Gdański smak whiskey - Bartłomiej Ludwisiak - ebook + książka

Gdański smak whiskey ebook

Bartłomiej Ludwisiak

3,2

Opis

Podczas policyjnej obławy na seryjnego mordercę Bruno zostaje poważnie ranny, co zmusza go do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Gdy w tajemniczych okolicznościach znika jego przyjaciel – były prywatny detektyw – Bruno idzie tropem prowadzonego przez niego śledztwa, natrafiając na ślady ukrytych zbrodni. Przeprowadzka z Katowic do Gdańska staje się początkiem serii wydarzeń, które sprawią, że były policjant zostanie uwikłany w arcytrudną rozgrywkę z nieprzewidywalnym przeciwnikiem...

Gdański smak whiskey” to wciągający kryminał zanurzony w klimacie tętniących gwarem gdańskich pubów, luksusowego życia osób z wyższych sfer, nadmorskich plaż i mglistych uliczek Starego Miasta, które z wolna otacza aura zbliżających się Świąt.

…po raz kolejny szedł wraz z partnerem ciemnym, długim korytarzem, znajdującym się na poddaszu starej, niezamieszkałej już od lat kamienicy. Czasem budził się przy drzwiach, za którymi wszystko się wydarzyło, ale tej nocy nie miał tyle szczęścia i Ikelos – jeden z bogów koszmarów sennych – zafundował mu go w pełnej wersji z niespotykanym dotąd realizmem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 214

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,2 (21 ocen)
3
6
7
3
2

Popularność




Dzień pierwszy(piątek)

Bruno siedział w barze, oparty o jeszcze mokrą, zawieszoną na fotelu wełnianą marynarkę. Zamknął oczy i przechylając wolno trzymaną w dłoni szklaneczkę whiskey, pociągnął pewnie spory łyk zimnego, bursztynowego napoju. Zastygł przez moment w bezruchu, pozostawiając na chwilę nos przy krawędzi szklanki, tak by intensywniej poczuć jego delikatny, waniliowo-drzewny smak.

Ten zapach przywoływał setki lepszych i gorszych wspomnień, twarze dawnych przyjaciół i związanych z nimi przygód, wśród nich również tych, które przeżył w trakcie swojej dwudziestoletniej pracy w policji.

W lewej, pokrytej tatuażami ręce przewracał zwinnie, niczym zawodowy hazardzista żeton, trzymaną w palcach wizytówkę. W ciepłych barwach nastrojowego światła połyskiwały wybite na niej złote litery – Sonia Roleski – z widocznym po drugiej stronie numerem telefonu. Spojrzał na zegarek wiszący na ścianie obok okratowanej metalowej szafki z butelkami drogiej whiskey – wskazywał trzydzieści pięć minut po północy.

Pociągnął kolejny łyczek i przeczesując palcami ciemny dwutygodniowy zarost, starał się dokładniej przypomnieć sobie sekwencję zdarzeń z ostatnich kilkunastu godzin.

Około dwudziestej pierwszej trzydzieści zawiózł na lotnisko w Gdańsku pana Nortona. To było jego pierwsze stałe piątkowe zlecenie. Od kilku bowiem dni, wraz ze swoim wspólnikiem Tomkiem Borucem, prowadzili niewielką firmę zajmującą się przewozem osób luksusowymi autami.

Minął dopiero tydzień, odkąd zamieszkał w grodzie Neptuna po tym, jak w bardzo krótkim czasie podjął decyzję o przeprowadzce z Katowic.

Wracając z lotniska, skierował się w stronę Galerii Bałtyckiej.

Był bardzo ciemny deszczowy wieczór. Błyskawice rozświetlały co jakiś czas okolicę, a woda uderzająca o przednią szybę land rovera pomimo szybkiego ruchu wycieraczek prawie całkowicie ograniczała widoczność.

Przejazd drogą w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym przypominał mu spływ kajakowy na Dunajcu w porze roztopów. Z tą niewielką różnicą, że zamiast nawoływań flisaków, z samochodowego radia dobiegał ledwie słyszalny głos Erica Claptona, zagłuszany ciągłymi uderzeniami kropel o szklany panoramiczny dach.

Był już mniej więcej w połowie zjazdu.

Kręta asfaltowa nitka biegła stromo w dół pośrodku lasu. Za dnia te gęsto zalesione pagórki, poprzecinane licznymi wąwozami, wyglądały naprawdę urzekająco, dając mieszkańcom Pomorza namiastkę górskiego klimatu. Teraz jednak ta zazwyczaj pełna aut droga była zupełnie pusta, a ciemność, jaka na skutek awarii oświetlenia panowała wokół, z całą pewnością nie pozwalała na podziwianie przyrody.

Nagle wcisnął mocno pedał hamulca i tak szybko, jak pozwalała mu na to śliska nawierzchnia, odbił kierownicą w lewą stronę.

Samochód zatrzymał się gwałtownie.

– Ja pierdolę, co to było?! – krzyknął na myśl o wielkiej górze mięsa pokrytej ciemną sierścią, leżącej pośrodku pasa, którym jechał.

Odwrócił głowę w prawo i spoglądając przez szybę, znajdującą się po stronie pasażera, uniósł się lekko, starając się dostrzec, co takiego udało mu się ominąć.

Całkowita ciemność uniemożliwiła mu jednak zobaczenie czegokolwiek do chwili, gdy bardzo jasny, burzowy rozbłysk oświetlił okolicę. Niespodziewanie, tuż przed sobą, zauważył stojącą w strugach deszczu nieruchomą postać kobiety.

Znów nastał mrok, a on miał przed oczami jedynie jej skrytą za długimi włosami, przerażoną i wykrzywioną jakby w grymasie płaczu twarz.

Poczuł lekki dreszcz przeszywający go od stóp do głów.

To uczucie przypomniało mu pewną sytuację sprzed niespełna roku, kiedy to dyżurny komisariatu w Katowicach wysłał go, wraz z partnerem, do opuszczonej starej kamienicy pod miastem. Dochodziła druga w nocy.

Według anonimowego zgłoszenia miała tam przebywać osoba, której opis idealnie pasował do wyglądu poszukiwanego już od dłuższego czasu, zbiegłego z oddziału detencyjnego, psychopatycznego mordercy.

Trzy lata temu znaleziono jego pierwszą ofiarę i później już systematycznie, co kilka miesięcy, przypominał o sobie, posyłając na tamten świat kolejnych przypadkowych ludzi.

Spryt i niesamowita łatwość, z jaką wymykał się policyjnym blokadom, oraz umiejętność przewidywania zamiarów śledczych były cechami, które zdecydowanie wyróżniały go na tle podobnych zwyrodnialców. To wszystko, w połączeniu z techniczną kreatywnością stosowanych przez niego pułapek, w jakich znajdowano ofiary, jednoznacznie wskazywało, że była to osoba bezwzględna, o ponadprzeciętnej inteligencji.

Nie dziwi zatem fakt, że jego wcześniejsze, zupełnie przypadkowe zatrzymanie – gdy późnym wieczorem, w okolicach warszawskiego cmentarza, po wtargnięciu na jezdnię został potrącony przez pojazd – bardzo ucieszyło wszystkich, którzy widzieli jego ofiary i wiedzieli, do czego był zdolny.

Policję na miejsce wypadku wezwał pracownik miejskiego monitoringu, który zaobserwował całą sytuację i widział, jak sprawca próbuje oddalić się z miejsca zdarzenia. Pomimo złamanych dwóch żeber i prawej ręki poturbował on jeszcze trzech dorosłych mężczyzn usiłujących go zatrzymać.

Nikt wtedy jeszcze nie przypuszczał, że satysfakcja z jego ujęcia będzie trwała tak krótko. W trakcie przeprowadzonych obserwacji stwierdzono u niego chorobę psychiczną i za zgodą sądu zastosowano środek zapobiegawczy w postaci umieszczenia go na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym.

Dość szybko jednak okazało się, że na miejscu nie zapewniono mu najwyraźniej wystarczających wygód, ponieważ już po niespełna miesiącu, raniąc ciężko sanitariusza, niezadowolony opuścił ośrodek i ślad po nim zaginął.

Radiowóz Brunona mijał właśnie niewielki kamienny mostek, podczas gdy jego partner notował, podawany przez dyżurnego, adres kolejnej interwencji. Zgodnie z poleceniem mieli udać się tam pilnie zaraz po sprawdzeniu tego miejsca.

Była bardzo cicha i mroźna noc. Samochód z dużą trudnością pokonywał ostatni stromy odcinek oblodzonej, wąskiej drogi, która nie będąc używana już od lat, powoli zarastała roślinnością.

Po przybyciu na miejsce zgłoszenia i przeszukaniu dolnych pomieszczeń kamienicy pozostało im jedynie ostatnie piętro na poddaszu.

Zobaczyli tam długi prawie na pięćdziesiąt metrów, ciemny, wąski korytarz biegnący pomiędzy rzędem pustych, zdewastowanych pokoi bez drzwi.

W mroźnym, przesiąkniętym zapachem fekalii powietrzu, jego partner oświetlał drogę latarką, podczas gdy on, trzymając w dłoni gotową do użycia broń, przesuwał się powoli do przodu, starając się omijać leżące pod nogami kawałki cegieł i stosy pustych butelek.

Po kilku minutach doszli do starych, drewnianych drzwi bez klamki, które pokrywało wiele grubych warstw odpadającej już płatami farby.

Bruno oparł o nie stopę i nie mijając progu, pchnął je butem do przodu. Otworzyły się z głośnym zgrzytem, uderzając lekko o ścianę.

Za drzwiami znajdowało się pomieszczenie podobne do tego, w którym stali. Z tą niewielką różnicą, że wąski korytarz zaczynał się dopiero w odległości około dziesięciu metrów za progiem. Przed sobą ujrzeli natomiast coś na wzór wysokiego na około sześć metrów strychu, ze spadzistym po obu stronach dachem. Pod nim położone były grube, drewniane belki z niezliczoną ilością sznurków, na których wisiały szmaty i komplety zszarzałej już od kurzu pościeli. W niewielkiej odległości od drzwi, na betonowej podłodze leżały sterty drewnianych desek i starych ubrań, a wszystko przykryte było grubą warstwą porozrzucanej wokół słomy.

W pomieszczeniu panowała zupełna cisza.

Weszli ostrożnie do środka.

– Mówiłem ci, że jedynie przewieje nam dupy – powiedział ściszonym głosem Magnus. – To już czwarte anonimowe zgłoszenie w tym roku. Ktoś najwyraźniej robi sobie z nas jaja.

– Być może – powiedział szeptem Bruno, wpatrzony przed siebie w światło latarki, której promień, napotkawszy na białe kafle pokrywające ścianę w końcu korytarza, odbił się jasnym refleksem. – Nie zapominaj jednak, że na miejscu znaleziono ciała dwóch osób i ktoś wyjątkowo starannie przyłożył się do tego, by nie pożegnały się one z tym światem zbyt łatwo.

– Przypadek – powiedział lekceważąco trochę głośniej, najwyraźniej nie widząc w tym nic podejrzanego. – Za to powinieneś…

– Pssst… – syknął Bruno, zatrzymując się. Usłyszał przed sobą hałas przypominający dźwięk szklanej butelki toczącej się po betonowej podłodze.

Stali przez moment w bezruchu.

– Słyszałeś to? – zapytał.

– Dobrze się czujesz? Bo coś mi się wydaje, że jesteś chyba trochę przewrażliwiony – powiedział jego partner, wyprostowując się i chowając rękę do kieszeni spodni. – Skup się lepiej na tym, do jakiej knajpki uderzymy dzisiaj wieczorem. Zapomniałeś? Strzeliło mi osiemnaście lat pracy. Ja zapraszam.

Bruno uniósł dłoń do góry, dając znak, by kumpel na chwilę zamilkł.

Przez kilkanaście sekund pomieszczenie wypełniła całkowita cisza i w chwili, gdy miał już postawić kolejny krok do przodu, spojrzał nagle przed siebie. Na końcu korytarza, w wąskim świetle latarki ujrzał przebiegającego pomiędzy sąsiadującymi ze sobą pomieszczeniami mężczyznę z trzymanym w dłoni przedmiotem. Przypominał on długi myśliwski nóż.

– Wzywaj wsparcie – powiedział spokojnie Bruno z bronią pewnie wycelowaną w miejsce, w którym zniknęła postać. Za plecami nie usłyszał jednak żadnej reakcji. Zaniepokojony skierował lekko głowę w kierunku Magnusa. W tej samej chwili do jego uszu dobiegł odgłos szarpnięcia i cichy, głuchy jęk. Odwrócił się i zauważył, jak na wysokości dwóch metrów od podłogi, szarpiąc się z metalową linką obwiązaną wokół szyi, wisi jego partner.

To był moment, taki jak ten teraz, kiedy widząc w ciemności sylwetkę ubranej na biało osoby, ponownie pomyślał, że spośród setek różnych możliwości zapewne po raz kolejny znalazł się w złym miejscu o niewłaściwym czasie.

Kobieta najwyraźniej dość szybko podeszła do pojazdu, bo już po chwili usłyszał, jak jej dłoń chwyta za klamkę przednich drzwi od strony pasażera i pociąga za nią gwałtownie.

Były zablokowane.

Dla pewności Bruno uchylił szybę jedynie do połowy i zanim zdążył się odezwać, osoba łamiącym się głosem zapytała:

– Pomoże mi pan? Nazywam się Sonia Roleski. Tam jest nasze auto.

Znowu błysk rozjaśnił drogę i dopiero teraz, kilkadziesiąt metrów przed sobą, w bocznej uliczce prowadzącej do lasu, ujrzał dużą limuzynę.

– Proszę, niech pani wejdzie – powiedział, odblokowując drzwi auta.

Kobieta przeszła na tył pojazdu, otworzyła je i usiadła. Była całkowicie przemoczona i zziębnięta.

– Bardzo panu dziękuję – powiedziała drżącym głosem, obejmując dłońmi ramiona. W jednej z nich ściskała przepleciony pomiędzy palcami srebrny łańcuszek, na którym zawieszona była drobna, połyskująca ozdoba. Bruno zauważył, jak kobieta przyglądała się jej z uczuciem.

– Co się stało? – zapytał.

– Uderzyliśmy w to biedne zwierze, które panu udało się ominąć. Mąż wpadł w poślizg i najechał na jakąś przeszkodę. Chyba uszkodził koło.

– Żadne z państwa nie zostało ranne?

– Nie. Na szczęście nie – odparła, ocierając dłońmi wodę lejącą się jej z włosów po twarzy.

Bruno podjechał bliżej do unieruchomionego pojazdu, następnie wysiadł i stawiając kołnierz marynarki, podszedł do kierowcy.

Teraz dopiero zauważył, że ten masywny krążownik, którego nie udało mu się rozpoznać z daleka, to rolls-royce phantom. Przednia, lewa opona pojazdu była uszkodzona i auto stało na gołej feldze. W środku, na miejscu kierowcy siedział mężczyzna grubo po sześćdziesiątce.

Na widok Brunona sięgnął dłonią w kierunku środkowego lusterka i zapalając światło w aucie, wskazał na telefon komórkowy, dając do zrozumienia, że w tej chwili zajęty jest rozmową.

Trwało to może pół minuty. Wymiana zdań była dość impulsywna, bo w jej trakcie, wyraźnie zdenerwowany już jegomość, kilkukrotnie uderzył pięścią w kierownicę pojazdu. Bruno zauważył jednak moment, w którym dyskusja bez wątpienia dobiegła końca, ponieważ to właśnie wtedy szpakowaty mężczyzna rzucił telefonem w kierunku prawego fotela pasażera. Zaklął głośno, a następnie odwrócił się w jego stronę i uchylając szybę auta, wymusił lekki uśmiech.

– Bardzo pana przepraszamy za kłopot, ale czy byłby pan tak uprzejmy i zawiózł moją żonę do domu? Jest przemoczona, a do tego, jako miłośniczka zwierząt przeżyła, nazwijmy to, mały szok z powodu tego dwustukilowego paskudztwa – powiedział, pokazując kciukiem w stronę leżącego nieopodal truchła.

Bruno raczej nie wyczuł skruchy w jego głosie.

Mężczyzna szybkim ruchem dłoni sięgnął po paczkę marlboro i wyjął ustami wysuniętego z niej papierosa. Następnie rozejrzał się nerwowo za zapalniczką, po czym, nie znalazłszy jej, odwrócił głowę w stronę Brunona i z petem w ustach dodał:

– Mieszkamy całkiem niedaleko, w Sopocie. Jedzie pan może w tym kierunku?

Bruno odwrócił się i spojrzał na swoją pasażerkę, która wycierała włosy w koc leżący na tylnym siedzeniu i zadomowiła się już chyba na dobre.

– Okej. Nie ma sprawy – odparł, choć nie było to zupełnie po drodze, którą zamierzał jechać. To dziwne – pomyślał, chwytając rękoma za kołnierz marynarki i otrzepując go z wody. – Dlaczego ta kobieta stała na deszczu, podczas gdy on czekał w luksusowych, ciepłych wnętrzach tego motoryzacyjnego cudeńka?

Widać było, że starszy pan raczej nie oczekiwał innej odpowiedzi i zaczął szukać przycisku zamykającego szybę auta, dając tym samym czytelny sygnał, że poświęcił na rozmowę zbyt dużo czasu. Wobec tego Bruno wrócił do samochodu.

– Już lepiej? – zapytał, siadając za kierownicą i nie odwracając głowy.

– Zdecydowanie tak – odparła kobieta znacznie spokojniejszym głosem. – Jeszcze raz bardzo panu dziękuję – dodała, delikatnie się uśmiechając. – Poprzedni kierowca, zamiast się zatrzymać, dodał jedynie gazu. W sumie nie dziwię mu się, jest tak ciemno… Mógł się czegoś obawiać.

Bruno spojrzał za siebie.

– To jak? Możemy jechać? Odwiozę panią do domu.

– Jeśli tylko Oskar pozwoli mi zabrać się z panem – powiedziała z nadzieją w głosie, spoglądając na samochód męża.

– Nawet sam o to poprosił – odrzekł Bruno, przyglądając się uważniej pasażerce.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, to że przypomina Sofię Loren, a mówiąc ściślej, jej młodszą siostrę. Była to kobieta około pięćdziesiątki, o włoskiej urodzie, słodkim uśmiechu i pięknej, lekko puszystej figurze, w eleganckiej, przyklejonej do ciała mokrej garsonce, na którą zarzuciła jasne, krótkie futerko. Na długiej, smukłej szyi wisiała, połyskując dyskretnie, wysadzana drobnymi kamieniami kolia warta przynajmniej tyle, ile wynoszą jego kilkuletnie dochody.

Na pewno nie wracali z pobliskiej Ikei – pomyślał i wrzuciwszy bieg, ruszył w dół drogi.

Kobieta jakby czytała w jego myślach, bo chwilę później, spoglądając na pierścionek na serdecznym palcu lewej dłoni, powiedziała:

– Planowaliśmy przylecieć dopiero jutro. Zapowiadali gwałtowne burze, ale Oskar dostał jakiś ważny telefon. Od kilku dni miał okropny humor. Ten wyjazd to była katastrofa.

Bruno zwolnił dość mocno, omijając głęboką kałużę, w której utknął jakiś pojazd.

– Zaczęło się jeszcze na lotnisku w Gdańsku, na chwilę przed wylotem. Mój mąż z całą pewnością nie należy do spokojnych osób, ale wtedy przeszedł samego siebie. W terminalu krzyczał do telefonu, rozmawiając z jednym ze swoich pracowników. Mówił, że „należy z tą gnidą poważnie porozmawiać”, a jak wróci, sprawa ma być zamknięta. Prowadzi tak wiele interesów z różnymi ludźmi. Kiedy chodzi o duże pieniądze, nie wszyscy grają fair. Bardzo mu zależało na jakichś dokumentach, a wczoraj wieczorem dostał dwie wiadomości – jedną dobrą, drugą złą. Nie wiem, o co dokładnie w nich chodziło – powiedziała, odpinając drobne klamerki pasków znajdujących się przy butach na obcasie i masując zziębnięte stopy. – Przepraszam za moje dość dziwne zachowanie, ale wracając z lotniska, strasznie się pokłóciliśmy i kazał mi wyjść z samochodu… Drań! Bezduszny drań! – Mówiąc to, zakryła twarz dłońmi.

Bruno chciał pocieszyć kobietę, ale nic nie przyszło mu do głowy.

– To przykre – powiedział.

Był trochę zaskoczony jej otwartością i tym, jak swobodnie opowiadała mu o swoich przeżyciach. Pomyślał, że w gruncie rzeczy chyba nie wszyscy bogaci są doszczętnie zepsutymi snobami.

Po minięciu niewielkiego ronda przy Ergo Arenie spojrzał we wsteczne lusterko samochodu, przyglądając się przez chwilę pani Soni. Ona uniosła w tym czasie lekko głowę i widząc jego wzrok, miło się uśmiechnęła.

– Gdzie mam skręcić? – zapytał, mijając starą karczmę przy wjeździe do Sopotu.

– To już niedaleko – odparła, poprawiając mokre jeszcze włosy. – Proszę skręcić w prawo, a później już pana pokieruję.

Po dziesięciu minutach samochód podjechał pod wielką, kutą bramę, zamocowaną na solidnych, metalowych zawiasach, przytwierdzonych do grubego kamiennego muru.

Czekali jakieś pół minuty, aż do chwili, gdy lekko utykając, podeszła do nich osoba w uniformie pracownika ochrony. Spod jego długiej, sięgającej kolan, czarnej przeciwdeszczowej kurtki, przebijała niebieska koszula z granatowym krawatem. Na głowie mężczyzny, a raczej na jej tylnej części, znajdowała się odwrócona daszkiem do góry ciemna czapka na wzór amerykańskiego policjanta.

Bruno otworzył okno.

– Słucham – powiedział szorstko ochroniarz, nie ukrywając poirytowania tym, że musiał opuścić ciepłe i suche pomieszczenie portierni.

– Robert, to ja – powiedziała pani Sonia, wciskając głowę pomiędzy zagłówki przednich siedzeń. – Otwórz, proszę.

– Przepraszam panią, nie zauważyłem – odparł już wyraźnie milszym tonem, poprawiając czapkę i ruszając pośpiesznie w kierunku przycisku otwierającego bramę.

Samochód ruszył wolno szeroką, wysypaną białym żwirem drogą, która po około dwustu metrach zaprowadziła ich pod biały, jednopiętrowy pałacyk, zza którego okien przebijało ciepłe, miodowe światło.

– Proszę wejść. Trochę się pan wysuszy. Nalegam – powiedziała pani Sonia. – Jest pan zupełnie przemoczony – dodała, dotykając dłonią rękawa jego marynarki.

– To bardzo miłe z pani strony – powiedział Bruno. Wiedział, że sytuacja nakazywała jej taką uprzejmość, ale zdawał sobie również sprawę z tego, że kobieta po ostatnich przeżyciach chciałaby zapewne odpocząć. Poza tym za chwilę pewnie wróci jej mąż, a wizja ciepłej herbatki w towarzystwie „bezdusznego drania”, jak raczyła go przedstawić, nie wydawała mu się dobrym pomysłem na miłe spędzenie wieczoru. – Niestety, z przykrością muszę odmówić. Mam jeszcze sprawę na mieście – skłamał.

– W takim razie nie wiem, jak mogłabym się panu odwdzięczyć – powiedziała lekko zawiedziona. – Proszę mi wybaczyć, ale siedząc w pańskim aucie, trochę się rozejrzałam i dostrzegłam firmowe wizytówki: „B&T – Luksusowy przewóz osób”. Jeśli nie miałby pan nic przeciwko, mogłabym kiedyś skorzystać z…

Bruno uśmiechnął się zachęcająco.

– Przynajmniej dwa razy w miesiącu wylatuję na pokazy mody. Jest to po części związane z moim hobby. Projektowanie ubrań to moja pasja – powiedziała i podała mu swoją wizytówkę.

– Będzie mi bardzo miło, jeśli skorzysta pani z oferty naszej firmy – odparł.

– Zatem do zobaczenia i jeszcze raz dziękuję – dodała, spoglądając na niego dużymi, ciemnymi oczami, po czym wysiadła.

Bruno wyjechał z posiadłości.

Powoli przestawało już padać. Początkowo zamierzał zajrzeć jeszcze do biura znajdującego się w Gdańsku przy ulicy Ogarna, gdzie mieściła się ich firma. Chciał zanieść tam kartonowe pudło z akcesoriami biurowymi, które przekazał mu wspólnik. Dzisiaj rano zauważył je w bagażniku. Tomek wspominał, że podrzuci je do auta i najwidoczniej uczynił to wczorajszego wieczora. Z uwagi jednak na to, że powrót z lotniska zajął mu zbyt wiele czasu, postanowił zrobić to następnego dnia.

Zaparkował samochód niedaleko miejsca, w którym zakupił coś, co było jego długoletnim marzeniem – mieszkanie typu loft. Mieściło się ono w zabudowaniach starej, nieczynnej już fabryki, co samo w sobie tworzyło klimat.

Wymagało co prawda gruntownego remontu, ale ekipa zajęła się tym już ponad trzy tygodnie temu. Do czasu jego przyjazdu prace nadzorował Tomek i szły one dość sprawnie. Sześć dni temu zakończono renowację starej cegły i założono podwieszane sufity, a do dzisiaj udało się ukończyć pomieszczenie, które było dla niego najważniejsze – łazienkę, bo to tam właśnie sypiał na materacu od kilku dni.

Z tego miejsca miał zaledwie kilkadziesiąt metrów do swojego biura, poza tym lokalizacja mieszkania była idealna z jeszcze jednego powodu. Niewątpliwą jej zaletą była bliskość Starego Miasta i duża ilość uroczych, klimatycznych pubów. Takie miłe sąsiedztwo zobowiązywało wręcz do odwiedzin, a zaniechanie ich po całym dniu pracy świadczyło, delikatnie mówiąc, o braku kultury i rażąco naruszało zasady właściwego zachowania w określonych miejscach i sytuacjach. I chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że jest to całkowicie błędne rozumowanie definicji savoir-vivre’u, to potrzeba napicia się dobrej whiskey w pełni, jego zdaniem, tę nadinterpretację usprawiedliwiała.

Z myślą o kulturze właśnie Bruno, pokonując trzy niewielkie schodki w dół, wszedł do pubu, w którym niezależnie od pory dnia czas płynął zawsze tym samym spokojnym rytmem.

Usiadł przy niewielkim stoliku, zapadając się w dużym, wygodnym fotelu z ciemnobrązowej postarzanej skóry. W powietrzu unosił się zapach whiskey oraz melodia chillout. To zawsze działało na niego uspokajająco, wprawiało go w dobry nastrój i dodawało energii na kolejny dzień.

Jednak tego wieczoru wyjątkowo nie potrafił się odprężyć. Powodem tego było wspomnienie z ostatniej rozmowy, jaką przeprowadził ze swoim przyjacielem Tomkiem.

Trwała ona krótką chwilę, lecz w jej trakcie z łatwością spostrzegł, że ten na co dzień bardzo spokojny i opanowany człowiek był czymś wyraźnie zdenerwowany.

Znali się już od czasów szkoły podstawowej i nawet pomimo wyjazdu Tomka do Gdańska, gdzie ponad pięć lat temu podjął on pracę jako prywatny detektyw, nadal stale utrzymywali ze sobą kontakt.

To on namówił go na przyjazd do Trójmiasta i osiedlenie się w Gdańsku. W Katowicach Bruno sprzedał swój nowo wybudowany dom, pozostawiając najbliższą rodzinę i przyjaciół.

Wczorajsza wieczorna rozmowa, a raczej cztery krótkie zdania, które usłyszał po odebraniu od niego telefonu, były wyraźnie niepokojące.

Tomek sprawiał wrażenie zdenerwowanego, a jego głośny i szybki oddech pozwalał przypuszczać, że prawdopodobnie przed kimś uciekał.

– Ta sprawa Laury… Wiesz! Szukają mnie! Muszę wyjechać! – wysapał.

To dziwne. Tomek nigdy nie wspominał mu o dziewczynie imieniem Laura. Być może sytuacja, w której się znalazł, spowodowała, że miał jedynie chwilę, by przekazać mu coś istotnego.

Dzwonił około dwudziestej pierwszej i później miał już wyłączoną komórkę.

Nie dawało to Brunonowi spokoju, dlatego dzisiaj z rana postanowił odwiedzić mieszkanie wspólnika.

Znajdowało się ono w luksusowej dzielnicy Jelitkowa, na niewielkim strzeżonym osiedlu, położonym wśród zieleni, pomiędzy dużymi iglastymi drzewami. Zaledwie sto metrów od morza.

Do dwupokojowego apartamentu, umiejscowionego na ostatnim piętrze budynku, przynależał również duży taras wycelowany wprost na piaszczystą plażę.

Na miejscu nikogo jednak nie zastał.

Zadzwonił więc do jego żony. Miała na imię Ola.

Była to atrakcyjna, wysoka i bardzo miła blondynka. Pracowała jako adwokat. Młodsza od Tomka o ponad dekadę, o czym ten regularnie przypominał Brunonowi przy każdej nadarzającej się okazji. A skoro on sam wyglądał na znacznie młodszego, niż był w rzeczywistości, Bruno często żartował, pytając, czy przypadkiem nie oszukał Oli, podając swój zaniżony wiek, a jeśli tak, to kiedy zamierza to sprostować.

Poznał ją na kursie żeglarskim w Mikołajkach, gdy chcąc się zapewne popisać, przepłynął zbyt blisko niej, taranując żaglówką jej rower wodny. Byli ze sobą od trzech lat.

Ola powiedziała, że od wielu już dni planowali wspólny tygodniowy wypad do rodziny, a termin wyjazdu wyznaczyli na najbliższą sobotę.

W czwartek, około dwudziestej Tomasz wpadł do domu wyraźnie podenerwowany i bez żadnych wyjaśnień zaczął nerwowo pakować walizkę. Kiedy zapytała go, z czego wynika ten pośpiech, powiedział jedynie, że zaszły pewne nieprzewidziane okoliczności i wyjadą tego samego dnia późnym wieczorem. Następnie dodał, że musi jeszcze zajrzeć na chwilę do biura, po czym wyszedł, zabierając ze sobą walizkę. Poprosił jedynie, aby była gotowa, gdy wróci za około godzinę.

Czekała na niego do pierwszej w nocy, ale już nie pokazał się w domu.

Czasami, co miało związek z jego wcześniejszą pracą, znikał na całe noce, prosząc, by do niego nie dzwoniła. Prowadził wtedy jakieś obserwacje, ale tym razem miała wyraźne przeczucie, że sytuacja była zupełnie inna. Nigdy dotąd nie widziała męża tak wyraźnie czymś przejętego. Bardzo ją to zaniepokoiło, dlatego już po dwóch godzinach próbowała się do niego dodzwonić. Niestety bez skutku.

W przedpokoju zostały jedynie jego brudne buty, w których kilka godzin temu przyszedł. Cała podeszwa oblepiona była szarozielonym błotem, jakby gliną, a kiedy Ola je myła, z rowka bieżnika wyciągnęła łuskę.

Dzisiaj wczesnym rankiem przyjechała do swojej mamy i czekała z nadzieją choćby na najmniejszą informację od niego.

Bruno dobrze znał przyjaciela i wiedział, że bez wyraźnego powodu nie zamartwiałby najbliższych swoją osobą.

Dopił do końca whiskey i zostawił banknot pod pustą szklanką.

Zdał sobie sprawę z tego, że jeżeli w najbliższych godzinach nie dostanie żadnego znaku od Tomka, będzie to niestety świadczyć jedynie o tym, że wpakował się on w jakieś poważne kłopoty.

Wychodząc z pubu, minął grupkę młodych, roześmianych ludzi, którzy przy wtórze głośnego stukotu butelek szli na jakąś domówkę. Przeszedł na drugą stronę ulicy i skierował kroki w stronę swojego mieszkania.

Dzisiaj późnym wieczorem fachowcy dokończyli montaż drzwi wejściowych i położyli przed nimi płytki ceramiczne. Nie chcąc naruszyć świeżej jeszcze zaprawy, postanowił wejść do środka przez garaż.

Minął przykryte plandeką auto i poklepał je dobrotliwie po masce. Następnie przekroczył próg i bezpośrednim przejściem dostał się do holu.

Poczuł lekką wilgoć i zapach świeżej farby malarskiej. Próbował po omacku znaleźć włącznik światła, ale po tym, jak dotknął wystających ze ściany kabli, zrezygnował. Rano widział cały tor przeszkód, który należało pokonać na trasie ciągnącej się od łazienki do głównego wyjścia. Polegając zatem na własnej pamięci, ruszył pewnie do przodu.

Po mniej więcej minucie z niemałym trudem dotarł na miejsce, potykając się po drodze o pozostawione przez fachowców narzędzia i przewracając stojące przed drzwiami łazienki, wypełnione prawdopodobnie wodą, duże wiaderko. Tutaj dopiero udało mu się znaleźć włącznik oświetlenia. Z oczami zmrużonymi od nagłego uderzenia światła podszedł do materaca, który idealnie mieścił się w kabinie prysznicowej. Zrzucił na niego ubranie i pochylając się nad umywalką, ochlapał twarz letnią wodą. Po chwili strzepał z poduszki nalot po świeżo szlifowanej gładzi gipsowej i nie gasząc światła, przykrył się kocem.

Dzień drugi(sobota)

– Ja pierdolę i kilo cukru poszło w cho-le-rę! – krzyknął jakiś głos.

– Doliczy mu się do rachunku i będzie facio uważał – dodał drugi.

Najwyraźniej wrócili panowie fachowcy – pomyślał Bruno, otwierając oczy. – Jak to szło? – Spojrzał w górę, próbując przypomnieć sobie slogan reklamowy firmy remontowej, z którą podpisał umowę: „BĘDZIECIE PAŃSTWO ZADOWOLENI. SZACUNEK DO KLIENTA TO NASZA DEWIZA OD POKOLEŃ”. Zaśmiał się pod nosem z nadzieją, że przynajmniej pierwsza część tego hasła będzie się pokrywała z prawdą. Przesunął materac wraz z kocem i poduszką pod drzwi i spojrzał na stojący przy umywalce budzik. Dochodziła siódma.

Wcześnie zaczęli. To dobrze – pomyślał, wyobrażając sobie końcowy efekt ich prac. Był szczerze przekonany, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z założonym projektem, powinien on bez wątpienia zachwycić niejednego sceptyka takich architektonicznych rozwiązań.

Wziął szybki prysznic i po niespełna trzydziestu minutach był już w drodze do biura.

Jasne słońce, czyste, błękitne niebo i delikatny, rześki wiatr, który przeganiał kolorowe liście po ulicy, czyli to wszystko, co wielu ludziom kojarzyło się z minioną już piękną, złotą jesienią, Brunonowi przypomniało jedynie o tym, że musi mądrze zakupić odpowiednią liczbę kaloryferów do swojego loftu. Niewiele rzeczy można z całą pewnością przewidzieć, ale to, że zima, jak co roku, wciśnie się przed oczekiwaną już przez niego wiosnę, było niestety pewne.

Idąc wśród biegnącej chodnikiem młodzieży, spieszącej się na zajęcia, zajrzał do położonej w pobliżu francuskiej piekarni, gdzie kupił dwie gotowe bagietki z szynką szwarcwaldzką, serem i dużą ilością rukoli.

Wszedł do biura znajdującego się na pierwszym piętrze odrestaurowanej starej kamieniczki, do którego prowadziły grube szklane drzwi z mlecznego szkła. Przekraczając próg, poczuł delikatną, bardzo subtelną woń damskich perfum i – jakby tego było mało – ładna uśmiechnięta buzia odwróciła się w jego stronę.

– Dzień dobry, panie Bruno. Jak minęła panu noc?

To była Kasia. Bardzo miła, dwudziestoparoletnia dziewczyna, znajoma Tomka.

Pracowała u niego w charakterze sekretarki od samego początku, to znaczy od momentu, kiedy prowadził on jeszcze działalność jako prywatny detektyw. Tomek wielokrotnie mówił, że Kasia ma dodatkowy zmysł i intuicję do tej roboty i w wielu prowadzonych przez niego sprawach często okazywała się bardzo przydatna. Poza tym, co niezmiernie ważne, miał do niej pełne zaufanie.