#GOYOUNG. Bal - Saundra Mitchell, Bob Martin, Chad Beguelin, Matthew Sklar - ebook

Opis

Na podstawie hitowego musicalu na Broadwayu (oryginalnie PROM) powstała powieść pt. Bal oraz film na Netflixie pod tym samym tytułem, z udziałem wielu gwiazd.

Emma Nolan i Alyssa Greene mają wspólny cel: chcą zadebiutować jako para na balu maturalnym. Ale to nie jest takie proste...

Alyssa nie ma dość odwagi, by ujawnić mamie swoją orientację, i wciąż odwleka nieuchronną rozmowę. Wie, że łatwo nie będzie… Pani Greene, przewodnicząca rady rodziców, kategorycznie sprzeciwia się, by w studniówce wzięły udział pary jednopłciowe. Szanse na wymarzony bal są coraz mniejsze… I wtedy w prowincjonalnym Edgewater zjawiają się prawdziwe broadwayowskie gwiazdy – chcą wesprzeć dziewczyny w tej nierównej walce. Jednak gdy dobre intencje aktorów obracają się przeciwko wszystkim zainteresowanym, Emma i Alyssa biorą sprawy w swoje ręce, aby pokazać światu, że miłość niejedno ma imię…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuTHE PROM
Projekt okładki NATALIA TWARDY
Fotografia na okładce© ae-photos/E+/Getty Images
Koordynacja projektuSYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
RedakcjaURSZULA ŚMIETANA
KorektaMAGDALENA SZAJUK
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Copyright © 2019 by Chad Beguelin, Bob Martin and Matthew Sklar
Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-6088-1
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Kocham Cię, mamo.

Dziękuję, że dałaś mi cały świat.

SM

Ekipie Broadway Score! udało się porozmawiać z Dee Dee Allen i Barrym Glickmanem na planie ich nowego przedstawienia – ELEANOR!

Glickman i Allen zapraszają mnie do swojego sanktuarium na tyłach teatru Alliance. Wszystko dookoła dobitnie wskazuje na to, że przedstawienie jest w toku realizacji. Rząd piankowych głów może poszczycić się stalowoszarymi perukami i sztucznymi szczękami, które Allen zakłada, by przeobrazić się w panią Roosevelt. Oczywiście w kącie stoi wózek inwalidzki Franklina, na którym siedzą jego cygaro (prawdziwe) oraz okulary (rekwizyt). Pomimo poważnej tematyki przygotowywanego spektaklu Glickman, laureat nagrody Drama Desk, oraz Allen, laureatka nagrody Tony, śmieją się głośno podczas rozmowy.

BS!: Interesuje nas, co dla jednej z największych dam Broadwayu znaczy...

BG: To chyba pytanie skierowane do mnie, Dee Dee!

DA: Widzę, że próbujesz mnie usunąć z pola świateł jupiterów!

[śmiejemy się i formułujemy pytanie nieco inaczej]

BS!: Co dla dwóch największych sław Broadwayu oznacza wspólne wystąpienie w spektaklu takim jak Eleanor?

DA: Autentycznie mam wrażenie, jakbym odmieniała ludzkie losy. A ty, Barry?

BG: W rzeczy samej. Uświadomiłem sobie, że nic specjalnie nie różni celebryty od prezydenta Stanów Zjednoczonych.

DA: Zanim zachoruję na gruźlicę w akcie drugim, nawet najtwardsi widzowie będą wzruszeni.

BG: Ba! Nie starczy im chusteczek! Jeśli widzowie nie wyjdą z teatru przygnębieni, znaczy, że kiepsko sobie poradziliśmy z zadaniem.

DA: To władza. Prawdziwa moc.

BG: Ale, cytując pewne dzieło, które doprowadziło do zguby jednego producenta, gwiazdę pop oraz bohatera komiksu, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.

DA: Jednak my jesteśmy wielcy i damy radę.

Fragment recenzji teatralnej opublikowanej na łamach „New York Timesa” pt. Gdyby Franklin Delano Roosevelt miał coś do powiedzenia na ten temat, powiedziałby NIE.

[...] Dee Dee Allen wstąpiła w rolę Eleanor Roosevelt w taki sam sposób, w jaki demon wstąpił w monstrualną tytułową lalkę Annabelle, bohaterkę horrorów filmowych. Zamiast przedstawić widzom aktywizm Pierwszej Damy, Allen wpycha im go siłą do gardeł: istny koktajl Mołotowa, stworzony z amerykańskiej flagi unurzanej w syropie, a następnie podpalonej.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż przy hałaśliwym chaosie w wykonaniu Allen rola Glickmana przyniesie widowni odrobinę jakże potrzebnego wytchnienia. Franklin Delano w wersji prezentowanej przez Glickmana to wyjątkowo nieudany spektakl, budzący niechęć bardziej niż jakiekolwiek przedstawienie, które autor tej recenzji miał okazję oglądać. Podstarzały Glickman nie ma w sobie ani żaru, ani finezji byłego prezydenta, a jego próba oddania akcentu transatlantyckiego żałośnie spala na panewce.

Jeśli więc rozważacie kupno biletu, wyświadczcie sobie przysługę i zamiast tracić pieniądze na ten zbędny wydatek, znajdźcie sposób, by zarazić się gruźlicą. To doprawdy okropne rozwiązanie, ale zdecydowanie lepsze niż oglądanie w bólach, jak nowa Eleanor masakruje się na śmierć w zwolnionym tempie.

1. Edgewater, Indiana

Emma

Zapamiętaj sobie, Emmo: w Indianie nie można być homo. W zasadzie to przestroga adresowana do wszystkich, nie tylko do mnie. Zresztą, ja już jestem homo w Indianie i – uwaga, spojler! – to wielka kaszana.

Zanim poinformowałam o tym fakcie rodziców, najpierw zamieściłam info w internecie, na swoim kanale na YouTube „Emma Śpiewa”. Mój głos, gitara i covery tego, co akurat znajduje się na topie. Wiadomo, jeśli się śpiewa to, co wszyscy znają, to pojawia się dużo komentarzy, co bardzo lubię. Nie mam zbyt wielu przyjaciół, więc to cyfrowe machanie łapką sprawia, że czuję się odrobinę mniej samotna.

Nie żebym czekała, aż ktoś mnie odkryje, nic w ten deseń. Po pierwsze, to nigdy nie działa, a po drugie, sama idea sławy mnie przeraża. Już i tak mam wrażenie, jakby wszyscy wiedzieli, kim jestem. Oczywiście to dlatego, że wszyscy rzeczywiście wiedzą, kim jestem. Jeden poślizg i poszło w świat.

A wyglądało to tak.

Wyobraźcie sobie wakacje przed pierwszą klasą liceum i mnie – szarą, nieśmiałą myszkę w okularach o grubych oprawkach, w których oczy przypominają ślepia sowy. Uczestniczyłam właśnie w pikniku młodzieżowym organizowanym przez kościół Vineyard. No wiecie, jeden z tych nowych przybytków, w których nabożeństwo prowadzi młody pastor grający na perkusji.

Co, ma się rozumieć, totalnie wkurza społeczności takich wyznań jak luteranie czy baptyści oraz wszystkich przedstawicieli innych tradycyjnych kościołów upakowanych w naszym mieście. Kiedy powstał Vineyard, należące do innych wyznań tablice z obciachowymi napisami w rodzaju „Co zniknęło z naszej świą ni? TY!” zyskały drugie dno.

Jak można się spodziewać, wszyscy nastolatkowie chcą chodzić do Vineyard. Najwyższy poziom buntu, prawda? „Nie, mamo. Idę do tego zajebistego nowego kościoła, w którym mogę mieć dżinsy na tyłku podczas mszy!”. Rzecz jasna, to oznacza, że młodzieżowe spotkania kościelne sprowadzające się do picia bezalkoholowego ponczu i jedzenia ciasta w smętnych kościelnych salkach nagle ustąpiły miejsca wielkim piknikom. Jedzenie jest nadal żałosne, w końcu to tylko zrzutka parafian.

W taki właśnie sposób w mojej ręce znalazł się talerzyk pełen miniklopsików w sosie barbecue. Słyszałam zbyt wiele dramatycznych historii z udziałem sałatki ziemniaczanej, jajecznej lub makaronowej – a w zasadzie każdej sałatki wykorzystującej majonez do sklejenia składników. Przeczytałam także, że minimarchewki to w rzeczywistości normalna marchew, tyle że sztucznie rozjaśniona i pomniejszona – dlatego musiałam powiedzieć temu wszystkiemu „nie”.

Co prawda wielki gar gorących pulpetów nie jest może najlepszym rozwiązaniem na lato (nie licząc Szwecji, jak podejrzewam), ale uznałam, że tak będzie bezpieczniej. Nałożyłam sobie pełny talerz i teraz zastanawiam się, jak je zjeść, żeby się nie pobrudzić. Klopsy są całkowicie odporne na plastikowe sztućce, a tylko tym dysponuję.

Do stołów ustawiła się długa kolejka, nie uśmiecha mi się stać aż tyle po to, żeby zdobyć łyżkę. Nie zamierzam także zwracać na siebie uwagi, pakując się do środka z wymówką w rodzaju: „Ach, ja jedynie po łyżkę!”. Nawet najbardziej urocze i cudowne osoby dostają po łbie, gdy próbują się wbić w kolejkę na spędzie łamanym przez piknik. A mnie niestety trochę brakuje do cudowności.

Poza tym kto je klopsy łyżką? „Łycha Pulpetów” nie byłaby co prawda pierwszym wyzwiskiem, jakie kiedykolwiek usłyszałam pod swoim adresem, ale chwilowo zaliczałoby się do najgorszych.

Uwaga, spojler: tak, to wcale nie jest najgorszy epitet, ale dojdę do tego za moment.

Tak więc stoję jak kołek, próbując wepchnąć sobie klopsiki do ust, i nagle pojawia się ONA. Kręcone kasztanowe włosy, oliwkowa karnacja, ciemne oczy. Zatrzymuje się. Zamieram, a wraz ze mną zamiera cały świat. Przypuszczam, że nawet wszechświat, chociaż nie potrafię wyjaśnić, na podstawie jakich praw fizycznych.

Jestem jednak w stanie wyjaśnić magię. W tej bowiem chwili Alyssa Greene spogląda na mnie i przeradza się w boginię. Cudowną, dobrotliwą, inteligentną i zabawną boginię z błyszczykiem na ustach, którego bardzo chciałabym posmakować.

Wcale nie dziwi mnie to nagłe zauroczenie Alyssą. Zawsze podobały mi się dziewczyny. Już od maleńkości byłam minihomoseksualistką. W szóstej klasie oszalałam na punkcie Madison z Talk to the Hand i bynajmniej nie dlatego, że chciałam zostać jej kumpelą. Teraz jestem już pełnoprawną nastoletnią lesbijką. Miewam (nieczyste) fantazje z Arianą Grande w roli głównej i czuję, że gdybym spotkała Larę Jean z Do wszystkich chłopców, których kochałam, pomogłabym jej opracować kontynuację serialu pod tytułem Do wszystkich dziewczyn, które ich przyćmiły.

Mimo wszystko jestem szalenie zaskoczona, kiedy Alyssa wymija tłumek stojący przy stole z deserami i podaje mi olbrzymi szpikulec do rożna.

– Tylko to jest skuteczne – oznajmia, uśmiechając się oszałamiająco.

Nie dziwi mnie to, że jest miła, ale fakt, że w ogóle udało jej się mnie zauważyć – że jednak okazałam się widzialna dla najcudowniejszej dziewczyny, jaka kiedykolwiek chodziła po kuli ziemskiej. Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek. Alyssa dotyka bowiem mojej dłoni. A potem stoi ze mną, podczas gdy nadziewam na szpikulec jednego klopsa za drugim. I nawet pozwala poczęstować się moim pulpetem. NA PIKNIKU KOŚCIELNYM, CZAICIE?

Tymczasem na trawniku ludzie grają w cornhole – to nazwa zabawy polegającej na rzucaniu woreczkami z kukurydzą do celu – z głośników zaś rozbrzmiewa chrześcijański rock, dzięki uprzejmości pastora Zaka, który udostępnił playlistę ze swojego iPhone’a. Niebo jest idealnie błękitne i bezkresne, a Alyssa Greene wstukuje swój numer do mojej komórki i każe mi wysłać sobie esemesa, więc teraz i ona ma kontakt do mnie.

Wieczorem tego dnia nagrałam i wrzuciłam na mój kanał cover piosenki Talyor Swift. Byłam taka rozanielona – normalnie jednorożce i wata cukrowa – że ogłosiłam całemu światu, iż zakochałam się w prześlicznej dziewczynie. Zrobiłam to bez chwili wahania. Wgrałam filmik, wybrałam w miarę przyzwoitą miniaturkę i poszłam spać.

Obudziła mnie moja matka.

Jestem pewna, że za kilkanaście lat będę uważała to za niezwykle zabawną historię, w tamtym momencie nie było w niej jednak nic śmiesznego. Matka zaczęła mną potrząsać, a potem rzuciła mi w twarz wydrukiem screena z mojego kanału.

– Co to jest? – krzyknęła.

– Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo rzeczywiście nie wiedziałam.

– Nie tak cię wychowaliśmy! – wrzeszczała.

– To znaczy jak? – zapytałam, ponieważ zostałam wyrwana z głębokiego snu kartką papieru wetkniętą mi do nosa.

Matka podniosła się i stanęła nade mną w całej swojej dość skromnej – bo mierzącej metr sześćdziesiąt dwa – okazałości.

– Doskonale wiesz, o czym mówię, Emmo.

Nie wiedziałam! Nie wychowali mnie, żebym... śpiewała w internecie? Zamieszczała swoje nagrania w superanckiej łososiowej piżamie, którą dostałam od babci na Gwiazdkę?

Żeby sprawiedliwości stało się zadość, muszę przyznać, że po kilku sekundach mój umysł zaskoczył. Poprzedniego wieczoru wrzuciłam na YouTube filmik, gdzie z bezwstydnie wniebowziętą miną wdzięczę się do dziewczyny, która poratowała mnie szpikulcem do nadziewania pianek marshmallow. (Oraz całkiem przyzwoicie wykonuję Our Song, a to już coś, skoro sama tak twierdzę).

Najwidoczniej obejrzał go któryś z mieszkańców naszego miasta i czując, że to cios wymierzony w jego biedną wrażliwą naturę, natychmiast poinformował o tym moją matkę. Ta z kolei wydrukowała moją stronę profilową tak, jakby to był przepis na sałatkę z makaronem ramen. Nie ma innej opcji, sama by tego nie znalazła.

Mam wrażenie, że w tamtej chwili byłam zbyt zdumiona, żeby bać się rodziców, którzy – z czego doskonale zdawałam sobie sprawę – należeli od urodzenia do Kościoła, oficjalnie ziejącego nienawiścią do homoseksualistów. Tyle że cała społeczność kościelna udawała „zbyt miłą”, by zająknąć się choć słowem na ten temat. Najwyraźniej uznałam milczenie za znak aprobaty, co, jak wiadomo z historii, rzadko kiedy wychodzi na dobre. I dlatego powiedziałam prawdę:

– Po prostu ją lubię.

– To przestań – warknęła matka, jakbym mogła wyłączyć swoją homoseksualność tak, jak wyłącza się Netflixa. – Nie w tym domu! Nie pod moim dachem!

Gdyby to była ciepła opowieść z happy endem, w tym momencie powiedziałabym, że faktycznie, na początku było dość ciężko, jednak w końcu moi rodzice uświadomili sobie, iż jestem ich cudownym, jedynym dzieckiem, i kochaliby mnie miłością bezwarunkową. Dołączyliby do PFLAG-u[1] i zaczęli zakładać wybitnie krępujące koszulki na parady równości. No wiecie, z napisami-ofertami darmowych przytulasów. Przyprowadziłabym do domu swoją dziewczynę i, zanim rozpoczęłabym studia, przestaliby nazywać ją moją „koleżanką”.

Przykro mi. Nie mam dla was happy endu.

Moi starzy przez tydzień deliberowali nad tym, czy zafundować mi obóz powodujący całkowite nawrócenie, czy jednak wyrzucić mnie z domu. Ostatecznie pozwolili mi wziąć gitarę i podręczniki szkolne, odebrali klucze i wywalili na bruk. Moje ubrania, laptop, pudełko z kartkami urodzinowymi, które gromadziłam, odkąd skończyłam sześć lat – podobno spalili wszystko, czego nie dało się oddać biednym. Żałosne, prawda?

Dlatego mieszkam z babcią, w Edgewater w Indianie, dwie ulice od domu rodziców. Jestem w szkole jedyną homoseksualistką, która przyznała się do swojej orientacji, i dobrze, że nadal mam swój kanał na YouTube.

Jest całkiem zwyczajny, wiem, że nie mogę liczyć na miliony odsłon. Ale mam swoich fanów, a ich komentarze są dla mnie jak słowa przyjaciół. Podobnych do mnie. Nieheteroseksualnych. Są mi potrzebni, dbam o nich jak o najlepszych kumpli.

Istnieją miejsca, w których modne jest wychodzenie z szafy. Nowy Jork, San Francisco... Miejsca fikcyjne, wyimaginowane, jakże dalekie. Indiana do nich nie należy. Dlatego posłuchajcie mojej rady: nie bądźcie homo w naszym stanie, chyba że to absolutnie konieczne.

Nic ciekawego tu na was nie czeka, jedynie złamane serce.

2. Edgewater, Indiana

Alyssa

Pewnie nigdy tu nie byliście, więc pozwólcie, że wam opowiem: Indiana to cudowne miejsce.

Niekiedy nocą księżyc tak intensywnie prześwituje zza chmur, że niebo zyskuje perłową jedwabistość. Gdy wstaję o piątej rano, żeby zdążyć do szkoły, ulice są pokryte warstwą srebrzystej mgiełki. A kiedy słońce zaczyna wstawać nad horyzontem, a mój autobus skręca w lewo na drogę stanową numer 550, niebo pokrywa się fioletem, potem lawendą i na końcu różem.

Latem mamy tu wielkie chmary świetlików. W lesie znajduje się jeziorko z wodą na tyle czystą, że da się w nim kąpać. Wzdłuż płotów rosną maliny, jeżyny i morwy, można się nimi częstować. Gdy nadchodzi jesień, świat wybucha feerią barw, a w sadach można sobie zrywać jabłka. Jedliście kiedykolwiek racuchy z musem jabłkowym? Obłędne!

Miewamy tu także zimy, które znacie z kartek bożonarodzeniowych. Wzgórza pokryte białym puchem, cichy szelest spadających płatków śniegu, noce tak ciemne, że widać Drogę Mleczną. W pogodne dni, przy przejrzystym powietrzu, pola zdają się ciągnąć w nieskończoność. Srebrzysta, połyskująca połać białej ziemi rozciągnięta tak daleko, że stapia się z lodowobłękitnym horyzontem.

Indiana to małe miasteczka, parady z okazji Dnia Niepodległości, no i koszykówka. Głównie koszykówka, w ilościach kłócących się z zasadami zdrowego rozsądku. Jeśli uda wam się dotrzeć do szkoły średniej bez ślubowania dozgonnej wdzięczności zespołowi IU Hoosiers albo Purdue Boilermakers, już po was.

(Wyjątkowa dyspensa udzielana jest zwolennikom Notre Dame Fighting Irish[2], chociaż od razu stawia ich w roli podejrzanych).

Mieszkacie w Edgewater – nie macie wyjścia. Musicie kibicować naszej szkolnej drużynie, James Madison Golden Weevils. W czasie obchodów Homecoming[3] nie ma mowy, żeby ktokolwiek zwracał uwagę na naszych futbolistów. Skądże! Zajęli trzecie miejsce od końca w rozgrywkach stanowych, mogą dla nas nie istnieć.

Homecoming to celebracja naszych koszykarzy. Królem i królową balu zostają gracze w kosza. Spotkania motywacyjne, stoiska z domowymi ciasteczkami lub megaopakowaniami popcornu w wielu smakach – to wszystko na cześć naszej drużyny. Golden Weevils, dajcie czadu!

To właśnie z tego powodu bilety na studniówkę są ściśle limitowane. Nasza szkolna reprezentacja (plus dwie rezerwy), drużyna z klasy trzeciej (z rezerwą) oraz gracze z pierwszych klas walczący o miejsce w reprezentacji (i aż trzy rezerwy!) to łącznie stu pięćdziesięciu sportowców oraz sto pięćdziesiąt potencjalnych partnerek, a ze względów bezpieczeństwa na sali gimnastycznej może bawić się najwyżej czterysta osób.

Dlatego kiedy PSUJE (Przyszli Studenci Uczelni Jakże Elitarnych) rozstawiają w Hali Mistrzów (czyli na korytarzu od frontu budynku, na którym znajdują się gabloty z pucharami) stół do sprzedaży biletów na bal, znajdują się na nim trzy niezbędne elementy:

1. Kasetka na gotówkę. Można płacić wyłącznie zielonymi, nawet więc nie próbujcie przynosić książeczki czekowej swoich rodziców.

2. Stos biletów zaprojektowanych przez jedynego ucznia naszej szkoły, który zna się dobrze na Photoshopie. („Dobrze” jest tu kluczowym słowem. Oczywiście wszyscy potrafią stosować filtry na Instagramie, ale gdy w grę wchodzą teksty, zaczynają się schody. A i tak efekt jest taki, jakby grafik się nażarł czcionek i zaczął rzygać Papyrusem i Comic Sansem).

3. Lista. Która ma dwie kolumny: Imię i nazwisko uczestnika. Imię i nazwisko partnera/partnerki. Obie rubryki łączą się ze sobą nierozerwalnie: nie ma sprzedaży pojedynczych biletów. To właśnie ze względu na tę listę odbyłam ze swoją dziewczyną bardzo poważną rozmowę na temat balu.

Chodzimy do czwartej klasy, to nasza ostatnia szansa. A poza tym naprawdę chciałabym pójść i zatańczyć pod kartonowym księżycem i gwiazdami owiniętymi folią aluminiową. Pragnę spojrzeć w jej zabawne orzechowe oczy, które czasami przybierają niebieski albo zielony odcień, w zależności od tego, w co się danego dnia ubrała. Chciałabym objąć ją w talii i zapomnieć o całym świecie.

Ale to niemożliwe.

Nie tutaj. Nie na oczach mojej mamy.

Gwoli wyjaśnienia: nie wstydzę się tego, że jestem lesbijką. Kocham kochać i uwielbiam moją dziewczynę. Ciche szepty i ukradkowe pocałunki. Uwielbiam siedzieć przytulona do niej na dziwnie aksamitnej sofie jej babci i oglądać filmy, podczas gdy od zachodu nadciąga deszcz. Podoba mi się, że nasze dłonie są dokładnie takiej samej wielkości, ale za to ona ma maleńkie stopy z superdługimi palcami. Kiedy śpiewa, kocham ją jeszcze bardziej. Tak bardzo, że to aż boli, jak gdyby czyjaś dłoń zaciskała się na moim sercu.

Moja dziewczyna połyskuje niczym świetlik, ponieważ włosy ma złote, choć niemal brązowe, a oczy niebieskie, choć prawie zielone. Gdy zdejmie okulary, lubię przyciskać nos do jej nosa i wpatrywać się w jej tęczówki. Śmieje się wtedy i rumieni, jej policzki przypominają swoim kolorem wargi. W takiej chwili trudno mi szeptać miłosne zaklęcia, kiedy tak bardzo chciałabym wykrzyczeć je całemu światu.

Tyle że moja matka nie jest jeszcze na to gotowa. Teraz jest bardzo krucha. Teraz, czyli od momentu, w którym ojciec nas zostawił. Przyszło mu to z łatwością, po prostu spakował się w torbę na siłownię i wyszedł w czarną noc. Założył nową rodzinę. Sądząc po dacie narodzin mojego przyrodniego rodzeństwa, musiał założyć tę swoją rodzinę, zanim nas opuścił.

Od tego czasu mama żyje w delikatnej kryształowej bombce. Uważa, że jeśli będzie częściej chodziła do kościoła, żarliwiej się modliła, jeśli lepiej wysprząta dom, schudnie dziesięć kilo, jeżeli lepiej mnie wychowa i wreszcie nauczy się piec mięso tak, jak uczyła ją teściowa, tata do nas wróci. Widać tę wiarę po błysku w jej oku. Zachowuje się jak transformers porażony piorunem. Wszystko z niej wylatuje z prędkością światła. Nieskończone i gorące.

A to oznacza, że muszę być najlepszą córką. Mieć piątki z góry na dół i uzyskać maksymalną średnią. Moje uczelnie ostatniego wyboru muszą należeć do najpopularniejszych w okolicy. Mam uczyć w szkółce niedzielnej i organizować dzieciakom wspaniałe zajęcia, żeby ich rodzice ronili łzy nad moją cudownością.

Przewodniczącą samorządu szkolnego jestem jednak dlatego, że sama tego chciałam. Uważałam, że w ten sposób uda mi się zmienić to, co wymaga zmian, i wzmocnić to, co jest zbyt słabe. Ale i tak muszę iść na studniówkę w liliowej sukience do kolan, na wąskich ramiączkach, na którą mama pracowała sześćdziesiąt godzin w tygodniu. Gorset jest wyszywany kryształkami Swarovskiego. Kryształkami. Swarovskiego.

Dlaczego? Ponieważ mama jest przewodniczącą rady rodziców (wspominałam już, że musi być perfekcyjna w każdym calu?), a rada rodziców wraz z PSUJE-ami organizują nasz bal. W tym roku będzie wprost idealny, zwłaszcza dlatego, że pojawię się na nim ja, w tej sukience, uwieszona na ramieniu chłopaka w smokingu.

Jakiegoś chłopaka. Jakiegokolwiek. Mama nie wie jakiego, chociaż z pewnością miałaby dla mnie pewne sugestie. Na przykład Paolo, chłopak z wymiany, który chodzi do naszego kościoła. To prawdziwy student drugiego roku i wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać student rodem z filmu: jest zgrabny, umięśniony, a gdy idzie, porusza biodrami z pewnością siebie. Nie zrozumcie mnie źle, jest seksowny. Ale potajemnie sypia z dyrygentem naszego chóru, więc ciiii, niech to zostanie między nami.

Problem polega na tym, że ta kryształowa bańka mojej matki w końcu pryśnie. Mama uważa, że działa cuda, w rzeczywistości tylko okłamuje samą siebie. Lada moment to wszystko się zawali jak domek z kart, magia zniknie, a ja znowu będę musiała poskładać mamę w całość.

Nie chcę być zegarem, który wybije dla niej północ. I dlatego nie kłócę się, ale poważnie rozmawiam ze swoją dziewczyną o balu. Ona pragnie jednego magicznego wieczoru i ja też tego chcę, ale przecież mieszkamy w Indianie, w Edgewater, i wpisanie na listę obu naszych nazwisk – Emma Nolan, Alyssa Greene – obok siebie to coś więcej niż tylko kupno wejściówki na szkolną salę gimnastyczną.

Kto jak kto, ale Emma powinna wiedzieć, jak się kończą takie historie.

Jej rodzice nadal chodzą do naszego kościoła. Co tydzień ta sama ławka, te same kamienne twarze wpatrujące się w witraż z Chrystusem za amboną. Ojciec gromadzi owieczki u swoich stóp, jego włosy są niemal złote, gdy prześwieca przez nie światło.

Mój ojciec zniknął, matka tkwi w swoim własnym świecie, zapewne wypełnionym magicznymi tańcami i piosenkami z musicali. Dla mnie uczestnictwo w balu to coś więcej niż włożenie pięknej sukienki i kupno bukiecika na nadgarstek – muszę być idealną, perfekcyjną w każdym calu córką, w przeciwnym razie równie dobrze mogłabym wziąć kij bejsbolowy i roztrzaskać własną matkę na milion drobnych kawałków.

Ale mimo wszystko chciałabym być wolna, móc pocałować Emmę w migoczącym świetle wypożyczonej kuli dyskotekowej. Dlatego dyskutujemy, ale się nie sprzeczamy. Nie chcę się kłócić. Jest wiosna, Indiana znów wygląda pięknie. Pośród nas, błękitnego nieba, pączków na gruszach i tulipanów wypuszczających swoje zielone macki ku słońcu skłaniam się, by powiedzieć „tak”. Chcę powiedzieć „tak”.

Zobaczymy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] PFLAG – największa w Stanach Zjednoczonych organizacja zrzeszająca rodziny i przyjaciół homoseksualistów, biseksualistów, transseksualistów itp. [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
[2] IU Hoosiers, Purdue Boilermakers, Notre Dame Fighting Irish – nazwy drużyn koszykarskich reprezentujących trzy różne uczelnie w Indianie.
[3] Homecoming – amerykańska tradycja polegająca na tym, że co roku (zwykle jesienią) mieszkańcy miast, uczniowie i absolwenci spotykają się, by powitać w rodzinnym mieście czy szkole tych, którzy się wyprowadzili bądź skończyli edukację. Imprezy są organizowane wokół centralnego wydarzenia, jakim może być parada, mecz futbolu, koszykówki itp.
.