Gniew matki - T.R. Ragan - ebook

Gniew matki ebook

T.R. Ragan

4,4

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Życie Faith McMann legło w gruzach, kiedy pewnego dnia po powrocie do domu zastaje zamordowanego męża, a dzieci zostały porwane. Wszechogarniający strach i niepokój o los dzieci sprawiają, że życie staje się nie do zniesienia. Do momentu, gdy postanawia zamienić udrękę na złość… A zamiast pozostać ofiarą, szykuje zemstę. Sfrustrowana bezsilnością policji, podejmuje działania, by uratować swoje dzieci. Odkrywa brutalne podziemie handlu ludźmi. Mroczny świat, z którym przyszło jej się zmierzyć jest bezlitosny, a cel jest prosty: zmienić krucjatę Faith w misję samobójczą. Nie wiedzą jednak, że nie ma nikogo bardziej niebezpiecznego niż matka walcząca o swoje dzieci. Zwłaszcza taka, która zasłużyła na przydomek FURIA.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
KatrineXXX

Nie oderwiesz się od lektury

Książka jest świetna! Jedyny minus to otwarte zakończenie i trzeba czekać na drugi tom... ;)
00
Milka000

Nie oderwiesz się od lektury

Nie mogłam się oderwać od książki. Przeczytałam w jeden wieczór. Brutalna ale wciągająca. Polecam nawet dla tych, co nie lubią czytać kryminałów naprawdę warto.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

Handel żywym towarem stanowi formę współczesnego niewolnictwa. Ofiarami padają dorośli i dzieci, mężczyźni oraz kobiety. Wykorzystanie nielegalnych metod do zmuszenia ludzi do pracy jest pogwałceniem praw człowieka. Najbardziej narażone są dzieci pochodzące z pełnych przemocy, dysfunkcyjnych rodzin lub bezdomne, przez co stają się łatwym celem dla gangów i handlarzy żywym towarem. Są zmuszane do prostytucji lub w nią wmanipulowane… Pozbawione dorosłego opiekuna, mentora, który mógłby się nimi zająć, dzieci nie otrzymują wykształcenia – szansy na rozwinięcie cennych umiejętności życiowych. Kiedy kończą osiemnaście lat, wiele z nich zostaje porzuconych na pastwę losu, uwięzionych w niekończącym się kręgu biedy i wyzysku.

Seria, której główną bohaterką jest Faith McMann, dedykowana jest osobom niestrudzenie pracującym nad podnoszeniem świadomości społecznej i zrozumienia problemu, nieustannie walczącym o pomoc dla ofiar handlarzy żywym towarem.

Więcej informacji o tym zjawisku: www.traffickingresourcecenter.org.

 

1

 

 

 

 

 

 

Dzięki Bogu już piątek. Myśl ta przebiegła przez głowę Faith McMann, gdy koła toyoty camry toczyły się w kierunku jej domu. Praca nauczycielki w czwartej klasie potrafi wyczerpać. Najlepsze w niej były dzieci – spoglądanie w ich oczy, gdy nagle coś pojmowały. Najgorsze stanowiło wszystko pozostałe, wliczając w to przytłaczające stosy papierów leżące na siedzeniu obok: ćwiczenia, testy i zadania domowe do oceny.

Faith trzymała ręce na kierownicy, patrząc na drogę. Szukała wzrokiem ratlerka sąsiadów, bo pies miał zwyczaj wyskakiwania wprost pod koła. Zerknęła w lusterku wstecznym na swoje dzieci. Lara i Hudson, których dzieliło zaledwie piętnaście miesięcy, śpiewali wraz z Brittany Howard z zespołu Alabama Shakes.

– Trzymaj się! – zawodzili na całe gardła, przeciągając ostatnią sylabę, aż skończyło się im powietrze. Nachylali się do siebie, aż stykały się ich głowy. Syn zobaczył, że na niego spogląda, i się zarumienił. Oboje tak szybko rośli.

Ostatnio Hudson lubił się wykłócać czy to o porę pójścia do łóżka, czy ilość warzyw na obiad. Z powodu zmierzwionych brązowych włosów i zielonych oczu większość ludzi wskazywała jego podobieństwo do ojca. To prawda, choć syn miał też taką samą niespożytą energię jak ona w jego wieku. Uwielbiał biegać, grać w piłkę nożną, zawsze był w ruchu.

Lara była cicha… bardziej podobna z charakteru do taty – oboje lubili planować i analizować. Oboje woleliby skoczyć z mostu, niż przebiec podjazd lub spalić nieco energii dla samej przyjemności.

Była trzecia po południu w ciepły listopadowy dzień. Mąż przyjeżdżał w piątki wcześniej z pracy, jego czarne GMC stało przed domem. Jutro Hudson skończy dziewięć lat. Craig nie wiedział, że do tej pory pięćdziesiąt osób odpowiedziało twierdząco na zaproszenie, które wysłała e-mailem. Będą potrzebowali o wiele więcej hot dogów i hamburgerów, co oznaczało wyskoczenie do sklepu. Najpierw jednak musiała odwieźć dzieci do domu. Gdyby wzięła je ze sobą na zakupy, nie udałoby się jej zrobić ich sprawnie.

Faith pomachała Beth Tanner, mieszkającej w drugim domu po lewej. Sąsiadka była tajemnicza. Nikt nic o niej nie wiedział, choć mieszkała tu dłużej od Faith, która dwanaście lat temu wprowadziła się z rodziną do domu obok. Kiedy Beth podlewała hortensje, patrzyła pod nogi, udając, że nie dostrzega przejeżdżającej kobiety.

Faith skręciła w swój podjazd i zauważyła, że Craig nie skosił trawnika przed jutrzejszym przyjęciem. Nacisnęła guzik znajdujący się obok osłony przeciwsłonecznej. Zaczęła unosić się brama garażowa. Zaparkowała przed nią i poleciła:

– Powiedzcie tacie, że jadę do sklepu, ale zaraz wrócę.

Dzieci odpięły pasy, wysiadły i pobiegły przez garaż do domu, nim skończyła się piosenka w radiu. Faith zaśpiewała ostatni wers, następnie siedziała przez chwilę, rozkoszując się ciszą i spokojem. Praca na pełen etat i wychowywanie dwójki maluchów sprawiały, że takie momenty należały do rzadkości.

Zawibrowała jej komórka. Dzwoniła siostra.

– Cześć. Co słychać? – zapytała Faith.

– Powiem ci co – odparła Jana. – Steve doprowadza mnie do szału! Nie piję, nie jem słodyczy i ciast, a teraz chce, żebym nie podnosiła niczego cięższego niż karton mleka. Jeśli nie wyluzuje, to dziecko urodzi się wkurzone.

Faith się uśmiechnęła. Siostra jak zwykle przesadzała.

– O której jutro przyjedziecie?

– O Boże, zapomniałam o imprezie!

– Chyba żartujesz – rzuciła Faith. – Miałaś upiec siedemdziesiąt babeczek. Wiesz w ogóle, ile muszę jeszcze zrobić…

Śmiech siostry przerwał jej w pół zdania.

Faith westchnęła, kiedy zdała sobie sprawę, że Jana żartowała.

– To nie jest śmieszne.

– Ciołek z ciebie. Jak mogłabym zapomnieć o upieczeniu siedemdziesięciu babeczek, gdy przez ostatnie dwa tygodnie codziennie mi o tym przypominałaś?

– Nie wiem, ale muszę jechać.

– Czekaj! Przekazałaś Craigowi wieści?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo miał wiele pracy i, no wiesz, musiał zapłacić rachunki, kupić nowe opony, wymienić zepsutą termę. Nie znalazłam właściwej chwili, żeby powiedzieć mu o trzecim dziecku.

– Ucieszy się. Nie czekaj za długo, okej?

– Nie martw się, nie będę. – Faith się rozłączyła i wtedy przypomniała sobie, że lista zakupów nadal wisi przypięta do lodówki. Zostawiła torebkę w aucie i wysiadła. Mijając slalomem zabawki i rowery, przeszła przez garaż, aby wejść do kuchni, która wyglądała jak po przejściu tornada. Szuflady były wyciągnięte, papiery i rozbite naczynia walały się na podłodze.

Serce przyspieszyło biegu. Co tu się dzieje?

Kiedy miała zawołać męża, weszła do salonu i zobaczyła Craiga na podłodze – związanego i zakneblowanego.

Stał nad nim mężczyzna, którego nie rozpoznawała.

Scena przed jej oczami zupełnie nie miała sensu.

Serce waliło jej w piersi, przez co miała trudności z oddychaniem, gdy rozglądała się po pomieszczeniu.

Zobaczyła dzieci.

Lara i Hudson siedzieli na kanapie. Ręce mieli sklejone za plecami taśmą, która zakrywała również ich usta. Pilnował ich kolejny, stojący blisko mężczyzna.

Czas się zatrzymał, gdy próbowała wymyślić, co zrobić. Craig od zawsze nalegał, aby kupili broń, ale Faith nie chciała jej w domu. Szeroko otwartymi oczami spojrzała na kuchenną szufladę. Złapać nóż? A może wybiec i zawiadomić sąsiadów?

Mężczyźni wymienili spojrzenia. Ich oczy mówiły wszystko.

Odwróciła się i rzuciła do ucieczki.

Gdyby zdołała dobiec do samochodu i zablokować drzwi, mogłaby trąbić lub wjechać przez ścianę do domu. Być może zwróciłoby to uwagę któregoś z sąsiadów.

Wypadła przez tylne drzwi prowadzące do garażu, krzycząc ile sił w płucach, ale ktoś złapał ją od tyłu, odwrócił i przyciągnął jej twarz do swojej.

– Gdzie to jest?

– Nie wiem, o co chodzi – odparła, walcząc, by się uwolnić.

Prychnął. Miał przekrwione oczy i zdesperowane spojrzenie. Śmierdział zwietrzałym tytoniem. Mocno ją trzymał. Przyszły jej na myśl wszystkie seriale, w których bohaterki wyrywały się napastnikom, ale walka okazała się bezcelowa.

– Puśćcie nas! – łkała.

Potrząsnął nią, aż zadzwoniły jej zęby.

– Masz pięć sekund, by powiedzieć mi, gdzie to jest!

Tym razem, gdy krzyknęła, wbiła też piętę w jego stopę i próbowała wyrwać się z jego uchwytu.

Pchnął ją na podłogę. Uderzyła głową o betonową posadzkę i straciła przytomność.

* * *

Kiedy Faith otworzyła oczy, potrzebowała chwili, aby zdać sobie sprawę, że zaciągnięto ją do domu. Leżała na boku, twarzą do męża. Została skrępowana i taśmą zaklejono jej usta. Miała związane nogi w kostkach i ręce za plecami. Próbowała spojrzeć przez ramię na dzieci. Nic to jednak nie dało.

Craig wpatrywał się w nią ze skupieniem na twarzy. Wyglądał, jakby odczuł ulgę, gdy odzyskała przytomność.

Proszę, nie pozwól skrzywdzić moich dzieci. O Boże, nie.

Poczuła wibrację podłogi pod ciężarem szybkich kroków. Próbowała unieść głowę, gdy z korytarza do salonu wszedł trzeci mężczyzna.

– Nic tu nie ma – oznajmił. – Zabijcie ich. Byle szybko.

– A co z dziećmi? – zapytał ktoś.

– Zabierzcie je.

Faith wiła się, próbując krzyczeć i się uwolnić. Moje dzieci. Nie ważcie się dotknąć moich dzieci!

Mężczyzna ogolony na łyso, który stał nad Craigiem, pochylił się. Dostrzegła tatuaż na jego szyi. Chyba jakiś symbol.

Głowa ją bolała, umysł zasnuwała mgła. I wtedy zobaczyła w dłoni mężczyzny nóż. Myśliwski – ostry, ząbkowany, zabójczy.

Craig nadal patrzył w jej oczy, wzrokiem przekazując, że ją kocha. Znała to spojrzenie. Widywała je setki razy wcześniej.

Nie, nie, nie. Nie możesz umrzeć. Będziemy mieć kolejne dziecko. To się nie dzieje. Wszystko będzie dobrze. Wiem o tym. To się nie dzieje.

Dostrzegła błysk stali, gdy mężczyzna płynnym ruchem przeciągnął ostrzem po szyi jej męża. To wystarczyło.

Gggrrrggg…

Dźwięk wydobywający się z gardła Craiga był nie do zniesienia.

– Pospiesz się!

Z rany jej męża popłynęła ciemna, gęsta krew. Jego oczy otworzyły się szeroko, gdy przyglądał się, jak to samo ostrze śmignęło po jej szyi. Poczuła jego chłód, gdy tylko dotknęło jej skóry. Nie było to czyste cięcie. Mężczyzna się spieszył. Próbowała oddychać przez nos, ale powietrze nie chciało trafiać do płuc. Dusiła się własną krwią.

Lara. Hudson.

 

2

 

 

 

 

 

 

Jasne światło nie pozwalało Faith otworzyć oczu. Ilekroć próbowała zaczerpnąć tchu, panikowała i się krztusiła. Jej drogi oddechowe były obkurczone.

Wokół pikały urządzenia.

Próbowała coś powiedzieć, ale z jej ust nie wyszły żadne słowa. Miała wyschnięte, obolałe gardło. W głowie jej huczało. Rozpoznała głos Jany, która czesała jej włosy.

Ktoś płakał.

Dziecko, które nosiła… Czy coś się stało z jej dzieckiem?

Tracąc przytomność, to znów ją odzyskując, dostrzegała cienie i ludzkie sylwetki. Mama jej czytała, a wesoły ton kontrastował z potwornym bólem.

Pomieszczenie pachniało środkami dezynfekcyjnymi i smutkiem.

Pikanie ustało. W końcu. Po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy w sali panowała błoga cisza. Nadchodziła śmierć. Jej czułe ramiona obejmowały ją, napełniając ciepłem i spokojem.

Mama przestała czytać.

Zbliżył się tata. Gładka twarz dotknęła jej policzka, gdy szepnął córce do ucha:

– Nie poddawaj się. Od urodzenia byłaś wojowniczką.

Krew jakby wolniej w niej płynęła.

Dlaczego tu była? Miała tylko jakieś niejasne odczucie, bo nie pamiętała. Zdawała sobie sprawę, że umiera, i cieszyła się z tego – to było najdziwniejsze.

– Nie możesz nas zostawić, Faith – powiedział tata. – Musisz myśleć o Larze i Hudsonie. Gdzieś tam są i cię potrzebują.

 

* * *

Faith poderwała się z łóżka i wciągnęła głęboki, drżący oddech.

Miała sen – koszmar.

Potrzebowała chwili, by uzmysłowić sobie, że nie przebywała już w szpitalu. Znajdowała się w domu.

Ile czasu minęło? Spojrzała na stojący obok łóżka kalendarz. Dziś był szesnasty listopada – od ataku minęło dziesięć dni, trzy, odkąd wróciła do domu. A może cztery? Jasne cyfry zegara wskazywały, że było wpół do szóstej rano.

Dni zlewały się ze sobą. Położyła dłoń na piersi, czekając, aż uspokoi się jej serce i miną zawroty głowy.

Od powrotu ze szpitala nękały ją ataki paniki. Budziły ją gwałtownie i utrudniały oddychanie.

Uniosła palce i wyczuła grubą bliznę biegnącą przez dolną część twarzy na szyję. Jak jej powiedziano, ostrze przecięło tętnicę szyjną i zatrzymało się tuż przed żyłą szyjną. Według lekarzy i pielęgniarek, przeżyła pomimo wszelkich prognoz. Nie przetrwałaby, gdyby nie pospieszne działanie sąsiadki – Beth Tanner.

Po niemal tygodniu spędzonym na oddziale intensywnej terapii, a następnie trzech dniach w sali ogólnej bez specjalistycznego sprzętu wróciła do domu, który nie tętnił już życiem. Mury były zimne i puste, zdjęcia na kominku smętne. Wzdrygała się przy każdym zgrzycie. Rodzice i rodzeństwo na zmianę obserwowali, jak rozpada się i niknie na ich oczach. Przez dom przewijało się mnóstwo ludzi. Nawet nie wiedziała, kim byli. Miała to gdzieś. Jej dawną żywiołową postawę zastąpiła cienka skorupa żalu i smutku.

Ledwie mogła jeść czy pić.

W szpitalu po wybudzeniu ze śpiączki farmakologicznej dopadł ją paraliżujący serce ból – ogromna pustka otoczona fizycznym cierpieniem. Faith nie potrafiła poradzić sobie ze świadomością, że Craig zmarł, a dzieci zaginęły. Rozpacz dotykała każdej komórki jej ciała – była oślepiająca, ogłuszająca, osłabiająca. Najłatwiej było zawinąć się w koc żalu i nie wstawać z łóżka.

Psychoterapeuta, z którym rozmawiała ostatniego dnia w szpitalu, stwierdził, że wspomnienia tego okropnego dnia wrócą, ale nie naraz, tylko stopniowo. Przepisał jej leki, ale ich nie brała. Chciała zobaczyć obrazy, kiedy do niej powrócą. Musiała pamiętać każdy krwawy szczegół.

Jak przez mgłę przypominała sobie policjantów, którzy przyszli do niej pierwszego dnia, gdy wróciła do domu – zbyt wcześnie. Starała się odpowiadać na pytania, ale w głowie miała tylko wielką pustkę. Im bardziej próbowała przypomnieć sobie sekwencję wydarzeń i wygląd napastników, tym bardziej zniekształcone stawały się obrazy i wszystko zlewało się w krwawą miazgę. Choć nie pamiętała, żeby policjanci się żegnali, wiedziała, że nazajutrz pojawili się agenci FBI. Chciała pomóc. Musiała odnaleźć dzieci. Jednak znów im bardziej próbowała skupić się na ich pytaniach, tym trudniej jej się oddychało, aż zaczęła dyszeć i mama wyprowadziła gości z jej pokoju.

Przyjaciele i koleżanki z pracy przestali przychodzić, zobaczywszy, w jakim była stanie. Nie musieli przynosić zapiekanek i pieczeni, bo zamrażarka była pełna jedzenia, a Faith nie miała apetytu. Telefon również przestał dzwonić, na szczęście, ponieważ nikomu nie miała nic do powiedzenia.

Usiadła na łóżku.

W nocy stało się coś dziwnego.

Obrazy z tamtego dnia zaczęły gwałtownie powracać.

Ale to nie wszystko.

Doświadczyła dziwnego odczucia. Przez większość nocy jej umysł migotał, jakby w głowie fruwały świetliki starające się odnaleźć wyjście.

W tej chwili pozostała tylko jedna mała iskierka.

Jej siostra od razu doszłaby do wniosku, że światło ma coś wspólnego z nadzieją i optymizmem, ale Faith wiedziała, że nie wróży nic dobrego. Ani trochę.

To małe światełko było krwiożercze.

I prawdziwe. Tak realne, że czuła metaliczny, słodko-gorzki posmak w ustach. Było również ciemne i zimne, i nie chciało rozewrzeć kłów. Odsunęła kołdrę. Kiedy postawiła stopy na drewnianej podłodze, odniosła dziwne wrażenie, jakby ciało i umysł przestały do niej należeć.

Weszła do łazienki i spojrzała w lustro. Po raz pierwszy od powrotu do domu powoli omiotła wzrokiem swoją postrzępioną, czerwoną bliznę, która zaczynała się przy jej lewym uchu i ciągnęła slalomem do podbródka, skąd biegła przez szyję w kierunku prawego ucha.

Beth Tanner usłyszała jej krzyki i zadzwoniła na policję. Jest emerytowaną pielęgniarką, więc wiedziała, co robić. Według mamy, sąsiadka przycisnęła dwoma palcami tętnicę i jakimś cudem zatamowała krwotok.

Faith nadal przyglądała się uważnie swojemu odbiciu.

Zamrugała.

Wpatrywały się w nią ciemne, puste oczy. Nie odwracaj wzroku, zdawały się mówić. Patrz na mnie. Przyjrzyj się uważnie.

Oczy nie były już smutne czy pełne żalu jak wczoraj czy przedwczoraj. Teraz widać w nich było ślady szaleństwa. Pochyliła się, aż porcelanowa umywalka wbiła się w jej brzuch. W tej chwili Faith wiedziała, co oznacza migoczące światło.

Drgnął każdy mięsień w jej ciele. Przeszył ją prąd.

W głowie zrodził się surowy, ostry gniew, a jego sękate palce włączały i wyłączały w niej guzik.

Czuła to. Do diabła, mogła to zobaczyć.

Pragnął jej uwagi. Grzechotał jej kośćmi, uderzał w pierś, mówił, że czas się obudzić i odnaleźć dzieci. Nogi się pod nią ugięły, tak że musiała przytrzymać się marmurkowego blatu.

Dość płaczu.

Łzy nie pomogą odnaleźć jej dzieci.

Nie przywrócą życia jej mężowi.

Koniec z leżeniem w łóżku jak bezwartościowy trup.

Dzieci cię potrzebują!

Nagle wiedziała, co trzeba zrobić. Za każdym razem gdy powracały do niej okruchy tamtego dnia, musiała je połapać i umieścić na papierze.

Szybko.

Rozebrała się, z wieszaka wzięła czysty ręcznik i poszła pod prysznic. Ignorując ucisk w piersi i zawroty głowy, jakie odczuwała przy każdym kroku, odkręciła kran i weszła do kabiny.

Woda była lodowata. Faith natychmiast dostała gęsiej skórki.

Jana usiłowała umyć siostrze włosy, gdy ta już w domu leżała zwinięta w kłębek na łóżku, ale w tej chwili po raz pierwszy brała prysznic. Pasma włosów oblepiały czaszkę. Wzięła szampon, wreszcie z trudem go otworzyła, następnie wylała odrobinę na czubek głowy. Uszkodzenie nerwu po lewej stronie utrudniało sięgnięcie po mydło, więc szamponem namydliła resztę ciała.

W ciągu paru minut woda z lodowatej stała się parząca, toteż kiedy ją wyłączyła, miała zaróżowioną skórę.

Dżinsy okazały się luźne na biodrach. Koszulka opadła na piersi, które skurczyły się o połowę poprzedniego rozmiaru. Uniosła prawą rękę i przeczesała palcami włosy, następnie skierowała się do kuchni – pomieszczenia, gdzie panował niegdyś wesoły chaos, z którego nic nie zostało.

Zignorowała wymienioną część podłogi w salonie. Z krwią czy bez, dokładnie widziała miejsce, w którym umierał jej mąż.

Jej rodzina nie chciała, aby wróciła do domu po tym koszmarze, ale Faith nie słuchała. Kiedy dzieci odnajdą drogę powrotną, zamierzała tu na nie czekać.

Otworzyła szufladę, znalazła notatnik i pisak. Podeszła do laptopa i go włączyła. Usiadła na stołku i sporządziła krótką listę potencjalnych podejrzanych – zapisała każdego, kto przyszedł jej do głowy. Następnie poszukała pedofilów i przestępców z tej okolicy. W końcu spróbowała przywołać widziane nocą obrazy, przebłyski z dnia, który zniszczył całe jej życie, i zaczęła rysować. Przez dłuższą chwilę bez większego wysiłku przelewała myśli na papier, ale kończyło się jej miejsce. Potrzebowała czegoś większego.

Spojrzała znad notatnika na ścianę w salonie, po czym pospieszyła do garażu, w którym zerwała wieka ustawionych w stosy pojemników. Przeszukała je, aż znalazła to, czego szukała.

Przez kilka sekund stała w bezruchu, wpatrując się w przybory do malowania, bo ściskało się jej serce. Wizje rozjaśniały jej umysł jak błyskawice. Były tak wyraźne, że mogła zobaczyć dzieci, gdy śmiały się oblepione klejem i brokatem.

Pomyśl o czymś innym, Faith. O czymkolwiek. Skoncentrowała się na krwi płynącej w jej żyłach, transportującej tlen do komórek. Teraz nie był dobry moment na myślenie o czasie, gdy używała farbek i brokatu.

Odsuń od siebie to wspomnienie! Zachowaj na inny dzień.

Kiedy się pozbierała i znów mogła oddychać, wzięła przybory do salonu i zaczęła malować.

 

* * *

Czas zatrzymał się na kilka godzin, dopóki nie otworzyły się drzwi frontowe.

Jana wpadła do pokoju niczym wiatr, następnie stanęła nieruchomo, wytrzeszczając oczy, a jej pierś unosiła się z każdym rwanym oddechem.

– Faith. O Boże, nic ci nie jest.

Siostra nadal malowała. Wizje z wczoraj wciąż tkwiły w jej głowie, choć szybko nikły, niczym wnikający w ścianę mglisty duch. Skupiała się na każdym pociągnięciu pędzla.

– Dzwoniliśmy do ciebie przez cały ranek. Dlaczego nie odbierasz? – Jana spojrzała na ścianę. Zdumiona otworzyła usta. Przestąpiła z nogi na nogę. – Co robisz?

Faith malowała szybciej, próbując wyciszyć głos siostry. Potrzebowała jeszcze dwóch minut. Nie przestałaby, nawet gdyby chciała, ale Jana położyła dłoń na jej ramieniu. Faith się odwróciła. Farba wylądowała na przodzie zielonego swetra siostry, która uniosła wzrok i spojrzała jej w oczy. Próbowała zdusić sapnięcie, zakrywając usta dłonią, ale opuściła ją i powiedziała:

– Musisz jeść. Mizerniejesz.

Faith wróciła do malowania.

– To nie jest kartka – powiedziała Jana. – W razie gdybyś nie zauważyła, to ściana w salonie.

Faith zawsze miała talent plastyczny, na studiach rysowała węglem i malowała farbami olejnymi, następnie akwarelami, ale to, czego doświadczała w tej chwili, można by nazwać doświadczeniem pozacielesnym. Zajmowała się tym ponad trzy godziny i zaczynały boleć ją ręce.

– Czy to na szyi tego mężczyzny to tatuaż?

Starając się z całych sił zignorować siostrę, Faith niespiesznie rysowała symbol ze snu. Obrazy odeszły. Jana sprawiła, że resztki wizji zniknęły i pozostawiły za sobą jedynie smugi dymu, jak to, co wydobywa się z rury wydechowej starego samochodu.

Położyła wypełnioną farbą paletę na podłodze i odsunęła się, by przyjrzeć się ścianie. Z lewej namalowała dwóch mężczyzn, których zobaczyła, gdy weszła do domu. Nie dodała tego trzeciego, bo nie przyjrzała się jego twarzy. Wszyscy mieli na sobie ciemne ubrania. Z prawej strony znajdowało się mnóstwo notatek sporządzonych wcześniej na kartkach wyrwanych z zeszytu, które tu przykleiła.

Podeszła do fotela – ulubionego mebla Craiga, o który biły się dzieci, gdy nie było taty – i usiadła zmordowana. Siostra rozmawiała przez telefon z mamą lub tatą, dając znać, że wszystko w porządku. Kiedy się rozłączyła, poszła do kuchni, wróciła ze szklanką zimnej wody i jej podała.

Faith posłusznie upiła kilka łyków. Miała spierzchnięte wargi. Język wchłaniał wilgoć jak wyschnięta gąbka. Wcześniej nie myślała o jedzeniu czy piciu.

Siostra usiadła na kanapie obok.

– Możesz mi powiedzieć, co się tu dzieje?

Faith otarła usta grzbietem dłoni.

– Miałam wizje – odparła. – Muszę zapamiętać wszystko z tamtego dnia. Przelać to na papier czy ścianę.

– Chyba nie powinnaś się tak zadręczać.

Faith upiła kolejny łyk, pozwalając, by woda spłynęła jej do gardła, nim spojrzała na Janę.

– Zamierzam odnaleźć dzieci.

Zapadła dłuższa chwila ciszy.

– Musisz porozmawiać z policją. Nad twoją sprawą pracuje detektyw Dillon Yuhasz. Przyjechał do szpitala, by z tobą porozmawiać, ale byłaś nieprzytomna. A kiedy się tu pojawił, odpowiadałaś nieskładnie. Mówił, żebyśmy do niego zadzwonili, gdy lepiej się poczujesz. Jesteś ich głównym świadkiem, Faith. Musisz z nimi porozmawiać, gdy zaczną już wracać do ciebie szczegóły z tamtego dnia.

– A może teraz? – zapytała.

Jana spojrzała na nią, po czym pokręciła głową.

– Zadzwonię do niego i zaproponuję spotkanie jutro rano.

Faith pokiwała głową i sięgnęła po papier i długopis, pozostawione na ławie. Na górze strony zapisała nazwisko detektywa, dodając kolejnego podejrzanego do swojej listy.

– Co robisz?

Wręczyła siostrze notatnik.

– Na liście podejrzanych zapisałaś sąsiada, pana Hawkinsa – zwróciła uwagę Jana. – Poważnie?

– Proponował dzieciom ciastka.

– Ponieważ jest cukiernikiem.

Faith zmrużyła oczy.

– Jest za miły.

– Zawsze go lubiłaś.

– Ale nigdy nie mówiłam, że mu ufam.

– Steve Murray? Co, u licha, robi na tej liście mój mąż?

– Wykreśliłam go.

– Jezu, Faith. To szaleństwo. Chyba powinniśmy zabrać cię do lekarza. Mówił, że wspomnienia mogą wracać i wywoływać u ciebie przerażenie, ale nie sądzę, by miał na myśli coś takiego. – Jana wskazała na pomieszczenie. – Martwię się o twoje zdrowie psychiczne.

– Zaginęły moje dzieci. Wszyscy są podejrzani, wliczając w to Steve’a. Pogódź się z tym. – Dostała mdłości. Oparła głowę o fotel.

– Zbladłaś – oznajmiła Jana. – Przyniosę ci coś do jedzenia.

Faith zbyła ją machnięciem ręki.

– Jak zamierzasz odnaleźć dzieci osłabiona z głodu?

Jana miała rację. Musiała jeść, zadbać o siebie, żeby mogła dopaść tych ludzi i odzyskać dzieci.

– Okej – odparła.

– Może zupę?

Faith pokiwała głową, a Jana rzuciła notatnik na stolik i poszła do kuchni, gdzie zaczęła przetrząsać szafki w poszukiwaniu garnka.

– Zauważyłam, że zapisałaś na liście „pedofil” – wspomniała Jana, idąc do spiżarni. – Dlaczego?

– Istnieje strona w sieci z wykazem nazwisk i adresów pedofilów mieszkających w tym kraju. Wszyscy znajdujący się w promieniu piętnastu kilometrów od mojego domu znajdą się na liście wraz z każdym, kto kiedykolwiek krzywo na mnie spojrzał.

– Nie planujesz odwiedzać ich w domach, co?

– Oczywiście, że planuję.

Jana machnęła na nią otwieraczem do puszek.

– Policja przesłuchała już sąsiadów i potencjalnych świadków. Wstrzymaj się z tym, przynajmniej dopóki nie porozmawiasz z detektywem o śledztwie.

Nie minęło wiele czasu, nim Jana przyniosła jej miseczkę zupy pomidorowej, łyżkę i serwetkę.

– Proszę. Smacznego.

Faith spojrzała na brzuch siostry. Sięgnęła do własnego. Straciła dziecko. Ciąża trwała osiem tygodni, lekarz stwierdził, że to za mało, by poznać płeć płodu.

– Przykro mi – powiedziała Jana.

Faith niemal mechanicznie uniosła łyżkę do ust. Żal groził rzuceniem jej na kolana. Musiała z nim walczyć, musiała być silniejsza. Nie czuła smaku zupy, ale zjadła całą.

Jana usiadła naprzeciwko niej, rękawem otarła oczy.

– Chcesz więcej?

Faith pokiwała głową i z niepokojem rozejrzała się po salonie.

– Co się stało? – zapytała Jana.

– Craig – palnęła. Chciał być skremowany po śmierci. – Masz jego prochy?

– Tak. Nie chciałam nic mówić, póki nie staniesz na nogi. Chcesz zorganizować pochówek?

– Nie. Jeszcze nie.

– A kiedy?

– Zrobię to, gdy dzieci wrócą do domu. Będą tego potrzebowały. Muszą być na pogrzebie.

 

3

 

 

 

 

 

 

Miranda oraz kilkoro innych dziewcząt pomiędzy dziesiątym a szesnastym rokiem życia siedziały w kółku na zimnej drewnianej podłodze, opiłowując i polerując paznokcie. Z całych sił starały się ignorować jęki dochodzące przez otwory wentylacyjne. Jedna z pozostałych dziewcząt w domu, Adele, sprzeciwiła się Matce… znowu. Poważny błąd. Matka ustanowiła zasady i nie można było ich łamać.

Miranda przebywała na farmie od ośmiu miesięcy. Adele – blisko rok. Nie lubiła swojego nowego imienia. Wszystkim, którzy chcieli słuchać, mówiła, że naprawdę nazywa się Samantha Perelman i została porwana, gdy pojechała z mamą na zakupy. Była bita, ilekroć wyjawiała tę historię. Kiedy Adele została sprowadzona do domu, miała duże oczy, jasną cerę i długie czarne włosy. Miranda nie zdziwiłaby się, gdyby zobaczyła jej twarz na okładce jakiegoś kolorowego magazynu. Była aż tak ładna.

Ale to stare dzieje.

Teraz wyglądała jak przerażająco chuda osoba, która nie ma kontaktu ze światem. Światło w jej oczach zgasło, twarz nic nie wyrażała.

Początkowo Adele walczyła z Matką o wszystko. Kiedyś złapała za nóż i spróbowała ją zabić, ale pracujący na farmie chłopcy zdołali powstrzymać dziewczynę, nim dźgnęła kobietę w pierś. Zrobiłaby to. Adele nikogo się nie boi. Przynajmniej niegdyś tak było. Początkowo wydawało się, że woli zginąć, niż się podporządkować. Była wygadana, często namawiała inne dziewczyny do wspólnej ucieczki. Spiskowała, dając Mirandzie nadzieję.

Ale kiedy Matka podsłuchała, jak Adele zdradza dziewczętom, że należy zwiać przez piwniczne okno – jedyne w całym domu bez żelaznych krat – pospiesznie nakazała zabić je deskami i na noc oddzielić Adele od reszty dziewcząt. Później rzadko ją widywano.

Miranda westchnęła, pomagając Jean wypolerować paznokcie u stóp.

Jean była najnowsza. I najmłodsza w domu. Milczała, więc łatwo było zapomnieć o jej obecności w pomieszczeniu.

Chciałaby powiedzieć to samo o Felicii. Jedenastolatka o kręconych rudych włosach właśnie zaczęła płakać. Miranda wzięła koszulkę ze stosu z brudami i rzuciła w jej stronę.

– Szybko. Otrzyj łzy. Jeśli Matka tu przyjdzie i zobaczy, że płaczesz, zbije cię.

– Albo gorzej – wtrąciła się Denise – każe ci spędzić godzinę z którymś z chłopaków. – Jęknęła i zadrżała, udając orgazm, czym rozśmieszyła starsze dziewczęta.

Chłopcy, których miała na myśli, to Jasper i Phoenix. Wykonywali większość prac na farmie. Karmili kury i kozy, doili krowy. Ćwiczyli też dziewczyny w sztuce zadowalania mężczyzn, co było niedorzeczne, biorąc pod uwagę fakt, że sami nie mieli więcej niż osiemnaście lat. Miranda często kończyła z Jasperem. Na początku go nienawidziła, ale po miesiącach walki z nim i każdym innym w domu zaczęła pragnąć jego towarzystwa. Teraz szła do niego ochoczo. Phoenix to zupełnie inna historia. Jest obrzydliwą świnią i niedobrze jej się robiło, ilekroć jej dotykał.

Denise dmuchnęła na paznokcie, nim zapytała:

– Wiesz, że oni tak naprawdę nas nie ćwiczą?

– A co robią? – dociekała Miranda.

– Matki nie stać, by im płacić, więc oddaje im nas w zamian za wykonane obowiązki.

– To kłamstwo – orzekła Miranda.

Wszystkie spojrzały na nią, zaskoczone tą reakcją.

Denise uniosła brwi.

– Nie zakochałaś się w Jasperze, co?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Szczerze mówiąc, żywiła do niego pewne uczucia, ale jeśli to, co sądziły inne, było prawdą, chłopak skłamał, wyznając jej miłość. Ani razu nie wspomniał, że była zapłatą za jego pracę na farmie. Sam ten pomysł sprawił, że zrobiło jej się niedobrze. Jasper mówił, że jest wyjątkowa, że mu na niej zależy.

Po raz setny, odkąd trafiła na farmę, zastanawiała się, czy ktoś jej szuka. Nie było tu telefonów, telewizorów, komputerów czy odbiorników radiowych. Nie wiadomo, co działo się na świecie.

Głupio uwierzyła świeżo poznanej kobiecie, jednak Caroline była przyjacielska i dobrze ubrana. Wiedziała, co powiedzieć, gdy obiecywała lepsze życie. Skuszona możliwością niezłego zarobku, Miranda pojechała z kobietą.

Samochód Caroline był starym, pordzewiałym i powgniatanym gruchotem ze zniszczonymi, brudnymi siedzeniami, co powinno stanowić pierwszą wskazówkę, że coś jest nie tak. Ale mama straciła pracę i nabawiła się silnego kaszlu, gdy stały się bezdomne, i dziewczyna się o nią martwiła. Zdesperowana, by poprawić swój byt, zdusiła strach i wątpliwości i wsiadła do auta.

Jechały wiele godzin, może nawet dni. Trudno stwierdzić, ponieważ kiedy wypiła napój, który dała jej Caroline, zasnęła. Kiedy dotarły na farmę, czuła się dziwnie oszołomiona i nie miała pojęcia, gdzie się znajduje.

Na odludziu bladoniebieski dwukondygnacyjny dom otaczały pola suchej trawy, na której pasły się krowy i tłoczyły kury. Okna były oszronione lub pomalowane – z oddali nie dało się tego stwierdzić. Zabezpieczone od zewnątrz metalowymi kratami.

Kobieta, która je powitała, była szczupła, miała kręcone włosy i okrutny wyraz twarzy. Wręczyła Caroline kopertę. Wzięła Mirandę za rękę i pociągnęła do domu. Miranda nie do końca zdawała sobie sprawę, że została oszukana, aż usłyszała pisk opon i zobaczyła, jak Caroline odjeżdża bez słowa.

Spanikowana powiedziała kobiecie, że popełniła błąd i musi wracać do domu. Że mama jej potrzebuje. Próbowała uciec, ale tamta złapała ją za włosy, wciągnęła do budynku i zabezpieczyła drzwi łańcuchem i zamkiem szyfrowym. Nie tracąc czasu, dała dziewczynie znać, że Rita Calloway dłużej nie istnieje.

Od teraz miała się nazywać Miranda Hall.

Gryzła i kopała, walczyła z kobietą i każdym, kto się przy niej zjawił. Została zamknięta w szafie. Wiele dni później naznaczono ją literą „H”.

Kiedy odmówiła jedzenia czy kąpieli, zbito ją kijem. Nie przejęła się. Chciała wracać do domu. Za każdym razem gdy próbowała uciekać, lądowała w szafie, gdzie siedziała samotnie w ciemności. Nie tylko walczyła ze sprawującą kontrolę kobietą, ale też z dwoma chłopcami, którzy dla niej pracowali. Nie chciała rozmawiać też z innymi dziewczętami. Przestali jej dawać jeść i pić.

W końcu się poddała. Pragnęła wody bardziej niż śmierci. Kiedy chłodna ciecz spłynęła obolałym gardłem, wiedziała, że jej życie już nigdy nie będzie takie samo. Przestała walczyć. Przestała płakać. Przestała się modlić, by uratowała ją mama.

Rita Calloway naprawdę umarła.

 

4

 

 

 

 

 

 

Faith szukała w szafie w przedpokoju czegoś, do czego mogłaby wrzucić zawartość torebki, którą dostała od Craiga na gwiazdkę. Nie mogła na nią patrzeć, bo robiło jej się niedobrze. Znalazła stary plecak i przełożyła do niego wszystkie swoje rzeczy.

Spojrzała na zegar. W każdej chwili mogła zjawić się mama, by zabrać ją na spotkanie z detektywem Yuhaszem.

W tym samym momencie zagrzechotał klucz w zamku i usłyszała z telewizora wiadomość o zatrzymaniu zabójcy dziecka.

Uśmiech widniejący na twarzy mordercy podczas procesu był przerażający.

Mężczyzna z Florydy brutalnie zabił synka swojej dziewczyny. Co gorsza, według słów dziennikarza dziewczyna pomogła ukryć ciało. Faith skierowała pilota na telewizor i wyłączyła go.

– Chorzy ludzie.

Jak codziennie, pomyślała o swoich dzieciach. Nie chciała wierzyć, że Lara i Hudson nie żyli. Gdyby porywacz zamierzał ich zabić, zrobiłby to na miejscu.

Drzwi się otworzyły. Mama weszła i zlustrowała pomieszczenie. Skupiła wzrok na ścianie, gdzie Faith utrwaliła wspomnienia tego okropnego dnia.

– O rety. Jana wspominała, że malujesz… Ale nie przypuszczałam, że coś takiego. – Przyjrzała się córce, wyraźnie się powstrzymując, by nie skomentować jej wyglądu: bladej cery, wychudzonej sylwetki, zapadniętych, podkrążonych oczu.

Faith widziała się w lustrze. Zdawała sobie sprawę, jak wygląda.

Światła w środku zamigotały mocniej niż wczoraj, jakby mokry wiatr szarpał drutami elektrycznymi. Faith czuła niepokój, irytowało ją wszystko i wszyscy, ale wtedy matka objęła ją i powiedziała:

– Kocham cię, skarbie.

Na chwilę oparła głowę o ramię matki i po prostu oddychała. Tak jej było dobrze.

Kiedy się odsunęła, mama rzuciła:

– Znów przed domem stoi bus stacji telewizyjnej. Może czas, byś porozmawiała z reporterami?

Faith wyjrzała przez żaluzje. Ogrodzenie aż do drogi zdobiły balony i kwiaty. Na końcu podjazdu znajdował się samochód lokalnej stacji informacyjnej z Sacramento, jakiego jeszcze tu nie widziała.

– Byłaś zbyt osłabiona, by zwracać uwagę, Faith, ale twoja tragiczna historia trafiła do ogólnokrajowych wiadomości. Ludzie w całej Ameryce opłakują Craiga, kibicują ci i modlą się o szczęśliwy powrót Lary i Hudsona. Może powinnaś wyjść i porozmawiać z mediami, poprosić widzów o pomoc w odnalezieniu dzieci.

– Nie wiem, co mogłabym im powiedzieć.

– Powiedz to, co leży ci na sercu. Powiedz, że potrzebujesz ich pomocy… Im więcej osób będzie szukało Lary i Hudsona, tym lepiej.

Faith wyprostowała się, gdy coś przyszło jej do głowy.

– Zaraz wrócę.

Wyszła z domu i przemierzyła podjazd. Zanim dotarła na ulicę, drzwi w busie otworzyły się, a młody mężczyzna z kucykiem pospieszył do tyłu po sprzęt.

– Mary, chodź tu! – krzyknął.

Kobieta przed trzydziestką – jak przypuszczała Faith – wyskoczyła z miejsca pasażera, wygładziła pomarszczoną bluzkę, złapała mikrofon i pognała, by powitać Faith.

Uścisnęły sobie dłonie.

– Nagrywacie? – zapytała Faith.

– Jeszcze nie. Jim, jesteśmy na wizji?

– Zaraz – odparł i poprawił pasek na ramieniu, nim skierował na nie obiektyw. – Dawaj.

– Jak się pani trzyma? – zapytała Mary.

– Idę małymi kroczkami naprzód – odpowiedziała Faith i taka była prawda. – Chciałabym, by wróciły do mnie dzieci. Tylko to się liczy.

Mary odchrząknęła.

– To szokująca historia. Moje kondolencje z powodu śmierci męża. Cały świat modli się za panią i pani rodzinę.

– Dziękuję.

– Pani dzieci nie ma już od jedenastu dni…

– Moglibyście pójść za mną? – przerwała jej Faith.

– Do domu?

Pokiwała głową.

– Chciałabym pokazać wam i widzom coś ciekawego.

Mary wytrzeszczyła oczy. Dała znak Jimowi, żeby szedł za nią, gdy sama pospieszyła za Faith w kierunku budynku.

– Jim może nadal kręcić?

– Tak, proszę. – Pokonali podjazd w milczeniu. Faith otworzyła drzwi i weszła do środka. Poczekała, aż kamerzysta ich uchwyci, nim powiedziała:

– To moja mama, Lily Gray. – Zwróciła się w stronę pomalowanej ściany. – A to mężczyźni, którzy uprowadzili moje dzieci.

– Zrób zbliżenie – poleciła Mary. – Sama to pani namalowała?

Faith pokiwała głową.

– Wizje przychodzą i odchodzą, ale przez kilka godzin widziałam ich wyraźnie w umyśle, więc postanowiłam, że muszę to utrwalić na płótnie lub, jak w tym wypadku, na ścianie w salonie. Muszę zapamiętać tych typów – wyznała. – Było ich trzech, ale dojrzałam twarze jedynie dwóch. Jeśli ktokolwiek z widzów widział tych mężczyzn, proszę, niech zadzwoni na policję.

Mama odeszła na bok, grzebiąc w torebce. Za chwilę uniosła zdjęcie wnuków, którego Faith nigdy nie oglądała. Na dość świeżej fotografii zostali uchwyceni z dziadkiem, gdy jedli lody i uśmiechali się do aparatu.

– To Lara, ma dziesięć i pół roku – powiedziała Faith, gdy uświadomiła sobie, że mamie odebrało mowę. – Ostatnio wygrała konkurs ortograficzny słowem „trzpiotka”. – Posłała do kamery wymuszony uśmiech. – Ledwie umiem to wypowiedzieć, a co dopiero użyć w zdaniu. – Wskazała na syna. – A to Hudson. Kiedy został uprowadzony, mieliśmy świętować jego dziewiąte urodziny. Niedawno zaczął trzecią klasę. Jego nauczyciele twierdzą, że jest niesłychanie ciekawski i zachowuje się, jakby był starszy, a czasami…

Faith straciła nad sobą kontrolę. Zwiesiła głowę, ale nie zdołała powstrzymać napływających łez.

Mama podeszła do córki i ją objęła. Minęło z pół minuty, nim Faith zdołała wziąć się w garść. Wyprostowała się i dodała:

– Lara i Hudson gdzieś tam są. Błagam, jeśli rozpoznają państwo tych mężczyzn, wiedzą, gdzie lub dlaczego mogą przetrzymywać moje dzieci, proszę, powiadomcie szeryfa hrabstwa Placer. – Ponownie spojrzała w kamerę i powiedziała stanowczym tonem: – Laro, Hudsonie, mama was odnajdzie i sprowadzi do domu. Nie pozwolę, by ktokolwiek mnie powstrzymał. Bądźcie silni.

Mary spojrzała na kamerzystę.

– Co za materiał. – Podała Faith wizytówkę ze swoim numerem telefonu. – Proszę dać znać, gdybym mogła jeszcze jakoś pomóc.

 

* * *

W drodze na posterunek policji Faith spojrzała na mamę i zauważyła, że pogłębiły się zmarszczki na jej twarzy, a włosy bardziej posiwiały. Postarzała się o pięć lat. Dotarło do niej w tej chwili, że mama – kobieta, która codziennie odwoziła ją do szkoły, ocierała jej łzy i plotła warkocze, również cierpiała. Faith wolałabym jechać na komisariat sama. Nie miała siły, by martwić się o innych, a mimo to musiała coś powiedzieć.

– Dziękuję, że ze mną pojechałaś.

– Nie ma sprawy – odparła mama. – Dla ciebie wszystko. Jesteśmy z tatą przy tobie.

– Jak się trzyma tata? Nie powinnaś być z nim?

– Jest silny jak wół, nic mu nie będzie. Chciał, żebym była dziś z tobą.

Faith pokiwała głową, pragnąc, by mama jechała nieco szybciej. Najlepiej z prędkością zbliżoną do dozwolonej. Podrapała się po ręce, po głowie, po czym zabębniła palcami o drzwi, przyglądając się rozmazanym za szybą drzewom i znakom drogowym. Wściekłość nie ustąpiła, kontrastując mocno z miłością, którą odczuwała do mamy. Zamknęła oczy, aż cisza osiadła w aucie jak kurz, co dla mamy nie mogło być łatwe, ponieważ córki były gadułami – osobami, które uwielbiały wypełniać słowami każdy zakamarek. Minuty ciągnęły się niczym godziny, aż w końcu kobiety zjechały z autostrady.

Przeszły przez przeszklone drzwi prowadzące do budynku. Po lewej znajdowało się pomieszczenie z wielką, przesuwaną szybą – dyspozytornia. Po pokonaniu krótkich schodów ujrzały po prawej biurko, a za nim zmęczoną kobietę, która trzymała telefon przy uchu, notując coś skrupulatnie. Dyżurująca funkcjonariuszka dwoiła się i troiła. Jedną ręką przerzucała dokumenty, drugą zapisywała numer na kartce. Kazała rozmówcy czekać, pozostawiając na aparacie migające czerwone światło.

Faith odchrząknęła.

– W czym mogę pomóc? – zapytała policjantka.

– Jestem Faith McMann. Przyjechałyśmy do detektywa Yuhasza.

Widać było, że kobieta je rozpoznała.

– Detektywi Yuhasz i O’Sullivan czekają na panie. Proszę za mną.

Przeprowadzono je obok rzędów boksów do biurka w odległym kącie. Panował tu chaos. Zbierano dane, dzwoniły telefony, wszyscy mówili jednocześnie. Zgodnie z tabliczką na biurku detektyw nazywał się Ryan O’Sullivan. Wstał, wyciągnął rękę do mamy, przywitał się, mówiąc, że miło znów ją widzieć. Mężczyzna był wysoki, szczupły, miał okulary w ciemnych oprawkach i rzadkie, proste włosy. Skierował uwagę na Faith.

– Dobrze widzieć panią na nogach. Proszę przyjąć kondolencje. Jednocześnie pragnę zapewnić, że robimy wszystko, co w naszej mocy, by odnaleźć pani dzieci.

– Dziękuję.

Skinął głową.

– Detektyw Yuhasz niedługo wróci, wtedy będziemy mogli przejść do gabinetu. Jedzie już do nas Elaine Burnett z FBI.

Faith nie wiedziała, że jednocześnie będzie też rozmawiała z agentami, ale nie zamierzała narzekać. Dwóch przedstawicieli policji i FBI w tym samym pomieszczeniu mogło ułatwić sprawę, skoro miała do nich pytania.

– Napiją się panie czegoś? – zapytał.

Odmówiły.

Odsunął z blatu dokumenty usiane samoprzylepnymi karteczkami. Pozostały wysokie stosy akt. Faith nie mogła oderwać wzroku od teczki podpisanej McMann w lewym dolnym rogu. Policjant zaproponował kobietom, by usiadły.

Faith wskazała na folder.

– Mogę spojrzeć?

Cmoknął.

– Przykro mi. Śledztwo w toku. Nie mogę pani udostępnić danych, ale zrobię, co w mojej mocy, aby odpowiedzieć na pytania.

– Chciałabym wiedzieć, czy ktoś z tego wydziału rozmawiał z moimi sąsiadami.

– Tak. Chodziliśmy od drzwi do drzwi i zbieraliśmy zeznania.

– A co z pedofilem mieszkającym na Oakwood, niedaleko mojego domu?

Zanotował coś.

– Jestem pewien, że ktoś mu się przyjrzał, ale wrócę do pani z tą informacją. – Odłożył długopis. – Może poczekajmy na detektywa Yuhasza, abyśmy mogli nadrobić zaległości w śledztwie i przedstawić paniom to, co do tej pory ustaliliśmy.

Drgnęła jej powieka.

– Przeszukaliście dom pana Hawkinsa?

– Pana Hawkinsa?

– Sąsiada z prawej. Cukiernika.

– Kiedy była pani w szpitalu, pani dom pozostawał miejscem przestępstwa. Mogę zapewnić, że przeprowadzono skrupulatne dochodzenie. Zmobilizowano wszystkie dostępne zasoby kadrowe. Przez pierwsze dziesięć dni w pani domu przebywał policjant, na wypadek gdyby wróciły dzieci lub zażądano okupu. Wszystko zostało sprawdzone. Zebrano strażaków i chętnych cywili, którzy pomagali w poszukiwaniach.

– To prawda – wtrąciła się mama. – Przynajmniej kilkunastu funkcjonariuszy pracowało na dwie zmiany podczas pierwszych dziewięćdziesięciu sześciu godzin.

Faith była roztrzęsiona i niespokojna, jakby wypiła zbyt wiele kaw. Pragnęła odpowiedzi i chciała usłyszeć je już teraz. To, że nie była jedną z nich, nie oznaczało, że mogli siedzieć i nic nie robić.

– Czy ktoś sprawdził dom pana Hawkinsa? – powtórzyła.

O’Sullivan pokręcił głową.

– Potrzebowalibyśmy nakazu.

– Okej – odparła, przysuwając się z krzesłem do biurka. – Teraz do czegoś zmierzamy. Załatwmy go.

– Przeszukania nie można przeprowadzić jedynie na podstawie podejrzenia.

Mama ścisnęła lekko rękę córki.

O’Sullivan zerknął przez ramię i wyraźnie mu ulżyło, gdy partner dał znać, że mogą wejść.

– Wygląda na to, że detektyw Yuhasz jest gotowy na spotkanie z paniami.

Poszły za O’Sullivanem do gabinetu. Faith spotkała się z detektywem Yuhaszem w szpitalu i później w domu, ale była nafaszerowana środkami przeciwbólowymi, więc jej wspomnienia były niewyraźne i pomieszane. Nie rozpoznałaby go na ulicy. Miał szeroki uśmiech i roztaczał silną woń wody kolońskiej. Mama go uściskała, wszyscy zachowywali się, jakby byli dobrymi przyjaciółmi.

Krótko przystrzyżone włosy detektywa tworzyły swego rodzaju kolce, a Faith podejrzewała, że palce by zabolały, gdyby ich dotknąć. Przypominałoby to głaskanie jeżozwierza. Był kilka centymetrów niższy niż tata, który miał nieco ponad metr osiemdziesiąt pięć. Jak na swój wiek – a zgadywała, że dobiegał sześćdziesiątki – Yuhasz chyba nie narzekał na formę. Jego mięśnie napinały się pod rękawami eleganckiej koszuli.

Wszyscy zajęli miejsca.

Kiedy O’Sullivan wyciągnął sobie krzesło, do pomieszczenia weszła agentka Burnett – wysoka kobieta o czarnych, ściągniętych w kok włosach. Przedstawiła się, gdy do gabinetu przyniesiono kolejne krzesło.

– Cieszę się, że już pani lepiej – powiedział detektyw Yuhasz do Faith. – Pani rodzice powiedzieli mi w szpitalu, że jest pani wojowniczką, i najwyraźniej mieli rację. – Z szuflady wyjął dyktafon. – Pani siostra mówiła, że wróciły pani wspomnienia z tamtego dnia. Czy to prawda?

– Tak, napłynęły obrazy. Zobaczyłam pewne rzeczy, jak twarze mężczyzn, choć reszta wraca fragmentarycznie. Wszystko wciąż jest nieco zamglone.

Włączył dyktafon i powiedział:

– Będę nagrywał, jeśli pani pozwoli.

– W porządku – odparła.

Odsunął notatnik.

– Po pierwsze, chciałem podziękować za przybycie. – Następnie wymienił dane wszystkich osób znajdujących się w pomieszczeniu. – Wiem, że to niełatwe. Przeżyła pani bardzo traumatyczne chwile, ale musi nam pani opowiedzieć o wszystkim, co pamięta pani z dnia ataku.

Policjanci badali miejsce przestępstwa. Widzieli krew, rozmawiali z sąsiadami i potencjalnymi świadkami. Miała nadzieję, że przyjdzie tu dziś i dowie się, kto jest odpowiedzialny za śmierć Craiga i kto może przetrzymywać jej dzieci.

Odetchnęła, próbując zdusić frustrację. Zachowaj spokój i przestrzegaj zasad, powtarzała sobie.

– Powinnam zacząć od samego początku, od tego, zanim przyjechałam do domu?

Pokiwał głową.

– Okej… Cóż, po dzwonku – zaczęła – dzieci przyszły do mojej klasy i jak codziennie pojechaliśmy do domu. – Urwała, przypominając sobie śpiewające maluchy o uradowanych twarzyczkach i słodkich głosikach. Serce jej się ścisnęło.

– Dobrze się pani czuje? – zapytał Yuhasz. – Potrzebuje pani więcej czasu, nim zaczniemy?

– Nie – odparła. – Wszystko dobrze, eee… Pamiętam, że pomachałam sąsiadce, Beth Tanner. Lara i Hudson siedzieli z tyłu i śpiewali piosenkę, która leciała w radiu. Kiedy wjechałam na podjazd, zauważyłam na nim GMC Craiga. – Silny ból przeszył jej czaszkę. Zacisnęła mocno powieki, aż zniknął, następie otworzyła oczy. – Trawnik nie został skoszony. Planowaliśmy przyjęcie z okazji urodzin syna, a nie powiedziałam mężowi, że na zaproszenie odpowiedziało pozytywnie z pięćdziesiąt osób. – W jej umyśle coś trzasnęło i syknęło, po czym pojawił się obraz. GMC zaparkowane na trawie. Zostawiło ślady opon. Craig nienawidził, gdy ktoś jeździł po trawniku. Zawsze starał się oznaczać jego koniec małymi czerwonymi flagami. – Samochód męża stał pod kątem – palnęła, gdy nadal miała to przed oczami. – Opony znajdowały się na trawie – dodała. – Sprawdziliście podjazd?

Yuhasz zmarszczył brwi.

Mama przysunęła się i powiedziała:

– Lekarz ostrzegał, że wspomnienia mogą wrócić naraz lub fragmentami.

Pokiwał głową.

– Proszę mówić dalej.

Faith zaczęła opisywać ze szczegółami, co się wydarzyło po jej powrocie do domu – krok po kroku, każdy przeklęty drobiazg, który zapamiętała. Jak siedziała w aucie, rozmawiając z siostrą, gdy jej rodzina była wiązana i kneblowana. Jak się zdziwiła, gdy zobaczyła obcego mężczyznę w domu. Jak próbowała uciec. Kiedy skończyła, mama pociągała nosem.

Detektyw Yuhasz podał kobiecie chusteczkę, ale wciąż skupiał wzrok na Faith.

– Nigdy wcześniej nie widziała pani tych mężczyzn?

– Nie. Nigdy.

– Ma pani powód, by wierzyć, że znał ich pani mąż?

– Nie.

– Czy mieliście państwo problemy: małżeńskie, finansowe lub inne?

– Byliśmy szczęśliwi. – Przełknęła ślinę. – Byłam w ciąży, ale mu nie powiedziałam.

– Dlaczego?

– Chciałam zrobić mu niespodziankę. – Nie miała ochoty wyjawiać policjantowi wszystkich powodów, dla których czekała… ponieważ nie mieli zbyt wiele pieniędzy i stwierdziła, że wyczeka na właściwy moment. – Pracujecie nad tą sprawą już przeszło tydzień – powiedziała, nim zadał kolejne pytanie. – Musicie podejrzewać, kto mógł uprowadzić moje dzieci.

– Funkcjonariusze chodzą od drzwi do drzwi, wypytując w pani okolicy, czy ktokolwiek widział coś lub kogoś dziwnego. Rozmawiają z nauczycielami i rodzicami dzieci w szkole, w której pani pracuje. Przeprowadzono badania wariografem członków rodziny i bliskich znajomych.

Faith poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Nie wiedziała o tym. Spojrzała na mamę.

– Jana nie wspominała o wariografie.

– To standardowa procedura – odparł detektyw Yuhasz. – Dobrze, jeśli na samym początku wyeliminujemy bliskich, którzy mogliby mieć coś wspólnego z uprowadzeniem Lary i Hudsona.

– Mogę zadać kilka pytań? – upierała się Faith.

Pokiwał głową.

Zwróciła się do agentki Burnett:

– Musi mieć pani kilka pomysłów w sprawie potencjalnego zabójcy mojego męża i porywaczy. Czy mogłabym zobaczyć listę podejrzanych?

– Nie – odpowiedziała ta bez namysłu. – Nie ujawniamy takich informacji zgodnie z obowiązującym prawem i polityką Departamentu Sprawiedliwości, a także FBI. Służy to również ochronie praw osób, którym nie postawiono zarzutów.

– Zatem macie podejrzanych?

– Nie wolno mi potwierdzić lub zaprzeczyć.

Faith zwróciła się do detektywa Yuhasza.

– Znalazł pan SUV-a mojego męża?

– Jeszcze nie.

– A może jakieś odciski palców lub DNA? – Potarła skroń. – Cokolwiek panowie znaleźli?

– Do tej pory nic, co by do kogoś pasowało.

– Więc jakieś odciski palców macie?

– Ślady stóp.

– A co z motywem? – wtrąciła agentka Burnett.

– Nie jest jednoznaczny. Nieudane włamanie lub coś więcej… – raczej stwierdził, niż zapytał, spoglądając na Faith, jakby uważał, że wie więcej, niż ujawnia. – Czy Craig McMann został porwany i zmuszony, by przyjechać do domu z jakiegoś powodu, czy może było to przypadkowe?

– Miałam nadzieję, że panowie mi to powiedzą – odrzekła Faith. – Czy jestem podejrzana?

– Nie, oczywiście, że nie. Musimy jednak zadać trudne pytania, sprawdzić, czy coś pobudzi pani pamięć.

– Czy w okolicy miały miejsce inne włamania? – dociekała.

Yuhasz pokręcił głową.

– Ginęły rowery, biżuteria… ale takie coś zdarzyło się po raz pierwszy.

Rozległo się pukanie do drzwi. Do pomieszczenia wszedł policjant, wręczył detektywowi Yuhaszowi kartkę i wyszedł. Mężczyzna przeczytał ją i spojrzał na Faith. 

– Napisano tu, że rano zaprosiła pani do domu media.

– To prawda. Zaprosiłam.

– Najwyraźniej to, co powiedziała pani do kamery, wywołało jakiś obłęd. Nasze telefony się urywają.

Złapała mamę za rękę.

– Może ktoś rozpoznał któregoś z mężczyzn z mojego obrazu.

– Detektyw O’Sullivan i ja na bieżąco informujemy opinię publiczną o postępach. Na przyszłość byłbym wdzięczny, gdyby przyszła pani do nas, zanim zdecyduje się pani przeprowadzić jakieś improwizowane wywiady.

Faith się spięła.

– Moje dzieci uprowadzono jedenaście dni temu. Każda mijająca sekunda jest zbędna. Jeśli zależy nam na tym samym, to nie ma żadnego powodu, żebyście sprzeciwiali się moim kontaktom z mediami. – Przysunęła się i zabębniła palcami o biurko. – Do tej pory musieliście coś znaleźć… Podejrzaną osobę lub nawet kilka… Jakieś pomysły, co zaszło tamtego dnia i dlaczego ci ludzie uprowadzili moje dzieci.

Detektyw spojrzał na partnera. Nic nie mogła odczytać z ich twarzy, co tylko spotęgowało jej frustrację.

– Jeśli mamy odnaleźć moje dzieci – dodała – musimy sprawić, aby ludzie o nich nie zapominali.

Detektyw Yuhasz przeciągnął palcami po najeżonej kolcami głowie.

– Proszę pani – wtrącił się O’Sullivan – wiemy, że wiele pani przeszła, ale nie można ot tak wyskakiwać z takimi rzeczami.

Faith spojrzała na niego przez ramię.

– Rozmawiałam z mediami, aby poprosić o pomoc. Z niczym nie wyskoczyłam.

– Pani McMann – zwrócił jej uwagę detektyw Yuhasz, jakby była dzieckiem. – Prosimy panią jedynie o współpracę, abyśmy mogli wykorzystać wszystkie nasze zasoby i wykonać naszą pracę najlepiej, jak potrafimy.

Poczuła się, jakby była w serialu Strefa mroku. Wydawało jej się, że tylko dłubią w nosach, podczas gdy ona walczy o życie.

– Najwyraźniej wasi ludzie są przepracowani i zestresowani – rzuciła, ignorując dłoń matki na swoim przedramieniu. – Dyżurna policjantka uwija się jak w ukropie, odbierając telefony, a ja nie zamierzam siedzieć w domu z założonymi rękami i czekać, aż odnajdziecie moje dzieci. – Ponownie postukała palcem w blat. – Nie odejdę, póki ktoś nie poda mi nazwiska potencjalnego podejrzanego.

Yuhasz otworzył szufladę, sięgnął do środka i podał jej ulotkę.

– Może porozmawia pani z kimś z Narodowego Centrum do spraw Zaginionych i Wykorzystywanych Dzieci? Wydaje mi się, że udzielają porad.

Drzwi się otworzyły i zawołano detektywa, nim zdołała mu powiedzieć, co dokładnie o tym myśli.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Tytuł oryginału: Furious

 

Text copyright © 2016 Theresa Ragan

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo FILIA

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce: © Magdalena Russocka / Trevillion Images

 

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Dorota Wojciechowska

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-434-1

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl