Gdybym jej uwierzył - Klaudia Kloc-Muniak - ebook + książka

Gdybym jej uwierzył ebook

Klaudia Kloc-Muniak

4,3

Opis

Młoda biotechnolog, Julia Przybysz, porzuca poukładane życie w Katowicach i przyjmuje stanowisko samodzielnego asystenta badawczego w prężnie rozwijającej się firmie biotechnologicznej na Podkarpaciu. Szybko okazuje się, że firma prowadzi znacznie szerzej zakrojone testy, niż wynikałoby z oficjalnych danych. Przystąpienie do owianych tajemnicą badań przedklinicznych jest dopiero początkiem wydarzeń, które mogą kosztować Julię dużo więcej niż utratę pracy. Niespodziewanie dziewczyna przepada bez echa, a w sprawę zostaje wmieszany jej były chłopak, Kamil Kosowski. Gdzie jest Julia? Czy rzeczywiście padła ofiarą bezwzględnych naukowców? A może za zniknięciem dziewczyny stoi odrzucona miłość?

Debiut Klaudii Kloc-Muniak ogromnie mnie zaskoczył. Wciągająca fabuła, intrygujące postacie, a dreszczyk grozy gwarantowany. Klimat tej powieści zdecydowanie przypadnie do gustu fanom thrillerów. Nie wspomnę już o zakończeniu, które zwaliło mnie z nóg. Serdecznie polecam!

K.N. Haner, kobiecerecenzje365.blogspot.com

Gdybym jej uwierzył” wciąga już od pierwszej strony, a ciekawość nie opuszcza, aż do ostatniej. Nudna praca laborantki przeradza się w przygodę życia pełną niebezpieczeństw, nielegalnych eksperymentów i niewyjaśnionych morderstw.

Magdalena Kubaszewska, posredniczka-ksiazek.pl

Co jest ważniejsze – cel czy metoda? "Gdybym jej uwierzył" stawia czytelnika przed zatrważającym dylematem etycznym i pokazuje, że w dobie wyścigu o naukowe patenty łatwo jest zatracić moralne granice. Debiutancka powieść pani Klaudii Kloc-Muniak to doskonały thriller psychologiczny, który wciąga, szokuje i wywołuje dreszcz przerażenia.

Katarzyna Jóźwiak, bialynotes.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
barhel91

Nie polecam

Nazwisko autorki książki kojarzę aż za dobrze po pierwszym spotkaniu z jej "Psychopatą". Jednakowoż, postanowiłem dać p. Kloc-Muniak jeszcze jedną szansę - zwłaszcza, że oceny pozostawione na LC wyglądały obiecująco. Książka opowiada historię młodej badaczki, która zostaje zatrudniona w jednym z najbardziej zaawansowanych laboratoriów. Dostaje ona angaż w firmie, a jej głównym zadaniem jest opracowanie receptury na wytworzenie organów do przeszczepu przy użyciu komórek macierzystych. Pomysł na powieść jest całkiem niezły. Niestety na tym pozytywne aspekty się kończą. Lektura jest przewidywalna, styl autorki infantylny, a opisy scen seksualnych po prostu zbędne - zwłaszcza, jeśli autorka chce zasłynąć jako pisarka thrillerów medycznych, a nie tanich erotyków. Z powyższej oceny jasno wynika, że nie znajdziesz tu dobrej książki. Ba! Nie jest ona nawet lekturą przeciętną. Czuję się oszukany, a czas na lekturę uważam za zmarnotrawiony. Następnym razem, kiedy zobaczę nazwisko Muniak, omin...
10

Popularność




PROLOG

 

 

 

 

Rzadko myślimy o tym, jak będzie wyglądała nasza śmierć.

Alicja Golczyk też nie zaprzątała sobie tym głowy. Była przecież piękna, inteligenta i przede wszystkim młoda. Nie miała powodu, aby się nad tym zastanawiać. Jednak od kilkudziesięciu minut nie myślała o niczym innym. Skrępowana grubym sznurem, z zakneblowanymi ustami i brudną szmatą na oczach obijała się o twarde ściany bagażnika pędzącego samochodu. Nie miała pojęcia, dokąd ją wiozą i ile przyjdzie jej wycierpieć, zanim umrze.

Strach całkowicie ją sparaliżował. Nie była w stanie trzeźwo myśleć, wszystko wydarzyło się tak szybko.

Czyżbym przegrała walkę o własne życie? – pomyślała. Bardzo chciała, żeby było inaczej.

Zatrzymali się i przez chwilę panowała kompletna cisza, aż w uszach dzwoniło. Gdy niespodziewanie klapa bagażnika została otwarta i ktoś brutalnie wywlekł dziewczynę z wozu, chciała krzyknąć, ale tkwiący w ustach knebel skutecznie jej to uniemożliwił. Upadła na ziemię, zdzierając skórę z kolan. Próbowała zorientować się, gdzie jest, ale było to niewykonalne. Jedynie mocny, charakterystyczny zapach lip sugerował, że wciąż są niedaleko Jabłonnej.

A może bliżej jest stąd do Gorzkowa? – pomyślała.

Nagle ogromne dłonie chwyciły ją za włosy, zmuszając do wstania z klęczek. Coś zimnego i twardego ukłuło ją w plecy, po czym padła komenda „Idź!”.

Po kilkudziesięciu metrach mocny cios w twarz powalił ją na ziemię. Obolała przekręciła się na plecy, desperacko próbując złapać oddech.

– Czy zgubiła mnie moja inteligencja, z której tak byłam dumna i którą podkreślali cała moja rodzina i wszyscy przyjaciele? Inteligencja, która pozwoliła mi zdobyć wymarzoną pracę i zarabiać krocie – biła się z własnymi myślami.

Lipy pachniały wyjątkowo intensywnie tej nocy. I to było ostatnie przyjemne doznanie w jej krótkim życiu. Pierwsza kula przebiła jej klatkę piersiową, rozdzierając prawe płuco na strzępy, druga trafiła w żołądek, a trzecia utkwiła w sercu.

***

Hepatocyt to bardzo pracowita komórka. W jej małym wnętrzu zachodzą skomplikowane procesy metabolizmu cukrów, białek i tłuszczów, a także leków i toksyn. Ta mikroskopijna maszyneria nie odpoczywa nigdy. Ludzka wątroba zbudowana jest z milionów takich hepatocytów, żołnierzy utrzymujących prawidłową gospodarkę fizjologiczną organizmu. Alkohol etylowy, penicylina czy popularny paracetamol to potężni wrogowie tych dzielnych wojowników. Jednak w przypadku Jurija ta wątrobowa armia miała też inną przeszkodę do pokonania. Od czterdziestu sześciu dni była regularnie bombardowana przez agresywne makrofagi i limfocyty. Mimo heroicznej walki większość hepatocytów poległa. Jeden po drugim zostały zastąpione przez bezkształtną i bezużyteczną tkankę martwiczą. Dla makrofagów i limfocytów to było jednak za mało. Ich kolejnymi ofiarami padły komórki śródbłonka naczyń włosowatych i w ten sposób doszło do zapalenia narządu.

Wątroba młodego mężczyzny przestawała pracować, ale Jurij nie był już tego świadomy. Śpiączka, preludium śmierci, odcięła go od świata trzydzieści dwie godziny temu. Dla lekarzy transplantologów wniosek był jednoznaczny, a dla Jurija ostateczny. Wykonany czterdzieści sześć dni wcześniej przeszczep wątroby nie przyjął się.

Jurij Oleksiuk wegetował jeszcze trzy dni, zanim hepatocyty wątrobowe ostatecznie złożyły broń.

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

Podkarpacie, Lipki

Sierpień, czwartek, godzina 20:47

 

Wąska ścieżka, biegnąca wzdłuż złocistego pola pszenicy, zaczęła lekko zakręcać w stronę niewielkiego, lipowo-bukowego lasu. Mimo że słońce chyliło się już ku zachodowi, a na niebie kłębiły się różowo-fioletowe chmury, sierpniowy upał ciągle dawał się we znaki. Rytmicznie oddychała gorącym, przesiąkniętym wonią lasu powietrzem, wypuszczając je z charakterystycznym świstem. Krótka przebieżka zamieniła się w ponad ośmiokilometrową trasę. I choć miała świadomość, że jutro przyjdzie jej za nią srogo zapłacić, postanowiła okrążyć jeszcze borek, nie zmniejszając tempa biegu. Pokonując kolejne wzniesienie, obiecała sobie, że wróci do regularnych treningów.

Julia Przybysz wbiegła na ostatnią prostą, prowadzącą do małego domu, w którym została zakwaterowana po przyjęciu stanowiska samodzielnego asystenta badawczego w BioSteam. Od niedawna sama zajmowała te sześćdziesiąt dwa metry kwadratowe w wiosce na wschodnich krańcach województwa podkarpackiego. Od powiatowego Przemyśla ultranowoczesne BioSteam dzieliło niemal trzydzieści kilometrów w linii prostej. W bezpośrednim sąsiedztwie firmy były tylko skromne, upadające gospodarstwa rolne. Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku zapoczątkowało masową emigrację Polaków z najuboższych regionów kraju. Fala wyjazdów dotknęła także Podkarpacie. Z Lipek, w których mieszkała teraz Julia, wyjechało blisko czterdzieści procent mieszkańców, głównie młodych ludzi. Wówczas BioSteam za grosze wydzierżawił opuszczone, mniejsze gospodarstwa i zaadaptował je na mieszkania dla swoich pracowników. W 2010 roku Lipki, Bukowice, Jabłonna i Gorzków przekształciły się w jedyne w swoim rodzaju osiedla robotnicze dla naukowców BioSteam.

Gdy Julia dotarła do drewnianego płotu okalającego niewielkie podwórko, panował już zupełny mrok. Ciężko dysząc, pchnęła żelazną furtkę. Betonowy chodnik pokonała wolnym marszem. Czuła, jak drżą jej wyczerpane mięśnie. Już w przedpokoju zrzuciła z siebie mokre ubranie. W samej bieliźnie przeszła przez skromnie urządzony pokój dzienny do kuchni i łapczywie napiła się wody. Chwilę później stała pod prysznicem, rozkoszując się chłodnym strumieniem wody spływającym po jej zgrabnym ciele. Była zmęczona, ale czuła się o niebo lepiej niż przed treningiem. Bieg na świeżym powietrzu okazał się zbawienny. Pozwolił jej się odprężyć, a komórkom nerwowym odpocząć. Po raz kolejny obiecała sobie powrócić do regularnych ćwiczeń.

Osuszywszy ciało, założyła jedynie prosty, biały podkoszulek i czarne majtki. Mimo później pory upał nie odpuszczał. Rozczesała mokre włosy i poszła do kuchni. Bolała ją każda część ciała. Przygotowała prostą sałatkę z kurczakiem i usiadła przy stole. Niemal bezwiednie odpaliła laptopa i przystąpiła do analizy wyników.

Sześć miesięcy temu, gdy odpowiedziała na ogłoszenie BioSteam i złożyła dokumenty aplikacyjne, nie liczyła na wiele. Owszem, studia ukończyła z wyróżnieniem, ale staż pracy w branży miała niewielki. Do rozmowy kwalifikacyjnej podeszła na luzie, traktując ją bardziej jako doświadczenie na przyszłość. Jakież było jej zdziwienie, gdy jeszcze tego samego dnia zaoferowano jej pracę. Przyjęła ją od razu.

Z dnia na dzień rzuciła wszystko, staż w Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, studia podyplomowe na Śląskim Uniwersytecie Medycznym, ukochanego mężczyznę oraz przyjaciół, i wyjechała do Lipek na Podkarpaciu. O ile wszyscy rozumieli, że praca w BioSteam to wspaniała szansa dla młodego biotechnologia, o tyle nie mogli nadążyć za tempem wydarzeń. Nawet dla niej samej wszystko działo się za szybko.

Dla Kamila Kosowskiego był to cios wymierzony bezpośrednio w niego. Bardzo brutalny cios. I cholernie celny.

Julia była urażona brakiem zrozumienia z jego strony, on zaś jej obojętnością i bezwzględnością. Emocje nie pozwoliły im przedyskutować tego tematu. Żadna ze stron nie wysłuchała drugiej. Rozstali się po dzikiej awanturze i od tamtej pory nie zamienili z sobą ani słowa.

Klik i precyzyjny raport pofrunął pocztą elektroniczną do skrzynki przełożonego.

Julia w końcu zamknęła laptop i sięgnęła po zakopaną na dnie szafy niewielką torbę podróżną. Spakowała do niej niezbędne ubrania i podstawowy zestaw kosmetyków. Zrezygnowana spojrzała na swój pakunek. Weekendowy wypad do Katowic przyprawiał ją o mdłości. Zerknęła na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Szybko obliczyła, że zanim wsiądzie do nocnego pociągu do Katowic, zdąży zajrzeć jeszcze na chwilę do laboratorium. Ubrała się pospiesznie, zarzuciła podróżną torbę na ramię i wyszła z domu, dwukrotnie upewniając się, że przekręciła klucz w zamku.

 

 

Podkarpacie, Jabłonna

Sierpień, czwartek, godzina 21:55

 

Arkadiusz Mielarz, siedząc w wygodnym, skórzanym fotelu, powoli kartkował zawartość papierowej teczki. Jak zwykle miał na sobie świetnie skrojony, szyty na miarę garnitur, tym razem z alpaki. Grafitowy krawat z kaszmiru idealnie pasował do białej, jedwabnej koszuli.

– Kobieta? – zapytał sceptycznie dyrektor generalny BioSteam, odkładając dokumenty na potężne, dębowe biurko.

– Chciał pan dobrego biotechnologa – odparł ostrzyżony na jeżyka osiłek.

– Kobiety są zbyt uparte i dociekliwe – westchnął Mielcarz, pocierając dłonią czoło.

– Czy to właśnie nie te cechy tak pan kocha w boskiej doktor Ninie?

– Owszem – zgodził się. – Ale pamiętasz tę kobietę, którą zatrudniliśmy poprzednio na stanowisku biotechnologa? – prychnął ze złością dyrektor Mielcarz. – Ta suka o mało nas nie zniszczyła.

– Tym razem to strzał w dziesiątkę. Proszę mi wierzyć – zapewnił. – Jest piekielnie inteligentna i biedna jak mysz kościelna, a trzydzieści tysięcy studenckiego kredytu samo się nie spłaci. Poza tym w razie wpadki sprzątnięcie tej laluni będzie dziecinnie proste.

– Wolałbym tego uniknąć – rzucił ostro Mielcarz i surowym spojrzeniem zmierzył podwładnego. Nie lubił, gdy coś szło nie tak, jak to sobie zaplanował. Przez lata przyzwyczaił się, że zawsze osiąga sukces, nieważne, w jaki sposób.

– Nie przywiduję żadnych problemów.

– Obyś się nie mylił.

– Wykluczone.

– W porządku – rzekł Arkadiusz Mielcarz i wziął do ręki zdjęcie młodej kobiety. – Ładna – dodał, wpatrując się w fotografię przez kilka sekund.

 

 

Górny Śląsk, Katowice

Sierpień, piątek, godzina 10:15

 

Pospieszny pociąg osobowy relacji Przemyśl–Katowice wolno wtoczył się na peron katowickiego dworca. Drzwi otworzyły się z głośnym szczękiem i z wagonu wylał się tłum pasażerów obładowanych bagażami. Patrycja Kosowska stawała na palcach, usiłując w tej masie ludzi dostrzec przyjaciółkę.

– Naprawdę niepotrzebnie po mnie przyjeżdżałaś – rzekła Julia Przybysz, ściskając Patrycję Kosowską na powitanie.

– Nie gadaj bzdur! – obruszyła się Patrycja i raz jeszcze mocno uścisnęła przyjezdną.

Nie widziały się od czasu wyjazdu Julii na Podkarpacie. Patrycji bardzo brakowało przyjaciółki.

Poranne korki już odpuściły i droga do śródmieścia zajęła im jedynie piętnaście minut. Julia odetchnęła z ulgą, gdy bez żadnej stłuczki podjechały pod blok i w końcu mogła wysiąść z samochodu. Doskonale wiedziała, że Patrycja nie jest mistrzem kierownicy, ale tym razem jej nieostrożna jazda przyprawiła ją o gęsią skórkę. Nie zbeształa jednak koleżanki, cieszyła się, że są już na miejscu.

– BioSteam wszedł na polski rynek farmaceutyczny w 1992 roku i w krótkim czasie zapewnił sobie mocną pozycję w branży. – Rafał Szymczak, narzeczony Patrycji, przeczytał pierwsze zdanie artykułu w porannej gazecie i zerknął wymownie na Julię, która teatralnie przewróciła oczami, ale w milczeniu słuchała dalej. – Nowy producent popularnych leków zaskakująco szybko wyparł światowych liderów biznesu farmaceutycznego, ale dopiero zainicjowanie eksperymentów biotechnologicznych pozwoliło prężnie rozwijającej się firmie wypłynąć na szerokie wody biznesu. Intensywne prace badawcze obejmowały kolejne gałęzie biotechnologii, skupiając się od roku 2005 głównie na ich aspekcie medycznym. Zaraz po spektakularnym opatentowaniu nanocząsteczki selektywnie hamującej receptor EGF przyszła kolej na nowoczesne rekombinowane szczepionki przeciwwirusowe. Ostatnio firma pracuje nad Europejskim Projektem o Ksenotransplantacji. BioSteam zapowiada zrewolucjonizowanie współczesnej medycyny, wykorzystując zmodyfikowane genetycznie świnie jako źródło organów do przeszczepów. – Rafał zrobił pauzę, aby zaczerpnąć powietrza.

– Wystarczy już – zaprotestowała Julia.

– W porządku – zgodził się i odłożył czasopismo. – Co to jest w takim razie ksenotransplantacja? – zapytał i wbił wzrok w koleżankę.

– Przeszczepianie narządów między osobnikami różnych gatunków, to inaczej przeszczep odzwierzęcy – wyjaśniła Julia.

– A więc pracujesz w ramach Europejskiego Projektu o Ksenotransplantacji? – upewnił się.

– Owszem – przytaknęła. – Projekt ruszył cztery lata temu, a ja należę do zespołu od sześciu miesięcy.

– I jak ci idzie? – zainteresowała się Patrycja.

– Cóż, w nauce nic nie jest łatwe i jednoznacznie – westchnęła. – Przełomem było osiągnięcie swoistej tolerancji immunologicznej narządów świni domowej.

– Mów po polsku. Co to jest ta swoista tolerancja immunologiczna? – chciał wiedzieć Rafał.

Dziewczyny jednocześnie skarciły go wzrokiem.

– No co? – żachnął się urażony. – Skąd mam to wiedzieć?

– Chodzi o to, aby układ odpornościowy nie reagował na pewną grupę antygenów i zachował przy tym zdolność odpowiedzi na pozostałe grupy. Mówiąc najprościej, naszym celem jest, aby nie atakował przeszczepionego narządu, ale działał prawidłowo względem innych obcych czynników białkowych, jak na przykład cząsteczek wirusowych czy bakteryjnych – wyjaśniła Julia.

– Okej, kumam – odparł.

– W jaki sposób to osiągnęliście? – dociekała Patrycja.

– Ten etap został zakończony, zanim dołączyłam do zespołu. Z tego, co wiem, najpierw za pomocą mikroiniekcji DNA usunięto antygen Gal z powierzchni komórek dawcy, a następie skutecznie wyłączono enzymatyczny układ dopełniacza u biorcy.

– O matko! Co to jest układ dopełniacza? – zapytał Rafał i ponownie został skarcony wzrokiem.

– Najprościej mówiąc, to szereg kaskadowych reakcji enzymatycznych prowadzących do odpowiedzi immunologicznej, która chroni organizm przed obcymi patogenami, na przykład przed bakteriami, poprzez ich rozkład – odpowiedziała mu tym razem narzeczona.

– A mikroiniekcja DNA?

– To bezpośrednie wstrzyknięcie określonego materiału genetycznego do komórki docelowej w celu uzyskania pożądanej modyfikacji genetycznej – powiedziała Julia.

– Rozumiem, dzięki – rzekł Rafał. – Mów dalej.

– Okazało się, że zniesienie immunogenności to za mało. Nerki transgenicznej świni z ekspresją czynnika DAF przeszczepione makakom funkcjonowały jedynie przez siedemdziesiąt dwa dni.

– Co to jest czynnik DAF? – zapytał Rafał.

– To czynnik przyspieszający rozkład i regulujący podatność komórek… – zaczęła mówić Julia, na co Rafał uniósł ręce w geście kapitulacji.

– Chyba się pogubiłem. Lepiej przygotuję coś do jedzenia – oznajmił i udał się do kuchni.

Dziewczyny przyjęły to z nieskrywaną ulgą.

– A więc po wyeliminowaniu reakcji immunologicznej, okazało się, że… – podchwyciła Patrycja.

– Że odrzucenie przeszczepu następuje w wyniku zaburzenia regulacji krzepnięcia, tak zwanego opóźnionego odrzucenia ksenoprzeszczepu – podjęła wątek Julia. – Zachwianie równowagi układu krzepnięcia oczywiście wynika z różnic genetycznych. Na przykład trombomodulina świni domowej znacznie słabiej wiąże ludzką trombinę, a odmienny czynnik von Willebranda prowadzi do agregacji płytek krwi człowieka.

– A więc szkopuł tkwi w genetyce.

– Istotnie – przytaknęła Julia. – Do niedawna klonowanie transformowanych jąder komórek somatycznych było metodą o bardzo niskiej skuteczności. BioSteam zrewolucjonizował tę metodę, czyniąc z niej najważniejszą procedurę współczesnej inżynierii genetycznej – ciągnęła. – Pozostało nam jedynie zidentyfikować odpowiednie geny, wypracować alternatywne sekwencje, oczywiście biokompatybilne dla dawcy i biorcy, oraz stabilnie wbudować je w genom dawcy. I gotowe!

– Powalające – przyznała Patrycja z lekką nutką zazdrości w głosie. Julia już na studiach imponowała jej intelektem i zapałem do pracy.

– A dlaczego akurat świnia? – zapytał Rafał, stawiając na stole apetycznie wyglądającą sałatkę grecką z pieczywem czosnkowym.

– Zdecydowały o tym zbliżone parametry fizjologiczne i anatomiczne człowieka i świni. Tak, tak, o świni mówimy – zapewniła, widząc jego zaskoczoną minę. – Ale i łatwość oraz niski koszt hodowli, szybkie rozmnażanie z licznym potomstwem – wyliczała. – Dużo tego. W każdym razie możesz mi wierzyć, że świnia domowa jest optymalnym gatunkiem.

– O rany! Nie mieści mi się to w głowie – skomentował Rafał. Przygotowując posiłek, mimowolnie przysłuchiwał się rozmowie dziewcząt i niestety nic z niej nie rozumiał. Czuł się jak półgłówek, a to wcale nie było przyjemne uczucie. – Zmieniamy temat – zarządził.

– Tak, świetny pomysł! Ostatecznie zdecydowałam, że impreza urodzinowa odbędzie się w domu moich rodziców – radośnie zaświergotała Patrycja. – Na imprezie będzie też Kamil – dodała nieco ostrożniej.

– W porządku – mruknęła Julia.

– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu – powiedziała Patrycja i położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.

– Nie, skądże – odparła zbyt szybko i zmusiła się do uśmiechu. – Przecież to zrozumiałe. To twoje urodziny, a Kamil jest twoim bratem.

– Nie obawiasz się tego spotkania?

– Żartujesz? – prychnęła Julia.

– No wiesz, nie widzieliście się… długo.

– Nie – skłamała. – Bombowa ta sałatka! – zmieniła temat i zabrała się do jedzenia.

 

 

Górny Śląsk, Katowice

Sierpień, piątek, godzina 21:30

 

Dom państwa Kosowskich zawsze robił na niej imponujące wrażenie. Kolos z kilkoma sypialniami dla gości, basenem i zachwycającym ogrodem wręcz ją onieśmielał. Posiadłość odzwierciedlała zamożność gospodarzy i zdecydowanie różniła się od jej rodzinnego domu. Może właśnie dlatego czuła się tutaj tak nieswojo.

Nieśmiało weszła do gigantycznego salonu, w którym niemal wszystko było białe: ekskluzywne skórzane kanapy, nietuzinkowy stolik kawowy, modernistyczna lada i nowoczesne krzesła barowe. Posadzka z popielatego marmuru idealnie pasowała do tego wnętrza i znakomicie podkreślała jego awangardowy styl. Surowość pokoju przełamywały duże okna i mnóstwo niewielkich sufitowych i ściennych lamp. Kwiatów nie było. Ultracienki telewizor w pełni zasługiwał na miano kina domowego, nie próbowała nawet zgadywać, ile ma cali. Największą atrakcją domu były jednak schody prowadzące na piętro. Szklane stopnie, które mogły pozostać niezauważone, przyprawiały o zawrót głowy.

Julia Przybysz omiotła wzrokiem przybyłych gości. W pomieszczeniu było około pięćdziesięciu osób. Z zadowoleniem dostrzegła kilka znajomych twarzy. Jednym duszkiem wypiła kieliszek szampana, który niespodziewanie znalazł się w jej dłoni, i wtedy go zobaczyła. Zabawiał rozmową długonogą blondynkę. Obrócił się i spojrzał w jej kierunku. Julia natychmiast spuściła wzrok i zerwała się do ucieczki. Konfrontacje, gdy w grę wchodziły uczucia, nigdy nie były jej mocną stroną.

– Już wychodzisz? – zapytał, stając tuż za nią.

Sama świadomość, że jest tak blisko, przyprawiała ją o dreszcze. W końcu odwróciła się i nie rozczarowała. Kamil Kosowski jak zwykle emanował pewnością siebie i stanowczością, jak zwykle był świetnie ubrany i cholernie przystojny! W milczeniu mierzył ją przenikliwym spojrzeniem. Jego lodowate, niebieskie oczy prześwietlały ją na wylot. Poczuła, że miękną jej kolana, i przeklęła w duchu swoją słabość.

– To samo? – zapytał, wskazując na jej pusty kieliszek.

– Poproszę.

***

Nie pamiętała, jak to się stało, że znaleźli się w mieszkaniu Kamila. Nie miała też czasu się nad tym zastanowić, bo gdy tylko przekroczyli próg domu, przywarli do siebie, obdarzając się gorącymi i chaotycznymi pocałunkami. Już w salonie pozbyli się ubrań, znacząc nimi ścieżkę do sypialni. Nie przestając się obściskiwać, padli na łóżko.

Kamil wszedł w nią tak gwałtownie, że aż jęknęła z bólu. Zignorował to. Przycisnął ją mocniej do siebie i usłyszał kolejny jęk. Tym razem był pewny, że to jęk rozkoszy. Doszedł szybciej, niżby sobie tego życzył, ale w sumie był zadowolony. Zakręciło mu się w głowie. Do krążącego w żyłach alkoholu dołączyła potężna dawka oksytocyny. Oderwał się od niej zdyszany.

– Niedobrze mi – stęknęła Julia.

– Będziesz wymiotować? – zapytał, a dziewczyna jedynie skinęła głową.

Pomógł jej wstać. Zachwiała się na szpilkach, które wciąż miała na stopach. Zaprowadził ją do łazienki. Przykucnęła przy toalecie i odepchnęła go od sobie. Skierował się więc do umywalki, przemył twarz wodą i umył zęby, a potem zerknął na Julię, która nieporadnie próbowała odgarnąć włosy z twarzy. Podszedł do niej, zebrał porozrzucane kosmyki w bezładny kok i przytrzymał je.

– No dawaj – rzucił i wsparł się wolną ręką o ścianę. Okropnie kręciło mu się w głowie.

– Nie mogę – jęknęła.

– Możesz, możesz – odparł. – Poczujesz się lepiej.

W końcu zwymiotowała. Z trudem się podniosła i chwiejnym krokiem podeszła do umywalki. Podtrzymał ją nieco, gdy niezdarnie myła twarz i szorowała zęby. Odciążony od zbyt dużej dawki alkoholu żołądek, chłodna woda i mięta pasty do zębów oprzytomniły ją na tyle, aby dotarło do niej, gdzie jest i co przed chwilą zrobiła. Wściekle odepchnęła od siebie Kamila.

– Wracam do domu – wymamrotała.

– Akurat – mruknął pod nosem i złapał ją wpół. Niezadowolona usiłowała się uwolnić, ale Kamil chwycił ją mocniej i bez większego wysiłku zaciągnął do sypialni. Rzucił ją na łóżko. Bez słowa przekręciła się na bok, naciągnęła na siebie kołdrę i momentalnie zasnęła.

Dzięki Bogu – pomyślał i położył się obok. Awantura była ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę. Zamknął oczy i znowu zakręciło mu się w głowie, ale za chwilę spał już kamiennym snem.

 

 

Podkarpacie, Rzeszów

Sierpień, sobota, godzina 05:37

 

Mirosław Rusin zgasił papierosa w popielniczce leżącej na środku kuchennego stołu i wypił ostatni łyk mocnej, słodkiej kawy, takiej, jaką lubił najbardziej. Z kpiącym uśmiechem na ustach rzucił na stół poranną gazetę. Bezwiednie pomasował bliznę na skórze tuż pod prawym obojczykiem, pamiątkę po postrzale. Prychnął drwiąco. Rychłe i niemal ochocze przyznanie się dyrekcji BioSteam do zarzucanych firmie oszustw kryminalnych wcale go nie zdziwiło. Za to komentarz rzecznika, jakoby szefostwo firmy motywowała jedynie niechęć do długotrwałych procesów i związana z nimi niepewność, szczerze go rozbawił.

Rusin nie wierzył w ani jedno słowo przedstawicieli korporacji.

W jego mniemaniu sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Dawał głowę, że cały ten skandal z promowaniem zakazanych preparatów i utajnianiem skutków ubocznych kilku leków jest celowym działaniem samego BioSteam. Musiał przyznać, że to bardzo sprytne posunięcie. Choć domyślał się, jaki jest prawdziwy powód rozdmuchania „drobnych grzeszków” firmy, nie miał na to wystarczająco mocnych dowodów. Jeszcze ich nie miał.

Nie miał też żadnych wątpliwości, że wcześniej czy później zdoła się przedrzeć przez te wszystkie świetnie funkcjonujące zasłony dymne i wtedy zatriumfuje. Był człowiekiem bardzo cierpliwym. Zapalił kolejnego papierosa i zaciągnął się nim z przyjemnością.

Wkrótce – pomyślał i ponownie bezwiednie pomasował bliznę pod obojczykiem.

 

 

Górny Śląsk, Katowice

Sierpień, sobota, godzina 10:54

 

Kamil obudził się pierwszy. Miał to szczęście, że jego organizm wyjątkowo szybko trawił alkohol, dlatego jedyną pamiątką po wczorajszym rauszu był lekki ból głowy. Przekręcił się na bok i popatrzył na Julię. Spała na brzuchu z twarzą wbitą w poduszkę. Wiedział, że będzie miała potężnego kaca. Upiła się wczoraj w sztok i musiał przyznać, że brał w tym czynny udział. Miał wyrzuty sumienia, bo choć nie planował niczego, co wydarzyło się później, to ostatecznie zaciągnął ją do łóżka i nie był zbyt delikatny. Szybko jednak doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie zrobił jej żadnej krzywdy. Wykorzystał sytuację, to wszystko.

Przez dłuższą chwilę upajał się jej widokiem. Kusiło go, aby zanurzyć palce w jej ciemnych włosach, dotknąć jej nagich pleców, pogładzić ramię, ale nie zrobił tego, tylko jej się przyglądał do czasu pobudki.

Julia najpierw zamrugała niemrawo powiekami, potem wolno otworzyła oczy. Dłuższą chwilę zajęło jej zorientowanie się, gdzie jest. Napotkała wzrok Kamila i w jednej chwili pozbyła się złudzeń.

– Nie pamiętam, jak się tu znalazłam – jęknęła bardziej do siebie niż do niego.

– A ja doskonale pamiętam – odparł i przekręcił się na plecy. Założył ręce za głowę i uśmiechnął się triumfalnie.

– Świetnie – syknęła i przymknęła oczy. Ból głowy stawał się coraz wyraźniejszy, a wydarzenia wczorajszego wieczora, które powoli sobie przypominała, skutecznie go potęgowały.

Podniosła się z łóżka i nie zważając na swoją nagość, kręciła się po pokoju w poszukiwaniu ubrań.

– Przestań się gapić – huknęła, czując, że Kamil wodzi za nią wzrokiem. – Jeszcze ci mało?! – zagrzmiała.

– Dlaczego się wściekasz? – rzucił z udawanym zdziwieniem.

– Dlaczego?! – fuknęła oburzona, porwała kołdrę i szczelnie się nią owinęła. – Wykorzystałeś mnie! – warknęła i wycelowała w niego wskazujący palec.

Kamil wsparł się na łokciach i uśmiechnął szelmowsko.

– I co z tego? Kochaliśmy się setki razy. Co za różnica, jeden numerek w tę czy w tamtą? – skwitował. – Chodź tu jeszcze na chwilkę – dodał i znacząco poklepał miejsce obok siebie.

– Słabe, naprawdę słabe – bąknęła i wyszła z sypialni. W salonie znalazła swoje ubrania. Pozbierała je z podłogi i pognała do łazienki. Podczas szybkiej porannej toalety przeanalizowała sytuację. Nie dość, że wczoraj zalała się w trupa i wspólnie z Patrycją wręcz sprofanowała kuchenny stół nieprzyzwoitymi wygibasami, to na domiar złego przespała się z byłym chłopakiem.

Chryste Panie, co mnie opętało? – pomyślała i wcisnęła się we wczorajszą małą czarną. – Zawsze mogło być gorzej – przekonywała samą siebie. Połknęła dwie tabletki ibuprofenu i popiła je wodą z kranu, po czym wyszła z łazienki.

Przyjemny zapach rozchodził się po mieszkaniu. Kamil postawił na stole dwa kubki świeżo zaparzonej kawy. Mimowolnie spojrzała na jego nienagannie rozbudowany tors. Musiała przyznać, że ten facet ją kręcił, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Czuła się upokorzona.

– Siadaj. – Wskazał jej miejsce przy stole.

– Chyba kpisz – prychnęła i wsunęła stopy w czarne szpilki. Poprawiła sukienkę i nieco chwiejnym krokiem pomaszerowała do kuchni. Kamil mimowolnie jej się przyglądał. Przypomniał sobie wczorajsze zbliżenie i jego ciało zareagowało momentalnie. Chętnie by to powtórzył. Choćby tu, w kuchni. Odegnał od siebie te myśli.

– Zjemy śniadanie, a potem podrzucę cię do Patrycji – powiedział łagodnie, nie chcąc jej już bardziej denerwować.

– Nie jadę do Patrycji – mruknęła i otworzyła lodówkę, by zaraz ją zamknąć. W tej samej chwili Kamil wręczył jej karton soku pomarańczowego. Przyjęła go z wdzięcznością. – Wracam do Lipek – wyjaśniła i ponownie przyssała się do kartonu.

– No dobrze, to po śniadaniu podrzucę cię na dworzec.

– Nie fatyguj się – prychnęła kpiąco i zakręciła sok. – Biorę go ze sobą – oświadczyła i pomachała mu kartonem przed nosem. Obróciła się i ruszyła do wyjścia. W ostatniej chwili złapał ją za ramię. Szarpnęła rękę, ale wciąż ją trzymał, był silniejszy od niej. Szarpnęła jeszcze raz. Również bez skutku.

– Chcesz mnie tu zatrzymać siłą?! Tak jak wziąłeś mnie sobie wczoraj?! – warknęła.

– Nie zrobiłem niczego, czego byś nie chciała, poza tym nie użyłem siły.

– Tak, pewnie – fuknęła. – Z rozkoszą sama przed tobą rozłożyłam nogi.

– Z rozkoszy to jęczałaś – odciął się.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Dupek – mruknęła w końcu i spróbowała jeszcze raz wyszarpać ramię. Znów na próżno. – Puść – syknęła wściekle.

Kamil oprzytomniał i zwolnił uścisk. Nie miał pojęcia, co go napadło. Od wczorajszego wieczoru zdecydowanie nie był sobą. Chciał przeprosić, ale Julia odezwała się pierwsza:

– Szkoda, że pół roku temu nie byłeś taki stanowczy i o mnie nie walczyłeś. Pozwoliłeś mi tak po prostu wyjechać, a teraz wyładowujesz na mnie swoją frustrację. Żałosne.

Nim dotarło do niego, co powiedziała, już jej nie było. Zatrzasnął drzwi i przeczesał włosy palcami.

– Do diabła – pomyślał. – Ma rację.

 

 

Podkarpacie, Jabłonna

Sierpień, poniedziałek, godzina 10:45

 

Klimatyzowane budynki BioSteam stanowiły wprost idealne schronienie przed sierpniowym upałem. Tegoroczne lato było naprawdę gorące. Od dwóch tygodni żar lał się z nieba i nie zanosiło się na szybką zmianę pogody. W laboratoriach natomiast panował przyjemny chłód. Zatem to nie skwar powodował kompletny brak koncentracji u Julii. Interpretacja ekspresji genów na podstawie zeskanowanego obrazu mikromacierzy DNA wymagała nie lada skupienia. O ile przez obliczenie intensywności sygnału dla każdej sondy jakoś przebrnęła, o tyle normalizacja danych zastopowała ją na dobre. Największych problemów zawsze nastręczała liczba sond i badanych genów. Zwykle dochodziła do kilku tysięcy, tym samym także dziś nie była mniejsza.

Julia była myślami daleko. Początkową złość zastąpił wstyd, który ostatecznie przerodził się w tęsknotę. Zgadza się, Kamil bezczelnie wykorzystał jej słabszy dzień. Uległa mu niczym potulna owieczka. I choć czuła wściekłość, to musiała przyznać, że było całkiem przyjemnie…

Do diabła, było fantastycznie! – pomyślała.

– Dzień dobry. – W pomieszczeniu rozległ się wesoły baryton, na dźwięk którego Julia aż podskoczyła.

Doktor Wiktor Bednarek, kierownik laboratorium biologii molekularnej i inżynierii genetycznej, a także bezpośredni przełożony Julii, położył dłoń na jej ramieniu. Bednarek był człowiekiem o bystrym umyśle, wyjątkowych zdolnościach organizacyjnych i bezkompromisowym charakterze. Od swoich podwładnych wymagał rzetelności i umiejętności pracy w zespole, ale cenił także indywidualizm. Julia nie wyobrażała sobie odpowiedniejszej osoby na tym stanowisku. Był niezastąpiony.

– Dzień dobry, doktorze – odpowiedziała i zdobyła się na słaby uśmiech.

– Wszystko w porządku?

– Tak, tak, oczywiście – zapewniła, po czym westchnęła ciężko. Przetarła oczy i spojrzała na doktora Wiktora. – Kiepsko mi dziś idzie. Jestem rozkojarzona. Przepraszam.

– Dekoncentracja po urlopie. Typowe – stwierdził łagodnie. – Proszę się nie przejmować. Szybko wpadnie pani w rytm. Bez obaw!

– Dziękuję.

– A właśnie, zapomniałbym, dyrektor Mielcarz chciałby się z panią widzieć – oznajmił i wręczył Julii kopertę.

– Dyrektor?

– Tak.

– W jakiej sprawie? – zdziwiła się i wzięła od przełożonego przesyłkę.

Zaskoczona najpierw ostrożnie obróciła ją w dłoniach, po czym wzruszyła ramionami i ją otworzyła. Śnieżnobiała kartka formatu A4 zawierała krótkie, bardzo oficjalne zaproszenie do gabinetu dyrektora. Własnoręczny podpis prezesa dodawał powagi pismu, a w Julii budził grozę. Czego, do cholery, mógł chcieć od niej prezes BioSteam?

– Och, i to jeszcze dzisiaj chce mnie widzieć – mruknęła. – Powinnam się bać?

– Skądże znowu! – Doktor Wiktor roześmiał się serdecznie. – Nie wszystkie wezwania do gabinetu prezesa oznaczają kłopoty i są nieprzyjemne.

– Nawet gdy tryb jest natychmiastowy i nie jest podany cel spotkania? – dociekała, machając pismem.

– Pani Julio, dość tego pesymizmu! – odparł, obdarzając ją kolejnym promiennym uśmiechem. – Zaraz mam spotkanie z norweskimi inwestorami. Porozmawiamy później, dobrze? Powodzenia!

Doktor Wiktor ponownie lekko ścisnął jej ramię i odszedł w pośpiechu.

– Będzie mi potrzebne – wymamrotała pod nosem i schowała zaproszenie do koperty, którą odłożyła na skraj biurka. Obróciła się w stronę monitora, ale po chwili znów na nią zerknęła. Zastanowiło ją, dlaczego tak oficjalny dokument został jej dostarczony przez doktora Wiktora, a nie przez administrację. Nie znajdując sensownego wyjaśnienia, wzruszyła ramionami i cicho westchnęła. Ledwo wróciła do analizy danych, gdy telefon oznajmił, że otrzymała wiadomość tekstową. Zerknęła na wyświetlacz i z entuzjazmem zakochanej nastolatki chwyciła smartfona w dłoń.

Kamil napisał: „Przepraszam, nie planowałem niczego z tego, co się wydarzyło. Wiem, że to żadne usprawiedliwienie, ale miałem ostro w czubie. Wybacz”.

Przeczytała widomość dwukrotnie i chwilę wahała się, co zrobić. W końcu odpisała:

„Nie przepraszaj. W sumie nic takiego się nie stało. Oboje byliśmy pijani”.

Kamil: „Nie chciałbym, aby Katowice zaczęły Ci się źle kojarzyć”.

Julia: „Bez obaw”.

Kamil: „Jak podróż?”

Julia: „Dramat, ale impreza była świetna, dawno się tak dobrze nie bawiłam”.

Kamil: „Ja też. I naprawdę miło było Cię zobaczyć”.

Nie odpowiedziała, ale z nadzieją wyczekiwała kolejnej wiadomości. Nie doczekała się. Wystukała więc kolejny SMS: „Wcale nie jesteś dupkiem”. Odpowiedzi nie było.

 

 

Podkarpacie, Gorzków

Sierpień, poniedziałek, godzina 12:30

 

Słońce było w zenicie, gdy Marcin Nowak wolnym krokiem kluczył między gęsto rosnącymi bukami. Gorące promienie agresywnie przedzierały się przez korony drzew i żywo tańczyły na jego sylwetce. Aromat balsamicznej żywicy z subtelną nutą świeżej ściółki wypełniał wilgotne powietrze. Marcin uwielbiał woń rozgrzanego latem lasu. Odetchnął głęboko i przystanął. Od czterech dni nie udało mu się nic znaleźć. Żadnego nieśmiertelnika z czasów drugiej wojny światowej, łusek po nabojach, sprzączek, guzików od mundurów czy choćby kapsli od butelek. Wykrywacz metalu milczał jak zaklęty. I ta cisza denerwowała go nawet bardziej, niż gdy po kilkunastu minutach kopania w ziemi jego zdobyczą okazywała się zwykła puszka po piwie albo konserwie turystycznej. Resztkami sił utrzymywał w ryzach napięte do granic wytrzymałości nerwy. Na szczęście sonda, zupełnie jakby zwęszyła nadchodzący atak furii swojego właściciela, podniosła alarm. Zaczęła cicho popiskiwać. Tętno mężczyzny momentalnie podskoczyło, a usta ułożyły się w szeroki uśmiech. Podekscytowany zaczął iść według wskazań krzykliwego ustrojstwa.

Lata szwendania się po lasach bardzo mu się teraz przydały. Poruszał się zwinnie, niczym rasowy myśliwy, tyle że jego zwierzyna nie uciekała, lecz była dobrze schowana. Można było odnieść wrażenie, że czujnik odwalał całą robotę za niego, ale nic bardziej mylnego. Nowak polegał przede wszystkim na swojej intuicji. A ta podpowiadała mu, że trafił na coś wyjątkowego. Dopiero później miał się przekonać o tym, jak dobre miał przeczucie.

Tymczasem zatrzymał się i przy rytmicznym akompaniamencie czujnika rozłożył saperkę. Ostrze szpadla gładko weszło w ziemię. Energicznie odrzucił pierwszą warstwę wilgotnej gleby i ponownie zatopił w nią swoje narzędzie. Czuł, jak z każdym ruchem rośnie w nim podniecenie. Upadł na kolana, gdy saperka uderzyła w coś twardego. Otarł przedramieniem zroszone potem czoło, po czym szybkimi ruchami szpadla zaczął odgarniać ciemną ziemię. Nie miał pojęcia, na co trafił, ale wszystko wskazywało, że to coś dużego. Lepka warstwa potu pokryła nie tylko jego twarz, ale i plecy, gdy między grudkami gleby mignęły mu pożółkłe, podłużne odłamki. Zaschło mu w ustach, gdy uświadomił sobie, czym mogą być, ale nie przestał kopać. Ciekawość miał we krwi, a nazwanie tego, co widział przed sobą, po prostu interesującym byłoby dużym niedopowiedzeniem. Ubabrane wilgotną ziemią dłonie nie przestawały pracować pomimo rosnącego z każdym ruchem obrzydzenia. Był już niemal pewien, co znalazł. Odrzucił ostatnią porcję stęchłego podłoża i ciężko dysząc, podniósł się z ziemi.

Walcząc z mdłościami, wpatrywał się w swoje znalezisko. Zżółkniętego, brudnego szkieletu nie sposób było pomylić z czymkolwiek innym. Zwymiotował, gdy dotarło do niego, że odkopał ludzkie szczątki.

 

 

Podkarpacie, Jabłonna

Sierpień, poniedziałek, godzina 15:00

 

Biuro dyrektora generalnego BioSteam mieściło się na najwyższym piętrze budynku administracyjnego, który równie dobrze mógłby być nowoczesnym apartamentowcem w prężnie rozwijającej się metropolii. Wąski, oszklony walec dumnie górował nad pozostałymi zabudowaniami biotechnologicznego pioniera.

Po wylegitymowaniu się w portierni na parterze Julia Przybysz wślizgnęła się do windy i wysiadła na piętnastej kondygnacji. W odróżnieniu od niższych pięter nie było tutaj charakterystycznych pulpitów wyposażonych w obowiązkowy sprzęt komputerowy. Z windy niewielki hol prowadził do sekretariatu dyrekcji. Ściany, idealnie gładkie, ozdabiał szereg reprodukcji zdjęć dokumentujących historię firmy. Oświetlenie stanowiły nowoczesne sufitowe lampki. Gęsta wykładzina w kolorze orzecha laskowego całkowicie tłumiła odgłos kroków.

Julia zatrzymała się przed stanowiskiem osobistej sekretarki prezesa BioSteam i od razu poczuła się głupio. Wiedziona stereotypami i hollywoodzkimi produkcjami wyobrażała sobie ją raczej jako cycatą blond piękność, niekoniecznie powalającą błyskotliwością. Tymczasem za eleganckim biurkiem siedziała równie elegancka, rudowłosa kobieta. Wyglądała na niewiele ponad czterdzieści lat. Emanowała spokojem, profesjonalizmem i kompetencją.

Julia odchrząknęła.

– Dzień dobry.

Kobieta zerknęła na nią beznamiętnie znad okularów.

– Julia Przybysz. Dyrektor Mielcarz…

– Chwileczkę – przerwała jej sekretarka i sięgnęła po telefon. – Julia Przybysz, panie dyrektorze – rzuciła do słuchawki i po chwili odłożyła ją bez słowa. – Proszę wejść – poleciła chłodnym tonem i gestem dłoni wskazała stylowe, mahoniowe drzwi.

– Dziękuję – odparła Julia i uśmiechnęła się do kobiety. Niepotrzebnie, ponieważ sekretarka momentalnie straciła zainteresowanie gościem i wróciła do swoich zajęć.

– Co za ponura baba – mruknęła pod nosem Julia i strapiona oschłością sekretarki ruszyła we wskazanym kierunku. Zastanawiała się, czy dyrektor Mielcarz będzie równie lakoniczny i lodowaty jak jego podwładna. Wiele słyszała o tym człowieku, ale nigdy go nie poznała. Zaledwie kilka razy widziała, jak jedzie swoim luksusowym mercedesem, który, jak przypuszczała, musiał kosztować fortunę. Była pewna, że facet jest obrzydliwie bogaty oraz ma głowę na karku. Dzieło jego życia, BioSteam, mogło imponować niejednemu biznesmenowi.

Julia położyła dłoń na klamce i zawahała się. Przeszło jej nawet przez myśl, że powinna najpierw zapukać, ale było już za późno. Stała w progu gabinetu onieśmielona jego wystrojem.

Ogromny i wytworny – cisnęło się jej na usta.

Centralny punkt stanowiło masywne biurko z ciemnego dębu. Na prawo, za przyciemnioną szybą można było dostrzec profesjonalną salę konferencyjną. Po lewej stronie stała potężna, komfortowa kanapa z beżowej skóry. Przeszklona wschodnia ściana idealnie oświetlała pomieszczenie. Julia zgadywała, że można stąd podziwiać przepiękne widoki.

– Dzień dobry – zreflektowała się Julia, gdy zdała sobie sprawę, że ciągle stoi w drzwiach i gapi się przed siebie.

Arkadiusz Mielcarz podniósł się z miejsca.

– Witam, pani Julio – powiedział i wyciągnął ku niej rękę. Julia natychmiast uczyniła to samo. Dyrektor Mielcarz ujął jej dłoń i przytknął sobie do ust. – Jest mi szalenie miło panią poznać – rzekł, po czym wskazał okazały skórzany fotel. – Zechce pani usiąść.

Usiadła.

Zażenowana formą przywitania poprawiła się w fotelu i milczała. Nie odważyła się odezwać pierwsza. Arkadiusz Mielcarz sprawiał wrażenie człowieka apodyktycznego i bardzo pewnego siebie. Mimo swoich pięćdziesięciu lat zachował witalność. Dobrze skrojony, kruczoczarny garnitur leżał idealnie na jego wysportowanej sylwetce. Wręcz porażał elegancją i klasą. Jedwabny krawat perfekcyjnie współgrał z jasnym kolorem atłasowej koszuli. Spinki do mankietów wydały jej się złote.

Arkadiusz Mielcarz splótł dłonie i oparł o biurko. Przez dłuższą chwilę spoglądał na swojego gościa w milczeniu.

– Czekałem z niecierpliwością na to spotkanie – oznajmił w końcu i posłał Julii zawadiacki uśmiech.

– Przykro mi, że nie mogę powiedzieć tego samego.

– Pani Julio, proszę tak nie mówić. – Prezes BioSteam roześmiał się serdecznie. – Zapewniam, nie gryzę – dodał i posłał jej kolejny łobuzerski uśmiech.

– Nie wątpię, ale nie codziennie dostaje się wezwanie na dywanik.