Gra zaklinacza - Donato Carrisi - ebook + audiobook
BESTSELLER

Gra zaklinacza ebook i audiobook

Donato Carrisi

4,1

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Dziesięć lat po premierze bestsellerowego zaklinacza Donato Carrisi powraca z nową przerażającą zagadką…

Podobno zło jest banalne. Ale o przeciwniku, z którym przyjdzie się zmierzyć Mili Vasquez można powiedzieć wszystko, lecz na pewno nie to, że jest banalny.

O zmierzchu na posterunku policji odzywa się dzwonek telefonu. Przerażona kobieta z farmy na odludziu błaga o pomoc. Kiedy z dużym opóźnieniem na miejsce przyjeżdża policja, ilość krwi nie pozostawia wątpliwości, że doszło do rzezi, choć zwłoki czteroosobowej rodziny zniknęły. Wydarzyło się tu coś niepokojącego, coś strasznego, czego śledczy nie rozumieją.

Tylko jedna osoba może odkryć, jaka wiadomość kryje się za aktem zła, którego dopuścił się nieznany sprawca. Ale Mila Vasquez porzuciła pracę agentki i nie jest gotowa wracać do strefy mroku…  Nie wie jednak, że Enigma, jak podejrzanego nazwały media, zaplanował wciągnięcie jej w diaboliczną grę, w której stawką jest nie tylko życie obcych ludzi, ale kogoś znacznie jej bliższego…

Śledztwo przynosi kolejne odkrycia, zło zmienia formy i przekracza granice światów – rzeczywistego i wirtualnego, w którym można dawać ujście najgorszym instynktom... bezkarnie, ale pozostawiając za sobą nieusuwalne ślady.

Wszystko jest częścią gry, która dopiero się rozpoczyna.

A ten, kto ją zaplanował, zawsze jest o jeden krok z przodu.

"Carrisi jest mistrzem stopniowania napięcia i tworzenia labiryntów fabuły."
"Corriere della Sera"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 18 min

Lektor: Janusz Zadura

Popularność




Podobno zło jest banalne. Ale o przeciwniku, z którym przyjdzie się zmierzyć Mili Vasquez można powiedzieć wszystko, lecz na pewno nie to, że jest banalny.

O zmierzchu na posterunku policji odzywa się dzwonek telefonu. Przerażona kobieta z farmy na odludziu błaga o pomoc. Kiedy z dużym opóźnieniem na miejsce przyjeżdża policja, ilość krwi nie pozostawia wątpliwości, że doszło do rzezi, choć zwłoki czteroosobowej rodziny zniknęły. Wydarzyło się tu coś niepokojącego, coś strasznego, czego śledczy nie rozumieją.

Tylko jedna osoba może odkryć, jaka wiadomość kryje się za aktem zła, którego dopuścił się nieznany sprawca. Ale Mila Vasquez porzuciła pracę agentki i nie jest gotowa wracać do strefy mroku… Nie wie jednak, że Enigma, jak podejrzanego nazwały media, zaplanował wciągnięcie jej w diaboliczną grę, w której stawką jest nie tylko życie obcych ludzi, ale kogoś znacznie jej bliższego…

Śledztwo przynosi kolejne odkrycia, zło zmienia formy i przekracza granice światów – rzeczywistego i wirtualnego, w którym można dawać ujście najgorszym instynktom… bezkarnie, ale pozostawiając za sobą nieusuwalne ślady.

Wszystko jest częścią gry, która dopiero się rozpoczyna.

A ten, kto ją zaplanował, zawsze jest o jeden krok z przodu.

DONATO CARRISI

Włoski pisarz, reżyser, scenarzysta i dramaturg. Absolwent prawa specjalizujący się w kryminologii. Autor popularnych thrillerów i reżyser filmów nakręconych na ich podstawie (jego hit Dziewczyna we mgle jest dostępny na platformie Netflix).

Powieść Zaklinacz (2009 r.), debiut literacki Carrisiego, przyniosła mu niesamowity sukces: tłumaczenia na 20 języków, milion sprzedanych egzemplarzy, nagrodę Bancarella, nominację do prestiżowej francuskiej Prix des Lecteurs.

Kolejne powieści – Trybunał dusz i Hipoteza zła – ugruntowały wysoką pozycję pisarza wśród autorów thrillerów na całym świecie.

Na podstawie powieści Carrisiego Dziewczyna we mgle nakręcono film z udziałem m.in. Toniego Servillo, Alessio Boniego i Jeana Reno oraz W labiryncie, w którym zagrał Dustin Hoffman i Toni Servillo!

donatocarrisi.it

Tego autora

DZIEWCZYNA WE MGLE

Paenitentiaria Apostolica

TRYBUNAŁ DUSZ

ŁOWCA CIENI

WŁADCA CIEMNOŚCI

Mila Vasquez

ZAKLINACZ

HIPOTEZA ZŁA

W LABIRYNCIE

GRA ZAKLINACZA

Tytuł oryginału:

IL GIOCO DEL SUGGERITORE

Copyright © Donato Carrisi, 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Natalia Mętrak-Ruda & Anna Osmólska-Mętrak 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: Alex Volot/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Skład: Laguna

ISBN 978-83-8215-443-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Antonia –mojego syna, mojego następcyDla Luigiego Bernabò, przyjaciela

Zgłoszenie na policję zostało zarejestrowane o dziewiętnastej czterdzieści siedem, dwudziestego trzeciego lutego. Dzwoniąca z komórki kobieta domagała się wzburzonym tonem przysłania patrolu do odludnego gospodarstwa, położonego jakieś piętnaście kilometrów od miasta.

W tamtej chwili nad okolicą szalała gwałtowna burza.

Na pytanie funkcjonariusza o powód tego pilnego wezwania kobieta odpowiedziała, że na teren posesji wdarł się jakiś mężczyzna. Stoi na zewnątrz, w deszczu i ciemności. Mąż kobiety wyszedł, by przekonać intruza do odejścia, ale on nie chce o tym słyszeć.

Stoi nieruchomo i w milczeniu wpatruje się w dom.

Kobieta nie mogła podać rysopisu nieznajomego, bo z miejsca, w którym się znajdowała, także z powodu ściany lejącego deszczu, ledwie była w stanie dostrzec jego sylwetkę w świetle błyskawic. Powiedziała, że przyjechał zielonym starym kombi, i zakończyła uwagą, że jej dwie córeczki są przerażone.

Operator numeru alarmowego zanotował adres i zapewnił, że wyśle kogoś, by sprawdził, co się dzieje, ale poinformował też kobietę, że w związku z niekorzystnymi warunkami pogodowymi zalewa ich fala wezwań do wypadków drogowych i podtopień. Dlatego będzie musiała uzbroić się w cierpliwość.

Pierwszy radiowóz zwolnił się dopiero nazajutrz o piątej rano – dziewięć godzin po zgłoszeniu. Dotarcie do gospodarstwa zajęło policjantom sporo czasu także dlatego, że w nocy z brzegów wystąpił potok, który w kilku miejscach wylał się na drogę.

Widok, jaki odsłonił się przed dwoma funkcjonariuszami tuż po świcie, był spokojny.

Typowy drewniany wiejski dom pomalowany na biało, a obok silos do przechowywania jabłek. Ogromna sykomora rzucała cień na plac obok domu. Pod werandą zawieszona była huśtawka, a dwa identyczne różowe rowerki stały oparte obok schowka na narzędzia. Na jaskrawoczerwonej skrzynce na listy widniał napis ANDERSONOWIE.

Nic, co kazałoby przeczuwać coś złego. Może poza ciszą, przerywaną tylko nieustannym szczekaniem kundla przywiązanego do budy na długiej smyczy.

Funkcjonariusze wzywali głośno mieszkańców, ale nikt nie odpowiadał. Ponieważ wyglądało na to, że w domu nie ma nikogo, pomyśleli, że nie są tu już potrzebni. Tylko dla całkowitej pewności, zanim zrobili w tył zwrot i odjechali, jeden z policjantów wszedł po schodkach ganku i zapukał do drzwi wejściowych. Zorientował się, że są tylko przymknięte. Zaglądając do środka, zauważył straszny bałagan.

Po uzyskaniu drogą radiową zgody centrali weszli, żeby się rozejrzeć.

Zastali poprzewracane stoły i krzesła, połamane sprzęty, podłogę zasypaną odłamkami szkła. Sytuacja na piętrze przedstawiała się jeszcze gorzej.

Wszędzie była krew.

Poduszki i prześcieradła w sypialniach przesiąknięte były zakrzepłym już czerwonawym płynem. Odpryski poplamiły przedmioty codziennego użytku – kapeć, szczotkę, twarze lalek w pokoju dziewczynek. Po podłodze ciągnęły się długie smugi, a na ścianach odbite były ślady dłoni – wyraźne ślady rozpaczliwej próby ucieczki. Miejsce masakry. Policjantów zaniepokoiło jednak najbardziej to, czego nie znaleźli.

Brakowało ciał.

W tym domu po czwórce członków rodziny – ojcu, matce i ośmioletnich bliźniaczkach – pozostały tylko fotografie, oprawione w stojące lub zawieszone na ścianach ramki. Patrzący z tych uśmiechniętych portretów Andersonowie stali się prawdopodobnie świadkami własnej rzezi.

Około ósmej rano siły policyjne zawładnęły tym skrawkiem wsi.

Podczas gdy oddziały rozpoznawcze, wspierane przez psy wyspecjalizowane w znajdowaniu zwłok, przetrząsały okolice i każde naturalne zagłębienie w poszukiwaniu ewentualnych szczątków, dochodzeniówka analizowała chaos na terenie gospodarstwa, próbując zrekonstruować przebieg wydarzenia.

Jednocześnie rozpoczęło się zmasowane polowanie na człowieka.

Na nieznajomego, o którym niejasno mówiła przez telefon pani Anderson. Znana była tylko jego płeć. Kobieta nie podała nawet ogólnego opisu, a tym bardziej żadnego szczegółu, który mógłby w jakiś sposób doprowadzić do identyfikacji.

Jedyną informacją było zielone stare kombi, o którym napomknęła. Niestety, przy braku numeru rejestracyjnego czy choćby modelu nie można było tego uznać za wartościowy trop.

Przed południem zwięzła wiadomość o wydarzeniu trafiła do mediów. Wystarczyła, by rozbudzić ciekawość opinii publicznej.

W porze kolacji Karl, Frida i bliźniaczki, Eugenia i Carla, przestali być tylko anonimową rodziną – stali się bohaterami kroniki kryminalnej, a miliony osób w całym kraju śledziły ich historię z zapartym tchem.

Tajemnica zaginionej rodziny.

Sprawa stała się jeszcze bardziej smakowita, gdy wyszło na jaw, że Andersonowie przenieśli się na wieś, rezygnując z technologii. Nie mieli elektryczności, internetu ani telefonu. Jedynym wyjątkiem była komórka, która miała służyć tylko w pilnych wypadkach i której w istocie użyto, by wezwać pomoc.

Skąpe, ale makabryczne szczegóły dotyczące sprawy i towarzysząca im pewność, że na wolności wciąż przebywa potwór, wystarczyły, by rozsiać wśród opinii publicznej ślepy i irracjonalny strach. Nikomu nie został oszczędzony dręczący niepokój, że to wydarzenie mogłoby się w jakiś sposób powtórzyć. Cała społeczność domagała się szybkiego rozwiązania śledztwa, oczywiście zwieńczonego schwytaniem sprawcy.

Policja nie miała odpowiedzi, które wykraczałyby poza oczywistości. Mimo zaangażowanych środków i ludzi jedyną konkluzją, do jakiej doszli śledczy, było to, że zabójca posłużył się zielonym kombi, by zabrać ze sobą zwłoki – Bóg jeden wiedział, w jakim celu.

Zbyt mało, by mieć nadzieję na szybki epilog.

Prowadzący dochodzenie uznawali za prawdopodobne, że sprawca wtargnięcia do domu Andersonów pozbył się już pojazdu, niemniej jednak spróbowali odszukać podejrzane auto na nagraniach drogowego monitoringu w godzinach poprzedzających telefon pani Anderson i późniejszych. Istniała nadzieja, że stary model mógł zwrócić czyjąś uwagę. Poza tym utworzono specjalny numer telefonu, by zbierać ewentualne zgłoszenia osób, które widziały stare rodzinne samochody w kolorze zielonym. Jak można było przewidzieć, telefon się rozdzwonił, ale większość zawiadomień niczego do śledztwa nie wnosiła.

Poza jednym.

Późnym popołudniem ktoś anonimowo zasygnalizował obecność zielonego volkswagena passata z 1997 roku na terenie starej rzeźni, zaparkowanego w nieużywanym magazynie. Kiedy policjanci pojechali sprawdzić pojazd z pomocą psów, przez szyby samochodu zauważyli sporo krwi wsiąkniętej w tapicerkę.

Przygotowani na straszliwe odkrycie, otworzyli szeroko drzwi bagażnika, lecz nie było tam śladu zwłok.

Kiedy przygotowywali się do odgrodzenia terenu, by umożliwić dochodzeniówce wejście na miejsce przestępstwa, psy zaczęły nagle ujadać.

Wyczuły w rzeźni czyjąś obecność.

W mniej niż trzydzieści minut cała dzielnica została otoczona kordonem bezpieczeństwa i zaraz potem siły specjalne wtargnęły do kompleksu budynków. Była to operacja w wielkim stylu, z udziałem dziesiątek znakomicie wyposażonych ludzi. Oddziały rozdzieliły się, żeby przeczesać cały teren, każdą możliwą kryjówkę. Tupot ciężkich butów, szczekanie psów i krzyki szturmujących policjantów wypełniały echem to opuszczone miejsce. Aż do chwili, gdy jeden z funkcjonariuszy zawiadomił przez radio, że „na trzecim piętrze coś jest”. Wtedy wszystkie jednostki zbiegły się we wskazanym punkcie.

W ciemnym pomieszczeniu, pośród stert starych komputerów i innego niedziałającego już sprzętu elektronicznego, był mężczyzna.

Stał dziwnie nieruchomy i zwrócony w stronę ściany czarnych monitorów. Nie miał na sobie ubrania. Podniósł ręce na znak poddania i odwrócił się powoli do funkcjonariuszy celujących do niego z broni automatycznej i trzymających oślepiające latarki.

Poza osobliwością miejsca, w którym się schował, jeszcze dwie rzeczy od razu uderzyły policjantów. Trudno było określić wiek mężczyzny, a całe jego ciało, łącznie z twarzą i ogoloną głową, pokrywały tatuaże.

Liczby.

Nie stawiał oporu, bez słowa pozwolił zakuć się w kajdanki. Obok niego leżał mały sierp zbroczony krwią. Prawdopodobnie narzędzie zbrodni.

Zatrzymanie głównego podejrzanego nastąpiło niewiele ponad czterdzieści osiem godzin po telefonie pani Anderson. Po początkowej dezorientacji przyszło szybkie i nieoczekiwane rozwiązanie sprawy – choć w tym przypadku śledczym pomógł donos.

Szef policji podziękował publicznie bezimiennemu obywatelowi za oddanie przysługi sprawiedliwości i ogłosił przed lasem mikrofonów, że wygrano kolejny mecz przeciwko złu. Straszliwa śmierć Andersonów była już dla wszystkich oczywistym faktem, choć nie odnaleziono ciał. Jednakże wraz z aresztowaniem wytatuowanego mężczyzny porządek i bezpieczeństwo zostały przywrócone, a ludność mogła odetchnąć z ulgą.

Czas śledztwa się zakończył, a teraz naturalną koleją rzeczy przyszła pora na współczucie i modlitwę za ofiary, gdziekolwiek się znajdowały.

Nikt nie mógł sobie wyobrazić, że czas strachu dopiero się zaczyna.

ENIGMA

1

List przyszedł punktualnie, jak zawsze w lutym.

Za każdym razem treść była mniej więcej taka sama. Informowano ją, że obraz kliniczny pozostaje niezmieniony i że w tej chwili nie ma żadnych znaczących sygnałów pozwalających przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja. Osoba pisząca to zawiadomienie kończyła je zawsze tym samym zdaniem.

Ogólny stan pacjenta pozostaje nieodwracalny.

Zdanie było delikatną zachętą do tego, by zdecydować, czy przedłużać o kolejny rok podtrzymywanie oddychania i sztuczne odżywianie, czy też definitywnie zakończyć to życie w stanie wegetatywnym.

Mila odłożyła list do szuflady i podniosła wzrok na panoramę rozciągającą się za kuchennym oknem. Zachodzące słońce przybierało dziwne tony szarości, odbijając się w jeziorze, a Alice goniła unoszone wiatrem liście na zadrzewionej łące w pobliżu nabrzeża. Zima już dawno ogołociła górujące nad domem lipy. Ciekawe więc, skąd się brały te suche liście – może przywiało je z gęstego lasu, który odbijał się niczym korona w przejrzystym lustrze zielonej wody.

Alice miała na sobie ciepły sweter i szalik, który unosił się wraz z włosami. W zimnie jej oddech zamieniał się w parę, ale wyglądała na szczęśliwą. Mila tymczasem cieszyła się ciepłem domu. Przygotowywała na kolację duszone warzywa, a w piekarniku już piekła się szarlotka, która wypełniała cały dom słodkim zapachem cukru i cynamonu. W ciągu ostatnich miesięcy odkryła w sobie nieoczekiwane zdolności. Ona, która uważała posiłki jedynie za sposób dostarczania organizmowi energii, teraz była wręcz w stanie wydobyć z potraw smak. Alice dziwiło to jeszcze bardziej niż ją, ponieważ gotowanie należało do czynności, jakimi zajmują się inne matki, ale nie jej mama.

W ostatnim roku nastąpiło sporo zmian. Nie chodziło po prostu o wprowadzenie nowych zwyczajów, ale o nowe życie.

Podczas ostatniego dochodzenia, które Mila prowadziła, groziło jej wielkie niebezpieczeństwo.

Myśl o śmierci w czasie służby nigdy wcześniej nie stanowiła dla niej problemu. To ryzyko, z jakim liczy się każdy policjant. Jednak kiedy otarła się o śmierć, zaczęła rozważać tę kwestię. Nagle została zmuszona do zadania sobie banalnego pytania, czego nigdy wcześniej nie zrobiła.

Gdyby umarła, co by się stało z Alice? Już sam fakt dorastania bez ojca był dla jej córki trudny.

Dlatego też dojrzała do decyzji, by zrzucić mundur. Teraz wydawało się, że minął już wiek, odkąd Mila Vasquez poświęcała się całkowicie jednej misji: odnajdywaniu zaginionych osób.

Nigdy nie uważała się za zwykłego glinę. Przede wszystkim nigdy nie była zwyczajną osobą, bo w innym wypadku nie zajęłaby się tropieniem cieni.

W wieku około szesnastu lat zauważyła, że różni się od innych: w przeciwieństwie do wszystkich znanych sobie osób nie była w stanie odczuwać empatii. Przez długi czas uważała to za powód do wstydu, gdyż nie pozwalało jej na nawiązywanie relacji i stawiało ją w dwuznacznym świetle. Kiedy w końcu, mając jakieś dwadzieścia pięć lat, zdobyła się na odwagę, by porozmawiać o tym z psychiatrą, ten podał nazwę jej dolegliwości: aleksytymia. Jest czymś w rodzaju emocjonalnego analfabetyzmu. W praktyce Mila nie była zdolna do nawiązywania z innymi stosunków uczuciowych, nie potrafiła też rozpoznawać ani opisywać własnych uczuć. To tak, jakby wcale ich nie miała.

Ktoś nazywał ten stan „zamrożoną duszą”.

Z czasem zrozumiała przyczynę tego mrocznego daru. Zdała sobie sprawę, że jest jakby przejściem, sekretnym dostępem do innego wymiaru, zbudowanego z mroku i okrucieństwa. Gdy raz otworzyło się tę bramę, nie można już było jej zamknąć.

Wyłoniłam się z ciemności i co jakiś czas muszę do niej wrócić…

Jako policjantka uznała swoją przypadłość za cenną sojuszniczkę, ponieważ pozwalała jej z przytomnym dystansem traktować sprawy, które prowadziła. Było to szczególnie przydatne przy zaginięciach małoletnich, kiedy wysoki stopień zaangażowania emocjonalnego stanowił przeszkodę dla obiektywności śledczych: jej koledzy mieli często pokusę, by porzucić sprawę w obawie przed odkryciem straszliwej rzeczywistości, jaka niemal zawsze ujawniała się pod koniec śledztwa.

Mila o tym wiedziała: poszukiwanie zaginionego dziecka to jak śledzenie czarnej tęczy. Na koniec nie ma co się spodziewać złotego garnca, lecz tylko milczącego potwora, złaknionego krwi i niewinności.

Aleksytymia była jej przekleństwem, ale też pancerzem. Mila musiała jednak za to płacić.

Brak empatii niebezpiecznie zbliżał ją do bestii, które żywią się cierpieniem swoich ofiar, nie będąc w stanie odczuwać wobec nich litości. Aby się od nich odróżnić, Mila często uciekała się w sekrecie do pomocy żyletki. Małe akty samookaleczania służyły jej do przywołania w sobie poczucia cudzego bólu. W gruncie rzeczy blizny pokrywające jej ciało zaświadczały o tym, w jaki sposób próbowała utożsamić się z zaginionymi, w sprawie których prowadziła śledztwo – w ten sposób wchodziła z nimi w empatyczny kontakt. Ból fizyczny zastępował cierpienie duszy, powodując, że czuła się mniej winna z powodu swojej obojętności.

Jedynym okresem, kiedy czuła coś nowego – coś ludzkiego – był czas ciąży, gdy oczekiwała Alice. Było to emocjonalne doświadczenie, które niestety, dla obu z nich zakończyło się porodem.

Potem Mila nigdy nie była zdolna być matką, ani dobrą, ani złą. Po prostu brakowało jej do tego narzędzi. Jej troska o Alice nie różniła się niczym od troski, jaką można otaczać roślinę. A jednak zajmowała się córką najlepiej, jak to możliwe – możliwe oczywiście dla niej.

To wszystko należało już jednak do przeszłości.

Mniej więcej przed rokiem Mila uznała, że nadszedł moment, by jakoś zaradzić temu odrętwieniu serca i duszy. Wynajęła dom nad jeziorem i uciekła z Alice od świata.

Nie było łatwo. Każda z nich musiała przywyknąć do obecności drugiej. Stopniowo jednak odkrywały, że nie są sobie całkowicie obce. Choć Mila nadal musiała się często mierzyć z pokusą, by zaszyć się w łazience na piętrze, wyjąć jedną z żyletek schowanych w pudełeczku za lustrem i zranić się w naznaczonym już miejscu ciała. Byłby to sposób, aby wraz z krwią wytrysnęła z niej też udręka, co pozwoliłoby jej poczuć, że wciąż jest człowiekiem. Bo czasem w to wątpiła.

Teraz, w ten mroźny wieczór pod koniec lutego, obserwowała córkę bawiącą się samotnie na łące i nie mogła powstrzymać się od myśli, jak wiele z niej jest w Alice. Dziewczynka skończyła dziesięć lat. Już wkrótce hormony zrewolucjonizują jej życie. Niewinne zabawy zostaną bez żalu, świadomie i bezlitośnie, porzucone. Także ona, jak zresztą wszyscy, zapomni nagle, co to znaczy być dzieckiem. A przecież, o czym dobrze wiedzą dorośli, przez resztę życia będzie tęskniła za tymi dniami.

Niepokój jej matki dotyczył jednak czegoś zupełnie innego.

Mila obawiała się, że wraz z dojrzewaniem mróz skuje również duszę jej córki. Nie istniały naukowe dowody na to, że aleksytymia jest dziedziczna, jednak statystyki wykazywały taką możliwość. Alternatywą było to, że Alice będzie przypominała ojca, a tego też Mila nie mogła zaakceptować.

Nie ten człowiek. Nie on, pomyślała, przypominając sobie list z kliniki.

Nigdy nie wypowiadała jego imienia. Nie zasługiwało nawet na to, by o nim pomyśleć. Alice też nigdy go nie wymawiała.

Jakby przywołana spojrzeniem matki, odwróciła się do niej twarzą. Mila dała jej przez szybę znak, by wracała do domu.

– Na drzewie jest dziupla wiewiórek – oznajmiła zziębnięta Alice, przechodząc przez próg.

Mila okryła ją pledem, bo ubranie dziewczynki przesiąkło wilgocią. Inna matka ogrzałaby córkę ciepłem ramion. Ale Alice nie miała innej matki, miała ją.

– Żadnego śladu Finz? – zapytała Mila.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

Brak zainteresowania niedawnym zniknięciem kotki niepokoił Milę. Czy mogła to być oznaka aleksytymii?

– Co na kolację? – zapytała Alice, zmieniając temat.

– Duszone warzywa, a potem szarlotka.

Alice przyjrzała się jej z zaciekawieniem.

– Czy jeśli zjem warzywa, będę mogła zabrać ciasto do kryjówki?

Nazywała w ten sposób szałas z koców, który zbudowała sobie u szczytu schodów. Spędzała tam mnóstwo czasu, czytając przy świetle latarki albo słuchając muzyki ze starego iPoda; ostatnio miała fioła na punkcie Elvisa Presleya.

– Zobaczymy – powiedziała Mila, która nigdy nie wypowiadała się pochopnie, gdy chodziło o odstępstwa od panujących w domu zasad.

– Myślisz, że on przyjedzie w ten weekend?

To pytanie ją zmyliło. W przeszłości zdarzało się to rzadko, ale w ostatnim miesiącu już trzeci raz o niego pytała. Ciekawe, dlaczego wbiła sobie do głowy, że ojciec do niej przyjedzie. Mila wyjaśniła jej, że to się nie stanie, że ten człowiek jest od lat w śpiączce i już się nie obudzi. Przynajmniej nie w tym życiu. Jeśli już, to w piekle. Mimo to Alice stworzyła sobie tę fantazję: że on prędzej czy później się pojawi i że spędzą jakiś czas razem jak prawdziwa rodzina.

– To się nie zdarzy – powiedziała Mila po raz kolejny, widząc, jak w oczach dziewczynki gaśnie małe światełko.

Alice skuliła się pod pledem i usiadła w starym fotelu przy kominku. Nigdy nie nalegała.

Mila wiedziała rzeczy, o których wolałaby nie wiedzieć, rzeczy, których nikt nie powinien poznać. Niewiarygodne rzeczy na temat ludzi, dotyczące zła, jakie wyrządzają bliźnim. A jej córka nie powinna odkryć, że do tych sadystów należał też jej ojciec; na to było jeszcze za wcześnie.

Była policjantka postanowiła, że córka możliwie jak najpóźniej dowie się o zbrodni, jaka kryła się za jej narodzinami, ale też o okrucieństwie świata.

Musiała ją chronić.

Nie mogąc zamknąć przejścia do mrocznego wymiaru, zerwała z przeszłością. Choć wciąż trzymała pistolet w szufladzie obok łóżka, na nikogo nie musiała już polować.

Przekonała się, że jeśli sama nie będzie już szukała ciemności, to ciemność nie przyjdzie szukać jej.

Lecz dokładnie w chwili, gdy formułowała w głowie te myśli, jej spojrzenie uchwyciło lekką zmianę w pejzażu za oknem. Słońce prawie już zaszło, ale Mila dostrzegła jego słabe odbicie w przedniej szybie anonimowej ciemnej limuzyny jadącej wzdłuż brzegu jeziora.

Poczuła znajome łaskotanie u nasady czaszki. Intuicja podpowiadała jej, że ta nieoczekiwana wizyta przyniesie coś nieprzyjemnego.

* * *

Limuzyna z przyciemnionymi szybami zatrzymała się na podjeździe przed domem, obok jej hyundaia. Stała tam z pracującym silnikiem.

Mila patrzyła przez przeszklone drzwi, ale w ciągu kilku sekund nic się nie wydarzyło. Potem otworzyły się tylne drzwi i z samochodu wysiadła Joanna Shutton.

Kobieta dała znak towarzyszącemu jej kierowcy, by pozostał w aucie. Poprawiła długie blond włosy, które opadały miękko na płaszcz z wielbłądziej wełny, i ruszyła do wejścia chwiejnym krokiem, ponieważ jej szpilki grzęzły w miękkim podłożu.

Jeśli Sędzia pofatygowała się tu osobiście, musi chodzić o naprawdę dużą sprawę, pomyślała Mila Vasquez.

Joanna Shutton miała ze sobą teczkę.

Gdy Mila otworzyła drzwi, najpierw uderzył w nią niesiony wiatrem zapach perfum. Przez chwilę czuła się nieswojo, przyjmując gościa w dresie i frotowych skarpetach.

Shutton obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem, siląc się na uśmiech.

– Nie chciałam być natrętna – usprawiedliwiła się bez przekonania. – Uprzedziłabym cię o moim przyjeździe, ale nie zdołaliśmy znaleźć twojego nowego numeru.

– Nie mamy telefonu.

Sędzia spojrzała na nią, jakby Mila właśnie przeklęła, ale powstrzymała się od komentarza.

Tymczasem Mila nie ruszała się z progu. Chciała od razu pokazać wyraźnie, że istnieje granica między jej poprzednim a obecnym życiem i że z trudem komukolwiek udałoby się przekroczyć tę linię.

Joanna Shutton wytrzymała dłuższą chwilę jej twarde spojrzenie. Szefowa wydziału policji federalnej była kobietą stanowczą, która nie pozwalała traktować się z wyższością. Ale była też na tyle inteligentna, by wiedzieć, kiedy warto negocjować. W gruncie rzeczy nazywano ją Sędzią również z tego powodu.

– Odbyłam długą podróż, Vasquez. Dlatego, zanim mnie odprawisz, prosiłabym, byś poczęstowała mnie przynajmniej filiżanką herbaty.

Mila spojrzała na nią uważnie. Postanowiła, że wysłucha tego, co Shutton ma do powiedzenia, ale przyrzekła sobie solennie, że nie pozwoli się w nic wciągnąć i po wypiciu herbaty odeśle ją tam, skąd przyjechała.

Niedługo potem wyłączyła gaz pod duszonymi warzywami i zmuszona odłożyć kolację na później, położyła na garnku przykrywkę. Następnie wyjęła z piekarnika szarlotkę i postawiła na parapecie do ostygnięcia. W końcu odesłała Alice na górę.

– Dlaczego nie mogę zostać? – zaprotestowała dziewczynka. Nigdy nikt ich nie odwiedzał, więc obecność nieznajomej była kuszącą nowością.

– Bo chcę, byś sobie przygotowała gorącą kąpiel – ponagliła ją matka. – Jutro musisz iść do szkoły.

– Czy wcześniej mogę posłuchać trochę Elvisa w kryjówce?

– Dobrze – zgodziła się Mila, bo przede wszystkim chciała mieć pewność, że córka nie usłyszy nic z tego, co miała do powiedzenia Shutton.

Po zakończeniu rozmowy z córką krzątała się jeszcze chwilę w kuchni, po czym wróciła do Sędzi z filiżanką parującej herbaty. Sędzia pociągnęła mały łyk i odstawiła od razu filiżankę na stolik przed kanapą, na której siedziała. Tajemnicza teczka, którą ze sobą przywiozła, leżała wciąż zamknięta obok niej.

– Bardzo tu pięknie – rzuciła, rozglądając się.

W kominku trzaskał ogień, co przydawało wiejskiemu otoczeniu przyjemnej bursztynowej barwy.

– Mój ojciec był zapalonym rybakiem, miał chatkę nad jeziorem i kiedy byłyśmy małe, zmuszał mnie i moją siostrę do spędzania niekończących się weekendów w lesie – powiedziała Shutton.

Mila zupełnie nie potrafiła wyobrazić sobie jej w spodniach i trekkingowych butach. Być może kobiecość Sędzi była tak wybujała, bo jej ojciec pragnął mieć syna.

– My nie chodzimy na ryby, obie z córką jesteśmy wegetariankami.

Shutton przyjęła te słowa bez komentarza. Mila wpatrywała się w nią w milczeniu, zastanawiając się, jak długo będzie zwlekać, zanim poprosi ją o przysługę, w sprawie której przyjechała aż tutaj.

– Bardzo mnie zdziwiła twoja decyzja, żeby wszystko rzucić, wiesz? – odezwała się Sędzia. – Sądziłam, że gliny takie jak ty nie potrafią żyć z dala od ulicy.

– Poczuliście w wydziale mój brak? – spytała prowokująco Mila, która mogła już pozwolić sobie na bezczelność.

– Wielu było przykro, że musiałaś odejść.

– A pani nie?

– Owszem – przyznała Shutton bez wahania.

Wciąż żadnego nawiązania do teczki, zauważyła Mila. Jeśli dalej się tak z tym ociągała, to dlatego, że nie mogła sobie pozwolić na to, by odejść z kwitkiem. Mila była ciekawa, jaki plan ma jej gość.

– Nie widzę telewizora – zauważyła Sędzia, wskazując na umeblowanie.

Mila skinęła głową.

– Ani nawet połączenia z internetem? – kontynuowała ze zdziwieniem Shutton.

– Mamy książki. I radio.

– Słuchałaś więc wiadomości z dwóch ostatnich dni.

Zanim Mila zdążyła coś powiedzieć, Sędzia wyprzedziła ją, podając nazwisko.

– Anderson… Coś ci to mówi?

– Macie wytatuowanego człowieka, myślałam, że to koniec.

Shutton uśmiechnęła się lekko i założyła nogę na nogę.

– Jest wystarczająco dużo krwi na miejscu zbrodni i w aucie podejrzanego, żebyśmy mogli spokojnie założyć, że doszło do rzezi – oznajmiła z ostentacyjną pewnością siebie. – Fakt, że facet miał narzędzie zbrodni, bardzo ułatwił zadanie oskarżeniu. Prokurator bez wahania sformułował zarzuty o wielokrotne zabójstwo.

– W takiej sytuacji żaden adwokat, jak sądzę, nie zdołałby wyciągnąć waszego oskarżonego z tarapatów, w które się wpakował – stwierdziła Mila, by zamknąć kwestię. – Czym się więc przejmujecie?

– To nie takie proste – rzuciła Shutton. – W miejscu, gdzie go schwytaliśmy, było łóżko polowe i trochę ubrań, kuchenka kempingowa i jedzenie w puszce. Żył jak włóczęga wśród zwałowiska starych komputerów. Właśnie dlatego i z powodu liczb na jego ciele media zaczęły go nazywać Enigma.

– Skąd je wziął?

Shutton nie zrozumiała pytania.

– Co?

– Komputery.

– Jakie to ma znaczenie? Pozbierał je gdzieś, z pojemników na odpady albo z opuszczonych biur na terenie starej rzeźni. Było tam coś w rodzaju składowiska urządzeń elektrycznych. – Pociągnęła łyk herbaty, ale tylko dla uspokojenia nerwów. – Media chcą zbudować wokół tego historię, ale ja nie pozwolę, żeby celebrytą stał się jakiś wariat, z tych, co chodzą po mieście w kapeluszu z cynfolii z obawy, że istoty pozaziemskie mogą odczytać ich myśli.

Mila natychmiast wyczuła, że Shutton nie porusza prawdziwego problemu. Głowę szefowej policji zaprzątało coś innego.

– Wciąż nie wiecie, kto to jest, prawda?

Sędzia przytaknęła.

– Żadnego śladu w banku danych, w archiwum odcisków palców i DNA. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że po ujawnieniu tatuaży nikt się nie zgłosił, by go zidentyfikować. Więcej: nikt go wcześniej nie widział, uwierzyłabyś? – Shutton zaczęła się gorączkować. – W jaki sposób ktoś pokryty liczbami od głowy do stóp, łącznie z podeszwami i wewnętrzną stroną dłoni, może przejść niezauważony? – Zaczęła wyliczać: – Nikt go nigdy nie wychwycił wzrokiem ani nie sfotografował, nawet przez pomyłkę. Kamery monitoringu, obecne już niemal w każdym zaułku miasta, nigdy go nie zarejestrowały. Nie ma po nim śladu poza magazynem, gdzie go złapaliśmy po anonimowym telefonie. Skąd się wziął? Dlaczego się tam ukrywał? Skąd brał potrzebne mu rzeczy? Jak, do licha, zdobywał pożywienie? I w jaki sposób zdołał przez ten cały czas uczynić się niewidzialnym?

– On oczywiście nie mówi – wydedukowała Mila.

– Odkąd go wytropiliśmy, ani słowa.

– Istnieje zatem ryzyko, że ciała Andersonów nie zostaną odnalezione…

Shutton przez chwilę milczała. Ta cisza oznaczała, że Mila trafiła w sedno.

– Liczby są jedynym źródłem, jakie mamy – przyznała Sędzia.

W końcu wzięła teczkę, otworzyła ją i zaczęła rozkładać przed Milą coraz bardziej szczegółowe zdjęcia ciała mężczyzny.

– Wiemy, że tatuaże zrobił sobie sam. Dzięki analizie stanu użytego tuszu wiemy też, że robił je stopniowo na przestrzeni czasu… W tej chwili próbujemy zrozumieć, czy w tych sekwencjach kryje się jakieś znaczenie, czy też chodzi wyłącznie o owoc absurdalnej obsesji.

Mila wyczuła, że choć Shutton próbuje zrobić z niego wariata, w gruncie rzeczy obawia się, kim ten człowiek może być naprawdę.

– Czy ktoś próbuje stworzyć profil psychologiczny? – Sama się zdziwiła, słysząc ton własnego głosu, gdy formułowała to pytanie. Przysięgła samej sobie, że nie pozwoli się w nic wmieszać, tymczasem instynkt tropicielki przez chwilę przeważył.

Sędzia przyjęła to jako punkt na swoją korzyść, więc bezzwłocznie udzieliła odpowiedzi:

– Ilość śladów, jakie po sobie zostawił, a które obciążają go bez cienia wątpliwości, kazałaby myśleć o osobniku zdezorganizowanym, który działał pod wpływem impulsu… Ale jednocześnie jest zimny, niewzruszony i opanowany. Jest też tak posłuszny i spokojny, że można by pomyśleć, że wszystko przewidział od samego początku i podczas gdy my trudzimy się, by w jakikolwiek sposób go rozgryźć, on się z nas śmieje.

Mila zaczęła przyglądać się uważnie leżącym na stole zdjęciom, nie biorąc ich jednak do ręki. Liczby, złożone z jednej, góra dwóch cyfr, pokrywały niemal każdy milimetr skóry mężczyzny. Miały różne rozmiary. Niektóre były mniejsze, inne większe i wyraźniejsze.

W tej operacji powtarzanej na przestrzeni lat tkwiła jakaś metoda, pedanteria, która głęboko ją niepokoiła. To nie jest po prostu psychopata, pomyślała. I na chwilę dreszcz przeszył jej plecy.

– Dlaczego przyjechała pani z tym do mnie? – zapytała, odrywając wzrok od leżących na blacie zdjęć, tak jakby chciała się ich pozbyć. – Nie rozumiem, na co mogę się wam przydać.

– Posłuchaj, Vasquez…

– Nie, nie posłucham – odparła gwałtownie Mila, dusząc w zarodku jakiekolwiek negocjacje. – Zrozumiałam, o co pani chodzi: potrzebuje pani kogoś, kto pomoże odnaleźć ciała Andersonów. Na przykład jakiejś poszukiwaczki zaginionych, która dawno temu się wycofała i nie może specjalnie zaszkodzić reputacji policji, gdyby jej się nie powiodło. – W gruncie rzeczy policjantka, która cudem przeżyła ostatnie śledztwo w swojej karierze, doskonale nadawała się do tego, by zmylić media. Mila poczuła obrzydzenie. – Jeśli jeszcze nie jest to jasne, pani Shutton, nie pomogę pani. Dlatego że skończyłam z tym gównem raz na zawsze.

– Nie jestem tu, by cię prosić o odnalezienie Andersonów – uściśliła ze spokojem Sędzia.

Mila spojrzała na nią zaskoczona.

– Vasquez, przyjechałam tu, bo prawdopodobnie jesteś jedyną osobą, która może nam wyjawić, kim jest Enigma.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Shutton tymczasem zaczęła przeglądać zdjęcia.

– Wśród wytatuowanych liczb znaleźliśmy jedno słowo. Na lewym ramieniu, wplecione między sekwencję cyfr i dobrze ukryte w zagięciu łokcia, napisane było to…

Gdy tylko wygrzebała właściwe zdjęcie, podała je Mili. Po chwili wahania ta wzięła je i była pokonana.

Cztery litery. Imię. Jej imię.

2

Wiedząc, że nie zdoła zasnąć, Mila spędziła noc skulona na tej samej kanapie, na której kilka godzin wcześniej Joanna Shutton rzuciła jej w twarz prawdę, jakiej nie chciałaby nigdy poznać.

Prawdopodobnie jesteś jedyną osobą, która może nam wyjawić, kim jest Enigma.

Słowa Sędzi rozbrzmiewały jeszcze w pokoju.

– Nie będziesz musiała się z nim spotkać – zapewniła ją natychmiast. – Wystarczy, jeśli wysłuchasz sprawozdania z tego, co o nim wiemy, i powiesz nam, czy coś ci to przypomina, czy też nie. Potem będziesz mogła o wszystkim zapomnieć.

– Skąd jesteście pewni, że chodzi właśnie o moje imię? – zaprotestowała. – „Mila” może znaczyć tysiąc innych rzeczy, jak liczby, o których nie wiecie jeszcze, co symbolizują.

– Być może się mylimy, ale mamy obowiązek spróbować.

Odwołując się do jej poczucia obowiązku, Shutton dotknęła najczulszego punktu.

Mila obserwowała dopalający się stopniowo ogień, który w końcu całkowicie zgasł, zostawiając ją samą w otoczeniu dobrze znanego chłodu.

Pośród panującej ciszy do domu docierały przytłumione odgłosy lasu. Wiatr odgarniający liście, by przecisnąć się między drzewami, a w oddali leniwe zawodzenie fal rozbijających się o brzeg jeziora.

Alice wyczuła, że coś jest nie tak, i wydawała się pobudzona. Mila miała poczucie winy. To dlatego pozwoliła jej spać w kryjówce z koców z latarką, ulubionymi książkami, iPodem z piosenkami Elvisa, w otoczeniu kojących uśmiechów pluszaków.

Ciemność po nią przyszła. Mila musiała podjąć decyzję dotyczącą także córki. Decyzję, z której można ewentualnie się wycofać.

Do tej pory wszystko tak dobrze szło. Dlaczego otworzyła Sędzi drzwi? Wraz z nią wpuściła do domu tę bezimienną istotę, która żywiła się gniewem i krzykami niewinnych ofiar i która, co było do przewidzenia, nie chciała odejść. Mila mogła ją dostrzec nawet teraz, jako cień pośród cieni tego pokoju. I nie wiedziała, jak ją przepędzić.

Nieznajomy, który dokonał masakry Andersonów, wytatuował sobie jej imię.

Ta myśl ją dręczyła. Nie tyle znaczenie gestu, ile sam akt wykonania na skórze znaku. Ileż to razy drążyła we własnym ciele, by wydobyć z niego ludzkie uczucia, ból, który naśladowałby litość i współczucie, jakich nie była w stanie doświadczyć? Przerażało ją podobieństwo… albo, co gorsza, powinowactwo łączące ją z potworem.

To nie może być przypadek. On to wie. Czy właśnie dlatego próbuje mnie w to wciągnąć?

W jej głowie nawarstwiały się wątpliwości i pytania. Jakiś wewnętrzny głos mówił, żeby dała spokój, zapomniała słowa wypowiedziane przez Shutton i całą tę historię, by na powrót zanurzyła się w kompletnej izolacji, jaką wybrała dla siebie i córki, i kontynuowała nowe życie. Przecież nikt nie mógł jej zmusić, żeby poszła sprawdzić, co kryje się za zagadką Enigmy.

Bo Mila miała pewność: tatuaż był zaproszeniem.

Nie dam się zrobić w konia, mówiła sobie w duchu. Myśl, że będzie musiała mieć do czynienia z tym człowiekiem, nawet bez konieczności spotkania, ogromnie ją niepokoiła.

Była jednak również taka jej część, głęboko ukryta i irracjonalna, która pchała ją w przeciwnym kierunku i pragnęła odkryć oszustwo.

Chcę się dowiedzieć, co kryje się za kurtyną, spojrzeć magowi w oczy i zdemaskować sztuczkę.

Wyraźnie słyszała to mroczne wezwanie i mimo wysiłków nie mogła go zignorować. Ponieważ Mila, choć była w stanie kontrolować swoją drugą naturę, nie potrafiła jej jeszcze okiełznać.

Nadejście świtu rozproszyło wraz z resztkami ciemności ostatni opór. Mimo długiej nocy była czujna i świadoma, że – gdyby zignorowała komunikat Enigmy – ta historia i tak znalazłaby sposób, by wyciągnąć ją z bezpiecznego gniazda, które z takim trudem zbudowała nad brzegiem jeziora, chronionego i wygodnego jak zbudowany z koców szałas Alice. W tej sytuacji warto było się ze sprawą zmierzyć.

Pomyślała, że robi to też dla Andersonów, by przyczynić się do odnalezienia ich ciał i zapewnienia im godnego pochówku. W głębi duszy wiedziała jednak, że to nieprawda. Pociągała ją wizja rozwikłania tajemnicy. Nie pożądała sławy. Chodziło o absurdalne przekonanie, że wygrana w pojedynku z mrokiem uczyni świat miejscem bezpieczniejszym, także dla jej córki.

Poszła obudzić Alice, podczas gdy w domu unosił się zapach świeżo usmażonych naleśników.

Kryjówka z koców była namiotem zbudowanym za pomocą sznurków i klamerek do bielizny na małej galeryjce u szczytu schodów, dokładnie naprzeciw drzwi prowadzących na strych. Mila odsunęła czerwono-zielony tartan służący za wejście i do ciepłej małej jamy przeniknął promień światła.

Dziewczynka podniosła rozczochraną głowę z warstwy poduszek przykrywających dębową podłogę; znowu spała ze słuchawkami iPoda w uszach. Przetarła oczy i zdziwiona, spojrzała na tacę w rękach matki.

– Dziś nie sobota – stwierdziła, wyczuwając, że pod zmianą ich codziennej rutyny coś się kryje.

Mila natychmiast zmieniła temat.

– Dzisiaj po szkole pójdziesz do Jane, uprzedzę jej matkę.

– Dlaczego?

– Jadę do miasta, ale wrócę pod wieczór. W porządku?

Alice znów spojrzała na naleśniki, nic nie mówiąc. Mila zrozumiała, że córka podejrzewa, co się kryje za przygotowaniem jej ulubionego śniadania: że to tylko prośba o wybaczenie. I miała rację; Mila w pewnym sensie sprzeniewierzała się swojemu wyborowi całkowitego porzucenia poprzedniego życia.

– Pójdziesz do niego?

Mila westchnęła.

– Nie, nie pójdę do twojego ojca.

– Okej.

Jak zwykle Alice zadowoliła się pierwszą odpowiedzią, ale Mila pomyślała, że jeśli ta obsesja nie minie, będzie musiała zabrać córkę do psychologa.

– W każdym razie wrócę do domu przed kolacją.

– Dobrze, mamo.

To słowo ją zaskoczyło, bo Alice prawie nigdy nie zwracała się do niej w ten sposób. Kiedy tak robiła, Milę przechodził dreszcz, ponieważ była pewna, że za każdym razem córka próbuje przekazać jej coś ważnego, a ona nie wiedziała, czy jest w stanie wychwycić znaczenie komunikatu.

Podała jej naleśniki, syrop klonowy i szklankę mleka.

– Finz nie wróciła też tej nocy – oznajmiła. – Może będziemy musiały pójść poszukać jej w lesie.

Alice ugryzła naleśnik, przyjmując informację do wiadomości.

– Kiedy skończysz jeść, idź się przygotować, autobus szkolny przyjeżdża za pół godziny – powiedziała Mila, po czym poszła się szykować.

W rogu ściennej szafy trzymała pudło. Wyciągnęła je i otworzyła. W środku były wojskowe buty, czarne dżinsy, golf i skórzana kurtka: ubranie, w którym kiedyś stawała się niewidzialna. Ciemna plama zlewająca się z tysiącem innych ciemnych plam, zatopiona w ruchliwym mrowisku ziemskich barw.

Na dnie pudła leżał przedmiot, którego od dawna nie używała.

Wzięła starą komórkę – archaiczny model, na pewno nie smartfon – i podłączyła do gniazdka, bo bateria była już od jakiegoś czasu rozładowana.

Musiała wykonać serię telefonów. Pierwszy do Shutton.

– Dwanaście godzin – rzuciła, gdy tylko ta odpowiedziała. – Potem ta historia przestanie mnie dotyczyć.

* * *

Pojechała na stację starym hyundaiem. Wsiadła do pociągu o siódmej trzydzieści, pół godziny później była w mieście. Gdy tylko postawiła nogę na peronie, metropolia przyjęła ją zwykłym zgiełkiem, tyle że Mila już od niego odwykła. Jezioro pozwoliło jej zapomnieć, co znaczy żyć bez ciszy. Niespodziewanie poczuła się osaczona.

Przed wyjściem z dworca rozpoznała starego przyjaciela, który czekał na nią przed kioskiem z gazetami, tak jak ustalili. Simon Berish nie zmienił się; był jak zwykle ubrany z nieskazitelną elegancją dżentelmena. Uchwycił z daleka jej wzrok i podniósł rękę.

– Nie liczyłem na to, że znów cię zobaczę – powiedział. Wydawał się zawiedziony.

– Ja też nie – przyznała Mila, choć nie było jej przykro.

Pożegnali się, kiedy podjęła decyzję o odejściu z policji. Pamiętała jeszcze ich ostatnią rozmowę, gdy zawiadomiła go o swoich zamiarach. Choć nie powiedziała tego wyraźnie, pomysł całkowitego zerwania z przeszłością obejmował także jego. Berish to zaakceptował. Na koniec pożegnali się jak zwykle, ale ze świadomością, że nigdy więcej się nie zobaczą.

– Masz czas na kawę? – zapytał.

– Nie sądzę. Sędzia zwołała odprawę na moją cześć za dwadzieścia minut.

Nie nalegał i wskazał jej kierunek. Ruszyli w stronę parkingu.

Na niebie nad miastem gęstniały szare chmury. Wcześniej padało i asfalt był pokryty małymi kałużami. Były kolega wyprzedzał Milę o kilka kroków, celowo unikając jej wzroku. Znając go, zastanawiała się, jak długo wytrzyma, zanim wybuchnie. Nie musiała długo czekać.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, jak Shutton zdołała cię przekonać, żebyś się wycofała ze swojej decyzji – powiedział wzburzony.

– Nie wycofałam się. Zatrzymam się tu tylko kilka godzin.

– Wykasowałem nawet twój numer. Kiedy telefon zadzwonił dziś rano, nie miałem pojęcia, że to ty, inaczej bym nie odebrał.

Próbował być opryskliwy, ale Mila wiedziała, że w gruncie rzeczy robi to dla jej dobra. By ułatwić sytuację, przed rokiem Berish zajął jej miejsce w Przedpieklu – tak nazywali biuro do spraw osób zaginionych. Nie było to na pewno najbardziej pożądane stanowisko w wydziale, ale on chciał wysłać jej uspokajający sygnał: wykonana do tej pory praca nie zostanie zmarnowana, a osoby ze zdjęć wiszących na ścianach w pokoju zagubionych śladów nie zostaną zapomniane.

Dotarli w pobliże małego samochodu z lekko opuszczonymi szybami, co umożliwiało przewiew powietrza. Berish grzebał w kieszeniach marynarki w poszukiwaniu kluczyków. Pysk Hitcha pojawił się w szparze tylnego okna.

– Hej, piękny – powitała go Mila.

Pies rasy hovawart postarzał się, ale poznał ją natychmiast. Przynajmniej on był uszczęśliwiony jej widokiem.

– Jak tam życie nad jeziorem? – W aucie czuć było zbyt słodki zapach: konwalii i jaśminu. Nie robił wrażenia typowego samochodowego odświeżacza powietrza; może również w życiu Berisha zaszły jakieś zmiany.

– A jak Alice? Nie czujecie się tam osamotnione?

– Alice rośnie i nie jesteśmy same, mamy kotkę, nazywa się Finz.

Na słowo „kotka” Hitch warknął.

– Dobrze robicie, że trzymacie się stąd z daleka, to miasto jest coraz gorsze – skomentował Berish. – Nie wierz w historie o drastycznym spadku przestępstw, nowym pokoju zawartym między gangami czy inne brednie w tym stylu.

Nazywano to „metodą Shutton” i odkąd Sędzia zajmowała swoje stanowisko, przynosiła ona niespodziewane rezultaty. Mila wiedziała, że w mieście w ostatnich latach żyło się zdecydowanie lepiej, ale to nie zmieniło jej decyzji o wyjeździe.

Również Berish nie ufał zanadto tej nagłej zmianie.

– Teraz można wyjść wieczorem na miasto, a jeszcze kilka lat temu były pustki – powiedział. – Ale czy to wszystko prawda?

Rzeczywiście, Mila przypomniała sobie, że dawniej, jeśli wystawiłeś nos z domu po szóstej wieczorem, w najlepszym wypadku ryzykowałeś, że cię obrabują.

– Gdzie są kryminaliści, złodzieje, gwałciciele, dilerzy? Jasne, teraz możemy iść do kina albo na lody, nie obawiając się, czy wrócimy do naszych bliskich cali i zdrowi. Nikt się jednak nie zastanawia, gdzie podziała się cała nienawiść, która była tu przedtem…

– Masz jakiś pomysł? – zapytała Mila, obserwując przez przednią szybę wysokie budynki, które zdawały się konkurować w wyścigu, który z nich pierwszy dotknie nieba.

– Na powierzchni wszystko wygląda normalnie, jest czyste i błyszczące… Ale spróbuj posurfować trochę po internecie, a zobaczysz, że nic nie jest normalne – narzekał dalej Berish. – Wszyscy są przepełnieni gniewem, choć trudno zrozumieć, z jakiego powodu. Raz na jakiś czas trochę tego obrzydlistwa znajduje sposób, by wydobyć się z głębin sieci, ale my przypisujemy takie wydarzenia czystemu przypadkowi… Przedwczoraj taki jeden pobił do krwi jedenastoletniego chłopaczka tylko dlatego, że przeszedł mu przed obiektywem smartfona, kiedy robił zdjęcie, które chciał wrzucić na jakiś portal.

Berish jest nie tylko pozbawionym złudzeń gliną, pomyślała Mila. On wie, co mówi. Przez lata był najlepszym ekspertem od przesłuchań w wydziale. „Wszyscy chcą rozmawiać z Simonem Berishem”, zapewniali koledzy, mając na myśli nawet najbardziej zatwardziałych przestępców. Znał mieszkańców miasta lepiej niż ktokolwiek inny.

– Brakowało nam tylko tej sprawy z Enigmą – rzucił, po czym przez chwilę na nią patrzył. – Wiem, że jesteś tu z jego powodu.

Mila nie wyjawiła mu motywu swojego przyjazdu do miasta. Nie wdając się w szczegóły, powiedziała tylko, że wydział poprosił ją o konsultację w pewnej sprawie.

– Co o tym myślisz? – zapytała, niczego nie potwierdzając.

– Nie podoba mi się to – stwierdził z niepokojem. – W wydziale panuje zbyt wielkie poruszenie, wydaje mi się, że nie zdradzili nam wszystkiego, że coś przed nami ukrywają…

Mila nie odezwała się.

– Po udawanej konsternacji z powodu śmierci Andersonów – ciągnął – internet zaczął się wyżywać. Co grzeczniejsi oburzali się na policję, że wysłała patrol do domu na odludziu wiele godzin po zgłoszeniu prośby o pomoc. Ale niektórzy przypuścili już ataki na Andersonów, że zrezygnowali z cywilizacji technologicznej i żyli na wsi z dwiema małymi córkami, nie mając nawet prądu… Najgorsi są jednak ci, którzy sławią wytatuowanego psychopatę. – Ton Berisha stał się ponury. – Wychwalają jego czyny jak opętani, a ty zdajesz sobie sprawę, że przemoc nie zatrzymała się tamtej nocy, w tamtym domu, ale wciąż promieniuje niczym fala sejsmiczna, która niesie ze sobą kolejne zniszczenia. Wydaje ci się, że ci fanatycy są tylko nikłą mniejszością, ale potem spostrzegasz, że w tej masie jest urzędniczka, student, ojciec rodziny. A co najgorsze, pojawiają się ze swoją twarzą i pod własnym nazwiskiem.

– Jak to wyjaśnisz?

Simon Berish podrapał się po siwej skroni.

– Przesłuchiwałem dziesiątki morderców, wyciągałem od nich zeznania i zawsze przychodziła chwila, kiedy nawet ci najtwardsi wstydzili się tego, co zrobili. Działo się tak zazwyczaj w momencie, gdy wymawiałem imię ofiary. Trwała ułamek sekundy, ale mogłem to wyczytać wyraźnie w ich spojrzeniach… Być może policja stała się skuteczniejsza, a liczba przestępstw rzeczywiście zmalała, jak twierdzi Shutton, ale zwykli ludzie nie odczuwają już wstydu.

Słuchając wywodów Berisha, Mila nie mogła pozbyć się myśli, że dobrze zrobiła, zrywając z nim wszelkie stosunki. Przyjaźń między policjantami nie może funkcjonować, jeśli jedno z dwojga zdejmuje mundur – to reguła. Jej były kolega potrafił mówić jedynie o zbrodniach, zamordowanych ludziach i cierpieniach. Mógł sobie na to pozwolić, bo wiedział, że przyjechała tu w sprawach dotyczących wydziału. Gdyby zaprosiła go nad jezioro na weekend, nie wiedzieliby, o czym rozmawiać.

Podjechał dwadzieścia metrów od głównego wejścia na komendę policji. Mila pogłaskała starego Hitcha i wysiadła.

– O której masz wieczorem pociąg? – zapytał Berish z determinacją w głosie.

– O siódmej.

– Dobrze, o szóstej trzydzieści podjadę po ciebie i odwiozę cię na dworzec.

3

Sala, w której odbywały się odprawy, była małym audytorium na czwartym piętrze komendy, wyposażonym w niebieskie plastikowe krzesła, podest dla mówców i ekran. Okna wychodziły na wewnętrzny dziedziniec, a zasłony i rolety były zawsze zaciągnięte z uwagi na poufność. Wisiał tam wciąż zapach kurzu i nikotyny, choć zakaz palenia w budynkach publicznych obowiązywał już od ponad trzydziestu lat.

Mila rozpoznała ten zatęchły odór, ledwie przekroczyła próg. Zapomniała o nim, ale wystarczył jeden oddech, by cofnąć się w czasie do starego życia.

Natychmiast przeniosły się na nią spojrzenia zebranych.

Poza Shutton, w nieskazitelnym kostiumie w prążki, Mila zobaczyła Bauera i Delacroix, agentów wyznaczonych do sprawy. Pierwszy był korpulentnym blondynem z gęstymi wąsami i wciąż wkurzoną miną. Drugi, ciemnoskóry, wydawał się bystrzejszy.

Obecni też byli: mężczyzna w średnim wieku w śnieżnobiałym fartuchu, którego rozpoznała jako przydzielonego do sprawy lekarza sądowego, i młoda kobieta w mundurze dochodzeniówki; jej surowy wyraz twarzy o ostrych rysach wskazywał na osobę, która myśli, że policjanci mają wyższość nad całą resztą ludzkiego gatunku. W końcu Corradini, doradca i rzecznik prasowy Sędzi, w ciemnym garniturze, bardziej upodabniającym go do menadżera niż do gliny. Mila nigdy nie zetknęła się z nim osobiście, ale widywała go w telewizji za każdym razem, gdy wydział upominał się o zasługi w rozwiązaniu jakiejś sprawy. Był strategiem „metody Shutton”.

Nikt z obecnych nie przywitał Mili. Tylko Sędzia wyszła jej naprzeciw.

– Witam, agentko Vasquez – powiedziała z uśmiechem.

Mila poczuła zakłopotanie, ponieważ nie była już agentką i nosiła na szyi identyfikator zarezerwowany dla gości. Mogła też sobie wyobrazić, co chodzi po głowie jej byłym kolegom obecnym w tym pokoju.

W ich oczach tatuaż z jej imieniem czynił ją wspólniczką Enigmy.

Nieważne, czy to prawda, czy nie, liczyło się, że jest w sprawę w jakiś sposób zamieszana. Poza tym fakt, że zrzuciła mundur, dodatkowo pogarszał opinię na jej temat. Ponieważ gliny zazwyczaj się nie wycofują: przechodzą w stan spoczynku albo giną na służbie.

Shutton najwyraźniej wyczuwała napięcie, ale wolała udawać, że wszystko jest pod kontrolą.

– Zaczynamy.

Usiadła pośrodku pierwszego rzędu i wskazała Mili miejsce obok siebie. Mila nie lubiła być tak na widoku, ale tym razem nie mogła tego uniknąć.

Podczas gdy zajmowano miejsca, Corradini przygasił światła i wszedł na podest. Zwrócił się do Mili: