Greenpoint. Kroniki Małej Polski - Ewa Winnicka - ebook
BESTSELLER

Greenpoint. Kroniki Małej Polski ebook

Ewa Winnicka

4,4

43 osoby interesują się tą książką

Opis

Nowojorski Greenpoint – przedsionek ziemi obiecanej, do którego od ponad stu pięćdziesięciu lat przybywają Polacy w poszukiwaniu lepszego życia. Budują swoje kościoły, sklepy, kluby. Niektórzy dorobili się milionów, inni poszli na dno.

Książka Ewy Winnickiej to wciągająca kronika tego zakątka Brooklynu. Autorka opowiada o historii „Polish neighborhood”, poczynając od XVII wieku, poprzez kolejne punkty zwrotne, fale imigrantów, rewolucje i przełomy. Zagląda przez okna do zatłoczonych „sabłejów”, odwiedza przytułki dla bezdomnych i eleganckie apartamenty, podczytuje listy i pamiętniki, podgląda wesela i pogrzeby. Słucha opowieści o miłości i nienawiści, ambicji i rezygnacji. Razem ze swoimi bohaterami śni amerykański sen, który tylko dla niewielu się ziści. To jest opowieść nie tylko o Małej, ale i o Dużej Polsce. Czy mogliśmy podbić Amerykę?

„Z tunelu metra przy Greenpoint Avenue po raz pierwszy wyszłam na powierzchnię w sierpniu 2001 roku i była to fascynacja od pierwszego wejrzenia. Greenpoint nie przypominał żadnego polskiego miasteczka, a jego mieszkańcy – żadnej społeczności między Odrą a Bugiem. Niczego takiego w Polsce nie było. Greenpoint zdawał się po prostu syropem z Polski. Polską zagęszczoną, słabo rozpuszczającą się w nowojorskim roztworze. Dla kogoś takiego jak ja, kto na progu dorosłego życia pragnął rozłożyć, usystematyzować, obejrzeć z kilku stron i odłożyć na właściwe miejsce elementy własnej tożsamości, stał się najlepszym środowiskiem.” Ewa Winnicka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 555

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (72 oceny)
39
26
7
0
0
Sortuj według:
bretonka

Nie oderwiesz się od lektury

ta książka mogłaby się nie kończyć
00
k-marta

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa książka, obejmuje zarówno rys historyczny jak i wiele wspomnień różnych ludzi. Pozwala wyrobić sobie opinię na temat Ameryk jako kraju nadziei, czytając o losach kolejnych pokoleń emigrantów z Polski.
00

Popularność




SERIAAMERYKAŃSKA

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

Patti Smith Rok Małpy

Magda Działoszyńska-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności

David Treuer Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie

amerykańskich plemion

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA(wyd. 2)

Ronan Farrow Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów (wyd. 2)

Matt Taibbi Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem

Holly George-Warren Janis. Życie i muzyka

Jessica Bruder Nomadland. W drodze za pracą

Laura Jane Grace Dan Ozzi Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka (wyd. 2)

Alex Kotlowitz Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (wyd. 2 zmienione)

Rachel Louise Snyder Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej

Jon Krakauer Wszystko za życie

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Copyright © by Ewa Winnicka, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Iwona Łaskawiec, Elżbieta Krok

Mapa GeoServices

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-281-5

Mojej Mamie

Kiedy przemysł stawał się amerykańską religią, Neziah Bliss z Connecticut wymarzył sobie na północnym cyplu miasta Brooklyn przemysłową dzielnicę z widokiem na Manhattan. Był 1832 rok.

Bliss był wizjonerem, ale przede wszystkim człowiekiem biznesu, więc wyznaczył działki i ulice. Główną nazwano Union, a potem Manhattan Avenue, co miejscy historycy uznali za gest znaczący.

Brooklyn uchodził za brzydkie kaczątko, robotnicze zaplecze niedosiężnego Manhattanu, a Greenpoint – zaplecze Brooklynu. Nim Bliss umarł, dzielnica była już najbardziej uprzemysłowionym miejscem w Ameryce. I najbardziej zanieczyszczonym. Dla emigrantów z Europy: jednym z ważniejszych przedsionków Ameryki. Dla niektórych początkiem i końcem ich drogi.

W drugiej połowie XX wieku okolice Manhattan Avenue między wąską zatoką Newtown a drogą szybkiego ruchu łączącą Brooklyn i Queens z Manhattanem nazywano Little Poland.

Z tunelu metra przy Greenpoint Avenue wyszłam po raz pierwszy w sierpniu 2001 roku i była to fascynacja od pierwszego wejrzenia.

Wielu odwiedzających dzielnicę opisywało intensywne doświadczenie translokacji w czasie i przestrzeni. Niektórzy z sentymentem, inni z pogardą. Nie byli tylko zgodni, dokąd tę podróż odbyli. Do Łomży lat osiemdziesiątych? Pod Rzeszów, do Koluszek?

Jestem jednak przekonana, że nawet wtedy, w 2001 roku, w apogeum Małej Polski na Brooklynie – kiedy tańczyło się w klubie Europa i Polskim Domu Narodowym, jadło i piło w dziesiątkach polskich restauracji, co tydzień szło na koncert polskiej gwiazdy – Greenpoint nie był podobny do żadnego polskiego miasteczka ani żadnej społeczności między Odrą a Bugiem. Niczego takiego w Polsce nie było.

Greenpoint był po prostu syropem z Polski. Polską zagęszczoną, ale słabo rozpuszczającą się w nowojorskim roztworze. Tym, co nas definiuje, podanym na dużej łyżce. Dla kogoś takiego jak ja, kto na progu dorosłego życia pragnął rozłożyć, usystematyzować, obejrzeć z kilku stron i odłożyć na właściwe miejsce elementy własnej tożsamości – najlepszym środowiskiem.

Od 2016 roku odwiedzałam Greenpoint ze świadomością, że powstanie książka. Rozmawiałam ze stałymi mieszkańcami i tymi, dla których dzielnica była tylko przystankiem.

Wszyscy opisani bohaterowie są prawdziwi. Żadna postać nie jest złożona z kilku innych, ale dane niektórych zostały zmienione. Z wieloma się zaprzyjaźniłam. Słuchałam opowieści o niewiarygodnie ciężkiej pracy w imię marzeń, o ambicjach, o poczuciu wyższości i niższości, o pragnieniu bycia zaakceptowanym, docenionym i podziwianym przez wielką Amerykę – albo chociaż godziwie wynagradzanym.

O życiu przyszłością i przeszłością, rzadziej tu i teraz. Słuchałam również o sobie. To jest elegia dla Małej Polski. I tej dużej.

Beata Delicatessen, 984 Manhattan Avenue (1)

Floryda, marzec 2020

MIESZKO: Ktoś powiedział, że dla właściciela sklepu najlepsze są dwa momenty – kiedy go kupuje i kiedy sprzedaje. Drugi był lepszy.

BEATA: Kochałam nasz sklep. Klienci opowiadali nam całe swoje życie. Byliśmy tam potrzebni. Przychodzili alkoholicy, którzy nie chcieli już pić, ofiary przemocy domowej, dziadkowie ze zdjęciami wnuków, których w życiu nie widzieli.

MIESZKO: Miałaś tam swój konfesjonał. Matka Boska Delikatesowa. Ludzie płakali nad sobą, zwierzali się z grzechów i patrzyli w oczy, czy im przebaczysz. Potraktowałbym ten sklep miotaczem ognia. To było więzienie. Odsiedziałem w tym miejscu dwudziestopięcioletni wyrok.

1983. Miłość

MIESZKO: Nie przyjechaliśmy tu z biedy, w żadnym wypadku.

BEATA: Tylko z powodu wielkiej miłości, której jego mama nie akceptowała.

MIESZKO: Poznałem Beatę na pierwszym roku w Opolu.

BEATA: Miała plany wobec starszego syna. Najprzystojniejszy, najmądrzejszy. Miał być prezydentem Polski, a ja się jej zdaniem nie nadawałam na pierwszą damę. Całe lata nie mieściłam się w jej wizji świata.

MIESZKO: Byłem na drugim roku, mama pyta: „Synku, gdzie w tym roku wakacje?”. Odpowiadam: „Mamo, jadę na praktyki, a potem z Beatą pod namiot”.

BEATA: Gdyby wiedziała, co się stanie, zgodziłaby się na ten namiot.

MIESZKO: Mama mi zaraz powiedziała: „Wiesz, synku, babcia za tobą tęskni, musisz ją odwiedzić w Ameryce”. Kocham mamę, ale wiem, że Ameryka to jest po to, żebym nie jechał z Beatą. Z mamą nie ma dyskusji, więc zgadzam się jechać do babci na Greenpoint, ale zaraz biegnę do Beaty, ponieważ jestem uparty tak jak mama.

BEATA: Przybiega. „Bierz dziekankę, przyjedź do mnie, zostaniemy na rok, zarobimy na mieszkanie, nikomu nic nie mów”.

MIESZKO: Zaproszenie mam od babci, paszport i wizę dostaję bez problemu, bo moja mama jest ważną osobą, działa w PZPR, ma kolegów w MSW. Kończy się stan wojenny, samoloty z Polski nie lądują w Nowym Jorku, ale ona dzięki swoim wpływom wypycha mnie przez Londyn. Znajomy babci odbiera mnie z lotniska. Jadę do niej, mieszka na ulicy Eagle. Kiedy wysiadam z auta, rozglądam się i myślę: ja pierdolę, niemożliwe.

Babcia

MIESZKO: Rodzina pochodzi z Buczacza, znad Dniestru. Pojechali do Ameryki przed pierwszą wojną światową. Część została w Ameryce, część wróciła w latach trzydziestych, bo wybuchł kryzys. Zatrzymali się w Galicji, ale nie mieli lekko. Męża babci pobili na śmierć bandyci ukraińscy. Przed domem, na oczach żony i córek, w tym mojej mamy. Potem babcię z córkami przerzucono do Opola.

W latach siedemdziesiątych do babci przyjechali z Ameryki krewni z dziećmi i babcia ich gościła. Na odchodnym zapytali: „Co możemy dla ciebie zrobić?”. I babcia, urodzona w Ameryce, wdowa, córki wychowane, ustawione, jedna prawniczka, druga lekarka, powiedziała: „Weźcie mnie ze sobą, co ja mam tu robić?”. Pojechała do rodziny na Long Island, do Riverhead. Siedziała u nich, aż jej powiedzieli, że na Greenpoincie mieszka człowiek, któremu żona zmarła. Facet nie daje rady, więc może babcia by mu pomogła. I pojechała na Greenpoint, zaopiekowała się biednym wdowcem, a następnie wzięła z nim ślub.

Wdowiec pochodził spod Żytomierza, przeszedł przez Monte Cassino, przyjechał z Wielkiej Brytanii z zapoznaną Polką. Trzydzieści lat codziennie wychodził z domu, skręcał z prawo, szedł trzy kwartały do portu, rozładowywał statki, wracał i siedział w domu. Widziałem trzy krzyżyki w miejscu jego podpisu w amerykańskim paszporcie. Niestety zmarł, babcia znów została wdową w wynajętym mieszkaniu na ulicy Eagle.

Ulica Eagle

MIESZKO: Wydawało mi się, że pochodzę z głębokiej prowincji, ale kiedy przyjechałem na Eagle Street, nogi się pode mną ugięły. Drewniany, pokrzywiony, obłożony sidingiem szeregowiec wyglądał na slums. Cała dzielnica tak wyglądała. Jak już wszedłem na schody, bałem się, że się zapadną. Otworzyłem drzwi do mieszkania babci, ciemnego, z przechodnimi pokojami. Na końcu wąskiego przedpokoju była kuchnia, a na środku kuchni wanna. Z kuchni wchodziło się do pokoi. Dookoła biegały karaluchy. Kiedy ktoś do babci przychodził, a ja siedziałem w tej wannie na środku kuchni, to rozkładałem drewniane klapy, żeby się zasłonić.

BEATA: Zadzwonił do mnie, był załamany. „Jak się rozpędzę, to przelecę przez wszystkie mieszkania, przez całą ulicę”. Uważał, że ściany są zrobione z dykty; wiele się nie pomylił.

MIESZKO: Nie wiedziałem, że można żyć w tak strasznym mieszkaniu. W Polsce niczego takiego nie widziałem. Może dlatego, że mieszkałem w poniemieckim mieście. U nas w piwnicy było lepiej. W Polsce byliśmy uprzywilejowani również dlatego, że babcia przysyłała nam dolary. Przelicznik był niesamowity, czterysta pięćdziesiąt złotych za dolara, potem osiemdziesiąt złotych. Mieliśmy ciuchy, na widok których ludziom wychodziły oczy, a babcia w Ameryce głodowała. Miała najniższą emeryturę, płaciła minimalny czynsz, pieniądze wysyłała rodzinie. Zacząłem szukać pracy.

BEATA: Odwiedziłam w listopadzie mamę Mieszka. Powiedziałam, że Mieszko prosi o zimową kurtkę. Mama zamarła. A ja z kurtką pojechałam na lotnisko. Kiedy doleciałam do Ameryki, zamontowaliśmy nad wanną stelaż i kotarę.

MIESZKO: Babcia zaprowadziła mnie do kościoła. Na mszy siedzieli sami starsi ludzie. Przedstawiła mnie proboszczowi. Usłyszał, że mam donośny głos, i powiedział: „Będziesz czytał”. Czytaliśmy z Beatą całe lata. Starsze panie były zachwycone, mogły wyłączyć aparaty słuchowe. Wszedłem w społeczność od zakrystii.

Decyzja

BEATA: Nie chcieliśmy zostawać w Ameryce. Ale Mieszko nie dostał urlopu dziekańskiego. To znaczy: mama mu nie załatwiła, bo chciała, żeby wrócił do Polski. Nie wrócił. Po roku zgarnęliby go do wojska.

MIESZKO: Podjęliśmy decyzję – chcemy być razem, więc zostajemy. Było nam już łatwiej, wiedzieliśmy, na czym stoimy. Mogliśmy budować życie w Ameryce. Znaliśmy dziesiątki ludzi, którzy myśleli, że wrócą, więc życie na Greenpoincie traktowali jak dłuższe kolonie letnie. Niektóre trwały trzydzieści lat.

Mama się nie poddała. Dwa lata później sama do nas przyjechała. Kiedy na lotnisku zobaczyła Beatę w ciąży, walizki wypadły jej z ręki.

Legendy

BEATA: Mieszko zamknął mnie w mieszkaniu z babcią, zakazał samej wychodzić. Mówił, że dzielnica niebezpieczna ze względu na Latynosów, głównie z Puerto Rico. Ulica Eagle była już w ich strefie wpływów, tak mówili.

MIESZKO: Manhattan Avenue miała stronę wschodnią i zachodnią. Jak szedłeś po niewłaściwej stronie, dostawałeś w trąbę.

BEATA: Zawsze uważałam, że przesadzasz.

MIESZKO: Kolega mieszkał na Huron. Płacił dolara za wejście na swoją ulicę. W południowej części Manhattan Avenue, za autostradą, mieszkali Włosi. Była tam piekarnia, gdzie spotykali się mafiosi. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy w gazetach przeczytaliśmy, że piętnastu klientów tej piekarni dostało dożywocie. Jeden, skruszony, miał w roleksie mikrofon, a nagrania oddawał FBI.

Beata i Mieszko na punkcie widokowym World Trade Center, 1985 r.

(źródło: archiwum prywatne Beaty i Mieszka Kalitów)

BEATA: W niedzielę szliśmy do kościoła, gdzie zapach kulek na mole mieszał się z zapachem nieprzetrawionego alkoholu. Po mszy babcia przedstawiała nam koleżanki. Byliśmy nowi, więc starsi stażem emigranci podchodzili do nas i zadawali pytania, co tam w Polsce. Opowiadali o sobie. W Polsce nigdy nie spotkałam ludzi, którzy zdecydowaliby się na takie życie.

MIESZKO: Mówili, że chcą zarobić i wrócić, ale to wracanie im się nie udawało. Mieli kartki ze spisem rzeczy, które mają kupić. Kombajn, traktor, telewizor, rozrzutnik, przywieźć dwa tysiące dolarów, bo córka bierze ślub. Jak uzbierali, wyciągali ze skarpety i wysyłali przekazem do Polski. Za dwa miesiące żona przysyłała zdjęcie z kombajnem, mogli odhaczyć. I pracować na rozrzutnik.

W sobotę jedni pili w domu, inni szli do Narodowego Domu Polskiego na ulicę Driggs. Była to założona po pierwszej wojnie światowej świetlica i klub dla Polaków. Działała tam dyskoteka za pięć dolarów i wyszynk. Repertuar był raczej wiejski, ale czasem na zabawach grali znani muzycy. W latach osiemdziesiątych otworzył się jeszcze klub Continental. Też tam bywaliśmy.

Laleczki

MIESZKO: Zanim przyjechałem, babcia ściągnęła syna swojej siostry. Zalegalizował sobie pobyt, zupełnie nie wiem jak. Miał numer Social Security, który dla zdobycia jakiejkolwiek pracy jest kluczowy. I był tak miły, że mi go pożyczył, żebym sobie znalazł posadę. On tymczasem z tym samym numerem pracował na swoim etacie. To dla systemu nie jest problem, by człowiek z tym samym numerem pracował w kilku miejscach. Im więcej składek, tym lepiej. Oczywiście najlepiej by było, żeby był tą samą osobą. Na Greenpoincie nie zawsze się to sprawdzało.

BEATA: Obwiózł cię po mieście, załatwił pierwszą pracę przy laleczkach.

MIESZKO: Powiedział, że zna kogoś, kto potrzebuje człowieka do fabryki zabawek. Zbliżały się święta, fabryka dwa bloki dalej zaczęła zatrudniać wyrzynaczy lalek na świąteczne wystawy sklepowe. Szefem był Żyd i gej, który po fabryce chodził za rękę ze swoim chłopakiem. Załodze było to obojętne, ponieważ zgadzały im się czeki w sklepach.

Poszedłem, wpisałem się na listę. Przyszedł pan Jurek, który był kierownikiem działu mechanicznego, zaprowadził mnie na taśmę i pokazał, co mam rżnąć i skręcać. Obok pracowało kilkunastu chłopa, wszyscy starsi ode mnie. Byli głodni wszelkich informacji z Polski. Miałem ze sobą kasetę z nagraną listą przebojów, od razu mnie pokochali. Zwłaszcza że byli muzykami. Po wybuchu stanu wojennego przyjechali na koncerty z Jerzym Połomskim. Polska Estrada miała zarobić dolary, Połomski był eksportowym towarem, więc ich wypuścili. Amerykański kontrahent powiedział, że stan wojenny to wewnętrzna sprawa Polski, a koncerty mają się odbyć, bo są opłacone. Przyjechali, zagrali, Połomski wrócił do Polski, a oni wszyscy zostali. Obok na taśmie stał więc saksofonista Krzysztof, który występował na Jazz Jamboree. O muzyce dowiedziałem się więcej niż przez cały czas edukacji.

Posadzili mnie obok kolegi Fućka. Rano Fuciek przynosił kartonowe pudełko z pustymi laleczkami, każda wysokości czterdziestu centymetrów. Podawał mi lalkę, ja urywałem głowę i kładłem na stole. Otwieraliśmy plecki i obaj braliśmy wiertarki, bo laleczka musiała mieć dziurę w prawej nodze i otwór do wentylacji. Następnie na pile tarczowej ciąłem rączki, a on plecki, żeby się dobrze wentylowały. Wkładaliśmy do środka silniczek elektryczny z wystającym ramieniem, przez prawą nóżkę przeciągaliśmy przewód elektryczny, wkładaliśmy do kontaktu. Jeśli laleczka ruszała prawą rączką i główką, kładliśmy dwie krople kleju i lepiliśmy główkę. Sto czterdzieści cztery laleczki w cztery godziny. W sali obok panie Portorykanki ubierały je w świąteczne ubranka. Następnego dnia przychodziło nowe zamówienie: laleczki miały trzymać w ręku świece. Potem składaliśmy dwumetrowe dziadki do orzechów. Szliśmy później z żoną Madison Avenue na Manhattanie, a moja laleczka machała do mnie z wystawy.

BEATA: Muzycy w weekendy grali w Domu Polskim na Greenpoincie. Gdy powstał Continental, to w Continentalu. Na naszym weselu też zagrali, bo dołączyliśmy do ich paczki. Przyjaźnie zostały na całe życie.

MIESZKO: Żona jednego z chłopaków zajmowała się w Greenwich, Connecticut, domem milionerów pod ich nieobecność. Jeździliśmy tam, gotowaliśmy, piliśmy wino. To była piękna okolica, luksusy, jakich nie widzieliśmy na oczy.

BEATA: Zaczęliśmy się orientować, że mieszkamy w getcie i że Ameryka jest trochę większa niż Greenpoint. I że Greenpoint ma osobną historię.

Rozdział I. Inni Europejczycy

Europejczycy przypłynęli tu na dłużej w 1624 roku, wywracając do góry nogami dotychczasowe życie mieszkańców – rdzennych Amerykanów z plemion Canarsee oraz innych szczepów z Long Island. Kawał lądu nad cieśniną nazwaną później przez Anglików East River był pagórkowaty, pocięty strumieniami, trudno dostępny marszem, ale możliwy do opłynięcia kanoe. Zarośnięty dębami, jesionami i piołunem, stanowił ulubiony teren łowców i zbieraczy.

Wyekspediowani przez Holenderską Kompanię Zachodnioindyjską Europejczycy postawili tu swoje tymczasowe chaty, lecz główne siły osiedleńcze skierowali na położoną za East River wyspę. Uczynili ją wkrótce bramą do całego Nowego Świata. Dwa lata później holenderski gubernator kupił ją od Indian i nazwał Nowym Amsterdamem.

Potem znów spojrzeli na drugą stronę cieśniny. W 1638 roku Holenderska Kompania Zachodnioindyjska dostała od swojego gubernatora zezwolenie na zakup tu nowej ziemi. Canarsee sprzedali ją za osiem sążni płótna, osiem sążni wampum, dwanaście imbryków, osiem przynęt, osiem siekier, kilka noży, korale i szydła. Umowa opiewała na 3860 akrów, obejmowała część półwyspu, który nazwano Broklinem, później Brooklynem. Woda wdzierała się w ten ląd językami niewielkich zatok. Od północy graniczył z zatoką Newtown, a na południu dochodził do Maspeth. Od początku władania Europejczyków toczyło się na nim życie oderwane od wielkomiejskiej Mannahatty – Nowego Amsterdamu – Nowego Jorku. Ale równie dramatyczne.

Ów początkowo holenderski Wood Point (drewniany punkt), później Green Point (zielony punkt) nazwę wziął od koloru zalesionego nabrzeża widzianego z łodzi. Następne sto pięćdziesiąt lat było ostatnim etapem w jego historii, kiedy mógł się kojarzyć z zielenią i naturą.

Ojciec założyciel

Urodzony w Norwegii Dirck Volckertszen wyemigrował najpierw do Holandii, a potem, jako cieśla okrętowy, do Nowego Amsterdamu. Ożenił się z holenderską dziewczyną z kolonii i zamieszkał w dolnej części Manhattanu.

Najlepszym sposobem na szybkie pieniądze był handel futrami z Indianami. Volckertszen wyprawiał się łodzią za East River. Nielegalnie, bo monopol na handel miała Kompania. Zawoził Indianom narzędzia rolnicze, bele płótna żeglarskiego i alkohol. Nie był jedynym przemytnikiem, ale jedynym odważnym, który na Greenpoincie spędzał także noce. Skandynawowie i Holendrzy budowali tu raczej lekkie chatki, pierwsze biura obsługi, lecz ze strachu przed miejscowymi woleli wracać na Manhattan. Dirck zaś zamieszkał na Greenpoincie – w miejscu, które dwieście lat później będzie skrzyżowaniem ulicy Calyera z ulicą Franklina, dwie przecznice na zachód od Manhattan Avenue.

W 1640 roku stał się zamożny na tyle, by sprowadzić niewolników do pracy na swojej farmie.

Pięć lat później Greenpoint był jego własnością. Osiem lat później partnerskie kontakty z miejscowymi zamieniły się w krwawą jatkę.

Dirck wzbogacił się na handlu z tubylcami, ale szybko się nimi rozczarował. Nie spieszyło im się z konwersją na chrześcijaństwo ani z uznaniem wyższości Europejczyków. Nie rozumieli też europejskiego prawa własności: wierzyli, że ziemia nie może należeć do nikogo, ponieważ jest święta. Nie wahali się przychodzić po część ciężko wypracowanych plonów. Zdarzało się, że indiańskie kobiety wychodziły za mąż za kolonistów, ale jeszcze częściej zdarzały się napaści na nich.

Volckertszen rozwiązał palące kwestie wiary i bezpieczeństwa wspólnie z Willemem Kieftem, gubernatorem Nowej Holandii, z zawodu rzeźnikiem. Wzięli przykład z Anglików z Nowej Anglii, którzy cywilizowali miejscowych za pomocą broni palnej. Kieft nie wahał się płacić za skalpy; pierwszy wydał rozkaz ataku na śpiących na nabrzeżu Manhattanu przyjaznych Indian Keskachaugue.

Spalenie w odwecie greenpoinckiej posiadłości The Normana, jak nazywano Volckertszena, było pierwszym aktem wojny między zjednoczonymi Indianami z Long Island a zjednoczonymi kolonistami z Holandii, Anglii i Szwecji. Wojna ta trwała do 1659 roku i osłabiła obie strony. W 1600 roku szacowano, że Long Island zamieszkuje dziesięć tysięcy tubylców; w 1659 roku było ich pięciuset. Na Manhattanie i za East River zostało dwustu pięćdziesięciu kolonistów.

The Norman zmarł w 1677 roku. Pozostawił po sobie prosperujące gospodarstwo, młyny, przeprawę promową przez zatoczkę Newtown i legendę ojca założyciela dzielnicy. Posiadłość odkupił Holender, kapitan Pieter Praa. Jego cztery córki wyszły za mąż za holenderskich i angielskich osadników: Calyera, Meserole’a, Provosta i Bennetta. Przez następne sto lat te cztery rodziny oraz ich niewolnicy będą jedynymi mieszkańcami Greenpointu.

Julian Ursyn Niemcewicz[1], 1797:

Miasto położone jest wyjątkowo dogodnie, jeśli chodzi o handel, jak i o zdrowy klimat. Mieszkańcy New Yorku umieli wyzyskać wszystkie te okoliczności. Mają oni rozwinięty handel, prócz kontaktów z Europą wysyłają wiele statków do Indii Wschodnich, do Chin, do Nowego Orleanu w Zatoce Meksykańskiej. Duch spekulacji owładnął mieszkańcami New Yorku, niektórzy w mgnieniu oka porobili majątki, inni takież utracili i siedzą w więzieniu.

Miasto rośnie w oczach. Przez trzy lata ludność wzrosła o dziesięć tysięcy dusz. Jest ono zbudowane mniej regularnie niż Filadelfia, ale dużo weselsze. Broadway jest wspaniały. Byliśmy razem w teatrze na Greenwich Street; sala zbudowana w pośpiechu, z desek, tak że nie słyszy się prawie nic. Poza tym jest jeszcze inny, zwany Circus, gdzie odbywa się tresura koni i pokazy pantomimy.

Nie ma jeszcze stu pięćdziesięciu lat, kiedy tu, gdzie dziś widzimy bogate miasto, lud zamożny i obyczajny, widziało się jedynie dzikusów uzbrojonych w łuki, uganiających się za zwierzyną. Taką jest potęga oświeconego i przemyślnego człowieka, wspomaganego mądrze pojętą wolnością, wyswobodzonego z więzów despotyzmu i równie niszczycielskiego nieładu, swawoli i anarchii. W mgnieniu oka zmienia on pustynię w urodzajne pola i wyciska na wszystkim, czego się dotknie, piętno przemyślności i cywilizacji.

Budowle publiczne są obszerne i zaplanowane z dużym rozmachem. Należy zaliczyć do nich uniwersytet, dom poprawczy, dom wariatów i wreszcie więzienie. Wszystkie te zakłady istniały przed rewolucją. Amerykanie zawdzięczają dużo swym dawnym panom: nauczyli ich oni pierwszych zasad wolności i porządku społecznego. Wolność, kiedy o nią walczyli i kiedy ją zdobyli, nie była dla nich pojęciem nowym i nieznanym. Dlatego nie nadużywali jej wcale[2].

Okupacja

Obywatele ponad stu narodowości mają poczucie wspólnoty oraz przekonanie, że daleki król Jerzy III nieprzesadnie dba o interesy kolonii. Co najmniej dwie greenpoinckie rodziny uważają, że arogancki rząd w Londynie prowadzi wobec Nowego Świata rabunkową politykę. Chodzi o podatki przesyłane za ocean oraz cła na towary przywiezione z Europy.

Problemy polityczne przeradzają się w końcu w konflikt zbrojny, East River jest jedną z bram, którymi wpływają brytyjskie okręty. Cel: uspokojenie buntowników.

Już po ogłoszeniu deklaracji niepodległości przez trzynaście zbuntowanych stanów, w sierpniu 1776 roku, wojska angielskie i kontyngent pomocowy z Hesji nieoczekiwanie docierają do Long Island, zajmują Nowy Jork i wypierają armię Jerzego Waszyngtona w bitwie nad Kip’s Bay. Wojska królewskie okupują Greenpoint i miasto Bushwick w głębi lądu.

Brytyjczycy i żołnierze z Hesji zostają zakwaterowani blisko nabrzeża. Brytyjczycy patrolują okolice, kontrolują dostawy żywności; nie sprawiają cywilom kłopotu. Miejscowych i najeźdźców wciąż więcej łączy, niż dzieli. Natomiast obecność żołnierzy z Hesji wywołuje bunt i obrzydzenie schludnych Holendrów. Są słabo cywilizowanymi najemnikami, bez ogłady i wychowania. Wprowadzają się do porządnych domów, żądają wiktu i opierunku, odmawiają zapłaty. Nazywa się ich niebieskimi brudasami i pisze: „Byli znani z niszczenia nie swojej własności, drobnych kradzieży i głośnego zachowania w lokalu Rappelje’s Tavern. Dopóki tu mieszkali, nasze obejścia nie zaznały bezpieczeństwa ani spokoju. Ich obecność wywołała w społeczeństwie złośliwą gorączkę, która wygnała porządnych mieszkańców w okolice Nowej Szkocji”[3].

Wyprowadzka osiadłych mieszkańców z powodu obniżenia standardu życia w okolicy to refren powtarzający się przez kolejne dziesięciolecia. Zwykle winni będą przybysze z Europy Wschodniej.

Tomasz Kajetan Węgierski[4], 1783:

Trudną jest rzeczą wyobrazić sobie piękniejszy widok ponad ten, jaki ma się przed sobą, zbliżając się do tego miasta [Nowego Jorku]. Wznosi się ono majestatycznie w kształcie amfiteatru, a nawet zwaliska jego dodają uroku. Ziemia po obu stronach przedstawia widok rozmaity, w pełnej doskonałości kultura i dzika w całej swej okazałości przyroda zajmują na przemiany.

Zatoka była zapełniona angielskimi okrętami wojennymi, a bandera Wielkiej Brytanii powiewała jeszcze w porcie. Ujrzeliśmy budynki przeznaczone do rozmaitych celów. Były one pełne nieszczęśliwych rojalistów, którzy mieli opuścić Nowy Jork. Nie ma bowiem wcale większego nieszczęścia, jak gdy się zmuszonym porzucić własną ojczyznę, rozłączyć się z rodzicami, przyjaciółmi, z codziennymi nawyknieniami, opuścić dom, który się zbudowało, ziemię, którą się uprawiało, rząd, z którego było się zadowolonym, by udać się do kraju nieznanego, uprawiać ziemię niewdzięczną i stać się obywatelem poddanym[5].

Little Poland (1)

Andrzej, 1974[6]

Urodziłem się w Ulanowie koło Sandomierza w rodzinie flisaków. Ojciec i matka działali w antyniemieckiej i antysowieckiej partyzantce. Wujek nie wyszedł z lasu. Nazywał się Michał Krupa, pseudonim „Pułkownik”, i zwinęli go dopiero w 1959 roku. Miał broń w ręku. W domu na okrągło były rewizje. Zawsze w nocy. UB wyłamywało drzwi, wyrywało nas z łóżek, stawiało pod ścianą, podstawiało pod nos lufy pepesz, tłukli ojca na moich oczach. Żyliśmy na marginesie. W liceum nauczyciel nazywał mnie bandyckim pomiotem.

Kiedy miałem pięć lat, młodszy o rok brat utopił się w Sanie. We Wszystkich Świętych, zaraz po jego śmierci, siedziałem przy jego małym grobie i gniotłem wosk ze świec, żeby zrobić z niego zabawki. Dla małego brata. Tak było co roku: lepiłem dla niego zabawki, i były to moje pierwsze rzeźby.

Moja rodzina jest bardzo katolicka. Raz w tygodniu obowiązkowa suma i spowiedź. Wyłamałem się z tego praktykowania, dopiero gdy poszedłem na Akademię Sztuk Pięknych. Odwiedziłem rodziców, poszedłem do spowiedzi, a nasz proboszcz kazał mi przejść na kolanach dookoła kościoła w Ulanowie. Nie przeszedłem.

Akademię skończyłem z wyróżnieniem. Wyrzeźbiłem popiersie Ignacego Paderewskiego, które podobało się moim profesorom, ale ważniejsza była Ameryka. W moich rejonach każdy miał kogoś w Ameryce. Roznosiło mnie, ciągnęło do wolnego świata, marzyłem o nim. I żeby zarobić dolary. Bryknąłem na wakacje do polskiej dzielnicy Greenpoint. Powiedziałem w Krakowie, że tylko na lato, ale wiedziałem, że na dłużej.

Ameryka mnie przytłoczyła, ponieważ nie potrafiłem wejść do metra. Musiałem się nauczyć, jak kupić bilet, jak przejść przez bramkę, gdzie wsiąść, gdzie wysiąść. To na Brooklynie czy Queensie nie jest proste. Kiedy pierwszy raz wsiadasz do metra na Jay Street, to nie ma możliwości, żebyś pojechała tam, gdzie chcesz, tym bardziej jak nie znasz języka angielskiego.

Spałem z dziesięcioma chłopami w trzypokojowym mieszkaniu na ulicy Nassau, Polakami i Ukraińcami. Śmierdzieliśmy, bo mieliśmy jedną łazienkę i zimną wodę, ale nikt nie narzekał. Wieczorem przynosiliśmy wódkę i kiełbasę. Każdy mówił, co w robocie, gdzie można zarobić i kto spuścił łomot czarnym lub Portorykom. Jeśli Portoryki czy czarni zaczepili któregoś z naszych, szło się ławą po Greenpoincie i szukało człowieka. Wąsaci komandosi na tyłach Ameryki.

Nauczyłem się, że jak się śpi w sabłeju[7], to najważniejszą rzeczą jest wybrać pokój z oknem. Policja i służby imigracyjne urządzały w nocy naloty na mieszkania. Kilku kolegów deportowali do kraju.

Był styczeń, czwarta trzydzieści rano, śnieg, usłyszałem kroki na korytarzu, potem walenie do drzwi. Wstałem, wychyliłem się przez okno, a tam cztery radiowozy i policjanci z pałami. Wyskoczyłem przez okno i przelazłem na schody przeciwpożarowe, kiedy zaczęli wyważać drzwi. Chłopcy wyłazili po kolei, ale zaraz za mną wpakował się Iwan, chłopak z Ukrainy. Był za gruby i zablokował otwór. Za nim ośmiu próbowało go wypchnąć, klęli na Wasię, a za nimi policja, już prawie w mieszkaniu. Wróciłem po tych schodach, żeby pomóc wyciągnąć Wasię. Wszyscyśmy wtedy uciekli.

Jakoś niedługo po tej akcji wszedłem do baru na Manhattan Avenue, żeby się napić. Zobaczyłem kolesi, jednego z drugim, jak siłowali się na rękę. Podszedłem, bo byłem bardzo silny i raczej chętny do rozróby. I za chwilę poznałem Ivana z Jugosławii. Miał żonę Polkę, coś tam mówił po polsku. Był brygadzistą na budowach, jeździł koparką z czerpakiem. Już nad ranem powiedział, żebym przyszedł następnego dnia, to mi pomoże, żebym też mógł rozwalać domy za siedemnaście dolarów na godzinę. Wszystko nielegalnie.

Jak się rozwala domy?

Wstawałem przed piątą rano, potem godzinę jazdy metrem. Wyciągałem szkicownik i rysowałem: czarnych, żółtych; wcześniej takich się nie widywało za często ani w Krakowie, ani w Ulanowie. Z tych szkiców parę lat później urządziłem całą wystawę.

Na budowie szesnastu czarnoskórych, ja byłem jeden biały. Najpierw rozbierało się dach, a potem belki, na których zawieszone są wszystkie podłogi. Tak że w końcu stawało się na krawędzi ściany na siódmym piętrze i widziało gołą piwnicę. Zasypywało się ją sukcesywnie gruzem ze ścian.

Raz się zdarzyło, że pracowaliśmy w kamienicy, w której wcześniej był pożar, konstrukcja była osłabiona. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Gdzieś na czwartym piętrze stanęliśmy na podpalonych belkach – załamały się pod nami. Lecieliśmy w dziesięciu. Ja się zahaczyłem na trzecim piętrze, uratowały mnie wystające rury kanalizacyjne. Ale trzech moich współpracowników nie przeżyło. Nawet nie mogłem sprawdzić, bo przyjechała policja, straż i zrobiło się piekło.

A ja, nielegalny, musiałem uciekać. Poharatany, z połamanymi żebrami. Już nie wróciłem do mojego mieszkania na Greenpoincie, żeby mnie nie zgarnęli. Poszedłem spać do parku. Od razu do następnego etapu, jeśli chodzi o życie w Ameryce.

Rano poczułem, że pies mnie szarpie. Mam zawsze nóż w bucie, więc ciach – tego psa. Ale nie trafiłem i zakląłem. Za psem wyłonił się facet, z mgły, jak wampir jakiś, usłyszał polskie przekleństwo. „Co ty tutaj robisz?” – zapytał. „Łóżka szukam” – powiedziałem. „To ja ci wynajmę”. W ten mniej więcej sposób poznałem wspaniałego człowieka, który fascynował się sztuką i potrafił ją sprzedawać Polakom w Nowym Jorku. Robiłem dla niego kopie Kossaków i Mehofferów, dawał je na sprzedaż pośrednikowi. Inteligentny, inteligentny facet. Opowiadał mi o poezji Baczyńskiego, którego jeszcze nie znałem. Edukator idealista.

Może przez cztery miesiące żyłem z tych Kossaków. Potem zjawiła się kuzynka gospodarza i sytuacja zrobiła się dwuznaczna. Musiałem się wyprowadzić. Wracając do Kossaków: Polacy z Greenpointu chętnie je kupowali. Zwłaszcza że ten pośrednik sprzedawał niewyrobionym nowobogackim kopie jako oryginały. Lata potem byłem w domu takiego nowobogackiego. Chwalił się, że ma w domu Kossaka. Spojrzałem i mówię: to Pityński, żaden Kossak. Nawet podpisu z tyłu płótna nie przeczytał.

Ten pośrednik to był lepszy numer. Kupił starą książkę z wklejonymi rycinami. Jakieś krajobrazy z początku XX wieku. Chaty polskie. Książka kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Wyciął ryciny, oprawił w ramki i sprzedawał na aukcji po dwieście pięćdziesiąt dolarów za rycinę. Wolnoamerykanka na Greenpoincie, można powiedzieć.

Nie miałem wciąż prawa pobytu, ale miałem już własny dom, ponieważ rozwalanie kamienic bardzo się opłacało, i sprzedaż Kossaków też. Pomyślałem, że teraz chcę znów być rzeźbiarzem. Zebrałem się na odwagę i poszedłem do Nathaniela Kaza, sławnego rzeźbiarza, który uczył w Arts Students League. Nie powiedziałem, że jestem po akademii, ale ukryć się nie dało. Po sześciu miesiącach Kaz mnie wzywa: „Andrew, get the fuck out of here, ja cię już niczego nie mogę nauczyć. Idź do Sculpture House na Fifth Avenue, 30th Street, do tego gościa: Alexander Ettl”. Poszedłem i zaczęła się moja prawdziwa przygoda z monumentalną rzeźbą amerykańską, bo Ettl to następna legenda. Zbił majątek na dłutach, siekierach i innych narzędziach dla rzeźbiarzy. Następnie założył studio, w którym realizował ich pomysły. Artysta przychodzi z plastelinową figurką, a Ettl powiększa ten projekt do dziesięciu metrów i stawia na cokole. To jest najsłynniejsza pracownia na Wschodnim Wybrzeżu.

Nie od razu mnie przyjęli, był już komplet rzemieślników od powiększania. Ale widzę, że na dole pomagają Polacy: przynieś, podaj. Biorę jednego na piwo i proszę, by mnie zawiadomił, jeśli są widoki. Zatrudniam się tymczasem u jednego Żyda w zakładzie fotograficznym. Nędzna pensja, ale darmowa cola i spokój, więc całkiem w porządku mi się żyje.

Ciągle jeszcze dukam po angielsku. Pierwszego dnia pocę się, by odpowiedzieć, jak mam na imię i co tu w ogóle robię, w tym Nowym Jorku. Dla bezpieczeństwa mówię, że mam na imię Stanley. Ale Żyd zanosi się ze śmiechu: „Jak ty jesteś Stanley, to ja Josef Wissarionowicz Stalin – mówi czystą polszczyzną. – Przyjdź jutro”. Kiedy robi się miejsce w Sculpture House u Ettla, mam wyrzuty sumienia, że odchodzę. Tłumaczę Żydowi, że to dla mnie szansa, że ja rzeźbiarz. Żyd znów się tylko śmieje: „Idź, Andrzej, swoją drogą i się nie tłumacz. Ty nie możesz w Nowym Jorku myśleć po polsku. Ty musisz po żydowsku”.

Poszedłem. Zająłem w pracowni miejsce jakiegoś Włocha, który wyjechał do rodziny. Jego brat, Salvadoro, który został w pracowni, patrzył na mnie wilkiem. Któryś potrącił model głowy stojący na stole. Nos jej odpadł, zrobił się krzyk. Podbiegłem i tak się złożyło, że nadepnąłem na ten nos. Od razu rozpadł się na miazgę. Wszedł Ettl i zaczął wrzeszczeć, że mnie wyrzuci i poda do sądu. No ale dla mnie dorobić taki nos to pestka. Jak to Ettl zobaczył, to od razu wypytał, skąd jestem i co dotąd robiłem. W końcu powiedział: Polak, Węgier dwa bratanki. Bo rodzina Ettla przyjechała kiedyś z Węgier. Tak zostałem jego asystentem w drugiej pracowni w Princeton. Tam zacząłem powiększać rzeźby.

Alexander Ettl zaprosił mnie na swoją farmę, gdzie mieszkali i tworzyli zaprzyjaźnieni artyści. Zobaczyłem, jak oni żyją, ci amerykańscy rzeźbiarze. Oczy mi zbielały. Wielka farma, trzydziestu pięciu artystów, pełna wolność tworzenia. Codziennie happeningi, pędzenie stada krów, które hoduje Ettl. Wieczorem ogniska, nad którymi pieką się jego jałówki. Ale w tym wszystkim Ettl, któremu jednak od czasu do czasu odbija. Kiedy chce pracować, nie waha się budzić człowieka o trzeciej w nocy. Wali w drzwi, aż mu któryś otworzy. W końcu zacząłem się barykadować, zwłaszcza jeśli byłem z dziewczyną.

Pewnego razu wieczorem – dziewczyna właśnie była u mnie – znowu zaczął walić. Wrzeszczał, że jest w desperacji, bo za kilka godzin przyjeżdża Felix de Weldon, a on nie ma dla niego zamówionego pomnika. Felix de Weldon to największa amerykańska sława, autor Marine Corps War Memorial w Rosslyn, Wirginia, pomnika zwanego Iwo Jima, na cześć amerykańsko-japońskiej bitwy. Przez złośliwych: „sześciu pedałów”, bo przedstawia sześciu żołnierzy, jakby jeden właził na drugiego. Hello, odlewali go na Greenpoincie.

No więc ten de Weldon zamówił monumentalną rzeźbę marynarza z brązu. Ettl wziął zadatek i zapomniał. Był czwartek, w niedzielę miało być odsłonięcie, w sobotę de Weldon przyjeżdża zobaczyć rzeźbę, czterometrowy odlew. A wszystko, co ma dla niego Ettl, to gliniana figurka wielkości trzydziestu centymetrów. Ettl błaga: masz dwóch ludzi i atelier, rób, co chcesz, ratuj mnie, człowieku. Wkładam kalesony i pomagam. Pierwszego dnia rzeźbimy tę czterometrową figurę w plastelinie. Ettl poprawia. Wiadomo, że prawdziwego pomnika już nie odlejemy, więc tę plastelinę zasprejowałem złotą farbą. Zupełna prowizorka. De Weldon przyjechał, obejrzał i wyglądało na to, że nic nie zauważył. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, zrobiliśmy odlew w gipsie, bo pomnik z plasteliny nie przetrwałby transportu. I dwa dni potem staliśmy na nabrzeżu, generałowie salutowali, wręczali sobie ordery, strzelały salwy. Wszyscy gratulowali de Weldonowi, a potem się rozeszli i zapomnieli. Trzy lata później jakiś gówniarz rzucił kamieniem do rzeki i trafił w marynarza, w związku z czym odpadło mu pół twarzy. Wtedy dopiero odlaliśmy tę rzeźbę z brązu, żeby był spokój. To było moje ostatnie zadanie u mistrza Alexandra.

Przeszedłem do Johnson Atelier w New Jersey, jako kierownik wydziału powiększania. Właścicielem tej pracowni jest Seward Johnson, hiperrealista i milioner z rodziny właścicieli Johnson & Johnson. Sławny na całą Amerykę. Ośmiometrowa Marilyn Monroe z podwiniętą wiatrem sukienką to cały Seward. Johnson Atelier to także mała fabryka, która produkuje rzeźby dla innych artystów. Ponieważ jestem kierownikiem, mogę realizować swoje własne pomysły.

Pierwszym jest kompozycja Partyzanci. Tkwią w moim sercu, odkąd pamiętam. Tworzę ich, wiedząc, że w Polsce SB morduje księży, studentów i robotników. Partyzanci stoją najpierw w ogrodzie obok Atelier i jedna usposobiona patriotycznie Polka chce ich ode mnie kupić. Ale ja nie chcę, żeby oni stanęli w ozłoconej rezydencji, tylko w przestrzeni publicznej, żeby każdy mógł sobie polską historię przemyśleć. Pojawia się okazja, kiedy w Polsce wybucha stan wojenny. Atmosfera sprzyja, na Partyzantów decyduje się burmistrz Bostonu. Atelier pokrywa koszty transportu. Dzień, w którym Partyzanci zostają postawieni pod ratuszem, burmistrz nazywa dniem walczących o wolność. Pięciu siedmiometrowych, uzbrojonych jeźdźców w szyku marszowym. Bardziej przypominają leśne widma i duchy niż ludzi. Sponiewierani, śmiertelnie zmęczeni, krwawiący, w ciągłej walce i ucieczce, jadący na swych słaniających się, wychudłych rumakach, ze spuszczonymi głowami, z własnymi myślami o tragedii ojczyzny. Zdradzeni przez świat, zapomniani przez Boga, z własnego wyboru w leśnych oddziałach.

Przemawiam również w stanowym senacie.

Ten pomnik to ma być tylko sześciotygodniowa wystawa czasowa. Ale stoi i stoi. Dopiero po latach budzi mnie telefon z dziennika „The Boston Globe”. „Władze wywiozły pomnik spod ratusza. Partyzantów nie ma!” „Jak to nie ma, kurde, szukajcie!” Znaleźli go gdzieś na przedmieściach. Stał smutno owinięty drutami, gotowy do transportu nie wiadomo gdzie. Dziennikarze napisali, co trzeba. Za „The Boston Globe” telewizje, radia, gazety, nawet moskiewska „Prawda” pisała, że polskich bojców wsadzili za kraty. Zadzwonili do mnie weterani z Kongresu Polonii Amerykańskiej, strasznie wkurzeni. Że organizują manifestację. Przyszło czterysta osób, ja z nimi. Była policja na koniach, media. Podeszliśmy pod ratusz, obrzuciliśmy go zgniłymi jabłkami. I okazało się, że miasto znalazło dla Partyzantów nową, lepszą lokalizację. Stoją do dziś.

Potem przyszła kolej na Katyń. Pieniądze, dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, zebraliśmy pod polskimi kościołami. Żadna polonijna organizacja nie dała. Pomnik mówi sam za siebie: bagnet w plecach umierającego żołnierza. Stoi w New Jersey[8].

Dlaczego w Polsce się o mnie nie mówi? Bo się moje rzeźby salonowi nie podobają. Są ideologiczne, mówią wprost o moich przekonaniach. Drugi powód to fakt, że nie interesuje mnie abstrakcja. Nie pasuję do mainstreamu, przynajmniej obecnego. Zresztą salon w Ameryce również za mną nie przepada. Obojętne, co tworzysz, to jest polityka. Sztuka, chcesz czy nie, ma swoje zadania do zrealizowania. Kierunki się zwalczają, jak w polityce. Od right to left, od lewa do prawa.

Popatrz wstecz, na szkołę paryską, tam tę walkę zobaczysz. Chagall, Kandinsky, wszyscy byli Żydami, przyjechali z Polski i Rosji. Chcieli zaistnieć w Paryżu, ale galerie ich nie chciały. Więc stworzyli własną sztukę, która wywodziła się z kultury, w której nie wolno przedstawiać Boga jako człowieka. A na tym opiera się sztuka chrześcijańska. Kandinsky, Gabo, Pevsner – wszyscy oni kłaniali się Trockiemu, który zwalczał religię.

Ci żydowscy malarze są autorami biblii abstrakcji, sztuki opartej na rebusie, zagadce, która dominuje obecnie w świecie, a na pewno w Ameryce. Ja tu nie pasuję. Jeśli pytasz, czemu nie napiszą o mnie w „New York Timesie”, to ja ci odpowiem, że to jest gazeta założona przez lewicowego Żyda. Krytycy w tej gazecie hołdują sztuce abstrakcyjnej, ja ją uważam za antysztukę.

W amerykańskiej przestrzeni publicznej stoi piętnaście monumentalnych pomników mojego autorstwa. To są figuratywne, ekspresyjne rzeźby. Pokazują chwałę oręża i ducha Polski. Stoją w Nowym Jorku, Bostonie, Trenton, Hamilton, Bayonne, Doylestown. Mam na swoim koncie dziesiątki popiersi, mniejszych rzeźb i płaskorzeźby o tematyce patriotycznej. Piszą tutaj o mnie: „Wprowadził polską historię do amerykańskiej sztuki”. Wystarczy.

Tadeusz, 1961

W 1975 roku znaleźliśmy dom na Eckford. Był zrujnowany, dokoła Polacy i Ukraińcy. Ogólnie grzeczni, tylko jeden starszy sąsiad nie odkłaniał się ani mnie, ani żonie. Nie wiedziałem dlaczego, dopóki ktoś mi nie powiedział, że jest emigrantem z Ukrainy, sprzed wojny jeszcze. Jestem Polak, więc mi się nie kłania. Czy przestałem mu mówić „hi” na powitanie? Absolutnie nie przestałem. Jego pokolenie miało swoje rozrachunki, mnie to nie obchodziło.

Jeśli człowiek w Ameryce nie współżyje, to daleko nie zajdzie. Nie wszyscy oczywiście potrafią. Weźmy sąsiadkę zza ściany, Polkę. W ogrodzie ma szczury. Przychodzi do mojego syna, który w domu prowadzi swój biznes, żeby on kupował jej trutkę na szczury, bo to szczury z naszego domu. Tłumaczymy jej, że nie z naszego. Z naszego domu nie może nic wychodzić, bo jakżeśmy kupili budynek, to żona, inżynier, natychmiast uszczelniła dom po sam dach. Szczur, gdyby miał ze stali zęby, to pustaka nie przegryzie. Czyli jestem pewny, że to nie od nas, a ona swoje: kupcie trutkę. Mówię: „Proszę pani, jest dowód, proszę posłuchać. W domu z drugiej strony wybuchł pożar. Było podejrzenie, że nasz dom się zawali. Przyjechali strażacy, rozwalili mi drzwi, ścianę i zobaczyli, że ogień nie tknął naszego domu. Szczelny”. Ona ciągle uważa, że mamy szczury. Mówię znów: „Niech pani sprzeda dom, to nie będzie ani szczurów, ani innych kłopotów”. A ona nie chce. Jakoś w konflikcie żyje się lepiej.

Coś jest w polskiej psychice, że nie ma miejsca na dyskusję i dogadywanie. Albo będzie, jak ja chcę, albo w ogóle. Byliśmy w Polsce jednolici, biali i katoliccy i nie nauczyliśmy się współżyć z innymi. To jest nasza bieda.

Wiem, co mówię, bo sam byłem mnichem.

Nawet kiedy wylądowałem na Kennedym, miałem wciąż na imię Wacław, ogoloną głowę i małą torbę, w której mieścił się mój dobytek z klasztornej celi na Jasnej Górze.

Wylądowałem 7 grudnia 1961 roku. Na lotnisku podjął mnie ojciec Michał Zembrzuski, oczywiście też paulin. Ojciec Zembrzuski wpadł na pomysł zbudowania sanktuarium na wzór jasnogórskiego w Doylestown, Pensylwania. Amerykańska Częstochowa, każdy Polak w USA wie, co to znaczy. Oddelegowano mnie z Jasnej Góry do pracy w nowej placówce. Kiedy tam dotarłem, było to jedynie gospodarstwo rolne. Zamieszkałem w drewnianym domku, w którym kiedyś mieszkały farmerskie dzieci.

Niech pani nie myśli, że wyjazd mój był prosty. W klasztorze, jak wszędzie, walczyły ze sobą frakcje: prawicowa i liberalna. Kiedy miałem już bilet, okazało się, że w nadchodzących wyborach na generała frakcji liberalnej brakować będzie jednego głosu. Mojego. Przełożony odwołał więc mój wyjazd. A ja już duszą byłem w Ameryce. Kochałem klasztor, bo jestem gadułą, a w klasztorze nikt nie mógł ode mnie uciec. Ale u paulinów, w zakonie pustelniczym, czułem się już jak w balonie. Zamknięty. Miałem artystyczną duszę i ambicje. Chciałem czytać coś więcej niż żywoty świętych i teksty, które nie podsycały wewnętrznie.

W każdym razie zwiałem z Jasnej Góry i ostatnie dziewięć dni do wylotu przeczekałem w mieście. Nikt nie wiedział, gdzie jestem. Liczyłem, że w Ameryce kara za niesubordynację rozejdzie się po kościach. Miałem rację.

Kiedy wieczorem jechaliśmy z lotniska do Pensylwanii, zobaczyłem światła i hajłeje, Pulaski Bridge – mój Boże, co to był za widok!

W powstającym seminarium miałem redagować miesięcznik „Jasna Góra”. Miał poruszać on sprawy wiary, ale również rozpowszechniać wśród Polaków ideę zbudowania bliźniaczego sanktuarium jasnogórskiego w Ameryce. Praca księżowska nie była zbyt wymagająca. Wygłaszało się kazania po polsku, ale odbiorcami byli Polacy amerykańscy, którzy znali pół języka. Nie można było szarżować.

Greenpoint nie był mi obcy, ponieważ do Pensylwanii przyjeżdżały pielgrzymki, najczęściej pobożne panie. Jedna z nich, była zakonnica, mieszkała z mężem na Greenpoincie na Diamond Street. Kiedy przyjeżdżaliśmy do New Yorku, mieliśmy przystań.

Zacząłem pisać amerykańskie wiersze. Mogłem chodzić po pobliskich wzgórzach, dotykać drzew, czuć zapach liści lub woń rozgrzanych trocin wyrzucanych przez piły. To było cudowne paliwo dla moich wierszy. Nie miałem go, kiedy gnuśniałem w klasztornych murach. Te wiersze miały w sobie więcej radości i przestrzeni, rymy dopasowywałem do przyszłego kościoła ojców paulinów. Pierwszy tomik zatytułowałem Madonny, bo tak przyrzekłem sobie przed jej cudownym obrazem w Częstochowie. Drugi tomik nazywał się Lato w Pensylwanii. Praca nad trzecim skończyła się tragicznie w roku 1967.

Ale jeszcze zanim nastąpiła tragedia, w październiku 1966 roku arcybiskup Jan Król z Filadelfii poświęcił surowe mury świątyni. Na uroczystość przyjechał prezydent Lyndon Johnson z małżonką i córką. Pierwszy raz w historii prezydent przyjechał na polską mszę. I jeszcze sto czterdzieści tysięcy rodaków. To była szczytowa, można powiedzieć, uroczystość z okazji tysiąclecia polskiego chrześcijaństwa.

Niestety nie dane mi było długo cieszyć się z powodu sukcesu.

Cały rok 1966 pisałem wiersze do trzeciego tomiku, czułem się pełnoprawnym mnichem poetą. Potem szykowałem je do druku: rozkładałem strony na stole w mojej celi, układałem kolejność, szlifowałem. Potem przyszedł czas, bym jechał w innych parafiach wygłaszać rekolekcje. Ze sprzedaży poezji, wiadomo było, klasztor nie wyżyje. Spakowałem więc torbę, zamknąłem mój pokój w domku farmerskim i wyjechałem. Po kilku dniach wróciłem zadowolony, z czekiem dla przeora. Zdębiałem, bo moje wszystkie rzeczy osobiste zostały spakowane i wyniesione. „Co się dzieje?” – zapytałem. „Masz nową celę, weź kluczyk. Pod drzwiami jest pudło z rzeczami”. Poszedłem do nowej celi, otworzyłem pudło i nie znalazłem tam moich wierszy. Było to pudło z rzeczami kolegi Bazylego, który wyjechał na delegację do Pittsburgha. Wróciłem do przeora. „Może twoje rzeczy są w pokoju Bazylego?” Były, ale wierszy nie było. „To zapytaj brata Marka – doradził przeor – bo sprzątał”. Brat Marek odpowiedział, że przeor kazał mu posprzątać, a papiery spalić.

Wtenczas wyczułem celową złośliwość. Zrozumiałem, że wychyliłem głowę, a w klasztorze głowy wychylać nie wolno. Byłem zrozpaczony. Z tego żalu wyjechałem do Filadelfii i zamieszkałem u kolegi, żeby sprawę przemyśleć. Co robić?

Kolega, u którego spałem, działał w Polskim Uniwersytecie Ludowym w Domu Polskim w Filadelfii. Kiedyś, wcześniej jeszcze, zaprosił mnie na swój wykład, powiedział: przyjdź, posłuchaj, oceń, bo nie był pewien swojej terminologii. I proszę pani, ja poszedłem. W dyskusji po wykładzie wzięła udział pani inżynier. Jak ona sensownie mówiła!

Siedziałem w pierwszym rzędzie, więc się odwróciłem i zobaczyłem Zofię: po trzydziestce, przystojna, rzeczowa. Ja o takich kobietach w ogóle nie słyszałem. Przy kościele to były panie nabożne i oddane, ale o niczym nie można było z nimi porozmawiać. Przyszła z kombatantem jakimś, chyba smalił do niej cholewki. Czy wtedy właśnie zaczęło we mnie kiełkować marzenie, by zbudować dom i bliskie relacje? Tak się zastanawiam.

Z Domu Polskiego poszliśmy wszyscy na kawę. Dyskutowaliśmy aż miło.

Widziałem ją jeszcze u kolegi na urodzinach, przyjechała z nim w odwiedziny do klasztoru. Dowiedziałem się, że ma sześcioletniego syna, mieszka z mamą. Byłego męża poznała w Polsce, a gdy do niego przyjechała, okazało się, że wcześniej miał rodzinę. Matka byłego męża była zaborcza i nie chciała wypuścić syna ani do jednej, ani do drugiej.

Potem zdarzyło się spalenie, pojechałem do Filadelfii, a potem do polskiej Częstochowy, by rozmówić się z moim przełożonym w klasztorze. Pocieszył mnie: dłużej klasztora niż przeora. Odesłał jeszcze do Wiednia porozmawiać z innym księdzem o tym, jak wytrwać.

Chodziłem po pięknym Wiedniu i coś mi wpadło do głowy. Kupiłem kartkę pocztową i napisałem: „Jakby to było pięknie, gdyby pani tu była. Wiedeń, stolica walca, może bym się wreszcie nauczył”. Do Zofii napisałem, spontanicznie. I dostaję telegram: „Przyjeżdżam!”.

Jak pani widzi, mnichem już nie jestem. Po dwóch tygodniach byliśmy małżeństwem.

Na syna Zosi mówili Misio. Zauroczył mnie. Zacząłem być szczęśliwy: miałem żonę i sześcioletniego syna, sześć lat do przodu, jeśli chodzi o dorobek. To było prawdziwe życie, ponieważ mogłem je dzielić z Zosią i Misiem, rozmawiać, zwierzać się. W klasztorze nie można się zwierzać, bo od razu cały klasztor wie.

Zacząłem kolejne studia, znalazłem pracę w liceum u kwakrów: uczyłem religii, literatury, sportu i łaciny. Misio poszedł do szkoły, lubiłem go odwozić po drodze do mojego liceum.

Najpierw zaczęła upadać Filadelfia. Co to znaczy upadać? Ceny domów spadały. Dlaczego? Bo się zaczęli sprowadzać ludzie czarni. I, przykro to mówić, zaczęło się robić bardzo niebezpiecznie. Jak miałem pójść piechotą do University Centre, to nigdy samemu, zawsze we dwójkę lub trójkę szliśmy. Okradali nas: trzech, czterech otaczało i jak piłkę popychali od jednego do drugiego. Pani sobie nie zdaje sprawy, jakie to było nieprzyjemne i groźne.

Kiedyś szedłem sam do pracy. Trzech zaczęło mnie gonić. Nie miałbym szans, gdyby nie zatrzymał się autobus. Kierowca mnie rozpoznał, bo często tym autobusem jeździłem. Otworzył drzwi i byłem uratowany.

Potem upadliśmy my.

Moja żona dużo wtedy pracowała. Zwłaszcza kiedy kończył się projekt, to od rana do wieczora. Jeśli chodzi o mnie, to praca w liceum była na zastępstwo, skończyła się i musiałem szukać zatrudnienia. Zostałem kierownikiem stoiska mięsnego w supermarkecie prowadzonym przez polskiego Żyda. Tam zacząłem się uczyć etyki pracy i reguł zachowania. Będąc wychowanym w klasztorze, w stosunku do Żydów miałem dziwne słownictwo i podczas rozmów z pracodawcą wyszło szydło z worka. Na przykład opowiadaliśmy sobie dowcipy, w tym o Żydach. Użyłem słowa „żydek”. O, panie Tadeuszu, a dlaczego „żydek”? To było dla mnie bardzo ciekawe, że tego słowa nie można używać. W klasztorze żydowskich kawałów było pełno i do głowy by mi nie przyszło, że „żydek” komuś przeszkadza.

Któregoś dnia żona poprosiła o dzień wolny, żeby się wyspać i odpocząć. Odpoczywała, ja wyszedłem do pracy, Misio szykował się do szkoły, na przystanek szkolnego autobusu odprowadzała go babcia.

Supermarket był niedaleko, jak tylko doszedłem, usłyszałem sygnał pogotowia. Zobaczyłem ambulans, który jechał w kierunku naszej ulicy. Coś mnie tknęło, bo zawróciłem. Ambulans stał pod naszym domem. Podszedłem, na noszach leżał nieprzytomny Misio. Szli na przystanek schoolbusu, Misio nagle wyszedł na jezdnię i uderzyła w niego ciężarówka. Przekoziołkował w powietrzu i upadł na chodnik. Pojechaliśmy do szpitala. Wieczorem odłączyli go od maszyn podtrzymujących życie. Misio zmarł, to było straszne.

Żona zachowywała się obłędnie. Jak automat. Wychodziła, szła po ulicach i płakała. Jej matka żyła z poczuciem winy. W domu miałem dwie obolałe osoby. Nie byłem na to przygotowany.

Polscy sąsiedzi mówili: kara boska. Bóg ją skarał, bo wyciągnęła chłopa z klasztoru.

A Zosia była religijnie obojętna, śmieszne zarzuty.

Misio zginął niemal przed domem, przystanek był sto pięćdziesiąt metrów od naszych drzwi, tam się codziennie zbierały dzieci. Zrozumieliśmy, że musimy się wynieść, to było nie do zniesienia.

Kilka lat szukaliśmy swojego miejsca. Znaleźliśmy w końcu zrujnowany dom w tej dzielnicy. Taka była nasza droga na Greenpoint.

Ludwik, 1979

Prowadziłem z żoną gospodarstwo średniorolne, a kiedy na świat zaczęły przychodzić dzieci, rozpoczęliśmy remont domu mieszkalnego, który zbudowali teściowie. Postawiliśmy oborę, stodołę i dwie suszarki do tytoniu, z cegły. W 1973 roku zaczęliśmy budowę nowego domu mieszkalnego z cegły. W 1974 wstawiliśmy wszystkie okna i drzwi, a także doprowadzili prąd. W 1975 roku został kupiony ciągnik używany i kilka maszyn towarzyszących, a w 1978 roku nowy żuk. Wtedy wyniknął kolejny problem, ponieważ moi dorastający synowie nie chcieli jeździć żukiem. Woleli samochodem osobowym, który im obiecałem. Już miałem im kupić, ale trafiła się okazja kupna rozrzutnika do obornika, na który od dawna czekaliśmy. Synowie z tego nie byli zadowoleni, bo na samochód już nie było gotówki. Zostało jedno wyjście – wyjazd do Stanów.

Złożyło się, że na wioskę przyjechał znajomy ze Stalowej Woli. Przyszedł w celu pożyczenia pieniędzy na kupno zaproszenia do USA. Pożyczyłem żądaną kwotę, którą oddał mi po dwóch miesiącach. Kiedy otrzymał wizę do USA, przyjechał w celu pożyczenia na kupno biletów samolotowych. Odjeżdżając do Ameryki, złożył pożegnalną wizytę znajomym. Tak był wniebowzięty, że akurat mnie nie złożył… Zapomniał.

Na szczęście miałem też innego dłużnika, którego syn wybierał się do USA. Pożyczka nie była spłacona. Pojechałem do niego, aby zapytał się syna, czy wyśle mi zaproszenie. Znajomy oznajmił, że zaproszenie będzie kosztowało trzydzieści tysięcy złotych. Zostało mi doręczone i w końcu wybrałem się z paszportem do Warszawy, gdzie konsul zapytał mnie o korespondencję z zapraszającym. Korespondencji nie miałem, ani jednego listu, i wróciłem na wioskę.

Skończyło się marzenie o Wielkiej Wodzie, więc na wiosnę posadziliśmy hektar tytoniu, aby odrobić poniesione straty. Spotkałem znów innego znajomego, który również wiedział o moich staraniach w sprawie wyjazdu. Zadał mi pytanie: „Lutek, a ty myślisz jeszcze o tej Ameryce?”. Kiwnąłem twierdząco, dodając, że żona jest przeciwna. Uważała bowiem, że niepotrzebnie całą rodziną na te wizy, zaproszenia i bilety robimy. Znajomy powiedział, że jest lepszy sposób i że potrzebne jest jedynie konto dolarowe z wkładem dwa tysiące dolarów. Część miałem w domu schowane w stodole, a resztę dokupiłem po sto trzydzieści złotych za dolara.

Pojechałem do urzędu gminy, gdzie opisałem swoje gospodarstwo: ile mam hektarów, jakie posiadam budynki i maszyny rolnicze. Na tej podstawie wójt oszacował, ile co warte. Wybrałem się do ambasady, zabierając również książeczki oszczędnościowe i wyciąg z konta dolarowego, rejestracje żuka i ciągnika. Położyłem te dokumenty w okienku konsula, gdzie usłyszałem, że po godzinie szesnastej mam opłacić wizę. Konsul, cały uśmiechnięty, powiedział: „Szczęśliwego lotu!”.

Następnego dnia po powrocie na wioskę udałem się do biura LOT-u w Rzeszowie w celu zarezerwowania biletów na 28 września. Termin związany był z koniecznością wykopania ziemniaków, zerwania tytoniu i obsiania oziminy. Tak się jednak złożyło, że odwiedził mnie znajomy i zapytał, kiedy odjeżdżam. Bardzo się zdziwiłem i zaniepokoiłem, że wie o zgodzie na wyjazd, więc zapytałem: „Kto ci bajek naopowiadał?”. On na to, że mnie dobrze zna i wie wszystko. Powiedział, że się w kraju robi coraz gorzej i żebym zaraz wyjechał, bo potem nie wyjadę. Na do widzenia ostrzegł, żebym nikomu nie mówił o tym, że przyszedł i wyjawił tajemnicę. Że jeśli komuś powiem, to doniesie na mnie do milicji, która zabierze mi paszport. Odjechał i zostawił mnie w wielkim szoku.

Mając żonę blisko słuchawki, zadzwoniłem do Rzeszowa do biura LOT-u, gdzie powiedziano mi, że nie ma możliwości, by przyspieszyć wylot przed wykopkami, ale poradzono, by ponownie udać się do Warszawy do biura linii Pan Am, bo tam nie ma kolejek.

Kupiłem bilet na 17 sierpnia z lądowaniem w Nowym Jorku z opóźnieniem, o jedenastej w nocy. Po przylocie miałem problem z oficerem służby granicznej, ponieważ zadawał mi pytania. Nie znałem języka, w którym mówił. Z pomocą obcych ludzi udało mi się rozwiązać problem. Oficer pytał się o adres, do kogo jadę, i myślał, że ja nie wiem. Znajomy dwa razy wyjeżdżał na lotnisko. Po przyjeździe do dzielnicy Greenpoint okazało się, że wszyscy już spali. Byłem dziewiątą osobą w tym mieszkaniu.

Rano zrobił się tłum, bo wszyscy do pracy. Czterech było z mojej wioski, a pozostali z sąsiedniej, ale ich bardzo dobrze znałem. Przekazano mi tylko, żebym nie wychodził na ulicę, bo mogę być napadnięty przez Portoryków, których w okolicy dużo mieszkało. Po powrocie z pracy domowników dowiedziałem się dalszych szczegółów, na przykład takich, że zarabiają od dwustu pięćdziesięciu do czterystu dolarów na tydzień. Pracują po dwóch, trzech w jednej pracy. Zapytałem, czybym się może u nich zahaczył, ale powiedzieli, że pracy nie ma.

Chodziłem po Manhattan Avenue i pytałem o pracę przechodniów, po polsku. Nikt nic nie wiedział.

Jeden gość powiedział mi, żebym rano przyszedł na róg Manhattan Avenue i Greenpoint Avenue, to mnie zabierze do pracy. Ponieważ mi obiecywał, kupiłem mu trzy piwa. Następnego dnia czekałem dwie godziny, ale nie przyjechał. Straciłem te trzy piwa. Dzień później przypadkowo spotkałem Polaka z sąsiedniej wioski. Zapytał, gdzie robię. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nigdzie. Powiedział, że jak chcę, to mnie następnego dnia zabierze. Ten akurat przyjechał, więc go zapytałem, ile zarobię. Dowiedziałem się, że on zarabia sto trzydzieści dolarów, a ja dostanę tylko sto. Wtedy mu odpowiedziałem, że bardzo przepraszam, ale ja nie będę za tak małe pieniądze pracował, i wróciłem do wynajmowanego mieszkania, czym naraziłem się na gniew lokatorów. Ten najważniejszy, z mojej wioski, jak nie krzyknie, że ja jestem tu każdy dzień do tyłu, jeśli nie pracuję. Odpowiedziałem, że wiem o tym, ale na życie mi wystarczy ze względu na to, że przywiozłem tysiąc trzysta piętnaście dolarów z Polski.

Minęło już trzydzieści pięć dni od przyjazdu.

Wieczorem ten, co krzyczał, zlitował się i powiedział, że rano zawiezie mnie do pracy. Nikt w niej miejsca nie zagrzał, ale to będzie na początek. Rano podjechał samochód z innymi Polakami, ten, co krzyczał, kazał mi wsiadać: „Uważaj, jak jedziemy, bo sam będziesz wracał”.

Dojechaliśmy pod szapę [warsztat]. Ten, co krzyczał, wyjął notes, napisał kilka słów i dał mi kartkę. Kazał stać na chodniku i odjechał. Stałem. Po jakimś czasie nadszedł ogromny facet, sto pięćdziesiąt kilogramów żywej wagi. Nic nie powiedział. Wziął kartkę, zaprowadził na taki plac, na którym pracował duży spychacz. Wpuścił i zamknął jak psa.

Stałem i nie wiedziałem, co mam robić.

Obok spychacza była góra śmieci, bo to było wysypisko. W pewnym momencie patrzę, spychacz ładuje stratowany garbage na duże przyczepy. Podszedł do mnie kierowca ze spychacza i pokazał, że mam ze śmieci wybierać drewno, a potem odrzucać je na bok. Potem, że żelazo i wrzucać do kontenera. Pokazał na kartce, że pracuję do szesnastej, a jutro zaczynam o szóstej rano. O szesnastej byłem już bardzo zmęczony, o wiele bardziej niż na polu w czasie żniw w mojej rodzinnej wiosce.

Pracowałem cały rok na wysypisku, zarabiając sto pięćdziesiąt dolarów na tydzień. Żaden Polak nie powiedział mi, że na Manhattan Avenue są agencje, dzięki którym można znaleźć lepiej płatną i mniej męczącą pracę. Żaden.

Sytuacja zmieniła się na lepsze, gdy do USA przyjechał mój młodszy brat. Miał on więcej szczęścia, gdyż znajomi z jego wioski, którzy przebywali już w USA, zabrali go prosto z lotniska do Passaic w stanie New Jersey, gdzie dostał pracę. Pewnego dnia brat spotkał kolegę z sąsiedniej wioski. Od słowa do słowa: gdzie pracujesz, tu i tu, ja tu i tu, a ile zarabiasz, słyszałeś coś o jakiejś pracy? Wyszło, że kolega w rzeźni pracuje i że pomoże starszemu bratu, czyli mnie.

Następnego dnia stanąłem przed budynkiem tej rzeźni. Podjechał facet i zapytał, ile mam lat i czy mam dokumenty. Mówię, że amerykańskich to nie mam, a on, żebym się nie martwił, bo w Polsce jest stan wojenny i takie papiery wydaje teraz rząd amerykański. Jak będę miał papiery, dostanę pracę w rzeźni.

Jak obiecał, tak zrobił.

Po dwóch latach pracy w rzeźni wysłałem ciągnik i dwa samochody do Polski. Żona pisała do mnie, że już zarobiłem to, po co pojechałem, więc czas wracać. Zacząłem jednak lepiej zarabiać. Pomyślałem, że coś odłożę dla dzieci, bo jest ich czwórka.

Synowie zakładali rodziny. Jeden wybrał sobie wielkie miasto, Rzeszów. Razem ze swatami kupiliśmy mieszkanie w bloku. Po jakimś czasie kupiłem działkę i materiał na budowę domu. Po paru latach dzięki mojej finansowej pomocy syn ukończył budowę domu z garażem. Potem drugi syn założył rodzinę w mieście, w Stalowej Woli. I znów zarobiłem na mieszkanie, działkę, materiał na budowę, ten sam schemat. W międzyczasie kupione zostały dwa kombajny, zbożowy i ziemniaczany, dwa ciągniki: zetor i ursus 60, oraz wiele innych, nowych i nowoczesnych maszyn rolniczych.

Po otrzymaniu, już po stanie wojennym, obywatelstwa amerykańskiego wystąpiłem o przyjazd żony z córką. Nastąpiło to po jakimś czasie.

Mój wyjazd do Stanów był tylko po samochód i ciągnik. Tak się złożyło, że trwa ponad trzydzieści lat. Już na emeryturze, choć rolnik, zacząłem pisać wiersze. Dotyczą one wyjazdu z ojczyzny.

Witaj Ameryko

Witaj ziemio Ameryki

Serce moje drży i głos

Chociaż takie samo tutaj jest niebo

To serce gwałtownie kołacze

Tęsknię za Polską

Tam wspomnienia zostały

Gdzie wzrastałem i żyłem

Pod strzechą Lipin Dolnych

Pacierza się uczyłem

W przestworzach skowronki śpiewały

O wszechświecie, Bogu i gaju

Pod niebem na skrawku ziemi

Od zawsze czułem się tam jak w raju

Janina, 1980

Chrzestna odebrała mnie z lotniska ze swoim znajomym. Nie było: „Witaj, Janeczko, dobrze, że jesteś, miło cię widzieć”, tylko: „No to jedziemy do miasta, zawiozę cię na spanie”. Moje mieszkanie, w którym obecnie się znajdujemy, jest perfekcyjne. Ale tamto nie było. U tej znajomej był to sabłej, i to brudny. „Tu będziesz miała łóżko” – powiedziała chrzestna. Co to było za okropne łóżko! Nie jak łóżko, takie twarde!

No ale chrzestna dała mi sto dolary i mówi, żebym sobie załatwiła za to soszial sekjury. „Pójdziesz do księdza Tołczyka do polskiego banku, on załatwi”. Jakbym ja wiedziała, kto to jest ksiądz Tołczyk. „Tylko te sto dolary masz mi oddać!” – taka to była chrzestna. Zawinęła się i poszła.

O Boże, trzymałam te sto dolary i siedziałam na łóżku. Ja jestem z małej wioski, nigdzie nie wyjeżdżałam. Nigdzie, nie było kiedy.

Z Polski miałam jeszcze dziesięć. Kobieta mi ani pić, ani jeść nie dała, a ja dumna jestem, więc poprosić – nie poprosiłam. Wtedy sobie pomyślałam: to tak sobie Polacy pomagają? Jak worek ziemniaków nowego wyrzucają? W Polsce, jak nas ta chrzestna odwiedzała, to przywoziła stare lumpy, tyle że z Ameryki, a my o tym, że to stare, nie wiedzieli, tylko się do tych gratów ślinili.

Pracy mi nie załatwili, a ta kobieta w mieszkaniu bardzo złą opinię miała, ale o tym to ja się później dowiedziałam. W nocy do niej młode chłopy przychodzili, głosy słyszałam, ona chwaliła się, że ma młodą osobę. Ja na tym łóżku zwinięta i prawie nie oddycham.

Polacy to byli, niczego niewarci ludzie. Nic się nie dorobili, chorzy, pokrzywieni. Wiem, bo spotykam ich teraz na Greenpoincie.

Jeszcze pani nie powiedziałam, że ja byłam pogryziona przez pluskwy, a prześcieradło to było rano od mojej krwi czerwone. Następnego dnia robiłam w rękach pranie, no bo prześcieradło brudne. Ta, u której spałam, wydarła się, że prać nie wolno, bo jest święto kościołowe. Niedziela to nie była, u nas na Podlasiu takiego święta nie było. To musiało być małe święto.

Tydzień wytrzymałam, aż spotkałam tego pana, który mnie z lotniska przywiózł. Ja jego pamiętałam z mojej miejscowości. Powiedziałam, że strasznie się w tym mieszkaniu boję. On wziął i pojechał ze mną na Bedford, North Siódmą, tam też z naszej wioski mieszkali. Dowiedziałam się, że ta moja chrzestna to jeszcze jednego gościa ściągła, na końcu wioski mieszkał. Potem nie wyjechała po niego na lotnisko. No jak tak można. Powiedziałam jej: „Jak tak możesz?”. Jakoś mogła.

Pan Janusz pracował w żydowskiej piekarni, więc mi bułki żydowskie przynosił. Pyszne. Te bułki miałam, piłam wodę i już, nic więcej.

Na North Siódmej też nie było za dobrze. Strach. O czarnych opowiadali takie cuda-niewidy, a tam czarnych na pęczki latało.

Z taką Wiesią mieszkałam w pokoju, panienka z niej była i szukała sobie męża. Przez nią spotkałam następnego znajomego z naszej wioski. On moją mamusię pamiętał. „Ryszard, musisz mi pomóc znaleźć mieszkanie” – bo Ryszard trochę znał angielski. Za tydzień, dwa zadzwonił do mnie, że jest mieszkanie na ulicy Huron, dwieście trzydzieści dolarów miesięcznie. Tylko trzeba wpłacić kaucję.

No to musiałam na tę kaucję zarobić. Wiesia poradziła: idź do sweterkowni na Driggs. Zaprowadziła mnie, bo skąd miałam wiedzieć, co to sweterkownia. To się dowiedziałam, że u Żyda przy maszynie. Długo w tej sweterkowni robiłam. Dobrze byłam traktowana. Właścicielem był Natan, polski Żyd, i jego żona Luba, Rosjanka. Miał ten Żyd wspólnika Żyda z Izraela. Ten polski Żyd nie lubił tego z Izraela, Lewkowicz miał na nazwisko. „Żydzisko” – tak mówił o tym panu Lewkowiczu. Lewkowicz miał pejsy, a Natan był taki jak my i nie miał pejsów. Tyle że kipę.

Z Żydami bywa różnie. Raz koleżanka ze sweterkowni wzięła mnie ze sobą na sprzątanie do Williamsburga. Zobacz, mówi, może ci się spodoba. Bo ona na dwa etaty robiła. „W sweterkowni – mówi – masz 3,75, a na plejsie pięć dolarów na godzinę”. Inne pieniądze to były wtedy, więcej warte. Chleb kosztował pół dolara, teraz dwa. Ale mi się nie spodobało, Żydówki dzieci za dużo miały brudzących. Żydówka kazała mi na kolanach zmywać podłogę. Tylko na nią popatrzyłam: „Idź ty do diabła”. Ja wtedy młoda i taka byłam bardziej ambicjonalna. Nie dałam się poniżać. Ty jesteś Żydówa i chcesz, żebym ja ci usługiwała? W życiu!

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.