Gra. Z klas(yk)ą w łóżku - Augusta Docher - ebook

Gra. Z klas(yk)ą w łóżku ebook

Docher Augusta

4,5

Opis

Pożądanie, którego nie da się powstrzymać i pokrętne intrygi w brawurowej powieści opartej na klasyce romansu!

Sebastian, Izabela, Marianna i Cecylia. Jedyny mężczyzna w tym gronie - cyniczny, wyrachowany, bezwzględny. Kocha tylko jedną osobę na świecie - siebie samego. Trzy kobiety - różne pod niemal każdym względem: wieku, pozycji społecznej, doświadczenia. Ich losy splotą się w skomplikowany węzeł. Tę czwórkę połączy gra. Miłosna i równocześnie brutalna, pozbawiona reguł, za to pełna ostrych fauli. Zdawać by się mogło, że pierwsi odpadną z niej początkujący gracze, lecz los bywa przewrotny. Pewne jest jedno: wszyscy wezmą udział w rozgrywce na śmierć i życie.

Kto zostanie na planszy?

Gra to fanfic oparty na motywach znanej, wielokrotnie przenoszonej na ekran powieści Pierre'a Choderlosa de Laclos Niebezpieczne związki. Profanacja? Szaleństwo? Herezja? Ależ tak! Te słowa pasują idealnie także do bohaterów opisanych przez Augustę Docher. Czy odważysz się zagłębić w ten świat razem z nimi? Tylko uważaj - Gra, jak to gra, potrafi wciągnąć i uzależnić!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Sortuj według:
EdytaCiach33

Dobrze spędzony czas

dobra książka na wieczór
00

Popularność




Augusta Docher

Gra

Z klas(yk)ą w łóżku

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Redaktor prowadzący: Szymon Szwajger

Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

HELION SA

ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE

tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63

e-mail: editio@editio.pl

WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

http://editio.pl/user/opinie/grazkl_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-283-6863-7

Copyright © Augusta Docher 2020

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Ostrzeżenie!

Pewnie część z Was wie, że powieść Niebezpiecznezwiązki autorstwa Choderlosa de Laclos to nic innego jak pokaźnych rozmiarów zbiorek korespondencji. Próżno szukać w tej książce tak lubianych przez Was dialogów czy wartkiej akcji, scen pełnych dynamiki i dramatycznych zwrotów. Nic z tego: nie ma dialogów, nie ma scen – są wyłącznie listy. Ale bez obaw, moja adaptacja tej książki to klasycznie napisana powieść.

Przed czym więc Was ostrzegam? Przed trucizną sączącą się z każdej strony, przed nieprawością i złem.

Jeśli liczycie na to, że utożsamicie się łatwo i szybko z główną bohaterką, spotka Was duże rozczarowanie, bo bohaterki są aż trzy: Cecylia, Marianna i Isabelle, ale uwierzcie, nie ma w kim wybierać. A jeżeli łudzicie się, że zapałacie książkową miłością do głównego protagonisty, Sebastiana Valmonta… cóż, ja nie dałabym za niego funta kłaków.

Dlaczego więc właśnie po tę powieść sięgnęłam, by stworzyć fanfic? Bo jest mocna, prawdziwa, ponadczasowa, zawsze aktualna. Po prostu doskonała. A jeszcze doskonalsza, przynajmniej w mojej opinii, jest ekranizacja tego dzieła z 1988 roku – z Johnem Malkovichem, Michelle Pfeiffer i Glenn Close. To właśnie ich twarze mają postaci, które wykreowałam. Polecam Wam ten film. Scena, w której Valmont zrywa z Marianną de Tourvel, jest – w moim mniemaniu – najlepszą sceną filmową wszechczasów.

A na koniec ciekawostka: w oryginale markiza de Merteuil, prezydentowa de Tourvel ani wicehrabia de Valmont nie mają imion, a u mnie owszem.

Dlatego (i nie tylko z tego powodu): #profanacja #herezja #bezczelność…

Czas rozpocząć Grę!

Prolog

Teraz? Teraz już za późno na ratunek. Wykorzystałam prawie wszystkie słowa. Nie, żeby było ich dużo: desperacja, plan, pigułki nasenne, koniec. Lecz także egoizm i tchórzostwo – te dwa zamiast miłości i odwagi, których mi zabrakło. Zaplanowałam więc własny koniec, załatwiłam receptę na środki nasenne, wykupiłam, poszukałam informacji, jak szybko zadziałają – wszystko można znaleźć przecież w internecie; przygotowałam się.

Telefon komórkowy wyrzuciłam przez okno. Wzięłam spory zamach i cisnęłam nim najdalej, jak mogłam. Leży wśród zarośli, prawdopodobnie się rozładował. Co z dwoma aparatami stacjonarnymi? O nich zapomniałam, zapomniałam je unieszkodliwić i właśnie jeden z nich miał stać się moim ratunkiem.

To zabawne, jak silna jest w nas wola życia. Odzywa się w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy człowiek już prawie przeszedł na drugą stronę, gdy jest mu niebiańsko dobrze, a duszę przepełnia ulga, choć złudnej, lecz cudownej, oczekiwanej wolności. Od czego? Od bólu, cierpienia i wstydu.

Budzi się więc we mnie ta przeklęta wola, by w ostatniej chwili się wycofać. Nie mogę tego zrobić Ludwikowi. Złamię mu serce! Nie mogę go zabić, nie! Tak bardzo go kocham. Powtarzam te słowa: „kocham cię, kocham cię, kocham cię”. Spadam z łóżka, czołgam się po korytarzu, płaczę, pełznę w stronę gabinetu Ludwika, tam znajdę ratunek, tam jest telefon. Na przemian czołgam się, próbuję wstać, czepiając się ścian i mebli, znowu upadam skręcana skurczami żołądka. Wymiotuję, ale próżno szukać w cuchnących nieprzetrawionym koniakiem wymiocinach śladu po kilkudziesięciu małych drażetkach będących furtką do krainy spokoju. Zdążyły się rozpuścić, wiodą mnie ku nieuniknionemu, walczą z moim instynktem.

Za późno, Marianno. Nie rozumiesz? Byłaś tchórzem, a tchórze nie zasługują na ratunek. Nawet taki tchórz, który ostatecznie decyduje się na walkę.

Widzę drzwi gabinetu. Jeszcze trochę, jeszcze kilka metrów. Udaje mi się przedostać przez próg pomieszczenia, chociaż wszechogarniająca mnie lepka ciemność odbiera ostatki sił. Muszę odpocząć. Siadam, wspierając głowę o tył biurka. Tuż obok widzę kabel – to pewnie przewód telefoniczny. Odrobinę nade mną jest telefon. Zaraz go zdejmę. Ustawię na podłodze, wykręcę numer i powiem:

Ratunku!!!

Ratunku!

Ratunku. Ja umieram.

Rozdział 1

Zatem spieszę wtajemniczyć cię w swoje zamysły, lecz przysiąż, że jako wierny rycerz nie pogonisz za inną przygodą, póki tej nie doprowadzisz szczęśliwie do końca. Jest ona zaprawdę godna bohatera: masz służyć razem miłości i zemście.1

Marianna

Ten człowiek jest jak kamyk w bucie. Niby mały, ledwie widoczny na irchowej wyściółce, lecz gdy włożyć stopę, od razu czuje się dyskomfort. Czasami ten kamyczek skryje się w miejscu, gdzie nie uwiera, by po chwili, w najmniej spodziewanym momencie, ostro zakłuć. Choćby teraz. Po co tu przyszedł? Siada na ławce, głupio się uśmiecha, jeszcze głupiej pyta, czy mi nie przeszkadza. Oczywiście, że przeszkadza. Nie wie, że pisarstwo wymaga spokoju, skupienia i ciszy? Że moje myśli czy też wena umykają spłoszone, gdy ktoś pojawia się na horyzoncie, wchodzi do mojej delikatnej szklanej bańki i zakłóca kruchą równowagę?

Nic nie mówi, zresztą tak się określił: że będzie siedział w milczeniu, relaksował się, jakby nie było innego miejsca w majątku pani Anny. Co on sobie wyobraża? Że jestem w stanie zapomnieć o nim, o jego irytującej obecności? To niemożliwe. Myśli same mkną do niego, a oczy widzą jego twarz, nawet kiedy skupiam wzrok na ekranie laptopa.

Jaką twarz ma Sebastian Valmont? Brzydką i piękną jednocześnie, asymetryczną, ze zbyt wydatnym, masywnym nosem i zbyt blisko osadzonymi oczami. Wszystko w tej twarzy jest „zbyt”: zbyt wąska górna warga, nieproporcjonalnie węższa od dolnej, i zbyt długi łuk Kupidyna. Jego uszy są ogromne, zdecydowanie za duże, chociaż tyle, że przylegają ciasno do czaszki, nie odstają od głowy, co nadałoby mu wygląd głupka. To nie jest przystojny mężczyzna, jego fizjonomii daleko do kanonu współczesnego piękna, lecz przyciąga mój wzrok jak magnes.

Dzisiaj przy lunchu nie mogłam się oprzeć, by chociaż raz na minutę nie rzucić mu ukradkowego spojrzenia. To straszne, to jak patrzenie prosto w słońce: oczy bolą, łzawią, ale nie potrafimy przestać.

— Co pani pisze?

Nie zaskoczył mnie. Przeciwnie, to, że się w końcu odezwie, zagada, zada jakieś bezsensowne pytanie, było oczywistością.

— Powieść.

— Jaki gatunek?

— Obyczajowo-historyczna — odpowiadam, uparcie nie odklejając wzorku od kursora migotającego na białym tle.

Niechże stąd sobie pójdzie. Przy nim nie jestem w stanie napisać jednego składnego zdania. Cóż za głupia, krępująca sytuacja.

— A może przejdziemy na „ty”? — proponuje.

Teraz już nie wypada mi udawać, że go nie ma.

— Marianna — mówię, nie ruszywszy się ani odrobinę. Tylko moje oczy zmieniły położenie i patrzą na niego.

Ciągle nie umiem powiedzieć, czy jego twarz przyciąga mnie, czy odstręcza. Jest taka… Taka przesadna. Gdybym mogła bezkarnie mu się przyglądać, popadłabym w hipnozę.

— Sebastian.

— Miło mi.

— Mnie tym bardziej. — Uśmiecha się. Wygląda jak demon: górna warga zupełnie zniknęła, a dolna rozciągnęła na zębach. Szatański uśmiech. — Nastawiałem się na śmierć z nudów.

— Nie rozumiem.

— A co tu rozumieć? Ciocia to przemiła staruszka, uwielbia mnie, ze wzajemnością, ale… — Rozgląda się wokół. — Co tutaj robić?

— Po co więc tu przyjechałeś?

— Żeby odpocząć.

— To się nie składa. — Zauważam. — Skoro chciałeś odpocząć od zgiełku miasta, to chyba dobre miejsce? A jeśli męczy cię taki tryb życia, wróć do Paryża.

— Wyganiasz mnie? To okrutne.

Zaczyna się flirt. Nie lubię flirtu. Drażni mnie jego sztuczność. Jałowość. Marnotrawstwo słów, które powinny być szanowane jak każde najlepsze, najcenniejsze dobro. Pracuję ze słowami, używam ich z rozwagą, dopieszczam ich układ, a taki człowiek jak Valmont pomiata nimi zupełnie bez namysłu.

— Nie wyganiam cię.

— Spędziłem tutaj prawie całe ubiegłe lato. Nie zliczę, ile razy graliśmy w karty: ja, ciocia, proboszcz i jako czwarta nasza nieoceniona Arianne, która równie dobrze rozgrywa partyjki, jak spełnia się w kuchni. Pasjonujące rozgrywki, za każdym razem czułem się jak kataleptyk, a ciocia co najmniej trzy razy w ciągu jednej partii sugerowała, żebym zbadał cukier. Dlatego cieszę się, że tu jesteś.

— Ja? — pytam niezbyt przemyślanie.

— A kto?

— Nie grywam w karty.

— Dlaczego?

Zamykam klapę laptopa.

— Nie mam szczęścia w grach.

— Zazdroszczę. Kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma je w miłości — wygłasza sentencjonalnie. Musiałam zrobić jakąś dziwną minę, która sprowokowała go do dalszych wynurzeń: — U mnie bywa różnie. Ale częściej wygrywam, niż przegrywam.

I co powiedzieć? Ależ marnotrawimy czas oraz słowa. Przepływają nam przez palce, spadają na ziemię, nikną między źdźbłami trawy.

— Czyli jesteś szczęśliwa w miłości, Marianno. — Wzdycha.

— Tego nie powiedziałam.

— Nie?

— Nie.

— Twój mąż… — to drugie słowo wymówił, obróciwszy je najpierw w ustach jak małą okrągłą drażetkę — …nie znam go, nigdy nie poznałem. Ponoć jest sporo starszy od ciebie.

— Ponoć tak. Dzieli nas prawie czterdzieści lat.

— Sporo.

— Wiek Ludwika nigdy nie stanowił dla mnie problemu.

— Wcale nie twierdzę, że to problem.

Dałam się zapędzić w kozi róg? Chyba tak. Skłamałam, mówiąc, że ta różnica nie była i nie jest dla mnie istotna, bo jest. Wyczekiwałam niecierpliwie, aż moje ciało da mi znak, że jestem w ciąży, lecz to nie następowało. Pozostała mi więc akceptacja. Nie walczyłam o dziecko, bojąc się, że wyniki badań okażą się bezlitosne dla Ludwika. Nie walczyłam o jego obecność, kiedy odsunął się ode mnie po wyjściu z choroby prostaty. Nie walczyłam nigdy, bezwolna, niesiona z prądem, akceptująca wszystkie jego decyzje, nawet te, a może głównie, dotyczące mnie samej.

— Myślę, że nie powinniśmy rozmawiać o nieobecnych. Przynajmniej ja nie powinnam — próbuję zmienić temat.

— Lojalna z ciebie żona.

— Tak, zgadza się.

— Godne podziwu, zwłaszcza w obecnych czasach. Teraz lojalność, wierność, zaufanie to puste słowa.

— Nieprawda — natychmiast oponuję. — To kwestia wyboru. Nadal go mamy i mieć będziemy. To uniwersalne i nieprzemijające dobra, decydujemy jedynie, czy je odrzucić.

— Dobra?

— Tak, nasze dobra, bo czymże jest lojalność czy zaufanie? Tylko dobrem.

— To poza moją percepcją. — Rozciąga usta w szerokim, zdawałoby się, że promiennym uśmiechu, lecz jest zbyt plastikowy, zbyt na siłę, bym mogła określić go szczerym.

— Nie chciałabym wyjść na niegrzeczną, ale… — Znacząco wskazuję brodą na mój laptop. Wprawdzie dzisiaj już nic nie napiszę, Valmont zupełnie wybił mnie z rytmu, ale trzeba to uciąć w zarodku. Co, jeśli codziennie będzie mnie nagabywał? Nie mam ani czasu, ani ochoty na jego awanse. Ten człowiek to synonim kłopotów, wystarczy nań popatrzeć, nie trzeba nawet mieć jako takiego rozeznania w jego burzliwej historii życia.

— Wybacz, ciągle zapominam, że przyjechałaś tutaj pracować, a nie zbijać bąki jak ja.

— Odpoczywać i pracować, a precyzyjnie rzecz ujmując, w wolnym czasie dotrzymywać towarzystwa twojej cioci, bo była bardzo uprzejma, zapraszając mnie tutaj. Nasz dom, mój i Ludwika, jest w remoncie. Twoja ciocia zaproponowała mi pobyt, ponieważ nie mogłam zostać u siebie, póki nie skończą malować wnętrz. Mam silną alergię na wszelkie farby.

— Dlatego nie farbujesz włosów? I nie robisz makijażu?

Och. Jak śmiał? To już odrobinę za intymna uwaga. Zupełnie jakby skrytykował mój styl, a raczej jego brak. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem w tym dobra: w strojeniu się, zainteresowaniu modą, ale to takie nudne i nieważne, wymagające zachodu niewspółmiernego do efektów. Mimo to słowa Valmonta sprawiły, że na mojej twarzy pojawiły się rumieńce. Okropnie mnie to złości. Nie lubię tracić kontroli nad sobą, zdradzać własnych słabostek.

— Czy to powinno interesować prawdziwego mężczyznę? Farbowanie włosów czy makijaż? — Pozwalam sobie na szpileczkę.

— Jestem bardzo ciekawskim mężczyzną, a czy prawdziwym, tego nie wiem. — Unosi zawadiacko jedną brew. — Nie odbieraj moich pytań jako atak, przeciwnie, raczej możesz je uznać za komplement. Nie każda kobieta wygląda równie pięknie bez makijażu jak ty, droga Marianno.

Przyjemnie mi i nieprzyjemnie. Drugi raz zbyt daleko wkroczył na moje osobiste, pilnie strzeżone terytorium. Nie lubię komplementów, chyba że padają z ust Ludwika, ale nie powiem o tym Valmontowi, bo sprowokuję dalszą wymianę zdań. Jeśli ten natręt nie pójdzie sobie prędko lub co gorsza, jutro znowu będzie próbował zakłócać mi pracę…

„No właśnie. Co wówczas, Marianno? Nie lubisz demonstracji, nie wpadniesz spontanicznie do gabinetu Anny Rosemonde, by powiedzieć, że wyjeżdżasz, opuszczasz uroczy zamek w ***2 ze względu na nieznośnego siostrzeńca” — czuję kłopoty w powietrzu. Na szczęście Sebastian chyba się domyślił, że jego towarzystwo nie budzi mojego entuzjazmu, jeszcze raz prosi o wybaczenie i nareszcie mnie zostawia.

Z zupełną pustką w głowie.

Cecylia

Muszę jak najszybciej wszystko opowiedzieć Sophie. Ona uwielbia takie historie, pewnie dlatego, że sama raczej nie będzie mieć chłopaka, a na pewno nieprędko. Szkoda, ma śliczną buzię i jest bardzo, ale to bardzo miła, ale jeździ na wózku, bo od dziecka jest chora. Mówiła mi kiedyś, co to za choroba, niestety zapomniałam. W każdym razie Sophie nie ma chłopaka, właśnie dlatego lubi, gdy opowiadam jej o moich przygodach. Nie, żeby było ich jakoś dużo, przeciwnie, jeszcze nigdy nie umawiałam się z żadnym na poważnie, a te kilka spotkań z Perrinem Charlesboisem, jeszcze w szkole, w ogóle się nie liczy. To nie miało sensu, Perrin jest okropnie dziecinny, wcale mi się nie podobał, poszłam z nim na spacer tylko po to, by wreszcie mieć za sobą pierwsze randki.

Teraz jest zupełnie inaczej. Zupełnie.

Jak super, że mama się zgodziła. Zaskoczyła mnie, trzeba przyznać. Ciekawe, czemu pozwoliła mi wyjść z panią Isabelle? Przecież ona to już dorosła kobieta, na dodatek sprawia wrażenie bardzo wyluzowanej, a mama nie znosi takich kobiet, uważa, że powinnyśmy zachowywać rozwagę, a przede wszystkim się szanować, podczas gdy pani Merteuil raczej się nie szanuje. Czym to się objawia? Gdy weszłyśmy do jej loży — stać ją na własną! — opadła mi szczęka, bo w środku czekało na nas trzech chłopaków.

— Wyobrażasz sobie? — pytam Sophie, ledwie o tym ode mnie usłyszała. — Wchodzimy, a tam trójka młodych kolesi, najstarszy miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Nazywa się François Belleroche i jest osobistym przyjacielem pani Isabelle. Drugi był młodszy, ma na imię Patrick, zapomniałam nazwiska, ale on akurat nie jest ważny, siedział i tylko patrzył na operę, za to trzeci… — znacząco zawieszam głos, żeby Sophie od razu zrozumiała, że właśnie ten chłopak będzie tematem naszej rozmowy. — Jest cudowny. Ma na imię Raphael. Raphael Danceny.

— Opowiadaj! — popędza mnie Sophie. — W naszym wieku?

— No coś ty! Starszy, ma dwadzieścia lat.

— Jaki staruch. — Chichra się.

Głupia. Staruch? Raphael nie jest żadnym staruchem, to przecież młody chłopak, wcale nie wygląda na swój wiek, raczej na mój. Jest szczupły i ma przepiękne oczy, włosy też — dłuższe, spięte w kitkę.

— Za rok skończy studia, uczy się w najlepszej paryskiej uczelni muzycznej, ale jaka to była nazwa? — Szukam w pamięci. — Nieważne, to najlepsza francuska uczelnia, a Raphael mógł tam studiować, bo miał kilku sponsorów, między innymi przyjaciela pani Merteuil i jej byłego męża. — Przez chwilę rozważam, czy powiedzieć Sophie o mężu Isabelle.Tak się do niej zwracam, bo po wyjściu z opery poszliśmy wszyscy na kolację i wtedy poprosiła, żebym mówiła do niej po imieniu. Jej mąż, a właściwie były mąż, bo rozwiedli się kilka lat temu, przyjaźni się z moimi rodzicami. Na imię ma Laurent i ostatnio często nas odwiedza, na mój gust za często, a już na pewno nie powinien próbować ze mną gadać. A on próbuje.

— To on jest biedny? — Dobrze wywnioskowała Sophie. — Ten Raphael?

— Może nie biedny, ale pochodzi z licznej rodziny. Ma mnóstwo rodzeństwa, a jego ojciec nie jest nikim ważnym. Wiesz, o co mi chodzi. — Wzruszam ramionami, chociaż Sophie nie może tego zobaczyć. Żal mi Raphaela, bo widać, że się im nie przelewa. Gdyby Isabelle nie zapłaciła za naszą kolację, na pewno nie byłoby go stać na uregulowanie rachunku, choć wcale nie był jakiś wysoki, bo poszliśmy do niezbyt drogiego lokalu. — Ale kiedyś się dorobi pieniędzy, to widać. Isabelle mówi, że Raphael ma ogromny potencjał.

— To znaczy?

— To znaczy, że jest zdolny, ma talent i tak dalej. — Przewracam oczami. Sophie jednak jest jeszcze bardzo dziecinna, nie to co ja. — Było super, głównie rozmawiał ze mną. Nie spuszczał ze mnie wzroku, a w restauracji usiadł naprzeciwko, żeby ciągle mnie widzieć. — Chichoczę.

— Będziesz się z nim spotykać?

— I teraz najlepsze — mówię podekscytowanym tonem. — Mama w życiu by mi nie pozwoliła na spotkania z takim chłopakiem, ale mam nadal uczyć się gry na altówce, a Raphael uczy między innymi gry na instrumentach smyczkowych.

— O! To super!

— Super. Pani Merteuil porozmawiała z mamą, zarekomendowała Raphaela i od jutra zaczynamy lekcje. — Aż podskakuję z radości na tę myśl.

— To coś poważnego? — Upewnia się Sophie.

— Tak. Okropnie mnie wzięło — potwierdzam. — On jest cudowny, mówię ci. — Na moment zamykam oczy, by przywołać chwile z tego wieczoru, głównie twarz i głos Raphaela. — Cudowny. Dokładnie w moim guście. No i nie traktuje mnie jak jakąś głupią smarkulę. Rozmawia, jakbym miała tyle lat co on.

— Pewnie specjalnie go zaprosiła do loży — spekuluje Sophie — żebyście mogli się poznać.

— No coś ty. To zwykły przypadek. Raphael, Belleroche i ten trzeci, Patrick, się znają, kolegują. François spytał, czy może z nimi przyjść, a pani Merteuil się zgodziła. Ona lubi młodych chłopaków — zniżam głos, żeby Sophie się domyśliła, o co mi chodzi.

— Raphael jest jej kochankiem?

— No błagam. — Potrząsam głową. — W życiu. Jego nie interesują takie kobiety. Takie jak pani Merteuil. To normalny chłopak, zresztą jest dla niej za młody, co innego Belleroche, on jest starszy, ma normalną pracę, jest zatrudniony w jakimś urzędzie. Widać, że zakochał się w pani Merteuil. Przez cały czas trzymał ją za rękę, co chwilę coś do siebie szeptali, a kiedy myśleli, że nikt na nich nie patrzy, chwycił ją za nogę. Wsunął rękę pod jej sukienkę. — Aż czerwienieję, gdy to sobie przypominam, bo wtedy, w operowej loży, wyobrażałam sobie, że to moja sukienka, a dłoń należy do Raphaela.

— Musisz mi opowiedzieć, jak wypadła pierwsza lekcja.

— No pewnie, że ci opowiem. — Szczerzę zęby na tę myśl. — Oby tylko mama nie chciała nam towarzyszyć. — Wzdycham. — Jest okropnie nadopiekuńcza, nie daje mi żyć. Nie mogę wychodzić na miasto, zaprosić nie mam kogo, zresztą sama wiesz, jak jest.

Nie muszę tłumaczyć Sophie, czemu obie żyjemy jak w klatkach. Jej rodzice są jeszcze gorsi niż moi. Mają fobię, że ktoś uprowadzi ich córkę i zażąda okupu, ale trochę się im nie dziwię, bo państwo Carnay to bogacze, poza tym już przeżyli taką sytuację. Na szczęście porywaczy złapano, zanim wdrożyli swój plan w życie, detektywi wyśledzili ich rozmowy w internecie. Sophie miała wtedy niecałe sześć lat, a te bandziory chciały ją porwać. Właśnie dlatego są strasznie ostrożni, ciągle jej pilnuje osobisty ochroniarz, a szkoła, do której chodziłyśmy — Sophie tam wróci po wakacjach, ja już nie — jest trochę inna, a nawet całkiem inna niż zwykłe szkoły prywatne. Jest pilnie strzeżona, wszędzie chodzą strażnicy, ale najgorsze, że nie ma klas koedukacyjnych — chłopacy uczyli się w innym budynku, tak samo z mieszkaniem: dziewczyny miały swój akademik, a oni swój. Ale nie ma się co dziwić, bo szkoła jest prowadzona przez zakonnice, siostry urszulanki, na dodatek uczą się w niej tylko bardzo bogate dzieciaki, lecz nie takie zwykłe, tylko trochę inne. Mama mówi, że to dzieci z deficytami. Ja też mam deficyty: uwagi, koncentracji i tak dalej, ale Isabelle twierdzi, że to jakaś bzdura. Według niej jestem wspaniałą, całkiem normalną dziewczyną, a moja mama to kwoka.

— Matka to kwoka — wygłaszam, bo podoba mi się to określenie.

— Co? — pyta Sophie.

— Isabelle tak mówi. Pani Merteuil… — poprawiam się natychmiast, bo poprosiła o dyskrecję. Mogę się do niej zwracać po imieniu tylko na osobności. Ciągle zapominam, że jej to obiecałam. — Mówi, że moja matka należy do gatunku kwok. Trzęsie się nade mną jak głupia.

— To jak moja. Też jest kwoką.

— Twojej się nie dziwię — stwierdzam. — Macie więcej kasy.

— Wy też macie — pociesza mnie od razu Sophie, ale to tylko pocieszenie, a nie prawda.

Dlaczego? Mój tata ma poważne problemy finansowe. Niestety. Właśnie dlatego rodzice wypisali mnie z tej szkoły. Nie stać ich już na czesne, bo jest absurdalnie wysokie — tak mówi ojciec. Nie znam dokładnej kwoty, ale kiedyś podsłuchałam, jak tata rozmawiał z kimś przez telefon i narzekał, że za roczną opłatę w tej szwajcarskiej szkole można kupić mały dom w Paryżu. Od września zaczynam naukę w nowej szkole, zwykłej, miejscowej. Też prywatna, ale znacznie tańsza.

— Coś ci powiem. — Nagle postanawiam zdradzić Sophie mój obrzydliwy sekret. Chyba obrzydliwy, bo na razie nie jestem pewna, czy mam rację. — Moja mama chce mnie wyswatać z pewnym facetem.

— To znaczy? — Sophie ma wyraźnie zły dzień, nie rozumie, co do niej mówię.

— Chce, żeby ten facet się ze mną ożenił.

— Co?! Żartujesz?

— No właśnie nie. — Rzednie mi mina, gdy pomyślę, jaki okropny jest ten facet. — To Laurent de Merteuil, były mąż pani Isabelle.

— Tej, która zaprosiła cię do opery?

— Yhy.

— Matko! On musi być okropnie stary!

— Aż taki stary nie jest. Ma trzydzieści kilka lat, trzydzieści pięć? — Próbuję sobie przypomnieć, czy wiem to dokładnie. — Ale nie to jest najgorsze. Mógłby być stary, to mi nie przeszkadza, zresztą ja wolę starszych. — Znowu chichoczę. — Raphael jest starszy.

— To w czym problem?

— On jest okropny, beznadziejny, straszny.

— Ale z wyglądu czy charakteru?

— Z tego i z tego.

— A dokładnie?

— Oj, mogłabym do rana gadać, ale nie dam rady. Zwymiotuję. On jest ohydny, mówię ci. Jak Isabelle, jak pani Merteuil mogła z nim być? Nie rozumiem. Jest błee… — Wzdraga mną na myśl, że ja i on, że my…

— I jak cię niby swatają? Przecież on jest dorosły. Chyba coś wymyślasz, jakieś bzdury.

— Bzdury? — mówię podniesionym głosem. — Żadne bzdury. Mama co chwilę go zaprasza do domu, gadają, piją kawkę.

— To może twoja matka się w nim zakochała? Twojego taty ciągle nie ma w domu, znalazła zastępcę.

— Ale pieprzysz. — Nie wierzę w to, co słyszę. — Moja matka i kochanek? W życiu. Chodzi jej o mnie i o niego. Gdy on jest u nas, zawsze muszę im towarzyszyć, mama zagaduje, zostawia nas samych, mówi, że coś musi przekazać w kuchni, albo wymyśla jakąś inną wymówkę, a ostatnio poszła sobie, bo rozbolała ją głowa. Poprosiła, żebym dotrzymała towarzystwa panu Merteuil i po prostu zwinęła tyłek do sypialni. Wyobrażasz sobie? Zostawić nastolatkę i dorosłego faceta samych?

— Ale on jest stary. — Sophie ciągle nie może przyjąć na wiarę moich słów. — Coś sobie uroiłaś. Nie możesz wyjść za mąż, jesteś za młoda, zresztą nie kochasz tego faceta, to jak?

— On poczeka, aż będę mieć osiemnastkę, i wtedy. Powiedział mi to. Niby żartował, ale ja wiem, że mówił poważnie. Ma mnóstwo pieniędzy, to prawdziwy milioner, jak twoi rodzice. Stać go na wszystko, dlatego może sobie kupić młodą żonkę.

— Zwariowałaś. W życiu nie uwierzę w takie coś, robisz sobie ze mnie jaja. Nie żyjemy w średniowieczu. Teraz się nie planuje małżeństw, a ten facet nie może cię dotknąć, bo jesteś za młoda.

— Nie radzę mu mnie dotykać, zrzygałabym się na niego od razu. — Śmieję się na samą myśl, ale wcale nie jest mi wesoło, bo mama przesadza.

— Nawet jeśli to prawda, po co twoja matka próbuje ci go wcisnąć?

— Jak to po co? — No teraz to już Sophie przegina ze swoją naiwnością. — Przed chwilą ci mówiłam, bo on ma kasę, bo robi jakieś interesy z ojcem, nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale gra toczy się o dużą stawkę, tak mówi tata. A mama pewnie wymyśliła, że będę jakąś gwarancją dla Merteuila.

— To okropne. — Sophie jest wyraźnie strapiona. — Nie mogę uwierzyć, że w obecnych czasach dzieją się takie rzeczy. Uważam, że powinnaś się bronić, a jak twoja mama będzie naciskać, na twoim miejscu zgłosiłabym się po pomoc.

— Jaką pomoc?

— Choćby szkolnego psychologa.

— Ta… — Nabieram głęboki haust powietrza. — Żeby to było takie proste.

— To jest proste. Zgłaszasz się do psychologa, mówisz o tym i już. Wezwą twoich rodziców i postawią ich do pionu. Kto to widział? Takie rzeczy w dwudziestym pierwszym wieku!

— Halo, tu Ziemia. Mam nową szkołę, nikogo nie znam, pójdę do niej pierwszy raz dopiero we wrześniu, są wakacje, a ty każesz mi iść tam i szukać psychologa?

— No to zgłoś się na pierwszy lepszy posterunek. Na pewno zatrudniają jakiegoś psychologa albo kuratora do spraw młodocianych, ten ktoś ci pomoże.

— Sophie, jesteś kochana, uwielbiam cię, ale to jeszcze głupszy pomysł niż ten z psychologiem. Nie bój się, panuję nad sytuacją, nikomu nie pozwolę na takie ustawiane małżeństwo, aż taka durna nie jestem.

— W ogóle nie jesteś. No coś ty — powiedziała ze szczerym oburzeniem w głosie.

— Czasami jestem.

— Nie jesteś.

Za to ją uwielbiam. Sophie to najmilsza dziewczyna pod słońcem. Jest prawie tak samo miła jak Raphael. Raphael Danceny.

1 Choderlos de Laclos, Niebezpiecznezwiązki, przełożył i wstępem opatrzył Tadeusz Żeleński-Boy, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s.21.

2 Tu i we wszystkich miejscach w tekście, w których pojawia się zapis [***], zachowano formę zastosowaną w oryginale — przyp.red.

Rozdział 2

Oto więc od czterech dni pochłania mnie namiętność. (…) Żyję wyłącznie jednym: myślę o niej we dnie, śnię w nocy. Muszę mieć tę kobietę, aby się ocalić od śmieszności zakochania: dokąd bowiem nie zdoła zaprowadzić niezaspokojone pragnienie?1

Sebastian

Marianna de Tourvel to najnudniejsza kobieta, jaką znam. Co za cholerna mimoza, wierzyć się nie chce, że jest pisarką, chyba że jej książki to poradniki, jak praktycznie poradzić sobie z bezsennością. Ciekawe, po ilu stronach przybiłbym gwoździa? Stawiam na góra trzy stroniczki, w tym dwie tytułowe. Ona cała jest jak uosobienie nudy i nijakości, uśmiecha się bez wyrazu. Jak brzmi jej śmiech? Tego nie wie nikt, bo nie da się rozbawić pani Marianny, powiesz coś dowcipnego, a ona co najwyżej lekko uniesie kąciki ust — oczywiście one też są nijakie.

Czyli co? Zupełna klapa, przyznacie, ale…

No właśnie! Co, do jasnej kurwy, tak mnie przyciąga do tej baby? Poza tym, że ma mnie w dupie i traktuje jak natręta? Pewnie, że to spora zachęta, nic tak nie działa na samca jak olewczy stosunek potencjalnej ofiary, lecz to ciągle odrobinę za mało. Obojętność nie wystarczy, by rozmyślać nad strategią dotarcia do jej zamkniętego na cztery spusty i kłódkę serduszka. A właśnie to zajmuje mi co najmniej połowę czasu. Pływam — myślę o Mariannie, zasypiam — wiercę się i kręcę, myśląc o niej, w trakcie posiłków co rusz na nią zerkam; za chwilę się zorientuje, że okazuję jej nadmierne zainteresowanie, i jeszcze gotowa nade mną zatryumfować.

Wóz albo przewóz: wrócić do miasta lub zostać tu tak długo, jak zaplanowałem. Jeśli wrócę — dobra wymówka zawsze się znajdzie — stracę wakacje, a nic tak nie koi nerwów jak pobyt w zamku mojej ciotki, zresztą muszę dać coś z siebie, jeśli chcę w przyszłości spacerować po ogrodach zamkowych jako pan na włościach. Wyjazd odpada, zatem powinienem obmyślić strategię. Wersja na luzaka nie robi na niej wrażenia. Może uderzyć w czułe tony? Ciotka mówiła, że Marianna i jej stary są hojni, chętnie dzielą się kasą, a pani de Tourvel przekazuje jedno euro z honorarium od sprzedaży każdego egzemplarza swoich książek na jakąś fundację. Prócz tego pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla zwierząt, to naprawdę przedziwny sposób spędzania wolnego czasu, ale skoro to lubi…

Biedzę się z opracowaniem planu, kiedy los daje mi szansę. Czyli jednak szczęście mi sprzyja! Już referuję: wysyłam Azolana do miasteczka, bo mam wielką ochotę na ser, specjalny, prosto od chłopa, jedyny w swoim rodzaju, polecony mi swego czasu przez ciotkę. Mój lojalny do bólu, a co najważniejsze, bystry, spostrzegawczy i ciekawy świata Roux wraca i opowiada, co przytrafiło się Christianowi Echeverri, właśnie temu rolnikowi, który wytwarza to jedyne na świecie, najgenialniejsze brie. Otóż jego córka mieszka w Paryżu, a przynajmniej mieszkała dotychczas, bo nie wiedzie się biedactwu. Nie dość, że zaszła w ciążę z jakimś birbantem i obibokiem, to jeszcze straciła kwaterę, którą wynajmowała na bardzo korzystnych warunkach. I co ona teraz pocznie? — martwi się ojciec. Dziewczynie został rok studiów, wypadałoby skończyć, a ojca nie stać, by płacić horrendalne kwoty, jakie wołają sobie paryscy kamienicznicy.

I wtedy wkraczam ja. Wybieram się do miasteczka, odwiedzam rolnika, kupuję jeszcze kilka kawałków wyśmienitych serów, a potem uchylam mu nieba.

— Sebastianku, muszę cię pochwalić. Naprawdę, chłopcze, masz dobre serce. — Ciotka wpatruje się we mnie jak w święty obrazek.

— Ja? Ale o co chodzi? — Cofam głowę. W udawaniu głupka jestem niezły.

— Już nie bądź taki skromny. — Chichocze. Rozgląda się wokół, czy wszyscy obecni przy stole skupili uwagę, czyli Marianna, nasz proboszcz (ostatnio bywa na co drugim obiedzie, jeszcze chwila i uznam, że zapałał afektem do ciotki, bo słodzi jej nieustannie), oczywiście ja i mój Roux.

— Nie wiem, o czym mówisz. — Wzruszam ramionami, sięgam po karafkę i nalewam sobie wody. Będzie mi potrzebna, bo też emocje sięgają zenitu, gdy widzę, jak ciotka odchrząkuje, czeka kilka sekund, by wzmóc napięcie, i zaczyna mówić:

— Mój siostrzeniec ma wielkie serce. Otóż, najmilsi, kilka dni temu odwiedził drogiego Christiana Echeverri. To mój dobry znajomy, prosty, ale bardzo zacny i uczciwy człowiek, rolnik, wytwarza doskonałe sery — zagaja. Potem następuje kilkuminutowa charakterystyka zarówno serów, jak i jego wytwórcy, by nareszcie ciotka mogła przejść do rzeczy. Opowiada, jak to wyświadczyłem Christianowi ogromną przysługę, poratowałem w biedzie, oferując jego córce wynajem garsoniery w bardzo przyzwoitej lokalizacji, a co najważniejsze, zrezygnowałem całkowicie z odstępnego. Co za dobroć! — To małe mieszkanko, ale ponoć ślicznie urządzone, na pierwszym piętrze, blisko centrum i przystanków — peroruje. — Córka Christiana jest w ciąży… — powtarza to chyba piąty raz — …będzie miała wygodnie. Sebastianie, serdecznie ci dziękuję. Muszę cię zrugać, dlaczego nic nie powiedziałeś? Cóż to za sekrety przed starą ciotką?! — Udaje, że się gniewa.

Dobra nasza. Robię kwaśną minę, spoglądam na Azolana i burczę pod nosem, ale tak, żeby wszyscy usłyszeli:

— Papla.

— Ja? — Oburza się natychmiast. — Ja nic nie wygadałem! Przecież mówił pan, że mam trzymać język za zębami.

— Samo się wygadało?

— Nie miej do niego pretensji, Sebastianku. Nie puścił pary z ust. To Julia, pokojówka Marianny wypaplała o wszystkim mojej Vivienne, a ta dowiedziała się o tym od naszej Arianne. Postanowiłam zasięgnąć informacji u źródła, pojechałam więc do miasteczka, żeby się rozmówić z Christianem, od niego znam szczegóły. Jeszcze raz kazał ci serdecznie podziękować.

Czyli plan się powiódł, a stara zabawa w głuchy telefon przyniosła odpowiedni efekt. Wszyscy już wiedzą, jakie mam szlachetne serce. Teraz czekam na profity, w końcu zainwestowałem trochę czasu w to przedsięwzięcie, nie wspominając o utraconych korzyściach z czynszu.

Lichą nagrodę otrzymuję jeszcze przed kolacją. Jak codziennie, dzisiaj też idę popływać — ciotka miała genialny pomysł z odrestaurowaniem starego basenu! — ale tym razem, wracając do zamku, spotykam na swojej drodze Mariannę. Spurpurowiała, zobaczywszy, że mam na sobie wyłącznie kąpielówki i ręcznik narzucony na barki.

— Cudowny czas. Ciepło, lecz nie upalnie — bąka.

Ale ona chrzani. W duchu zarykuję się ze śmiechu, widząc, co się z nią wyprawia. Umyka wzrokiem, żeby na mnie nie patrzeć, a jednocześnie nie potrafi się oprzeć. Cnotka niewydymka. Z której planety spadłaś, kosmitko?

— Idziesz popływać? — Wyszczerzam zęby.

— Nie, skądże znowu — natychmiast zaprzecza.

— Swoją drogą, chyba nie widziałem, żebyś korzystała z basenu, a uwierz, warto. Świetna woda. — Przesuwam dłonią po mokrych włosach.

— Nie lubię pływać, ale za to uwielbiam rowerowe wycieczki.

— O, widzisz! Doskonały pomysł. Może wybierzemy się dokądś po kolacji? — proponuję.

— Nie mam roweru.

Idiotka, myśli, że tak łatwo odpuszczę?

— Ja też nie mam, za to ciotka posiada ich tuzin. Są w jednej ze stajni. Coś wybierzemy.

— Och… — Robi skromną minkę.

— Tchórzysz? — Postanawiam wziąć ją pod włos. — Chyba się mnie nie boisz?

— Nie.

— Nie jestem taki zły, przyznaj? — Mrugam porozumiewawczo. Piję do rozmowy przy obiedzie.

— Nie jesteś, przeciwnie. Dobry z ciebie mężczyzna, przyzwoity. — Milknie na moment.

Dobry, przyzwoity mężczyzna? Dotychczas nikt mnie tak nie obraził.

— Zresztą nigdy nie twierdziłam inaczej. Każdemu, kto pojawia się w moim życiu, udzielam kredytu zaufania, niestety, czasami spotyka mnie rozczarowanie, ale ty… — znowu ucina. — To bardzo miłe, że pomogłeś bezinteresownie tej dziewczynie.

Zaraz się rozpłaczę ze wzruszenia. Jeszcze jedno zdanie i będę musiał wychlipać całą żałość w jej pierś zakrytą szaroburą dzianiną workowatej kiecki.

— Drobiazg. I tak mieszkanko stało puste, bo to bardzo mała kawalerka, ma niezbyt fortunny układ i jest bez balkonu.

— Drobiazg? — Uroczo się uśmiecha. — Można żyć bez balkonu, ale bez własnego lokum znacznie trudniej.

— Zatem idziemy? — pytam.

— Ale dokąd?

Chryste. Donikąd.

— Poszukać rowerów.

— A tak, rowery. — Patrzy na mnie spłoszonym wzrokiem.

— Rowery — potwierdzam, szczerząc zęby.

No to się władowałaś, moja droga…

Udaje się nam wybrać dwa porządne rowery, znowu mam okazję zabłysnąć, bo z wprawą reperuję łańcuch jednego z nich, inna rzecz, że usterka okazała się niezbyt skomplikowana. Wyruszamy zaraz po kolacji, leniwie pedałujemy przez wioskę, lecz tuż za rogatkami postanawiam przyspieszyć. Ku mojemu zdziwieniu Marianna podejmuje wyzwanie. Co za wyścig! Docieramy aż za miasteczko, zdyszani przez ostre tempo.

Powrót odbywa się w znacznie spokojniejszej atmosferze, jedziemy obok siebie, gawędzimy, Marianna opowiada o rowerowej wycieczce po Europie, która stanowiła podróż poślubną jej i Ludwika. Muszę oddać im rację: oryginalnie i bardzo romantycznie. Nie spodziewałem się tego ani po niej, ani po jej leciwym małżonku, choć wówczas miał około pięćdziesiątki.

— Ałć! — Nagle Marianna zatrzymuje rower, zeskakuje niezgrabnie i zaczyna pocierać oko. — Coś mi wpadło — tłumaczy, kiedy schodzę z mojego — chyba jakaś muszka.

Zaczyna zmierzchać, robi się coraz ciemniej, dlatego włączyliśmy lampki z przodu rowerów, pewnie to światło przyciągnęło owady, a jeden z nich postanowił wpaść w oko Mariannie.

— Jaka szkoda, że to nie ja.

— Co ty?

— Że to nie ja wpadłem ci w oko.

— Och, żarty się ciebie trzymają, a mnie boli.

Rzeczywiście, musi ją solidnie podrażniać ten paproch, bo cały policzek ma zalany łzami.

— Pokaż.

— Poczekaj, samo wypłynie.

— Wcierasz to jeszcze mocniej. — Z dezaprobatą kręcę głową.

— Nie znoszę mieć czegoś w oku.

— A kto znosi?

— Każdy z soczewkami kontaktowymi noszonymi stale.

Biedzi się, mruga, naciąga górną powiekę i puszcza, ale uparty śmieć nie zamierza opuścić jej oka.

— Podejdź tutaj. — Pokazuję jej miejsce w zasięgu mocnego światła ulicznej latarni. Posłuchała. Jestem w szoku, że staje blisko mnie i ufnie oddaje w moje ręce. Znajduję paczkę chusteczek higienicznych, formuję z jednej rożek, którym wyjmę paproch. — Nie ruszaj się.

— Nie ruszam.

— Ruszasz — mruczę. — Jest w wewnętrznym kąciku, to na pewno jakaś muszka.

— Samo by się rozpuściło.

— Tak, za godzinę.

To nawet całkiem niezły początek nawiązania bliższego kontaktu. Marianna stoi bardzo blisko, co chwilę się stykamy, a to jej pierś otrze się o mój tors, a to ona sama chwyci mnie za ramię, bo się zachwiała.

— Chyba się udało. Sprawdź.

— Chyba tak. — Mruga, ciągle obficie łzawiąc, ale już nie boli, a pozostałości muszki tkwią na chusteczce.

Zwijam ją w kulkę i wrzucam do przydrożnego rowu.

— Dasz radę jechać? — pytam.

— Raczej tak.

Odsuwa się niby odruchowo, lecz ja wiem, że to przemyślany krok do tyłu, by przywrócić dystans. Jest skrępowana, w świetle ulicznej latarni widzę, że jej policzki płoną, choć akurat to można złożyć na karb niemiłych wrażeń.

— Może sprawdzę? — proponuję od niechcenia. — Upewnijmy się, że nic tam nie zostało.

— Nie trzeba, już przeszło. — Wycofuje się o kolejne pół metra.

— Jak chcesz.

— Dziękuję — mówi dopiero po minucie jazdy. Pewnie straciła głowę, skoro tak późno wyraża wdzięczność.

Niewiele osiągnąłem, o ile można w ogóle mówić o jakimkolwiek efekcie moich zabiegów, ale jestem zadowolony. Kropla drąży skałę, a ta skrywa niejedno w swoim niepozornym wnętrzu, jestem tego pewien.

Isabelle

Dzieje się. Kolejny satelita pojawił się na mojej orbicie. Zwie się Prévan, pochodzenie kiepskie, korzenie takie sobie, kasy też niewiele, ale facet jest atrakcyjny, mundurowy — duży plus — i lubi stroszyć piórka. Od razu mnie zainteresował, bo ucieranie nosa podobnym typom to jedna z moich ulubionych zabaw. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczerpnęła wiedzy z nieustającej krynicy informacji, czyli od Valmonta. Inna rzecz, że sama dysponuję równie dobrym bankiem plotek i ploteczek, możemy się więc wymieniać.

Sebastian nie dał się namówić na spotkanie w mieście, utknął w tej swojej dziurze i siedzi tam uparcie niczym eremita, ale nie zamierzam na niego naciskać. Jeszcze pomyśli, że mi zależy na jego obecności. Owszem, trochę mi zależy, bo Paryż bez Valmonta od razu staje się nudny, lecz zbyt dobrze znam mojego przyjaciela, by nie wiedzieć, że ma ego rozdęte do granic możliwości. Każdą uwagę, propozycję, prośbę — wszystko — potrafi zinterpretować jako komplement. Czasami wkurza mnie nieziemsko, ale i tak go lubię.

Pytam o Prévana, a Sebastian nie zawodzi. Chodząca encyklopedia wiedzy o największych paryskich samcach alfa — tych prawdziwych, zaprawionych w bojach i tych aspirujących.

— Pamiętasz wielką trójkę? Musisz kojarzyć, to była głośna sprawa — mówi.

Jak mogę nie pamiętać? Te trzy suki zniszczyły mi życie. No może nie zniszczyły, ale bez wątpienia uprzykrzyły czas spędzony w liceum. Annette, Jeanne i Alexandra — trzy przyjaciółki na śmierć i życie, szkolne gwiazdy, laski, które nigdy nie musiały liczyć się z forsą, bo ich starzy opływali w dostatki. Paradowały korytarzami, dumnie zadzierając głowy, a taka dziewczyna, jaką wtedy byłam, wzbudzała w nich co najwyżej uśmiech politowania. Potrafiły uwziąć się na którąś z mniej popularnych dziewcząt i gnoić ją tak długo, aż rezygnowała ze szkoły. Ja też byłam bliska tej decyzji, kiedy Jeanne włamała się do mojej szafki i podrzuciła tam bokserki ukradzione wcześniej Joachimowi, naszej męskiej klasowej ofierze. Gwizdnęła je z szatni chłopaków, schowała u mnie, a kiedy otworzyłam szafkę, zadbała o odpowiednie audytorium. Tym sposobem upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu: załatwiła mnie, narażając na śmiechy przez kolejne trzy dni, a biedny Joachim… cóż, założył swoje jeansy na mokre kąpielówki, a to nie wyglądało dobrze, uwierzcie.

— Mówisz o Annette, Jeanne i… — Wolę się upewnić, że właśnie te trzy harpie ma na myśli Sebastian. Szczerze mówiąc, nie widzę żadnego związku między nimi a Prévanem.

— Tak — przerywa mi — właśnie te.

— Ciekawe, co u nich słychać. — Chichoczę. Upadek moich byłych szkolnych koleżanek odbił się głośnym echem w całym Paryżu. Wówczas dwie z nich były już mężatkami, a Jeanne wkrótce zamierzała wyjść za niejakiego Marcela Viana, milionera, potentata branży spożywczej. Niestety, ze ślubu wyszły nici; z małżeństw jej przyjaciółek podobnie. Ktoś, do dzisiaj mi nieznany, podstępem wkradł się w łaski każdej z nich, uwiódł je, zdobył rzeczowe dowody zdrady — jakieś liściki, zdjęcia, a nawet bieliznę! — i wysłał do szanownych partnerów, rozpętując prawdziwe piekiełko. A dlaczego dotychczas nie poznałam nazwiska tego casanovy? Ponoć posiadał jeszcze więcej kompromitujących materiałów, niektóre dotyczyły również samych rogaczy. Zapłacili mu, ale w zamian zażyczyli sobie pełnej dyskrecji. — Czekaj! — Nagle uświadamiam sobie, że nie bez powodu Sebastian wspomniał o tym skandalu. — Czyżby to Prévan?

— Bingo — odpowiada, szczerze się śmiejąc.

— Nie wierzę!

— To uwierz — mówi. — Prévan uszył tę skomplikowaną, wielowarstwową intrygę.

— Skąd o tym wiesz?

— Od niego samego. Mam informacje z pierwszej ręki, moja droga.

— Co? — Mam ochotę wrzasnąć tak głośno, żeby ten skończony bubek Valmont ogłuchnął. — Jesteś zwykłą mendą. Łajzą i fałszywcem — obrzuciłam go inwektywami. — Nie powiedziałeś mi o tym? Nic? Mnie? Twojej jedynej i najlepszej przyjaciółce? Świnia! — Ale jestem zła. Wkurzają mnie takie sytuacje, lubię być poinformowana, a tu taka zdrada. — Masz wielki minus, tak się nie robi, Valmont.

— Sorry.

— Wsadź sobie gdzieś swoje przeprosiny. — Najchętniej walnęłabym telefonem o ścianę, ale szybko wpada mi do głowy szatański plan. Ja też potrafię być wredna, a co do pieczenia kilku gęsich tuszek za jednym uruchomieniem piekarnika, ta sztuka również nie jest mi obca. — Czyli mówisz, że to szanowny Prévan odpowiada za pognębienie wielkiej trójki? Cudownie! To jeszcze jeden powód, żebym go polubiła, drogi Sebastianie. Sprawiłeś, że jego szanse na miłe tête-à-tête wzrosły.

— Daj spokój. Chyba nie uznałaś tej sytuacji za zachętę?

— Rzecz w tym, że nie trzeba mnie szczególnie zachęcać, bym przeleciała Prévana. Jest wysoki, a ja lubię wysokich facetów. — Specjalnie się wyzłośliwiam, bo ten fałszywy koleś po drugiej stronie słuchawki poprzestał na marnym metrze osiemdziesiąt. — Co by nie mówić, przystojny jak cholera i fantastycznie zbudowany. Co druga baba robi do niego maślane oczy, o ile nie każda. Przyznaj, przy takim facecie można poczuć kompleksy, prawda?

— Nie wiem, spytaj kogoś innego — odpowiada pozornie beztrosko, ale ja czuję, że to był celny strzał. — A co do zaliczania, Prévan przeleci ciebie, nie ty jego.

— Semantyka… — parskam pod nosem. — Nieistotne, kto kogo przeleci, ważne, co z tego będzie miał, a ja jestem pewna, że w łóżku Prévan radzi sobie doskonale. Nie wspomniałbyś o nim, gdyby było inaczej, to twoja konkurencja, drogi Sebastianie. — Otwarcie się śmieję, wyobrażając sobie, jaką teraz musi mieć minę.

— Rób, co chcesz, jesteś dużą dziewczynką. Bardzo dużą i bardzo dorosłą, mądrzejszą ode mnie. Mogę cię tylko naśladować, korzystając z twoich licznych doświadczeń.

— Świnia. — Musiał mi walnąć. Co z tego, że jestem starsza od Valmonta o równe pięć lat, skoro wyglądam na znacznie młodszą.

— Żebyś nie płakała, gdy Prévan zarazi cię jakimś świństwem albo rozpowie po całym mieście, że masz blizny po liftingu cycków.

O nie! Tak nie będziemy rozmawiać.

— Bez obaw, zatroszcz się lepiej o cycki Marianny de Tourvel. Zapomniałam! Nie widziałeś ich na oczy, o obmacywaniu tym bardziej nie było mowy. Żebyś się nie rozczarował, kiedy w końcu się uda, a jej cycki wypadną z biustonosza na dywanik przed twoim łożem — syczę.

A co robi ten kretyn? Zaczyna się śmiać! Ryczy jak durny, aż trzeszczy w głośniku. Ech, ten facet zawsze potrafi mnie rozbroić. Szkoda, że mimo upływu lat ciągle nie potrafię całkowicie wyzwolić się spod jego uroku, a czasami myślę o nim nie jak o byłym kochanku, raczej jak o kimś, kogo mogłabym naprawdę…

Miłość?! To nie dla mnie. STOP, Isabelle, zagalopowałaś się. To już przeszłość.

Ja i Sebastian to przeszłość.

— Śliczności moje, będę kończył. Mam nadzieję, że nie chowasz urazy o te cycki. — Ciągle w jego głosie wybrzmiewa rozbawienie. — Ostrzegałem, nie chciałbym, żeby twoja nieposzlakowana reputacja legła w gruzach. Wprawdzie nie jesteś mężatką, ale warto się cenić, moja słodka. Prévan to zwykła szumowina, brak mu klasy, prędzej czy później marnie skończy, bo nie zna umiaru, ale skoro lubisz pasjami taplać się w błocie, to czemu nie.

— Spadaj. — Klikam w ekranik komórki.

Ileż można? Potrafię znieść dużo impertynencji, zwłaszcza z ust Sebastiana, ale trzeba znać granice. Gdyby nie ja, ten bezczelny smarkacz byłby dzisiaj nikim. To ja wprowadziłam go do towarzystwa, przedstawiłam najważniejszym osobom, można rzec, że zrobiłam mu reklamę i promocję. I co z tego, że wywodzi się z arystokracji, skoro to taka gorsza arystokracja, drugi gatunek — ludzie z tytułami, ale bez odpowiednich koneksji. Rodzice Sebastiana klepali biedę, dopiero on wziął sprawy w swoje, bardzo sprawne — trzeba mu oddać sprawiedliwość — ręce i przywrócił rodzinną fortunę do przyzwoitego poziomu, ale… Kasa to nie wszystko. Brakowało mu ogłady, poloru, wdzięku.

Zajęłam się nim, zaopiekowałam, pokazywałam w jego towarzystwie, aż wszyscy uznali, że ten niepokorny młodzieniec zasługuje na uwagę i poważanie. Skoro pojawia się ze mną, to znaczy, że należy do elity. To mnie zawdzięcza obecną pozycję, tylko mnie, ale jak widać, już zapomniał o swoich zobowiązaniach. Nie oczekuję hołdów, ale szacunku już tak.

Nie potrzebuję jego pouczeń, by zastanawiać się, czy nie dać sobie spokoju z Prévanem. To dokładnie taka sama niska liga jak kiedyś Sebastian, a ja nie mam czasu ani ochoty promować kolejnego kandydata na lwa salonów. W imię czego mam się starać? Mimo to postanawiam rozpuścić wici i dowiedzieć się co nieco o Prévanie. Moi szpiedzy nie zawodzą, parę dni później dostaję garść informacji. Wprawdzie nie uzyskałam potwierdzenia, że to on był spiritus movens katastrofy moich koleżanek, lecz dowiedziałam się wielu innych szczegółów. W istocie Valmont miał rację — Prévan to zwykła szumowina, dno i łajdactwo w czystej postaci. Powinnam go sobie odpuścić, rozsądek nakazuje trzymać się od podobnych typków z daleka, ale jednocześnie bardzo mnie korci, żeby zagrać mu na nosie. Sebastianowi również, ale to chyba oczywiste.

Muszę to dobrze rozegrać. Wystarczy kilka nudnych godzin spędzonych z nieocenionym Françoisem, by w mojej głowie wyklarował się plan.

— Wyobraź sobie, że Prévan rozpowiada o naszym romansie — referuję Sebastianowi trzy dni później. — Byłam z nim w teatrze, nie pytaj o sztukę, nie pamiętam tytułu, ale fatalna. W każdym razie spędziliśmy sam na sam parę godzin, a ten, skądinąd uroczy chłoptaś, uroił sobie, że mamy romans. No powiedz, czy to nie śmieszne? — Chichoczę.

— To jego standardowa procedura, dotąd kreuje rzeczywistość, aż staje się prawdą.

— Och, wyjątkowo dobrze znasz obyczaje swojego rywala. — Wydymam usta.

— Trzeba znać wroga.

— Aż tak?

— Isabelle, wiesz, co mnie różni od Prévana? Ja kocham kobiety, uwielbiam je, a Prévan nienawidzi waszego gatunku. Mizoginia w najczystszej postaci.

— Odniosłam przeciwne wrażenie.

— Masz prawo.

Sebastian wycofuje się z tematu, a ja też nie zamierzam go drążyć. Nie potrzebuję kolejnej przygody, tym bardziej, że nadal cieszy mnie i bawi towarzystwo Françoisa, lecz tak zwyczajnie odpuścić? Zapomnieć? To nie w moim stylu. „Zaprosiłam Prévana na jutro, na kolację. Będzie garstka osób, nie więcej niż dwanaście, mogę na Ciebie liczyć?” — dwa dni później Sebastian otrzymuje ode mnie SMS. Błyskawicznie dostaję odpowiedź: „Dziękuję, ale mam inne zobowiązania. Poza tym trzynasty gość? Nie chcę przynieść ci pecha. Twój S.V.”.

Nie spodziewałam się innej odpowiedzi, gdyby potwierdził, dopiero byłabym w biedzie, a moja intryga musiałaby poczekać na inną okazję. Na szczęście dobrze znam Valmonta, jego plany podobnie, faktycznie — nie miałby jutro czasu, bo na weekend wybiera się do Nîmes odwiedzić Laurene. Mówił prawdę, sama potwierdziła to przez telefon, gdy do niej zadzwoniłam, ją też chcąc zaprosić. Paplała szczęśliwa, że Sebastian trochę ją rozerwie. Fakt, on potrafi rozerwać każdą niewiastę znad Sekwany i nie tylko. A wracając do mojej kolacji, podam sushi. Tak, to doskonały pomysł.

Goście dopisali, pojawili się wszyscy, jest całkiem nieźle, zwłaszcza kiedy alkohol luzuje kołnierzyki. W każdym razie ja bawię się doskonale; inaczej rzecz ma się z Prévanem. Usadziłam go po przeciwnej stronie stołu, widać, że średnio pasuje mu miejsce, biorąc pod uwagę towarzystwo: drętwą Noelle Austin i jeszcze bardziej nudnego małżonka. Aż dziwne, że tacy młodzi ludzie, przed trzydziestką, potrafią zachowywać się niczym para staruszków. Biedny Prévan śle w moją stronę udręczone spojrzenia, a ja odpowiadam za każdym razem promiennym uśmiechem. Zawieram w nim obietnicę: „wytrzymaj, mój drogi, jeszcze kilka godzin udręki i zostaniesz nagrodzony”.

W końcu żegnam się z gośćmi. Wcześniej ustaliłam z moim nowym, na razie potencjalnym, kochankiem, że odprawię Françoisa, a w tym czasie Prévan ma skryć się dyskretnie w moich prywatnych apartamentach na pierwszym piętrze. I dokładnie tak się dzieje, w zamieszaniu nikt nie spostrzega, że jeden z gości, zamiast wyjść z budynku, wychodzi, owszem, ale na piętro willi. Czule żegnam Françoisa, który bardzo chciał dotrzymać mi dzisiaj towarzystwa w nocy, lecz wymówiłam się kobiecą niedyspozycją. Bawi mnie jego naiwność. Nie pamiętam, kiedy miałam ostatnią miesiączkę, bo od ponad roku zażywam bez przerwy tabletki antykoncepcyjne. Szkoda mi czasu na kobiecą przypadłość, to takie uciążliwe, a pogłoski, że libido słabnie pod wpływem hormonów, są mocno przesadzone. Moje bynajmniej nie osłabło.

Zanim wespnę się po schodach, zwołuję służbę, żeby ogarnęli jadalnię. Wiktorię też wołam, na razie nie jest mi potrzebna, ale za chwilę będzie. Upewniam się, że dwuskrzydłowe drzwi jadalni są otwarte na oścież i zablokowane przed przypadkowym zamknięciem. Mój personel musi mnie usłyszeć, kiedy będę rozpaczliwie wzywać pomocy. Z reguły biorę kąpiel w łazience przylegającej bezpośrednio do sypialni, ale tym razem postępuję inaczej: idę prosto do garderoby, przebieram się w wyjątkowo kuszący negliż, rozpuszczam włosy i tak przygotowana wkraczam do sypialni.