Garnitur na słupie - Aneta Wybieralska - ebook + książka

Garnitur na słupie ebook

Aneta Wybieralska

2,9

Opis

Chociaż aspirant Tomasz Stopiński ma już za sobą ponad dwadzieścia lat służby w pionie kryminalnym policji, wciąż podchodzi do swoich obowiązków z młodzieńczą pasją i zaangażowaniem, a nos rasowego detektywa nigdy go nie zawodzi. Pracując w małym komisariacie na przedmieściach Wrocławia, przez większość czasu ściga podrasowanym służbowym polonezem miejscowych złoczyńców, drobnych złodziejaszków złomu i rabusiów przydomowych piwnic. Niejedno już widział i słyszał, więc kiedy pewnego dnia zostaje wezwany do nadpalonych zwłok znalezionych na pętli tramwajowej, nie robi to na nim większego wrażenia. Ot, kolejne śledztwo w sprawie śmierci bezdomnego, który nie dość ostrożnie obchodził się z papierosem. Wkrótce jednak okaże się, że pozornie przypadkowe śmiertelne zejścia wśród kloszardów mogą mieć związek z większą aferą kryminalną, a kluczem do jej rozwikłania wydaje się być znaleziony w nietypowej scenerii drogi, elegancki garnitur oraz jego właściciel.

Aneta Wybieralska – jest wrocławianką, absolwentką kierunków humanistycznych, prawniczych i ekonomicznych uczelni we Wrocławiu, Warszawie, Łodzi i Krakowie.
Swoje pasje artystyczne i podróżnicze usiłuje realizować do dzisiaj jako pilot wycieczek turystycznych oraz namiętny bywalec polskich sanatoriów, również publicznych. Lubi akweny wodne oraz góry, jak i niektóre doły. Oczywiście poza tymi swoimi.
Przed rodziną i znajomymi zadebiutowała niewydaną jeszcze powieścią obyczajową, stworzoną jako prezent urodzinowy dla przyjaciółki. Drukiem ukazały się dotychczas dwa projekty, z założenia komedie obyczajowe: „Sanatoryjny romans z inspiracją” (2017r.) i „Pozdrawiam z demoluda” (2018r.). „Garnitur na słupie” jest trzecim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,9 (10 ocen)
2
0
4
3
1

Popularność




ROZDZIAŁ I.

– Może tego tu zapytamy? – powiedział półgłosem Rudy do kolegi o uroczej oraz inspirującej ksywie „Robal”. – Jeździmy w kółko jak durni i nie możemy znaleźć tego pier… znaczy, tego pieprzonego menela. Jak mu tam? Zenio?

– Nie wyrażaj się. Prosiłem przecież. Może Zenio, może Zeniu. Jakoś tak. Albo nie, czekaj, już wiem! Zbunio?

– To od czego? Od Zygmunta? Czy od Zenona?

– Nie mam bladego pojęcia. Dowiemy się wkrótce. Może od Zbigniewa? Facet chyba się nadaje? To znaczy ten tutaj – sprecyzował Robal, widząc, że towarzyszący mu kolega pogubił się w omawianych mężczyznach i już nie wie, o którego gościa chodzi.

Obaj panowie przybyli do Wrocławia w interesach. Rudy prowadził samochód, Robal siedział na przednim siedzeniu, z uwagą rozglądając się po okolicy.

– Mam nadzieję, bo inaczej szef powyrywa nam nogi z dupy. Znaczy z tyłka – poprawił się Rudy. – Musimy chyba jeszcze dzisiaj namierzyć tego frajera. I zacząć załatwiać sprawy. Tak? Dobrze gadam?

– Dobrze gadasz. Poza tym frajerem prawie wszystko się zgadza. Nie musimy dzisiaj. Pośpiech wskazany jest jedynie przy łapaniu pcheł. Każde działanie powinna poprzedzić rzetelna informacja. No to teraz zaparkuj nasze autko w jakichś krzakach. Porozmawiamy sobie z tym tutaj. I nie zapomnij o wąsach i okularach.

– A tobie ta peruka się przekrzywiła. Daj, poprawię. O kurwa! Gdyby nie te sztuczne wąsy, to wyglądałbyś teraz jak jedna z panienek Złotego. – Rudy był najwyraźniej podekscytowany całą sytuacją.

– Mówiłem ci, abyś się przy mnie nie wyrażał! Trochę kultury! Poza tym masz się pilnować przy tej akcji. Żadnych wyzwisk, nazwisk i pseudonimów!

– No wiem, wiem. Nie krzycz na mnie. Ale przecież ciężko tak z dnia na dzień się odzwyczaić. – Rudy westchnął. Już miał na końcu języka kolejne soczyste mięsko, którym chciał rzucić w eter. Rzucania jednak zaniechał, z trudem się powstrzymując.

To był drugi dzień jego pracy z Robalem. Poprzedniego wieczora przyjechali do Wrocławia i zainstalowali się w jednym ze starych, historycznych, jeszcze poniemieckich hoteli niedaleko głównego dworca kolejowego. Mieli osobne, komfortowe pokoje. Rzec by można, że Rudy pierwszy raz znalazł się w podobnej sytuacji. Eleganckiej. I w podobnej, nowej, służbowej roli.

– Nie krzyczę. Biada ci, jak zacznę! Rozpoczynamy zatem naszą robótkę. Pełna gotowość. Godzina zero! – zażartował Robal.

Pseudonim organizacyjny Rudego wiązał się ściśle ze skłonnościami tego gościa do rudych kobiet. Po prostu podobały mu się wszystkie rude: ciemne i jasne, farbowane i naturalne, kasztanowe, ryże, nawet wiśniowe. W różnym wieku, bo nawet dużo starsze od niego. Jak leci. Byle rude. Gdy onegdaj jedna z jego narzeczonych przefarbowała się na platynowy blond, bo naturalne rudości na głowie jej się znudziły oraz opatrzyły, to po karczemnej awanturze bez wahania rzucił niewierną. Dziewczyna nagle, dosłownie z dnia na dzień, przestała mu się podobać, jak też go pociągać. Rudości na czerepach mężczyzn nie wzruszały go aż tak bardzo. Raczej irytowały. Bo, jak mawiała babcia Rudego, „każdy rudy facet to fałszywy”.

Dla rudego koloru niewieścich włosów Rudy tracił nie tylko głowę, ale i resztki zdrowego rozsądku. A tego także nie miał zbyt dużo. Jakoś jeszcze się nie dorobił. Ani w życiu prywatnym, ani w zawodowym nie trafił na osobę, która pokierowałaby tym jego rozsądkiem, stworzyłaby warunki do rozwoju. Jednak od momentu spotkania z Robalem sytuacja zaczęła się zmieniać. Nowy „kierownik” po prostu z nim rozmawiał. Jak człowiek z człowiekiem. Spokojnie wszystko tłumaczył, nauczał od podstaw. I nowego fachu, i ogłady. Ponadto otoczył go jakby braterską opieką.

Do pomocy Robalowi przydzielił Rudego sam Szef, po rekomendacji paru podwładnych. Czyli chłopak jakby awansował w hierarchii, na czas nowego zadania zostając osobistym sekretarzem Robala. Asystentem, pomagierem. Jeszcze niecały tydzień wcześniej Rudy zajmował się w ich prężnie prosperującym przedsiębiorstwie działalnością o bardziej rozrywkowym charakterze, będąc jednym z pośrednich podwładnych, to znaczy szeregowym żołnierzem swojego najwyższego przełożonego, Złotego. Ten ostatni z kolei uchodził za prawą rękę Szefa. To znaczy bossa firmy, samego założyciela i pracodawcy, pomysłodawcy czynionych biznesów, interesów, także takich zwanych kolokwialnie przekrętami. No i, mówiąc językiem zarządzania, kreatora misji i strategii podległej sobie organizacji. Nazywanego po prostu Szefem.

Właściwie ów wicenaczelny, o ślicznym, jubilerskim pseudonimie „Złoty”, był bardziej ręką lewą. Jakby operacyjną, wykonawczą. Albowiem od prawa, ekonomii i dyplomacji oraz od specjalnych poruczeń, polegających głównie na używaniu mózgu, jak też na uruchamianiu szarych komórek był jednak Robal.

O Złotym krążyły legendy. Jedna z nich mówiła, że pierwszego miliona gość dorobił się na handlu złotem. Tu coś kupił, tam sprzedał, przemycił, przetopił. Kilku pięknym i bogatym „prywaciarzom” wcisnął parę świnek i obrączek. Naszyjników i sztabek. Na pewno coś w kolorze złotym. Przy okazji wciskał im, to znaczy tym prywaciarzom i prywaciarom, coś jeszcze, co owym uległym paniom (podobno także panom) sprawiało równie wielką przyjemność. Pierwsza zasłyszana legenda nie wspominała o konkretnych panach. Bo to nadal był niezwykle przystojny i szarmancki człowiek. Ten Złoty.

Druga z owych szeptanek-opowieści dotyczyła złotego zęba. Dokładniej materiału, szlachetnego kruszcu, z którego ponoć dawno temu wykonano Złotemu przednią górną dwójkę. Ponoć, bo teraz wszystkie kły miał całe i normalne, to znaczy w jasnym kolorze ludzkich zdrowych zębów.

Złotego porównywano czasami do bohatera jednego z odcinków serialu telewizyjnego o dzielnym poruczniku Borewiczu. Wszak w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, nadto nimb tajemnicy jedynie wspomaga zarządzanie organizacjami. To znaczy bezpośrednio wpływa na lojalność podległych pracowników.

Postać zaś Szefa była jeszcze bardziej tajemnicza. Rudy oczywiście słyszał o nim, podziwiał go, szanował, jednak nigdy osobiście nie spotkał tego człowieka. Kilka razy widział z daleka postać jadącą w pięknej czarnej limuzynie. Za wysokie progi na jego nogi i nie ten stopień podległości na takie znajomości.

– Musisz się jeszcze dzisiaj odzwyczaić, bo inaczej nici z naszego biznesu. No i będę musiał podziękować ci za współpracę. A sam nie dam rady tego pociągnąć. Logistyczne wsparcie powinienem mieć. Wiesz o tym. – Robal ze stoickim spokojem kontynuował rozpoczęty uprzednio wątek przeklinania podczas wspólnej roboty.

I nie tylko podczas roboty, bo kontaktów osobistych z podwładnymi całkiem nie dało się uniknąć oraz wyeliminować. Zwłaszcza w trasie i w tak zwanej delegacji służbowej, gdy praktycznie ci dwaj skazani byli na swoje towarzystwo.

Pomimo wielu oczywistych różnic obaj mężczyźni mieli ze sobą ociupinę wspólnego. Między innymi łączył ich podobny wiek. Postmłodzieżowy. Albowiem dobijali czterdziestki. Nie wyglądali na aż tyle, ale latka przeleciały, obchodząc się z nimi nad wyraz łaskawie. Nadto już ponad siedem wiosen lojalnie służyli organizacji Szefa i Złotego. Czynnie uczestniczyli we wspomaganiu mniej lub bardziej legalnych interesów tychże biznesmenów. Biznesów rozległych oraz, użyjmy trudnego słowa: zdywersyfikowanych rodzajowo.

Zarówno Robal, jak i Rudy nie zwykli podskakiwać przełożonym i kolegom. Nie chojraczyli jak większość, nie kłapali dziobami, skwapliwie wykonywali polecenia. Nie szastali na prawo i lewo zarobioną kasą, bo prywatnie zbierali pieniądze na samodzielne mieszkanka. Po spożyciu alkoholu nie wsiadali za kółko. Wreszcie, co istotne, nie byli karani sądownie za przestępstwa umyślne. Inaczej mówiąc: obaj mieli czyste kartoteki kryminalne.

Z racji licznych zasług dla firmy obu panów zatrudniono tam na tak zwany etat. Robala na stanowisku osobistego sekretarza i doradcy prezesa Szefa, i to w zasadzie od razu, to znaczy niemal natychmiast po spektakularnym porzuceniu przez niego państwowej posady nauczyciela akademickiego. Otrzymywał godziwe wynagrodzenie. Rudego zatrudniono formalnie dopiero po pięciu latach nieetatowego okresu próbnego, polegającego na wykonywaniu różnych zajęć. Zawieszono na kawalątku etaciku w jednym z warsztatów samochodowych podległych firmie. Tak jak innych, uprzednio sprawdzonych, podrzędnych pracowników najniższego szczebla. W tym okresie Rudy był wnikliwie obserwowany, badany pod kątem lojalności oraz różnych predyspozycji.

Bo bossowie firmy dbali o lojalny personel, inwestowali w zasoby ludzkie, a etat traktowali jako premię. Gwarancyjną.

Różnic między Robalem i Rudym było znacznie więcej. Głównie w strefach intelektualnych i moralnych. W dziedzinach ściśle połączonych z pochodzeniem społecznym i wykształceniem. W gustach co do prezencji, ubioru, ulubionych marek samochodów, męskiej biżuterii. I tak dalej.

Dlatego też Robal wydawał się urodzonym wodzem. A Rudy? Cóż. Na razie pozostawał tylko szeregowym żołnierzem, któremu dano niepowtarzalną szansę na awansik i rozwój. Osobisty też.

Rudego w wywodzie kolegi zaniepokoiło jednak coś innego. Nie obraził się za reprymendy o niedoskonałościach w wysławianiu, ponieważ przekaz Robala nie był wredny. Właściwie nowy szef go nie ochrzanił, o dziwo, wyraźnie nie zganił, ale przedstawił inny punkt widzenia. Właściwy. Pierwszy raz ktoś w taki sposób do niego przemawiał.

Chłop właśnie zdał sobie sprawę ze swoich licznych niedoskonałości. Na przykład nie bardzo wiedział i nie do końca rozumiał, z czym właściwie się je to logistyczne wsparcie. Samo pojęcie logistyki było mu niby znane, gdzieś i kiedyś obiło się o uszy, jednak nijak nie łączył tego ani ze swoją osobą, ani z rozpoczętą misją we Wrocławiu. Nie śmiał zapytać o szczegóły, bo zwyczajnie bał się, że wyjdzie na głupka. Jak też kompletnie zblamuje się na samym starcie. Pospolicie było mu wstyd. A przecież Robal osobiście wybrał go spośród kilku kandydatów do tej roboty. Tym samym niewątpliwie wyróżnił oraz zaszczycił.

Poprzednie „logistyczne wsparcie” Robala, czyli po prostu kierowca, ochroniarz, tragarz i chłopiec na posyłki w jednym, właśnie wyjechało było na kilkuletnią państwową kurację odwykowo-resocjalizacyjną. Do niegdyś wojewódzkiego miasta Radomia. Jeżeli tam kogokolwiek i jakkolwiek wspierało, to tylko kumpli spod celi.

Człowiek ten wpadł w sidła Temidy zupełnie przypadkowo, bo kiedyś w nocnym klubie, w wielkim mieście na zachodzie kraju, wdał się w efektowną bójkę. Po spożyciu. Uporczywym tego feralnego wieczora. Właściwie to wpakował się w klasyczne mordobicie. A że gość nie był ułomkiem, do tego miał ciężką rękę, to uszkodził ciało jakiegoś drugiego gościa, równie podchmielonego. Ów sfatygowany trafił do publicznej lecznicy na okres powyżej siedmiu dni, zatem uszkodzenia uznano za dość poważne. Klub, takoż poszkodowany, był obcy, nie jego firmowy. Jurysdykcja Szefa i Złotego za bardzo tam nie sięgała, oni sami zaś woleli nie uruchamiać swoich licznych znajomości dla ratowania niewiele znaczącego i powiedzmy szczerze, durnego patałacha. Do mordobicia i gróźb karalnych organy publiczne przypucowały wyrywnemu i krewkiemu młodzianowi recydywę za jakieś wcześniejsze grzeszki i w efekcie wzmiankowane wyżej „wsparcie” Robala zarobiło kilka lat biernych wczasów na koszt polskiego podatnika. Górną granicę wynikającą z kodeksu karnego. Co prawda w więzieniu niby uznanym za ciężkie, ale naonczas najnowocześniejszym w kraju. Komfortowym. Nowo wybudowanym, świeżym, pachnącym. Eleganckim, z chromowanymi kratkami. Zawszeć to jakieś pocieszenie dla długotrwale osadzonego.

Jednym z kryteriów doboru kandydatów na funkcjonariusza gwardii przybocznej Robala była dbałość o czystość. W sensie ogólnym oraz szczególnym. Gość sam musiał być osobnikiem czystym, pachnącym, względnie schludnym. Ogolonym. W żadnym razie flejtuchem w przepoconym i powyciąganym podkoszulku ani bałaganiarzem. Powinien ubierać się w świeżo wyprane i wyprasowane ciuchy, codziennie zmieniać skarpetki i bieliznę, używać mydła, dezodorantu i nieśmierdzącej wody: po goleniu bądź toaletowej. Nie chuchać na pasażera (rozmówcę, towarzysza) zjełczałym piwem albo skonsumowanym poprzedniego dnia surowym czosnkiem. Albowiem Robal wykazywał nadmierną wrażliwość na wiele bodźców, w tym na zapachy.

Największą trudność sprawiało Robalowi dopasowanie człowieka według tego chyba na wyrost wydumanego kryterium „schludności”. W sensie dosłownym. Troszkę inaczej wyobrażał sobie na przykład zewnętrzny wygląd potencjalnego pomagiera. Tatuaże stały się bardzo modne, zwłaszcza w tym ich szemranym środowisku, a każdy z żołnierzy potężnej armii Szefa zdobił się nimi namiętnie. Im niżej uplasowany był w drabinie społecznej rzeczony żołnierz, tym więcej miał tatuaży. Okropność. Przyszły szef Rudego uznał jednak, że tym problemikiem zajmie się później, to znaczy w swoim czasie.

– Nikt nie jest doskonały. Gdybym chciał i wymagał za dużo, ludzi do roboty szukałbym do sądnego dnia.

Kolejnym aspektem tej czystości była przyrodzona, naturalna skłonność do dbałości o wygląd najbliższego otoczenia. O ład i porządek. W tym przypadku o czystość wnętrza powierzonego środka transportu, konkretnie samochodu osobowego marki Nissan.

Rudy miał służyć Robalowi także za woźnicę w klasycznym znaczeniu tego słowa. Oczywiście nie otrzymał żadnego uniformu, takiego służbowego, ze złotymi guzikami, z epoletami i czapką, jednakowoż samochodem musiał się zaopiekować. Z należytą starannością. Też jego stanem technicznym. W razie potrzeby potrafić samodzielnie sprawnie zmienić koło, dolać oleju i płynu do mycia szyb. Bezproblemowo coś dokręcić, odkręcić, przekręcić. Czyli zadbać o dobre samopoczucie i komfort jazdy bezpośredniego przełożonego.

 

Mężczyźni postawili samochód w okolicy zaniedbanego, zachwaszczonego starego parczku z ledwie widocznymi fundamentami po pałacyku spalonym przez działania walecznych sąsiadów w czterdziestym piątym. Opodal, przy dziurawej ulicy, stało kilka starych, poniemieckich, kilkupiętrowych kamienic. Ziały czeluściami mrocznych klatek schodowych i cuchnących stęchlizną piwnic za powybijanymi szybkami. Pod jedną z nich zaparkowano starego, zdezelowanego poloneza. Było pusto.

I dobrze.

Po dokonaniu dokładnej teatralnej charakteryzacji twarzoczaszek, obaj panowie na piechotę udali się nieco ponad sto metrów w okolice budynku podmiejskiego dworca kolejowego, pod którym już dużo wcześniej zaważyli koczującego mężczyznę. Właściwie klasycznego menela. Zwanego potocznie także lumpem. Takiego z wypchanymi czymś torbami, tobołami, worami, ubranego jak na trzaskający mróz i mocno nieświeżego. Wprawdzie poszukiwali innego, też lumpa, ale od tego akurat chcieli się czegoś dowiedzieć o tamtym innym. Wszak wiedzy i informacji nigdy dość. Na przykład interesowało ich bardzo, gdzie można go teraz spotkać, gdzie bywa, o jakich porach dnia. Ten inny. Oraz dalszych istotnych dla sprawy potwierdzonych danych.

Auto, którym dwaj panowie przyjechali do Wrocławia, także było ucharakteryzowane. Przed liftingiem nie rzucało się zbytnio w oczy, swoim przepychem i marką nie kusiło także pospolitych złodziejaszków. Albowiem po przemyśleniu, przejrzeniu statystyk, jak też po dokonaniu rozpoznania rynku, Robal wybrał sobie siedmioletniego nissana primerę. Limuzynę. Deczko leciwą, ale wygodną. Wybrał ją jak najbardziej celowo. Takich samochodów po prostu nie kradziono. Rabusie zdecydowanie woleli wypasione fury niemieckie. Nabywcy i fani motoryzacji z szeroko pojętego Wschodu także. Nowe i prawie nowe.

Robal stwierdził, że zrobiłoby się wielce niefajnie, gdyby przez niczym nieuzasadniony snobizm, próżność i klasyczną głupotę dolnośląska, konkurencja poczęstowała się ich autkiem. Sekund trzy i całą od miesięcy przygotowywaną akcję trafiłby szlag.

Wszystkie służbowe i prywatne fury w przedsiębiorstwach zarządzanych przez Szefa i Złotego kupowano w salonach trzech uznanych marek niemieckich. Na dodatek preferowano je w kolorze czarnym. Budziły nie tylko respekt i szacunek, ale też zazdrość i pożądanie bliźniego. Grunt to dbałość o wizerunek.

 

– Ty, a nie mogłeś po prostu zabrać jednego z naszych samochodów? Musiałeś organizować taki szajs? – Rudemu wręczono kluczyki do auta, którym następnego dnia mieli jechać w delegację służbową.

– Dla ciebie to szajs, a dla mnie optymalny kamuflaż.

– Nie kumam. Znaczy, nie rozumiem tego.

– Po pierwsze, mój ty łysy robaczku, to wcale nie jest szajs. Wózek jest wygodny, niezawodny, nie jedziemy nim na koniec świata, tylko do Wrocławia. Po drugie pomyśl logicznie. Te wszystkie wypasione fury są łakomym kąskiem dla różnych. Sam podobne kilka razy skroiłeś, to powinieneś wiedzieć, o co mi chodzi. Jeszcze zwracają na siebie uwagę. Szczególnie na ubogim przedmieściu.

– Aha. No skroiłem. Ale dalej nie kumam.

– Nadal, nie dalej. Nieważne. O tym potem. Wracając do meritum: wkrótce skumasz. Oby jak najszybciej. Teraz przygotuj, proszę, auto do trasy. Zatankuj, posprawdzaj co trzeba, i przejedź się kawałek. Potem wymienisz tablice i lekko upaprasz je błockiem. Leżą w bagażniku. To potraktuj jako polecenie, nie prośbę.

– Tak jest. – Tylko tyle zdołał wybąkać Rudy, zaskoczony spokojną, pragmatyczną i kulturalną wypowiedzią nowego przełożonego.

Szary, legalnie kupiony i lekko podrasowany japończyk wyposażony został w kradzione tablice rejestracyjne z powiatu tarnowskiego, jeszcze trochę przerobione z zastosowaniem starego, dobrego przepisu Hansa Klossa z jednego z końcowych odcinków kultowego serialu wszech czasów; ósemkę zamalowano tak, by była trójką, a z jednej trójki zrobili dziewiątkę. Wszystko tak misternie ubłocili, żeby wyglądało na przebycie długiej drogi, a błocko jeszcze lekko zamazywało ślady modyfikacji tablicy.

Nie mieli najmniejszego zamiaru niczego na tym aucie czyścić. Sprzątali w środku, bo tak było trzeba. To znaczy od całkiem niedawna osobiście czyścił Rudy, czyniąc swoje obowiązki z wielką pieczołowitością i ochotą.

Tylna rejestracja była niby widoczna, trochę czytelna, a niby nie. No i też trudna do zapamiętania. Na pewno nie tak, jak tablice rejestracyjne pojazdów innych znanych im biznesmenów, w stylu DeSeR*RUDY*13. Zatem było jak najbardziej fachowo i profesjonalnie. Przednia rejestracja, także czymś zachlapana, nieco się pogniotła oraz przekrzywiła. Oczywiście uczyniła to sama i przypadkiem.

 

Jeżdżąc chwilę po okolicy, mężczyźni upewnili się jeszcze, że na zewnątrz podmiejskiego, starego, dworcowego budynku, na pewno poniemieckiego, nie ma żadnej kamery, która monitorowałaby wejście, a właśnie namierzony i potencjalny informator jest sam. Bez kumpli po fachu. To znaczy człek siedzi sobie bez przytomności innych szanowanych rzeczoznawców jego pokroju. Że obok niego nie walała się żadna butelka po alkoholu. Nawet po głupim piwku sikaczu bądź po denaturacie. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że gość jest najwyraźniej potrzebowski i obietnica małego wsparcia finansowego przed śniadankiem powinna rozwiązać mu język oraz skłonić do zwierzeń.

Po maleńkim, niemalże relaksującym spacerku Rudy i Robal przystanęli jakieś dwa metry od menela. Od zawietrznej.

Zamierzali podejść jeszcze bliżej, by podczas merytorycznej dyskusji nie wrzeszczeć na całą okolicę, ale tak od faceta capiło, że stanąć bliżej już się nie dało. Ni cholery. Przecież mieli uzyskać informacje istotne dla sprawy, kolejne i potwierdzające te zgromadzone wcześniej, a nie puścić pawia na dzień dobry. Na dodatek pod budynkiem dworca, w miejscu poniekąd publicznym. Od razu zwróciliby na siebie uwagę, tego zaś za wszelką cenę chcieli uniknąć. Ich misja, bynajmniej nie dworcowa, nie kolejowa, nawet nie komunikacyjna, skończyłaby się, zanim jeszcze się zaczęła.

Stanąwszy, Robal wyciągnął zza pazuchy paczkę drogich papierosów i wolniutko, z należnym nabożeństwem, odwijał pudełeczko z folii zabezpieczającej. Starał się, by menel dokładnie widział i obserwował te czynności. Foliowe opakowanie uważnie schował do kieszeni marynarki ciemnoszarego, eleganckiego, dwurzędowego garnituru, dynamicznie stuknął w dno pudełka i zwrócił się do Rudego:

– No to zapalimy sobie po całym i pomyślimy. Zastanowimy się, gdzie tego faceta znaleźć. Może ktoś nam w tym pomoże?

Reakcja potencjalnego informatora była odpowiednia. Adekwatna do sytuacji i oczekiwań. Kloszard wyraźnie się ożywił, poruszył i ewidentnie, jak też czynnie zainteresował. Rudemu wydawało się nawet, że facet nieco szerzej otworzył swoje kaprawe oczka oraz zaczął się ślinić.

O to przecież chodziło.

– Panie, poczęstujesz pan? – wybełkotał menel.

– Właściwie czemu nie. Chce się palić, nie? – Robal wyjął z paczki jednego papierosa i podszedł do mężczyzny, by mu go podać. Po tej czynności cofnął się szybko z grymasem na twarzy. Emitowane przez amatora kartonowych legowisk wonie były koszmarne. Po prostu nie do wytrzymania.

– No… Ooo kurna, takich jeszcze nie paliłem. Co tu jest napisane? Golu… Glu… Zagraniczne. – Z poplamionego plecaczka menel wygrzebał mocno sfatygowane pudełko z resztką zapałek, przypalił cudzesa i zaciągnął się z lubością. – Dobre, mocne! Kurna… Dasz pan jednego na zaś?

Rybka, trochę śnięta i cuchnąca, ewidentnie połknęła haczyk. Tak miało być.

– Może i bym dał, ale nie za darmo.

– A za co? Pieniędzy nie mam!

– Pan stąd? – Robal niezwłocznie przystąpił do biznesu.

Uzyskawszy wizualne potwierdzenie, polegające na kiwnięciu głową i zaprezentowaniu przez zagajonego z lekka przerzedzonego garnituru paru ciemnożółtych siekaczy, Robal kontynuował zasadniczy wątek:

– A znasz pan takiego Zenia? Może Zbunia. Mieszka gdzieś w tej okolicy, na ulicy Polnej, Wiejskiej albo jakoś tak.

– Może znam, może nie znam… – Gość zwietrzył interes. Dzień właśnie zaczął rokować nad wyraz dobrze i bogato. Mógł się nieźle obłowić, nie fatygując się na krok ze swojej suchej dworcowo-przydworcowej miejscówki.

– No a za ile by pan sobie przypomniał? – Robal zniżył głos. Spojrzał wymownie prosto w kaprawe oczka interlokutora.

Grunt to szacunek i respekt. Człowiek swoją godność przecież ma.

Człowiek docenił szacunek. Tego „pana” zwłaszcza. Poruszył się ociupinę dynamiczniej i poprawił kapturek zimowej kurteczki tak, by lepiej słyszeć. Na brzegu kapturka dyndała resztka wyliniałego, prawie naturalnego futerka, uchodzącego powszechnie za ekologiczne.

– No… panie, za dwie dyszki to może bym sobie przypomniał.

– Hmmm… Dużo pan chcesz. Za dychę. Więcej nie dam. Chyba że pan sobie dużo przypomnisz. Zobaczymy.

– Dobra, niech już będzie ta dycha…

Dziesięć polskich złotych to było akurat tyle, ile dostałby w punkcie skupu złomu za cztery kilo aluminiowych puszek po piwie krajowym. Pod warunkiem, że wśród nich nie byłoby czegoś cięższego i stalowego. Czyli, przeliczając zbieractwo na roboczogodziny, jakieś dwa lub trzy dni intensywnej fatygi w chaszczach pod osiedlowym sklepikiem, w kubłach na śmieci przy pętli tramwajowej oraz w okolicach parczku opodal miejscowego gimnazjum.

– No to co z tym Zeniem?

– Pytacie o Zenia czy o Zbunia? Żadnego Zenia, kurna, nie znam.

– Niech będzie, że Zbunio.

– No to chyba takiego znam – wybełkotał zagajony. Jakby bardziej komunikatywnie niż na początku pogawędki, chyba po zażyciu mocnej mieszanki zagranicznych, na wiór wysuszonych, aromatycznych roślinek. – Mieszka przy Wiejskiej. Ten wasz Zbunio. Czekaj pan… raz, dwa… Szósty dom z lewej. Nie. Z prawej. Taki mały, szary. Numeru nie pamiętam. On ma dół. A na piętrze ktoś inny. Ale, panie, ja tam do niego nie chodzę. Raz tylko byłem.

– To wszystko już wiemy – przerwał wywód kloszarda Robal. – A gdzie go można teraz znaleźć? Zbunia znaczy. Bo tam u niego już byliśmy i nikogo nie było. Aha, i kto właściwie ma dół? A kto górę?

– Jaki dół? A to za drugą dyszkę. I jeszcze dajcie szluga. Bo dobry.

– No, gadaj pan szybciej. Zobaczymy. Na razie nic pan nie zarobił. A czas to pieniądz. Mamy sobie pójść i poszukać kogoś innego?

– Dobra. Dobra. No to powiem. Teraz to albo jest na złomie, tam het, na Rybakowie, albo już pod sklepem. Jak na Piątkowo. – Menel machnął ręką w kierunku wylotówki z Wrocławia. – Do domu zachodzi dopiero jak ciemno. Albo zimno.

Robal zbytnio nie dociekał, kiedy menelom i im podobnym żulikom robiło się zimno. Sądząc po odzieniu obecnego interlokutora, temu akurat mogło być zawsze zimno. Słyszał też, że ciemno robiło się takim po spożyciu denaturatu. Albo innego napoju z zawartością nie do końca ożywczego metanolu. Czyli lumpom ściemniało się nawet w środku słonecznego dnia.

Aktualnie był dosyć ciepły początek jesieni. Obaj przyjezdni nawet nie założyli na siebie wierzchnich okryć. Robal odziany był, jak zwykle, w elegancki garnitur, wizytową koszulę i gustowny, dyskretny krawat. Rudy paradował w ulubionym kreszowym dresiku, niebiesko-szarym z czerwonym lampasem, i w bawełnianej podkoszulce. Na szczęście czystej. Pod szyją połyskiwał mu gruby złoty łańcuch. Charakterystyczne tatuaże na przedramionach zamaskowane zostały przez rękawy bluzy. Jednak dopiero po stanowczej interwencji Robala. Piękne stylizowane kotwice, skrzydlate smoki, gryfy i orły, do tego krwawiące tuszem popękane serca na pewno przykułyby uwagę niejednego przechodnia. Dzieci mogłyby nawet się wystraszyć.

„Trzeba będzie coś z tym zrobić. Jak najszybciej. Ten Rudy wygląda jak klasyczny wsiowy gangster. Do tego jak recydywista. Łysy kark z grubaśnym goldem. Straszne. Ma budzić postrach, owszem, ale bez przesady” – pomyślał Robal i zwrócił się do menela.

– A właściwie jak on wygląda? Taki mały, gruby, koło trzydziestki? – Chciał się jeszcze upewnić, że rozmawiają o tym samym człowieku.

– A co z moją dyszką? Dobra, już powiem. Oj. Kurna. Coś pan… ej tam, nieeee! Taki chudy, duży, z brodą, trochę podobny do pana, jeno starszy… Ten mały to chyba Maniek. Na co wam Zbunio? Ale Maniek mieszka teraz na działkach. Tam za parczkiem. – Dla potwierdzenia prawdziwości zeznań machnął brudną ręką w stronę bujnych, jeszcze mocno zielonych krzaków okalających teren, gdzie mężczyźni zostawili samochód.

– Jeszcze powiedz pan, jak on się nazywa.

– Ja tam nie wiem. Ładnie chyba jakoś. Widzi mi się, że ładnie. To go, kurna, znacie i nie wiecie, jak się nazywa? – Menel uważniej spojrzał na pytających.

Robal zignorował jego komentarz. Nawet inteligentny, zważywszy na osobę samego mówcy, kontekst rozmowy i inne poddworcowe okoliczności.

Nie miał najmniejszego zamiaru odpowiadać na żadne pytania tego człowieka. Zwykle to on pytał, jeżeli istniała taka potrzeba. A zapytani o coś ludzie, dla niego pospolite robaczki albo robale, mieli powinność, aby pokornie na te pytania odpowiadać.

 

Ów porządek rzeczy został utrwalony już prawie dziewięć lat wcześniej. W zasadzie zaraz po tym, gdy zupełnie przypadkowo zaczął pracować dla Szefa i Złotego. Stąd wziął się także pieszczotliwy pseudonim artystyczny.

Robal nie przeklinał. Czasami wymsknęła mu się jakaś cholera albo inny młody drób, jednak tylko okazjonalnie, wśród swoich, albo w stanach uzasadnionego wzburzenia. A takie stany miewał bardzo rzadko. Mierziło go używanie słów i wyrażeń uchodzących powszechnie za obelżywe, jak też wulgarne. W ich dobrze prosperującym przedsiębiorstwie Robal znany był z eleganckiego słownictwa, szarmanckiego obycia i szacunku do bliźnich.

W półświatku owiany był jednak gęstą mgłą tajemnic. Właściwie tylko Szef wiedział, kim naprawdę jest jego podwładny Robal, skąd pochodzi, jaka jest jego historia. Tylko Szef miał informację, że Robal przez moment był żonaty. Że posiadł wyższe wykształcenie uniwersyteckie, ukończył studia na kierunkach kulturoznawstwa i etnografii, na koncie naukowym dorobił się rozpoczętego przewodu doktorskiego, paru publikacji w fachowych pismach. Nawet książki popularnonaukowej.

Robal nigdy nie rzucał słów na wiatr, wyrażał się elegancko, zachowywał kulturalnie, a każdego rozmówcę traktował z należytą atencją. Dopóki rzeczony rozmówca nie zaczął fikać, kombinować oraz łgać. Znaczy wierzgać kopytami. Wówczas z godnego szacunku robaczka momentalnie przepoczwarzał się w parszywego robala, którego niezwłocznie należało zdeptać, przy tym wdeptać w gołą glebę czubkiem eleganckiego buta. Potraktować takiego obrzydliwego robala (karalucha, pluskwę, gnidę) bezwzględnie, jednakowoż nie ubrudzić sobie przysłowiowych, białych, eleganckich rękawiczek. Mówiąc oględnie: załatwić ścierwo na cacy, a potem już takie(-go) mieć z głowy.

Do przeprowadzania czynności załatwiania robali oraz ścierw, jak też eliminowania tychże z najbliższego otoczenia Robala, Złotego i Szefa wykorzystywani byli już inni podwładni podwładnych. Na przykład tacy pokroju aktualnie towarzyszącego Robalowi Rudego.

 

– Dziękujemy panu. To chyba wszystko. Do widzenia. – Dialog z dworcowym lumpem Robal uznał za zakończony.

Wyjął z kieszeni marynarki banknot dziesięciozłotowy, rzucił nim w stronę gościa, po chwili wahania ciepnął w niego jeszcze prawie całą niebieską paczuszką francuskich „Gaulu…”. Filantrop całą gębą.

– Bez urazy!

– Rany, ale smród! – Rudemu zbierało się na torsje.

Menel chyba usłyszał tę uwagę, bo na odchodne mężczyzn dodał i jakby na pożegnanie dobroczyńców bardziej wydukał:

– Panie dobrodzieju, ja to kiedyś byłem porządny człowiek. Ale trunkowy! Takie życie… kurna.

– Jasne. Rozumiem. Do widzenia panu.

Chwilę potem Robal zniżył głos i zwrócił się do Rudego:

– No faktycznie. Fetor nie do zniesienia.

– Chodźmy stąd, bo się porzygam… Błeeee… Chyba że jeszcze coś od niego chcesz. – Rudy złapał się za nos i szybko odwrócił od przyglądającego się im lumpa. – Czym od niego tak wali? Kuuu… – zmełł przekleństwo w ustach.

– Po mojemu to denaturat i uryna. Znaczy jego mocz. Może gość ma nieleczoną cukrzycę, bo jakoś trochę też capi od niego amoniakiem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Facet chyba z pół roku się nie mył. Na pewno nie prał gaci i portek. – Robal skrzywił się i westchnął. – Ty, robaczku, bardziej uważaj i nie wyrzucaj na chodnik peta! Nie zostawiaj śladów! Podnoś to i schowaj. Pilnuj się! – Zauważył nerwowy gest podwładnego.

– Dobra, szefie. Już zabieram.

– Nie żadne dobra, tylko uważaj i mnie słuchaj – odrzekł spokojnie Robal.

W ogóle nie miał w zwyczaju podnosić głosu. Kilka razy mu się zdarzyło, ale jedynie wówczas, gdy został doprowadzony do ostateczności. Zazwyczaj starał się trzymać nerwy na wodzy.

– Te, Robal, i co dalej robimy? – zapytał zniecierpliwiony Rudy. – Jedziemy szukać tego całego Zbunia?

– Oczywiście! Po to tutaj przyjechaliśmy. Za moment. Chwila. Nie piekarnia. Wszystko w swoim czasie. Najpierw dokładnie obejrzę mapę i postaram się zlokalizować te ich ulubione złomowiska. Potem sobie pojedziemy. Ty prowadzisz. I nie szarżuj, żeby nas gliny nie shaltowały. To znaczy przypadkiem nie zatrzymały, wylegitymowały albo, nie daj Bóg, spisały. Wszystko ma być zgodnie z przepisami! Zrozumiano? Nie zamierzam wpaść tak głupio jak Marecki. Za durnotę. I jeszcze wylądować za kratkami w Radomiu albo w innej Białołęce. Wprawdzie papugi Szefa by nas z tego wyciągnęły, ale śmierdzący ślad w papierach pozostanie. Nie mówiąc o paluchach. Będzie się za nami wlókł. Zupełnie niepotrzebnie.

– Mhmmm…

– No i dobrze. To do roboty. Siadaj za kółko i jedziemy pogadać z tym całym Zbuniem. Przy okazji ponownie zlustruję ten teren.

– A co? Byłeś już tutaj? – Rudy z zainteresowaniem podchwycił wątek. Chłonął słowa pryncypała niczym gąbka wodę.

– Przejazdem. Krótko. Jakiś czas temu. – Robal się uśmiechnął.

***

Seweryn Szpaczek nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Los się do niego najwyraźniej uśmiechnął, z samego rana bowiem zesłał mu dwóch eleganckich facetów, od których, za parę niewiele znaczących słów oraz nie do końca zrozumiałą pogawędkę, psim swędem otrzymał całą dychę w jednym kawałku. Do tego jeszcze prawie pełną paczkę drogich papierosów zagranicznej marki. Wartych przynajmniej połowę tej dychy.

Zapoznał się dokładnie z papierowym banknotem, przez moment studiował wizerunek Mieszka Pierwszego, pod światło zdyskontował znaki wodne.

– No, nie trefne. Dobre, kurna.

Chuchnął w swoją zdobyczną dyszkę oparami naleweczki wiśniowej spożytej poprzedniego dnia, dołożył zgorzelą z kolejnego zepsutego zęba. Pieniądz pieczołowicie złożył w kosteczkę i ukrył w kieszeni kurteczki za pazuchą. Po raz kolejny upewnił się, że żaden z jego kolegów go nie podgląda. Ani chybi napadliby i obrabowali, podczas snu okradli, albo też, co gorsza, naciągnęli na poczęstunek i zmanipulowali.

– Zbóje jedne!

On na pewno dałby się zwieść. Jak zwykle. No i potem nic by mu nie zostało.

Przyjrzał się także dokładnie paczce z papierosami i ją też schował, jednak już w innej kieszonce kurteczki, zewnętrznej.

– Na co takim eleganckim gościom ten sukinsyn Zbunio? – pomruczał pod nosem. – Ciekawość. Może oni z rodziny? Albo znowu coś szmaciarz nabroił i pójdzie siedzieć? Gliny może? Należy mu się. Wyjątkowy szmaciarz. I chytry… Ale oni chyba nie stąd. Ale całą dychę dali. Bogacze jacyś. Gliny tyle by nie dały.

Raz kiedyś, dawno temu, taki jeden niestary, ale siwy policjant, po cywilnemu dał mu dwa złote na pół chlebusia i kefirek. To było w zimie pod starym osiedlowym sklepikiem pani Eli. Inni go tylko lżyli, poniżali, nawet kopali. Ten gliniarz potraktował bezdomnego z szacunkiem. Czasami Seweryn kłaniał się temu policjantowi uniżenie. Innym nie, bo nie zasłużyli.

– Nieużyteczni jacyś… Ważni. I nie szanują człowieka.

Po chwili dumania Sewek zagarnął trzy najmniejsze osobiste manatki i odłożył je pod murek, na którym właśnie siedział. Resztę swojego majątku zaniósł do poczekalni dworca i z namysłem ułożył na stertę pod ścianą z koślawym, aczkolwiek wielce oryginalnym napisem: „Przyczajony mundi, ukryty stopa”. Słowo „Mundi” napisano od małej litery. Stopę także. Tam, pod tą ścianą, znajdował się już jego stary materac ze szpitalnego łóżka, na nim ciepła, straszliwie brudna, okrutnie śmierdząca, wojłokowa szmata, która niegdyś prawdopodobnie była wojskowym kocem, oraz stelaż dziecinnego wózka na kółkach. Lekko sfatygowanych, skrzypiących, ale dających jeszcze radę na wyboistych, latami niewymienianych, poniemieckich brukach Kamieńska.

Szpaczek wyprowadził napakowany pojazd przed dworzec, upewnił się ponownie, czy w pobliżu nie czają się koledzy łasi na jego dobra, po czym kawałkiem sznurka przywiązał do wózeczka trzy tobołki spod murku. Po tych skomplikowanych zabiegach udał się w kierunku znanego sobie sklepiku ogólnospożywczego w centrum kamieńskiego przedmieścia. Jak na niego, zasuwał dość chyżo, bo od dawna utykał z powodu opuchniętej, bolącej i sączącej czymś stopy. Zadowolony na dodatek, jakby właśnie wygrał w lotka.

– Co dajemy tym razem, panie Sewerynie?

– A, da mi pani ze dwie moje naleweczki. A i może do tego jakąś dobrą bułeczkę. A i za resztę pasztetowej. – Sewek rzucił na ladę banknot. – A coś może zostało z wczoraj?

– Zaraz zobaczę. – Ekspedientka kucnęła, wyciągnęła spod lady pół bochenka lekko czerstwego chleba i drożdżówkę. Także twardawą. – Skąd pan ma tyle pieniędzy? Tak od rana na dodatek?

– A jakoś tak się pofarciło.

– Odłożyłam dla pana pieczywko. Gdyby pan dzisiaj nie przyszedł, dałabym komuś innemu. I jeszcze mam to. – Zademonstrowała puszeczkę przeterminowanych śledzików z cebulką w sosie pomidorowym. – Chce pan?

– Aaa. Tak. Chcę. To ja tej pasztetowej nie biorę. Pani da resztę.

– Dobrze. Oczywiście. Ale niech pan już idzie, panie Sewerynie, bo mi pan innych klientów wystraszy. – Ekspedientka wydała prawie trzy złote reszty w drobniakach i ręką ponagliła stałego klienta Seweryna do opuszczenia jej sklepiku. Potem wyszła zza lady, by w ciasnym pomieszczeniu otworzyć drzwi i przewietrzyć okropnie zasmrodzone wnętrze.

Pani sklepowa Elżbieta bardzo współczuła Sewerynowi. Znała jego byłą żonę, wiedziała o tragedii, która dotknęła tę nieszczęsną rodzinę. W ich niewielkim Kamieńsku była to dosyć głośna i bulwersująca sprawa. Wszystko przez skłonność tego człowieka do pseudomarkowych, podrabianych alkoholi oraz przez ciągoty do wytrawnego towarzystwa takich samych pijaczków i łachudrów jak on. Albo większych i cwańszych, bo Seweryn bywał poczciwy i nadmiernie ufny. Koledzy od butelczyny tylko nagminnie go łupili i bez skrupułów wykorzystywali. Znaleźli frajera. Ot, co.

Czasami pani Ela odkładała Sewerynowi przeterminowaną żywność, czerstwe pieczywo, przynosiła używaną odzież. Specjalnie ściągała do sklepu najtańsze wina owocowe i nalewki, by Seweryna nie kusiły dostępne wszędzie, to znaczy w licznych pijackich melinach oraz na pokątnych bazarkach, jak też o wiele tańsze pojemniki alkoholowych trunków z podejrzanego źródła. Ażeby nie zatruł się śmiertelnie metanolem z tak zwanych importowanych księżycówek. Aby nie musiał spożywać taniego denaturatu.

– Straszna choroba. Sam sobie wybrał takie życie. Na własne życzenie. I nie chce się leczyć. Ech…

Z drugiej strony Ela goniła to całe menelskie towarzystwo z okolic sklepiku, by nie odstręczało i tak niewielkiego grona jej stałych klientów. Sama bowiem ledwie wiązała koniec z końcem. Jak grzyby po deszczu wyrastały w okolicy sieciowe markety, a z nimi każdy z lokalnych drobnych przedsiębiorców przegrywał w przedbiegach. Korporacyjna konkurencja wykańczała dużo większe tuzy niż Elżbieta.

Tych wytrawnych klientów od nalewek, taniego winka i sponsorowanego czerstwego pieczywka nazywała „piątą brygadą podziemną”. Miano owej brygady zapożyczyła od miejscowych policjantów, którzy czasami także zaglądali do jej sklepiku. Dlaczego piąta? Zapewne z jakiejś partyzanckiej pieśni. „My, piąta brygada…” czy coś w tym stylu. Właściwie brygada była pierwsza, a ta piąta to kolumna. Mundurowi pytali niekiedy o okolicznych mieszkańców, przy okazji pobytu i służbowych pogawędek kupowali coś na szybką przekąskę. Najczęściej drożdżówki, cebularze i batony, do tego pożywny kefirek albo jogurcik w plastikowym kubeczku. Z rzadka wodę mineralną albo inne bardzo zdrowe, słodkie napoje gazowane.

Seweryn Szpaczek odszedł kawałeczek od sklepiku, produkty spożywcze upchał do swojego plecaczka, plecaczek przerzucił przez ramię. Przeliczył drobniaki, po czym udał się w kierunku pętli tramwajowej, ciągnąc za sobą zdezelowany wózeczek z manelami.

Po drodze zamierzał nieco zboczyć z trasy, którą ktoś zdrowy pokonałby normalnie w dziesięć minut. Może w piętnaście. Z tak zwanym palcem w nosie. W tym czasie do przedwieczornego zmroku chciał poszukać puszek i czegoś innego, równie cennego, co nadawałoby się do spieniężenia na zaprzyjaźnionym złomowisku. Pręta zbrojeniowego wyrwanego ze ściany starego pustostanu albo jeszcze nie skończonego domku w budowie, kawałka czyjejś rynny z przydomowej budy, żeliwnej pokrywy studzienki kanalizacyjnej, blatu starej pralki. Czegokolwiek metalowego.

Jak co dzień postanowił pomyszkować pod lokalnym ryneczkiem, czyli targowiskiem, tam znaleźć inne produkty zdatne jeszcze do bieżącej konsumpcji. Nazwijmy je ogólnospożywczymi.

Może uda się zjeść miseczkę gorącej zupki na zapleczu baru opodal rzeczonego ryneczku? Czasami litościwie wynoszą namolnym bezdomnym coś do jedzenia, resztki.

Spotkać jakiegoś starego znajomego z minionej epoki „porządnego” i przykładnego życia z rodziną, wymienić uwagi o ciężkim losie bezdomnego? Napomknąć o pogodzie i aktualnych trendach w modzie…

W okolicy zaplecza obskurnej budy z ciuchami i stoiska z „prawdziwą” chemią gospodarczą z Niemiec Sewek pożyczył sobie napoczętą, półlitrową, szklaną butelkę fioletowego denaturatu. Skoro tak samotnie stała i na niego patrzyła, łypała lilowym oczkiem na kontrahenta, potencjalnego konsumenta, to żal było nie skorzystać. Leżąca obok szmatka nie była mu już do niczego potrzebna. Następny fart tego dnia. Sewek wpełzł był w najbliższe krzaki, pod pupę podłożył sobie kawał tektury, na której ktoś koślawo napisał „Maga”. Chyba lokalny sprzedawca warzyw to narysował, w celach marketingowych oraz informacyjnych. Sewek z atencją opróżnił znalezisko. Gorzkawy smak napoju zagryzł kawałkiem podarowanego, na poły czerstwego chlebka oraz znalezioną na ziemi przywiędłą marchewką. Następnie udał się w kierunku stojącego samotnie kontenera PCK i wygrzebał jego zawartość przystosowanym specjalnie drutem ze sprytnym haczykiem na końcu. Znalazł, w zasadzie odkrył same ciuszki dziecięce. I jeszcze jeden niemowlęcy kocyk. Różowy w białe misie. Maleńki. Czyściutki. Prawie pachnący. Kocyk nie podobał się Sewerynowi. Niezadowolony odszedł stamtąd jak niepyszny, zostawiwszy naokoło pojemnika porozrzucane śpiochy i kaftaniki.

Wszystko czynił po to, by wieczorkiem dojść wreszcie do celu. Usiąść sobie spokojnie na „swojej” ławeczce przy pętli tramwajowej w ulicznym zgiełku centralnej części Kamieńska, też swoim ulubionym. Potem, w atrakcyjnym towarzystwie następnej ulubionej rzeczy: wiśnióweczki „cherry” i zdobycznego zagranicznego papieroska, pogapić się na okna kilka lat wcześniej odebranego mu mieszkania. Na jego ukochany domek, w którym spędził ponad czterdzieści lat życia.

Dumając nad marnym losem, pan menel Szpaczek zamierzał powspominać dawne czasy i z nieco kaprawych oczek uronić łezkę żalu. Jak zwykle.

Jego, Seweryna, stara ławeczka zajęta była przez czule obłapiającą się parę młodych ludzi. Właściwie gimnazjalnych nastolatków. Dziewczyna była bardzo wulgarnie pomalowana, pryszczaty chłopak z tłustymi włosami wsadził jej rękę pod kusą spódniczkę. Gmerał sobie pod tą spódniczką. Publicznie. Gówniarze zapomnieli o bożym świecie i o tym, że oprócz nich przy tej pętli kręcą się jeszcze inne osoby.

Sewek zaś nie zamierzał rezygnować z wieloletnich przyzwyczajeń. Był jak co dzień zmęczony, obolały, w głowie mu nieco szumiało. Odniósł wrażenie, jakby też dziwnie szybko się ściemniało. I w oczkach, i na zewnątrz. I jakby go ogarnęła okrutna niemoc. Chciał tylko sobie wygodnie usiąść, napocząć drugą buteleczkę ulubionego trunku, zapalić zdobycznego papieroska i pogapić się na stare śmieci, zanim uda się na nocny spoczynek z powrotem na swoje bezpieczne, ciepłe legowisko pod dachem dworcowej poczekalni.

Podszedł blisko młodzieży, toboły zwalił pod ławeczką, i pryszczatemu chłoptasiowi pieszczotliwie wyszeptał do ucha:

– Wypierdalać stąd! To moja ławka!

Młodzież posłuchała. O dziwo natychmiast. Tym razem była bardzo grzeczna. Nawet w pewnym sensie pokorna. Nie dyskutowała, manualnych czułości zaniechała, oblizywanie bliźniego płci przeciwnej gwałtownie przerwała. Niezwłocznie galopem dała w długą, trzymając się za nosy. Dziewczyna nie zdążyła opuścić spódniczki, bo podczas zbiegania było jej widać majtki. Też kuse. Bardziej było widać chude, białe pośladki, między którymi tkwił maleńki skrawek materii, czyli tak zwane nici w życi.

Upłynęło trochę czasu, zanim Sewek wygodnie się rozsiadł, przytaszczone manele ułożył na ławce. Ergonomicznie. Chciał je mieć w zasięgu ręki, bo o tej porze wzrok lekko był mu zaszwankował. A w okolicy pętli byli tacy, którzy mogli się połaszczyć.

Wygrzebał swój szlachetny trunek cherry, na zagrychę spożył pół nadal rześkiej drożdżówki i wypalił kolejnego wonnego papieroska ze swojej kazionnej niebieskiej paczki, delektując się jego smakiem.

Zapadł zmierzch, potem nagle zrobiło się ciemno.

Ktoś biegnąc do tramwaju stojącego na przystanku, potknął się o tłumok na wózeczku przy ławeczce i niechcący szturchnął Seweryna dzierżącego buteleczkę. Trochę bordowego cennego płynu rozlało mu się na kurteczkę. Inny pasażer, śpiesząc do pojazdu miejskiej komunikacji publicznej, rzucił w niego puszką z niedokończonym piwkiem. Celował w stojący opodal stylizowany kubełek na śmieci, ale nie trafił. Puszeczka odbiła się od metalowego dekla i spadła na kapotę siedzącego na ławce człowieka. Takie dobra także nie mogły się zmarnować. Menel zagospodarował zarówno całkiem sporą resztkę bursztynowego napoju, jak i aluminiową puszkę.

Rozgrzanemu tymczasowo chłopu robiło się coraz rzewniej i coraz przyjemniej. Znużony intensywnym dniem, nietypowymi przedpołudniowymi przeżyciami i myśleniem o niespodziewanych darczyńcach oraz o dawnym, lepszym, dostatnim życiu, Seweryn Szpaczek wyciągnął z niebieskiej paczki przedostatniego papierosa, zapalił sobie, prawie się zaciągnął błękitnym i aromatycznym dymkiem, łyknął z gwinta trzy spore łyki naleweczki.

Z żarzącym się papieroskiem w umęczonych usteczkach po prostu błogo zasnął, prawie na siedząco. Właściwie na półsiedząco z tendencją do zajęcia pozycji półleżącej.

Po chwili tlący się papierosek wypadł z otwartych ust bezwładnie lewitującego właściciela. Spadł pomiędzy lekko uchylone poły kurteczki w okolice mostka na piersiach, na śliczny anilanowy sweterek. Pod tę kurteczkę z kapturkiem.

Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach także włosie sweterka zaczęło się wolniusieńko tlić. Przy okazji topić. A spod kurteczki poszedł do góry toksyczny dymek. Prosto w nozdrza smacznie śpiącego Seweryna.

A potem to już wszystkie sweterki, bluzeczki i inne podkoszulki, w które na cebulkę odziany był menel, zajęły się żywym ogniem.

Jeszcze później zapaliła się Sewerynowa zimowa kurteczka, manatki, manele i nawet jego ulubiona, zarazem kultowa ławeczka.

***

– Aa, kotku, może ty mi coś poradzisz? – Tomasz Stopiński rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu ze szklanką piwa w ręku. Jasnego pełnego. Krajowego.

– A co się stało? Masz kłopoty? Nie strasz mnie. Może byś coś zjadł?

Anna wlazła do salonu z dużym nożem w ręku i ścierką kuchenną przewieszoną przez ramię. Popatrzyła uważnie na męża. Nie wyglądał na zgnębionego. Ani na zdenerwowanego. Raczej na faceta, który coś kombinuje, knuje albo mataczy. W jego spojrzeniu dostrzegła coś na kształt chochlików.

– A nie. To nie to. Nic nie wiem o nowych kłopotach. Mam same stare. A wiesz, do której otwarta jest drogeria w Merkurym? Wiesz, ta na pierwszym piętrze.

– Gadaj lepiej, co się stało, bo już mnie diabli biorą! I po co ci teraz drogeria? Brakuje nam czegoś?

– Nie. To znaczy tak. No bo muszę pofarbować włosy…

– Czyje?

– No moje.

Anka popatrzyła na męża z troską.

– Jezu, chłop mi zwariował. Jaja sobie robisz? Czy ci odwaliło? A tego piwa to już może nie pij. Przynajmniej na czczo. Najwyraźniej ci zaszkodziło!

– Ha, ha, ha. Kurde, nie patrz tak, to jeszcze nie kryzys wieku średniego. He, he… Tylko muszę dorwać na moim terenie takiego jednego lumpa. Gnojek kradnie rowery, kosiarki, co mu w ręce wpadnie, a jak mnie widzi, to zwiewa. Mój siwy, w zasadzie srebrny łeb, cholera, widać na kilometr! Muszę coś z tym zrobić!

– Aha. Rzeczywiście powinieneś z głową coś zrobić. Na przykład iść do lekarza specjalisty. Powinni ci tę główkę przebadać. W każdą stronę. No a tymczasowo na włosy to załóż czapkę. Dziecka. Powinna pasować. Tę białą z daszkiem.

– Zwariowałaś? W tej czapce będę wyglądać jak palant. Jak te moje lumpy. Albo złodzieje samochodów. Jeszcze może fura, skóra i komóra? Zapomnij. Tylko wymyśl coś, co się szybko zmyje. – Łyknął swojego piwka, potem spojrzał na żonę błagalnie. – No bo to mi potrzebne na jutro, bo mniej więcej wiem, gdzie ten gnojek będzie. Moi uchole mi zapodali. Poluję na niego od kilku tygodni. I wreszcie dostanę na jutro mojego cywilnego poldusia.

– A nie możesz jakoś się schować? Bo ja wiem? Zaczaić? Zza węgła napaść tego złodzieja? Pojmać go znienacka?

– Nie, to nie takie hop-siup. Tam jest zadupie jak cholera. Kilka starych chałup i pole. Drzewa z rzadka. Tam dalej za karczmą. Wiesz gdzie? Żadnego węgła nie ma.

– Nie bardzo…

– Kiedyś cię tam zawiozę. Auto też te nasze gnojki znają. Nawet nasze prywatne. Tacy durni nie są. Muszę ich jakoś przechytrzyć.

– A, chyba że tak. No to idź do fryzjera, i dupy mi nie zawracaj. Dam ci kasę, jak nie masz. Ja nie umiem farbować włosów. Ani komuś, ani sobie. Nigdy tego nie robiłam. Jeszcze coś spartolę i będzie na mnie. Na przykład po moim farbowaniu wyłysiejesz. Nie możesz raz założyć tej czapki? Albo ja wiem? Peruki? W pracy mam takiego jednego, który sobie farbuje siwiejący łeb, bo zdurniał dla jakiejś cycatej laski. Też od nas. Ta laska w sensie. Wygląda jak idiota. Facet. Laska jest nawet atrakcyjna, z dużymi niebieskimi oczami i z nogami po sam sufit. – Anka gestem obu rąk pokazała wydatne piersi. – Wszyscy rżą na jego widok. Głowa siwieje, dupa szaleje. Ich właściciel najwyraźniej na stare lata durnieje.

– Nie mogę. E tam. Nie będę inwestował w łapanie lumpa. Nie ma nic taniego? Na kilka dni? To jednorazowa akcja. Dorwę wreszcie tego mojego gnoja, może dwóch, potem dam sobie spokój. Obiecuję.

– No to chyba tylko jakiś szampon pomoże. Koloryzujący. Powinien potem dość szybko zejść. Czekaj, skończę kroić mięsko i możemy iść. Merkury otwarty do dwudziestej.

Tomek osiwiał bardzo szybko. Zaczął jako nastolatek, a na dobre zaczął siwieć w wieku dwudziestu paru lat. Miał to w genach po ojcu. Włosy Stopińskiego były wprawdzie ładne, gęste, błyszczące, dobrze ścięte, ale siwe. Właściwie w kolorze jasnego, połyskliwego srebra. Wszyscy się do tej jego siwizny przyzwyczaili, ale rzeczywiście łeb Tomasza widoczny był z daleka. Jeszcze błyszczał w słońcu.

Żona usiłowała zrozumieć mężowe rozterki.

– Ale żeby od razu farbować?

Uważała także, że zdecydowanie lepiej być siwym niż łysym.

– Nie wygłupiaj się. Co ci szkodzi? Czapka dziecka wydaje się nawet ładna. I modna. Czysta. Niedawno prałam.

– Mowy nie ma! Mówię, że będę wyglądać jak palant. I czuć się jak palant. Nie lubię czapek, zwłaszcza tych z daszkiem.

– Dobra, dobra. Nie płacz, Ewka. Spróbujemy z tym szamponem. Już się nie denerwuj. Nie powinien być drogi. Prawie skończyłam. Możemy iść. Przy okazji kupię jajka. A, i śmietanę do zupy. Osiemnastkę.

– A jaka będzie?

– Zupka? Ogórkowa. Może być?

– Pewnie. A kiedy będzie rosół?

– Niedawno przecież był. Ciesz się, że cokolwiek dzisiaj robię. Też jestem zmęczona. Łeb mi chce rozerwać i urwać przy samej dupie. Będzie chyba zmiana pogody, bo łupie mnie w kolanach. Znowu naczelny dyro się o coś wściekał. Po południu załapałam się jeszcze na cotygodniową opierdolkę. Mam dość.

Anka wróciła do domu trochę później niż zwykle. Po cyklicznej firmowej naradzie. Zajmowała kierownicze stanowisko w dużej, jeszcze państwowej firmie, a z nasiadówek z dyrektorami nijak nie mogła się wymiksować. Ani bowiem nie była obłożnie chora, ani nie znajdowała innej sensownej wymówki. Dzieci Stopińskich już dawno wyrosły z karmienia cycem i z pieluch, a chyba tylko jakaś spektakularna klęska żywiołowa byłaby mocnym argumentem jej ewentualnej absencji na spiczu kierownictwa. Na przykład kolejna powódź stulecia. Anka miała w tych zebraniach uczestniczyć z urzędu, i wszystko na ten temat. Nawet w charakterze słuchacza albo przysłowiowego chłopca do bicia.

Jeden z panów dyrektorów bardzo lubił szukać winnych. Czegokolwiek, to znaczy wszystkich niepowodzeń i potknięć firmy. Takie hobby w sobie odkrył. Pasję i powołanie. Niemalże misję dziejową. Najchętniej znajdował tych winnych właśnie wśród kobiet oraz w dziale zarządzanym przez żonę Tomasza.

– Pieprzony damski szowinista. Że też zawsze trafiam na takich szowinistycznych i nadętych dupków!

Po drobnych zakupach Tomek zajął się studiowaniem instrukcji obsługi szamponu koloryzującego do włosów, który zresztą sam sobie wybrał, natomiast Anka wróciła do kuchni, aby dokończyć gotowanie obiadu na kolejne kilka dni.

Na kolorowym pudełku szamponu było napisane jak wół i po polsku, że po zafarbowaniu włosów kolor finalny powinien wyjść czarny. Do firmowego pudełka dołożono przytomnie cieniutką plastikową rękawiczkę.

– Hej, żyjesz? Sam sobie poradzisz czy mam ci jakoś pomóc? Coś podać, potrzymać…

– Przeczytałem i sobie poradzę. Łatwizna. Tu jest napisane, żeby coś ochronnego potem nałożyć na głowę, i po dwudziestu minutach zmyć. Masz coś takiego?

– Tam w szufladce powinien być taki plastikowy czepek hotelowy. Przezroczysty, na gumce. Może się nada.

– Mam. Znalazłem. Nada się. Dobra. Raz kozie śmierć. Nastaw mi minutnik na pół godziny. Wchodzę do wanny.

– Dobra, nastawiam.

Oprócz minutnika Anka nastawiła zupkę i gulasz. Jeszcze wodę na ryż do tej ogórkowej. Obrała ziemniaczki, przygotowała surówkę. Ogarnęła kuchnię. Co jakiś czas nasłuchiwała odgłosów dochodzących z ich małej, ciasnej łazienki.

– Tyyy, jesteś tam? Budzik zadzwonił! Znaczy minutnik.

– Dobra, zmywam! Kotek! Czym mam to zmyć?

– No to zmywaj. A co jest napisane?

– Że samą wodą.

– Nie znam się. Jak woda, to woda. Ja tam użyłabym szamponu.

Po kilku kolejnych minutach z łazienki rozległ się głośny jęk Tomasza. Przypominający bardziej psi skowyt, krzyk rozpaczy i wyraz okrutnego bólu.

– Kotek! Ratunku! Pomocy!

Ania pognała do łazienki. Z mokrą mytką kuchenną i widelcem. Na odsiecz wrażym hufcom zagrażającym jej chłopu.

– Coś się stało? Upadłeś?

– Chyba tak… znaczy, stało się. Zobacz, co mi wyszło… Kurwa mać! Co ja teraz mam z tym zrobić?

„Kotek” rzucił oczkiem i zdębiał. Po zabiegach pielęgnacyjno-fryzjerskich włosy męża zrobiły się nad wyraz śliczne i efektowne. Oto nabrały modnej barwy. Wrzosowofioletowej. Jakby były umoczone w roztworze pioktaniny.

– Ha, ha, ha! O kurde!

– To wcale nie jest śmieszne! Rany Julek. Popatrz, co mi wyszło! Co mam zrobić? To zejdzie? Czym to usunąć? Poradź coś! Kotek, błagam!

– Jezu, nie wiem. Ha, ha. Ty, a to na pewno był szampon? Nie pomyliłeś buteleczek? Umyj to szybko jakimś normalnym szamponem. Może nawet kilka razy z rzędu. Hi, hi… No to się pofarbowałeś i zamaskowałeś. Nie ma co. Cała okolica będzie się na ciebie gapić.

– A po jakimś normalnym szamponie zejdzie?

– Hi, hi, nie sądzę, żeby od razu wszystko zeszło… Może trochę wyblaknie. Ale jaja! Nie chcę cię martwić, ale nasz kot był fioletowy prawie trzy tygodnie. Pamiętasz, nie? A kilka razy dziennie mył się sam. I wylizywał. Jak to kot.

– Faktycznie długo był fioletowy. I co teraz?

To pytanie było takie więcej retoryczne. Żona Tomasza Stopińskiego nie potrafiła na nie odpowiedzieć.

 

Sytuacja z kotem Stopińskich przedstawiała się następująco:

Rzeczonego kotka trzeba było wykąpać w roztworze wody z pioktaniną, bo małżeństwu naonczas nic innego nie przyszło do głowy.

Ponad dziesięć lat wcześniej dzieci przyniosły do ich domku na wsi małego, kilkutygodniowego kotka. Podczas zabawy na polu zabrały go kociej matce z dzikiego gniazda. Zwierzątko było okrutnie wychudzone, darło się wniebogłosy, i szybko się okazało, że jest całe zarobaczone. Stadami chodziły po nim różne insekty, gołym okiem było widać, że maleństwo cierpi i może nie przeżyć kolejnych kilku godzin w nowych warunkach. Poza gniazdem i w ogóle. Należało jakoś zareagować. Na pewno nakarmić i napoić. W upalny sobotni wieczór wszystko było wtedy pozamykane. Do weterynarza, który prawdopodobnie też był zawarty na amen, mieli prawie dwadzieścia kilometrów. Kierowcy byli po spożyciu piwka, może dwóch. Dla ochłody i dla przyjemności.

Wtedy w domowej apteczce Ania znalazła buteleczkę od kilku lat przeterminowanej pioktaniny i właśnie nią postanowiła odkazić nowego kotka dzieci. Do miski wlała wodę, doprawiła roztworem pioktaniny, i w tak przygotowanej miksturze wykąpała włochate maleństwo. Udało się. Sierściuch przeżył eksperyment naukowy, w końcu wyzdrowiał, ale z fioletowym zadkiem chodził i zachwycał dobrych kilka tygodni.

 

Jednakowoż zewnętrzny kamuflaż chyba Tomaszowi nie wyszedł. To znaczy jakiś tam wyszedł, ale nie do końca zgodny z pierwotnym konceptem ani taki, jaki powinien był. Teraz jego włosy przypominały nie tylko wypranego w pioktaninie rodzinnego kota, ale też głowę jednej z leciwych ciotek Tomka po wizycie u prowincjonalnego fryzjera. Zrobiono tam ciotuni elegancką oraz naówczas modną płukankę, po której siwe włosy nabrały ślicznej, wrzosowofioletowo różowej barwy. U starej baby może i uszłoby wizualnie, ale cudny rzucik na włosach posiadał facet w średnim wieku. Policjant. Detektyw. W czynnej służbie i na dodatek „kryminalny”. Było lato, gorąc okropny, założenie na głowę i uszy maskującej zimowej czapki uszatki odpadało w przedbiegach.

Z której strony by patrzyć, za przeproszeniem, dupa z tyłu. No i sensacja jak malowanie.

Do domu wróciło jedno z dzieciątek Stopińskich. Uprawiało sobie sport kontaktowy w postaci dżudo, po każdym treningu matka prała jego dżudogę, przepoconą i ućmoruchaną podczas ćwiczeń. Dziecko miało pilną potrzebę skorzystania z prysznica. W ogóle z łazienki.

– Mamcia, ktoś jest w łazience?

– Tak, tata.

– A długo tam będzie?

– No, chyba długo, bo ma małą awarię. Pilnie musi z nią powalczyć.

– Tak? A co się stało? Coś się zepsuło?

– Właściwie tak. Wejdź i sam zobacz. Tego się nie da opowiedzieć. To należy osobiście podziwiać. Hi, hi…

Dzieciątko weszło, bo po niewielkim wypadku jednej z babć członkowie rodziny nie zamykali drzwi łazienek i toalet. To znaczy z przyzwoitości zamykali tylko na klamkę, ale od środka i na klucz, to nie. Po krótkiej chwili dziecko wyszło z łazienki całe uradowane.

– Hłe, hłe, a tacie co się stało? Zabezpiecza paradę równości i chce się wtopić w tłum? Czy co? Mogę zrobić fotkę? Wrzucę w neta i jeszcze na tym zarobię! A ile Czaku będzie miał fanów!

(Tomasz zyskał ksywkę „Czaku” dzięki uprawianemu zawodowi. Dzieciakom bardzo podobały się filmowe działania strażnika z Teksasu, w rolę którego wcielił się Chuck Norris).

– Ty, ani się waż! Ojciec cię zabije. Na bank. A ja po nim poprawię.

– Ale polewka! A tak poważnie, to co mu się stało? Pomylił się czy skaleczył?

– Nie. Farba. Właściwie szampon koloryzujący. Wypadek przy pracy.

– Hłe, hłe… Po co ojcu szampon koloryzujący? A to zejdzie? – Dziecko zainteresowało się zjawiskiem. – A tak w ogóle to ojcu coś dolega? Może na parę dni gdzieś sobie razem wyjedziecie? Odpoczniecie ? Chętnie pobędę sam w domu. Hi, hi…

– Nie wkurzaj taty. I daj mu chwilę. Niech spróbuje to jakoś zmyć. Chociaż trochę.

– Dobra, dobra. Czarno to widzę. Nie, raczej fioletowo… Ojciec, wpuść mnie na dziesięć minut. Potem sobie możesz siedzieć. – Dziecko domagało się swoich praw do skorzystania z domowego natrysku. Zgodnie z potrzebą chwili.

Dobrze, że w domu państwa Stopińskich kibelek był osobno, a w nim mała umywaleczka. Można było awaryjnie skorzystać.

– Żmiję wyhodowałem na