnie spoglądającego na zegarek. Spieszy się, pomyślał. Dobra nasza!

– Czy coś się stało, panie oficerze? – zaryzykował. – Czy mam pokazać dokumenty? Bo jeśli tak, to mam w marynarce.

Nie miał ich tam, leżały w schowku pod siedzeniem w samochodzie, ale ten drugi policjant już drugi raz zerknął zniecierpliwiony najpierw na partnera, a potem na własny nadgarstek. Alfie uznał więc, że blef ma szansę chwycić, że mu odpuszczą. W innym przypadku raczej wątpił, by ten sierżant niuchacz zadowolił się łapówką. Widać to było w jego spojrzeniu, w tym, jak wypatrywał tego, co wcześniej jedynie wyczuł.

Coś mu nie pasowało.

– Tearson, musimy iść – powiedział drugi policjant, a sierżant machnął ręką, że już idzie.

– Uważaj na siebie, synu – powiedział tylko. – Mój chłopak też…

Urwał, wyprostował się i obciągnął mundur, a potem podniósł ze stolika w swoim boksie służbową czapkę, wcisnął ją na głowę i wyszedł z lokalu w ślad za partnerem.

Alfie odetchnął.

Zaraz potem zjawiła się kelnerka, kładąc przed nim przepołowioną podłużną bułkę wypełnioną aromatycznym mięsem i sporą ilością żółtego sera. Podziękował i za to, ale choć skinęła głową, nie odeszła.

– Jego synowi przedwczoraj odrąbano głowę – powiedziała cicho, jakby do siebie. Patrzyła w dal, za okno, w stronę stacji, a pewnie jeszcze dalej. – Przychodzili tu czasem we dwóch, szczeniak kochał się w naszej Betsy. Czasami człowiek to już nie wie, jak sobie z tym skurwysyństwem radzić. Czarne serca mają. Czarniejsze niż ten śmierdziel pod nami.

Ostatnie słowa skierowała już wprost do niego, a on, przeżuwając spory kęs kanapki, mógł tylko przytaknąć i jęknąć coś idiotycznie.

Westchnęła i pokręciła głową z dezaprobatą. Nie wiedział, czy nad nim, czy nad światem.

– Dolewka?

Skinął, że tak, więc wróciła za bar po dzbanek. I wtedy kolejny raz zadzwonił dzwonek nad drzwiami.

W pierwszej chwili dostrzegł tylko kawałek czerwonego kaptura wystający znad boksowych oparć, zaraz jednak dziewczyna wyłoniła się zza siedzisk i mógł jej się przyjrzeć. Nie była zjawiskowo piękna, ale zwracała na siebie uwagę. Zgrabne łydki, sięgająca kolan ciasno dopasowana spódnica, na ramiona narzucony elegancki w kroju, ale jednocześnie nieprzyzwoicie czerwony ceratowy płaszczyk. Chusta zasłaniała usta i nos, a żółte okulary pozostałą część twarzy.

Gdy jednak powoli ściągnęła jedno, a potem drugie, Alfie aż gwizdnął z cicha. Buzia w serduszko, pełne usta, lekko zadarty nosek i ciemna oprawa oczu kontrastująca z niesfornymi kosmykami blond włosów wysuwającymi się spod kaptura. Wróżka, pomyślał. Pieprzona wróżka.

– Przepraszam? – zapytała głośno, lekko dziecięcym głosikiem. – Czy jest tutaj może kierowca tej taksówki ze stacji? Bardzo pilnie potrzebuję się gdzieś dostać.

Alfie przeniósł wzrok z dziewczyny na drugą połowę kanapki. Właściwie nie był już głodny i spokojnie mógł dojeść później. Wstał, podnosząc talerz, i podszedł do baru.

– Może mi to pani zapakować na wynos? – zapytał kelnerki, nie odrywając przy tym wzroku od dziewczyny w czerwonym kapturku.

– Będzie pięć filów za opakowanie – usłyszał w odpowiedzi.

Położył na blacie banknot jednodijramowy.

– Tylko drobne.

– W takim razie – wzruszył ramionami – cieszę się, że wcześniej byłem przewidujący.

Kelnerka w pierwszej chwili nie zrozumiała, a gdy w końcu do niej dotarło, burknęła coś i sięgnęła pod ladę po kartonowe pudełko pozbawione emblematów.

– To co się takiego stało? – zwrócił się Alfie do kapturka. – I gdzie mogę panią podwieźć?

– Na Mount Simeli. Numer dziewiętnaście. – Kompletnie zlekceważyła pierwszą część pytania.

Skinął głową, podziękował za pudełko pchnięte mu po blacie i ruszył w stronę wieszaka. Zerknął za okno. Akurat nie padało, więc odpuścił sobie zakładanie przyciasnej marynarki, wepchnął tylko kaszkiet na czubek głowy i zawadiacko zsunął daszek. Podszedł do drzwi i otworzył je szeroko. Zadzwonił dzwonek.

– Zapraszam.

***

Dziewczyna usiadła na tylnym siedzeniu taksówki i czekała niecierpliwie, aż Alfie ureguluje płatność i odbierze dodatkową paczkę specjalnych nawilżanych szmatek znakomicie radzących sobie z tłustym osadem. Chłopak ze stacji bardzo je polecał, mówiąc, że trudno w taką pogodę wierzyć tylko wycieraczkom. Alfie postanowił mu zaufać, zwłaszcza że były tanie, a do tego w promocji.

Wyraźnie potem chciał zapytać o coś jeszcze, ale dziewczyna zastukała w szybę i pokazała mu maleńki zegarek na przegubie. Wyglądał troszkę jak te jarmarkowe, zrobione z cukierków. Alfie pożegnał się więc z chłopakiem i obszedł auto.

Wsiadł, poprawił lusterko i odpalił silnik.

– Mount Simeli. – Poklepał się palcami po dolnej wardze. – To w Pępku, prawda?

– Słucham? – nie zrozumiała dziewczyna.

– Dzielnica.

– Aaa, to… – Sięgnęła pod płaszczyk i wyjęła stamtąd małą torebkę, a z niej niewielki czarny notes. Przewertowała kilka stron. – Dzielnica Grandmerkad…

– Czyli Pępek – skwitował Alfie i posłał jej w lusterku rozbawione spojrzenie. – Pani nie stąd, prawda?

– Chwilę temu wysiadłam na Sheppard Station.

Ruszył i po chwili włączył się do ślamazarnie wlekącego się ruchu.

– A skąd, jeśli można spytać? – drążył, zerkając raz po raz w lusterko. Właściwie więcej nawet uwagi poświęcał temu zerkaniu za siebie niż drodze. Przyglądał się, jak dziewczyna zdejmuje kaptur, luzuje zawiązaną pod szyją chustę… – I co panią pcha akurat do Pępka?

– Dużo pan pyta.

– Taki zawód. – Wzruszył ramionami. – No i nie wygląda mi pani na bankiera.

– A pan na taksówkarza, panie… – Pochyliła się, by spojrzeć na przypiętą do deski licencję Markusa, a jego owionął słodki zapach jej perfum. Bardzo słodki, jakby dobrała je specjalnie do tego dziecinnego zegarka. – Panie Creswell. To naprawdę pan? Na tym zdjęciu?

– To zależy.

Uniosła brew, a on posłał jej szeroki uśmiech.

– Czy tam u siebie jest pani z policji?

– Nie jestem – odparła całkiem poważnie i opadła na siedzenie. – Długo nam to zajmie?

Akurat rząd samochodów stanął i znajdowali się teraz na samiuteńkim środku zakorkowanego z każdej strony skrzyżowania. Klaksony pojękiwały, dostawczaki próbowały przebijać się szerokimi chodnikami do bram, a gazeciarze chodzili od kierowcy do kierowcy i wciskali im popołudniowe wydania gazet. Wszystko to w gęstej, tłustej zawiesinie spalin, po której blask kolorowych neonów rozlewał się jak tęczowe plamy oleju po kałuży.

– Raczej długo – stwierdził po chwili Alfie. – Zależy, jak szybko przejedziemy przez dolne Reuben, bo potem to już… – Zamyślił się. – Chwila, a w sumie nie łatwiej było pani kolejką? To w zasadzie jakieś trzy, może cztery przecznice od…

– Nie jestem stąd – weszła mu w słowo. – A poza tym to tylko przystanek na trasie. Jest pan wierzący, panie Cresw…

– Alfie.

– Alfie? – uśmiechnęła się drwiąco. – To od Alfreda, prawda? Bo na licencji jest…

– Czemu pyta pani o wiarę?

Wzruszyła ramionami i wskazała na dyndający na lusterku wisior – trójkąt z płonącym górnym wierzchołkiem.

Alfie tak bardzo przywykł do niego w tym miejscu, że zupełnie zapomniał o jego istnieniu.

– Lubię dobre opowieści – stwierdził, improwizując. Ostatni raz w Schronieniu był… lata temu, na ślubie kumpla. – A koncept, że każdy z nas ma własną, już napisaną, i jeśli się chce, żeby było dobrze, można ją puścić tym właśnie torem… Cóż, fajnie czasem wierzyć, że nie wszystko zależy od nas.

– Naprawdę? – zdziwiła się. – Mnie się właśnie wydawało, że to bardzo krępujące.

Znowu na nią zerknął.

– To chyba zależy, jaką nam napisano rolę, prawda?

Zamiast odpowiedzieć, wlepiła wzrok w szybę i obserwowała przechodniów. Deszcz znów zaczął padać, więc wielkie czarne krople spływały po ich kolorowych płaszczach niczym rozmyty łzami makijaż. Alfie włączył wycieraczki.

– Długo pani zajmie? – zapytał. – Na tej Mount Simeli?

– Pyta pan, czy trzeba na mnie zaczekać? Bo jeśli się panu spieszy…

Pokręcił głową z gorzkim rozbawieniem.

– W taki dzień jak dzisiaj? Zastanawiałem się tylko, czy zdążę kupić jakąś wodę. Ta kawa… cóż, nie była jednak najlepsza.

Znowu pochyliła się do przodu i tym razem nie było mowy o przypadku, zdecydowanie zrobiła to celowo. Chciała, żeby poczuł jej perfumy, jej ciepły oddech przy swoim uchu.

– Wolałabym, żebyś zaczekał w samochodzie, Alfie – powiedziała. – Obiecuję przynieść ci wodę.

Poczuł łaskotanie w dole brzucha, a jego penis podniósł się leniwie, jakby wiedział, że od takich zabaw, do momentu gdy stanie się potrzebny, musiało jeszcze sporo upłynąć. Ale czuwał, dawał znak, że jest na posterunku, gotowy do działania.

– Jak sobie życzysz… – zawiesił głos, licząc, że mu się przedstawi, ale ona znowu opadła na siedzenie i założyła nogę na nogę.

– To dobrze, dziękuję.

Tak jak Alfie przypuszczał, droga przez dolne Reuben była pełzaniem w smole, ale ledwie ceglane budowle obleczone w metalowe konstrukcje schodów przeciwpożarowych ustąpiły otynkowanym, pełnym zbędnych zdobień fasadom drogich czynszówek na obrzeżach Pępka, na drodze zrobiło się luźniej.

Co prawda musieli raz gwałtownie skręcić w Hainza Lazy, żeby uniknąć korka, jaki na Bremen Avenue wywołały stłuczka i awantura, ale resztę odcinka w tej dzielnicy pokonali bez przeszkód. Oczywiście do czasu, gdy przyszło do zaparkowania.

– Czy masz na tyle benzyny, by pojeździć chwilę w kółko wokół budynku? – zapytała.

Mimo że dopiero co tankował, zanim skinął głową, zerknął na wskaźnik. A potem wymownie na wciąż bijący licznik.

Zrozumiała. Znowu sięgnęła pod płaszczyk i podała mu banknot dziesięciodijramowy. Mógł za to jeździć wokół całego bloku przez naprawdę długi czas, zanim by się wyrównało, więc zatrzymał się, wziął pieniądze i schował do kasetki.

– I pamiętam o wodzie – powiedziała, wysiadając.

Patrzył za nią, jak nakłada najpierw chustę, a potem kaptur, i rusza w stronę szerokiej bramy z numerem dziewiętnaście ozdobionej gazowymi lampami przypominającymi pochodnie. Przygnieciony płaszczyk zawinął jej się do góry, Alfie mógł więc bezwstydnie gapić się na zgrabną pupę ciasno opiętą grafitowoszarą spódnicą. Dopiero przeciągły dźwięk klaksonu sprawił, że się otrząsnął i ruszył na pierwszą rundę wokół budynków.

***

Zdążył zrobić łącznie cztery, zanim pojawiła się znowu. Szła na pozór normalnie, ale coś się zmieniło w jej chodzie, zauważył jakąś nerwowość. Alfie, który kiedyś akompaniował przy lekcjach tańca, widział to często właśnie u młodych tancerzy. Jakby drżące nogi nie do końca chciały słuchać. Opuściła jednak chustę i było wyraźnie widać, że się uśmiecha. W dodatku trzymała w dłoni butelkę z wodą dla niego, o czym pewnie nie pamiętałaby, gdyby coś złego się wydarzyło.

Mimo wszystko gdy wsiadła zapytał, czy wszystko w porządku.

– Teraz już tak – powiedziała, podając mu wodę.

Odkręcił butelkę i wziął kilka małych łyków. Była dobra, nawet bardzo. Spojrzał na etykietę i zaraz zdał sobie sprawę dlaczego. Marka Sjeverna kosztowała niewiele mniej niż jego ulubione papierosy. Odłożył butelkę i ruszył powoli.

– Czy jest szansa, że zawieziesz mnie za most? – zapytała.

Zatrzymał się. Tuż za nim rozległ się klakson, a zaraz potem wyprzedzający go mężczyzna puścił głośną wiązankę w stronę zamkniętego okna taksówki. Tym razem Alfie nie ograniczył się do zerknięcia w lusterko. Odwrócił się do dziewczyny, by móc spojrzeć jej w oczy.

– Maleńka… – zaczął, ale przerwała mu grzecznie, acz stanowczo:

– Nie nazywaj mnie w ten sposób, proszę.

Wzruszył ramionami.

– Nie przedstawiłaś się, więc nie wiem, jak inaczej mam cię nazywać – odparł. – Zresztą teraz mniejsza o to, skoro i tak chcesz popełnić samobójstwo.

Zmarszczyła brwi.

– Że co?

– Most – wyjaśnił. – Chcesz przejechać za most, gdzie nawet gliny jeżdżą tylko uzupełniać ewidencje ewentualnych trupów. Rozumiem, że nie jesteś stąd, ale, cholera, w całym pieprzonym kraju wiedzą, że w tym mieście za most się nie jeździ!

Przerwał, czując, że za bardzo się podekscytował. Sięgnął po butelkę sjevernej.

– Kiedy jechałaś tu pociągiem, nie zauważyłaś, jak na jednej stacji ochrona kolei zajęła nagle pozycje przy drzwiach? – zapytał już nieco spokojniej. – Tuż przed rzeką. A tak się składa, że akurat dworzec jest tam wyjątkowo spokojny.

Dopił zawartość butelki jednym haustem. Dziewczyna przyglądała mu się skupiona i chyba nawet trochę rozbawiona.

– Wystarczyłoby proste „nie”, wiesz? – stwierdziła wesoło. – Dowieź mnie zatem pod most i stamtąd złapię już autobus.

Potrząsnął głową.

– Ty nie…

– Nie, Alfie – weszła mu w słowo. – To ty nie rozumiesz. Ale nie musisz. Chcę tylko, żebyś zawiózł mnie na przystanek pod most. Zapłacę ekstra. I naprawdę…

Po raz trzeci pochyliła się ku niemu, tym razem tak blisko, że jeszcze centymetr, a dotknęliby się nosami. Dwa centymetry oraz lekkie przekrzywienie głowy i mogliby się pocałować. Jej oddech był nie tylko ciepły, ale i przyjemnie pachniał truskawkami.

– …dam sobie radę.

Znowu rozległ się klakson, potem kolejny i Alfie dostrzegł w tylnej szybie, że chyba wzbudził leniwe zainteresowanie funkcjonariusza z radiowozu parkującego pod cukiernią. Odwrócił się więc szybko, wbił bieg i ruszył, obierając kurs na kanał Rottena, lepiej znany w mieście jako Flaki.

Niecałe dwadzieścia minut później patrzył, jak śliczna dziewczyna w czerwonym kapturku wsiada do brudnego, zatłoczonego autobusu komunikacji miejskiej, by pojechać tam, gdzie nie jeździ nikt… o ile naprawdę nie musi.

Rozdział 2

– „Legenda głosi, że przed tysiącami lat, na długo, zanim na równinach zjawił się Bajarz, mieszkał tu sobie lud cichy i spokojny, rozmiłowany w rolnictwie i hodowli…”

Chłopiec przerwał czytanie, uniósł wzrok znad kartki i spojrzał na ojca, wyraźnie oczekując aprobaty. Ten, rozpostarty w fotelu, z lampką brandy w jednej ręce i cygarem w drugiej, wypuścił z ust kółko dymu, uśmiechnął się i gestem zachęcił syna, by czytał dalej. Chłopczyk zmarszczył brwi, poprawił okulary i podjął w przerwanym wcześniej miejscu.

– „Nikt tu nikomu nie wadził, ludzie byli sobie życzliwi, a sporadyczne kłopoty rozwiązywano czy to rozmową, czy pracą, a gdy nie dało się inaczej, odrobiną magii, która wtedy jeszcze nie była zła i plugawa…” Mogę się napić wody? – zapytał chłopiec, kolejny raz przerywając czytanie. – W gardle mi zaschło.

Ojciec i tym razem uśmiechnął się szeroko.

– Oczywiście, promyczku. – Zerknął na stojącego w kącie kamerdynera. – Mort, nalej mu wody z cytryną.

– Tak jest, proszę pana.

– I dodaj syropu i bąbelków.

To ostatnie powiedział teatralnym szeptem, dodatkowo zasłaniając usta z jednej strony, jakby zdradzał na boku jakiś wielki sekret.

Chłopiec roześmiał się, prezentując przetrzebione szeregi mleczaków, a ojciec mrugnął do niego.

– Tylko mamie ani słowa – powiedział.

– Jasne, tato. – Mały odłożył kartkę i sięgnął po podaną mu szklankę. – Dziękuję, Mort.

Eugene Dragosavlij przyglądał się synowi, raz po raz unosząc do ust to lampkę, to cygaro. Nie przestawał się uśmiechać.

Wreszcie chłopczyk dopił, odstawił szklankę na stół i otarłszy usta rękawem, raz jeszcze sięgnął po kartkę.

– „Aż pewnego dnia nad równiną zapadł zmrok. Ciężkie, niemal czarne chmurzyska przesłoniły niebo, zacierając granice między nocą a dniem. Zapanowały długie tygodnie ciemności i chłodu. Przerażeni mieszkańcy z bólem w sercach patrzyli, jak umierają najpierw ich uprawy, potem inwentarz, a wreszcie najsłabsi spośród nich. Starcy, dzieci… I gdy wydawało się już, że nic straszniejszego nie może ich spotkać, z nieba zstąpił olbrzym o czarnym sercu…”

Rozległo się pukanie do drzwi. Mort zjawił się przy nich błyskawicznie, uchylił je i wyjrzał na zewnątrz. Zamienił z kimś kilka słów, po czym zamknął drzwi, podszedł do masywnego dębowego biurka i na maleńkiej karteczce napisał piórem kilka słów. Następnie sięgnął po czystą lampkę, wypełnił ją złocistym płynem i położył na srebrnej tacy, wsuwając świeżo zapisaną karteczkę pod nóżkę.

– „Czego nie zniszczyły mrok i chłód, niszczył teraz ten paskudny maszkaron o obliczu górskiego trolla, znajdujący uciechę w ludzkiej krzywdzie i cierpieniu. Domy miażdżył bosymi stopami o stwardniałych podeszwach, jeziora i rzeki osuszał, chłeptając z nich niczym pies. A gdy jego niebywale ostry wzrok wypatrzył gdzieś na drodze człowieka, zgniatał go ów paskudnik kciukiem jak insekta”.

– Dziękuję, Mort. – Dragosavlij zamienił pustą lampkę na pełną i odłożył cygaro do popielniczki, by sięgnąć po kartkę. Dwie informacje, dwie sprawy. Obie mogły jeszcze chwilę zaczekać.

– „Aż pewnego dnia w dolinie znalazło się pięciu śmiałków. Mówiono, że to grupa przyjaciół, inni twierdzili, że to bracia, choć każdy z nich nosił inne nazwisko. Mieszkańcom przedstawili się jako cyrkowa grupa, ale gdy się okazało, że w okolicy grasuje olbrzym, porzucili przykrywki i przebrania, ujawniając się jako łowcy tych straszliwych niebiańskich bestii. »Nie ma dla nich miejsca wśród uczciwych ludzi – powiedział pierwszy z mężczyzn, dobywając zza pazuchy worek z ziarnami, jak się okazało, magicznej fasoli. – Dobrzy ludzie, jutro uwolnimy was od jarzma…«”

Na blacie rozdzwonił się telefon.

– Noż kurwa mać! – zaklął Dragosavalij, a na jego nalanej twarzy niemal natychmiast wykwitły czerwone plamy. – Mort, odbierz i powiedz, że jak mi zaraz nie dadzą spokoju…

– Tak jest, proszę pana. – Kamerdyner błyskawicznie znalazł się przy biurku i podniósł słuchawkę.

– Pan Dragosavalij jest w tej chwili zajęty – powiedział, po czym przez chwilę słuchał czyjegoś rozgorączkowanego głosu. – Nie, proszę pana. Nie powtórzę pańskich słów, ale przekażę… Nie, proszę pana… Tak, proszę pana… Tak, zdaję sobie sprawę, że sprawa jest poważna… Ja również dziękuję… Do usłyszenia.

Ostatnie słowa powiedział już nie do słuchawki, bo rozmówca zdążył się rozłączyć.

– Podkomisarz Albero mówi, że sprawa jest pilna – streścił, odpowiadając na pytające spojrzenie pracodawcy. – I że byłoby bardzo dobrze, gdyby zjawił się pan osobiście u niego w biurze. Najlepiej zaraz.

– To jakiś żart?

– Nie brzmiało tak, proszę pana – odparł Mort.

Gospodarz odłożył cygaro, odstawił brandy i przymknąwszy oczy, rozmasował najpierw skronie, a zaraz potem nasadę nosa. Chusteczką starł pot z łysiny i spojrzał na zaniepokojonego syna. Tym razem uśmiech trochę go kosztował.

– Dużo tam jeszcze tego masz, promyczku? – zapytał.

– Dwie strony.

– To przejdź z łaski swojej do końcówki, żebym wiedział, jak to się wszystko skończy, a środek przeczytasz innym razem dobrze?

Chłopiec zachichotał.

– No przecież wiesz, jak to się kończy.

Dragosavalij zrobił zaskoczoną minę.

– Wiem? – zapytał. – No to raz-dwa, sprawdźmy, bo tatuś musi gnać do pracy.

Chłopczyk posłusznie przełożył kartki i chwilę błądził wzrokiem po tej drugiej, szukając miejsca, od którego powinien zacząć.

– „I tak oto dzielni śmiałkowie strącili olbrzyma z chmur, a ten, gdy runął, dał podwaliny miastu, które od pierwszych liter nazwisk śmiałków nosi miano Grimm City. A ponieważ śmierć byłaby dla olbrzyma za małą karą, musiał zadośćuczynić ludziom za swe postępki. Do dziś jego bijące czarne serce nieustannie tłoczy czarną krew, a ta, wydobywana przez dzielnych, odważnych górników, zasila nasze samochody i elektrownie, dając światło, ciepło i poczucie wolności. Koniec”.

Chłopiec zadarł głowę i dosunął palcem okulary zsuwające się z nosa.

– Piękne. – Dragosavalij podniósł się z trudem i zaklaskał w dłonie. – Naprawdę piękne, mój chłopcze. I ty to wszystko tak sam? Te wszystkie trudne słowa?

Rozpromieniony dzieciak energicznie pokiwał głową.

– No to skoro tak, to coś ci się za to należy.

Sięgnął do kieszeni i wyjął zwitek banknotów. Wyciągnął dwudziestodijramowy banknot, wyprostował go i podał chłopcu.

– Tylko wiesz… – Puścił oko.

– Wiem, tato. Ani słowa mamie. – Zerknął na banknot, a potem na ojca. – A ten pan inspektor…

– Potrzebuje mojej pomocy. A wiesz, co zawsze mówię o pomaganiu panom policjantom, prawda?

– Tak, tato.

Mężczyzna uśmiechnął się i poklepał syna po głowie.

– No to już, zmykaj się bawić.

Chłopiec schował banknot i przytulił się do wielkiego ojcowskiego brzucha, a potem wypadł z gabinetu, w pośpiechu strącając z biurka kartki z wypracowaniem.

Dragosavalij patrzył za nim przez chwilę, po czym pokręcił głową z irytacją.

– Znasz takie słowo jak „zadośćuczynić”, Mort? – zapytał.

– Rozumiem, co znaczy, proszę pana – odparł służący.

– No ale czy użyłbyś go, ot tak, w rozmowie.

– Nie proszę pana, nie przyszłoby mi do głowy.

Gospodarz pogładził się po fałdach na karku, jakby się nad czymś mocno zastanawiał.

– Tyle razy mówiłem tej kurwie, że ma go uczyć, jak pisać, a nie robić za niego – powiedział w końcu. – On ma dopiero dziewięć lat, na litość! I niczego się nie nauczy, jeśli ta przemądrzała gówniara będzie szła na łatwiznę, zamiast robić to, za co jej płacę! Zadość-kurwa-uczynić!

Mort znał swojego pracodawcę na tyle, że odczekał, zanim zadał pytanie:

– Który samochód przygotować, proszę pana?

– Coś przestronnego. Skoro ten chłopak od muzyki już tu jest, nie będziemy go zmuszali, by czekał nie wiadomo ile. A tak, jadąc na komendę, podrzucimy go przynajmniej do miasta, nie będzie się musiał włóczyć między knajpami na deptaku. Widzisz? To jest troska wynikająca z szacunku na linii pracodawca pracownik, Mort! A ten dupek nawet jeszcze dla mnie nie pracuje!

– Tak jest, proszę pana. – Lokaj podniósł słuchawkę i połączył się wewnętrznym ze służbą w kuchni, a następnie wydał dyspozycje dla kierowcy.

– Samochód zaraz będzie gotowy – powiedział po chwili.

– Świetnie. – Dragosavalij poklepał lokaja po zaoranym bliznami policzku i uśmiechnął się smutno. – A do tej zdziry korepetytorki wyślij kilku wynajętych chłopaków. Tylko sprawdzonych, nie jakichś obwiesiów z ulicy. Ona mieszka z narzeczonym, prawda?

– O ile się orientuję…

– Malarz, czyż nie? Pracuje w domu?

– Tak, proszę pana. Chyba tak.

Dragosavalij z namysłem pokiwał głową.

– Zamawiam więc u niego obraz Nieposłuszeństwo. Niech będzie na wtorek za dwa tygodnie i lepiej, żeby był dobry. Zapłać mu, ile będzie chciał.

– Tak jest…

– I złamcie mu nogę przy okazji.

Mort skinął głową i po raz kolejny podniósł słuchawkę, a jego pracodawca wytoczył się z gabinetu, zastanawiając się, o co, u diabła, może chodzić temu pieprzonemu Albero.

***

Kazano mu usiąść w holu, więc rozsiadł się w głębokim skórzanym fotelu, zaplótł ręce na brzuchu i usilnie starał się nie zasnąć. To był nużący dzień – tyle godzin za kółkiem – i miał szczerą nadzieję, że gdy przyjdzie, zaproponują mu jakąś kawę, ale się przeliczył. To znaczyło, że w czasie rozmowy czekał go bój z ziewaniem i ociężałymi powiekami. W dodatku idąc przez hol, zobaczył się w lustrze i uznał, że jednak powinien był rano znaleźć chwilę, by się ogolić. No cóż, westchnął, może gospodarz szuka kogoś o prezencji artysty.

Jeszcze rano o panu Dragosavaliju nie wiedział zupełnie nic, ale jeżdżąc po mieście, gdy akurat trafił się jakiś rozmowniejszy klient, czasem o niego pytał mimochodem i byli tacy, którym coś świtało na dźwięk tego nazwiska. Najczęściej w kontekście jakiejś akcji charytatywnej albo pomniejszego udziału w jakiejś aferze. Ktoś tam powiedział, że grubas zaczynał w kopalnianych związkach, ktoś inny, że prowadził klub dla nieżyjącego już Waltera Räu, ojca Reginy znanej na mieście jako Zła Królowa. Był też jeden, wyraźnie oszołom, który na trasie od Wydziału Kultury na Podgardlu aż po Bibliotekę Uniwersytecką w Reuben zdążył mu streścić całe życie biznesmena – od sprzedawania nadgniłych owoców na Lewym Jaju za rzeką aż po osiedlenie się w tej ogromnej, otoczonej ogrodami posiadłości w Memoire. Piękna to była historia, doprawdy porywająca, i Alfie zastanawiał się przez moment, dlaczego ten gość nie został kapłanem. Bajarz osobiście winien zstąpić z… gdziekolwiek tam według Świętej Księgi mieszkał, i go, jebańca, namaścić.

Czego by jednak nie odsiać, na podstawie wszystkich tych miejskich opowieści prostego ludu Dragosavalij jawił mu się jako człowiek interesu, stanowczy, zaradny i gdy trzeba, bezwzględny. Zdecydowanie bogaty i mający rozliczne znajomości. Czy niebezpieczny? Alfie od zawsze był zdania, że w tym mieście całkowicie niegroźni byli tylko niektórzy martwi, a już bogaczy z Memoire należało się obawiać zawsze i czegokolwiek by ci nie oferowali. Choć czasem – miał nadzieję, że również w tym przypadku – opłacało się podjąć ryzyko.

Na ścianie naprzeciwko miejsca, gdzie Alfie teraz siedział, znajdował się obraz. Realistyczny, bez cienia dystansu czy choćby próby wykroczenia poza estetykę podmalowanej fotografii, przedstawiał rodzinę Dragosavalija w przestronnym salonie. Ona, młoda kobieta o pociągłej, nieco może końskiej twarzy, włosach upiętych w kok i w jasnej sukni, która pewnie w czasach jej babki była szczytem mody. Obok niej chłopiec, na oko dziewięcioletni, w szkolnym mundurku – okulary, jasne włoski zaczesane na bok, odstające uszy.

I wreszcie on. Niewysoki, za to nieprzyzwoicie wręcz gruby, łysy, jeśli pominąć siwe, wiotkie pajęczyny porastające przestrzeń nad uszami. Stał za fotelem, tłuste łapy o serdelkowatych palcach opierał na ramionach żony i syna. Zadarł brodę, wzrok wbił gdzieś w punkt wysoko ponad głową malarza, usta komicznie ściągnął w ciup.

Musiał mieć pacykarz niezły ubaw, pomyślał Alfie, kręcąc głową. Pan i władca, kurwa jego pierdolona mać!

Rozległ się stukot obcasów i po chwili zza rogu wyłoniła się pokojówka. Młoda, wysoka, ubrana w czarno-biały uniform z obowiązkowymi pończochami. Wyglądała dokładnie tak, jak nowobogaccy tego świata – z pewnością w oparciu o przykłady prezentowane w magazynach dla panów – wyobrażali sobie przedstawicielkę tego segmentu domowej służby.

Alfie nie miał nic przeciwko, kiedyś sam nawet zapłacił dziewczynie ekstra za odegranie w podobnym kostiumie pewnej scenki. Gdyby go było stać, istniała niemała szansa, że sam postawiłby swoim pokojówkom taki wymóg. Ale to, rzecz jasna, była mrzonka jak wiele innych, które czasem lęgły mu się w głowie. Zupełnie jakby jego umysł zapominał, że obaj są biedni jak myszy.

Dziewczyna zatrzymała się na końcu korytarza i zastukała. Po chwili w drzwiach pojawiła się głowa jakiegoś chudzielca. Wymienili kilka słów, po czym drzwi się zamknęły, a dziewczyna ruszyła z powrotem. Alfie uśmiechnął się do niej, gdy go mijała, a ona w odpowiedzi zmierzyła go wzrokiem z miną, jakby był jakimś śmierdzącym żebrakiem rodem z Gangreny, proszącym o drobne na słoik bimbru. Powinien był się, kurwa, ogolić. Te pięć minut rano by go nie zbawiło.

Kilka minut później drzwi na końcu korytarza otworzyły się ponownie i wybiegł zza nich syn gospodarza, wyraźnie z czegoś zadowolony. Nie skręcił w lewo, gdzie siedział Alfie, tylko pognał w głąb domu, krzycząc coś niezrozumiale, ale z ogromnym entuzjazmem. Niedługo po nim z gabinetu wyszedł sam Dragosavalij.

Alfie poderwał się z miejsca i obciągnął skórzaną kurtkę, którą wraz z resztą jego rzeczy przywiózł mu na koniec zmiany Mikrus. Nie była może najszykowniejszą rzeczą, jaką muzyk miał, ale w zestawieniu ze zwykłymi spodniami i golfem prezentowała się całkiem elegancko. Już wcześniej uznał, że garnitur byłby w tej sytuacji przesadą, skoro – a tak podobno było – zapowiedziano go jako kogoś, kto wieczorami grywa po barach i klubach.

Gospodarz szedł powoli, kolebiąc swym tłustym cielskiem to na lewo, to na prawo, jak jedna z tych śmiesznych kauczukowych babek z obciążnikiem, które sprzedawały na targach rumiane kobiety mówiące w twardym, szeleszczącym języku z Dalekiego Wschodu. Już w połowie korytarza dał znać gestem, że dostrzegł chłopaka, i go pozdrowił.

Alfie ukłonił się i czekał.

– Dobry wieczór panu – odezwał się, gdy uznał, że dzielący ich dystans nie wymaga już podnoszenia głosu. – Nazywam się…

Zasapany Dragosavalij przystanął i ostentacyjnie zmierzył muzyka wzrokiem.

– Czy wydaje ci się, mój chłopcze… – wysapał – że wszedłbyś do mojego domu… gdzie mieszka moja żona… mój syn… gdybym nie wiedział, jak się nazywasz?

– Nie, ja…

– Gdybym nie wiedział o tobie niemal wszystkiego, co mogłem się dowiedzieć?

Alfie zdawał sobie sprawę, że dyskusja w tym momencie nie ma sensu. Gospodarz był czymś wyraźnie poirytowany, a krótki oddech uniemożliwiający wysłowienie się, perły potu na czole i rumieńce jeszcze to wrażenie pogłębiały. Dlatego, uznał Alfie, jedyne co mu teraz pozostawało, to pokornie zwiesić głowę.

– Przepraszam – powiedział. – Nie chciałem…

– Przedstawić się? – Dragosavalij, który niemal już uspokoił oddech, zmienił ton i sprawiał wrażenie szczerze rozbawionego, zupełnie inaczej niż jeszcze przed sekundą.

Albo więc jego nastrój zmieniał się tak szybko, co było ważną informacją na przyszłość – bo w końcu skoro działało w tę stronę, z pewnością musiało i w drugą – albo od początku wystawiał Alfiego na próbę nerwów. Muzyk uznał, że jeśli rzeczywiście ma tu pracować, rozwiązanie tej kwestii powinno być dlań priorytetem. Dobre rozpoznanie i błyskawiczna adaptacja do zastanych warunków, pomyślał. Tylko tak można przeżyć w tym mieście.

Gospodarz podrapał się pod nosem, po czym klepnął muzyka w ramię.

– No dobra, chłopcze – powiedział. – Chodźmy. Muszę jechać na ważne spotkanie, ale porozmawiamy sobie po drodze.

***

– Znasz Ponure miasto Grimm?

Alfie skinął głową. Ze wszystkich sił starał się nie dać gospodarzowi poznać, jak dziwnie i nieswojo czuje się teraz w tym olbrzymim samochodzie, z fotelami w niczym nieustępującymi temu w korytarzu rezydencji. Upił łyk wody sodowej ze szklanki i ogromnym wysiłkiem woli spróbował zmusić się do przesunięcia pośladków nieco głębiej na siedzisku. Teraz, gdy siedział na samej niemal krawędzi, nie dość, że czuł każdy wybój na drodze, to jeszcze miał wrażenie, że wygląda, jakby zaraz miał przed grubasem uklęknąć. A choć zależało mu na tej pracy, to nie aż tak, by musiał się starać o nią na kolanach. Niezależnie od tego, czy miałby się przy tym nabożnie modlić, czy zupełnie przeciwnie…

– Zaśpiewasz? – zapytał Dragosavalij.

Zdziwiony Alfie chciał w pierwszym momencie rzucić jedno z tych idiotycznych pytań: że jakże to, tak tutaj? Teraz? Bez akompaniamentu? Przypomniał sobie jednak zmieniającą się twarz grubasa tam, w korytarzu. To, jak błyskawicznie, jednym susem w zasadzie, przeskoczył on z jednego emocjonalnego bieguna na drugi. Ograniczył się więc do ponownego skinienia głową, odchrząknął, po czym przymknął oczy i zaczął cicho:

 

Myśli gęste, lepkie kłębią się w mej głowie

Spływa po płaszczu, brudny, tłusty deszcz

Idę Piątą w górę, nieznane odcienie czerni wzrokiem łowię.

Szczęśliwy, spokojny,

Tak bardzo memu miastu wbrew…

Lubił tę piosenkę. Kiedyś, przy okazji pewnego koncertu, wmówił dziewczynie, że osobiście zna jej wykonawcę, jedynego zresztą wykonawcę smooth’n’wave, jakiego naprawdę cenił. A cenił go podówczas i dziś ogromnie, bo też Burton J. Ell nie był typowym muzykiem tego gatunku. W zasadzie nie śpiewał. On snuł gawędę. Choć był wirtuozem przynajmniej kilku instrumentów, melodie układał proste, oparte na tych samych, wytartych akordach, a jego wokale pozbawione były zwykle udziwnień i popisów i nie dawały śmiertelnikom pojęcia o jego niebywałej skali i warsztacie.

Dziewczę z tamtego wieczoru pewnie do dziś żyło w przekonaniu, że owej koncertowej nocy oddało się w łazience współtwórcy tej słynnej ballady, nieoficjalnego hymnu bohemy Grimm City.

 

I snując się tak, powoli się zapadam

Z każdym krokiem coraz głębiej w nim

W jękach syren i w plotkach, i w szlamie

Zanurzam się cały w czarnym mieście Grimm

Zanurzam się… w ponurym mieście Grimm

Dragosavalij dał mu znak, że wystarczy, i uśmiechnął się z uznaniem.

– Masz głos – stwierdził. – Jeżeli do tego głosu masz też wolny wieczór jutro, to pracę dla mnie zaczniesz wcześniej.

– Wieczór? – zdziwił się Alfie, przypominając sobie dzieciaka z korytarza. Skoro to jego miał uczyć, a tak mu zasugerowano, spodziewał się raczej godzin popołudniowych, czasem może rannych, ale…

– Moja żona urządza jutro przyjęcie – odparł Dragosavalij. – I ściągnęła tam niby jakiegoś muzyka, ale zasięgnąłem informacji i jakoś mi do gustu nie przypadł. Ty mógłbyś być lepszy, gdyby… Pijesz?

Alfie wzruszył ramionami, uśmiechając się niewinnie.

– Okazjonalnie – odparł.

– Dobra, dobra. Ale co to dla ciebie znaczy okazja, chłopcze? Wstanie z łóżka jest okazją?

– Do wielu rzeczy, ale do picia akurat nie.

Alfie nie wiedział, czy nie przegiął z tą odpowiedzią, a mina bogacza przez chwilę nie dawała mu tego ocenić. W końcu jednak grubas powoli pokiwał głową.

– Szybko reagujesz, dobrze – pochwalił. – Dużo znasz piosenek? Mógłbyś grać utwory na zamówienie?

– Byłem pierwszym fortepianem w Skowycie Duszy przy Troll’s Face, proszę pana.

– To znaczy? – Dragosavalij najwyraźniej nie bywał w turystycznej dzielnicy.

– To znaczy, że tak, umiem grać na zamówienie i znam bardzo dużo piosenek – wyjaśnił Alfie.

Grubas splótł ręce na brzuchu i przez chwilę świdrował muzyka spojrzeniem. Zza okien przestały docierać towarzyszące im do tej pory dźwięki zabawy, a samochód, dotąd wlokący się niemiłosiernie i przystający tak często i nieraz gwałtownie, że można było odnieść wrażenie, że prowadzi go początkujący kierowca mylący gaz z hamulcem, wreszcie ruszył płynnie i nabrał prędkości. To znaczyło, że wjechali wreszcie do dzielnicy Lepoan, zwanej potocznie Podgardlem, gdzie mieściły się główne budynki administracyjne w mieście.

– Masz się w co ubrać? – zapytał Dragosavalij.

Alfie nie wiedział, jak odpowiedzieć na to pytanie. Miał jeden czy dwa sfatygowane garnitury, mógł pożyczyć frak, ale nie miał pojęcia, czy to wystarczy, by odpowiedzieć twierdząco.

Milczenie jednak wystarczyło bogaczowi za odpowiedź, bo kazał muzykowi zastukać w szybkę oddzielającą ich od kierowcy, a gdy otworzyła się w niej mała klapka i w szczelinie błysnęły oczy Morta, polecił podać dwieście dijmarów.

– Za to powinieneś coś kupić albo wypożyczyć, jak wolisz – stwierdził, gdy Alfie wziął od lokaja cztery banknoty. – Z resztą, jeśli ci zostanie, zrób, co uważasz, byle byś jutro przed osiemnastą był trzeźwy, rześki i ogolony. Doprawdy, chłopcze, nie wiesz, że brodę noszą tylko ci, co inaczej nie potrafią udowodnić swej męskości?

– Nie słyszałem o tym, proszę pana – odparł zgodnie z prawdą Alfie. – Ale zapamiętam.

Schował banknoty do kieszeni.

– Przygotować jakiś szczególny repertuar? Jakieś specjalne preferencje? Szanownego pana, małżonki może? Jakieś życzenia?

Dragosavalij odwrócił głowę i przez chwilę wpatrywał się w przyciemnione okno. Wreszcie westchnął.

– Czasem przydałoby się tylko trochę spokoju.

Alfie nie miał pojęcia, jak to rozumieć, więc na wszelki wypadek nie skomentował.

***

Zatrzymali się pod komendą główną policji w Grimm City. Był to wysoki rozłożysty gmach z wejściem ozdobionym prostymi, żłobionymi kolumnami i frontonem z płaskorzeźbą przedstawiającą policyjną odznakę z twarzami kolejnych naczelników na przestrzeni stu ostatnich lat po obu stronach. Z dachu sterczały ramiona rozlicznych małych dźwigów, a na opadających z nich linach wisieli pracownicy miejscy nieustannie czyszczący fasadę z osadu, tak by gmach, podobnie jak inne ważne budynki administracyjne, lśnił bielą i przykładem dla reszty miasta. Ciężka, w dodatku frustrująca, bo pozbawiona sensu praca, kosztująca przeciętnego podatnika ogromne pieniądze.

Alfie, który tak naprawdę nie pamiętał, kiedy ostatni raz płacił jakiś podatek, nie przejmował się specjalnie tym ostatnim i nie czuł frustracji. Przeciwnie, widok ludzi na uprzężach pucujących twarze naczelników, wydłubujących smołę ze szczelin kolumn i wznoszących oczy ku niebu ledwie wiatr czy dmuchawy przynosiły kolejną chmurę sadzy znad Dystryktu Grumliga, od dawna kołatał mu się w głowie piosenką. Smutną, gorzką, rytmiczną balladą dobrą pod cięższe drinki z zakąską.

Dragosavalij polecił mu wysiąść od frontu właśnie, a potem samochód pojechał na zamknięty parking między komendą a Urzędem Skarbowym.

– Tylko pamiętaj, chłopcze – powiedział grubas na pożegnanie. – Spóźnij się jutro, a pracy nie znajdziesz nie tylko w tym mieście. Po całym Królestwie krążyć będą opowieści o tym, jak dałeś dupy.

– Tak jest, proszę pana – odparł Alfie, starając się nie uśmiechać na myśl, że to dopiero byłaby ballada.

Wysiadł z samochodu i odszedł kilka kroków od krawężnika. W samochodzie głupio mu było zakładać jednorazowy płaszcz trzymany w kieszeni marynarki, a teraz nie chciał ryzykować, że któryś z przejeżdżających pojazdów ochlapie go, zanim to zrobi. Przeszedł przez szerokość chodnika i pokonał kilka pierwszych schodków wiodących na górę, do gmachu komendy. Na czwartym potknął się i zatoczył na stojącego nieopodal mężczyznę w czarnym skórzanym płaszczu.

– Przepraszam – burknął cicho.

Mężczyzna odwrócił się.

– Nic nie szko… – zaczął, ale przerwał i zmrużył oczy. – Alfie? Alfie Mooresville?

– Moore – poprawił odruchowo Alfie, przyglądając się nieznajomemu. Potrzebował chwili, by w tym krępym, barczystym mężczyźnie o przenikliwym spojrzeniu dostrzec Trevora „Robala” Wormwooda, ochroniarza dziwek ze Skowytu Duszy, a jak się potem okazało, tajniaka obyczajówki. Trudno się było jednak muzykowi dziwić. Trevor był krótko ścięty, nosił wąsa i wiecznie śmierdziało od niego tanimi papierosami. Ten zaś mężczyzna miał dłuższe, starannie zaczesane do tyłu włosy, zarost ledwie jednodniowy, a worki pod oczami w połączeniu z nową siecią głębokich zmarszczek zatraciły swą pijacką wulgarność. Teraz było to oblicze człowieka doświadczonego życiem, ale jednocześnie dość twardego, by się z nim uporać, i dość mądrego, by wyciągnąć zeń właściwe lekcje.

– Detektyw McShane? – upewnił się Alfie.