Gdzie diabeł nie może, tam trupa pośle - Iwona Banach - ebook + książka

Gdzie diabeł nie może, tam trupa pośle ebook

Iwona Banach

3,9

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejna część bestsellerowej Serii z trupem

Regina odkrywa, że w jej telewizorze zamieszkał szatan. Ponieważ obawia się, że mogła zwariować, wzywa na pomoc Emilię Gałązkę – swoją dobrą znajomą, a przy okazji specjalistkę od końców świata.

W tym czasie Paweł, obiecujący młody dziennikarz, zostaje poturbowany i uwięziony w ciemnej piwnicy. Na szczęście pomoc nadchodzi w porę, ale okazuje się, że chłopak spędził noc z… trupem. Denat to znany wszystkim w okolicy kurier.

Zaangażowani w śledztwo Mikołaj i Magda szybko orientują się, że zamordowany kurier miał na sumieniu o wiele więcej niż tylko notoryczne gubienie przesyłek.

Czy morderstwa dokonano w akcie zemsty za utraconą paczkę?

Czy Emilia poradzi sobie z diabelskimi mocami?

I co ma z tym wszystkim wspólnego jamniczka Luna?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (157 ocen)
60
43
35
17
2
Sortuj według:
mamczysko

Nie oderwiesz się od lektury

dobrze się bawiłam czytając ją
00
Katjusza1a7

Nie oderwiesz się od lektury

lekka książka do podnośnika się
00
gosiureczek

Dobrze spędzony czas

Świetna komedia kryminalna z niegłupim wątkiem. Fajnie spędzony czas.
00

Popularność




Redakcja: Agnieszka Pietrzak

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Skład: Jarosław Hess

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS.com.pl

Projekt okładki: Maciej Pieda

Zdjęcia na okładce: shutterstock.com © BrAt82, © Evgeny Komzolov, © Phuthai Lungyon; Grzegorz Matoryn (zdjęcie autorki)

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Pietrzak

Wydanie I

© Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2021

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postacie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami, instytucjami, przedsiębiorstwami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8172-729-7

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon

– Oddaj to natychmiast, ty psia mendo! – usłyszała Regina przez okno i zobaczyła długiego czarnego psa ciągnącego nogę.

Ten długi czarny pies był bez wątpienia jamnikiem, a właściwie jamniczką sąsiadki. Był po jamniczemu piękny i jak każdy jamnik uwielbiał rozrabiać. Ten nawet bardzo.

Cała okolica miała czasami ochotę go utłuc.

Noga wyglądała na nogę (na wypadek gdyby ktoś pytał, jak wyglądała ta noga), ale nie była przyrośnięta do reszty ciała i wydawała się trochę sztywna. Możliwe, że była używana.

Z całą pewnością była kradziona.

Za psem biegła jakaś kobieta, klnąc i wygrażając. Biegła, nie utykając, więc noga nie mogła należeć do niej.

– Zabiję cię, ty szczurze! – wołała kobieta. – Złapię i wypatroszę!

Pies sprytnie unikał pościgu, nieustannie zmieniając kierunek. Raz nawet podstawił biegnącej kobiecie nogę (nie swoją, tę kradzioną) tak, że ta się potknęła, zamachała bezradnie rękami w powietrzu i padła, rozbijając sobie kolano i nos. Zanim zdołała wstać albo choć chwycić przedmiot pożądania (choć to częściej mężczyźni płoną z pożądania na widok nóg), pies bezczelnie, z radosnym popiskiwaniem uciekł za dom.

Kobieta wstała, otrzepała się i popatrzyła dookoła.

Wyraźnie nie spodobała jej się Regina obserwująca zajście zza firanki.

Niechętnie odwróciła się więc na pięcie i odeszła, zostawiając psa i jego zdobycz w spokoju.

Jamniczka z wielką wprawą zaczęła zakopywać zdobycz.

***

Kiedy zdarzyło jej się to po raz pierwszy, nawet nie pomyślała, że zwariowała, choć zdawała sobie sprawę, że niekiedy podobne zjawiska mogą być objawem choroby. Wydawało jej się jednak, że aby to był objaw choroby, powinna w to wierzyć. Wierzyć zresztą wierzyła, ale nie tak. Nie w taki sposób.

Nie wierzyła w to, co się dzieje, wierzyła natomiast, że się dzieje. To wielka różnica. Nie uważała tego za normalne ani nie zakładała, że to, co się dzieje, ma sens, choć sensu nie miało, ona tylko wierzyła, że coś się dzieje, i zastanawiała się dlaczego. Nie brała pod uwagę możliwości, że została wybranką kosmitów, nie odczuwała potrzeby ratowania świata, nie uważała się za osobę posiadającą tajemne moce.

Ona tylko gadała z telewizorem.

Z telewizorem oczywiście rozmawiała od lat, wygrażała mu, wymyślała, na co i na kogo się dało, nawet klęła, kiedy miała jakieś zastrzeżenia do tego, co widziała, wyzywała producentów co koszmarniejszych reklam i kłóciła się z politykami, ale robiła to tylko z nudów oraz – oczywiście – z samotności.

I wszystko było w porządku, bo jak dotąd telewizor jej nie odpowiadał.

No i nigdy nie pojawiał się w nim szatan. Nie taki. Pojawiał się w sumie wiele razy, ale był inny, zawsze jakiś taki bardziej fabularny, nigdy pełnoekranowy i statyczny.

Zaczęło się to jakiś czas temu, właściwie nie zauważyła kiedy, bo nie było to ani szokujące, ani spektakularne.

Przecież nie było tak, że na ekranie pojawił się szatan i zawiadomił ją, że ma ochotę z nią pogawędzić. Żadnych szczególnych zapowiedzi, żadnych tekstów w stylu: „Cześć, to ja, szatan, pogadamy?”.

Nic z tych rzeczy. To odbyło się jakoś tak poza jej świadomością i chyba to ją najbardziej martwiło.

Kiedy już raz i drugi zauważyła dziwne zdarzenia, początkowo brała je za zbiegi okoliczności i może, od biedy, przywidzenia.

Oglądała jakąś durną reklamę – dlatego durną, że niedurnych zazwyczaj nie ma, i dlatego oglądała, bo niczego innego nie mogła znaleźć – i wtedy to do niej dotarło.

Przemiła panienka w wieku lat dwunastu z cerą jak dupka niemowlęcia reklamowała krem na zmarszczki.

– Też mi coś – burknęła Regina do telewizora, rozzłoszczona oczywistym kłamstwem, na które zresztą niejeden raz dała się nabrać – bo jeszcze w to uwierzę!

– A powinnaś. Kolor jest wyzywający, ale do pani pasuje – odpowiedział jej telewizor.

Najpierw zdrętwiała, potem wzięła to za dalszą część reklamy, choć trochę się zdziwiła, że tak jej się to wpasowało w monolog wewnętrzny.

Nie podejrzewała, że słyszy głosy. Ona i głosy? Niemożliwe! Chodzi o TE głosy, te, których nie słyszy nikt inny. Wiadomo, że takie głosy to niebezpieczna sprawa, mogą zapowiadać paskudne rzeczy, od apokalipsy poczynając, na chorobie psychicznej kończąc. Ona wolałaby apokalipsę, bo jednak jest trochę mniej wstydliwa i ogólnie szerzej dostępna.

Zagraża znacznie większej grupie ludzi, więc nikt się nią specjalnie nie przejmuje.

Nikt przecież nie chce być chory, a jeżeli już, to wolałaby czyraki, biegunkę, gorączkę, a nawet rzeżączkę.

A nie jakieś głosy!

I jak tu się do tego przyznać koleżankom? No nie da się! To źle wygląda. Jak tylko człowiek powie coś na ten temat, zaraz wszyscy zaczynają patrzeć na niego, jakby mu wyrosła druga głowa, i natychmiast namawiają do zażycia sześćdziesięciu sprawdzonych suplementów diety, które pomogły sąsiadce na wrastające paznokcie, więc na głosy też na pewno pomogą.

To był jednak dopiero początek.

Następnym razem Regina naubliżała facetowi zachwalającemu jakiś męski szampon do włosów.

– Jesssu, facet, nie wciskaj mi tu kitu! – burknęła pod nosem.

– Niczego nie obiecuję, Jadwigo, to konieczne, jesteś tego warta! – odpowiedział statyczny szatan głosem z reklamy.

Regina natychmiast prawie zemdlała, ale dość szybko przypomniała sobie, że nie ma na imię Jadwiga.

W końcu między Jadwigą a Reginą jest spora różnica.

Toteż nie wzięła tego specjalnie do siebie. Szybko sobie wytłumaczyła, że się przesłyszała albo że ma omamy po zbyt obfitej kolacji. Bardzo żałowała, że nie jest alkoholiczką, bo to mog­łoby o wiele lepiej wyjaśnić sprawę, a tak – przepadło.

Alkoholizm to choroba, ale jednak postrzega się ją o wiele lepiej niż omamy.

Niestety, takie dziwne, niby nic nieznaczące wydarzenia ­zaczęły pojawiać się częściej, aż w końcu po raz kolejny na ekranie wyświetlił jej się szatan. Był dość kiepskiej jakości, jak zauważyła, jakby niedokładny… Maskowaty.

Choć to, co mówił, trochę znów ją zaskoczyło.

– Jadwigo, przyjdę po ciebie dziś w nocy, skonsultuj się z lekarzem lub Porówneo.

Nie była pewna, do kogo się szatan wybiera ani z kim trzeba się skonsultować, w końcu nie była żadną Jadwigą, ale postanowiła się zabezpieczyć.

Przygotowała się z prawdziwym pietyzmem. Pod domem, przy schodkach, które nie tak znowu dawno temu zostały odnowione, przed drzwiami wejściowymi ustawiła wnyki, które jakimś cudem znalazła w piwnicy i bardzo na nie liczyła, choć nie za bardzo działały. Były stare, zardzewiałe i ledwie się otwierały, a jak się otworzyły, nie chciały się zamknąć. Były też prawie bezzębne. Niestety, innych nie miała. Pod poduszkę włożyła siekierę i nóż.

Z siekiery pod poduszką zrezygnowała po dłuższym namyśle, bo nie było to wygodne rozwiązanie (siekiera uwierała ją w szyję), ale postawiła ją przy łóżku.

Do kieszeni koszuli nocnej włożyła latarkę z paralizatorem.

Owszem, wierzyła, że ktoś może chcieć się do niej włamać, choć nie wiedziała, dlaczego miałby to robić – w końcu nie posiadała żadnych dóbr, które mogą interesować włamywacza – ale polowania na szatana jeszcze nigdy nie brała pod uwagę.

Żadnych mistycznych przedmiotów, które mogłyby posłużyć za broń, w domu nie posiadała, więc zamierzała wystartować do szatana z siekierą, co trochę jej nie pasowało.

Dlaczego? Bo zakładała, że Pan Ciemności nie powinien być całkiem materialny, a więc siekiera może nie zadziałać. Musiała jednak się jakoś zabezpieczyć.

Tak przygotowana czekała na odwiedziny z dużą, żeby nie powiedzieć: ogromną przyjemnością.

Na żadną z poprzednich nocy w swoim życiu, nie wyłączając poślubnej, nie czekała z taką niecierpliwością. Od dawna już nie przydarzyło jej się nic tak fascynującego.

Położyła się późno, bo oglądała jeszcze przez jakiś czas telewizję, licząc na jakieś uściślenia, może godzinę odwiedzin albo coś w tym rodzaju. Niestety, niczego się nie dowiedziała. Poczuła się nawet nieco urażona – takie „przyjdę po ciebie” i tyle? Ani godziny, ani nic? Nawet się nie przywitał, no i to imię…

Nie wiedziała też, jak ma się ubrać. Koszula nocna, którą ­początkowo włożyła, nie okazała się dobrym strojem na przyjmowanie wizyt. Wydała jej się nieporęczna, niewygodna, niestosowna i w ogólnym rozliczeniu zbyt frywolna, w końcu widać jej było gołe łydki, a to wobec szatana nie było w porządku. Nie miała zamiaru go kusić.

Regina należała do tych kobiet, które mimo wieku (zresztą jej wiek wobec wieku szatana to pikuś) uważają się za zdecydowanie warte grzechu, a przecież szatan i grzech to praktycznie synonimy.

Biorąc pod uwagę swój seksapil oraz grzeszność gościa, przebrała się w piżamę, żeby nie prowokować nieprzewidzianych zachowań. Seks lubiła – to znaczy kiedyś, dawno temu lubiła – ale ten bezpieczny, a nic niestety nie wiedziała na temat seksualnych upodobań szatana. Paralizator przełożyła do kieszeni spodni.

Najpierw zamierzała czuwać w oczekiwaniu na gościa, ale po jakimś czasie zrezygnowała. Położyła się.

Zasnęła z trudem i nie spała zbyt dobrze, w końcu wizyta szatana, i to zapowiedziana, może podnieść ciśnienie. Ciśnienie podnosiło jej też przekonanie, że żaden szatan się u niej nie zjawi. Była pewna, że jeżeli już, to włamie się do niej jakiś niedo­robiony przestępca i będzie musiała się z nim użerać. Niedorobiony być musiał, bo tylko idiota zapowiada, kogo i której nocy zamierza obrobić. Inna sprawa, że mało który robi to w ten sposób.

Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, co w sensie mistycznym mogło oznaczać szatańskie „przyjdę po ciebie”, ale Regina była osobą niezwykle pewną siebie i wierzyła, że złego diabli nie biorą.

Była to jedna z tych nocy, które za nic na świecie nie chcą się skończyć i przetykane są na wpół sennym czuwaniem, żeby nie przegapić szatana, i sennymi majakami, bo jednak zmęczenie co jakiś czas bierze górę.

Było jeszcze ciemno, kiedy straszliwy (i nieco dziki) wrzask rozdarł ciszę nocy, jak to się poetycko mówi. Najpierw bolesny krzyk rozległ się pod drzwiami klatki schodowej, potem, bardzo szybko, podobny wydarł się z ust samej Reginy.

Bezwiednie.

Zachwycona możliwością, że szatan złapał się w jej wnyki, wetknęła rękę do kieszeni spodni od piżamy, wymacała latarkę i poraziła się paralizatorem w pośladek.

Jak wszystko, co kupuje się na bazarkach, tak i paralizator był na szczęście kiepskiej jakości.

Regina bardzo się z tego ucieszyła, kiedy już przestała krzyczeć i udało jej się rozmasować nieco przypieczony półdupek. Wrzask pod drzwiami nie cichł.

– Wrzeszcz, wrzeszcz – mruknęła wściekła. – O głupie wnyki taki raban? – dodała z satysfakcją.

Nie obawiając się niczego złego, bo ktoś, kto tak straszliwie wrzeszczy, nie jest w stanie być agresywny, wyszła przed dom.

Najpierw nikogo nie zobaczyła. Wrzask jękliwy i przeciąg­ły dobiegał z dołu. W pierwszym odruchu przestraszyła się, że ten wrzeszczący szatan jest bardzo niski – w końcu nie jest powiedziane, ile ma mieć wzrostu – dopiero kiedy poświeciła latarką, zobaczyła kogoś, kto leżał na ziemi. Miał głowę i rękę uwięzioną we wnykach. Nie miał rogów ani ogona.

Po raz drugi tej nocy Regina ucieszyła się z kiepskiej jakości sprzętów. Zdała sobie sprawę, że miała dużo szczęścia. Te wnyki kiedyś, kiedy jeszcze były sprawne, mogłyby pewnie odciąć człowiekowi głowę, założywszy, że by ją w nie włożył.

Tylko kto wkłada głowę we wnyki?

Zazwyczaj wnyki kojarzą się z nogami. Czasami są one nieco poranione (nogi, nie wnyki), ale to jednak zdecydowanie nogi. Ręce się nie zdarzają, ale też od biedy dałoby się coś z tym zrobić. Jakiś pijak wędrujący na czworaka… To jest możliwe i wykonalne.

Ale głowa?

– Co pan tu robi? – warknęła, świecąc mu prosto w oczy, właściwie w jedno oko, drugie miał zamknięte i jakby zakleszczone w zardzewiałej szczęce wnyków. Na pierwszy rzut oka był mężczyzną. Na drugi nie była pewna.

– Aaaaa! – odpowiedział, kopiąc nogami i tarmosząc się zawzięcie.

Usiłował wstać, ale jakoś mu się nie udawało. Nie wyglądał na trzeźwego i nie pachniał najlepiej, choć nie wyczuła zapachu siarki.

– Zaraz – mruknęła Regina i zawróciła do domu.

– Aaaaa!!! – nieszczęśnik wrzasnął jeszcze głośniej. Wyglądało na to, że nie może mówić, co bardzo zdziwiło Reginę. W końcu języka mu nie przytrzasnęło.

– Spokojnie – powiedziała, wzruszając ramionami. – Idę po łom, łatwiej mi pójdzie.

Łomu znaleźć nie mogła. Obkuśtykała (wciąż bolał ją przypieczony pośladek) cały dom i pół piwnicy. Ponaglana jękami i wrzaskami spod drzwi, wróciła z siekierą.

– Aaaaaaa! – wrzasnął z przerażenia leżący we wnykach człowiek, bo to chyba mimo wszystko był człowiek. Widok siekiery wyraźnie go nie ucieszył.

Regina podeszła i chciała włożyć ostrze między szczęki wnyków u samego dołu. Mało kto jednak lubi, kiedy jakieś ostrze zbliża mu się do twarzy. Facet raczej też nie był zachwycony.

Albo kobieta? Albo jednak facet – nie mogła się zdecydować.

Zaczął się wiercić i miotać z jednej strony na drugą, jakby za wszelką cenę chciał Reginie utrudnić zadanie.

Na widok siekiery poniosła go wyobraźnia.

Nabrał tak wielkiej siły i determinacji, że poderwał się na nogi i z wnykami na głowie oraz z uwięzioną w nich ręką zaczął uciekać.

Co dziwne, nogi miał zdrowe.

Regina zakładała, że ktoś, kto wpada z głową we wnyki, przemieszcza się na czworakach, a kto przemieszcza się na czworakach? Ten, kto nie może inaczej. Spodziewała się więc, że facet będzie kulał albo choć się zataczał.

To dało jej do myślenia.

Wróciła do siebie niezadowolona.

Nie wiedziała, czy facet we wnykach był szatanem, bardzo w to jednak wątpiła. Nie była pewna, czy zapowiedziana wizyta już się odbyła, a jeżeli tak, to bardzo, ale to bardzo ją zawiodła.

Było też możliwe, że facet był przypadkową ofiarą zabezpieczeń, a prawdziwy szatan pojawi się później.

Regina lubiła solidność – jeżeli już miałby być szatan, to nie jakiś wybrakowany. Marzyły jej się portale do zaświatów, płonące pentagramy i piekielne czeluście, a nie jakieś wizyty domowe w stylu domokrążca plus.

Było jednak coś, co Reginę martwiło bardziej.

Chciała się upewnić, czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę.

Nie, żeby jakoś specjalnie w to wątpiła, ale facet z głową we wnykach to nie był przypadek, który zdarza się codziennie.

No i ten telewizor.

Postanowiła, że musi to wszystko jakoś uporządkować. Każdy wie, jak to działa – człowiek śpi i śni. We śnie wszystko wydaje mu się normalne i w jakiś sposób oczywiste; dopiero kiedy się obudzi, zaszokowany stwierdza, że śniły mu się głupoty. Regina wiedziała, że nie śni, ale nie była pewna, czy to, co widzi, to obraz naprawdę pochodzący z jej oczu, czy sprawka fiksującej psychiki.