George i niezniszczalny kod - Lucy Hawking, Stephen Hawking - ebook + książka

George i niezniszczalny kod ebook

Lucy Hawking, Stephen Hawking

4,7
36,00 zł

lub
Opis

George i Annie wyruszają w kosmiczną podróż, aby ocalić Wszechświat

Na świecie zaczynają się dziać naprawdę dziwne rzeczy. Banki rozdają pieniądze, sklepy nie mogą pobierać opłat za swoje produkty i ludzie mają jedzenie za darmo, a samoloty nie chcą latać. Wygląda na to, że ktoś włamał sie do wszystkich największych i najlepszych komputerów świata.

Aby dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi, George i jego najlepsza przyjaciółka Annie muszą wybrać się w kosmos dużo dalej niż kiedykolwiek wcześniej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 215

Oceny
4,7 (18 ocen)
14
2
2
0
0

Popularność




Najnowsze odkrycia naukowe!

Najnowsze odkrycia naukowe!

Czytając tę historię, natkniecie się na kilka wspaniałych esejów i informacji o charakterze naukowym. Pomogą one ożywić tematy, o których tu przeczytacie. Zostały napisane przez znakomitych naukowców:

Mój robot, twoje roboty Prof. Peter W. McOwan Uniwersytet Królowej Marii w Londynie

Historia życia Prof. Michael J. Reiss Instytut Edukacji, Uniwersytet w Londynie

Komputery kwantowe Dr Raymond Laflamme dyrektor Instytutu Informatyki Kwantowej, Uniwersytet w Waterloo

Podstawy życia Dr Toby Blench chemik doświadczalny

Drukowanie w 3D Dr Tim Prestidge Totempole Consulting

Życie we Wszechświecie Prof. Stephen Hawking dyrektor Instytutu Kosmologii Teoretycznej, Uniwersytet w Cambridge

Ze specjalnymi podziękowaniami za dodatkowe materiały dla dr. Stuarta Rankina, High Performance Computing Service, Uniwersytet w Cambridge

Rozdział pierwszy

Na innej planecie domek na drzewie byłby idealnym miejscem do obserwowania kosmosu. Choćby na takiej, na której nie ma rodziców. Domek zainstalowany w połowie pnia ogromnej jabłoni, rosnącej pośrodku grządki warzywnej, znajdował się na tyle wysoko i był ustawiony pod takim kątem, że George mógłby przesiadywać w nim całe noce i wpatrywać się w gwiazdy. Niestety, jego mama i tata mieli co do tego inne zdanie, musiał więc wykonywać w domu różne obowiązki: odrabiać lekcje, sypiać w łóżku, jeść kolację i spędzać wspólny czas ze swoimi młodszymi siostrami, bliźniaczkami — mimo że żadna z tych rzeczy w ogóle go nie interesowała.

Wszystko, czego pragnął George, to sfotografować Saturna. Przynajmniej jedno malutkie zdjęcie jego ulubionej planety — imponującego giganta zbudowanego z zamarzniętego gazu, z pięknymi lodowymi pierścieniami, które wypełniał kosmiczny pył. Jednak o tej porze roku, gdy słońce zachodziło bardzo późno, Saturn pojawiał się na niebie dopiero około północy. George zaś musiał chodzić do łóżka bardzo wcześnie i nie mógł nawet marzyć, aby rodzice pozwolili mu zostać w domku na drzewie aż do tej godziny.

Siedząc z nogami przewieszonymi przez brzeg platformy domku, George zaczął ze smutkiem obliczać, ile godzin i dni musi jeszcze upłynąć, zanim będzie wystarczająco dorosły, aby się uwolnić…

— Hejka! — Drobna osóbka w workowatych szortach-bojówkach za kolana, bluzie z kapturem i czapeczce bejsbolowej wskoczyła na platformę i przerwała rozmyślania chłopca.

— Siemka! — George natychmiast się rozpogodził. — Annie?

Annie była jego najlepszą przyjaciółką od czasu, gdy kilka lat temu wraz ze swoimi rodzicami przeprowadziła się do Foxbridge. Mieszkała w domu obok, ale nie był to jedyny powód, dla którego się kolegowali. George zwyczajnie ją lubił: Annie, córka naukowca, była zabawna, mądra, dzielna i fajna. Nigdy się nie wahała, nie przepuściła też żadnej okazji do przygody, testowała każdą teorię i rozważała wszelkie hipotezy.

— Co porabiasz? — spytała.

— Nic — mruknął George. — Czekam.

— Na co?

— Aż coś się wydarzy — odparł żałośnie.

— Ja też. Myślisz, że Wszechświat o nas zapomniał, bo nie wolno nam już odbywać podróży pozaziemskich?

Chłopiec westchnął.

— Czy kiedykolwiek uda nam się jeszcze polecieć w kosmos?

— Nie w tej chwili. Może nasz zasób przygód już się wyczerpał i teraz, kiedy mamy po jedenaście lat, powinniśmy być przez cały czas poważni?

George wstał, a drewniane deski lekko się zachwiały pod jego stopami. Był jednak pewien, że domek na drzewie jest bezpieczny i ryzyko tego, iż oboje spadną na twardą ziemię pod jabłonią, jest minimalne. Zbudował ten domek z tatą, Terence’em, z materiałów znalezionych na miejscowym składowisku odpadów. Kiedy konstruowali tę część domu, na której siedział teraz z Annie, tata przypadkowo przebił nogą spróchniałą deskę. Na szczęście nie przeleciał przez dziurę, ale George musiał użyć wszystkich swoich sił, żeby go wyciągnąć. Przez cały ten czas jego młodsze siostry, bliźniaczki Junona i Hera, krztusiły się ze śmiechu.

Z tego drobnego wypadku wynikło tyle dobrego, że domek na drzewie został uznany przez rodziców George’a za zbyt niebezpieczny dla bliźniaczek i zabroniono im się wspinać do niego po drabince sznurowej. Chłopiec był z tego powodu bardzo szczęśliwy, bo oznaczało to, że domek stał się tylko jego królestwem, wolnym od zamętu panującego w rodzinnym gnieździe. Rodzice kazali mu zawsze wciągać drabinkę na górę, co miało uniemożliwić wspinaczkę małym istotkom, nader chętnym, by się przyłączyć do ukochanego brata. George bardzo pilnował bezpieczeństwa i nigdy nie zostawiał spuszczonej drabinki, co oznaczało…

— Hej! — Nagle zdał sobie sprawę, że Annie nie powinna zjawić się tutaj ot tak po prostu, znikąd. — Jak się tu dostałaś?

Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko.

— Kiedy byłam dzieckiem, ugryzł mnie pająk… — zaczęła dramatycznym tonem. — Dzięki temu zyskałam nadzwyczajną, magiczną moc, którą dopiero teraz zaczynam w pełni rozumieć.

George wskazał zaciśniętą wokół najgrubszej gałęzi linę, którą właśnie zauważył.

— To twoje dzieło?

— Owszem — przyznała Annie normalnym głosem. — Chciałam po prostu sprawdzić, czy mi się uda.

— Spuściłbym dla ciebie drabinkę — oznajmił.

— Kiedy ostatnio cię o to poprosiłam, kazałeś mi odgadnąć miliardy różnych haseł i w dodatku musiałam ci oddać połowę swojego kit kata — odparła oskarżycielsko Annie.

— To wcale nie był kit kat! — sprostował chłopiec — tylko kawałek „czekolady” — zaakcentował cudzysłów palcami — którą usiłowałaś stworzyć w warunkach laboratoryjnych. Zawinęłaś go w papierek po kit kacie, żeby sprawdzić, czy będę w stanie poczuć różnicę.

— Skoro mysz może sobie wyhodować ucho na grzbiecie, to dlaczego ja nie miałabym wyhodować kit kata? — oburzyła się dziewczynka. — Stworzenie samopowielających się cząsteczek czekolady, które nieustannie podwajają swoją objętość, na pewno jest możliwe.

Annie była zagorzałą młodą chemiczką i często używała kuchni jako osobistego laboratorium, co doprowadzało jej mamę, Susan, do szaleństwa. Kobieta sięgała na przykład do lodówki po sok jabłkowy, lecz zamiast niego znajdowała produkt złożony z krystalicznego białka.

— Tak przy okazji, twój kit kat smakował jak dinozaurzy pa… — zaczął George.

— Wcale nie! — przerwała mu Annie. — Wyhodowana przeze mnie czekolada była przepyszna. Nie mam pojęcia, o czym mówisz. A poza tym kiedy to niby próbowałeś żuć dinozaurzy paluch?

— Paznokieć — dokończył George. — Ta czekolada była naprawdę obrzydliwa. Jak skamielina sprzed tryliona lat.

— Ha, ha, ha, bardzo śmieszne — odparła sarkastycznie Annie. — Bo ty niby jesteś taki wy-kwitny.

— Nie masz pojęcia, co to jest wykwintność — odciął się George.

— Właśnie, że tak.

— No to mi wytłumacz. — Chłopiec był pewien, że akurat tę część dyskusji udało mu się wygrać.

— Bo teraz jest maj, wszystko kwitnie — wyjaśniła Annie. — Więc ty też jesteś wy-kwitny. — Wytrzymała do końca zdania, zanim wybuchnęła śmiechem. Śmiała się tak bardzo, że spadła z poduchy, na której siedziała.

— Idiotka z ciebie — skomentował dobrodusznie George.

— Z ilorazem inteligencji równym sto pięćdziesiąt dwa. — Annie podniosła się z podłogi. Tydzień wcześniej przeszła testy IQ1 i nie zamierzała pozwolić, żeby ktokolwiek zapomniał o jej wynikach. Nagle dostrzegła stertę rzeczy należących do George’a.

— Co to wszystko ma znaczyć?

— Szykuję się. — Chłopiec wskazał ręką sprzęt odebrany z małych siostrzanych rączek i ściągnięty w bezpieczne miejsce w domku na drzewie. Znajdował się tu sześćdziesięciomilimetrowy biały teleskop z czarnymi paskami po bokach oraz aparat fotograficzny, który George usiłował przymocować do teleskopu, aby można było robić zdjęcia.

Teleskop podarowała mu w prezencie Mabel, jego babcia, natomiast aparat został znaleziony na składowisku odpadów.

— Chcę sfotografować Saturna, kiedy zrobi się ciemno. Pod warunkiem, że moi nudni rodzice nie każą mi wracać do domu. To mój projekt szkolny.

— Super! — Annie przytknęła oko do wizjera teleskopu. — Fuj! — natychmiast wykrzyknęła. — Jest ubabrany czymś klejącym!

— O nie! — zawołał chłopiec i przyjrzał się teleskopowi uważniej. Faktycznie, obwódka wizjera była wysmarowana jakąś lepką, różową substancją.

— Dosyć tego! — Nagle wezbrała w nim złość. Rzucił się do drabinki sznurowej, by zejść na dół.

— Dokąd idziesz? — Annie ruszyła za nim. — To nic takiego. Przecież możemy to wyczyścić!

Ale George parł do przodu. Czerwony na twarzy pobiegł do domu i wpadł do kuchni. Jego tata właśnie usiłował nakłonić Junonę i Herę do zjedzenia kolacji.

— I jedna za tatusia! — powiedział do Hery. Dziewczynka otworzyła usta i wzięła do buzi zieloną papkę, lecz natychmiast wypluła ją na Terence’a. Potem zapiszczała z radości i zaczęła szaleńczo walić łyżką o tackę przymocowaną do jej wysokiego krzesełka, a wszystkie inne stojące na niej rzeczy podskakiwały niczym kukurydza prażona na patelni. Junona, która zazwyczaj naśladowała swoją bliźniaczą siostrę we wszystkim, przyłączyła się do zabawy, uderzając w tackę łyżką i głośno puszczając bąble ustami.

Terence odwrócił się, żeby spojrzeć na George’a. Na jego twarzy malowała się mieszanina cierpienia i radości, a zielona papka ściekała mu z brody na własnoręcznie uszytą koszulę.

George nabrał powietrza w płuca i już miał rozpocząć gniewną tyradę o małych ludziach, którzy niszczą rzeczy należące do innych, lecz Annie zdążyła w porę przecisnąć się obok niego i stanąć z przodu.

— Dzień dobry, panie G! — zaszczebiotała radośnie do Terence’a. — Cześć, maleństwa!

Dziewczynki zaczęły jeszcze energiczniej walić łyżkami i gulgotać, radośnie witając taką odmianę podczas kolacji.

— Chciałam tylko zapytać, czy George mógłby pójść ze mną do mojego domu?! — trajkotała dalej Annie. Wyciągnęła rękę i połaskotała Herę pod delikatnym, lepkim od jedzenia podbródkiem, co wywołało u małej niepowstrzymany chichot.

— A co z moim teleskopem? — wymamrotał za jej plecami rozeźlony George.

— Załatwimy to — odparła Annie stanowczo, przyciszonym głosem. — Jesteś szczęściarzem, że masz młodsze rodzeństwo — zagruchała, spoglądając na bliźniaczki. — Chciałabym mieć takie słodziutkie, małe siostrzyczki. Ja jestem jedynaczką… Sama, samiuteńka… — Skrzywiła się, przesadnie demonstrując smutek.

— Phi! — George z rozkoszą zamieszkałby w jej cichym, naukowym, pełnym nowoczesnych urządzeń domu, z uczonym ojcem i coraz bardziej skupioną na karierze matką. Nie było tam małych dzieci, hałasu, organicznych warzyw i bałaganu; no, może poza chwilami, kiedy Annie przeprowadzała w kuchni kolejne, coraz bardziej interesujące doświadczenia.

— Emm… tak, możesz iść do Annie, ale pamiętaj, żebyś wrócił na czas, aby wypełnić swoje obowiązki. — Terence usiłował sprawiać wrażenie kogoś, kto ma wszystko pod kontrolą.

— Fantastycznie! — wykrzyknęła z entuzjazmem Annie i wypchnęła George’a za drzwi.

Chłopiec wiedział, że kiedy Annie jest w tak apodyktycznym nastroju, musi się jej podporządkować. Poszedł więc za nią. I nie było to wcale takie trudne, bo jak mógłby usiedzieć w domu, w złym humorze, skoro miał w perspektywie odwiedziny u swojej przyjaciółki.

— Do widzenia, panie G, pa, maluchy! — wykrzyknęła dziewczynka, gdy razem wybiegali. — Bawcie się dobrze!

— George, pamiętaj, że musisz wypełnić swój grafik nagród, kiedy będziesz wykonywał cotygodniowe obowiązki! — zawołał słabym głosem Terence, spoglądając na znikającą mu z oczu sylwetkę najstarszego dziecka. — Zostały ci jeszcze trzy piąte diagramu kołowego!

Ale jego syna już nie było. Annie porwała go do ekscytującej Krainy Sąsiedztwa — domu pełnego najnowszych wynalazków technicznych, naukowego, elektronicznego i w oczach chłopca po prostu fantastycznego.

Skrót od ang. Intelligence Quotient — iloraz inteligencji (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

Rozdział drugi

Przedostali się na teren Annie przez dziurę w płocie oddzielającym ogrody przy obu domach. Zrobił ją Freddy — wieprzek (kolejny podarunek od pomysłowej babci George’a), kiedy dzielnie próbował wydostać się na wolność i opuścić posiadłość Greenbych. Idąc po śladach raciczek, George poznał tamtego popołudnia Annie oraz jej rodzinę: Erica, jej tatę, świetnego badacza i fachowca, oraz Susan, jej mamę, która była muzykiem. Wtedy też po raz pierwszy zetknął się z superkomputerem Kosmosem, który był tak potężny i inteligentny, że potrafił stworzyć w powietrzu drzwi prowadzące do każdej części Wszechświata, jaką tylko człowiek chciałby odwiedzić (oczywiście pod warunkiem, że miał na sobie skafander kosmiczny). Od tamtego czasu George surfował na komecie, spacerował po powierzchni Marsa i zmierzył się z podstępnym naukowcem w odległym układzie gwiezdnym. Można by powiedzieć, że jego życie przestało być ciche i spokojne.

— Hej! — rzuciła Annie w biegu. — Nie powinieneś być taki wredny wobec swoich sióstr.

— Słucham? — George już dawno przestał myśleć o bliźniaczkach. — O czym ty mówisz? Wcale nie byłem wredny!

— Tylko dlatego, że cię powstrzymałam — oznajmiła dziewczynka oskarżycielskim tonem. — Chciałeś powiedzieć coś naprawdę podłego.

— Byłem wściekły! — odparł oburzony George. — Nie powinny dotykać moich rzeczy ani wchodzić do domku na drzewie!

— Masz szczęście, że w ogóle masz jakieś rodzeństwo — rzekła Annie. — Ja nie mam nic.

— Właśnie, że masz! — wybuchnął chłopiec. — Masz tyle rzeczy! Na przykład Kosmosa. Masz, praktycznie rzecz biorąc, całe laboratorium tylko dla siebie, masz Xboxa, laptopa, iPoda i iPada… i jeszcze inne iCosie. Masz tego mechanicznego psa, hulajnogę elektryczną… Sam nie wiem… masz po prostu wszystko.

— To nie to samo co prawdziwy brat lub siostra — wyszeptała Annie.

— Założę się, że gdybyś miała rodzeństwo, nawet dwójkę, wcale byś go nie chciała. Ich… — dodał George z powątpiewaniem.

Para przyjaciół wbiegła przez tylne wejście do kuchni.

— Hurra! — Dziewczynka rzuciła się ślizgiem do ogromnej lodówki i sięgnęła do klamki.

Nawet lodówka Bellisów nie wyglądała jak zwykłe urządzenie kuchenne, lecz bardziej jak coś, co można zobaczyć w laboratoriach: była masywna, wykonana ze stali, miała głębokie szuflady i przegrody, żeby można było trzymać różne rzeczy oddzielnie. Oczywiście była to profesjonalna maszyna, tak bardzo różniąca się od normalnej lodówki, jak statek kosmiczny od papierowego samolociku. To jedna z tych rzeczy, które George uwielbiał w domu Annie: pełnym zaskakujących przedmiotów i naukowych niezwykłości; Eric je kupił, znalazł lub otrzymał w trakcie swojej wieloletniej kariery. Chłopiec z zazdrością spoglądał na lodówkę emanującą jakąś dziwaczną niebieską poświatą. Najbardziej zaawansowany technicznie przedmiot w całym jego domu miał pewnie mniej mocy przerobowej niż lodówka Annie.

George właśnie rozmyślał nad tym przygnębiającym faktem, kiedy nagle zdał sobie sprawę z odgłosów dochodzących z dużego pokoju.

— Annie! George! — Eric wetknął głowę przez drzwi kuchenne. Uśmiechał się, a jego oczy połyskiwały za grubymi szkłami okularów. Miał poluzowany krawat i podwinięte rękawy koszuli.

— Przyszedłem po dolewkę — wyjaśnił, po czym wziął do ręki zakurzoną starą butelkę i wyciągnął z niej korek z głośnym mlaśnięciem.

Nalał do kieliszków gęstej brązowej cieczy, by zaraz się odwrócić z zamiarem powrotu do swojego gabinetu.

— Chodźcie ze mną i przywitajcie się z moim gościem. — Jego twarz rozciągnęła się w szerokim uśmiechu. — Myślę, że ma coś, co mogłoby was zainteresować.

Dzieci natychmiast zapomniały o swojej chwilowej kłótni i ruszyły za Erikiem do jego gabinetu, wypełnionego stertami książek sięgającymi sufitu. Był to duży, piękny pokój, pełen interesujących przedmiotów, takich jak stary teleskop z brązu. Najnowocześniejsze urządzenia techniczne, które rządziły w pozostałej części domu, tutaj nie były tak wszechobecne. Pomieszczenie wydawało się miłe i wygodne, a nie zimne i futurystyczne. Na miękkiej sofie, pamiętającej jeszcze studenckie lata Erica, siedziała starsza pani.

— Annie, George, poznajcie Beryl Wilde — powiedział Eric, wręczając kobiecie kieliszek wiśniówki.

Beryl przyjęła trunek z wdzięcznością i natychmiast zaczęła go siorbać.

— Jak się macie! — Pomachała do dzieci dłonią uzbrojoną w kieliszek.

— Beryl jest jednym z najlepszych matematyków naszych czasów — oznajmił Eric z powagą.

Kobieta wybuchnęła śmiechem.

— Och, nie bądź głuptasem!

— Ale to prawda! — upierał się Eric. — Gdyby nie jej matematyczny geniusz, zginęłyby miliony ludzi.

— Jakich ludzi? — zainteresował się George.

Tymczasem Annie wyciągnęła swój telefon komórkowy i zaczęła wyszukiwać Beryl Wilde w Wikipedii.

— Jak się pisze pani nazwisko? — spytała.

— Nie znajdziesz mnie tam. — Beryl domyśliła się, co próbuje zrobić dziewczynka. Błękitne oczy staruszki błysnęły łobuzersko. — Muszę absolutnie przestrzegać ustawy o tajemnicy państwowej i nawet po tylu latach nie ma o mnie ani jednej wzmianki.

Eric wskazał dłonią urządzenie znajdujące się na stoliku kawowym przed sofą. Wyglądało jak staroświecka maszyna do pisania.

— To… — zaczął dramatycznie — jest Enigma. Jedna z tych, których używano podczas drugiej wojny światowej do kodowania wiadomości. Jej konstruktorom chodziło o to, aby przesyłane informacje były bezpiecznie i aby nikt, kto by je przechwycił, nie dał rady ich odszyfrować. Beryl należała do grupy matematyków, którzy rozwiązali tajemnicę Enigmy. Dzięki temu wojna skończyła się dużo wcześniej, niż mogła, i pochłonęła znacznie mniej ofiar.

— O rany! — Annie spojrzała na staruszkę znad telefonu. — A więc potrafiła pani przeczytać zaszyfrowane wiadomości, a inni nie mieli pojęcia, że pani wie, co zamierzają? To tak, jakby ktoś miał teraz dostęp do wszystkich moich e-maili… Tyle że ja oczywiście nie prowadzę z nikim wojny — dodała. — Oczywiście z wyjątkiem Karli Pinchnose, która kazała wszystkim się ze mnie naśmiewać, gdy napisałam coś z błędem na interaktywnej tablicy…

— Dokładnie tak — kiwnęła głową Beryl. — Mogliśmy przechwytywać wiadomości i je deszyfrować, więc było wiadomo, co planują nasi wrogowie. Dawało nam to ogromną przewagę.

— Rany gościa! — wykrzyknęła Annie. — Szacunek! — I z powrotem zajęła się telefonem.

— Czy to prawdziwa Enigma? Serio? — George wpatrywał się w maszynę z zazdrością, bo w domu Bellisów znalazł się kolejny niezwykły przedmiot. Po raz milionowy żałował, że nie urodził się w tej rodzinie zamiast w swojej.

— Owszem. — Beryl uśmiechnęła się do niego. — I chcę ją dać Ericowi. W prezencie.

Tata Annie stłumił okrzyk. Najwyraźniej nie miał pojęcia o zamiarach starszej pani.

— Nie możesz tego zrobić! — zawołał.

— Właśnie, że mogę! — odparła stanowczo Beryl. — To dla twojego wydziału matematyki na uniwersytecie. Jesteś idealnym kandydatem z twoją pracą nad komputerami kwantowymi. I naprawdę nie wyobrażam sobie lepszego domu dla mojej Enigmy.

— Co to jest komputer kwantowy? — zaciekawił się George. Była to dla niego nowość, i to bardzo ekscytująca. Ostatnimi czasy Eric był dość skryty i tajemniczy i chłopiec nie mógł z niego wydobyć nic poza ogólnikowymi odpowiedziami, kiedy chciał się dowiedzieć, nad czym obecnie pracuje wielki naukowiec.

Teraz jednak Eric sprawiał wrażenie chętniejszego do rozmowy.

— To kolejna fala zmian — odparł. — Mieliśmy już cyfrową rewolucję informacyjną, a teraz stoimy przed rewolucją kwantową. Gdyby udało się nam zbudować komputer kwantowy i w pełni go kontrolować, co w tej chwili wydaje się szczególnie trudne, za jego pomocą bylibyśmy w stanie robić rzeczy niewyobrażalne przy obecnej technice komputerowej.

— Na przykład co?

— Mając do dyspozycji komputer kwantowy, moglibyśmy złamać każdy szyfr. Nie ma takiego systemu zabezpieczeń na Ziemi, z którym nie poradziłaby sobie taka maszyna! — oznajmił radośnie Eric. — Zrobilibyśmy wiele niesamowitych rzeczy w dziedzinie analizy danych, w medycynie, fizyce, inżynierii i matematyce. Byłby to kolejny wielki krok do przodu.

— Ale co to ma wspólnego z Enigmą?

— Enigma jest pierwowzorem najprzeróżniejszych, ekscytujących wynalazków, które pojawiły się później — wyjaśniła Beryl. — No i oczywiście było to prawdziwe, istniejące i działające urządzenie, podczas gdy komputer kwantowy jeszcze nie istnieje ani nie działa.

— Tak, ha, ha, ha — przyłączył się Eric. — Moja praca w tej chwili zmierza do wykrycia błędu kwantowego…

— Twój ojciec, Annie — przerwała mu kobieta — jest chyba jedyną osobą na Ziemi, która potrafiłaby używać komputera kwantowego… Oczywiście gdyby taki został wynaleziony.

Eric sprawiał wrażenie mile połechtanego.

— Wykrycie błędu kwantowego po prostu pozwoliłoby nam się upewnić, że kiedy wreszcie uda się stworzyć działający komputer kwantowy, będziemy umieli go kontrolować. Choć w tej chwili jeszcze na to nie wygląda! Z Enigmą nie było tego problemu.

— Czy moglibyśmy z niej skorzystać? Na przykład wysyłać sobie z Annie zakodowane wiadomości? — spytał George.

— Enigma nie potrafi wysyłać wiadomości. — Beryl dopiła swoją wiśniówkę. — To urządzenie służy do szyfrowania i deszyfracji, ale wiadomość trzeba przesłać inną drogą. Podczas wojny zaszyfrowane wiadomości nadawano przez radio w postaci kodu Morse’a. W dzisiejszych czasach mamy technologię, która zapewnia wszystko: szyfrowanie miliardów wiadomości w ciągu jednej sekundy i przesyłanie ich do dowolnego punktu na Ziemi za pośrednictwem kabli lub fal radiowych. Następnie te wiadomości są odszyfrowywane przez inne komputery. Każdy e-mail, każde wywołanie strony internetowej, każde polecenie w oprogramowaniu komputera jest zakodowaną informacją i choć niektóre z tych kodów powinny być zrozumiałe dla wszystkich (inaczej Internet sprawiałby nam niemałe problemy), to z całą pewnością wolelibyście, aby przynajmniej część informacji pozostała nie do odczytania. Kiedy na przykład kupujecie skarpetki w Internecie, nie chcielibyście, aby jakiś złodziejaszek odszyfrował dane z waszych kart kredytowych i ukradł wam pieniądze. Pomyślcie tylko o komputerach na całym świecie, które kontrolują wszystko: elektryczność, transport, obronę kraju, a to tylko trzy przykłady. Komputery używają enkrypcji, żeby powstrzymać złych ludzi przed włamaniem się do ich systemów. Gdybyście potrafili złamać taki szyfr komputerowy, zdobylibyście władzę nad całym światem.

— Lepiej nie poddawaj im żadnych pomysłów — powiedział Eric, udając surowość. — Nie chcę skończyć z wyrokiem ekstradycji tylko za to, że ta dwójka wlazła w jakiś supertajny program rządowy i wkurzyła nieodpowiednie osoby.

— Och, to dopiero byłaby zabawa! — wykrzyknęła Beryl. — Mam ogromną nadzieję, że im się uda!

George spojrzał na Annie. Pomyślał, że Beryl ma tak wiele wspaniałych opowieści do przekazania.

— Widzę, że próbujesz wywrzeć pozytywny wpływ na dzieci — zauważył Eric sarkastycznie. — Dobra, uciekajcie stąd oboje, zanim Beryl wciągnie was w szeregi wydziału tajnych służb dla juniorów.

— Tatku… — jęknęła Annie, nagle zainteresowana na tyle, żeby się oderwać od telefonu — przecież ja bardzo chcę być tajną agentką! To taka jakby moja największa ambicja życiowa! Możemy zostać tutaj z wami?

— Tylko mi tu nie tatkuj — zaprotestował Eric stanowczo. — Idźcie i zróbcie coś, co nie ściągnie pod moje drzwi MI51. Nie jestem Jamesem Bondem, tylko profesorem fizyki, i nie chcę, żebyście mylili te dwa pojęcia.

— Spójrz, Annie, na dworze jest już ciemno! — George wyjrzał za okno. — Może wrócimy do mojego domku na drzewie i zrobimy zdjęcie Saturna?

— Doskonały pomysł — zgodził się Eric. — Nawet wy nie możecie narobić sobie kłopotów, fotografując odległą planetę.

Beryl zachichotała.

— Ale błagam, spróbujcie. — Puściła oczko do dwójki dzieci. — Życie jest dużo zabawniejsze, kiedy od czasu do czasu wpada się w jakieś tarapaty. Dzięki temu staje się bardziej interesujące.

— Idźcie już, dzieci! — nakazał Eric, teraz już naprawdę rozdrażniony.

Ang. Military Intelligence 5 — brytyjska Służba Bezpieczeństwa. [wróć]

Rozdział trzeci

Annie i George posłusznie wyszli z dużego pokoju i gdy tylko dotarli do kuchni, rzucili się do biegu.

— Kto ostatni do domku na drzewie, ten… — wykrzyknęli zgodnym chórem.

— Zepsuty banan! — dokończyła Annie.

— Śmierdzące jajo! — wrzasnął George, kiedy oboje wpadli już do ogrodu. Próbowali spychać się nawzajem z drogi i każde starało się znaleźć przy dziurze w płocie przed tym drugim.

Do jabłoni udało im się dotrzeć jednocześnie. Annie chwyciła drabinkę, a George zaczął wchodzić po linie z węzłami, jak marynarz wspinający się na burtę dużego okrętu.

W domku wylądowali dokładnie w tym samym momencie, z okrzykiem meta! Drzewo chwiało się na wszystkie strony, jakby miotane burzowym wichrem, więc chwycili się siebie nawzajem, żeby nie spaść z platformy do ciemnego ogrodu.

— Raju! — wykrzyknęła Annie, kiedy domek się w końcu ustabilizował.

— O kurczę! — George poczuł się winny. — Wychodząc stąd, nie wciągnęliśmy drabinki na górę.

— Czy twój teleskop jest cały? — spytała Annie.

Chłopiec miał taką nadzieję! Z kieszeni wyciągnął małą latarkę. Teleskop nadal stał bezpiecznie na swoim miejscu, z aparatem fotograficznym obok, czekając na swoją godzinę chwały w dokumentowaniu nocnego nieba. George wyjął chusteczkę i delikatnie wytarł wizjer, by usunąć klejący się brud.

— Jak te bliźniaczki w ogóle się tutaj dostały? — zdziwiła się Annie. — Umieją się wspinać po drabince sznurowej?

— One potrafią wleźć wszędzie — odparł George ponuro. — Nic się przed nimi nie uchroni.

— Ach, są takie słodkie… — Dziewczynka się uśmiechnęła. — Wiem, że tak naprawdę bardzo je kochasz.

George nie odpowiedział. Był w tym momencie zajęty próbami uchwycenia Saturna w teleskopie, żeby zdjęcie tej wspaniałej planety z pierścieniami wyszło idealnie. Podniósł wzrok ku niebu, spojrzał na gwiazdy gołym okiem i pomyślał, że to przepiękny widok. Chłopiec był niezwykle zafascynowany kosmosem — tym, co się znajduje poza krańcem atmosfery.

Kochał nawet samo słowo kosmos. Nieskończona przestrzeń Wszechświata, ogromna ponad wszelkie wyobrażenie i pełna dziwacznych, fascynujących zjawisk: planet, czarnych dziur, gwiazd neutronowych… lista nie miała końca. ,,Wszechświat jest niesamowity — pomyślał. — A ja chcę go pojąć do końca. Chcę sięgać poza granice ludzkiej wiedzy i możliwości zrozumienia, dopóki się nie dowiem wszystkiego, co tylko możliwe, o naszym niezwykłym kosmicznym domu”.

— Masz zamiar w końcu zrobić to zdjęcie? — Głos Annie przerwał jego rozważania.

— Zaraz spróbuję — odparł. — Mam nadzieję, że nie ma dziś zbyt dużego odblasku.

Małe uniwersyteckie miasteczko Foxbridge potrafiło wyprodukować tak dużo światła, że nocne niebo tuż nad horyzontem było pomarańczowe, a nie czarne. Jednak George nacisnął migawkę w aparacie fotograficznym, używając teleskopu, aby zebrać więcej światła, niż potrafiło ludzkie oko. Dzięki temu aparat mógł utrwalić widok planet Układu Słonecznego, które znajdowały się w odległości milionów kilometrów.

— Daj popatrzeć. — Annie chwyciła aparat. — Zobaczmy to twoje piękne zdjęcie… — Otworzyła ostatni plik na karcie pamięci. — Och! — wykrzyknęła zaskoczona.

— Co? Nie zadziałało? — zaniepokoił się George.

— No cóż, zdjęcie z całą pewnością zostało zrobione, ale…

George sięgnął po aparat i spojrzał na fotografię.

— To w ogóle nie jest Saturn — powiedział. — Wygląda, jak… Sam nie wiem, co by to mogło być…

— Może to jakiś statek kosmiczny — dokończyła za niego Annie. — Ale nie żaden z tych, które widzieliśmy wcześniej. — Spojrzała w nocne niebo przez teleskop. — Nic nad nami nie widzę.

— Ja też nie. — Tym razem to George zajrzał w okular teleskopu. — Cokolwiek to było, teraz już zniknęło.

— To strasznie dziwne — uznała Annie. — Naprawdę. Na zdjęciu wygląda to tak jak lewitująca kosmiczna oponka, a kiedy spojrzy się w niebo przez teleskop, niczego nie widać. Oczywiście poza gwiazdami i całą resztą… Ale one od początku tam były.

— Totalnie odjechane — zgodził się chłopiec, manipulując zoomem, żeby powiększyć zdjęcie na małym wyświetlaczu aparatu. Dostrzegł niewyraźne znaki z boku tajemniczego obiektu. — Tutaj jest jakiś napis: JAM.

— JAM? Co to znaczy? Jednoetapowa Amerykańska Misja? Jajogłowy Android Militarny? Jadalny Arsenał Mechaniczny…?

— Nie wiem — odparł George. — O niczym takim nie słyszałem. — Jako gorący wielbiciel kosmosu za punkt honoru stawiał sobie znajomość wszystkich misji przebywających aktualnie na niskiej orbicie Ziemi, lecz nie była to żadna z nich. — Może to jakiś tajny statek kosmiczny?

— Albo Obcy? — zasugerowała podekscytowana Annie.

— Najprawdopodobniej to jakiś satelita meteorologiczny. — George był odrobinę większym realistą.

— Trochę za duży jak na satelitę, tego jestem pewna! Myślę, że to UFO.

— Ale co UFO miałoby tu robić? — zaczął się zastanawiać George. — Czego by chcieli Obcy od Fox-bridge?

Gdy tylko wypowiedział te słowa, w głowie pojawiła mu się odpowiedź — i nawet w mdłym świetle dostrzegł nagłe zdenerwowanie Annie. Znał jej największą obawę, że coś strasznego stanie się jej tacie. Eric był niesłychanie ważnym naukowcem i uczestniczył w tylu supertajnych projektach, że w przeszłości brali go na cel różni ludzie, którzy chcieli zniszczyć jego dokonania albo się dowiedzieć, nad czym właśnie pracuje.

— Jestem pewien, że to nie ma nic wspólnego z twoim tatą! — Chłopiec próbował uspokoić Annie, choć sam czuł dziwne łaskotanie w żołądku, jakby przeczucie, że wkrótce wydarzy się coś niesłychanie ekscytującego. — To pewnie jakiś naukowy pojazd kosmiczny, który robi pomiary w atmosferze. Po prostu wygląda jak UFO. Założę się, że z bliska jest całkiem zwyczajny. — Jednak mówiąc te słowa, czuł już w głębi duszy nadzieję, że się myli i że ten obiekt wcale nie jest zwyczajny.

— Jasne, jasne. — Jego przyjaciółka nie wyglądała na całkiem przekonaną, niemniej trochę się uspokoiła. Potarła adidasem o drugi but. — Myślisz, że tata jest teraz bezpieczny?

— Oczywiście! — odrzekł George stanowczo, choć wcale nie był pewien, czy to prawda. — Jest najważniejszym naukowcem w całym kraju. Na pewno wciąż go pilnują. A ty przestań się o niego zamartwiać! Nie sądzę, żeby cokolwiek się wydarzyło podczas ferii w Fox-bridge. Tylko nudni rodzice, projekty szkolne i takie tam. To wszystko.

— Mam nadzieję, że się nie mylisz — mruknęła Annie, wpatrując się w niebo w poszukiwaniu oznak powracającego UFO. Nadal nie zachowywała się tak jak dobrze znana George’owi, żywiołowa osóbka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki