Gniewa - Katarzyna Berenika Miszczuk - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Gniewa ebook i audiobook

Katarzyna Berenika Miszczuk

4,6

147 osób interesuje się tą książką

Opis

Uwielbiana Jaga powraca! Jeszcze bardziej wygadana i jeszcze bardziej gniewna.

Wszystkie kłopoty Jagi zaczynają się od… nudy. Spokojna praca i lekko monotonny żywot szeptuchy zostają przerwane, gdy kilka dni po Nocy Kupały zostają znalezione zwłoki kobiety. Ostatnią osobą, która widziała ją żywą, jest Jarogniewa. Mieszkańcy Bielin niemalże natychmiast zaczynają podejrzewać, że szeptucha ma z tym coś wspólnego. Samą Jagę także dręczą wątpliwości. Po wizycie jej klientka udała się na spotkanie z ukochanym. Nikt jednak nie zna jego tożsamości. Czy śmierć kobiety mogła mieć związek z magiczną miksturą szeptuchy? A może z tajemniczym kochankiem? Jarogniewa jest wściekła, że interes znowu podupada i że ktoś zabija jej klientów. Postanawia rozwikłać tę zagadkę zanim policja na dobre zajdzie jej za skórę.

Przy okazji wpadnie w spore kłopoty, pozna bliżej Swarożyca, a także niechcący stanie na ślubnym kobiercu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 7 min

Lektor: Anna Szawiel

Oceny
4,6 (1250 ocen)
865
270
87
20
8
Sortuj według:
lubiefantastyke
(edytowany)

Całkiem niezła

Kierunek w którym rozwija się postać, niekoniecznie mi odpowiada, jednak lepiej bawiłam się przy poprzednich książkach z serii. Przez zarozumiałość głównej bohaterki zaczynam tracić do niej sympatię
20
zaczytanajagoda

Całkiem niezła

"Kwiat paproci" to seria, do której zawsze wracam z przyjemnością. Tym lepiej, że ukazała się kolejna odsłona przygód Jagi. Nie ukrywam, że ona od początku była moją ulubioną bohaterką, więc czytanie o jej perypetiach za młodu to wspaniała zabawa. Co tym razem czeka naszą bohaterkę? Jak zawsze mnóstwo wrażeń - niechciane ożenki, tajemnicza śmierć, słowiańscy bogowie (szczególnie jeden, który ewidentnie coś knuje) i oczywiście problemy małomiasteczkowej społeczności. W to wszystko wplątani zostają Jaga i Mszczuj - ta dwójka w duecie to mójnumer jeden - dzięki którym nie raz można poprawić sobie humor. Fajnie, że chociaż na chwilę pojawili się również bohaterowie z poprzednich części. Jak zawsze było słowiańsko, magicznie. Bielany letnią porą to miejsce, do którego chce się wracać częściej :)
20
cymbaluk

Całkiem niezła

Mocno na siłę.
10
asia_w

Nie oderwiesz się od lektury

Cudownie było znów spotkać się z Jagą i spółką:) Czekam na kolejne części
11
EwaWolk

Nie oderwiesz się od lektury

Super! Bardzo dobra lektura na wakacje i nie tylko. Szeptuchowy klimat wybrzmiewa przez całą książkę .
00

Popularność




PROLOG

Baba Jaga okryła kolana kocem i wygodniej usadowiła się na starym fotelu. Stopy oparła na podnóżku, by płonący w kominku ogień ogrzał bolące stawy. Kot usadowił się na jej podołku, a następnie pougniatał koc pazurami i w końcu rozłożył się wygodnie. Niemalże od razu zasnął, a jego łapki zaczęły delikatnie drżeć, gdy przez sen gonił mysz.

Jaga odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się pod nosem. Coraz częściej lubiła tak spokojnie spędzać wieczory. Niestety albo i stety, czasy, gdy nocą wymykała się do lasu, by naginać zasady wątłego porozumienia pomiędzy bogami a ludźmi, dawno minęły. Wiedziała, że to pora, by ustąpić miejsca młodszym i bardziej szalonym. A tych ostatnio obok niej nie brakowało.

Sięgnęła po kubek z herbatą, który zawczasu postawiła obok na stoliku. Z błogością zamoczyła usta w gorącym naparze. Niewiele dzieliło ją od drzemki w starym fotelu. Byle tylko zdążyć odstawić kubek, zanim zawładnie nią sen.

Delikatnie, by nie obudzić kota, poprawiła się na wysłużonym siedzisku, bo w krzyżu zaczęło ją łupać. Niespodziewanie jakaś krzywa sprężyna przesunęła się pod poduchą i wbiła jej się w pośladek.

– O, do wszystkich bogów! – syknęła Jaga i poderwała się, rozlewając herbatę.

Przestraszony i zniesmaczony jej zachowaniem kocur czym prędzej czmychnął na regał, skąd posłał jej pełne potępienia spojrzenie. Wyglądał, jakby właśnie stracił jedno ze swoich dziewięciu żyć.

– Coś cię boli? – zapytała zaniepokojona Gosia, która akurat w tym momencie weszła do pokoju.

Jaga zmełła w ustach przekleństwo. Oczywiście, że jej była uczennica, a aktualnie pełnoprawna następczyni, musiała wejść do środka akurat w chwili jej słabości. Cechowało ją to irytujące wyczucie czasu, nieważne, czy dotyczyło wpadania w kłopoty, czy denerwowania swoim zachowaniem innych.

– To, że jestem na emeryturze, nie oznacza, że zamieniłam się w niedołężną staruszkę – wycedziła Jaga.

– A czemu masujesz pośladek? – Gosława nie dawała za wygraną. Na jej twarzy malowała się prawdziwa troska. – Czy to twoja rwa kulszowa? A może biodro? Mówiłam ci, że to biodro jest w coraz gorszym stanie. Tak się robi z wiekiem. Zużywa się, jak auto. Przecież nie będzie lepiej.

– Jak mnie jeszcze raz porównasz do samochodu, który wymaga okresowego przeglądu u mechanika, to cię wydziedziczę, a na odchodne rzucę klątwę – wycedziła staruszka.

– Jago, przecież ja się o ciebie martwię. Naprawdę gorąco zachęcam cię do konsultacji z ortopedą. Może faktycznie tamto porównanie do samochodu było odrobinę niefortunne. Niemniej jednak endoproteza cię nie ominie. Widziałaś przecież swój rentgen!

Jarogniewa sapnęła oburzona.

– Jakby mnie koń w młodości nie kopnął w tyłek, to nie miałabym na starość problemów z biodrem. A masuję się teraz, bo mi się sprężyna wbiła w pośladek. Ten fotel nadaje się tylko i wyłącznie na śmietnik – zagderała.

– Jedno twoje słowo, a Mieszko z radością porąbie go nową siekierą, którą dostał na urodziny.

Stara szeptucha zerknęła na wiekowy mebel, z którym bądź co bądź wiązało się kilka miłych wspomnień. Dobrze pamiętała dzień, kiedy Mszczuj przytaszczył do domu dwa bliźniaczo paskudne fotele w kolorze brudnej musztardy i poinformował ją, że wspólnie się w nich zestarzeją, a wnuki będą im tylko donosić herbatę i ciasteczka. Jemu nie było dane nigdy w nich zasiąść, gdy wiek zgiął mu już plecy i przyprószył siwizną wąs. Głównie z winy Jarogniewy.

Poczuła wyrzuty sumienia. Od śmierci bielińskiego kapłana nie mogła się ich pozbyć. Co zakrawało na ironię. Odkąd przeniósł się do Wyraju, znacznie łatwiej było jej się z nim dogadać, gdy podczas Święta Zmarłych wpadał w odwiedziny na ploteczki, niż gdy jeszcze żył i wiecznie pijany gadał do siebie, patrząc w rytualny ogień.

Poklepała fotel po wytartym oparciu. Chyba jednak nie chciała, żeby przyszywany wnuczkozięć zniszczył kawałek jej przeszłości.

Postanowiła zmienić temat.

– Przyniosłaś nalewki?

Gosia ani myślała odpuścić tematu zdrowia staruszki. Zawiesiła na niej czujne spojrzenie, gotowa od razu rozpoznać kolejny objaw chorobowy. Traktowała Jagę jak własną babcię i chciała dla niej jak najlepiej. Przerażało ją, że szeptuchy mogłoby kiedyś zabraknąć.

– Przyniosłam. A jesteś pewna, że możesz je pić? W twoim wieku…

– No chyba sobie ze mnie żartujesz! – żachnęła się Jaga. – Nie mam stu lat! A nawet jak będę miała, to i tak będę w lepszym stanie fizycznym od ciebie. Co to ci ostatnio dolegało, bo żeś się za długo w telefon komórkowy gapiła? No? Przypomnij mi łaskawie.

– Kręcz szyi… – mruknęła niechętnie Gosia.

– Ano, kręcz szyi! A można by pomyśleć, że jako młoda matka powinnaś być wysportowana od biegania za dziec­kiem – dogryzła jej.

– Dajemy Gardowi dużą swobodę w bieganiu. Mieszko zrobił wysoki płot, a ja usunęłam z ogródka wszystkie potencjalnie niebezpieczne i łatwo palne przedmioty. Wcale nie muszę za nim biegać. – Wzruszyła ramionami. – Zresztą chyba bogowie mają go w swojej opiece. Dotąd nawet kolana sobie nie obił.

Jaga wskazała dłonią drugi fotel.

– Już nie bądź taka ponura! To dobrze, że bogowie się nim opiekują i go pilnują. Inaczej wszyscy mielibyśmy duże kłopoty. A teraz nalej nam likieru z porzeczek i siadaj.

Gosia podała jej wypełniony po brzegi kieliszek. Jaga położyła poduszkę na siedzisku swojego fotela i dopiero wtedy zajęła miejsce. Ukontentowana, że tym razem nic jej nie dźgnęło w tyłek, pociągnęła łyk wysokoprocentowego alkoholu. Na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech, gdy poczuła pieczenie w przełyku.

Zerknęła na wychowankę, która ciągle była zmartwiona.

– Kochana, ja jeszcze się nie wybieram na tamten świat. Zapewniam, że wcześniej cię ostrzegę, jeśli tylko poczuję zew Welesa. Wciąż zostało mi wiele rzeczy do załatwienia, poza tym czuję w kościach, że mam jeszcze ze dwadzieścia lat – powiedziała.

– Mam nadzieję, że nawet więcej. – Gosia uśmiechnęła się lekko.

– Gardem też się nie przejmuj. – Staruszka jednym haus­tem opróżniła kieliszek i podsunęła go szeptusze do ponownego napełnienia. – Żyje w nim ogień. Tak miało być.

– Ten ogień mnie martwi.

– To dziecko twoje i Mieszka. Od ciebie zależy, kim będzie, gdy dorośnie, i jak ten ogień spożytkuje. A ja wierzę, że świetnie sobie poradzicie z wychowaniem go. W końcu jesteście dobrymi ludźmi.

– Oby, oby. To co mi dzisiaj opowiesz? – zapytała Gosława.

Baba Jaga zachichotała.

– Jeszcze ci mało opowieści?

– Jago, nie daj się prosić! Powiedz mi jeszcze o młodości swojej i Mszczuja. Miałaś życie pełne przygód. I większość z tego, co ci się przydarzyło, niesie ze sobą bardzo dużo ważnych informacji o bogach. To przecież może kiedyś mi się przydać.

– I na pewno nie chodzi ci o pikantne szczególiki z mojej młodości?

– Ależ skąd! Chociaż oczywiście się nie obrażę, jeśli opowiesz coś takiego.

– Ech, Gosiu, Gosiu. Zupełnie jakby przygód ci w życiu brakowało.

– Co poradzę? – zaśmiała się.

– Mówisz, że chcesz posłuchać o młodości mojej i Mszczuja? No, niech ci będzie… Chociaż nie. Mam lepszy pomysł. Opowiem ci o czymś, co miało początek w jeden z gorszych dni mojego życia.

Gosia zaciekawiona nadstawiła ucha.

– A co się stało tego dnia?

– Popełniłam bardzo duży błąd. Śmiało mogę powiedzieć, że była to jedna z moich największych życiowych pomyłek.

– Czyli? – Zniecierpliwiona szeptucha nie mogła już wytrzymać.

– Tego dnia… – Jaga zawiesiła głos – zrobiłam po raz pierwszy i ostatni w swoim życiu… trwałą ondulację.

CZĘŚĆ 1

1.

– Nasięźrzale, nasięźrzale, rwę cię śmiale! Pięcią palcy, szós­tą, dłonią! Niech się chłopcy za mną gonią! – zawołałam, nie wiem już po raz który.

Uniosłam głowę i przez ciasno położone obok siebie korony drzew spróbowałam dostrzec chociaż skrawek nieba. Miałam nadzieję, że nie jest jeszcze zbyt późno.

Dzisiaj Noc Kupalna, czyli najkrótsza noc w roku, gdy wszyscy celebrują miłość i płodność.

Nie wybierałam się na święto organizowane w Bielinach. Nawet nie zajrzałam na festyn, by popatrzeć na rytualne krzesanie ognia. Nie chciało mi się tańczyć ani obłapiać z kimś przy ognisku.

Swojego stoiska także nie rozstawiałam. Nie miałam czego sprzedawać podczas festynu. Mimo że mieszkałam tutaj już od trzech lat, to zawartość babcinego, a teraz już mojego, kredensu wciąż była irytująco uboga. Zapasy pożyczone od Mirki szybko się wyczerpały. Nalewki, które nastawiałam, sprzedawałam na bieżąco. Z kolei do przygotowania większości specyfików służących do rozbudzania miłości u płci przeciwnej nie miałam aktualnie potrzebnych składników, bo te kwitły latem, a ja wyprzedałam już wszystko, co zebrałam w poprzednim roku.

Popełniłam kilka błędów podczas planowania swojego biznesu. Przez to, że nie miałam prawdziwego stażu, ponieważ moja babcia umarła, zanim skończyłam studia, to wielu praktycznych umiejętności (chociażby planowania zbiorów i robienia zapasów) musiałam się nauczyć na błędach.

Oczywiście mogłam rozstawić kram i zająć się wróżeniem za pieniądze. A w Kupalnockę można było wróżyć niemalże ze wszystkiego: z kwiatów polnych, z wody, nawet ze szczypiorku. Szczerze jednak tego nie lubiłam, więc nie chciałam się bawić w udawanie. Prawdziwe wróżby wychodziły rzadko. Tylko wtedy, gdy bogowie łaskawie zerkali szeptusze przez ramię. W pozostałych dziewięćdziesięciu procentach trzeba było po prostu zdać się na swoją intuicję, znajomość osoby, której się wróżyło, i najzwyczajniej w świecie zmyślać.

A do tego nie miałam obecnie cierpliwości.

Z corocznego spotkania na Łysej Górze też się wykręciłam. Nie wiem, dlaczego nie miałam nastroju. Ostatnio święto miłości coraz mniej mnie bawiło.

– Nasięźrzale, nasięźrzale, rwę cię śmiale! Pięcią palcy, szóstą, dłonią! Niech się chłopcy za mną gonią! – krzyknęłam jeszcze raz, a z okolicznych drzew zerwały się przestraszone ptaki, wybudzone przeze mnie ze snu.

Nie miałam pewności, czy wykrzykiwanie zaklęcia było skuteczniejsze od jego recytowania, ale znajdowałam się w tak wielkiej potrzebie, że nie zamierzałam się hamować. Leśna zwierzyna musiała mi to wybaczyć.

Nagle usłyszałam za sobą szelest. Coś przedzierało się niezdarnie przez krzaki.

– Cholera – mruknęłam bardziej zirytowana niż zaniepokojona.

Nie podejrzewałam, że zwierzęta aż tak szybko postanowią wziąć odwet za zakłócanie nocnej ciszy. Szkoda, że nie zabrałam żadnej broni. Miałam tylko mały srebrny sierp, który służył mi do ścinania ziół. Szczerze jednak wątpiłam w to, czy poradziłby sobie z wściekłym przeciwnikiem.

Walka z niedźwiedziami i rysiami jednak mi nie groziła. Za moimi plecami pojawiło się światło.

– Ojej! – usłyszałam.

Człowiek. W razie czego zamierzałam zaatakować go sierpem oraz wiklinowym koszykiem, który ściskałam w ręku. Miałam w nim ostatnią butelkę nalewki z czarnego bzu, zachowaną na własny użytek. Żal byłoby ją rozbić przed wypiciem zawartości, ale jak mus, to mus.

Odwróciłam się szybko do tajemniczego ktosia, który stał za mną. Oczywiście przez światło jego lampy niczego nie zobaczyłam. Była przygaszona, ale i tak dawała zbyt wiele blasku.

Mój błąd. Jakby mi się świeczka tak szybko nie wypaliła, to nie przyzwyczaiłabym wzroku do ciemności. Przez to nie widziałam obecnie zupełnie niczego. Byłam natomiast boleśnie świadoma tego, co zobaczył ten ktoś.

– Jagusia?!

Jęknęłam w duchu, bo od razu poznałam głos. Bogowie musieli świetnie bawić się dzisiaj moim kosztem. Puszcza była przecież bardzo duża. Miała około osiemdziesięciu tysięcy hektarów. Nie szłam żadnym szlakiem, nie byłam w pobliżu dróg, kompleksu na Łysej Górze czy nawet niedaleko łąki koło mojej chaty. Byłam dokładnie pośrodku niczego.

A mimo to musiałam spotkać Mszczuja.

Szanse na to, bez boskiej interwencji, oscylowały raczej koło zera. Przeklęty Swarożyc, to pewnie on bawił się moim kosztem. Albo Mokosz. To nawet ją powinnam bardziej podejrzewać. W końcu w Noc Kupały uwielbiała deli­katnie popychać młodych ludzi w swoją stronę.

Nadal nic nie widziałam, ale nie miałam wątpliwości, że to Mszczuj. Tylko on nazywał mnie Jagusią, co niezmiernie mnie irytowało. Poza tym ten wznoszący się i lekko łamiący z podenerwowania na końcu głos był bardzo charakterystyczny.

– Co ty tu robisz? – zapytaliśmy w tym samym momencie.

Mogłam już dostrzec niewyraźny męski kształt, bez żadnych szczegółów. Byłam jednak przekonana, że gapił się na mój biust.

– Ja… ja… ja… – zaczął się jąkać.

Jak to jest, że ten mężczyzna zawsze zapomina języka w gębie, kiedy widzi gołą babę? Taka wstydliwość nie powinna minąć mu z wiekiem? Przecież był już chyba koło trzydziestki, a nawet już po. Czas najwyższy odrobinę dorosnąć.

– Czemu jesteś naga? – wykrzyknął nagle.

Aż się zdziwiłam. Całe zdanie, i to bez jednego jęknięcia.

– Szukam nasięźrzału – odparłam spokojnie.

– Czego?

– Takiej byliny.

– Czego?

Westchnęłam. Wzrok powoli i boleśnie przyzwyczajał się do światła jego lampy. Nadal nie byłam stuprocentowo pewna, gdzie Mszczuj patrzy, ale sądząc po kącie pochylenia jego głowy, tym razem chyba ogniskował spojrzenie na moim wzgórku łonowym. W sumie to mu się nie dziwię. Nie co dzień można spotkać zupełnie nagą kobietę idącą tyłem przez las i recytującą zaklęcia. Ale co ja mogę zrobić? Rytuał tego wymaga. Wolę nie ryzykować, że znalezione przeze mnie liście nie będą miały mocy tylko dlatego, że z powodu wstydu włożyłam majtki.

Na całe szczęście w ogóle nie jestem wstydliwa.

– Mszczuju, jeśli nie możesz się skupić, to po prostu popatrz w inną stronę – zaproponowałam przesadnie miłym tonem.

Przełknął głośno ślinę i szybko przekręcił głowę w bok, o mało sobie przy tym nie skręcając karku. Zdusiłam chichot. Nie powinnam się z niego naśmiewać. To trochę jak kopanie leżącego.

– To właściwie czego szukasz, Jagusiu? – zapytał nienaturalnie wysokim głosem.

– Szukam nasięźrzału. To taka nieduża roślinka składająca się z jednego listka i zielonego kłosa. Rośnie na kłączach. Widziałeś może?

– Eee…

– Potrzebny mi w dużej ilości do specyfików miłosnych.

– Taaaak?

– No przecież nie dla mnie te specyfiki! – oburzyłam się.

– Całe szczęście… to znaczy…

Westchnęłam. Nie miałam do niego siły. Jasno sobie powiedzieliśmy zeszłego lata i jeszcze poprzedniego, a nawet jeszcze poprzedniego, że nie zostaniemy parą. A ten jakby się uwziął. Cały czas miał nadzieję. A mogłoby się wydawać, że na kapłanów idą inteligentni, oczytani mężczyźni, którzy rozumieją, co się do nich mówi.

Jak widać, nic bardziej mylnego.

– Żeby znaleźć nasięźrzał, który rozbudzi namiętność u mężczyzny, należy iść nago przez las w Noc Kupały. Na dodatek trzeba iść tyłem i cały czas recytować zaklęcie – tłumaczyłam cierpliwie jak dziecku. – Następnie należy natrzeć swoje ciało znalezionym listkiem i można zacząć się już opędzać od adoratorów.

– Będziesz się nacierała…?

– No przecież mówię, że to nie dla mnie! Mam klientkę, która szuka sposobu na pewnego mężczyznę. Niestety żaden ze specyfików i rytuałów, które do tej pory jej zaproponowałam, nie zadziałał. Jakiś strasznie oporny ten jej obiekt westchnień.

Nie byłam pewna, czy moje wysiłki i tak nie pójdą na marne. Klientka powinna sama wykonać cały rytuał. Ona jednak kategorycznie stwierdziła, że tego nie zrobi, bo się wstydzi, bo się boi ciemnego lasu, bo nie wypada i tak dalej, i tak dalej. Wygodnickim wymówkom nie było końca. Niby tak jej zależało na tej miłości, ale odrobina poświęcenia i tyłek pogryziony przez komary to już za dużo. Ludzie robili się zdecydowanie zbyt leniwi.

W ramach eksperymentu postanowiłam wykonać pierwszą część rytuału za nią. Zobaczymy. A może i tak zadziała i będę mogła włączyć do mojego zestawu specyfików miłosnych jakieś mazidła z nasięźrzałem?

Poza tym próbowałam stworzyć autorski przepis kremów do ciała dla kobiet bawiących się na wieczorach panieńskich. Mirka podzieliła się ze mną swoimi recepturami, miałam kilka przepisów mojej babci Radomiły, ale chciałam stworzyć coś własnego. Unikatowego. I – przede wszystkim – mocniejszego. Znacznie mocniejszego. A co się panny będą hamować! Wieczór panieński to noc, podczas której to mężczyźni powinni bać się chętnych kobiet.

Ruszyłam powoli ścieżką. Tyłem – ma się rozumieć. Zarumieniony Mszczuj czym prędzej podążył moim śladem. Głupio mu było wciąż na mnie zerkać, więc starał się iść obok.

– I tak na golasa chodzisz? – zapytał.

– Ano tak.

– A ludzie… dziwnie na ciebie nie patrzyli?

– Nikogo poza tobą do tej pory nie spotkałam.

– A gdzie masz ubrania?

– Zostawiłam w domu.

– I wyszłaś z domu na golasa? – Jego głos znowu wzniósł się o kilka oktaw.

– Mieszkam pod lasem. Nikt mnie nie widział. Daj se siana – burknęłam, bo już mnie zaczął porządnie irytować. – A tak właściwie, to co ty robisz w lesie?

Samotne podróże nocą po puszczy zdecydowanie nie pasowały do lekko tchórzliwego wróża. Spotkanie z rusałkami, które niebywale szybko i skutecznie pozbawiły go spodni, a także walka z biesem dość mocno odbiły się na jego psychice.

I odwadze.

– Zbieram śmieci. – Uniósł do góry płócienną torbę, w której zagrzechotały butelki. – Dzisiaj Noc Kupały. Wszyscy szukają kwiatu paproci, a przy okazji rozrzucają butelki i papierki. To karygodne. Idzie lato. Od kawałka szkła rzuconego na ściółkę może dojść do tragedii. Pożary lasów bardzo często się zdarzają.

No proszę. Tego się po nim nie spodziewałam.

– A nie bałeś się, że jakieś rusałki będą próbowały cię rozbierać? – zakpiłam.

– Nie! – Machnął ręką, jakby to była jakaś błahostka. Po chwili jednak na jego czole pojawiła się zmarszczka. – A jakieś rusałki znowu przyjechały? Myślałem, że już żadnych nie ma.

– Ja tam o żadnych nie wiem, ale to stara puszcza. Może jakieś mieszkają tu na stałe.

Jeszcze trochę złośliwości i bogowie po śmierci nie wpuszczą mnie do Wyraju. Ale nie mogłam się powstrzymać. Tak łatwo było go przestraszyć.

– Hmm… – zafrapował się.

Zrobiło mi się głupio. Chyba trochę przesadziłam. Ten biedak ze strachu gotów już nigdy nie wejść do lasu.

– Spokojnie, Mszczuju. Wątpię, żeby drugi raz miały cię zaatakować rusałki. Myślę, że w świecie nadprzyrodzonym poniosła się już fama, że Bieliny są pod opieką pięknej i błyskotliwej szeptuchy oraz… pewnego wróża.

– Mam nadzieję. – Zdawał się w ogóle nie wyczuwać w moim głosie ironii. Beznadziejny przypadek.

– O! Nasięźrzał!

Ukucnęłam przy roślince, której o mało nie zdeptałam. Postawiłam wiklinowy kosz na ziemi i wyciągnęłam z niego linijkę. Wróż przyglądał mi się zafascynowany, gdy mierzyłam listek.

– Czemu to robisz? – zapytał.

– Biorę tylko takie dziesięciocentymetrowe. Może dzięki temu będą lepiej działać. Poza tym nie chcę niszczyć niedorostków.

– To rozmiar ma znaczenie? – zdziwił się.

– Oczywiście, że ma znaczenie! – odparłam, zanim zdałam sobie sprawę, że wpędza mnie w pułapkę.

– Och, to chyba dla mnie dobrze, co? – Na jego twarzy, pod równo przyciętym wąsikiem o lekko podkręconych do góry końcówkach, zagościł uśmiech od ucha do ucha.

– Oj, Mszczuju… – westchnęłam tylko.

Miał rację. Dobrze pamiętam, że miał się czym pochwalić. Szkoda tylko, że poza mną nikomu się tym nie pochwalił. To znaczy widziały go też rusałki, ale szczerze wątpię, żeby któraś chciała się z nim związać na stałe.

Jakkolwiek by na to patrzeć, rusałki były martwe. To chyba dyskwalifikuje je w kwestii swaćby. Byłam przekonana, że na dokumentach przedstawianych potem w urzędzie wpisuje się numer dowodu osobistego, a dowody mają tylko żywi.

Wrzuciłam nasięźrzał do koszyka. Leżało w nim już kilka­naście roślin. Doszłam do wniosku, że powinno mi to wystarczyć. Nie miałam ochoty spacerować dłużej z kapłanem, a byłam pewna, że nie zdołam się go pozbyć. Byłam też już zmęczona, chętnie napiłabym się wreszcie nalewki i położyła w łóżku.

– Wracam do domu – oświadczyłam.

– Odprowadzę cię! – zaoferował bez wahania.

– Nie trzeba.

– Przecież to nic takiego! – Przez nerwowy chichot jego niefrasobliwa odpowiedź w ogóle nie zabrzmiała prawdziwie.

– Boisz się rusałek? – zapytałam.

– Nie.

– Szczerze?

– No, to trochę.

Westchnęłam.

– I ty chciałeś sam śmieci po nocy zbierać w puszczy? – jęknęłam.

– Wszystko było świetnie, dopóki cię nie spotkałem! – obruszył się.

Obśmiałam go i ruszyłam w stronę chaty. Jak znam Mszczuja, pewnie i tak się zgubił. W ten sposób przynajmniej dojdzie drogą do swojego domu.

– Jago, może włożysz moją koszulę? – zaproponował.

– Obejdzie się.

– Ale tak nie wypada…

– Oj, już przestań. Mnie naprawdę nie przeszkadza, że jestem naga.

– Mnie przeszkadza – odpowiedział cichutko.

Na wszystkich bogów i upiry tego świata! Miałam za miękkie serce do tego nieporadnego mężczyzny. Chociaż gdybym mu uległa, to przynajmniej przestałby truć mi tyłek.

– Dawaj tę koszulę – zażądałam.

Niemalże rzucił lampę na ziemię i zaczął zdzierać z siebie ubranie. Posłusznie włożyłam koszulę obszytą krajką. Byłam sporo niższa od Mszczuja, a koszula była na tyle długa, że spokojnie sięgnęła mi do połowy uda.

Doprawdy zabawna była teraz z nas para. Ja w samej koszuli, a on jedynie w spodniach. Dobrze, że całe Bieliny były dzisiaj zajęte świętowaniem, bo inaczej na pewno czyjeś czujne oczy już by nas zobaczyły. I nie minęłaby godzina, a wszyscy zaczęliby nas podejrzewać o romans.

Niby Noc Kupały to taka cudowna noc, podczas której nie ma zasad i że tak powiem, każdy może z każdym bez późniejszych konsekwencji. Nie wydaje mi się jednak, aby ta reguła obowiązywała lokalną szeptuchę i kapłana. Jakkolwiek na to patrzeć, byliśmy filarem lokalnej społeczności.

W każdym razie zawsze sobie to powtarzałam, zanim zamierzałam zrobić coś głupiego.

Na przykład tylko dzięki temu jednemu zdaniu powstrzymałam się przed rzuceniem naprawdę paskudnego uroku na moich sąsiadów. A dokładniej mówiąc, na czterech braci, którzy doprowadzali mnie do szewskiej pasji. Nie mogli przeżyć, że niemalże od razu po sprowadzeniu się do Bielin kupiłam okazyjnie działkę obok ich sadu. Tak naprawdę jeszcze jej nie spłaciłam, ale niewiele mi brakowało.

Bracia byli dobrze znani w okolicy. Dużo zarabiali na sezonowych owocach, systematycznie skupowali pola od sąsiadów. Kto nie chciał sprzedać po dobroci, był najzwyczajniej w świecie zastraszany. Zamierzałam w końcu się nimi zająć. Nie tak prowadzi się biznes. A z całą pewnością ja nie zamierzałam tolerować takiego zachowania w mojej wsi.

Resztę drogi do chaty pokonaliśmy z Mszczujem w milczeniu. Nie przeszkadzało mi to. Tak naprawdę bardzo lubiłam kapłana właśnie za to, że mogliśmy spędzać wspólnie czas w ciszy i nie było to w ogóle niezręczne. Wyprowadziłam go na łąkę ciągnącą się aż do mojej chaty.

Nagle zachwiałam się lekko. Przez zamknięte okiennice domu przesączało się światło. Migotało delikatnie, wręcz ledwo dostrzegalnie. To musiała być zapalona świeca.

Tylko że ja zgasiłam wszystko przed wyjściem. Zostawianie ognia poza piecem, w chacie, która ma dach w dużej mierze ze słomy, nie byłoby rozsądne.

Dyskretnie sprawdziłam, czy aby nie zgubiłam małego srebrnego sierpa, który zabrałam ze sobą do zbierania ziół. Nie wiem, kto odważył się wejść bez zaproszenia do mojego domu, ale jeśli okaże się kłopotliwy, to sierp będzie mi musiał wystarczyć do ewentualnego ataku.

– Będzie gorąco – powiedział Mszczuj.

– Oby nie – mruknęłam.

– Przecież lubisz upały – zdziwił się.

– Och, ty mówisz o pogodzie! – Zaśmiałam się nerwowo.

Jeszcze tylko tego brakowało, żebym się jakoś zdradziła. Wróż nie należał do najodważniejszych, ale na pewno rzuciłby się na pomoc i uparł, że pierwszy wejdzie do chaty. Był niepozorny, ale gdzieś w środku tliła się w nim iskra wojownika.

Niestety tylko iskra.

– A myślałaś, że o czym?

– Nieważne, nie zrozumiałam.

– Pewnie będziesz miała teraz dużo roboty – kontynuował niezrażony. – Szykują się cztery swaćby, co najmniej. Panny młode prosiły cię już o pomoc w wieczorach panieńskich?

– Tak, tak – odparłam roztargniona. Nie mogłam się na niczym skupić, dopóki nie rozwikłam zagadki światła.

– Cieszę się, będzie potem okazja potańczyć razem na weseliskach. Mam nadzieję, że zarezerwujesz dla mnie kilka tańców.

– Oczywiście.

– Cieszę się – powtórzył i zerknął na mnie. – Wiesz, bo ja będę miał do ciebie jeszcze jedną prośbę… W lipcu przyjeżdżają do mnie w odwiedziny rodzice. Pamiętasz mojego tatę? Poznaliście się. Teraz przyjedzie razem z mamą. Niestety. Tak, no więc przyjadą i jak by to ująć… hm… powiedziałem im, że mam narzeczoną. Chcieli mnie wyswatać z córką koleżanki mojej mamy. Nic nie mam osobiście do dziewczyny, całkiem niebrzydka i sympatyczna, ale jak by to ująć… no, wolałbym nie. Czy istniałaby szansa, że będziesz przez jakiś tydzień udawać moją narzeczoną?

Chata była już blisko, paplanie Mszczuja leciało gdzieś koło mojego ucha. Żałowałam z całego serca, że zamknęłam przed wyjściem okiennice. Niby było to bezpieczne rozwiązanie, bo nikt w ten sposób nie wiedział, że mnie nie ma. A jednak ktoś odważył się to sprawdzić.

Zatłukę dziada, który się odważył wejść nieproszony do mojego domu.

– Jago? – ponaglił mnie Mszczuj.

– Hę?

– No… zgodzisz się?

– Oczywiście, oczywiście – odpowiedziałam nieuważnie, nie spuszczając wzroku ze światła.

– Bardzo się cieszę! – Odetchnął z ulgą. – Ja wiem, że to duża prośba. Ale sama rozumiesz, w końcu też uciekłaś przed niechcianą swaćbą.

Tknięta bardzo złym przeczuciem, odwróciłam się gwałtownie do kapłana. Zaraz, coś mnie chyba ominęło. Na co ja się właśnie zgodziłam?!

– Czekaj, czyli co ja w sumie mam zrobić? – zapytałam.

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli na czas przyjazdu moich rodziców zamieszkamy razem. Wiesz: wspólne kolacje, śniadania, obiady. Musimy zadbać o to, żeby moi rodzice wyjechali stąd bez żadnych wątpliwości, że jesteśmy sobie przyrzeczeni – zastrzegł. – I żeby powiedzieli Ściborze, że ja nie jestem zainteresowany.

– Och, mam udawać twoją dziewczynę – dotarło do mnie.

– Jago, przecież właśnie to mówię. Źle się czujesz? To przez to chodzenie na golasa. Przewiało cię pewnie. Musisz się wygrzać. A wracając do tematu… – paplał radośnie dalej. – Masz udawać nie moją dziewczynę, tylko narzeczoną. Chcę, żeby przekazali Ściborze, że ja naprawdę jestem zajęty. Wiesz, nasze rodziny, czyli moja i rodzina Ścibory, znają się od dawna. Nasi rodzice są dobrymi przyjaciółmi. Zaaranżowali to małżeństwo, kiedy jeszcze chodziliśmy do przedszkola. Ale wiesz… zawsze myślałem, że to tylko takie gadanie. A tu teraz przysłali telegram, że ustalili już termin ślubu w chramie i że mam przestać zachowywać się jak niepoważny tchórz. Przecież ja nie jestem niepoważnym tchórzem. Ja po prostu nie chcę się żenić. To znaczy: nie chcę się żenić ze Ściborą, bo ogólnie to ja bardzo bym się chciał ożenić.

Jak zwykle, kiedy był zdenerwowany, Mszczuj plótł trzy po trzy.

– A mówiłeś im, że nie chcesz tej swaćby? – zapytałam.

Trochę byłam zdumiona, że się z nimi nie dogadał i że ciągle mieli nadzieję na ten aranżowany ślub. Z drugiej jednak strony świetnie pamiętałam, że trzy lata temu mój ojciec przyjął oświadczyny Bratomiła i nikt mnie nawet nie zapytał o zdanie.

– Tak! – zawołał. – Średnio raz na miesiąc mamy rozmowę telefoniczną na ten temat.

Jedyny telefon na monety był na poczcie. Wyobraziłam sobie, jak co miesiąc Mszczuj staje pod czujnym wzrokiem i nasłuchem pani pracującej w okienku i przekonuje rodziców, że nie wraca do Gdańska i nie bierze swaćby. Być może to dlatego kółko gospodyń wiejskich cały czas tak usilnie stara się go wyswatać. Pewnie chcą mu w ten sposób pomóc i przywiązać go do Bielin.

– A nie prościej, żebyś sam powiedział o tym tej Ściborze? Przecież nie będzie chciała brać swaćby z niechętnym sobie mężczyzną. Na bogów, nie żyjemy w średniowieczu! To dwudziesty wiek! Lata osiemdziesiąte!

– Ścibora jest specyficzną osobą – powiedział cicho. – Ona nie przyjmuje łatwo odmowy. Szczerze mówiąc, to ja się jej trochę boję.

Wyobraziłam sobie wielką babę, która postanawia poślubić wysokiego, ale chudego jak szczapa Mszczuja i łapie go w swoje ogromne niczym talerze łapska. Parsknęłam śmiechem. Pewnie jest zupełnie odwrotnie. Mszczuja łat­wo zastraszyć. Ta biedna dziewczyna najprawdopodobniej była moich rozmiarów, tylko w przeciwieństwie do kap­łana miała kłótliwy charakter.

– Nie znasz Ścibory – obraził się. – To wcale nie jest śmieszne.

– No, trochę jest. Ile ty masz lat? Ze trzydzieści przecież. I baby się boisz…

– Trzydzieści trzy – przyznał z największą godnością, na jaką było go stać. – Ale Ścibora… Ścibora to jest specyficzna osoba. Wierz mi.

– Dobra, jak tam chcesz. Mogę udawać twoją narzeczoną, ale mieszkać z tobą nie będę. Powiesz najwyżej rodzicom, że jestem cnotliwa przed swaćbą. Poza tym, na litość, w twojej chacie jest tylko klepisko. Może i nie jestem księżniczką, ale jakieś standardy trzeba mieć. Ogarnąłbyś swój dom.

– Przecież wiesz, że chata nie należy do mnie, tylko do gminy – burknął. – Mam niską pensję. Wszystkie oszczędności poszły na naprawę dachu.

– A to gmina nie powinna tego naprawić? – zdziwiłam się.

– Wiesz, uszkodzenie powstało jakby z mojej winy. Zapaliłem rytualny ogień i całkiem o nim zapomniałem.

Cały Mszczuj. Cud, że żyje.

– Ale jesteś pewien, że chcesz, żebym to ja udawała twoją narzeczoną?

– Tak, dlaczego miałbym nie chcieć? – zdziwił się.

– Gdy kilka lat temu spotkałam twojego ojca, to chyba mnie nie polubił.

– On nikogo nie lubi – poinformował mnie. – Poza tym uważam, że to nawet lepiej, że za tobą nie przepada.

Stanęliśmy już obok mojej chaty. W środku panowała cisza. Pewnie logiczne byłoby wejście do środka z Mszczujem, ale dobrze wiedziałam, że w razie jakiegoś starcia kap­łan bardziej by przeszkadzał, niż pomagał. Poza tym nie chciałam go narażać.

– Dobrze, to ja się zbieram – oświadczyłam. – Daj mi wcześniej znać, kiedy twoi rodzice przyjadą.

Zanim zdążył odpowiedzieć, postawiłam koszyk na ziemi i zdjęłam koszulę. Podałam mu ją.

Z wysiłkiem oderwał wzrok od moich piersi. Uśmiechnęłam się drwiąco.

– Zrobiłaś to specjalnie? – zapytał.

– Oczywiście. A teraz cię żegnam. Muszę jeszcze coś załatwić.

– Jago, a zanim pójdę, mogę zadać ci pytanie?

– Tak.

– Nurtuje mnie to, odkąd się spotkaliśmy… – urwał.

– No? Co chcesz wiedzieć? – zirytowałam się, że przedłuża to pożegnanie.

– Co ty masz na głowie? A raczej: co ci strzeliło do głowy? – zaczął rechotać.

Poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy. W jednej chwili pożałowałam, że nie porzuciłam go w lesie na pas­twę rozochoconych rusałek.

– Ciebie zaraz strzelę po pysku, jak sobie nie pójdziesz – warknęłam, a on na swoje szczęście posłuchał grzecznie i uciekł w mrok.

Dowcipniś się znalazł, od siedmiu boleści.

2.

Poczekałam, aż Mszczuj oddali się od mojego domu i zniknie w mroku. Dla pewności policzyłam jeszcze do dziesięciu. Wolałam, żeby niczego nie usłyszał i nie zawrócił, tknięty złym przeczuciem.

Koszyk postawiłam na ziemi, by w dłoni zostawić sobie tylko mały sierp do ataku i ewentualnej obrony. Był bardzo ostry. Jeśli dobrze trafię, to powalę przeciwnika jednym ciosem. Ewentualnie osłabię go na tyle, żeby potem dokończyć, dajmy na to, patelnią.

Oczywiście, o ile był to człowiek. Jeśli upir, to szanse rozkładały się odrobinę inaczej. Sierp był ze srebra, a niestety wrażliwe na ten kruszec były tylko niektóre potwory. Zdecydowana większość bała się najzwyklejszego żelaza, którego jak na złość nie miałam ze sobą.

Zanim otworzyłam drzwi, ukucnęłam przy progu. Linia usypana z soli, którą raz na tydzień oraz po każdym deszczu poprawiałam, wydawała się nienaruszona. Demon by jej nie pokonał. Tak samo zabezpieczone miałam okna. Jedynie komin prowadzący do pieca kaflowego był słabym punktem.

Szkoda, że nie miałam domowika. Był to domowy demon powstały z duszy zmarłego członka rodziny, który postanowił nie wędrować po śmierci do zaświatów. Zostawał, żeby chronić dom najbliższych, często przybierając postać małego, zgarbionego i zasuszonego dziadka z długą brodą. Naprawdę przydałby mi się taki, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że domowiki mieszkały za piecem. Miałby wtedy oko na komin.

Ubożęta, które u mnie bytowały, pilnowały domowego ognia, przeganiały pająki czy myszy. Jak widać, nie bardzo radziły sobie w kwestiach zapewniania bezpieczeństwa albo w ogóle nie zawracały sobie tym głowy. A szkoda. Nie były tanie w utrzymaniu. Musiałam co wieczór zostawiać im na spodeczku odrobinę mleka, a obok kłaść pajdę chleba. Jak był czerstwy, to gady nie chciały go jeść, a ja następnego dnia musiałam wynosić na dwór zbłąkanego pająka.

Trzeba się porządnie zastanowić, czy na pewno warto ich doglądać. Na razie bilans zysków i strat jakoś mi się w ogóle nie kalkulował. Poza tym mogę się założyć, że wszystko podsłuchiwały, a potem donosiły swojemu stwórcy, Swarożycowi.

Uniosłam sierp i zamaszyście otworzyłam drzwi.

– A pódziesz ty! – ryknęłam.

A w środku…

…nie było nikogo.

Przez chwilę stałam w pozycji bojowej, trzymając nad sobą sierp, i dyszałam ciężko. Coś mi tu bardzo nie pasowało.

W końcu doszłam do wniosku, że nikt ani nic najwyraźniej nie ma zamiaru wyskakiwać na mnie z ciemnego kąta. Podeszłam więc do stołu, przy którym przyjmowałam klientów. Na spodeczku stała dopalająca się już aromatyczna świeczka. Nie dość, że jej nie zapalałam, to nawet nie zostawiłam jej na stole. Ktoś pięknie się obsłużył. Włamał się i na dodatek grzebał w moim kredensie, gdzie oprócz medykamentów trzymałam na przykład świece z wosku pszczelego.

Zawrzałam z gniewu. Na pewno przy okazji też coś ukradł, a świeczkę zostawił albo z głupoty, albo celowo, żeby mnie wyprowadzić z równowagi swoją bezczelnością.

Nagle płomień świecy wystrzelił do góry i zaczął kopcić na czarno. Zaskakująco duża smuga dymu uniosła się, a następnie opadła na krzesło naprzeciwko mnie. Zakasłałam, kiedy opar zadrapał mnie w gardle.

Po chwili z dymu wyłonił się Swarożyc, bóg ognia, syn Swaroga, boga słońca, czyli ognia niebieskiego. Jego płomiennoruda broda zdawała się delikatnie falować, jakby między włosami przeskakiwały iskry.

Bystre spojrzenie boga przesunęło się po moim nagim, pokrytym gęsią skórką ciele.

– Odprawiałaś jakieś rytuały, moja słodka nosicielko ognia? – zapytał niskim, bardzo zmysłowym głosem.

Napięcie opuściło moje ramiona. Rzuciłam sierp na stół. Brzdęknął głośno o porcelanowy talerzyk. Nie spodziewałam się Swarożyca. Tak naprawdę to nieźle mnie zaskoczył. Ostatni raz ukazał mi się ponad rok temu. Już zdążyłam zapomnieć ten głos, o którym niegdyś fantazjowałam po nocach.

– Można tak powiedzieć. – Wskazałam na świecę. – To ty się obsłużyłeś?

– Ubożęta przyjęły swego pana – powiedział.

Odetchnęłam. Z jednej strony czułam ulgę, bo to nie był demon ani złodziej. Z drugiej – wizyta boga nie mogła wróżyć niczego dobrego. Istoty wyższe nie miały w zwyczaju wpadać na zwykłe pogaduszki.

A mimo to… Życie w Bielinach było ostatnio bardzo, ale to bardzo nudne. Nie pogardziłabym jakąś ekscytującą przygodą.

Zabrałam koszyk spod drzwi i postawiłam na kuchni. Następnie podeszłam do łóżka, na którym zostawiłam sukienkę.

– Nie musisz się dla mnie ubierać – powiedział z rozbawieniem.

– Ubieram się dla siebie – odparłam i narzuciłam obcis­łą krwistoczerwoną sukienkę na gołe ciało.

Kiedy poprawił się stan moich finansów, trochę podrasowałam też zawartość szafy. A raczej walizki. Nadal trzymałam wszystkie swoje ubrania w walizce wepchniętej pod łóżko. Szafy, czy chociażby skrzyni na ubrania, ciągle się nie dorobiłam.

Razem z Mirką, szeptuchą z Huty Nowej, wybrałam się kilka razy na zakupy do Kielc. Sprawiłam sobie same modne ciuchy. Moja walizka pełna była legginsów, tunik w kwiaty, a także krótkich obcisłych sukienek. W pogoni za modą postanowiłam zaszaleć i zafundować sobie popularną obecnie trwałą ondulację.

Zawsze miałam długie niemalże do pasa włosy, które wiązałam w przaśny warkocz. Burza loków, która dodatkowo dodałaby mi kilka centymetrów wzrostu, teoretycznie powinna mi pasować. Zawsze byłam rozmiarów kompaktowych. Wysoka fryzura tylko by mnie wysmukliła. Co się mogło nie udać?

Niestety jakimś cudem w mojej wymarzonej burzy loków wyglądałam, jakbym miała na głowie ptasie gniazdo. Okazało się, że właściwa pielęgnacja włosów kręconych to jakiś koszmar. Szampon, wcierki, ugniatanie, lakier do włosów, modelowanie. A potem wystarczy byle wietrzyk (a, nie oszukujmy się, w okolicy Łysej Góry nie ma wietrzyków, tylko raczej notorycznie łeb urywa), żeby wszystko się rozpuszyło i wyglądało, jakby „pieron w mietłe strzelił”, jak to mawiała moja babcia.

Nienawidziłam moich loków uczuciem szczerym i głębokim. Niestety nie pozostawało mi nic innego, jak czekać cierpliwie, aż moje proste włosy odrosną.

Naprawdę nie wiem, jak Mszczuj to robił, że wyglądał dobrze w swoich lokach sterczących na wszystkie strony. Ja musiałam moje ciągle wiązać, bo inaczej doprowadzały mnie do szału.

Na dodatek mieszkańcy Bielin zaczęli już plotkować za moimi plecami, że rzekomo mam kołtun. A kołtun, jak wiadomo, to albo objaw ciężkiej choroby (Chwalimira Kiełbasa już zapytała mnie ze sztucznym współczuciem, czy jest bardzo źle i czy aby nie trzeba pomóc mi zajmować się obejś­ciem), albo też kołtun ochronny (Bronka ze sklepu powiedziała, że słyszała, iż stoczyłam starcie z jakimś bardzo złym demonem i w tym celu musiałam wyhodować kołtun).

No ręce opadały. Naprawdę nienawidziłam swoich włosów.

Wyjęłam z kredensu nalewkę, mój najnowszy przepis. Kopała aż miło, a na koniec zostawiała pieprzny posmak na języku.

– Chcesz? – zaproponowałam.

Prychnął pod nosem, ale kiwnął głową. No tak, zapomniałam. Przecież ludzki alkohol to dla niego prostackie trunki.

– Dawno cię tu nie było – zagadnęłam i postawiłam przed Swarożycem kieliszek.

– Dawno się do mnie nie modliłaś.

– Ja do nikogo się nie modlę – odparowałam.

– Wiem.

Tym razem się uśmiechnął, jakby bardzo ucieszyło go moje wyznanie. Usiadłam naprzeciwko niego. Chciałam beztrosko przeczesać dłonią włosy, ale palce utknęły mi w kołtunie. Przez chwilę się z nim szarpałam. Swarożyc ostrożnie skosztował alkoholu, swoim zwyczajem skrzywił się z niesmakiem, a następnie jednym haustem wypił cały kieliszek. Chyba tylko i wyłącznie z wrodzonej uprzejmości udawał, że nie widzi, jak zaplątałam się we własne kłaki.

– Przypomnij mi, żebym przyniósł ci miodu, który piją bogowie – stwierdził. – To jest prawdziwy trunek, a nie te słabe popłuczyny.

– Przypomnę z radością. Tak zachwalasz, a jeszcze jakoś nigdy mnie nie poczęstowałeś – zakpiłam.

Płomienie na dnie jego oczu pojaśniały, kiedy uśmiechnął się z rozbawieniem.

– Czemu się pojawiłeś? – zapytałam.

– Jago, czy musiałem mieć powód? Jesteś strażniczką mojego ognia. Chciałem sprawdzić, co u ciebie słychać.

– Gówno prawda – wyrwało mi się.

Zaśmiał się, a ja pod wpływem tego dźwięku poczułam mrowienie na całym ciele. Nigdy nie przyznałabym się do tego głośno, ale uwielbiałam głos Swarożyca. Świetnie zdawałam sobie sprawę z tego, że był nasączony magią. Nie przeszkadzało mi to jednak w odczuwaniu miłych dreszczy, gdy wypowiadał moje imię.

– Prawda – potwierdził.

Jeszcze raz nam polałam. Niecierpliwiłam się. Chciałam już usłyszeć, z czym przyszedł. Wstyd to przyznać, ale naprawdę nie mogłam się doczekać rewelacji, które od niego usłyszę.

Życie w Bielinach miało swój określony rytm, który nadawały pory roku oraz główne słowiańskie święta: Jare Gody, Noc Kupały, Święto Plonów, Szczodre Gody oraz obchodzone dwukrotnie Dziady. Problem w tym, że wystarczyły trzy lata, żebym zdążyła trochę się tą monotonią znudzić.

Na początku jeszcze coś się działo. Miałam kłopoty finan­sowe, musiałam sobie jakoś radzić. Teraz, kiedy wyszłam jako tako na prostą, nuda zaczęła mnie po prostu zabijać. Ciągle tylko poranne grzebanie w ziemi, klienci, zlecenie, łażenie po lesie, wizyty domowe, wieczorne grzebanie w ziemi. A potem kiszenie się w domu i głaskanie kota. Oczywiście tylko wtedy, kiedy nie musiałam akurat dodatkowo siedzieć w ogródku i grzebać w ziemi.

Przeniosłam w swoim życiu już tyle konewek z wodą, że chyba będę mogła niebawem konkurować z Arnoldem Schwarzeneggerem w zawodach kulturystycznych.

– Nic się nie zmieniłaś – stwierdził.

Ślepy chyba, skoro nie zauważył włosów.

– Nadal masz w sobie ogień, który tak mnie pociąga.

Aaa, no tak. Miał na myśli moje wnętrze. Ach, ta Noc Kupały, człowiekowi same kosmate myśli przychodzą do głowy.

– To świetnie, że ciągle ci się podobam. Niemniej jednak wciąż nie usłyszałam, dlaczego pojawiłeś się akurat teraz.

– Mam dla ciebie zadanie.

– Zamieniam się w słuch.

– Nie teraz.

Ledwie powstrzymałam się przed warknięciem. To po jaką cholerę truje mi tyłek?

– A kiedy? – zapytałam najbardziej uprzejmym tonem, na jaki było mnie obecnie stać.

– Wtedy, kiedy uznam za stosowne, Jago.

Jego głos delikatnie stwardniał, ale bóg nadal przyglądał mi się z rozbawieniem.

– Chyba nawet trochę tęskniłem za tą twoją butą – stwierdził.

– Miło mi.

– Za ironią niekoniecznie.

– Mniej mi miło.

Zaśmiał się w głos.

– Oj, Jago, Jago, moja strażniczko. Powiedz, a może dałabyś się skusić na kolejny znak ognia?

Moja dłoń mimowolnie powędrowała do karku, gdzie tuż pod włosami znajdował się jego ostatni znak.

– Nie, dziękuję ci, Swarożycu. Myślę, że dwa mi wystarczą.

– Jeszcze zmienisz zdanie – zawyrokował.

– Czyli wpadłeś tylko na towarzyską pogawędkę? – upew­niłam się, nie reagując na zaczepkę.

– Można tak to ująć.

Dobrze wiedziałam, że cała ta rozmowa, na pozór pozbawiona sensu, to test. Sprawdzał, czy nadal jestem mu wierna.

A czy byłam? Ciężko powiedzieć. Długo go tu nie było. Oczywiście wcześniej go nie okłamałam. Nie modliłam się do żadnego boga o łaskę. Chyba więc można uznać, że byłam wszystkim tak samo niewierna.

– Czuję, że powoli rośniesz w siłę – powiedział. – Korzystałaś z Welesowej księgi?

– Przecież wiesz, że ją ukryłam.

– Wiem też, że wcześniej bardzo dokładnie ją przestudiowałaś.

To prawda. Miałam obecnie w zanadrzu kilka ciekawych zaklęć, uroków i rytuałów. Być może kiedyś je wykorzystam. Nie zamierzałam jednak mówić tego głośno.

– Nie zaprzeczę – odparłam.

– Powiedz mi, Jago, umiałabyś przeprowadzić wszystkie obrządki?

Zaskoczył mnie. Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Niektóre z przepisów były dziwne, inne bardzo kontrowersyjne, jeszcze inne wzbudzały we mnie obrzydzenie lub moralny wstręt. Nie patrzyłam na nie jednak pod kątem własnych możliwości, tylko raczej ewentualnej potrzeby wykonania.

– Myślę, że bym umiała, ale niekoniecznie bym chciała – odpowiedziałam ostrożnie. – Poza tym do niektórych potrzeba dziwnych składników. Nie wiem, skąd je wziąć.

– Tak, tak. – Pokiwał głową. – Niektóre rosną tylko na Welesowych Polach.

Uniosłam brwi. Chyba nie wyobrażał sobie, że wlezę do Nawii, żeby zrywać koniczynę rosnącą dookoła tronu boga zaświatów, Welesa. Już widzę minę pana podziemi, jakbym tam wparowała wesoło z koszyczkiem i srebrnym sierpem. Aż mi dreszcz przebiegł po plecach. Przecież to oczywiste, że Weles w jednej chwili zabiłby mnie za taką bezczelność.

Swarożyc uśmiechał się zachęcająco spod rudej brody. Cholera, chyba naprawdę sobie to wyobrażał.

– Słuchaj, ja myślę, że musimy sobie jasno określić granice naszej współpracy – powiedziałam kategorycznym tonem.

– Twoja dola jest dla mnie niejasna, ale na pewno bardzo interesująca. Nie myśl sobie jednak, że możesz mi dyktować jakiekolwiek warunki. Poza tym jesteś moją sługą. Nosisz dwa moje piętna.

Najpierw się zestresowałam, a potem zirytowałam. Jak mnie namawiał do ognistych pocałunków, to nie używał nazwy „piętno”, tylko znak albo romantyczny „pocałunek”. Pieprzony oszust.

– Czuję, jak narasta w tobie ogień – powiedział.

Bóg czy nie bóg, ale jeszcze chwila i oberwie w ten pusty łeb moją żeliwną patelnią.

– Na razie bywaj, Jago. Odwiedzę cię niedługo.

Jego sylwetka zaczęła się zacierać, aż całe ciało boga rozwiało się niczym dym i zniknęło gdzieś pod powałą.

Zagryzłam zęby. Nie zgodzę się na kolejne jego piętno. Po moim trupie!

 

 

 

Redakcja: Małgorzata Starosta

Korekta: Agnieszka Piotrowicz, Katarzyna Skarda

Projekt okładki: Agnieszka Zawadka

Zdjęcie autorki: Wojtek Biały

Zdjęcie wykorzystane na I stronie okładki:

© Hrecheniuk Oleksii/Shutterstock

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-707 Warszawa, ul. Floriańska 14 m. 3

biuro@wydawnictwomieta.pl

www.wydawnictwomieta.pl

 

ISBN 978-83-67341-01-1