Gliniarz - Marcin Ciszewski; Krzysztof Liedel - ebook

Opis

Do czego może doprowadzić znajomość autora bestsellerów z doświadczonym policjantem, ekspertem do spraw bezpieczeństwa?

Do powstania świetnej biografii łowcy kryminalistów!

Policyjne CV Krzysztofa Liedela pióra Marcina Ciszewskiego. Prawdziwe kryminalne historie, kulisy policyjnej roboty, relacja z wojen mafijnych od lat 90. aż do współczesności.

Świetny klimat najlepszych filmów sensacyjnych, choć nie brakuje zabawnych epizodów rodem z Kilera. Przeczytajcie historię Gliniarza. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




MARCIN CISZEWSKIKRZYSZTOF LIEDEL

Gliniarz

Opowieść policjanta

 

 

© 2018 Marcin Ciszewski

© 2018 WARBOOK Sp. z o.o.

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

 

eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Okładka: Paweł Gierula

 

 

ISBN 978-83-65904-26-3

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Tę opo­wieść de­dy­ku­ję moim Ro­dzi­com – Dan­ce i Staś­ko­wi. Mam na­dzie­ję, że prze­czy­ta­ją ją i po­ki­wa­ją gło­wa­mi z prze­ko­na­niem, że „jed­nak coś do­bre­go z nie­go wy­ro­sło”…

Krzysz­tof Lie­del

Od autorów

Nie każ­de ży­cie to baj­ka, nie każ­da książ­ka to bio­gra­fia. Jed­nak jak w ży­ciu wie­lu osób po­ja­wia­ją się baj­ko­we mo­ty­wy, tak w tej książ­ce w za­sa­dzie wszyst­ko jest z ży­cia wzię­te. Czy­tel­nik nie znaj­dzie tu praw­dzi­wych na­zwisk, dat uro­dze­nia i miejsc za­miesz­ka­nia bo­ha­te­rów. Je­śli jed­nak miał szczę­ście – albo nie­szczę­ście! – po­znać ich oso­bi­ście, nie po­my­li się i roz­po­zna ich bez pu­dła. Roz­po­zna, po­nie­waż wszyst­kie te hi­sto­rie wy­da­rzy­ły się w rze­czy­wi­sto­ści – może nie w tych sa­mych miej­scach, w nie­co in­nym cza­sie i oko­licz­no­ściach, ale praw­da kry­je się w lu­dziach i ich przy­go­dach, a nie w su­chych da­tach i sta­ty­sty­kach.

Opo­wieść o świe­cie no­wej, kształ­tu­ją­cej się po­li­cji, nie­koń­czą­cym się okre­sie przej­ścio­wym, któ­ry w moim wy­pad­ku ob­jął cały okres służ­by w tej for­ma­cji, jest dla mnie waż­na oso­bi­ście. Te hi­sto­rie sta­no­wią część tego, kim je­stem, a lu­dzie, któ­rzy tu zo­sta­li spor­tre­to­wa­ni, byli to­wa­rzy­sza­mi i świad­ka­mi naj­waż­niej­szych chwil mo­je­go ży­cia. Chcia­łem po­ka­zać mło­dość „gór­ną i dur­ną” kum­pli i swo­ją, gra­ni­czą­cą z ar­ty­zmem do­sko­na­łość rze­mio­sła po­li­cyj­ne­go mo­ich mi­strzów i fan­ta­zję prze­ciw­ni­ka. Wśród men­to­rów, przy­ja­ciół, part­ne­rów i współ­pra­cow­ni­ków z po­li­cyj­nych lat chciał­bym wska­zać zwłasz­cza Sta­ni­sła­wa Po­ma­rań­skie­go, An­drze­ja Bo­gu­sza i Da­riu­sza Osu­cha – zwłasz­cza ten ostat­ni był to­wa­rzy­szem więk­szo­ści mo­ich naj­dzik­szych przy­gód. Trud­no się temu dzi­wić – szcze­rze wy­zna­wał za­sa­dę, że aby zła­pać ło­bu­za, trze­ba za nim po­słać in­ne­go ło­bu­za. A my ga­nia­li­śmy wspól­nie za naj­gor­szy­mi ro­dza­ja­mi ło­bu­zów…

Chcia­łem też uświa­do­mić nie­do­wiar­kom i wąt­pią­cym, że służ­ba w po­li­cji nie była wte­dy – i do dziś nie jest – je­dy­nie po­lem dla afer, sen­sa­cji, te­czek i po­li­ty­ki. Dla 99 pro­cent funk­cjo­na­riu­szy to po pierw­sze – mi­sja i ży­cio­wy cel, po dru­gie – wiel­ka przy­go­da, któ­ra zmie­nia całe ży­cie, i po trze­cie – pra­ca za­wo­do­wa, któ­rą, jak więk­szość przed­sta­wi­cie­li in­nych za­wo­dów, sta­ra­ją się wy­ko­ny­wać do­brze.

Krzysz­tof Lie­del

Sza­now­ny Czy­tel­ni­ku,

je­śli trzy­masz tę książ­kę w ręku, być może o mnie sły­sza­łeś. Mam na kon­cie kil­ka­na­ście po­wie­ści, w któ­rych peł­na dra­ma­tycz­nych zwro­tów ak­cja i wy­ra­zi­ści bo­ha­te­ro­wie są głów­ny­mi mo­to­ra­mi zda­rzeń. Jed­nak tym ra­zem mam nie­li­chą tre­mę, wła­ści­wą ra­czej de­biu­tan­tom. Po raz pierw­szy bo­wiem nie wy­my­śli­łem fa­bu­ły do tek­stu, któ­ry sy­gnu­ję na­zwi­skiem. Nie uru­cho­mi­łem wy­obraź­ni, by wy­kre­ować zda­rze­nia, po­sta­ci, re­la­cje po­mię­dzy nimi. Moja wy­obraź­nia nie mia­ła tu nic do ro­bo­ty.

Mo­je­go sza­now­ne­go współ­au­to­ra po­zna­łem przy oka­zji pra­cy nad Upa­łem. Nie­zwy­kle mi wte­dy po­mógł swą wie­dzą i zna­jo­mo­ścią niu­an­sów prak­tycz­nej dzia­łal­no­ści służb spe­cjal­nych. Po­znał mnie z wie­lo­ma fa­scy­nu­ją­cy­mi ludź­mi. Prze­ga­da­li­śmy dzie­siąt­ki go­dzin, czę­ścio­wo na te­ma­ty da­le­ce wy­kra­cza­ją­ce poza fa­bu­łę po­wie­ści. Z tych spo­tkań, nie­ja­ko na­tu­ral­nie, na­ro­dził się po­mysł prze­la­nia na pa­pier choć ma­łej czę­ści zda­rzeń, w któ­rych Krzysz­tof brał udział jako uczest­nik bądź świa­dek.

Me­dia na ogół roz­pi­su­ją się o wiel­kich prze­stęp­stwach, gło­śnych zbrod­niach, gi­gan­tycz­nych de­frau­da­cjach i wiel­ko­miej­skiej po­li­cji, któ­ra pro­wa­dzi efek­tow­ne śledz­twa za po­mo­cą naj­now­szych zdo­by­czy tech­ni­ki, cza­sem koń­cząc spra­wę świet­nie wy­glą­da­ją­cym w te­le­wi­zji he­li­kop­te­ro­wym po­ści­giem za spraw­cą.

Tu, Sza­now­ny Czy­tel­ni­ku, prze­czy­tasz o czymś zu­peł­nie in­nym. Prze­czy­tasz o po­li­cji z wcze­snych lat dzie­więć­dzie­sią­tych, ope­ru­ją­cej prze­waż­nie w ma­łych mia­stach. Na kar­tach książ­ki nie znaj­dziesz wy­ra­fi­no­wa­nej tech­ni­ki i prze­krę­tów na mi­liar­dy. Spo­tkasz za to twar­dzie­li jeż­dżą­cych po­lo­ne­za­mi, pi­szą­cych na ma­szy­nach do pi­sa­nia albo ręcz­nie i strze­la­ją­cych z wiecz­nie za­ci­na­ją­cych się pi­sto­le­tów P-64. Lu­dzi czę­sto spę­ta­nych biu­ro­kra­tycz­ny­mi non­sen­sa­mi i wiecz­ny­mi re­for­ma­mi, ale od­da­nych pra­cy, na swój spo­sób ide­owych. Mam na­dzie­ję, że w cią­gu lek­tu­ry nie za­brak­nie Ci emo­cji: ak­cja goni bo­wiem ak­cję, a pu­en­ty by­wa­ją zgo­ła nie­ocze­ki­wa­ne. Po­li­cjan­ci cza­sa­mi po­no­szą po­raż­ki, prze­stęp­cy na­to­miast czę­sto nie grze­szą nad­mia­rem in­te­li­gen­cji, a nie­kie­dy na­wet zwy­kłym spry­tem. Bywa strasz­nie, ale i nie­od­par­cie śmiesz­nie.

Chciał­bym po­dzię­ko­wać mo­jej żo­nie Kasi, któ­ra w ten pro­jekt wło­ży­ła wię­cej cza­su i cier­pli­wo­ści niż za­zwy­czaj. Osob­ne po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się tak­że Ta­de­uszo­wi Mi­chrow­skie­mu za wy­dat­ną po­moc me­ry­to­rycz­ną i or­ga­ni­za­cyj­ną.

Mar­cin Ci­szew­ski

Prolog

– Sze­fie, jak to Ru­scy, to mają ka­ła­chy, a na ka­ła­cha żad­na ka­mi­zel­ka nie po­mo­że. Tyl­ko nie­wy­god­nie bę­dzie sie­dzieć – po­wie­dział ja­kiś głos. Część ze­bra­nych za­re­cho­ta­ła ner­wo­wo.

– Bez dys­ku­sji! – Na­czel­nik lek­ko się za­ró­żo­wił. – Jak ko­goś zo­ba­czę bez sprzę­tu, wy­la­tu­je z ak­cji. Ro­zu­mie­my się?

Wi­dać było wy­raź­nie, że fa­cet nie ustą­pi. Choć uży­wa­ne wte­dy przez po­li­cję ka­mi­zel­ki były da­le­kie od do­sko­na­ło­ści, nie chcie­li­śmy ry­zy­ko­wać udzia­łu w ak­cji dla ja­kichś głu­pich obiek­cji.

Czte­rech po­li­cjan­tów scho­wa­ło się na tyl­nych sie­dze­niach za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów. Na­stęp­nych dwóch w śmiet­ni­ku. Ko­lej­nych dwóch w sa­mo­cho­dzie za­par­ko­wa­nym kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej, w głę­bi uli­cy. Jogi i ja tuż koło drzwi wej­ścio­wych na klat­kę scho­do­wą. Pię­tro nad nami, przy okien­ku ob­ser­wa­cyj­nym: jesz­cze je­den gli­niarz.

Trzech po­li­cjan­tów w od­wo­dzie.

Czas cią­gnął się jak guma do żu­cia. W koń­cu, parę mi­nut po 1:00, w słu­chaw­ce coś za­chro­bo­ta­ło.

– Je­dzie fi­gu­rant – usły­sza­łem.

Wyj­rza­łem ostroż­nie. W głę­bi ulicz­ki uka­zał się te­re­no­wy mer­ce­des z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi. Po­wo­li zmie­rzał ku par­kin­go­wi. Da­łem znak Jo­gie­mu. Wy­ję­li­śmy broń. Trzask prze­ła­do­wa­nia roz­brzmiał ostro w ci­szy bez­lud­nej klat­ki scho­do­wej.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się. Przez chwi­lę stał z włą­czo­nym sil­ni­kiem, jak­by kie­row­ca oce­niał sy­tu­ację, w ra­zie ja­kie­go­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwa go­tów na­tych­miast od­je­chać. Po chwi­li usły­sza­łem, jak sil­nik prze­sta­je pra­co­wać. Nie­mal jed­no­cze­śnie otwo­rzy­ło się tro­je drzwi auta. Trzech bar­czy­stych, wy­raź­nie wi­docz­nych w świe­tle la­tarń fa­ce­tów sta­nę­ło na chod­ni­ku i ro­zej­rza­ło się uważ­nie.

Od tego mo­men­tu wy­da­rze­nia za­czę­ły się to­czyć z pręd­ko­ścią mię­dzy­na­ro­do­we­go eks­pre­su.

– Stój, po­li­cja! – roz­legł się krzyk gdzieś na lewo od mer­ce­de­sa.

Wy­pa­dłem z klat­ki. Ką­tem oka do­strze­głem ruch, po czym usły­sza­łem huk wy­strza­łu, a pół se­kun­dy póź­niej – to za­dzi­wia­ją­ce, jak pre­cy­zyj­nie umysł po­tra­fi re­je­stro­wać bły­ska­wicz­nie na­stę­pu­ją­ce po so­bie wy­da­rze­nia – od­głos odłu­py­wa­ne­go przez kulę tyn­ku i prze­cią­gły chi­chot ry­ko­sze­tu gdzieś za ple­ca­mi. Nie wi­dzia­łem do­kład­nie, kto strze­lał. Klęk­ną­łem. Zło­ży­łem się, po­cią­gną­łem dwu­krot­nie za spust. Ce­zet­ka sko­czy­ła w ręku, kie­row­ca mer­ce­de­sa za­chwiał się, po czym prze­wró­cił na ple­cy. Pa­dły ko­lej­ne strza­ły. Sły­sza­łem wy­raź­nie świst po­wie­trza nie­bez­piecz­nie bli­sko gło­wy. Moi ko­le­dzy od­po­wie­dzie­li ogniem, po czym, wśród grom­kich okrzy­ków („Stój, po­li­cja!” oraz „Gle­ba!”), ru­szy­li do przo­du.

Sze­ściu lu­dzi do­pa­dło po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów te­re­nów­ki, któ­rzy zo­sta­li bły­ska­wicz­nie rzu­ce­ni na zie­mię i sku­ci kaj­dan­ka­mi.

Pod­nio­słem się i ru­szy­łem w kie­run­ku sa­mo­cho­du.

W tym mo­men­cie ra­nio­ny prze­ze mnie męż­czy­zna ob­ró­cił się na brzuch, w jego ręku coś bły­snę­ło me­ta­licz­nie, roz­legł się huk…

Bólu po­cząt­ko­wo nie czu­łem. Po pro­stu w jed­nej se­kun­dzie szed­łem rów­nym kro­kiem, a w na­stęp­nej – sie­dzia­łem na chod­ni­ku i z nie­do­wie­rza­niem wpa­try­wa­łem się w ro­sną­cą szyb­ko na pra­wym udzie pla­mę krwi.

Mój part­ner w dwóch du­żych su­sach do­sko­czył do na­past­ni­ka, wy­ce­lo­wał mu lufę pro­sto w gło­wę i wy­ce­dził:

– Rusz pal­cem, to za­je­bię.

Tam­ten nie dys­ku­to­wał. Po­wol­nym ru­chem od­rzu­cił broń i splótł dło­nie na kar­ku. Jogi szyb­kim ru­chem skuł mu ręce na ple­cach, igno­ru­jąc okrzyk bólu.

Spró­bo­wa­łem wstać. Pla­ma krwi po­więk­sza­ła się jed­nak tak szyb­ko i w gło­wie za­czę­ło mi się krę­cić tak moc­no, że zre­zy­gno­wa­łem na ra­zie z prób sa­mo­dziel­ne­go dzia­ła­nia. Po­czu­łem ostry, szar­pią­cy ból pro­mie­niu­ją­cy w górę uda.

– Do­sta­łeś? – usły­sza­łem py­ta­nie. Na­wet nie bar­dzo wie­dzia­łem, kto je za­dał. Przed ocza­mi mia­łem gęst­nie­ją­cą z każ­dą chwi­lą mgłę.

– Tak jak­by – mruk­ną­łem. Po­czu­łem sen­ność.

– Ka­ret­ka już je­dzie. Nie od­pły­waj.

Rze­czy­wi­ście, gdzieś w od­da­li usły­sza­łem sy­re­nę. Na­ra­sta­ła i od­da­la­ła się, fa­lo­wa­ła ni­czym wzbu­rzo­ne mo­rze. Po­czu­łem prze­moż­ną chęć snu. Po­ło­żyć się i za­snąć, po­ło­żyć się i za­snąć, po­ło­żyć… ■

Łódź

W cza­sach, kie­dy cho­dzi­łem do li­ceum, pra­wie wszy­scy, któ­rzy umie­li dłu­żej niż przez pięć mi­nut sku­pić wzrok na li­te­rach, czy­ta­li Sien­kie­wi­cza. To chy­ba je­dy­ny obok Ka­ro­la Maya au­tor lek­tur, po któ­re­go ucznio­wie się­ga­li tak­że poza szko­łą. Na­wet na ba­lan­gach ko­le­dzy rzu­ca­li cy­ta­ta­mi z Try­lo­gii. Oczy­wi­ście, pra­wie każ­dy chciał zo­stać Kmi­ci­cem. Nie wiem, jaki wpływ na ich przy­szłość mia­ły książ­ki, któ­re czy­ta­li.

Na moją mia­ły za­sad­ni­czą.

– Za­rę­ba!

Nie do­ga­dy­wa­łem się z na­uczy­cie­la­mi. Spo­ry wy­ni­ka­ły głów­nie z tego, że moje ja­sno spre­cy­zo­wa­ne za­in­te­re­so­wa­nia nie­zbyt współ­gra­ły z ich, rów­nie ja­sno i nie­ste­ty bar­dzo do­bit­nie wy­ra­ża­ny­mi, ocze­ki­wa­nia­mi.

– Za­rę­ba!

Ode­rwa­nie się od do­brej po­wie­ści jest jak wy­bu­dza­nie z transu. Trwa dłuż­szą chwi­lę i jesz­cze przez mo­ment po otwar­ciu oczu nie wiesz, co dzie­je się do­oko­ła.

– Za­rę­ba!

Spoj­rza­łem przed sie­bie. Sztu­kę de­duk­cji opa­no­wa­łem na tyle, by po te­ma­cie na ta­bli­cy wy­wnio­sko­wać, że znaj­do­wa­łem się na lek­cji pol­skie­go. Pio­ru­ny we wście­kłych oczach sto­ją­cej nade mną na­uczy­ciel­ki nie wró­ży­ły ni­cze­go do­bre­go.

– Słu­cham? – spy­ta­łem nie­win­nie, pró­bu­jąc ko­la­nem przy­ci­snąć książ­kę do spodu ław­ki.

– Co ro­bisz?

– …Nic.

– Cze­mu nie od­po­wia­dasz na py­ta­nie?

– Ale ja­kie?

Tego dla po­lo­nist­ki było już za wie­le.

– Wstań!

Wy­ko­na­łem po­le­ce­nie. Do­li­na trwo­gi Co­na­na Doy­le’a spa­dła z trza­skiem na pod­ło­gę. Po­czu­łem, że się czer­wie­nię.

– Co to jest? – Jad są­czą­cy się z tego zda­nia mógł­by uśmier­cić ty­gry­sa, a co do­pie­ro li­ce­ali­stę.

– Książ­ka…? – od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem, ma­jąc jak naj­lep­sze in­ten­cje.

Nie byle jaka książ­ka. Chęć prze­trwa­nia w szko­le i do­czoł­ga­nia się do ostat­niej kla­sy wal­czy­ła we mnie z pra­gnie­niem po­zna­nia dal­szych lo­sów Sher­loc­ka Hol­me­sa.

– Wyjdź. Na ze­bra­niu po­ga­dam z two­im ro­dzi­ca­mi. – Padł wy­rok. Przy­ją­łem go z ulgą. Ze­bra­łem rze­czy do ple­ca­ka i szyb­kim ru­chem wci­sną­łem pod pa­chę Do­li­nę trwo­gi. Przy­go­dy uko­cha­ne­go de­tek­ty­wa skoń­czy­łem czy­tać na ko­ry­ta­rzu. Prze­ży­cia w tym sty­lu przy­da­rza­ły mi się przez całe li­ceum.

Po ma­tu­rze nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, co chcę ro­bić w ży­ciu. W roku 1989, prze­ło­mo­wym okre­sie we współ­cze­snej hi­sto­rii Pol­ski, moż­li­wo­ści zo­sta­nia ofi­ce­rem po­li­cji (wte­dy: mi­li­cji) były dwie. Od­słu­żyć woj­sko, a po­tem iść do pra­cy w MO albo pójść na służ­bę za­stęp­czą do pre­wen­cji, a po pół­to­ra roku zdać do szko­ły ofi­cer­skiej. Wy­bra­łem dru­gi wa­riant.

De­cy­du­jąc się na pre­wen­cję, wy­cho­dzi­łem z za­ło­że­nia, że za­miast mar­no­wać czas, bie­ga­jąc z ka­ra­bi­nem po po­li­go­nie czy sie­dząc w czoł­gu, na­uczę się cze­goś, co jako gli­nia­rzo­wi póź­niej mi się przy­da. Prze­sze­dłem sto­sow­ne ba­da­nia, po czym tra­fi­łem do Ło­dzi, na tak zwa­ną „uni­tar­kę”.

Uli­ca Pie­ni­sta. Będę pa­mię­tał ją do koń­ca ży­cia.

Sza­ry ba­ra­czek war­tow­ni peł­nią­cy rolę biu­ra prze­pu­stek, w głę­bi sza­re jed­no- i dwu­pię­tro­we bu­dyn­ki ko­szar, da­lej sala gim­na­stycz­na, ga­ra­że i warsz­ta­ty, wszyst­ko w ko­lo­rze sza­ro­bu­rym. Po­mię­dzy tym wszyst­kim ob­szer­ny be­to­no­wy plac ape­lo­wy, też, jak się moż­na do­my­ślić, nie­ra­żą­cy oczu nad­mier­nie in­ten­syw­ny­mi bar­wa­mi. Z boku pla­cu park sa­mo­cho­do­wy: ny­ski, po­lo­ne­zy, sta­ry z na­cze­pa­mi oso­bo­wy­mi (tak zwa­ne dys­ko­te­ki), ar­mat­ka wod­na, kil­ka trans­por­te­rów opan­ce­rzo­nych SKOT i BTR.

Miej­sce, w któ­rym mia­łem spę­dzić naj­bliż­szych kil­ka­na­ście mie­się­cy ży­cia, wy­glą­da­ło jak ko­sza­ry woj­sko­we i nie na­pa­wa­ło nad­mier­nym opty­mi­zmem. Rów­nież pierw­szy dzień służ­by odarł mnie z wie­lu złu­dzeń.

Ka­pral o wy­glą­dzie i ma­nie­rach tro­glo­dy­ty ka­zał nowo za­ciąg­nię­tym re­kru­tom usta­wić się w dwu­sze­re­gu, po czym wy­czy­tał kil­ka­na­ście na­zwisk, wśród któ­rych „Za­rę­ba” lśni­ło ni­czym naj­cen­niej­szy klej­not.

– Mi­sie! – ryk­nął. – Sprzą­ta­nie re­jo­nów!

– Ja­kich re­jo­nów? – wy­rwa­ło się ko­muś.

– Mor­da, mi­siu! Jaz­da do ma­ga­zy­nu!

W ma­ga­zy­nie cze­kał na nas ze­staw cuch­ną­cych szmat i stos pięk­nie uło­żo­nych opa­ko­wań pa­sty do pod­łóg. Do­my­śle­nie się, co na­le­ży z nimi zro­bić, nie wy­ma­ga­ło ani wiel­kiej fi­lo­zo­fii, ani spe­cjal­nej de­duk­cji. Ze zre­zy­gno­wa­ny­mi mi­na­mi za­bra­li­śmy się do czysz­cze­nia par­kie­tu.

Pierw­sze ty­go­dnie po­li­cyj­nej uni­tar­ki róż­ni­ło od woj­ska tyl­ko jed­no: ko­lor mun­du­rów. Ostrzy­żo­no nas na krót­ko, po­dzie­lo­no na plu­to­ny, sko­sza­ro­wa­no, nie udzie­la­no prze­pu­stek. I ka­za­no czy­ścić re­jo­ny. Okre­śle­nie „mi­siu” też nie było przy­pad­ko­we i by­naj­mniej nie na­le­ża­ło do piesz­czo­tli­wych. Sta­no­wi­ło ele­ment cze­goś w ro­dza­ju fali. Spro­wa­dza­ła się ona do dość pro­stej re­gu­ły: wo­bec „sta­rych” nie mie­li­śmy żad­nych praw. Nie do­ty­czy­ła ich ko­lej­ka w sto­łów­ce, mo­gli na nas zrzu­cać część obo­wiąz­ków, a je­śli „mło­de­mu” tra­fi­ła się więk­sza por­cja obia­du, za­raz sły­szał: „Mi­siu, wy­mie­nia­my się”.

Co wie­czór szo­ro­wa­li­śmy po­sadz­ki do póź­nej nocy. Jed­ni psio­czy­li, inni pró­bo­wa­li przy­jąć to z hu­mo­rem, a jesz­cze inni w mil­cze­niu zaj­mo­wa­li się swo­im frag­men­tem pod­ło­gi.

Nie tak wy­obra­ża­łem so­bie służ­bę.

Czarny beret

W sto­łów­ce co­dzien­nie wi­dy­wa­li­śmy chło­pa­ków z plu­to­nu spe­cjal­ne­go. Ob­ser­wo­wa­li­śmy ich z nie­ukry­wa­nym po­dzi­wem. Miesz­ka­li na te­re­nie jed­nost­ki, ale ja­da­li osob­no. Sia­da­li przy dłu­gim sto­le, do­sta­wa­li znacz­nie lep­sze je­dze­nie i pra­wie nie utrzy­my­wa­li kon­tak­tów z ludź­mi spo­za swo­je­go od­dzia­łu. Nie wy­glą­da­li jak my, zwy­czaj­nie, ra­czej jak­by ich gdzieś ho­do­wa­no. Wy­so­cy, przy­stoj­ni i wy­spor­to­wa­ni; bił od nich spo­kój, któ­ry do­dat­ko­wo po­tę­go­wał wra­że­nie dzie­lą­ce­go nas dy­stan­su. Róż­ni­li się od nas każ­dym szcze­gó­łem. Mie­li moro z ogrom­ną ilo­ścią kie­sze­ni – jak ko­man­do­si – i spa­do­chro­no­we buty, a nie byle ja­kie, wor­ko­wa­te mun­du­ry. Spa­li w osob­nym blo­ku, w dwu-, a nie dwu­na­sto­oso­bo­wych po­ko­jach. Przy ich Col­tach Astra (któ­re, na­wia­sem mó­wiąc, też nie sta­no­wi­ły szczy­tu mi­li­tar­nej tech­ni­ki) na­sze wie­ko­we P-64 wy­glą­da­ły jak stra­sza­ki z wiej­skiej po­tań­ców­ki. Tre­no­wa­li na strzel­ni­cy, si­łow­ni, ba­se­nie, ska­ka­li ze spa­do­chro­nem…

No i no­si­li jaw­ny do­wód przy­na­leż­no­ści do eli­ty: nie­dba­le prze­krzy­wio­ny czar­ny be­ret.

My na­to­miast cho­dzi­li­śmy na pa­tro­le i szo­ro­wa­li­śmy re­jo­ny.

Rzecz ja­sna, ma­rze­niem więk­szo­ści z nas było do­sta­nie się w sze­re­gi tej eli­tar­nej jed­nost­ki. Kie­dy ogło­szo­no na­bór, zgło­si­ło się sześć­dzie­się­ciu mło­dych. W tym ja. Gru­pa prze­szła sze­reg te­stów: spraw­no­ścio­wych, zdro­wot­nych, od­por­no­ści na stres, strze­lec­kich.

Nie­ste­ty, li­czy­ły się też inne uwa­run­ko­wa­nia.

Po pierw­sze, nie­zbyt chęt­nie bra­li „mło­dych”. Na­le­ża­ło wy­jąt­ko­wo się wy­ka­zać, żeby się zde­cy­do­wa­li. Nie tyl­ko na te­stach. Po dru­gie: same do­bre wy­ni­ki nie prze­są­dza­ły o ni­czym, o ile czło­wiek nie wie­dział, komu na­le­ży po­sta­wić wód­kę. Nie wiem, jak oce­nio­no moje po­zo­sta­łe umie­jęt­no­ści, tej ostat­niej za­bra­kło mi na pew­no.

Ze wszyst­kich mło­dych, któ­rzy się wte­dy zgło­si­li, do plu­to­nu osta­tecz­nie tra­fi­ło dwóch. Nie­ste­ty, nie było mnie po­śród nich. Po opa­no­wa­niu roz­go­ry­cze­nia uzna­łem, że wi­dać taki los mi pi­sa­ny, i po­sta­no­wi­łem skon­cen­tro­wać się na dro­dze do szko­ły ofi­cer­skiej.

Wkrót­ce po­tem re­kru­ci za­czę­li od­by­wać służ­by.

Ter­min ten ozna­czał osiem go­dzin krę­ce­nia się bez sen­su i celu po blo­ko­wi­skach, wśród któ­rych i tak ni­g­dy nic się nie dzia­ło. Cho­dzi­li­śmy pa­ra­mi i pa­ra­mi umie­ra­li­śmy z nu­dów. Nikt nie znaj­do­wał w so­bie ser­ca do ta­kiej pra­cy. W cie­płe dni jesz­cze ja­koś wy­trzy­my­wa­li­śmy, ale kie­dy ro­bi­ło się zim­no, ro­bo­ta wy­sy­sa­ła reszt­ki wi­go­ru na­wet z naj­bar­dziej od­por­nych. Cho­wa­li­śmy się wte­dy po klat­kach scho­do­wych i prze­cze­ki­wa­li­śmy w ten nie­skom­pli­ko­wa­ny spo­sób całą służ­bę, a cza­sem na­wet na­cią­ga­li­śmy na sie­bie płasz­cze i spa­li­śmy. Dla ko­goś po­stron­ne­go wi­dok mu­siał być co naj­mniej szo­ku­ją­cy. Wy­glą­dem za­pew­ne przy­po­mi­na­li­śmy bez­dom­nych.

Chło­pa­ko­wi wy­cho­wa­ne­mu na Sher­loc­ku Hol­me­sie i 07 zgłoś się ro­bi­ło się co­raz bar­dziej mar­kot­no. Li­sta za­wie­dzio­nych na­dziei sta­wa­ła się co­raz dłuż­sza.

Nie bar­dzo po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, co dzia­ło­by się da­lej, gdy­by nie pew­ne zda­rze­nie, ma­ją­ce miej­sce ja­kieś pół roku po roz­po­czę­ciu szko­le­nia re­kruc­kie­go. Mo­no­to­nia dnia co­dzien­ne­go zo­sta­ła mia­no­wi­cie prze­rwa­na przez tak zwa­ne ude­rze­nie ze łba.

Tak.

Mia­łem po­po­łu­dniów­kę – ko­lej­ny nud­ny dzień, któ­ry za­czął się o 14:00, a skoń­czył o 22:00. Za­nim zda­łem sprzęt i uwol­ni­łem się od ostat­nich ry­go­rów for­mal­no­ści, zro­bi­ła się pra­wie 23:00. Czu­łem się jak cho­dzą­ce zwło­ki. Je­dy­ne, o czym wte­dy ma­rzy­łem, to wrzu­ce­nie w sie­bie cze­goś do je­dze­nia i pój­ście spać.

W sto­łów­ce kłę­bi­ło się spo­ro osób. Część chło­pa­ków po pa­tro­lach w mil­cze­niu pa­ła­szo­wa­ła ko­la­cję. Przy sto­le w głę­bi sali sie­dział do­wód­ca plu­to­nu spe­cjal­ne­go ra­zem z kil­ko­ma swo­imi pod­ko­mend­ny­mi.

W ko­lej­ce za mną sta­ło trzech „sta­rych”, w tym je­den ka­pral. Byli za­ję­ci blu­zga­niem i spro­śny­mi żar­ta­mi, więc ja­koś nie przy­szło im do gło­wy, żeby we­pchnąć się przede mnie. Sta­łem spo­koj­nie, nie wa­dząc ni­ko­mu. Do­wlo­kłem się do okien­ka, ode­bra­łem swo­ją por­cję i ru­szy­łem do sto­li­ka. A przy­naj­mniej chcia­łem ru­szyć.

– Ko­niec sza­my – usły­sza­łem do­bie­ga­ją­cy z „wy­daw­ki” głos ku­chen­ne­go. – Cze­ka­cie na nową turę.

Ob­wiesz­cze­nie nie po­win­no „sta­rym” ro­bić więk­szej róż­ni­cy, ża­den z nich nie peł­nił tego dnia służ­by; wszy­scy więk­szość cza­su spę­dzi­li pew­nie na sze­ro­ko po­ję­tej re­kre­acji. Sta­ło się jed­nak ina­czej.

– Z chu­ja chy­ba spa­dłeś! – stwier­dził je­den sen­ten­cjo­nal­nie. W tej sa­mej chwi­li na moje ra­mię spa­dła cięż­ka łapa ka­pra­la.

– Chodź, mi­siu. Po­cze­kasz so­bie, a star­si zje­dzą. Da­waj mi­chę.

W se­kun­dę zna­leź­li się przede mną. Nie wiem, cze­mu im tak za­le­ża­ło. Jed­ną por­cją na trzech i tak by się nie na­je­dli, ale naj­wy­raź­niej górę wzię­ła ry­tu­al­na ko­niecz­ność przy­po­mnie­nia, kto tu rzą­dzi.

Nie mam po­ję­cia, jak za­cho­wał­bym się w nor­mal­ny dzień. Może dał­bym im tę por­cję na od­czep­ne­go i spo­koj­nie za­cze­kał na swo­ją? W koń­cu je­den z nich był ka­pra­lem, a nam od sa­me­go po­cząt­ku wpa­ja­no sza­cu­nek dla star­szych stop­niem. Wte­dy jed­nak wez­bra­ły we mnie tyl­ko wście­kłość i upór. Czu­łem, że po ca­łym dniu bez­sen­sow­ne­go pa­tro­lo­wa­nia ulic mam pra­wo cho­ciaż do tej pie­przo­nej ko­la­cji, któ­rą uczci­wie wy­sta­łem w ko­lej­ce.

– Nie będę na nic cze­kał. Po służ­bie je­stem – po­wie­dzia­łem, jed­no­cze­śnie strą­ca­jąc jego rękę z ra­mie­nia.

Nie dys­ku­to­wa­li. Jesz­cze na­wet nie skoń­czy­łem zda­nia, kie­dy dru­gi z nich tra­fił mnie pla­ska­czem w twarz. Nie od razu za­re­ago­wa­łem. Naj­pierw z pie­ty­zmem odło­ży­łem mi­skę z je­dze­niem, a po­tem się od­wró­ci­łem.

Za­czą­łem od tego, któ­ry mnie ude­rzył.

Szyb­ki wy­krok, strzał czo­łem w nos i fa­cet po­le­ciał do tyłu. Obaj kum­ple sko­czy­li jak na sprę­ży­nie. Ka­pra­la za­trzy­ma­łem so­lid­nym kop­nię­ciem w brzuch, ostat­nie­mu przy­ło­ży­łem so­lid­nym ta­bo­re­tem, któ­ry, sam nie wiem w jaki spo­sób, zna­lazł się w moim ręku. Ka­pral wy­pro­sto­wał się i po­now­nie sko­czył w moim kie­run­ku. Wy­bi­łem się, wy­ko­na­łem pół­ob­rót i moja sto­pa zno­wu tra­fi­ła go nie­co po­ni­żej splo­tu sło­necz­ne­go, tym ra­zem znacz­nie sil­niej niż za pierw­szym ra­zem. Stęk­nął i z roz­ma­chem usiadł na zie­mi. Ten, któ­ry do­stał ta­bo­re­tem, miał naj­wy­raź­niej sta­lo­wą czasz­kę, bo za­bie­rał się do na­stęp­ne­go ata­ku. Zło­ży­łem się i po­sła­łem go na ścia­nę kom­bi­na­cją pro­stych i sier­pów.

Mia­łem se­kun­dę na od­dech przed dru­gą run­dą.

Do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łem, że sto­ję po­środ­ku wiel­kie­go krę­gu zło­żo­ne­go z re­kru­tów i ofi­ce­rów, któ­rzy krzy­ka­mi i kla­ska­niem za­chę­ca­li mnie oraz mo­ich opo­nen­tów do dal­szych wy­sił­ków. Pu­bli­ka chcia­ła krwi (jak każ­da pu­bli­ka na świe­cie). Było w tym coś z po­je­dyn­ku gla­dia­to­rów.

„Sta­rzy” nie pod­da­wa­li się ła­two, ale kie­dy już zy­ska­łem ini­cja­ty­wę, nie da­łem żad­ne­mu z nich otrzą­snąć się na tyle, by mo­gli mi za­gro­zić. Nie po­zwa­la­łem im wstać. Jed­na por­cja je­dze­nia kosz­to­wa­ła ich kil­ka so­lid­nych si­nia­ków.

Ko­niec koń­ców ża­den z nas nie zjadł tego wie­czo­ru ko­la­cji. Zaj­ście prze­rwa­ło bo­wiem wej­ście ofi­ce­ra dy­żur­ne­go i dwóch war­tow­ni­ków.

Kie­dy nas wy­pro­wa­dza­li, do­strze­głem, że tyl­ko czte­ry oso­by nie wsta­ły od swo­je­go sto­łu, żeby ob­ser­wo­wać wal­kę: do­wód­ca plu­to­nu spe­cjal­ne­go i jego lu­dzie. Je­dy­nie oni nie krzy­cze­li. Po pro­stu sie­dzie­li spo­koj­nie, je­dli ko­la­cję i zda­wa­li się w ogó­le nie zwra­cać uwa­gi na to, co się sta­ło.

– Mów­cie, jak było – rzu­cił ofi­cer dy­żur­ny, kie­dy już zna­leź­li­śmy się przed jego biur­kiem.

Nie wy­da­wał się za­afe­ro­wa­ny, ra­czej zmę­czo­ny. Do pół­no­cy zo­sta­ło le­d­wie kil­ka mi­nut.

Py­ta­nie za­dał w prze­strzeń. Nikt nie od­po­wie­dział. Prze­śli­zgnął się wzro­kiem po ca­łej czwór­ce, ale mil­cze­li­śmy na­dal. W koń­cu spoj­rzał mi pro­sto w oczy. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Ta­kie tam… – za­czą­łem, zu­peł­nie bez po­my­słu, co po­wie­dzieć da­lej.

Dy­żur­ny po­krę­cił gło­wą.

– Pi­sać umiesz?

– Ta jest…

Wy­cią­gnął z szu­fla­dy kil­ka dłu­go­pi­sów i kart­ki.

– Ra­port. I wasz in­te­res, żeby szło wam le­piej od ga­da­nia.

Zda­łem so­bie spra­wę, że nie­chcą­cy za­dzia­ła­łem na wła­sną ko­rzyść. „Sta­rzy” nie mie­li cza­su usta­lić wspól­nej wer­sji, więc wszyst­ko, co na­pi­szą, nie bę­dzie praw­do­po­dob­nie trzy­mać się kupy.

Kie­dy skoń­czy­li­śmy, dy­żur­ny ze­brał na­sze no­tat­ki i scho­wał do szu­fla­dy.

– A te­raz spie­przać do łó­żek. I że­bym nie mu­siał już dzi­siaj wy­cho­dzić.

Wy­szli­śmy po­tul­nie. Dziw­nie się czu­łem. My­śli kłę­bi­ły się pod czasz­ką, nie przy­bie­ra­jąc żad­ne­go kon­kret­ne­go kształ­tu. Z jed­nej stro­ny mia­łem nie­złe­go pie­tra. Moż­li­we, że wła­śnie za­prze­pa­ści­łem szan­sę na szko­łę ofi­cer­ską. Ale z dru­giej… je­śli moje ży­cie mia­ło da­lej wy­glą­dać tak jak do tej pory, może nie było cze­go ża­ło­wać?

W pew­nym sen­sie by­łem też dum­ny, że po­ra­dzi­łem so­bie z trze­ma sta­ry­mi wy­ga­mi.

Po wyj­ściu od dy­żur­ne­go po­szli­śmy każ­dy w swo­ją stro­nę. Szyb­ko prze­ko­na­łem się, że wie­ści roz­cho­dzą się z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy, gdy bo­wiem uka­za­łem się w ko­ry­ta­rzu swo­je­go blo­ku, po­wi­ta­ła mnie owa­cja na sto­ją­co. Ko­le­dzy kle­pa­li mnie po ple­cach i ser­decz­nie gra­tu­lo­wa­li. Cu­dow­nym spo­so­bem po­ja­wi­ło się też kil­ka pu­szek ide­al­nie schło­dzo­ne­go piwa.

Tak prze­ży­łem swo­je pięć mi­nut sła­wy w pre­wen­cji.

Na­stęp­ne­go ran­ka obu­dzi­łem się wcze­śniej niż zwy­kle. Spo­ro cza­su zmi­trę­ży­łem w ła­zien­ce, a po­tem jesz­cze dłu­żej wkła­da­łem mun­dur. Ni­g­dzie mi się nie spie­szy­ło. Cze­ka­ła mnie wi­zy­ta u do­wód­cy i mia­łem nie­mal stu­pro­cen­to­wą pew­ność, co od nie­go usły­szę.

Wy­rzu­ce­nie nie tyl­ko prze­kre­śla­ło ma­rze­nia o pra­cy w po­li­cji. Ozna­cza­ło pój­ście na dwa lata do woj­ska. Mój do­tych­cza­so­wy staż w pre­wen­cji nie wli­czał­by się do tej służ­by.

Pod ga­bi­ne­tem do­wód­cy jed­nost­ki ka­za­no mi cze­kać. Usia­dłem grzecz­nie i na­stęp­ne pół go­dzi­ny sie­dzia­łem w pu­stym ko­ry­ta­rzu. Au­dien­cja za­czy­na­ła się od prze­te­sto­wa­na cier­pli­wo­ści in­te­re­san­ta.

Ro­zej­rza­łem się. Ni­g­dzie śla­du „sta­rych”. Dziw­ne. Po­win­ni wa­ro­wać ra­zem ze mną.

Wresz­cie w drzwiach po­ja­wi­ła się se­kre­tar­ka.

– Do­wód­ca pro­si.

Ode­tchną­łem głę­bo­ko i na lek­ko drżą­cych no­gach ru­szy­łem na spo­tka­nie losu.

Przy­wi­ta­ła mnie eki­pa, któ­rą ra­zem wi­dy­wa­łem do­tąd tyl­ko na ofi­cjal­nych uro­czy­sto­ściach. W po­ko­ju sie­dzie­li do­wód­ca, jego za­stęp­ca, do­wód­ca plu­to­nu spe­cjal­ne­go i je­den z ofi­ce­rów ka­dro­wych. Do­wód­ca spoj­rzał na mnie, po czym wes­tchnął.

– Opo­wiedz, jak było.

– Tak jest, pa­nie in­spek­to­rze.

Opo­wie­dzia­łem, ma­jąc peł­ną świa­do­mość, że je­den z nich wi­dział zaj­ście na wła­sne oczy. Ga­da­łem i ga­da­łem, a oni nie spra­wia­li wra­że­nia, jak­by na­praw­dę in­te­re­so­wa­ło ich, co mó­wię. Czę­sto po­spie­sza­li nar­ra­cję. „Co da­lej?”, py­ta­li. Kie­dy skoń­czy­łem, ża­den nie od­niósł się do mo­ich słów, za to do­wód­ca plu­to­nu spe­cjal­ne­go za­czął mi się uważ­nie przy­glą­dać.

– Ja­kieś spor­ty w cy­wi­lu upra­wia­łeś? – spy­tał.

– W nogę tro­chę gra­łem, ale głów­nie sztu­ki wal­ki. Ta­kie ko­pa­ne bar­dziej.

– Jaki styl kon­kret­nie?

– Ta­ekwon­do WTF. Boks też tro­chę.

Uśmiech­nął się pod no­sem.

– A tu po co przy­sze­dłeś? Woj­ska się ba­łeś?

– Nie… Chcia­łem zda­wać do szko­ły ofi­cer­skiej.

– A jak się nie uda?

O tym nie po­my­śla­łem. Ale nie była to też zbyt trud­na za­gad­ka.

– Zo­sta­nę w pre­wen­cji.

Kiw­nął gło­wą. Po­zo­sta­li nie od­zy­wa­li się, co było zgo­ła nie­ty­po­we: fa­cet no­mi­nal­nie nie był prze­cież moim do­wód­cą.

– A do mnie byś nie wo­lał przejść? – za­py­tał bez­na­mięt­nie.

Zro­bi­łem minę tak głu­pią, że aż się za­śmiał. Za po­bi­cie trzech ko­le­gów, w tym jed­ne­go wyż­sze­go stop­niem, spo­dzie­wa­łem się kary, nie na­gro­dy.

– Tak jest! – krzyk­ną­łem, jak­by ak­tu­al­ność pro­po­zy­cji za­le­ża­ła od mo­je­go re­flek­su i siły gło­su.

– Chwi­la, Za­rę­ba. Źle ci u mnie? – ob­ru­szył się lek­ko ko­men­dant.

Za­wa­ha­łem się. Mama uczy­ła mnie, że na­le­ży być uprzej­mym, ale w koń­cu nie uprzej­mość, tyl­ko, moż­na by rzec, bo­le­sna szcze­rość spra­wi­ła, że w ogó­le zna­la­złem się w tym po­ko­ju.

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku!

Zba­ra­niał.

– Słu­cham?

– No bo… nud­no tu, pa­nie puł­kow­ni­ku. Albo szo­ro­wa­nie re­jo­nów, albo włó­cze­nie się po osie­dlach. Tak czy siak, mało się dzie­je.

– A tam?

– A tam może bę­dzie tro­chę ak­cji.

Wie­czo­rem na­le­ża­łem do eli­ty.

Pluton specjalny

Do­pie­ro kie­dy ob­ła­do­wa­ny rze­cza­mi wsze­dłem na blok, a szef kom­pa­nii wska­zał mi lo­kum, zro­zu­mia­łem, jak wiel­ka prze­paść dzie­li­ła plu­ton spe­cjal­ny od zwy­kłej pre­wen­cji. Jak­by po­rów­nać Di­sney­land do we­so­łe­go mia­stecz­ka w Ka­czych Do­łach. Tu­taj wszyst­ko, w co prze­sta­wa­łem już wie­rzyć, wy­da­wa­ło się moż­li­we.

Ma­sze­ru­jąc po­wo­li w stro­nę przy­dzie­lo­nej kwa­te­ry, zer­ka­łem do po­koi. Pra­wie wszyst­kie drzwi były po­otwie­ra­ne. Wi­dzia­łem książ­ki na biur­kach, pla­ka­ty na ścia­nach, na­wet ro­wer­ki sta­cjo­nar­ne, a przede wszyst­kim róż­no­rod­ną, wy­so­kiej kla­sy broń. Le­ża­ła na sto­łach, krze­słach i łóż­kach, przez ni­ko­go nie­pil­no­wa­na.

Tu­taj nie tra­fiał nikt przy­pad­ko­wy. Wszy­scy mie­li do sie­bie za­ufa­nie.

Moim współ­lo­ka­to­rem oka­zał się nie­wy­so­ki fa­ce­cik, nie­na­le­żą­cy do szcze­gól­nie wy­lew­nych. Mi­nę­ło tro­chę cza­su, za­nim go tro­chę po­zna­łem. Oka­za­ło się, że z wy­kształ­ce­nia był fi­lo­zo­fem, skraj­nie zdy­stan­so­wa­nym do świa­ta, i to do tego stop­nia, że róż­ni­ca mię­dzy ży­ciem a śmier­cią wy­da­wa­ła mu się drob­na i nie­istot­na, wręcz nie­war­ta dłuż­szych roz­wa­żań.

Gdy wsze­dłem, spoj­rzał na mnie, po­dał rękę, wy­mie­nia­jąc na­zwi­sko, a po­tem wró­cił do czysz­cze­nia pi­sto­le­tu. Za­nim rzu­ci­łem swo­je ma­nat­ki na łóż­ko, w drzwiach zja­wił się cho­rą­ży.

– Po coś tu pa­miąt­ki tar­gał? – spy­tał, wska­zu­jąc na moje owi­nię­te w koc rze­czy. – Idziesz wszyst­ko zdać, mi­siu.

Co praw­da w jed­no­st­ce spe­cjal­nej ni­g­dy nie spo­tka­łem się z ta­ki­mi prze­ja­wa­mi fali jak w pre­wen­cji, ale tu też by­łem nowy, o czym nikt nie za­mie­rzał dać mi za­po­mnieć. Miś to miś.

– Bierz szpe­je i chodź ze mną – po­wie­dział cho­rą­ży.

Wcią­gną­łem więc to­bół z po­wro­tem na ple­cy.

Pół go­dzi­ny póź­niej by­łem zno­wu w po­ko­ju, ubra­ny w moro plu­to­nu spe­cjal­ne­go. Na sta­no­wią­cym moją fry­zu­rę krót­kim je­ży­ku dum­nie pa­no­szył się czar­ny be­ret.

Współ­lo­ka­tor na­tych­miast spro­wa­dził mnie na zie­mię.

– Na pra­wo no­sze­nia be­re­tu trze­ba za­słu­żyć.

– Mam go w ręku no­sić?

– Pod pa­go­na­mi. Tu czy tam, do cza­su chrztu je­steś tyl­ko mi­siem.

Zro­bi­łem, jak po­wie­dział, sta­ra­jąc się ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Póź­niej oka­za­ło się, że nie­pi­sa­nych praw jest wię­cej, na przy­kład nie wol­no mi iść z gru­pą na po­li­gon czy tre­ning. Mu­sia­ło mi­nąć parę ty­go­dni, za­nim za­czę­li trak­to­wać mnie jak swo­je­go i do­pusz­czać do ćwi­czeń.

Tym­cza­sem po­zo­sta­wa­ło mi… szo­ro­wa­nie re­jo­nów.

Praw­dzi­wym człon­kiem plu­to­nu spe­cjal­ne­go zo­sta­łem po od­da­niu pierw­sze­go sko­ku ze spa­do­chro­nem. Sko­czy­łem, o dzi­wo nie od­czu­wa­jąc spe­cjal­nych emo­cji, a tego sa­me­go dnia wie­czo­rem od­by­ły się chrzci­ny.

Do­wód­ca ze­brał od­dział w świe­tli­cy.

– Za­rę­ba, wy­stąp!

Wy­sze­dłem przed sze­reg. Po­środ­ku cze­ka­ło krze­sło. Wódz usiadł na nim i ka­zał mi wło­żyć gło­wę mię­dzy swo­je nogi. Ry­tu­ał do­syć pry­mi­tyw­ny, ale nikt nie za­mie­rzał dys­ku­to­wać z tra­dy­cja­mi. Z boku sta­ła dę­bo­wa de­ska. Wy­pi­sa­no na niej na­zwi­ska wszyst­kich człon­ków jed­nost­ki.

– Star­szy, ile ba­tów? – spy­tał do­wód­ca.

– Dy­sz­ka.

Za­nim zo­rien­to­wa­łem się, co się dzie­je, na mój ty­łek spadł pierw­szy cios. O ich licz­bie de­cy­do­wa­ło trzech naj­dłu­żej słu­żą­cych w od­dzia­le. Za­sa­da była bo­le­śnie pro­sta: lu­bią ko­goś, ude­rzeń mniej. Je­śli ktoś ich wku­rzał… no cóż, nikt nie przej­mo­wał się gór­nym li­mi­tem.

Dzie­sięć to był duży kre­dyt za­ufa­nia.

– A te­raz pom­puj pięć­dzie­siąt. Za od­dział.

Wy­ko­na­łem po­le­ce­nie z ocho­tą. Czu­łem ro­sną­cą dumę, że za­raz sta­nę się peł­no­praw­nym człon­kiem cze­goś, co po­dzi­wia­łem od po­cząt­ku służ­by.

Gdy lek­ko zdy­sza­ny sko­czy­łem na rów­ne nogi, do­wód­ca wło­żył mi czar­ny be­ret na gło­wę i uści­snął dłoń.

– Wi­ta­my w plu­to­nie – po­wie­dział.

Po­tem było coś na kształt la­ko­nicz­nych i w du­żej mie­rze nie­cen­zu­ral­nych gra­tu­la­cji od star­szych z od­dzia­łu. A póź­niej za­czą­łem uczyć się praw­dzi­wej po­li­cji.

Tre­ning, któ­ry od­by­łem w plu­to­nie spe­cjal­nym, uwa­żam za bar­dzo do­bry, zwłasz­cza bio­rąc pod uwa­gę czas i oko­licz­no­ści, w któ­rych miał miej­sce. W Pol­sce trwa­ły ob­ra­dy Okrą­głe­go Sto­łu, opo­zy­cja do­ga­dy­wa­ła się z daw­ną wła­dzą, a kształt no­wej Rzecz­po­spo­li­tej dla ni­ko­go nie był oczy­wi­sty. My jed­nak funk­cjo­no­wa­li­śmy na po­zio­mie, któ­re­go nie po­wsty­dzi­ły­by się po­dob­ne od­dzia­ły w ów­czes­nej Eu­ro­pie.

Mie­li­śmy do­stęp do róż­nych ro­dza­jów bro­ni, po­cząw­szy od sta­rych P-64, na RAK-ach i ka­ła­chach koń­cząc. Szcze­gó­ło­wo po­zna­wa­li­śmy każ­dy z nich. Za­wiódł mnie tyl­ko bra­zy­lij­ski Colt Astra – ma­rze­nie każ­de­go chło­pa­ka z pre­wen­cji. W ży­ciu nie mia­łem w ręku więk­sze­go szaj­su, choć przy­znać trze­ba, że broń wy­glą­da­ła pięk­nie.

Uczy­li­śmy się strze­lać w róż­ne­go ro­dza­ju sy­tu­acjach bo­jo­wych. W ru­chu, zza osło­ny czy na­wet – się­ga­jąc po wzor­ce z fil­mów ak­cji – z obu rąk.

Ska­ka­li­śmy ze spa­do­chro­nem, ope­ro­wa­li­śmy z trans­por­te­ra opan­ce­rzo­ne­go, łącz­nie z tre­no­wa­niem sko­ków z wozu w cza­sie jaz­dy. Spo­ro ćwi­czy­li­śmy fi­zycz­nie. Ba­sen i si­łow­nia były obo­wiąz­kiem. Do tego do­cho­dzi­ły za­ję­cia z wal­ki wręcz. Pa­mię­tam, jak pod­śmie­wa­łem się w du­chu z po­tęż­nie zbu­do­wa­nych ko­le­gów. Dziś okre­ślo­no by ich mia­nem „kok­sów”. Ba­wi­ło mnie, gdy ję­cze­li po­tę­pień­czo, pró­bu­jąc pod­nieść wy­pro­sto­wa­ną nogę na wy­so­kość bio­dra albo cho­ciaż… ko­la­na. Do­pie­ro póź­niej do­ce­ni­łem ich atu­ty. Ma­jąc ko­goś ta­kie­go, nie po­trze­ba już ta­ra­na do for­so­wa­nia drzwi.

Wie­dzę prak­tycz­ną po­głę­bia­ły szko­le­nia teo­re­tycz­ne. Lek­tu­ra przy­gód Sher­loc­ka Hol­me­sa nie przy­go­to­wa­ła mnie na to, jak wie­le tej wie­dzy trze­ba było wchło­nąć. Za­sa­dy de­duk­cji an­giel­skie­go de­tek­ty­wa były ni­czym przy za­sa­dach uży­cia bro­ni, prze­pi­sach pra­wa, pro­ce­du­rach ope­ra­cyj­nych czy po­zor­nie oczy­wi­stych drob­nost­kach w ro­dza­ju tak­ty­ki wcho­dze­nia do po­miesz­czeń.

Na tre­nin­gach ze­szło kil­ka mie­się­cy.

Ćwi­czy­li­śmy wła­śnie sa­mo­obro­nę. Za­ję­cia na­gle prze­rwa­ło wej­ście do­wód­cy w to­wa­rzy­stwie dwóch nie­zna­nych nam ofi­ce­rów. Kie­dy otwo­rzy­ły się drzwi, a oni rów­nym kro­kiem ru­szy­li przez salę, na­tych­miast roz­le­gły się ci­che szep­ty.

– Ci­sza! – Wódz wy­da­wał się odro­bi­nę po­de­ner­wo­wa­ny. – Ko­niec za­jęć. Do trzy­na­stej chcę wi­dzieć każ­de­go w peł­nej go­to­wo­ści. Mamy ro­bo­tę.

Nie cze­kał na re­ak­cję. Ru­szył z po­wro­tem do wyj­ścia, a je­den z ofi­ce­rów za­czął czy­tać li­stę przy­dzia­łów. Usły­sza­łem swo­je na­zwi­sko i ser­ce za­bi­ło mi moc­niej.

– Bo­isz się, Krzy­siek? – spy­tał mnie Fi­lo­zof, kie­dy wra­ca­li­śmy po rze­czy do po­ko­ju.

– A ty?

Par­sk­nął śmie­chem.

– Kwe­stia po­dej­ścia. Sto­ik nie ma się cze­go bać. – Klep­nął mnie po ple­cach. – Ale mi­siek ow­szem.

– Nie je­stem miś­kiem – ob­ru­szy­łem się.

– Się do­pie­ro oka­że.

Po­noć tyl­ko głu­pi się nie boją, ale na­praw­dę: je­dy­ne, co wte­dy czu­łem, to pod­eks­cy­to­wa­nie. Mia­łem dwa­dzie­ścia lat. Chcia­łem zo­ba­czyć, ile war­te są dzie­siąt­ki go­dzin tre­nin­gów i za­jęć. Łak­ną­łem ak­cji. Rwa­łem się do boju.

Na od­pra­wie do­wie­dzia­łem się, że je­dzie­my do Czar­ne­go. W tam­tej­szym wię­zie­niu wy­buchł bunt z po­wo­du… amne­stii. Brzmi ab­sur­dal­nie, ale wła­śnie amne­stia była za­pal­ni­kiem, któ­ry zde­to­no­wał ła­du­nek. Pro­blem po­le­gał na tym, że nie do­ty­czy­ła wszyst­kich.

– Za­bój­cy i re­cy­dy­wi­ści zro­bi­li strajk – tłu­ma­czył nam do­wód­ca. – Nie spodo­ba­ło im się, że po­li­tycz­ni wy­cho­dzą, a oni nie.

Na­gle wszy­scy, łącz­nie ze zło­dzie­ja­mi ro­we­rów, po­czu­li się więź­nia­mi po­li­tycz­ny­mi za­mknię­ty­mi za pró­bę oba­le­nia ustro­ju.

– Roz­wie­si­li pla­ka­ty. Chcie­li ne­go­cja­cji. A kie­dy to nic nie dało, prze­ję­li obiekt. Wczo­raj we­szła służ­ba wię­zien­na, dwu­stu chło­pa. Do­szło do strze­la­ni­ny, były ofia­ry śmier­tel­ne. Kla­wi­sze zo­sta­li wy­pchnię­ci na ze­wnątrz. Więź­nio­wie za­ba­ry­ka­do­wa­li się w dwóch blo­kach i od ja­kie­goś cza­su oku­pu­ją je.

– Za­kład­ni­cy? – spy­tał je­den z chło­pa­ków.

– Dwóch kla­wi­szy i pie­lę­gniar­ka. Więź­nio­wie wy­nie­śli na dach plan­de­kę z żą­da­nia­mi i za­czy­na się z tego ro­bić duża spra­wa. Cze­ka­my na de­cy­zję góry. Albo wcho­dzi ZOMO, albo wcho­dzi­my my i za­ła­twia­my te­mat pre­cy­zyj­nie. „Chi­rur­gicz­nie”, tak po­wie­dzie­li. Na ra­zie je­ste­ście w go­to­wo­ści.

Kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy, od­wró­ci­łem się w stro­nę Fi­lo­zo­fa.

– Cie­ka­we, cze­go żą­da­ją.

Spoj­rzał na mnie zdzi­wio­ny.

– Kogo to, kur­wa, ob­cho­dzi?

Po­tem na­stą­pił ner­wo­wy okres ocze­ki­wa­nia. Po­li­ty­cy i do­wód­cy dy­wa­go­wa­li. Pol­ska za­czy­na­ła być de­mo­kra­cją, ale poza de­kla­ra­cja­mi nie­wie­le jesz­cze za tym szło. Wła­dza nie chcia­ła dzia­łać jak ko­mu­ni­ści, służ­bom bra­ko­wa­ło na­to­miast ja­kich­kol­wiek no­wych wzor­ców i pro­ce­dur.

Bar­dziej chy­ba dla za­bi­cia nudy niż z re­al­nej po­trze­by za­po­zna­no nas z ak­ta­mi więź­niów. W ogniu wal­ki i tak nie bę­dzie cza­su pa­trzeć, kto jest kim. Prze­glą­da­li­śmy le­ni­wie do­ssier pry­mi­tyw­nych za­ka­pio­rów i w ten spo­sób spę­dzi­li­śmy bli­sko pięć go­dzin.

W koń­cu wła­dze zde­cy­do­wa­ły się po­słać ne­go­cja­to­ra. Na­tu­ral­nie za­wód „ne­go­cja­tor” w PRL-u nie ist­niał, więc do­wód­ca po pro­stu wy­zna­czył jed­ne­go z nas. Po­szedł ten, któ­ry wy­dał nam się naj­spryt­niej­szy, ale praw­dę mó­wiąc, nie spo­dzie­wa­li­śmy się wiel­kie­go suk­ce­su. Nie przy­go­to­wy­wa­no nas do po­dob­nych za­dań.

Ne­go­cja­tor osią­gnął jed­nak nie­li­chy suk­ces, po go­dzi­nie więź­nio­wie wy­pu­ści­li bo­wiem dwóch straż­ni­ków wię­zien­nych, któ­rych wzię­li jako za­kład­ni­ków. Wte­dy za­czę­li­śmy się za­sta­na­wiać, czy do in­ter­wen­cji w ogó­le doj­dzie. Jed­nych cie­szy­ła taka moż­li­wość, in­nych wręcz prze­ciw­nie. Wąt­pli­wo­ści roz­wia­ły się nie­dłu­go.

Jesz­cze z ko­ry­ta­rza sły­sze­li­śmy, jak wódz rzu­ca mię­sem pod ad­re­sem góry. Kie­dy wszedł do po­ko­ju, było ja­sne, że coś tu nie gra. Po­pa­trzył na nas i po­wie­dział tyl­ko:

– Wcho­dzi­my.

Po­pa­trzy­li­śmy po so­bie.

– To chy­ba do­brze, nie?

Nie zwró­cił na nas uwa­gi. Wy­da­wał się zły i zmar­twio­ny.

– Wcho­dzi­my jed­no­cze­śnie do ca­łe­go wię­zie­nia. Re­jon, w któ­ry uder­za­cie, oku­pu­je mniej wię­cej trzy­dzie­stu więź­niów. Z boku ma­cie osło­nę ZOMO, żeby nie po­łą­czy­li się z bun­tow­ni­ka­mi z in­nych czę­ści.

Za­czę­li­śmy się zbie­rać, każ­dy chciał jesz­cze raz spraw­dzić broń i po­pra­wić sprzęt.

– Zo­staw­cie broń.

Z kil­ku­na­stu gar­deł jed­no­cze­śnie wy­rwa­ły się okrzy­ki nie­do­wie­rza­nia.

– Me­dia pod­chwy­ci­ły, że do­szło do strze­la­ni­ny, i góra nie chce, żeby coś ta­kie­go się po­wtó­rzy­ło.

– Zna­czy co?

– Zna­czy, że ma­cie pał­ki i gaz.

Wte­dy wszy­scy zro­zu­mie­li na­gle, dla­cze­go do­wód­ca był tak wście­kły. Nie szli­śmy na szturm ani pa­cy­fi­ka­cję. Góra wy­sy­ła­ła nas na bi­ja­ty­kę ro­dem z wiej­skie­go we­se­la.

Nie poj­mo­wa­łem tego. De­cy­den­tom na­praw­dę zda­wa­ło się, że ktoś po­my­li pró­bę usa­dze­nia kil­ku mor­der­ców i re­cy­dy­wi­stów z ko­pal­nią Wu­jek? Wy­cho­dzi­ło na to, że ich bez­pie­czeń­stwo mia­ło być waż­niej­sze od na­sze­go.

Na­iw­na re­flek­sja gów­nia­rza. Po­li­ty­kom nie­odmien­nie cho­dzi o chro­nie­nie wła­snej dupy.

Przy­dzie­lo­no mnie do dru­ży­ny nu­mer dwa. Było nas dzie­się­ciu i wy­glą­da­li­śmy jak imi­ta­cja rzym­skie­go le­gio­nu. Każ­dy z wiel­ką pla­sti­ko­wą tar­czą, heł­mem z przy­łbi­cą i pał­ką. Tak wy­ekwi­po­wa­ni ru­szy­li­śmy na ak­cję.

Zbli­ża­jąc się do blo­ku wię­zien­ne­go, wie­dzie­li­śmy, że wo­kół po­roz­sta­wia­ni są strzel­cy wy­bo­ro­wi, z cze­go zresz­tą więź­nio­wie rów­nież zda­wa­li so­bie do­sko­na­le spra­wę, tyle że nie­wie­le ich to ob­cho­dzi­ło. Od cza­su do cza­su któ­ryś z nich wy­cho­dził na dach i ma­chał do ka­mer, a nasi snaj­pe­rzy mo­gli so­bie co naj­wy­żej po­pa­trzeć przez lu­ne­ty. O strze­la­niu nie było mowy. Nikt nic nie wie­dział i każ­dy bał się pod­jąć ja­ką­kol­wiek ry­zy­kow­ną de­cy­zję.

We­szli­śmy do bu­dyn­ku.

Blok wy­glą­dał jak po przej­ściu hu­ra­ga­nu. Wszyst­ko, co dało się znisz­czyć, zo­sta­ło zde­mo­lo­wa­ne. W wie­lu miej­scach skru­szo­no na­wet tynk na ścia­nach. Jego ka­wał­ki le­ża­ły na pod­ło­dze wśród pa­pie­rów, po­wy­ry­wa­nych musz­li klo­ze­to­wych, resz­tek ubrań, na­czyń i me­bli. Cały ten baj­zel chrzę­ścił pod sto­pa­mi.

Przez pierw­szych kil­ka­dzie­siąt me­trów nikt nie zwró­cił na nas uwa­gi. Przed nami znaj­do­wa­ła się kra­ta, któ­rą mu­sie­li­śmy roz­pi­ło­wać. Da­lej zbu­do­wa­no ba­ry­ka­dę z szaf. Do­pie­ro po sfor­so­wa­niu tego wszyst­kie­go cze­ka­ła nas wal­ka wręcz.

Ką­tem oka zo­ba­czy­łem, jak gło­wa jed­ne­go z mo­ich ko­le­gów od­ska­ku­je, a on sam za­ta­cza się do tyłu. Spoj­rza­łem przed sie­bie i za­sło­ni­łem tar­czą gło­wę. Więź­nio­wie za­rzu­ci­li nas gra­dem wszel­kich moż­li­wych po­ci­sków, ja­kie mie­li pod ręką.

Gdy tyl­ko sfor­so­wa­li­śmy kra­tę, na­tych­miast rzu­ci­ło się w na­szym kie­run­ku kil­ku ska­za­nych.

– Nie strze­laj­cie! Pod­da­je­my się.

Pa­dli na ko­la­na, uno­sząc ręce w górę. „To ko­niec?”, po­my­śla­łem. Prze­stra­szy­li się sztur­mu i pod­da­li, tak po pro­stu? Oto cała ak­cja?

Otrzeź­wie­niem był le­cą­cy w moją stro­nę sto­łek. Pod­da­ło się tyl­ko kil­ku fa­ce­tów, któ­rzy praw­do­po­dob­nie na­wet nie chcie­li brać udzia­łu w bun­cie. Ode­sła­li­śmy ich na tyły, po czym ru­szy­li­śmy for­so­wać ba­ry­ka­dę z me­bli.

Gru­pa dwu­dzie­stu więź­niów ze­rwa­ła się do wście­kłe­go bie­gu.

Za­czę­ła się młóc­ka. Młóc­ka i cha­os.

Myli się ten, kto są­dzi, że w ta­kich wa­run­kach kor­don po­li­cji wy­trzy­mu­je ude­rze­nie i w spo­sób zdy­scy­pli­no­wa­ny po­stę­pu­je na­przód. Tak nie było. Nie wte­dy. W ruch po­szły pię­ści, pał­ki, nogi, nogi od krze­seł i wszel­kie moż­li­we przy­rzą­dy na­da­ją­ce się do zro­bie­nia bliź­nie­mu krzyw­dy. Oni rzu­ca­li w nas, a my w nich. Ko­pa­li­śmy się. Ude­rza­li­śmy. Nikt nie zwa­żał na rany, zła­ma­nia i krew.

Na­gle sta­nął przede mną wy­so­ki drab o twa­rzy po­kry­tej bli­zna­mi. Za­mach­ną­łem się pał­ką. On, nie cze­ka­jąc na cios, wsko­czył na tar­czę – po­czu­łem, że w mo­jej ręce coś chrup­nę­ło i na­gle za­czął pro­mie­nio­wać z niej co­raz sil­niej­szy ból. Fa­cet był wście­kły, a w swo­jej wście­kło­ści po­twor­nie sil­ny. Szarp­ną­łem utwar­dzo­nym pla­sti­kiem, ale nie mo­głem go strą­cić. Ru­szy­łem do przo­du, po czym gwał­tow­nie zro­bi­łem krok w tył. Tkwił jak wiel­ki kleszcz.

Opu­ści­łem nie­co tar­czę i ude­rzy­łem go czo­łem w twarz. Mia­łem na so­bie po­li­cyj­ny hełm z przy­łbi­cą, więc ude­rze­nie mu­sia­ło zro­bić na nim wra­że­nie. Osu­nął się z tar­czy na zie­mię ni­czym mar­twa mu­cha star­ta z szy­by sa­mo­cho­du, a ja prze­sta­łem co­kol­wiek wi­dzieć, po­nie­waż plek­si­gla­so­wa szy­ba przy­łbi­cy za­la­na była krwią.

Prze­tar­łem szy­bę rę­ka­wi­cą.

Zo­ba­czy­łem cha­os. Wo­kół la­ta­ły krze­sła i sto­ły; wszyst­ko, co dało się pod­nieść albo wy­rwać ze ścia­ny, le­cia­ło w na­szym kie­run­ku. Mimo to szli­śmy na­przód. Bez bro­ni pal­nej, je­dy­nie z tar­cza­mi i pał­ka­mi na­prze­ciw ko­tłu­ją­cej się ludz­kiej masy. Zra­nio­na ręka bo­la­ła mnie co­raz bar­dziej. Tar­cza opa­da­ła. Spa­zmy bólu roz­le­wa­ły się po ca­łym ra­mie­niu za każ­dym ra­zem, gdy choć­by naj­mniej­szy przed­miot od­bił się od tar­czy.

Za­ci­sną­łem zęby i ru­szy­łem przed sie­bie.

Zda­łem so­bie spra­wę, że nikt już nad tym nie pa­nu­je. Nie było mowy o tak­ty­ce czy ko­or­dy­na­cji dzia­łań. Kie­dy nasz szyk za­czął się rwać, na­stą­pił mo­ment kry­tycz­ny. Kil­ka naj­bliż­szych se­kund mia­ło za­de­cy­do­wać o tym, czy więź­nio­wie wy­pchną nas na ze­wnątrz, czy się zła­mią. Obie stro­ny wal­czy­ły reszt­ką sił.

Pro­stym kop­nię­ciem po­trak­to­wa­łem zbli­ża­ją­ce­go się w moją stro­nę więź­nia, a po­tem po­pra­wi­łem pał­ką przez twarz. Fa­cet upadł. Rzu­ci­łem go do tyłu, gdzie za­opie­ko­wa­li się nim ko­le­dzy z dru­gie­go sze­re­gu.

W koń­cu prze­ła­ma­li­śmy zor­ga­ni­zo­wa­ny opór. Wy­star­czy­ło roz­bić gru­pę na tyle, aby­śmy byli w sta­nie wy­ła­wiać więź­niów po­je­dyn­czo. Przy­ku­wa­li­śmy ich kaj­dan­ka­mi do spe­cjal­nych pro­wad­nic przy pa­sie i – już nie­groź­nych – zo­sta­wia­li­śmy na zie­mi. Każ­dy ko­lej­ny „odło­wio­ny” spra­wiał, że opór więź­niów słabł.

Po­tem do ak­cji wkro­czy­ło ZOMO i po­za­mia­ta­ło pro­test do koń­ca.

Gdy sła­nia­jąc się na no­gach, wy­szli­śmy na ze­wnątrz, spy­ta­łem któ­re­goś z po­li­cjan­tów o go­dzi­nę. Zda­wa­ło mi się, że spę­dzi­li­śmy w środ­ku pół dnia. W rze­czy­wi­sto­ści nie mi­nę­ły dwa kwa­dran­se.

Mie­li­śmy trzech ran­nych, do któ­rych – pe­cho­wo – na­le­ża­łem tak­że ja. Oka­za­ło się, że ręka jest zwich­nię­ta i cze­ka­ją mnie trzy ty­go­dnie cho­dze­nia z tem­bla­kiem.

Pod­czas po­wro­tu do jed­nost­ki pra­wie nie roz­ma­wia­li­śmy. Czas na ra­dość z pierw­szej ak­cji przy­szedł do­pie­ro póź­niej. Na ra­zie by­li­śmy zbyt zmę­cze­ni. Stres zwią­za­ny z kil­ko­ma go­dzi­na­mi po­zo­sta­wa­nia w go­to­wo­ści, sztur­mem i wal­ką wręcz miał do­pie­ro ob­jąć nas w po­sia­da­nie. Na ra­zie wszyst­kim chcia­ło się spać.

Jesz­cze przez kil­ka ty­go­dni po ak­cji w Czar­nem wier­ci­łem się przed za­śnię­ciem – kła­dąc się, szu­ka­łem po­zy­cji, w któ­rej nie bo­la­ła­by mnie ręka – ale pierw­szej nocy po tam­tym dniu, moim de­biu­cie, spa­łem jak za­bi­ty.

Był gru­dzień 1989 roku. Mia­łem dwa­dzie­ścia lat i była to moja pierw­sza ak­cja. Ale nie tyl­ko moja. To była pierw­sza po­waż­na ak­cja służb po­li­cyj­nych III RP. ■

Pionki

Nad­szedł dłu­go ocze­ki­wa­ny mo­ment – skoń­czy­łem od­ra­biać służ­bę woj­sko­wą. Nie­ste­ty, do­bie­gła rów­nież koń­ca moja przy­go­da z plu­to­nem spe­cjal­nym. Po­że­gna­łem się ser­decz­nie z ko­le­ga­mi, z któ­ry­mi prze­ży­łem kil­ka wspól­nych ak­cji oraz parę ty­się­cy go­dzin spę­dzo­nych na tre­nin­gach i z któ­ry­mi łą­czy­ło mnie coś wię­cej niż zwy­kłe ko­le­żeń­stwo. Wkrót­ce po­tem zo­sta­łem przy­ję­ty na za­ocz­ny kurs w szko­le ofi­cer­skiej oraz otrzy­ma­łem pierw­szy w ży­ciu przy­dział służ­bo­wy w praw­dzi­wej po­li­cji. Taki żół­to­dziób może tra­fić bar­dzo róż­nie; ja już na po­cząt­ku mia­łem spo­ro szczę­ścia. Wy­lą­do­wa­łem co praw­da w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści Pion­ki nie­opo­dal Ra­do­mia, ale za to od razu w sek­cji kry­mi­nal­nej ko­mi­sa­ria­tu po­li­cji. By­łem dum­ny: zna­la­złem się w tak zwa­nej Je­dyn­ce, co ozna­cza­ło, że będę zaj­mo­wał się za­bój­stwa­mi i roz­bo­ja­mi i ła­pał naj­gor­szych ban­dzio­rów.

Ko­mi­sa­riat mie­ścił się w dwu­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy wo­ła­ją­cej o re­mont, jed­nak we­wnątrz nie było naj­go­rzej. Sek­cja kry­mi­nal­na mia­ła dla sie­bie całe pierw­sze pię­tro, w po­ko­jach sie­dzia­ło prze­waż­nie po dwóch po­li­cjan­tów i choć ume­blo­wa­nie nie tyl­ko pa­mię­ta­ło lep­sze cza­sy, ale rów­nież sta­no­wi­ło ko­lo­ro­wą i zdro­wo zu­ży­tą zbie­ra­ni­nę, wa­run­ki do pra­cy były, jak się szyb­ko prze­ko­na­łem, zno­śne.

Pierw­sze­go dnia pra­cy, pięk­nie wy­my­ty, wy­pra­so­wa­ny w kant i za­ru­mie­nio­ny z emo­cji za­mel­do­wa­łem się u ko­men­dan­ta. Ko­men­dant, nie­co oty­ły i roz­mem­ła­ny je­go­mość po czter­dzie­st­ce, spoj­rzał na mnie wzro­kiem, któ­ry mó­wił, że jego wła­ści­ciel nie bar­dzo wie, z kim ma do czy­nie­nia. Przed­sta­wi­łem się grzecz­nie. Ko­men­dant ski­nął gło­wą, jak­by mu się coś przy­po­mnia­ło, wy­mam­ro­tał swo­ją funk­cję i na­zwi­sko, po czym we­zwał do sie­bie kie­row­ni­ka sek­cji kry­mi­nal­nej.

Kie­row­nik ów był jesz­cze bar­dziej la­ko­nicz­ny od swe­go sze­fa: po pro­stu ski­nął gło­wą i ka­zał iść za sobą, roz­ta­cza­jąc wo­kół aurę pro­fe­sjo­na­li­zmu i mo­nar­szej nie­mal wła­dzy. W ga­bi­ne­cie wy­gło­sił parę okrą­głych for­mu­łek na te­mat lo­jal­no­ści, ko­niecz­no­ści za­an­ga­żo­wa­nia w pra­cę, ucze­nia się od star­szych. Mó­wił ta­kim to­nem, jak­by go to po­twor­nie nu­dzi­ło. Po kil­ku mi­nu­tach mo­no­ton­ne­go wy­kła­du po­in­for­mo­wał mnie, że zo­sta­ję przy­dzie­lo­ny do aspi­ran­ta Cy­pry­now­skie­go.

W ten spo­sób, jesz­cze o tym nie wie­dząc, tra­fi­łem pod skrzy­dła le­gen­dy.

Cyprynowski

Aspi­rant Sta­ni­sław Cy­pry­now­ski oka­zał…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej