Gdy zabłyśnie światło - Joanna Sykat - ebook + audiobook + książka

Gdy zabłyśnie światło ebook i audiobook

Joanna Sykat

4,0

Opis

Adriana mieszka z córką w domu na obrzeżach miasta. Wydaje się, że po rozwodzie poukładała życie na nowo. Ma partnera, z którym jest jej dobrze, i pracę, na którą na ogół nie narzeka. Jej stabilizacja ulega jednak zachwianiu, gdy z otoczenia zaczynają znikać przeróżne rzeczy.

Kobieta powoli traci poczucie bezpieczeństwa, usiłując odgadnąć, czy to jej umysł płata figle, czy może ktoś celowo próbuje zburzyć jej spokój.

Czy Adriana rzeczywiście jest tak silną kobietą, jaką się wydaje? Czy jej prywatne śledztwo pomoże rozwikłać zagadkę? I wreszcie – jaki wpływ na to będzie miało tajemnicze znalezisko w ogrodzie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 9 min

Lektor: Donata Cieślik

Oceny
4,0 (31 ocen)
13
10
5
2
1
Sortuj według:
KamaZa

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna!
00
Asia4010

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna, magiczna powieść. Joanna Sykat jest niezawodna. Każda Jej książka gwarantuje cudownie spędzony czas.. polecam!
00
Anonimowa_kosmetykoholiczka

Nie oderwiesz się od lektury

Pokręcona historia, ale bardzo pozytywna! Lekko i przyjemnie się czyta. Przeczytalam w kilka godzin ❤️
00

Popularność




Copyright © 2021 by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2021 
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Wszelkie wydarzenia i osoby, które pojawiały się w książce, są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistością może być tylko przypadkowa i niezamierzona.
Redakcja: Sylwia Drożdżyk-Reszka
Korekta: Justyna Jakubczyk
Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Zdjęcie na okładce: Jo Ann Snover oraz Vladimir41 (Stock.adobe.com)
DTP: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-66473-52-2
Słupsk/Warszawa 2021
Wydawnictwo Prozamizamowienia@literaturainspiruje.plwww.prozami.plwww.literaturainspiruje.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Prolog

Gdy zamykam za Michałem furtkę, zapada już zmrok. Lubię tę porę. Niby wszystko jest jeszcze widoczne, ale kontury zaczynają się rozmywać czy też po prostu łagodnieć w obrysie. Nic nie jest już oczywiste. Zwłaszcza dlatego, że moja działka położona jest między ulicznymi latarniami. Lubię jednak to „uniedogodnienie”. Mam wrażenie, że mój dom chowa się przed cudzym wzrokiem i tak samo robię to ja, przysiadając teraz na trawie, tuż obok iglaka. Wieczór, po upalnym dniu, jest ciągle ciepły. Wreszcie odpowiednio komfortowo czuję się w T-shircie i krótkich spodenkach. Opieram głowę na dłoniach i patrzę na odległe wzgórza, rozmigotane małymi punkcikami.

Jest cicho. Z rzadka po drodze przejedzie samochód. Więcej ludzi wędruje chodnikiem. Słyszę szybkie i mocne kroki oraz potupywanie dzieci. Rzadziej rozbija ciszę odgłos damskich szpilek. Moja wioska powoli układa się do snu, mimo że jest jeszcze wcześnie. Do domu nie spieszy się tylko wiosennym zakochanym. Idą powoli chodnikiem, a ich sylwetki mówią mi, że to jednak tacy trochę starsi zakochani. Cicho rozmawiają, ale siedzę tak blisko ogrodzenia, że wyraźnie słyszę ich słowa.

– Brak tego światełka w ogrodzie. To już tyle lat, a ja wciąż nie mogę się przyzwyczaić – dobiega mnie kobiecy głos.

– Zwłaszcza że latarnie daleko, a za domem las. Ciemnawo tu – odpowiada mężczyzna, najwyraźniej opisując moją posesję.

– Wiesz, mnie nawet nie chodzi o to. Bardziej o symbol. Takie oświetlenie drogi w cudzysłowie. No i fakt, że zawsze, ile razy tu przechodziłam, nie dałam rady się nie uśmiechnąć.

Para znika mi z pola widzenia. Zostają po niej dziwne słowa o jakimś oświetleniu czy lampie, która była tu za poprzedniego właściciela. Nie zaprzątam sobie jednak tym głowy. Jeszcze przez moment patrzę na błyszczące w oddali punkciki, a potem powoli idę do domu.

– Zjadłaś i w dodatku jeszcze kłamiesz!

– Nie zjadłam!

– A ten papierek? – Zawieszam Oli przed nosem opakowanie po ciastkach. – Nawet ci się nie chciało wyrzucić!

– Mówiłam ci już, że to nie ja! – wrzeszczy córka. – Przestań się w końcu mnie czepiać! Boże, jak cię nienawidzę! – dodaje coś, co mówi zawsze, gdy brakuje jej argumentów.

Jej skrzywiona twarz sprawia, że chce mi się płakać, ale dobrze wiem, że jeśli pokażę słabą stronę, Ola całkiem wejdzie mi na głowę. Co robię? Ano nic. Jak zawsze w konfliktach z córką – rejteruję od tematu. Nie wiem, czy ze strachu przed ostrzejszą konfrontacją, czy też z obawy, żeby „rozmowa” nie zeszła na tematy, których nie lubię.

− Trudno. Podam Michałowi twoje ciastka, bo nie mam zamiaru biec teraz do sklepu. 

Wzruszam ramionami i odwracam się na pięcie, dając córce do zrozumienia, że ostatnie słowo w tym domu należy do mnie.

– Ale to ostatnia paczka!

– Trzeba było pomyśleć, zanim bez pytania zjadłaś coś, co nie było przeznaczone dla ciebie. 

Przetrząsam spiżarenkę w poszukiwaniu innego poczęstunku i zabezpieczam paczkę ciastek Oli. Bezglutenowe. Bez dodatków. Bez cukru. W ogóle bez.

− Nie zjadłam! Nie tknęłabym tego syfu, którym pasiesz swojego tłuścioszka! 

Ola staje w zaczepnej pozie i z całej siły kopie we front szafki pod zlewem. Jej stopa ześlizguje się po nim i odrywa listwę przypodłogową, która od dawna trzyma się bardziej na słowo honoru niż na kleju czy innej metodzie montażowej.

– Idź do swojego pokoju, bo nie ręczę za siebie! – Tym razem to ja wrzeszczę, siłą powstrzymując się, by nie szarpnąć gówniarą. Cholerny smark! Bierze cudze rzeczy, jakby były jej, kłamie w żywe oczy i jeszcze niszczy szafkę! – Myślisz, że kto to będzie naprawiał?!

− Na pewno nie twój tłuścioszek. – Ola potrafi być bystrym i jednocześnie zjadliwym obserwatorem.

Chcę jeszcze coś powiedzieć, ale mówiłabym do pleców córki, która wbiega na piętro i trzaska drzwiami do swojego pokoju. Nie podoba mi się to i już wchodzę na pierwszy stopień, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Odkładam rozmowę na inny moment i mam głęboką nadzieję, że Ola nie wychyli nosa ze swego królestwa, póki będzie Michał.

− Tęskniłem, wiesz? 

Ledwo otwieram drzwi, a już tonę w uścisku mężczyzny, który przerasta mnie dobrze wzwyż i wszerz.

– Mhm. 

Pocieram nosem o obojczyk partnera i pozwalam pokołysać się w ramionach. Michał ma jakieś niezwykłe właściwości. Jednym dotykiem wyciąga ze mnie zły nastrój, a wsącza same pozytywne myśli. I co z tego, że jeśli chodzi o kwestie naprawcze, to za bardzo mu to nie wychodzi? W końcu ideałów nie ma.

– Co jest? Ola znowu dała ci w kość? – Mój mężczyzna z troską patrzy mi w oczy.

Krzywię się, dając do zrozumienia, że nie chcę o tym mówić. Zapraszam gościa do kuchni i wstawiam wodę na herbatę.

– Dziś chyba tylko kolacja. Ola jest w domu. − Staję pod oknem, krótko przedstawiając Michałowi plan wieczoru.

Cholerny dupek! – myślę o Maćku, który po raz kolejny wykręcił się od zabrania córki na piątek i sobotę. Podniósł mi ciśnienie, mówiąc, że za tydzień ma studia i musi w końcu trochę się pouczyć. Nie zapytał nawet, czy może mam jakieś plany na sobotę. Po prostu stwierdził, że nie przyjedzie, donosząc o tym w porannym esemesie. Może dlatego Ola tak fiksuje przez cały dzień, wylewając na mnie złość za niedoszłe spotkanie z ojcem.

– To nic, Misia. – Partner poklepuje ręką udo, zapraszając mnie na kolana. – Zrobimy michę popcornu i obejrzymy jakiś film familijny. Pepsi też się znajdzie. – Znacząco wskazuje siatkę, którą przyniósł ze sobą.

– Wiesz, że Ola nie powinna. – Z dezaprobatą kręcę głową, siadając mężczyźnie na kolanach. – Raz, że zdrowie, dwa, że po słodkościach i napojach gazowanych zachowuje się tak, jakby dostała małpiego rozumu.

– Dziewczyno! Zapomniałaś, jak to jest być dzieckiem i pić pepsi? – Michał patrzy na mnie z lekką kpiną.

Uśmiecham się bezwiednie i ponad głową partnera wędruję wzrokiem w stronę wspomnień. Pepsi nieodmiennie kojarzy mi się ze świętami Bożego Narodzenia i urodzinami, bo tylko wtedy ten rarytas, w butelce z jeszcze białym logo, wjeżdżał na stół i szybko uciekał gazem spod poluzowanego kapsla, a potem przyjemnie musował w ustach. Pusta butelka była głębokim rozczarowaniem. Czy zwyczajne szkło naprawdę mogło zawierać w sobie taki smak? Teraz, gdy już znam skład napoju, jestem w stosunku do niego mniej entuzjastyczna. Raz od wielkiego dzwonu można po niego sięgnąć. Do pizzy, do popcornu. I wystarczy. A już zwłaszcza dziecku. Nieważne, czy ma ono lat pięć, czy siedemnaście.

– No dobrze – wzdycham, przytulając się jeszcze raz do Michała. – Ja pójdę do Oli, a ty zacznij działać – mówię bez przekonania. Zdecydowanie wolałabym, żeby mężczyzna zaczął działać w innych kwestiach. A tak czeka nas wieczór stricte rodzinny. Choć może to i dobrze. Niechby te lody miedzy młodą a moim partnerem w końcu pękły. Albo przynajmniej zaczęły kruszeć. Lub choć topnieć.

– No to mnie puść – Michał odsuwa mnie od siebie delikatnie – bo pomyślę, że wolałabyś tak siedzieć cały wieczór.

Niechętnie schodzę z jego kolan, myśląc, że owszem i że tak. Że chętnie posiedziałabym z nim cały wieczór, a Oli kazała zostać w pokoju i przemyśleć swoje zachowanie. Ostatnio jest tak nieznośna! Ciągle kłamie i robi głupie szkody! Co chce w ten sposób osiągnąć? Na przykład tym wyciętym w tapecie krzyżem? Biała rysa wydatnie podkreśliła mięsisty fiolet. Nie dało się jej oszukać klejem, taśmą przylepną ani ciemnym pisakiem. Zważywszy na to, że wystrój salonu nie ma nawet pół roku, moja złość była w pełni uzasadniona i podniesiona do entej potęgi przez upór Oli, która twierdziła, że nie ma z tym nic wspólnego. Michał obiecał, że spróbuje zająć się ubytkiem, ale to przecież nie załatwiało sprawy. Jaki sens, zwłaszcza ten wychowawczy, miało naprawianie szkód, które z uporem maniaka wyrządzało dziecko, a właściwie to nastolatka?

Stoję, niezdecydowana, w salonie i zastanawiam się, co powinnam zrobić. Czy rzeczywiście ukarać Olę za kolejny „figiel” w postaci zjedzonych ciastek, czy też próbować do niej dotrzeć na spokojnie i z miłością. Po chwili wybieram drugie rozwiązanie, zwłaszcza że Michał rozpoczął już przygotowywanie popcornu. Słyszę, jak twarde ziarenka pękają w garnku, odbijając się od jego ścianek i pokrywki. Zachęcające odgłosy wywołują z pokoju i Olę. Córka uchyla drzwi i wystawia na korytarz głowę, patrząc jednak na mnie z zaciętą miną.

Zupełnie jak jej ojciec! Wzdycham w duchu, starając się nie dać po sobie poznać, o czym myślę. W Oli, jej wyglądzie i zachowaniu widzę Maćka. Nie jest to łatwa i przyjemna konstatacja. Zbieram się jednak w sobie i przywołuję na twarz uśmiech.

– Dobrze, że jesteś. Michał właśnie robi popcorn. Chyba coś pooglądamy wspólnie. Może napijemy się pepsi? – zarzucam dziewczynę propozycjami, których mnogość i atrakcyjność ma rozchmurzyć jej czoło. – Jak myślisz?

Ola wzrusza ramionami i wymija mnie bez słowa w drodze do kuchni. Nawet nie wita się z Michałem. Odwraca się tyłem do mężczyzny i ostentacyjnie nalewa sobie kompotu do szklanki. Pije napój, przełykając go głośno. Nie wraca jednak do swojego pokoju, ale śmiem przypuszczać, że w swojej złości zrobi wszystko, żeby popsuć popołudnie i wieczór.

Nie muszę długo czekać. Córka wchodzi do salonu i z impetem siada na sofie. Kompot wychlustuje ze szklanki łukiem i wsiąka w oparcie i siedzenie kanapy.

Klnę pod nosem. Wczorajsze wielogodzinne zapieranie plamy nie przyniosło efektu. Może tylko roztarło jej kontury i z wyraźnego zabrudzenia zmieniło w niejednoznaczny twór, który rozpełzł się na większą część siedziska. Spoglądam na zegarek i choć muszę niedługo wyjść do pracy, wiem, że nie jestem w stanie tak tego zostawić. Nalewam wody do miski, dodaję odrobinę detergentu do obić i wracam do salonu. Szoruję, pocieram i rozcieram, ze złością myśląc o wczorajszym dniu i jego ukoronowaniu przez Olkę.

Wieczoru nie dało się już uratować. Zjedzone ciastka, oberwana listwa od szafki i zalanie sofy kompotem to dla mnie aż nadto. Michał na próżno usiłował wziąć w obronę moją córkę, twierdząc, że to był przypadek. Spowodował jednak tylko to, że i jemu oberwało się odpryskiem złości mojej i Oli. Standardowo usłyszał od niej, że nie jest jej ojcem i że ona nie życzy sobie, żeby wtrącał się w jej sprawy. Ja z kolei powiedziałam, że jak na jeden dzień to już dość tych przypadków i że nie zamierzam udawać, że nie jestem zła. Michał postawił więc miskę popcornu na ławie i wyszedł z domu, nie próbując nawet pocałować mnie na do widzenia. Za to byłam mu akurat wdzięczna, bo czułam, że taka niewinna, codzienna czułość mogłaby tylko dołożyć do pieca, w którym buzowała złość na Olę. W końcu od dawna nie była już oseskiem. W marcu skończyła czternaście lat, a zachowywała się tak, jakby należało jej się wszystko, a konsekwencje tego były tylko wybrykiem zwyrodniałej matki.

– Coś muszę z tym w końcu zrobić! – cedzę przez zęby, walcząc z plamą i włosami, które opadają mi na twarz. Od biedy można zmienić obicie, kupić narzutę, cokolwiek, i obciążyć tym budżet Oli, ale przecież nie o to chodzi. Przypominam sobie zaciętą twarz córki, którą wczoraj zmusiłam do zapierania sofy. Próbowała się wymigać, twierdząc, że nie potrafi, że nie ma siły i że ta plama jest za trudna do wyczyszczenia, ale byłam nieugięta. Stałam nad Olą i tak długo mierzyłam ją wzrokiem, aż wreszcie ta, z nienawiścią wypisaną w oczach, na całej twarzy i w każdym geście, złapała za gąbkę. Ciarki latały mi po plecach, bo nie trzeba być doświadczonym pedagogiem, żeby odczytać myśli dziecka w tak ekstremalnej sytuacji. – Może jakiś psycholog dziecięcy? – zastanawiam się, prowadząc nierówną walkę z sofą. – Sama raczej nie ruszę z miejsca. Z tą cholerną plamą zresztą chyba też. – Podnoszę się z kucek i oceniam granat, który połknął już większą część niebieskiego obicia kanapy. – Niech to szlag!

Papierowe ręczniki wykonują teraz proces odwrotny do wyciskanej przed chwilą gąbki. Wduszam je ręką w sofę, odsysając wodę z materiału, a potem biegnę po suszarkę, która ujawnia, że plama i tak pozostanie plamą – mieszaniną kompotu oraz kurzu i brudu wtartymi wcześniej w siedzenie przez spódnice czy legginsy. Trudno mi znieść ten widok, więc wyjmuję z garderoby jakąś starą narzutę i przyrzucam nią sofę. Bordowe poduszki rozświetlają nieco tło i można uznać, że problem został na chwilę zakamuflowany. W sam czas, bo należało się już zbierać do pracy. Szybko zerkam jeszcze na termometr, choć właściwie tylko pro forma. Temperatury od kilku dni przypominają te letnie, a nie wiosenne. Kwiecień zamienił się miejscami z lipcem i kazał przedwcześnie sięgnąć do lekkiej garderoby.

− Czyli że znów sukienka – stwierdzam, patrząc na słońce za oknem. Jego promienie niemal wbijają się w szyby, więc staję w miejscu i przez chwilę celebruję widoki, które rozpościerają się z kuchni i salonu. Druga wiosna w moim domu, i to tak piękna! Uśmiecham się bezwiednie i ruszam do garderoby, myśląc, że przeprowadzka tutaj była dobrym, choć bardo ryzykownym pomysłem. Maciek proponował, że to on przeprowadzi się do domu, który kupiliśmy jeszcze jako małżeństwo. Ja z Olką miałam mieszkać w naszym dawnym mieszkaniu. Nie zgodziłam się jednak na tę opcję. Chciałam zacząć wszystko od nowa i w nowym miejscu. Maciek nie zdążył nasycić sobą energii tego domu, więc moja decyzja mogła być tylko taka. Nie chciałam się obracać po kątach, w których pełno było mojego męża. Czułabym go wszędzie. Taka pamięć ulatuje wolno, a głupi kubek do kawy potrafi nastroić reminescencyjnie, choć wcale tego się nie chcę.

Ten dom kupiliśmy od pary, która właśnie się rozwodziła. Jakoś wtedy nie przejęłam się tym faktem, szczęśliwa, że wreszcie stać nas na posesję za miastem. Zanim jednak Maciek zdążył przyłożyć palec do odświeżania i remontów, okazało się, że położył solidne podwaliny pod budowę swojego drugiego domu. Uznałam, że taka rozpusta w metrażu i liczbie członków rodziny zwyczajnie mu się nie należy. Pomimo że się bałam, że bałam się jak jasna cholera, zdecydowałam, że nie chcę go w swoim życiu w żaden sposób. Nawet jako dekoratora wnętrz, do czego, w poczuciu winy, bardzo się oferował. Odświeżyłam dom na tyle, na ile umiałam, i umeblowałam go po swojemu, resztę zostawiając na nieokreśloną w czasie przyszłość.

Oprócz zamiany mieszkania na dość duży dom rozwód z mężem przyniósł mi jeszcze jedną istotną przemianę, której symbol unoszę teraz w ręce.

Szafirowa sukienka jest idealnie fikuśna i ma idealnie fikuśną barwę. I była pierwsza. Pierwsza taka, którą kupiłam sobie po rozstaniu z Maćkiem. Poczułam się jak motyl, który wylatuje z poczwarki swoich szarości i czerni. Który rozkwita na nowo i tym razem już w bardzo dojrzały i pewny siebie sposób. Może dlatego tak szybko pojawił się Michał...?

Nie zastanawiam się już dłużej. Wiem, że za często noszę tę sukienkę, ale skoro od niej zaczęło się wszystko, co dobre w moim życiu...? Kieszonki umiejscowione na biodrach zawadiacko poszerzają sylwetkę, stanowiąc smaczek ubrania. Aż żal kryć ten detal pod swetrem, ale pomimo zapowiadającego się upału wiem, że muszę wziąć okrycie. I będzie to kupiony wczoraj sweterek.

Idę do garderoby po siatkę, którą na pewno cisnęłam na krzesło. Na pewno, choć teraz jej tam nie ma. Marszczę brwi i wzrokiem dokładnie przeszukuję pomieszczenie. Reklamówki z moim nowym odzieżowym nabytkiem nie ma. Po prostu nie ma. Nie ma też czasu, żeby dłużej się nad tym zastanawiać, więc zdejmuję z wieszaka stary sweter, biorę torbę i głośno zatrzaskuję za sobą drzwi od domu. Mam nadzieję, że przynajmniej moje miejsce na ziemi nie zniknie, gdy ja będę w pracy.

Dzień biegnie mi szybko. Właściwie to swoje lekcje zdążyłam już skończyć, ale mam jeszcze okienko przed ostatnimi zajęciami. Przysuwam sobie zeszyt zastępstw i upewniam się, że lekcję mam z siódmą a. Bardzo dobrze. Ostatnio przepadło nam trochę spotkań, zdążę więc z nimi coś nadrobić i nie będzie to orka na ugorze. To są fajne dzieciaki. Grzeczne, ale z pazurem potężnego humoru, co niestety nie idzie w parze ze zdolnościami do nauki. Stwierdzam, że klasy w szkole, w której pracuję, układane są chyba na podstawie jakiegoś algorytmu, i to parami. Albo sfeminizowane, albo zmaskulinizowane jak klasy szóste. Albo zdolne, ale zarozumiałe i niesympatyczne jak siódma b, albo uboższe w zdolności, ale takie, że można by je łyżkami jeść. Jak siódma a właśnie.

Przeglądam Librusa, żeby rozplanować to, co dzisiaj powinnam zrobić z moimi ulubieńcami. Już widzę. Mamy w plecy jakieś pięć lekcji, które się nie odbyły, bo młodzi pojechali na białą szkołę. Dobrze więc, że stosunkowo szybko uda mi się nadrobić zaległości w tej klasie. W myślach układam konspekt, gdy do pokoju nauczycielskiego wchodzi Iza. Chodzący anielski spokój i wychowawczyni siódmej a w jednej osobie.

− Cześć! – Uśmiecha się do mnie tak, jakby przed chwilą wygrała na loterii. – Wiesz, że masz dzisiaj z moimi?

− Wiem. – Kiwam głową. – Właśnie przygotowuję się do lekcji.

− Piękna sukienka, Adriano.

− Chyba za często ją zakładam ostatnio... − Bronię się przed komplementem, ale Iza kręci głową.

− A co to za różnica? Lubisz ten ciuch, świetnie na tobie wygląda, więc czego więcej chcieć? Patrz! – Macha w stronę okna. – Tatry widać stąd co dzień i jakoś się nie nudzą, prawda?

Mówi tak delikatnie, że trudno byłoby to wziąć za przytyk do siebie. Jej słowa są raczej łagodnym nakierowaniem uwagi człowieka w dobrą stronę. Wiem, że z Izy śmieją się tutaj w szkole. Głównie dlatego, że pomimo prawie pięćdziesięciu lat ubiera się jak nastolatka, a niemal całkiem siwe włosy zawadiacko upina w koński ogon lub splata w warkocz, który zwiesza się do pasa. Niektórzy mówią na nią „przebudzona”. Oczywiście z odpowiednią dawką sarkazmu. Jej jednak zdaje się to ani nie dotyczyć, ani nie dotykać. Jednakowo miło uśmiecha się do lekceważących ją osób, jak i do tych, którzy bardzo ją lubią. Tak. Iza ma w sobie jakąś świetlistość i może dlatego jej klasa jest najgrzeczniejsza i najfajniejsza w szkole.

Patrzę za okno i chce mi się śmiać. Grzebień Tatr widzę po raz pierwszy, odkąd tu pracuję. Czyli przez sześć lat mojej uwadze umykał taki fakt. A w końcu widok gór z okolic Krakowa nie jest tak oczywisty, prawda? Łapię wzrok Izy, która uśmiecha się do mnie. Obie wiemy, że zrozumiałam tę lekcję, choć przyjaciółka na pewno nie użyłaby takiego nazewnictwa. To właśnie jest niesamowite, że od Izy można się wiele nauczyć i nie wstydzić się wcześniejszej niewiedzy czy braku umiejętności.

Uśmiecham się do przyjaciółki i równo z dzwonkiem wychodzę na korytarz. W drzwiach zderzam się z Tomaszem z siódmej a.

− Dzień dobry. – Chłopak jest tak zasapany, że zastanawiam się, co robił na lekcji, jeśli nie był to wf. – Czy pani wie, z kim mamy teraz zastępstwo za panią od historii?

− Dzień dobry. A wiem. Powiedz całej brygadzie, że po przerwie będzie kartkówka z polskiego. – Wcale tego nie planuję, ale nie mogę odpuścić sobie jednego z moich ulubionych żarcików. Uczeń znika w korytarzu, a ja idę za nim, bo właśnie mam dyżur. Gwar taki, że głowa puchnie, ale i tak dobiega do mnie głos Tomasza, który wieszczy klasie dobrą nowinę.

− Mamy z Symetryczno-Liryczną! – krzyczy. – Kazała mi powiedzieć, że zaraz zrobi nam kartkówkę!

Z zadowoleniem notuję, że część uczniów sięga po plecaki i zaczyna przeglądać zeszyty. Bardzo dobrze. Zanim się dowiedzą, że cała ta akcja to ściema, odświeżą wiedzę. Nawet specjalnie nie utyskują i przynajmniej nie rozrabiają na korytarzu, co sprawia, że nie muszę mieć oczu dookoła głowy. Pięć minut później w klasie słychać tylko pełną gotowości ciszę. Podaję temat, sprawdzam obecność i już mam przejść do lekcji, gdy coś sobie przypominam.

− Dlaczego „Symetryczno-Liryczna”?

Mam ich! Patrzą na mnie, trochę się podśmiechują, próbując wykręcić się komunałami.

− No wie pani. Przecież każdy nauczyciel ma jakieś przezwisko.

− Nic o tym nie wiem – droczę się.

− Ale no jak to? Chyba każdy na przykład wie, jak mówimy na panią od matematyki!

Oczywiście, że wiem, bo przezwisko funkcjonuje podobno od dobrych trzydziestu lat, odkąd datuje się kadencja Nowakowej w tej szkole. Przyznam szczerze, że mnie samą śmieszy to tak niewyrafinowane, ale adekwatne i pieszczotliwe przezwisko i już teraz trudno mi utrzymać powagę.

− Nie. Nie wiem. – Wyrównuję notes, który leży na biurku trochę krzywo. Kubek z kawą odsuwam bardziej na bok i poprawiam kabel, zbyt luźno wpięty do komputera.

− No przecież Pani Kanapeczka! – Maciej z pierwszej ławki aż wierci się z podekscytowania.

Pomimo że pracuję tu stosunkowo niedługo, takie tajniki jak geneza przezwiska matematyczki są mi znane. Ula podobno, gdy ktoś nie mógł sobie poradzić z zadaniem, mówiła: „Zjedz kanapeczkę, w brzuchu będzie pełno, to może i w głowie coś się rozjaśni”. Czy mówi tak teraz, nie wiem. Ale przezwisko nadane jej przez rodziców naszych obecnych uczniów funkcjonuje dalej i – jak widać – ma się świetnie.

Uśmiecham się do tych łosi, którym aż oczy błyszczą, gdy tylko trafią na dobry temat. Wszystko lepsze niż lekcja. Nawet z czegoś tak prostego jak figury stylistyczne, których znajomość chciałabym z nimi dzisiaj poćwiczyć. Chciałabym, bo tak właściwie to i mnie trudno się skupić. Upał wciska się przez uchylone okna, a sukienka przykleja mi się do pleców i do pupy. Dlatego też wstaję i wypróbowując pisak na tablicy, pytam od niechcenia:

− No dobrze. A na przykład pan od biologii? Też ma przezwisko?

− Plemnik! – Klasa wykrzykuje unisono.

Przyznam, że akurat tej ksywki nie byłam świadoma.

− A dlaczego?

Niezawodny Maciej znów spieszy z wyjaśnieniem, tyle że teraz w formie dramy. Wychodzi z ławki, jakimś cudem nadaje swoim oczom rozbiegany wygląd i zaczyna poruszać się po sali drobnym, ale spiesznym kroczkiem. Wykonuje zwroty, nachyla się znienacka nad jednym z uczniów. Śmieję się w głos! Marcinek po prostu jak żywy! Obawiam się, że już nigdy nie pomyślę o nim inaczej, jak właśnie w ten sposób. Może dlatego nie chcę już słyszeć o innych przezwiskach, choć klasa bardzo pragnie zdradzić mi wszystkie swoje sekrety. Ciekawi mnie tylko moje przezwisko, więc drążę temat, strzepując z sukienki niewidzialne pyłki.

− Daję słowo. Nie obrażę się. – Patrzę na nich z uśmiechem, i tym na ustach, i tym w oczach.

I znów Maciej sięga po techniki aktorskie. Tym razem jednak prostuje się jak struna, a potem poprawia na swojej ławce piórnik i zeszyty. Rozpoznaję siebie w tym pedantyzmie, hmm... w tym wyłącznie zawodowym pedantyzmie, choć nie przypuszczałam, że jest to aż tak bardzo widoczne. Kiwam więc głową.

− No okej. Rozumiem już to „symetryczna”. Ale co do reszty ma Enej i to drugie słówko? – Coś czuję, że od teraz będę już myślała o sobie słowami z piosenki folkowego zespołu.

− A bo pani od jakiegoś czasu zaczęła nosić takie piękne kolorowe ubrania. – Rozmarza się Basia ze środkowego rzędu. – No i jakoś ten drugi człon przylgnął. Tylko bym jeszcze oczy bardziej podkreśliła. Bo brwi ma pani bardzo ładne. – Rozpędza się, wsiadając na swojego konika. – O na przykład takim kolorem! – Prędko wyciąga kosmetyczkę z plecaka, a z niej paletę cieni. Głupieję, przyznam. Po pierwsze z tego powodu, że jednak to szkoła i lekcja, a po drugie, i to nawet bardziej, gdy stwierdzam, że w domu mam mniej kolorowych kosmetyków niż to, co mieści się w podręcznym zbiorze Baśki. Dziewczyna przekłada w rękach kredki, tusze. Żongluje nimi jak zawodowiec i nawet chce mi rysować jakąś mocniejszą kreskę na powiece.

– Kosmetyków się nie pożycza. – Kręcę głową, próbując jakoś zapanować nad skupiskiem dziewcząt, które otoczyły mnie i Basię.

– Niech jej pani pozwoli! – piszczy Kasia. – Ona pani cuda wymaluje!

Bronię się wystawionymi przed siebie rękami, ale pokonać takiej... rozhisteryzowanej kosmetycznie zgrai nie potrafię. Na szczęście okazuje się, że to niekoniecznie ja muszę być modelką. Magda w mig zasiada na moim biurku, a Basia przygląda się szybko jej twarzy, a potem zaczyna malować. Nie protestuję, bo patrzę zafascynowana na to, co powstaje na powiekach nastolatki. To prawdziwe dzieło sztuki. Widzę świetnie dobrane do tęczówki łagodnie przenikające się kolory. Widzę delikatnie falującą wodę. Widzę zachód słońca, rozchodzący się barwami po tej wodzie. Jest i mikroskopijny stateczek i lecące ptaki.

– Dziewczyno, TY masz talent. TALENT! – mówię w oszołomieniu. Bo to, co widzę, to nie zwykły makijaż, choćby wykonany starannie i ze znawstwem. To prawdziwie artystyczna praca!

Widzę, że pod wrażeniem są także chłopcy. Z bardzo bliska kontemplują twarz Magdy i nawet sami przymawiają się o jakiś malunek. Szymon zakłada na głowę stary hełm zdjęty z wystawki historycznej, a Baśka, zamiast makijażu, maluje mu pod nosem wąsik wodza Trzeciej Rzeszy. Zaśmiewamy się wszyscy. Taki ton Baśka nadała naszej lekcji!

Hałas jednak nie uchodzi nam na sucho; nawet nie zauważamy, że makijaż Magdy przez moje ramię podziwia i dyrektorka.

– Jaki to temat lekcji, pani Adriano?

W klasie robi się cicho jak makiem zasiał. Uczniowie błyskawicznie odpływają w stronę ławek. Przy mnie zostaje sparaliżowana Magda i równie przerażona Basia. Statut wyraża się jasno na temat kosmetyczenia w szkole.

– To zastępstwo, pani dyrektor – mówię na wydechu.

– No ale temat jakiś jest, prawda?

– Aby język giętki... – dukam i dobrze wiem, że czerwienieję aż po korzonki włosów, ale nic na to nie poradzę.

– Aby pędzel giętki wypowiedział, co pomyśli głowa. Tak, pani Adriano? – Dyrektorka poprawia mój koncept i w skupieniu ogląda twarz Magdy, a potem dodaje: – Jak widzę, jest i odrobina historii. – Szymon, któremu właśnie sypnął się wąs, nie uchodzi jej bystrej uwadze. – Chyba już wiem, kogo przyjdzie mi obsadzić w następnym przedstawieniu teatralnym – komentuje z zabawnym uśmiechem, a nieśmiały Szymon robi się czerwony i pewnie wyrzuca sobie to, że za bardzo dał się wciągnąć w wir zabawy.

Ja stoję niemal na baczność, choć dobrze wiem, że przełożona życzliwie podeszła do tematu. Pani Krystyna kończy niespodziewaną wizytację takimi słowami:

– Niesamowita robota, Basiu. – Bezbłędnie wyłuskuje sprawczynię zamieszania, której w dłoniach stygną jeszcze pędzle i pędzelki. – Do widzenia – żegna się prędko i wychodzi z sali.

Nastrój garderoby teatralnej pryska w jednej chwili. Nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać potem. Bo że czegoś, to jestem, kurde blaszka, pewna. Uczniowie, oprócz Magdy, Baśki i Szymona, podśmiechują się z całej sytuacji. Nawet nadąsana Ola ma rozbawiony wyraz twarzy. Ja próbuję wybrnąć banalnie. Polecam uczniom wyjęcie zeszytów i zaczynam wprowadzać ich w temat. Idzie nam całkiem sprawnie, gdy nagle drzwi otwierają się dość gwałtownie. Klasa wybucha śmiechem. A ja? A ja wcale nie jestem lepsza. Patrzę na Marcina, który dziś elegancko ubrał się w białe lny i... i wiem, że nic mnie już nie powstrzyma. Kolega patrzy na mnie z niezrozumieniem.

− Szukam Ani – mówi, a ja łapię pion i informuję, że nie ma jej w szkole.

Marcin rzuca mi urażone spojrzenie i wycofuje się z klasy. Usiłuję wrócić do prowadzenia lekcji, ale kiedy tylko przypomnę sobie biologa, zbiera mnie konwulsyjny śmiech. Przepadło. Wiem, że dziś już nie zrobimy nic. Spoglądam na zegarek, a potem każę uczniom spakować książki i wytrwać we względnej ciszy przez te parę minut do końca zajęć. Wylogowuję się z Librusa i wkładam do torby różne drobiazgi, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie swojego przezwiska. W torbie też mam symetryczno-lirycznie. Każda przegródka na coś innego. Paragonów, zużytych chusteczek i kompaktowych kosmetyków przewalających się po torbie – brak. Lirycznie też jest. Wystarczy tyko spojrzeć na mój ozdobiony bratkami terminarz, żeby usankcjonować drugi człon przezwiska. Zasuwam zamek i z uśmiechem na ustach opuszczam klasę. Jest dopiero pierwsza, a ja mam w planie całe popołudnie dla siebie. Ola zapowiedziała, że czas do wieczora spędzi u Basi, swojej przyjaciółki, więc mogę robić w domu, co tylko mi się żywnie podoba. Nawet wiem już, od czego zacznę.