Gambit zabójcy - Tony Kent - ebook + audiobook + książka

Gambit zabójcy ebook i audiobook

Kent Tony

4,2

Opis

Powieść dla miłośników klasycznych thrillerów spiskowych. Ale także dla fanów Lee Childa czy najnowszych seriali sensacyjnych, jak Homeland.

Jeśli Robert Ludlum i John le Carré urodziliby się kilkadziesiąt lat później i postanowili napisać wspólnie powieść, w której połączyliby tempo akcji tego pierwszego z dogłębną znajomością służb wywiadowczych tego drugiego, a do tego pożyczyliby od Lee Childa Jacka Reachera i kazali mu przejść na ciemną stronę mocy… może wyszłoby z tego coś przypominającego Gambit zabójcy

Płatny zabójca, który w jednym pakiecie łączy sprawność fizyczną, zimną obsesję, profesjonalne wyszkolenie i absolutny brak wyrzutów sumienia.

Agent brytyjskich służb wywiadowczych, który poza wszystkimi niezbędnymi umiejętnościami w swoim fachu ma jeszcze jeden atut: zna zabójcę, wie jak działa i myśli.

Ambitna dziennikarka, która w pogoni za gorącym tematem naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Błyskotliwy adwokat, który będzie musiał powrócić do swojej szemranej przeszłości, żeby ochronić siebie i bliskich.

Podczas uroczystości na londyńskim Trafalgar Square zamachowiec zabija jednego z czołowych brytyjskich polityków i rani byłego prezydenta USA, a pocisk snajpera odpowiedzialnego za zapewnienie bezpieczeństwa śmiertelnie godzi agentkę służb specjalnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 574

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 50 min

Lektor: Leszek Filipowicz

Oceny
4,2 (148 ocen)
67
54
20
6
1

Popularność




Płatny zabójca, który w jednym pakiecie łączy sprawność fizyczną, zimną obsesję, profesjonalne wyszkolenie i absolutny brak wyrzutów sumienia.

Agent brytyjskich służb wywiadowczych, który poza wszystkimi niezbędnymi umiejętnościami w swoim fachu ma jeszcze jeden atut: zna zabójcę, wie, jak działa i myśli.

Ambitna dziennikarka, która w pogoni za gorącym tematem naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Błyskotliwy adwokat, który będzie musiał powrócić do swojej szemranej przeszłości, żeby ochronić siebie i bliskich.

Podczas uroczystości na londyńskim Trafalgar Square zamachowiec zabija jednego z czołowych brytyjskich polityków i rani byłego prezydenta USA, a pocisk snajpera odpowiedzialnego za zapewnienie bezpieczeństwa śmiertelnie godzi agentkę służb specjalnych.

Sprawa wywołuje kryzys polityczny, który grozi upadkiem rządu. Tymczasem agent Joe Dempsey i reporterka CNN, Sara Truman, niezależnie od siebie odkrywają, że kryje się za nią znacznie więcej, niż się na pozór wydaje – więcej, niż skłonne są przyznać władze, które najwyraźniej mataczą. Zamach wygląda na część spisku, w który uwikłani są prominentni politycy i brytyjskie służby specjalne, i może mieć katastrofalne skutki.

Wszystkie tropy prowadzą do Belfastu. I to w Irlandii rozegra się decydujące starcie.

TONY KENT

Irlandzki pisarz dorastający w Londynie. Prawnik występujący w najgłośniejszych w Wielkiej Brytanii procesach karnych, w sprawach o terroryzm, korupcję, zabójstwa, porwania i oszustwa. Przed rozpoczęciem kariery prawniczej był bokserem i zdobył wiele tytułów w boksie amatorskim. W swojej pracy pisarskiej inspiruje się najlepszymi: Lee Childem, Robertem Ludlumem, Johnem Grishamem, Davidem Baldaccim i Frederickiem Forsythem. Zadebiutował w 2018 roku thrillerem Gambit zabójcy, a potem wydał jeszcze dwie powieści, w których pojawiają się postacie z jego pierwszej książki.

tonykent.net

Tytuł oryginału:

THE KILLER INTENT

Copyright © Tony Kent 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2021

Redakcja: Piotr Królak

Projekt graficzny okładki oryginalnej: kidethic.com

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-517-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Mamy i Tatyza wszystko…

I dla Victoriiza wszystko inne…

JEDEN

JOSHUA POCZUŁ PRZYPŁYW ADRENALINY, gdy spojrzał w dół na plac. Zajmował pozycję na wysokości sześćdziesięciu metrów, na wieży kościoła z epoki regencji. Z tego miejsca widział każdy zatłoczony centymetr kwadratowy. Narastało w nim znajome wrażenie kontrolowanego podniecenia. Stały element, który towarzyszył realizacji wszystkich zleceń. Właśnie po to żył.

Widział każdy szczegół przez lunetę karabinu. Chłonął informacje, poświęcając czas na wypatrywanie przeszkód, które mogły pokrzyżować mu plany. Profesjonalista mniejszego formatu robiłby to znacznie dłużej. Joshua był wyjątkowo utalentowany.

Odsunął głowę od lunety. Wiedział już wszystko, czego mógł się dowiedzieć. Powiódł wzrokiem po nieprzebranym tłumie. Zdumiał go, nie po raz pierwszy, wybór akurat tego miejsca. Dostrzegał tutaj wpływ myślenia politycznego. Gdzie indziej miałyby się odbyć obchody ku czci brytyjskich bohaterów niedawnych wojen na Bliskim Wschodzie, jeśli nie na Trafalgar Square, będącym londyńskim monumentem militarnej chwały? Ale waga wydźwięku historycznego nijak się miała do koszmaru, jakim było zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom zgromadzenia.

Joshua wykrzywił usta w ponurym uśmiechu, patrząc na panujący w dole chaos. Teren obstawiały najlepsze agencje, ale ten fakt nie umniejszał problemów związanych z zagwarantowaniem ochrony. A wszelkie problemy, z jakimi musieli się mierzyć agenci, działały na jego korzyść. W tej chwili tych problemów było mnóstwo.

Chwycił karabin. Leciutko uniósł lufę i znowu spojrzał przez lunetę. Przyjrzał się okolicznym dachom i w niespełna minutę namierzył dziewiętnastu snajperów. To, że zdołał tego dokonać tak szybko, należało do rzadkości. Może nawet było wyjątkowe, ale przecież to samo określenie pasowało do obecnego zlecenia. Wszystkie inne zadania w jego długiej karierze miały wspólną cechę: wymagały znalezienia kryjówki, z której będzie mógł oddać strzał. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj musiał być na widoku. Gdyby tego nie zrobił, każdy z pozostałych dziewiętnastu snajperów zacząłby się zastanawiać, gdzie się podział dwudziesty.

DWA

JOE DEMPSEY STAŁ PRZY OKNIE budynku oddalonego niespełna czterysta metrów od placu. Miał stamtąd widok równie dobry jak Joshua, ale był w zdecydowanie innym nastroju niż snajper.

Dempsey przez połowę życia zajmował się identyfikacją i neutralizowaniem zagrożeń. Jego praca polegała na przewidywaniu tego, co niespodziewane. Na wyobrażaniu sobie tego, co niewyobrażalne. Osiemnaście takich lat odcisnęłoby piętno na każdym i on nie stanowił wyjątku. Wszędzie doszukiwał się zagrożeń. Czasami się zastanawiał, czy to efekt szkolenia, czy po prostu skutek paranoi. Ale dziś nie martwiły go te wątpliwości. Dziś niebezpieczeństwo było bardzo realne.

Jego rozmyślania przerwał cichy głos z wyraźnym edynburskim zaśpiewem:

– Zakładam, że z dołu wcale nie wygląda to lepiej, prawda?

Dempsey odwrócił się w stronę mówiącego.

Callum McGregor siedział przy jedynym biurku w pokoju. Dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa Wewnętrznego był istnym kolosem – prawie dwa metry wzrostu i sto dwadzieścia kilogramów żywej wagi. Puste biurko wydawało się przy nim miniaturowe.

Dempsey podszedł do niego bez słowa. Sam nie był chuderlakiem, ale poruszał się lekko i zwinnie. Przysunął krzesło przed biurko i usiadł, nie czekając na pozwolenie. Spojrzał McGregorowi prosto w oczy.

– Nie będzie lepiej, Callum. Nie damy rady kontrolować zatłoczonej przestrzeni tej wielkości.

Miał bardziej szorstki głos niż McGregor, mniej wyrafinowany, bardziej intensywny. I nic dziwnego – głos McGregora był głosem dyplomaty. Dempsey był zmorą dyplomatów.

– Wiesz, Joe, akurat tego nie musisz mi mówić. Ale to niczego nie zmienia. Zrobimy, co w naszej mocy, dysponując tym, co mamy.

– To, co mamy, nie wystarczy.

Obcesowa odpowiedź Dempseya nie oznaczała niesubordynacji. Wprawdzie McGregor był jego przełożonym, ale też przyjacielem. Darzyli się wzajemnym szacunkiem i zaufaniem, co niwelowało różnicę rangi.

– Chodzi nie tylko o liczby – dodał. – Mamy tam siedem różnych agencji. Wszystkie pracują niezależnie od siebie. Bóg jeden wie, dlaczego potrzebujemy aż tylu. Gdybyśmy ograniczyli się do jednej, operacja byłaby skoordynowana jak trzeba.

– Amerykanie nigdy nie przekazaliby nam ochrony prezydenta Knowlesa. Zostało to ustalone jeszcze przed groźbami pod adresem Thompsona.

McGregor nie mówił niczego nowego.

– I nie pozwalamy, żeby robili to sami – ciągnął. – Nie możemy ryzykować, że któremuś z najważniejszych VIP-ów, prezydentowi albo byłemu prezydentowi, stanie się jakaś krzywda na brytyjskiej ziemi. Co oznaczało zbyt wiele kucharek w jednej kuchni, jeszcze zanim nasze agencje zaczęły się między sobą przepychać, bo każda chciała tu być. Biorąc to wszystko pod uwagę, bałagan mógł być znacznie większy.

Dempsey odchylił się na krześle. Irytował się, ilekroć McGregor miał rację. A zwykle miał. Ale samo wyjaśnienie, dlaczego jest tak, a nie inaczej, wcale nie ułatwiało pogodzenia się z faktami. Wydarzenie tej miary, z udziałem byłego i obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych? Byłoby koszmarem pod względem zabezpieczenia nawet wtedy, gdyby nie mieli na głowie brytyjskich polityków – a ci stawią się tłumnie, chętni wykorzystać okazję do autoreklamy.

Jeśli jakiś terrorysta postanowi dzisiaj zaatakować, pomyślał Dempsey, trzeba będzie cudu, żeby go powstrzymać.

Myśl ulotniła się bez śladu, gdy usłyszał głos w słuchawce.

– Prezydent opuścił Pokój Muzyczny. Bambus rusza za dziewięć minut. Na mój znak. Trzy, dwa, jeden, znak.

Amerykańska Secret Service ochraniała amerykańskich prezydentów, również byłych, od ponad stulecia. W tym czasie jej agenci doprowadzili swoje metody do perfekcji. Wystarczyły cztery krótkie zdania, żeby postawić wszystkich w stan gotowości.

Rozpoczęło się odliczanie.

Dempsey zsynchronizował zegarek, gdy usłyszał w słuchawce słowo „znak”. McGregor zrobił to samo. Obaj uczestniczyli w większej liczbie akcji niż przeciętny pluton piechoty. Kierowali tajnymi misjami we wszystkich zakątkach świata. W porównaniu z tamtymi operacjami dzisiejsze zadanie przypominało spacer po parku. Mimo to Dempseya nękały złe przeczucia.

Wstał. Po wojskowemu prosty jak trzcina, w pełni wykorzystywał swoje sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Wzrost w połączeniu z potężną budową, widoczną nawet wtedy, gdy Dempsey miał na sobie garnitur, nadawał mu onieśmielający wygląd. Wizerunku dopełniały ciemne, przenikliwe oczy, osadzone głęboko w twarzy, która nosiła ślady niebezpiecznego życia. Nie wyglądał odpychająco, do tego było mu daleko, ale gdy tylko chciał, potrafił budzić lęk.

Te ciemne oczy spojrzały teraz na McGregora. Słowa nie były potrzebne. Zatroskana twarz dyrektora mówiła sama za siebie.

Może jednak Dempsey nie był jedyną osobą, która żywiła poważne obawy.

TRZY

– PREZYDENT OPUŚCIŁ POKÓJ MUZYCZNY. Bambus rusza za dziewięć minut. Na mój znak. Trzy, dwa, jeden, znak.

Joshua nie mógł określić amerykańskiego akcentu, który brzmiał w jego uchu. Wschodnie Wybrzeże, ale gdzie dokładnie? Drobne niepowodzenie zirytowało go bardziej, niż powinno. Miliony ludzi na świecie podzielały jego obsesję na punkcie szczegółów, kontroli i procedur. Dla większości była ona wyniszczająca. Zaburzenia obsesyjno-kompulsywne mogą zrujnować życie. Dla Joshui było to coś innego. W jego fachu umiejętność dostrzegania detali mogła oznaczać różnicę między życiem i śmiercią. W tym świecie nerwica natręctw pomogła stworzyć zabójcę doskonałego.

Spojrzał na zegarek, gdy usłyszał słowo „znak”. Czuł wyładowania synaps, spowodowane przez kolejny skok uzależniającej adrenaliny. Informacja z sekcji zajmującej się bezpośrednią ochroną głowy państwa sprawiła, że natychmiast się skoncentrował. Dokładnie za dziewięć minut kolumna prezydencka opuści teren pałacu Buckingham. Następnie ruszy The Mall i zjawi się na Trafalgar Square za niespełna pół godziny. Jak zawsze Secret Service funkcjonowała niczym szwajcarski zegarek.

Podobnie jak Joshua. Skutki działania adrenaliny różnią się w zależności od osoby. U większości sprowadzają się do dokonania wyboru: walcz albo uciekaj. U innych – mniej licznych – powodują paraliżujący strach. U jeszcze mniej licznych prowadzą do zimnej jasności myśli. Czas zdaje się zwalniać. Każde działanie jest starannie przemyślane. Skalkulowane. Zabójcze. Wielu ludzi nazwałoby to socjopatią – albo i gorzej. Joshua nazywał to profesjonalizmem.

Właśnie ten profesjonalizm przejął teraz nad nim kontrolę. Płynnym ruchem lunety Joshua omiótł szczyty dachów. Zrobił to po raz siódmy i ostatni. Ta liczba od dawna zapewniała mu komfort psychiczny. Siedem razy zlustrował otoczenie. Siedem razy potwierdził, że cały zespół snajperów jest na miejscu, że wszyscy są tam, gdzie powinni. Razem pod różnymi kątami osłaniali Trafalgar Square. Ale obecność tamtych dziewiętnastu nie miała znaczenia. Dziś będzie się liczyć tylko jeden snajper.

On.

Był to kolejny szczegół idealnie zaplanowany przez jego zleceniodawcę. W tym czasie Joshua niczego innego nie oczekiwał. Zebrany naprędce dwudziestoosobowy zespół snajperów był wynikiem politycznego przeciągania liny. Jedna połowa pochodziła z Secret Service, z jednostki do walki ze snajperami, a drugą stanowił kontyngent brytyjski. Pięć osób z Dowództwa Ochrony. Pięć z Dowództwa Operacji Antyterrorystycznych. Przynajmniej taki był plan.

O jedenastej Joshua zastąpił agenta z Operacji Antyterrorystycznych. Powstrzymał się od pytania, jak umożliwiono taką podmianę. Jasne, chciał wiedzieć. I może pewnego dnia się dowie. Ale na dzisiaj musiało mu wystarczyć to, że stał się częścią tego samego zespołu, który miał za zadanie go powstrzymać. W ciągu wielu lat kariery wykorzystywał rozmaite sposoby, żeby znaleźć się blisko swoich celów. Żadna z tamtych sytuacji nie ociekała ironią tak jak ta.

Skierował lunetę na plac. Minęło trzydzieści minut, odkąd po raz pierwszy spojrzał w dół. W tym czasie liczba osób w obrębie barierek, które odgradzały zaproszonych gości od zwyczajnych widzów, zdążyła się potroić. Wszystkie miejsca zostały zajęte. Dwa tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci cierpliwie prażyło się w nietypowym jak na październik słońcu.

Jeśli chodziło o niego, równie dobrze mogło tam być dziesięć tysięcy ludzi. Albo jedynie dziesięcioro. Interesowała go tylko jedna osoba.

Niewysoki, żylasty mężczyzna w podniszczonym tweedowym garniturze siedział przy samym przejściu dwadzieścia trzy rzędy od sceny, dokładnie tam, gdzie zapowiedział zleceniodawca. Kolumna prezydencka przybędzie dopiero za dziesięć minut, ale jego cel już znajdował się na miejscu. Od tej chwili Joshua nie spuści z niego oka.

CZTERY

– NA PEWNO MASZ DOBRY WIDOK?

Sara Truman zadała to pytanie chyba po raz dziesiąty w ciągu dziesięciu minut.

– Tak dobry, jak każdy w obrębie barierek – odparł Jack Maguire. – Chcesz mieć lepszy, musisz wejść wyżej. Czyli wyjść na zewnątrz.

Ruchem głowy wskazał okoliczne dachy, a Sara ogarnęła je spojrzeniem. Przez chwilę rozważała dostępne możliwości. Na wieży pobliskiego kościoła był widoczny snajper. To przypominało, że wszystkie wysokie budynki są niedostępne.

Popatrzyła na Maguire’a.

– Jesteśmy trochę z boku. Czy ujęcie nie byłoby lepsze, gdybyśmy zajęli miejsce na wprost sceny?

– Z pewnością. Z widokiem na tyły głów – odparł Maguire z uśmiechem.

Potrafił zrozumieć obawy Sary. Dla niej ten dzień miał o wiele większe znaczenie niż dla niego. Pierwsze ważne zadanie, jakie dostała w CNN. Martwiłby się, gdyby nie była zdenerwowana.

– Gotowa na próbę? – zapytał, ustawiając ostrość.

– Jak nigdy.

Poznał, że jej szeroki uśmiech jest wymuszony. Że maskuje niepokój. Pewnie ściska ją w dołku, pomyślał. Ale da sobie radę.

Sara szybko dowiodła, że miał rację. Ściągnęła frotkę ze schludnego końskiego ogona, uwalniając gąszcz długich brązowych włosów, i przegarnęła je palcami. Robiła to przed każdym ujęciem. Był to przesądny zwyczaj, niemal równie bezsensowny jak królicza łapka czy czterolistna koniczyna, ale ułatwiał jej przemianę z osoby „spoza kamery” w tę „na pierwszym planie”.

Ustawiła się przed kamerą.

– Zaczynajmy.

Maguire uśmiechnął się szerzej. Od lat pracował z reporterami telewizyjnymi i aktorami. Przywykł do ich narcyzmu i stracił rachubę, ile ujęć zmarnował, gdy „gwiazda” domagała się poprawienia makijażu. Ale ostatnie dwa lata wyglądały inaczej. Nie dlatego, że na Sarze nie warto było zawiesić oka. Wysoka, szczupła Amerykanka na swój sposób była atrakcyjna jak każda inna kobieta, której kiedykolwiek partnerował. Nie zaliczała się do klasycznych piękności, to pewne, ale może właśnie to działało na jej korzyść. I w przeciwieństwie do innych nie miała w sobie nawet odrobiny próżności, przynajmniej jego zdaniem.

Po zakończeniu rytuału Sara się ożywiła, ukrywając tremę za naturalnym uśmiechem i w głębi błyszczących zielonych oczu. Maguire promieniał z dumy.

– Z czego się tak cieszysz? – zapytała.

– Z niczego. Dalej, zaczynamy.

Maguire ostatni raz poprawił ostrość, po czym pokazał Sarze uniesione kciuki. Sygnał, żeby zacząć.

– Jesteśmy na londyńskim Trafalgar Square, gdzie niebawem przybędą wielcy tego świata, żeby upamiętnić poświęcenie tysięcy Brytyjczyków i Brytyjek, którzy uczestniczyli w ponaddziesięcioletnich działaniach wojennych w Afganistanie i Iraku. W czasie gdy siły zbrojne Wielkiej Brytanii i jej sprzymierzeńcy przygotowują się do zrewidowania swoich priorytetów i sposobu ich realizacji, zebraliśmy się tu dzisiaj po to, by podziękować tym, którzy już wrócili do domu. I tym, którzy złożyli największą ofiarę w obronie naszego stylu życia. Optyka wojny z terroryzmem na Bliskim Wschodzie ulega obecnie zmianie, może więc nadeszła pora na podsumowanie tego, co zostało osiągnięte w ciągu lat brutalnego konfliktu. I na oddanie hołdu tym dzielnym żołnierzom, którzy przez długi czas toczyli bohaterską walkę. Teraz, czekając na…

Słowa Sary ucichły, zagłuszone przez okrzyki dobiegające z południowo-wschodniego krańca Trafalgar Square. To mogło oznaczać tylko jedno. Przybyła kolumna prezydencka.

PIĘĆ

– BAMBUS ZBLIŻA SIĘ DO ŁUKU. Dyliżans na godzinie trzeciej, Niezależny, Najemnik, Samba i Sokół na pokładzie. Na godzinie czwartej Fotka i Foka w Pomocniku, z Winoroślą i Wojownikiem.

Dempsey spojrzał na zegarek. Minęło dwanaście minut od komunikatu, który odebrał w biurze McGregora. Tamta wiadomość wyznaczyła początek odliczania. Na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem, niemal co do sekundy. Dempsey z podziwem pokręcił głową.

Ci Amerykanie są cholernie dobrzy.

Nie mógł jednak pozwolić, żeby sprawność Secret Service uśpiła jego czujność albo wprawiła go w samozadowolenie. Na razie był pod wrażeniem, ale wiedział, że musi się mieć na baczności. Jeśli straci koncentrację, ktoś może zapłacić życiem. Znał to z własnego gorzkiego doświadczenia.

Spojrzał w kierunku swoich dziewięciu agentów. Tworzyli zespół Wydziału Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Starannie wybrani mężczyźni i kobiety z wybitnymi osiągnięciami. Żołnierze. Policjanci. Członkowie wywiadu. Byli najlepszymi z najlepszych. Dość wyjątkowi, żeby przyciągnąć uwagę Calluma McGregora. Dość twardzi, żeby przejść selekcję WBW. Dempsey nie szafował zaufaniem, ale każdy członek tego zespołu w pełni sobie na nie zasłużył.

Dziewięciu agentów znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno. Samotne postacie zajmowały stanowiska na końcu każdego przejścia, na ziemi niczyjej między tłumem i sceną. Każdy miał elegancki, czarny dwuczęściowy garnitur albo kostium, nieskazitelnie białą koszulę i wąski czarny krawat. Obrazu dopełniały obowiązkowe czarne okulary przeciwsłoneczne. Każdy z nich mógłby uchodzić za statystę z hollywoodzkiego filmu. Tylko wyraźne wybrzuszenie między lewą stroną piersi i pachą marynarki mówiło co innego. Ci tutaj byli prawdziwi.

Nie żeby Dempsey w to wątpił. Był głęboko przekonany, że każdy z nich wypełni swój obowiązek. Będą działać zgodnie ze szkoleniem, które przeszli w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Dziś na placu było dziesięć przejść, jedyne trasy w morzu krzeseł, które zapełniały całkowicie otwartą zwykle przestrzeń. Agenci pilnowali dziewięciu z nich. Dziesiąte – jeszcze nieobsadzone – było inne. Tamtędy wejdą VIP-y; to będzie ich trasa na scenę. Jeśli coś ma się zdarzyć, to najprawdopodobniej tam. I dlatego było to przejście Dempseya.

Zadanie wymagało od niego więcej, niż oczekiwał od swoich agentów. Ich obowiązki były proste. Stać w miejscu. Bez ruchu, ale czujnie. Mieć oczy dookoła głowy. Jego rola była bardziej skomplikowana. Potem będzie robić to co oni, ale najpierw musi przeprowadzić VIP-ów od wejścia do sceny.

Wydawało się to łatwe. Zawsze tak to brzmi.

Dempsey słyszał w słuchawce informacje dotyczące lokalizacji kawalkady prezydenckiej. Był to amerykański styl myślenia: „Wywiad jest wszystkim”. Jeśli znasz każdy szczegół, każdy ruch, nic nie może pójść źle. Sam był innego zdania. Nic nigdy nie jest takie proste.

Podszedł do strzeżonego wejścia na północno-zachodnim krańcu czworoboku dla gości i zajął pozycję. Stąd miał ograniczony widok z powodu barierek otaczających wydzieloną część placu. Ogrodzenie stanowiło konieczny środek bezpieczeństwa. Ale w polityce nawet konieczność czasami jest ukryta. Dwa tysiące gości zasiadało w odizolowanej przestrzeni. Miliony innych nie miały takiego szczęścia. Zadanie barykady polegało na zatrzymaniu ich na zewnątrz. Ale każdy jeden z tych zwykłych zjadaczy chleba był zarejestrowanym wyborcą, co wymagało zachowania niezbędnych pozorów. Na barierkach rozpięto setki metrów niebieskich aksamitnych zasłon. Z powodu wykładziny, sceny na północnym krańcu i dwóch tysięcy stojących naprzeciwko niej krzeseł Trafalgar Square przywodził na myśl kolosalną salę konferencyjną. Te zabiegi miały na celu zwieść szarych obywateli. Ukryć fakt, że tylko wybrańcom wolno przebywać wewnątrz.

Iluzja spełniała swoją funkcję. Świadczył o tym wszechobecny hałas. Przez bramkę do wykrywania metalu, która stanowiła miejsce dostępu z zewnątrz do środka czworoboku, Dempsey dostrzegł nadciągającą kolumnę prezydencką. Jak na ironię, było to coś, czego nie musiał widzieć. Przyjazd zapowiedziały ogłuszające okrzyki wyrażające niekłamany entuzjazm. Dempsey wiedział, że owacje są przeznaczone tylko dla dwóch polityków. Już same dźwięki upewniły go, że obaj właśnie przybyli.

Skierował spojrzenie w drugą stronę, ku scenie obramowanej łukiem. Widok był ograniczony, ale wystarczający. Wydawało się niemożliwe, by okrzyki tłumu mogły stać się jeszcze głośniejsze. Ale do tego właśnie doszło, w chwili gdy Dempsey zobaczył, że kolumna samochodów – opatrzona przez Secret Service kryptonimem Bambus – podpełza do strzeżonego wejścia.

Bambus pokonał niewielką odległość z pałacu Buckingham w tempie nieśpiesznego biegu. Ośmiu agentów z ochrony prezydenckiej biegło przy każdym aucie. Żaden z nich się nie spocił. Stanowili przykład nadzwyczajnego przygotowania fizycznego. Samo to powinno sprawić, by Dempsey poczuł się bezpiecznie. Powinno, ale nie sprawiło.

Głos w uchu poinformował go, że prezydencka limuzyna – kryptonim Dyliżans – jest trzecim pojazdem w kawalkadzie. Dempsey już to wiedział. Patrzył, jak samochód zatrzymuje się przed wejściem. Po chwili pasażerowie zaczęli wysiadać.

Wyraźny ciężar tylnych drzwi sugerował rozmiar modyfikacji wprowadzonych w limuzynie 2009 Cadillac. Dempsey po raz pierwszy widział ten legendarny pojazd z bliska. Na pierwszy rzut oka nic w nim nie wydawało się przesadnie niezwykłe. Gdyby nie był lepiej poinformowany, nie mógłby zrozumieć, dlaczego potocznie mówiono na niego Bestia. Pojazd ważył więcej niż przeciętna śmieciarka i miał wysokiej klasy dwunastocentymetrowy pancerz, który mógł wytrzymać bezpośrednie trafienie z ręcznego wyrzutnika granatów. Odporne na przebicie opony pozwalały na osiągnięcie maksymalnej prędkości niezależnie od kondycji kół. Wnętrze chroniły pancerne szyby, tak grube, że naturalne światło z trudem się tam wsączało. Był to niemal bunkier atomowy na kołach. Siedzący w środku prezydent był całkowicie bezpieczny. Gdyby tylko ten sam poziom bezpieczeństwa mógł mu zagwarantować Trafalgar Square.

Grupa agentów Secret Service szczelnie otoczyła Dyliżans, zanim koła przestały się obracać. Dempsey znowu miał zasłonięty widok, chociaż teraz też w zasadzie nie musiał nic widzieć – ryk tłumu upewnił go, że prezydent Stanów Zjednoczonych, John Knowles, i pierwsza dama, Veronica – kryptonimy Niezależny i Najemnik – wysiedli z limuzyny. Dempsey wiedział, że towarzyszy im premier Wielkiej Brytanii William Davies z małżonką, Elizabeth. Samba i Sokół według określeń Secret Service.

Wszyscy czworo byli teraz w rękach najlepszych ludzi z sekcji ochrony prezydenckiej. Mieli w nich pozostać, dopóki nie przestąpią progu wydzielonego kwadratu. Dopiero wtedy obowiązek ochrony spadnie na Dempseya.

Nie stało się to od razu. Mijały minuty, gdy Knowles przyjmował owacje, a Davies – przywódca znacznie mniej popularny – pławił się w blasku jego sławy. Dempsey mógł tylko czekać i patrzeć, jak Secret Service wykonuje swoją robotę.

Obserwowanie Amerykanów w akcji było lekcją poglądową na temat tego, jak to się powinno robić. W przeciwieństwie do zatrudnianych przez celebrytów przerośniętych goryli, którzy nie spuszczają oka z gwiazdy wypłacającej im pensję, agenci prezydenta Knowlesa zachowywali się o wiele dyskretniej. Może nie spektakularnie, ale na pewno sprawnie. Patrzyli tam, gdzie powinni. Bezustannie omiatali wzrokiem tłum, nie zatrzymując oczu na Knowlesie. Ich zadanie polegało na wypatrywaniu zagrożenia. Wyłączając samobójstwo, było mało prawdopodobne, że jego źródłem będzie sam prezydent.

Mijały minuty i nic nie wskazywało na to, że okrzyki ucichną. Ten stan rzeczy niepokoił Dempseya. Bardzo niepokoił. Przebywając poza wydzieloną przestrzenią, VIP-y nie podlegały jego ochronie. To oznaczało, że – na razie – nic nie może dla nich zrobić. Dla człowieka, który opierał swoje życie na poczuciu samodzielności i całkowitej kontroli, podobna niemoc była najzwyczajniej nie do zniesienia. A tego dnia wszystko odbiegało daleko od zwyczajności. Dempsey czuł pulsowanie długiej na piętnaście centymetrów blizny na lewym policzku. Wyraźny znak, że skoczyło mu ciśnienie.

Jego czas nadszedł bez ostrzeżenia. Podczas gdy tłum wiwatował, prezydent Knowles w końcu obrócił się na pięcie i wmaszerował na plac. Dempsey cofnął się o krok. Wyprężony jak struna, zasalutował elegancko. Knowles – były żołnierz piechoty morskiej, a obecnie głównodowodzący sił zbrojnych swojego kraju – odwzajemnił pozdrowienie. William Davies – niepopularny premier Wielkiej Brytanii – tego nie zrobił.

Dempsey odwrócił się, żeby ruszyć w kierunku sceny. Wcześniej zamarł, gdy nagle stanął twarzą w twarz z Knowlesem. Prezydent Stanów Zjednoczonych był człowiekiem, który wzbudzał w nim wielki podziw, ale Dempsey nie spodziewał się, jaki efekt wywrze na nim to spotkanie. Okazało się, że naprawdę wielki – mimo to jego dekoncentracja trwała nie dłużej niż parę sekund. Oderwał wzrok od najsławniejszej twarzy na świecie. Miał robotę do wykonania, na czele prezydenckiej świty.

Odległość do sceny wynosiła nie więcej niż sto metrów. Przebycie tego dystansu zajęło całe trzy minuty. Ludzie wstawali. Napierali. Wyciągali ręce. Wiwatowali. Łącznie dwa tysiące osób. Dempsey robił wszystko, co mógł, żeby trzymać ich na dystans, gdy grupa VIP-ów zmierzała ku scenie. Eskorta otaczająca Knowlesa pomagała. Sam prezydent nie chciał współpracować. Zdawało się, że wymienia uściski dłoni ze wszystkimi mijanymi osobami. To sprawiało, że każdy krok był wysiłkiem, a każdy metr osiągnięciem. Męka zakończyła się dopiero wtedy, gdy dotarli do schodów prowadzących na podwyższenie. Wówczas Dempsey mógł się wreszcie odsunąć.

Patrzył, jak dygnitarze wchodzą po ośmiu stopniach na scenę – każdego witały entuzjastyczne okrzyki tłumu. Żaden nie brał pod uwagę niebezpieczeństwa, które mogło gdzieś na niego czyhać. Nawet były prezydent Howard Thompson, który, jak Dempsey wiedział, z pewnością miał w pamięci konkretne groźby wysłane pod jego adresem.

Ale przecież politycy nigdy nie martwią się o takie rzeczy. Troska o ich bezpieczeństwo należała do kogoś innego. Do niego.

Dempsey zajął miejsce na początku swojego przejścia. Pierwsze zadanie zostało wzorowo wykonane. Powinien czuć się lepiej. Powinien zyskać pewność siebie. Z jakiegoś powodu jednak niepokój narastał. Coś było nie w porządku. Coś, czego nie potrafił wskazać palcem.

SZEŚĆ

JOSHUA MIAŁ PRZED SOBĄ ZEGAREK, na linii wzroku, tuż obok lufy karabinu. Leżał tarczą do góry, łatwy do odczytania. Było to wygodne, chociaż niekonieczne. Od chwili pierwszej informacji Secret Service Joshua odliczał w głowie sekundy. Kolejny objaw jego obsesyjnej natury. Minęło tysiąc siedemset czterdzieści sekund.

Kosztowny rolex submariner zgadzał się z jego obliczeniami. Dwadzieścia dziewięć minut.

Joshua dobrze wykorzystał ten czas. Całkowicie nieświadomie odprawił wszystkie głęboko zakorzenione rytuały, które poprzedzały oddanie strzału. Może okoliczności zlecenia były dziwne, ale podstawy nigdy się nie zmieniały. Załaduj magazynek, wprowadź nabój do komory. Ustaw lunetę. Zidentyfikuj przeszkody. Sprawdź siedem razy, żeby zaspokoić kompulsje. Za każdym razem z idealną precyzją.

Znał nazwisko celu. Znał jego twarz. I wiedział, gdzie znajduje się Eamon McGale. Miał go na celowniku od chwili, gdy mężczyzna zajął swoje miejsce. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, McGale nie wyjdzie stąd żywy.

Łatwo powiedzieć, czasami trudniej zrobić. Ale nie dla Joshui. Odkąd sięgał pamięcią, żył w świecie przemocy. Bez wątpienia nie brakowało innych, którzy mogliby wykonać zlecone mu zadanie. Ale żeby zrobić to dobrze, potrzebny był ktoś wyjątkowy. Ktoś, kto w jednym zabójczym pakiecie łączył sprawność fizyczną, zimną obsesję, profesjonalne wyszkolenie i absolutny brak wyrzutów sumienia. Joshua posiadał wszystkie te cechy, co sprawiało, że podstarzały, nieco zaniedbany mężczyzna, którego widział w krzyżu celowniczym, nie miał najmniejszych szans.

McGale od początku wydawał się tutaj nie na miejscu. Nie chodziło o wygląd. Owszem, miał stare ubranie i sprawiał wrażenie, jakby potrzebował porządnego posiłku, ale poza tym w jego powierzchowności nie było nic szczególnie niezwykłego. Nie. Tym, na co zwrócił uwagę Joshua, były emocje. Albo, ściślej rzecz ujmując, ich brak.

Nawet z odległości stu metrów i na wysokości sześćdziesięciu Joshua poczuł efekt przybycia prezydenta Knowlesa. Nigdy dotąd nie widział takiej fali entuzjazmu. Jednak McGale siedział jak przyspawany do krzesła. Oaza spokoju w burzy histerii.

McGale nie zareagował również na to, co nastąpiło później. William Davies przemawiał zza grubej na pięć centymetrów tafli szkła, będącej połączeniem telepromptera i ekranu kuloodpornego. Był niskim, nieatrakcyjnym i niepopularnym człowiekiem. Nienawykłym do entuzjastycznego aplauzu. Ale dzisiaj, przy dwóch tysiącach starannie wybranych widzów porwanych przez euforię chwili, nawet on otrzymał owacje.

Zaczął przemówienie od krótkich podziękowań skierowanych do brytyjskich sił zbrojnych. Słuchacze ryknęli, wyrażając aprobatę. Wszyscy z wyjątkiem McGale’a. Ten zachował stoicki spokój. Tylko krople potu ściekające po szyi i czole były dowodem na to, że pod tweedem skrywa się życie.

Ale to się zmieniło, gdy stanowisko na mównicy zajął prezydent Knowles. Wtedy McGale zareagował. Zaczął się wiercić. Macać spodnią stronę krzesła. Ktoś pozbawiony doświadczenia mógłby uznać, że po prostu coś go swędzi. Dla Joshui jego zachowanie było jak strzał z pistoletu startowego. Umiał na pierwszy rzut oka rozpoznać zdenerwowanie. I wiedział, co zaraz nastąpi.

SIEDEM

SARA TRUMAN NOTOWAŁA KAŻDE słowo prezydenta. Mieszkała w Londynie od dwóch lat. W tym czasie brytyjskiego premiera widywała częściej niż przywódcę swojego narodu. Porównanie tych dwóch było nieuchronne i zdecydowanie nie wypadało na korzyść Brytyjczyka. W przeciwieństwie do Williama Daviesa, przywódca wolnego świata prezentował się nadzwyczaj imponująco.

Z pewnością robił wrażenie na Sarze. Wygląda na to, że ma wszystko co trzeba, pomyślała. Wysoki, wysportowany i przystojny. Hollywoodzki prezydent. Z tego powodu czasami go nie doceniano, co było błędem, jakiego nikt nigdy nie powtórzył dwa razy. Intelekt Knowlesa prześcigał jego prezencję, czyniąc go godnym przeciwnikiem każdego politycznego rywala.

Sara spojrzała na Maguire’a. Była pewna, że kamerzysta przygotował właściwe ujęcie i dobrze ulokowała swoje zaufanie. Maguire znalazł idealny widok na scenę, bez żadnych przeszkód. Inne ekipy miały mniej szczęścia, a może po prostu nie były równie dobre. Tak czy inaczej, najlepszy dzisiejszy materiał będzie pochodzić z obiektywu jej partnera.

Nie miała co do tego wątpliwości. Uważała się za szczęściarę, że na wczesnym etapie kariery pracowała w tandemie z tak uznanym talentem. Była szczerze wdzięczna Jackowi za pomoc. Przyjaźnili się, więc nie musiała mu tego mówić. Skupiła uwagę na scenie. Na końcówce przemówienia Knowlesa. Jak zawsze, jego słowa i wyrażane przez nie myśli były nieskazitelne.

– …nie mają większego przyjaciela i bliższego sojusznika niż Wielka Brytania. To relacja, która zdała egzamin z historii i przeciwności losu, i z ogromną przyjemnością składam hołd mężczyznom i kobietom, którzy w tych ciężkich czasach stali ramię w ramię z moim narodem. Panie i panowie, jesteśmy tu dzisiaj, żeby podziękować wam i tym, którzy tragicznie nas opuścili, za niezwykły heroizm, niemający sobie równych od czasów pokolenia drugiej wojny światowej. Przedstawiam wam grupę ludzi, którą można określić jednym słowem. Przedstawiam wam bohaterów.

Tłum ryknął, słysząc ostatnie słowo. Knowles doskonale ocenił słuchaczy. Jak zawsze. Publika reagowała zgodnie z jego zamysłem. Okrzyki ogłuszały. Wręcz dezorientowały. Sara czuła zawroty głowy, gdy szybko spisywała w notesie treść przemówienia.

Hałas trwał przez długie minuty. Sara dokładała wszelkich starań, by skupiać się na notatkach. Osiągnęła cel dopiero wtedy, gdy natężenie dźwięku zaczęło spadać. Była to jednak tylko chwilowa ulga.

Moment później tłumem wstrząsnął świeży zastrzyk energii. Równie nagły jak pierwszy. Sara uniosła głowę i spojrzała na scenę, szukając przyczyny.

Prezydent Knowles usiadł, zwalniając miejsce przy mównicy. Sara patrzyła, jak były prezydent Stanów Zjednoczonych, Howard Thompson, dołącza do sir Neila Matthewsona, sekretarza stanu Irlandii Północnej i najpopularniejszego polityka w Wielkiej Brytanii, i jak obaj mężczyźni razem zmierzają na środek sceny.

Przeznaczone dla nich owacje były równie żywiołowe jak te na cześć Knowlesa. Od kadencji Thompsona w Białym Domu minęły prawie cztery lata, ale były prezydent nie stracił na popularności. Wciąż go uwielbiano, więc nic dziwnego, że został tak ciepło powitany. I nic dziwnego, że nikt nie zwrócił uwagi na brak reakcji u jednego człowieka w tym tłumie – dopóki nie było za późno.

OSIEM

OGŁUSZAJĄCE WIWATY PRZEKAZYWAŁY różne treści różnym ludziom. Dla Thompsona i Matthewsona były zasłużonymi podziękowaniami za lata służby publicznej. Dla Williama Daviesa stanowiły dowód, że wydarzenie jest sukcesem PR-owskim. Były czymś w rodzaju zabiegu kosmetycznego, służącego zamaskowaniu rys w jego rządach. Dempsey natomiast odbierał owacje jako potwierdzenie swoich najgorszych obaw. Nie zdoła kontrolować takiego wielkiego tłumu.

Oczy Dempseya poruszały się za okularami przeciwsłonecznymi. Bezustannie przesuwały się z boku na bok. Wypatrywały jakiejś sugestii, czegokolwiek. Ale czego? Pistoletu? Noża? Bomby? Jak zauważyć coś takiego w morzu ciał? Gnębił go niepokój, jednak nie potrafił go sprecyzować. W przeszłości miał do czynienia z gorszymi sytuacjami. Stracił rachubę, ile razy groziła mu śmierć. Lecz dzisiaj było jakoś inaczej.

Głos McGregora w słuchawce przyniósł mu pewną ulgę.

– Mamy opóźnienie. W tej chwili pierwszy żołnierz powinien być na scenie i odbierać odznaczenie. Motłoch sam się nakręca i prędko nie ucichnie.

– Musisz przekazać im wiadomość. Zmusić ich, żeby posadzili dupy! – wyszczekał Dempsey do mikrofonu na nadgarstku. Mówił z wyraźnym londyńskim akcentem, co dodatkowo świadczyło o jego zdenerwowaniu.

– Czy to rozkaz, majorze? – McGregor sprawiał wrażenie rozbawionego.

– Będzie, jeśli ty im to powiesz! Tłum musi usiąść, Callum.

– Zgadzam się.

Koniec rozmowy. Dempsey opuścił rękę, odsuwając mikrofon od ust. Wciąż wodził wzrokiem po tłumie.

Wiedział, że McGregor zrobi, co w jego mocy. Jeśli ktokolwiek mógł zmusić polityków do posłuszeństwa, to tylko dyrektor WBW. Ale ta świadomość nie uśmierzyła jego niepokoju. Nie tym razem. Dempsey przeżył tak długo dzięki temu, że zawsze ufał intuicji. Gdy daleko w tłumie dostrzegł niezwykły ruch i błysk metalu, instynkt powiedział mu jedno. Cokolwiek zdoła albo czego nie zdoła zrobić McGregor, było już za późno.

DZIEWIĘĆ

JOSHUA BYŁ GOTÓW. UPRZEDZIŁA go mowa ciała McGale’a. Nagłe zaciśnięcie zębów. Naprężenie starzejących się mięśni pod wyświechtanym ubraniem. Uspokajający, głęboki wdech. Wszystkie oznaki człowieka przygotowującego się do działania.

Obserwował go przez lunetę karabinu snajperskiego. Widział każdy szczegół. Jednak nawet on był zaskoczony prędkością reakcji McGale’a. Uważnie patrzył, jak starszy mężczyzna sięga pod siedzenie krzesła. Dłonie zniknęły na sekundę. Może dwie. Jakby napotkały opór. I równie nagle się wyłoniły. Prawa ściskała pistolet. Joshua nie rozpoznał marki i modelu, bo broń była zasłonięta przez taśmę, która przed chwilą mocowała ją do krzesła.

McGale wkroczył do akcji z szybkością człowieka o połowę młodszego i dwa razy bardziej wysportowanego. Joshua miał kłopot, żeby wyłowić go z wciąż ryczącego tłumu, ale akurat tym się nie przejmował. McGale miał tylko jeden cel i jedną drogę, żeby do niego dotrzeć. Zamiast go śledzić, Joshua skierował lunetę na koniec przejścia od strony sceny. McGale zjawi się tam za chwilę.

SARA OTWORZYŁA TRZECI NOTES tego dnia. Zapisywała wszystkie emocje i słowa, jakie przychodziły jej na myśl. Nie po raz pierwszy użyła określenia Beatlemania. Wiedziała dlaczego. Nigdy w życiu nie widziała takich tłumów. Porwani entuzjazmem ludzie przywodzili jej na myśl rozhisteryzowanych fanów Beatlesów w latach sześćdziesiątych.

Nie rozumiała takiej reakcji. Wiedziała, że Thompson i Matthewson są szanowani przez brytyjskie społeczeństwo. Razem doprowadzili do negocjacji, które – do czasu ostatnich zamachów terrorystycznych – skierowały kulejący proces pokojowy w Irlandii Północnej z powrotem na właściwą drogę. Ale samo to nie mogło wyjaśniać entuzjazmu tłumu. Jako Amerykanka mieszkająca w Londynie stwierdziła, że całe to widowisko jest trochę „niebrytyjske”.

Skierowała wzrok na notes, maksymalnie skupiona. Nie widziała niczego innego, koncentrowała się tylko na przelewaniu myśli na papier. Ogłuszający hałas nie ułatwiał jej zadania. Zamknęła oczy i spróbowała zablokować wszystko, co jej przeszkadzało. I dlatego nie zobaczyła, że obok niej przemyka mężczyzna w średnim wieku, zmierzając w kierunku sceny. Maguire jednak zwrócił na niego uwagę.

Kamerzysta po chwili wahania rzucił się w pościg. Choć spowalniała go kamera, bo starał się filmować McGale’a, na takim krótkim dystansie nie miało to znaczenia. Cokolwiek się wydarzy, on to nagra. Kilka kroków za nim biegła Sara, którą zdekoncentrowało zachowanie partnera.

JOSHUA OBSERWOWAŁ MCGALE’A GOŁYM okiem. Luneta była idealnie skalibrowana. Wszystko było na swoim miejscu. Przez chwilę się zastanawiał, czy mężczyzna naprawdę zdoła dotrzeć do sceny, zanim ktoś go zauważy.

Odpowiedź pojawiła się błyskawicznie. Joshua poczuł ukłucie zawodu, gdy McGale dotarł do końca przejścia i wpadł prosto na muszkę przygotowanej agentki. Kobieta celowała w jego serce. Wystarczy ruch palca, a McGale nie zrobi już ani kroku.

Na to czekał Joshua. Właśnie tego kazano mu się spodziewać. Nie wahał się. Pociągnął za spust i bez cienia satysfakcji zobaczył, jak jego pocisk przebija czoło agentki. Siła uderzenia rzuciła ją na ziemię, usuwając jedyną przeszkodę na drodze McGale’a. Co nie znaczy, że ten cokolwiek zauważył. Chyba nawet nie był świadom, że otarł się o śmierć.

W trzech krokach dopadł do sceny. Zbyt szybko, by ktoś zdążył zareagować.

Oddał sześć strzałów. Opróżnił magazynek broni, którą wyciągnął spod siedzenia. Wszystkie pociski trafiły z bliska w Matthewsona i Thompsona. Dla Joshui oznaczało to zakończenie pierwszego etapu operacji. Otrzymał jasne instrukcje. Faza pierwsza: dopilnować, żeby McGale dotarł do sceny i wystrzelał cały magazynek. Joshua miał mu pomóc, usuwając wszelkie przeszkody na jego drodze. Dopiero wtedy celem miał się stać sam McGale. Nadszedł czas na fazę drugą.

Joshua wycelował z karabinu między oczy McGale’a i przygotował się, by lekko nacisnąć spust i oddać celny strzał. Działał szybko – według zwykłych standardów. Ale nie dość szybko.

SARA I MAGUIRE ŚCIGALI McGale’a bez zastanowienia. Żadne z nich nie zważało na własne bezpieczeństwo, dopóki nie zabrzmiał strzał Joshui. To ich otrzeźwiło – stanęli jak wryci i z przerażeniem patrzyli, jak wybucha głowa młodej agentki.

Maguire miał dwadzieścia pięć lat doświadczenia w swoim fachu. Zabitych ludzi widział więcej razy, niż chciałby pamiętać. W wolnym czasie mógł się zastanawiać, jakie szkody wyrządziło to jego psychice, ale teraz czuł tylko wdzięczność. Dawne przeżycia go zahartowały i powstrzymały odruch wymiotny. Sara zamarła na widok upadającej agentki, on jednak przystanął tylko na chwilę. Ruszył, przesuwając obiektyw na tragedię rozgrywającą się na scenie. Idealnie nakierowana kamera zarejestrowała każdą kulę wbijającą się w Matthewsona i Thompsona.

Maguire całą uwagę – podobnie jak obiektyw – skupiał na podwyższeniu. Z tego powodu nie dostrzegł agenta WBW, który przemknął obok niego i powalił zamachowca na ziemię.

SARA TEŻ NIE WIDZIAŁA ZBLIŻAJĄCEGO się Dempseya. Wpatrywała się w martwą agentkę, próbując otrząsnąć się z szoku. Wiedziała, że Maguire już zetknął się z tego rodzaju przemocą, ale dla niej było to coś niewyobrażalnego. Wychowała się w zamożnej bostońskiej rodzinie. Śmierć, nawet z przyczyn naturalnych, nie odgrywała dotąd żadnej roli w jej życiu. I właśnie dlatego nie miała pojęcia, jak poradzić sobie z tym, co działo się na jej oczach. Na szczęście Dempsey w dramatyczny sposób przyciągnął jej uwagę.

Agent biegł jak sprinter na mistrzostwach świata. Sara dostrzegła go w ostatniej chwili i musiała rzucić się w bok, gdy przeskakiwał nad ciałem martwej agentki. Nie spuszczała go z oczu, gdy ją minął, i nie posiadała się ze zdumienia, kiedy jednym płynnym ruchem powalił, rozbroił i obezwładnił zamachowca.

UPŁYNĘŁY SEKUNDY, ZANIM JOSHUA przypomniał sobie o oddychaniu.

Wciąż miał McGale’a w krzyżu celowniczym, ale równie dobrze mężczyzna mógłby się znajdować za szkłem pancernym. Joshua nie mógł strzelić, nie teraz, po tym, jak cel został unieruchomiony. Gdyby to zrobił, spaliłby swoją przykrywkę.

McGale został unieszkodliwiony w nadzwyczajnym tempie. To było niespodziewane. Zaskoczenie sprawiło, że Joshua się zawahał. Tylko na ułamek sekundy. Ale nawet ułamki sekund mogą zmieniać czyjeś życie.

Zawiódł po raz pierwszy w całej swojej karierze. Gdy dym się rozwiał i zespoły sanitariuszy walczyły o życie mężczyzn krwawiących na scenie, mógł się tylko zastanawiać nad konsekwencjami porażki.

DZIESIĘĆ

DANIELOWI LAWRENCE’OWI ŁOMOTAŁO SERCE, gdy Michael Devlin brał w krzyżowy ogień pytań Richarda Dove’a, ostatniego i najpoważniejszego świadka oskarżenia w sprawie przeciwko ich klientowi.

Nathan Campbell – klient Daniela i Michaela – został oskarżony o oszustwo finansowe, które o miliardy zmniejszyło wartość rynkową banku inwestycyjnego Costins Group, gdzie pracował jako broker giełdowy obracający instrumentami pochodnymi.

Richard Dove był jego bezpośrednim zwierzchnikiem. Człowiekiem, którego – według oskarżenia – Campbell bezpośrednio oszukał, popełniając przestępstwa.

Dove miał okazję do rewanżu. Do powiedzenia światu o winie Campbella. Do publicznego oczyszczenia swojego imienia, na które padł cień oszustw jego podwładnego.

Na razie z powodzeniem realizował wszystkie swoje cele.

Daniel miał zanotowane wszystkie pytania, które Michael zadał w ciągu ostatnich trzydziestu minut. Wiedział, że przyjaciel nie szczędzi starań. Był charyzmatycznym adwokatem i zawsze tak postępował.

Ich jedyną szansą na sukces – jedyną szansą na to, żeby Nathan Campbell wyszedł z sądu jako wolny człowiek – było podważenie zeznań Dove’a. Musieli wyszukać i zdemaskować jego kłamstwa. Ujawnić jakiekolwiek uprzedzenia do oskarżonego.

Ale Daniel nie był naiwny. Siedział w tym fachu wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak społeczeństwo reaguje na bankierów, którzy ryzykują, gdy w grę wchodzą cudze pieniądze. Obaj z Michaelem rozumieli, że według powszechnego mniemania to ludzie tacy jak Nathan Campbell powodują recesję, która uderza w każdego obywatela. Daniel zdawał sobie sprawę, że chcąc doprowadzić do uniewinnienia Campbella, adwokat musi najpierw pokonać tę naturalną niechęć.

Nic dziwnego, że przysięgli już nie znosili człowieka siedzącego na ławie oskarżonych. Słyszeli mowę wstępną oskarżycielki. Była to druzgocząca opowieść o aroganckim człowieku, który bawił się setkami milionów funtów, jakby były to pieniądze do gry w monopol. Który wykorzystywał fundusze bankowe – oszczędności i inwestycje klientów banku – do grania z coraz większą brawurą na rynkach zagranicznych. Który nieuczciwie wykorzystał „konta błędu” przeznaczone do ochrony klientów przed niespodziewaną stratą, żeby maskować swoje ogromne porażki.

Po zakończeniu mowy kilku przysięgłych patrzyło na Campbella z czymś bliskim nienawiści w oczach. Daniel spodziewał się takiej reakcji. Było najzupełniej naturalne, że niektórzy podejdą do tego rodzaju przestępstwa bardzo osobiście. Ciułacze i inwestorzy na całym świecie tracili pieniądze wskutek ryzykownych operacji przeprowadzanych przez ludzi takich jak Campbell. Według wszelkiego prawdopodobieństwa na ławie przysięgłych też zasiadały osoby, które poniosły straty przez takie operacje.

Było jeszcze gorzej. Mowa wstępna wyrządziła szkody, ale każdy proces opiera się na przedstawianych dowodach i zeznaniach świadków. Na razie świadkowie idealnie odgrywali swoje role, każdy bez cienia wątpliwości dowodził – rozsądnie albo nie – że Nathan Campbell zrobił dokładnie to, co zarzuca mu oskarżenie.

Dla Daniela było to frustrujące doświadczenie. Obserwował, jak kolejni świadkowie wbijają gwoździe w obronę Campbella. Było to nieuchronne, ponieważ broker już powiedział Danielowi – i Michaelowi – że wszystkie zarzuty są prawdziwe.

Gmach londyńskiego Centralnego Sądu Kryminalnego – znanego jako Old Bailey – był na przestrzeni lat rozbudowywany. Dodawano nowe sale sądowe, remontowano stare. Proces toczył się w budynku numer dwa, w sali należącej do tych zachowanych w pierwotnym stanie. Przypominała wyłożoną boazerią wielką jaskinię.

Sędzia i oskarżony zajmowali stanowiska na podwyższeniu, zwróceni twarzami do siebie. Siedzieli wyżej niż przysięgli, górując również nad miejscem dla świadków po jednej stronie i grupą prawników po drugiej. Dzięki temu układowi Daniel miał dobry widok na przysięgłych, gdy słuchali przedstawianych dowodów.

Ich przekonanie o winie Campbella nie budziło żadnych wątpliwości.

Byli wyraźnie uprzedzeni do maklera, kiedy wezwano ostatniego świadka oskarżenia, Richarda Dove’a. Daniel spodziewał się, że nawet Michael będzie miał kłopot, by pokonać ich niechęć.

Wiedział też, że jego partner nie podejmie takiej próby.

Jako radca prawny Daniel nie miał uprawnień do występowania przed sądem, co oznaczało, że miał więcej czarnej roboty i otaczało go mniej chwały. Ale to nie oznaczało, że nie brał udziału w przygotowaniu obrony Campbella. Razem z Michaelem omówili wszystkie taktyczne posunięcia i zgodzili się co do dwóch kwestii. Po pierwsze, każda próba zaprzeczania temu, co zrobił Nathan Campbell, będzie katastrofalna. Po drugie, w tej sprawie tak naprawdę nie chodzi o Campbella.

Michael starannie rozważał pytania. Zadawał je życzliwym tonem. Daniel wiedział, że to sztuczka doświadczonego adwokata. Zaprzyjaźnij się ze świadkiem. Bądź życzliwy. Okazuj zrozumienie. Czekaj, aż indagowany przestanie mieć się na baczności.

Takie podejście zawsze okazywało się skuteczniejsze niż rozpoczynanie od konfrontacji. I teraz też tak było. Michael zaliczał punkt po punkcie. Łagodnie naprowadzał Dove’a, aż ten przyznał, że nigdy nie lubił Campbella. Że jego zdaniem pochodzenie z klasy robotniczej Birmingham było przeszkodą w zajmowaniu wysokiego stanowiska w prestiżowym banku. Że od samego początku psuł wizerunek Campbella w oczach zwierzchników.

Były to drobne sukcesy. Podkopywały wiarygodność Dove’a. Ale wobec reszty dowodów – które, jak powiedział sam oskarżony, były prawdziwe – nie miały większego znaczenia.

Daniel zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że zdobywanie punktów nie osłabi siły zarzutów. Wyglądało to tak, jakby sprytny adwokat prowadził sprytne gierki, ponieważ nie miał innego wyjścia. Michael musi zrobić coś więcej, uświadomił sobie Daniel. Musi przejść do ataku.

Była to niebezpieczna taktyka. Gra o wszystko albo o nic. Ale była jedyną szansą Nathana Campbella na wolność.

– Dobrze, panie Dove, odłóżmy na bok pańską osobistą antypatię do pana Campbella, dobrze? Ponieważ chcę pana zapytać o coś innego.

Irlandzki akcent Michaela stał się wyraźniejszy. Daniel już dawno zwrócił uwagę na ten nerwowy odruch. Dawał o sobie znać zawsze wtedy, gdy strategia Michaela stawała się bardziej ryzykowna.

– Proszę pytać.

Dove sprawiał wrażenie pewnego siebie. Zdawało się, że bagatelizuje pytania Michaela, bo dotychczas do niczego nie doprowadziły. Jego postawa sugerowała Danielowi, że wcale nie jest taki mądry, jak mu się wydaje.

– Nie omieszkam, panie Dove – odparł uśmiechnięty Michael sarkastycznym tonem. – Dziękuję za pozwolenie.

Na twarzy Dove’a odbiło się zakłopotanie. Może zachodził w głowę, gdzie się podziało kumplowskie podejście adwokata.

– Proszę wysłuchać pytania – kontynuował Michael. – Powiedział nam pan, że był bezpośrednim zwierzchnikiem pana Campbella, zgadza się?

– Tak.

– I oczywiście wiemy, że pańskim zdaniem pan Campbell w najmniejszym stopniu nie dorastał do zadań, jakie mu pan zlecał?

– Myślałem, że już uzgodniliśmy, że za nim nie przepadam?

– Owszem. Ale teraz omawiamy relacje zawodowe. Z pewnością dostrzega pan różnicę, prawda?

– Oczywiście, dostrzegam różnicę.

Daniel się uśmiechnął. Michael już się dobierał do świadka. Dokładnie tak, jak zaplanowali.

– I przyzna pan, że uważał go za niekompetentnego pracownika?

– Zgadza się.

– W takim razie, panie Dove, dlaczego pan pozwolił, żeby pan Campbell, niekompetentny podwładny, samodzielnie prowadził operacje?

– Co? Jakie to ma znaczenie?

– Czy naprawdę muszę to panu wyjaśniać, panie Dove? Pan Campbell wie, jakie to ma znaczenie, chociaż według pana jest niekompetentny. Więc z pewnością pan też musi to wiedzieć.

– Oczywiście, że wiem.

– Zatem może powiadomi pan o tym również ławę przysięgłych. Ponieważ broker taki jak pan Campbell zwykle przeprowadza operacje po ich uzgodnieniu z innym członkiem zespołu, prawda?

– Zespołu?

– Wie pan, o co mi chodzi. Z innym brokerem z pańskiego działu. To zabezpieczenie, prawda? Oznacza ono, że jeśli broker przeprowadzi transakcję, która przyniesie straty, nie może tego ukryć. Ponieważ wie o tym ten drugi. Tak to wygląda w skrócie, prawda? To nadzór równoległy.

– Zgadza się.

– Ale z jakiegoś powodu panu Campbellowi było wolno pracować samodzielnie, prawda?

– Mówi pan tak, jakby było w tym coś złego.

– To pańskie zdanie, panie Dove. Jeśli o mnie chodzi, próbuję tylko dociec prawdy. Proszę więc nam powiedzieć, czy to prawda, że pan Campbell miał pozwolenie na samodzielne przeprowadzanie operacji?

Dove się zawahał.

– Panie Dove?

Świadek milczał.

– Panie Dove, proszę odpowiedzieć – odezwał się sędzia Peter Kennedy, jeden z najwyższych rangą w Centralnym Sądzie Kryminalnym.

Jego interwencja wywarła pożądany skutek.

– Tak – odparł Dove. – Campbell pracował samodzielnie.

– Z pewnością pan potwierdzi, panie Dove – podjął płynnie Michael – że było to bardzo niezwykłe.

– Co to znaczy?

– Dokładnie to, co pan słyszy. Biorąc pod uwagę zasadę nadzoru równoległego, to wielce niezwykłe, że pan Campbell był spod niego wyłączony. Mam rację, prawda?

– To nie było „wielce niezwykłe”, nie.

– Nie?

– Nie.

– Dobrze. W takim razie proszę powiedzieć, panie Dove, ilu brokerów podlega panu w Costins?

– Ilu?

– Bezpośrednio panu, tak. Ilu?

– Nie… niezupełnie pamiętam, musiałbym…

– …zajrzeć do akt. Mam je tutaj, panie Dove. Chce pan zajrzeć?

– Nie muszę.

– Przepraszam, ściszył pan głos. Może pan powtórzyć?

– Powiedziałem, że nie muszę zaglądać!

Tym razem nie było możliwości, żeby ktoś nie usłyszał odpowiedzi. Została niemal wykrzyczana.

Na twarzy Daniela pojawił się uśmiech. Plan działał. Dove się zdenerwował.

– Więc teraz pan pamięta ilu? – zapytał Michael.

– Tak.

– Więc?

– Pięćdziesięciu sześciu. Mniej więcej.

– W rzeczywistości dokładnie pięćdziesięciu sześciu, prawda, panie Dove? Przynajmniej według pańskich akt?

– Tak.

– I tej konkretnej liczby nie mógł pan sobie przypomnieć, a pięć sekund później nagle pan sobie przypomniał?

Wstała oskarżycielka.

– Wysoki Sądzie, komentarz mecenasa Devlina niczego nie wnosi do sprawy – oświadczyła. – Czy można mu przypomnieć, żeby zachował takie uwagi na mowę końcową?

– Słyszał pan, mecenasie Devlin. Proszę dopilnować, żeby pańskie pytania były zasadne.

– Tak, Wysoki Sądzie.

Michael nie odrywał wzroku od Dove’a. Nie zawahał się przed zadaniem następnego pytania.

– Zatem ma pan pod sobą pięćdziesięciu sześciu brokerów. Proszę teraz powiedzieć, ilu z nich może samodzielnie przeprowadzać operacje?

Bez odpowiedzi.

– Panie Dove, powtórzę pytanie. Może tym razem raczy pan udzielić odpowiedzi. Pamiętając, że mam przed sobą akta dotyczące tej sprawy, proszę powiedzieć, ilu obecnie podlegających panu brokerów ma pozwolenie na samodzielne przeprowadzanie operacji?

– Ani jeden – wysyczał Dove, niemal dławiąc się własną śliną.

– A ilu było ich wtedy, gdy podlegał panu pan Campbell? Proszę pamiętać, że mamy tu akta.

– Tylko on.

Daniel uśmiechnął się szerzej. Musiał schylić głowę nad notesem, żeby ukryć swoją reakcję przed sędzią.

To działa, pomyślał. Michael ma go na widelcu.

– Zatem pan Campbell był jedynym brokerem mającym zgodę na samodzielne przeprowadzanie operacji. I obecnie nikt nie posiada takiego pozwolenia. I pan chce, by ława przysięgłych uwierzyła, że zapewnienie takiej swobody działania nie było „wielce niezwykłe”? To po prostu kłamstwo, czyż nie, panie Dove?

– Dlaczego miałbym kłamać? – Dove wybuchnął gniewem. – O czym miałbym kłamać? Pański klient jest przestępcą. Pański klient stracił setki milionów z pieniędzy banku i następnie ukrył ten fakt. Dlaczego ja miałbym kłamać?

– Może się tego dowiemy – odparł z całkowitym spokojem Michael. – Ale zanim to nastąpi, proszę powiedzieć, kto upoważnił pana Campbella do samodzielnego przeprowadzania operacji? Kto miał prawo to zrobić?

Brak odpowiedzi. Dove patrzył na Michaela z wściekłością.

– Nie zamierza pan odpowiedzieć, panie Dove?

Bez odpowiedzi.

– Czy to dlatego, że odpowiedź brzmi: pan?

Cisza.

– Ponieważ taka jest prawda, zgadza się? Faktem jest, że pan, jako bezpośredni zwierzchnik pana Campbella, jako człowiek odpowiedzialny za niego i za wszystkich innych w swoim dziale, musiałby autoryzować procedurę, która dawała panu Campbellowi swobodę prowadzenia operacji. Tak to wygląda, prawda?

Świadek wciąż milczał.

– Panie Dove, proszę odpowiedzieć na pytanie – polecił sędzia Kennedy.

Dove spojrzał na sędziego i do niego skierował odpowiedź:

– Tak, Wysoki Sądzie. Musiałbym to autoryzować.

– I zrobił pan to, prawda? – Michael był nieustępliwy.

– Tak. Zrobiłem to.

– Czy może pan wyjaśnić, dlaczego ta konkretna osoba została tak niezwykle wyróżniona?

– Ponieważ pan Campbell odnosił sukcesy – odparł Dove. – Zarabiał więcej pieniędzy niż połowa pozostałych razem wziętych. Kiedy więc poprosił o zgodę, pomyślałem, że to go jeszcze bardziej zmotywuje. Że zarobi jeszcze więcej dla mojego działu.

– Ale, panie Dove, przecież już nam pan w całej rozciągłości wyjaśnił, że pan Campbell nie dorasta do pracy na tym stanowisku. Uważał pan, że nie zasługuje na miejsce w pańskim dziale. A teraz nagle przedstawia go pan jako swojego najlepszego brokera?

– Nie powiedziałem, że jest najlepszy. – Dove zaczynał się plątać. – Powiedziałem, że odnosił największe sukcesy. Jest wiele powodów.

– Tak, jest wiele powodów. Ale jedynym, który nie uzasadnia wprowadzenia większego nadzoru niż zwykle, jest to, że był najlepszy, prawda? Ponieważ gdyby nie był najlepszy i mimo to osiągał lepsze wyniki niż wszyscy inni, prawdopodobnie budziłoby to obawy, że dzieje się coś podejrzanego, prawda?

– Cóż, chyba wiemy, że działo się coś podejrzanego, prawda?

Gniew wrócił. Zdawało się, że Dove postanowił walczyć. Daniel nie mógł się doczekać, żeby zobaczyć tę bitwę.

– Właśnie dlatego tu jesteśmy – rzucił Dove. – Ponieważ on coś kombinował.

Michael się uśmiechnął.

– Panie Dove – zaczął łagodnym tonem – gdyby niekompetentny broker sprawiał się tak dobrze, założyłby pan, że albo kłamie o swoich sukcesach, albo osiągnął je nieuczciwym sposobem, prawda?

Bez odpowiedzi.

– I w obu wypadkach zwiększyłby pan nadzór nad panem Campbellem, prawda?

Cisza.

– A jednak pan zwolnił go nawet ze standardowej kontroli, jakiej podlegają wszyscy inni brokerzy. Dał mu pan wolną rękę, pozwalając robić, co tylko chce. Dlaczego, panie Dove? Dlaczego pan tak postąpił?

Michael znów nie doczekał się odpowiedzi. Tym razem nie przerwał już ciszy.

Daniel spojrzał na przysięgłych. Wydawali się zdezorientowani. Zbici z tropu przez to, dokąd doprowadziły zeznania Dove’a. Zdawało się, że w ich początkowo pewnych umysłach rodzą się wątpliwości. Daniel znowu się uśmiechnął. Ale nie z powodu tego, co się dotychczas wydarzyło.

Nie. Daniel uśmiechał się, bo wiedział, co będzie dalej.

– Czy jest jakiś powód, dla którego przestał pan odpowiadać na moje pytania? – Głos Michaela wciąż brzmiał łagodnie i właśnie dlatego tym bardziej niepokojąco. – Czy odmawia pan udzielenia odpowiedzi, ponieważ pan kłamał?

Pytanie podziałało na Dove’a jak czerwona płachta na byka.

– Już powiedziałem, że nie kłamię. Na jaki temat miałbym kłamać? Śmiało. Niech mi pan powie.

– Na ten sam temat, na który pan kłamał przez bardzo długi czas. – Michael zaczął podnosić głos. – Ponieważ nie wyraził pan zgody na samodzielne operacje pana Campbella, prawda?

– Co?! – krzyknął Dove, nie kryjąc zaskoczenia.

– Nic takiego nie miało miejsca. Pan Campbell nigdy nie prowadził samodzielnie operacji. Nigdy nie był zwolniony z nadzoru, który stosuje się do wszystkich innych. Ktoś inny przypisywał mu operacje przez cały ten okres, kiedy rzekomo ukrywał swoje działania przed bankiem. I tym kimś był pan, prawda?

Daniel patrzył, jak przysięgli przyswajają sobie te słowa. Dali się wciągnąć.

– Co za totalne bzdury próbuje mi pan wciskać?

Odpowiedź Dove’a była pełna złości. I natychmiastowa. Nie padłaby tak szybko, gdyby sugestia Michaela nie była czymś, o czym świadek już wiedział. Nie padłaby tak szybko, gdyby to, co usłyszał, było nieprawdą.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie, panie Dove. Czy był pan osobą odpowiedzialną za transakcje, które dziś sprowadziły pana Campbella do sądu?

– Do licha, oczywiście, że nie.

Gniew Dove’a wyparował. Zachowywał się tak, jakby znalazł się na uprzednio przygotowanym gruncie. Był to blef, ale pozwolił mu odzyskać pewność siebie.

– Proszę zajrzeć do akt, które ma pan przed sobą – powiedział. – Każda operacja jest odnotowana jako przeprowadzona przez Nathana.

– Och, wiem – rzucił Michael. – Ale to naprawdę nie ma znaczenia, panie Dove. Ponieważ jako bezpośredni przełożony mógł pan z łatwością wyznaczyć siebie do tej roli i odnotowywać operacje bez wiedzy pana Campbella. Ponieważ jedyną osobą, która w pańskim dziale sprawdzała wszystkie działania, nie tylko pana Campbella, był pan, prawda?

– Aha, rozumiem.

Teraz głos Dove’a zabrzmiał arogancko. Daniel zorientował się, że świadek przewidział ostatnie pytania. Ale wątpił, czy okaże się przygotowany na następne.

– Usiadł pan sobie i wykombinował jedyny sposób, w jaki Nathan mógł być nadzorowany bez śladu w dokumentacji – kontynuował Dove. – Bardzo sprytne. Ale to naprawdę niewiele panu pomoże. Bo to Nathan przeprowadzał te operacje. To on wykorzystał konto błędów, żeby ukryć poniesione straty. I to on stracił setki milionów cholernych funtów. Więc nawet gdybym aprobował jego działania, a tak nie było, nie czyni go to niewinnym, prawda?

– Czyni, jeśli wykonywał polecenia swojego szefa – odparł Michael.

– To kolejna insynuacja – zaznaczyła oskarżycielka, podnosząc się z miejsca.

– Przechodzę dalej. – Michael zareagował, zanim sędzia zdążył interweniować, i zwrócił się do świadka: – Panie Dove, czy to prawda, że Nathan Campbell przeprowadził wszystkie operacje, za które stoi przed sądem, pod pańskim bezpośrednim nadzorem i na pańskie polecenie?

– Pan chyba żartuje!

– I czy to prawda, że w tym okresie, o ile wiadomo panu Nathanowi Campbellowi, aprobował pan jego operacje zgodnie z najlepszymi praktykami?

– To żałosne. Naprawdę żałosne.

– I czy to prawda, że zapewniwszy pana Nathana Campbella, że aprobuje pan jego operacje, wprowadzał pan do dokumentów nieprawdziwe dane świadczące o tym, że przeprowadzał je bez nadzoru?

– Bzdury – rzucił Dove. – Absolutne bzdury.

– Więc zaprzecza pan temu, co powiedziałem?

– Oczywiście, że zaprzeczam! To niby ja stałem za tymi operacjami? Ja kazałem Campbellowi je przeprowadzać? Za kogo pan mnie ma? Jestem dobry w tym, co robię. Nikt z odrobiną wiedzy czy doświadczenia nie przeprowadziłby takich operacji. Gwarantowane straty, co do jednej. Sugeruje pan, że maczałem w tym palce, ale dlaczego miałbym to robić? Dlaczego miałbym angażować się w działania, które były skazane na porażkę?

Było to dobre pytanie. Właśnie takie, jakie Daniel miał nadzieję usłyszeć.

Michael nie zwolnił tempa, jak zawsze.

– Ile czasu pracuje pan w Costins? Osiemnaście lat?

– Dlaczego zmienia pan temat? Śmiało, niech mi pan powie, co miałbym zyskać z nakreślonego przez pana obrazu.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie.

– Najpierw niech pan odpowie na moje.

– Nie tak to działa. – Sędzia się zniecierpliwił. – Pan Devlin zadaje pytania, panie Dove. Pan na nie odpowiada. Proszę się temu podporządkować.

Dove z wyraźną irytacją spojrzał na sędziego. I zrobił, co mu kazano.

– Tak, osiemnaście lat.

– I za każdy rok pracy dostawał pan pokaźne wynagrodzenie.

– Nie większe, niż jestem wart.

– Uchowaj Boże!

Przysięgli parsknęli śmiechem, słysząc komentarz Michaela.

– Ale mimo to pańskie wynagrodzenie, według powszechnych standardów, można określić jako bardzo wysokie.

– Tak sądzę.

– Dziękuję. Prawdą jest również to, że dostaje pan doroczną premię.

– Tak.

– Premię, która nigdy nie składa się z mniej niż sześciu cyfr?

– I co z tego?

– Nigdy mniej niż sześć cyfr?

– Nie. Nigdy.

– I która, dodatkowo, zawsze obejmuje udziały w banku Costins.

– Zgadza się.

– Co roku od osiemnastu lat.

– Tak.

– Proszę powiedzieć, ile udziałów w Costins miał pan w dniu, kiedy na jaw wyszły katastrofalne operacje pana Campbella?

– Słucham?

– Pytam o udziały, panie Dove. Te, których liczba powiększała się każdego roku przez osiemnaście lat. W owym czasie musiał ich pan posiadać całkiem sporo. Ile? – Michael ostentacyjnie postukał w leżący przed nim plik dokumentów. Jasno dał do zrozumienia, że odpowiedź ma przed sobą.

Daniel zobaczył, że Dove zrozumiał wiadomość.

– Nie miałem ani jednej akcji.

– Przepraszam, panie Dove. Znowu ściszył pan głos. Powiedział pan, że nie miał ani jednej akcji?

– Tak. Ani jednej.

– Co za niespodzianka! Bo akcje Costins stały bardzo dobrze, prawda? Przynajmniej tak to wyglądało. To musiało być niezwykle irytujące, dowiedzieć się, że nie zostały panu żadne udziały.

Dove nie zareagował.

– I z ciekawości, kiedy pan je sprzedał?

Michael znowu postukał w akta. Przekazał tę samą wiadomość co wcześniej.

– W poprzednim miesiącu.

– W poprzednim miesiącu? – powtórzył Michael, udając niebotyczne zdumienie.

Daniela zawsze najbardziej bawiła ta część przedstawienia.

– Tak.

– Ile, wszystkie? Naraz? A może wyprzedawał je pan przez lata, trochę tu, trochę tam? Jak było?

– Wszystkie naraz.

Daniel pokręcił głową. Przyjemnie było patrzeć, jak Dove bezradnie się wije, słuchając pytań, których się nie spodziewał.

– Więc czystym trafem sprzedał pan wszystkie swoje udziały wtedy, gdy cena była najwyższa, zaledwie miesiąc przed tym, jak transakcje Nathana Campbella niemal doprowadziły do upadku banku?

Dove nie odpowiedział od razu. A oskarżycielka nie wstała z miejsca, mimo że ostatnie pytanie Michaela łamało wszelkie zasady przyjęte na sali sądowej.

Wydawało się, że wszyscy są oszołomieni nagłym obrotem sprawy. Wszyscy poza obrońcami Campbella.

Był to rezultat o wiele powszechniejszy, niż nakazywałby zdrowy rozsądek. Coś, co Daniel znał aż nazbyt dobrze. Kiedy policja dostaje sprawę – ze wszystkimi dowodami schludnie zapakowanymi w elegancki pakiet i jednoznacznie wskazującymi winnego – często nikomu nie przychodzi do głowy, że warto byłoby ją dokładniej zbadać. Taka jest natura ludzka; prokuratura ma tendencję do ścigania oczywistego podejrzanego, chociaż wystarczyłoby odrobinę pokopać – drążyć sprawę dalej – żeby znaleźć faktycznego winowajcę. I tak oto czarna robota spadała na Daniela.

Odkrycie prawdy stojącej za operacjami Campbella nie zabrało mu wiele czasu. A teraz jego współpracownik zbierał za to laury.

Michael otworzył teczkę, która zagrażała Dove’owi, i wyjął z niej kartkę.

– Panie Dove, słyszał pan o zarejestrowanej na Kajmanach spółce akcyjnej Red Corner?

Dove nie odpowiedział. Tym razem nie musiał. Gwałtowność, z jaką wszelkie kolory spłynęły z jego policzków, mówiła sama za siebie.

– Red Corner jest firmą, która nabyła ponad dziesięć milionów udziałów w Costins nazajutrz po ujawnieniu strat spowodowanych przez pana Campbella – kontynuował Michael. – Czy pan o tym wiedział, panie Dove?

Brak odpowiedzi.

– I dokonała zakupu za czwartą część sumy, jaką inny nabywca zapłacił panu za pięćset tysięcy udziałów niespełna miesiąc wcześniej. Czy pan o tym wiedział, panie Dove?

Cisza.

– I, oczywiście, od czasu aresztowania pana Campbella, wniesienia przeciwko niemu oskarżenia i oświadczenia, że bank przetrwa ten drobny nagły spadek, cena akcji Costins znowu wzrosła, a wspomniane dziesięć milionów udziałów stało się warte dziesięć razy więcej niż to, co zapłacił za nie Red Corner. Czy pan o tym wiedział, panie Dove?

Znów odpowiedziało mu milczenie.

Michael potrząsnął kartką w powietrzu.

– Dobrze, wobec tego zadam kilka pytań, na które musi pan znać odpowiedzi – kontynuował. – Czy może mi pan podać nazwisko człowieka, który założył Red Corner na Kajmanach? Nazwisko człowieka, który jest jedynym udziałowcem i dyrektorem tej firmy? Nazwisko człowieka, który myślał, że może się ukryć za gwarantującym anonimowość prawem Kajmanów i nigdy nie zostanie ujawniony jako właściciel Red Corner? Nazwisko człowieka, który rozmyślnie zadał cios Costins? Który pozbył się swoich udziałów za pełną cenę, zanim wyszły na jaw straty? Który użył zagranicznej firmy, żeby kupić miliony akcji banku inwestycyjnego, kiedy uderzyły w skaliste dno? I który myślał, że wszystko to ujdzie mu na sucho dzięki wrobieniu człowieka, którego od początku uważał za niegodnego zatrudnienia w tym banku?

Brak odpowiedzi.

Ale Dove chował twarz w rękach.

– Podpowiem panu, panie Dove. Odpowiedź na wszystkie pytania jest taka sama.

Wciąż nic.

Michael odwrócił się w stronę oskarżycielki. Nawet ona wyglądała na zrozpaczoną. Zdruzgotaną przez kombinację ciosów, które właśnie przyjął Dove. Wskazała kartkę w ręce Michaela. Podał ją.

Było to poświadczenie otworzenia działalności na Wielkim Kajmanie. Firma Red Corner S.A. Dyrektor i jedyny udziałowiec: Richard Dove.

Daniel uśmiechnął się po raz ostatni, gdy patrzył, jak Michael pochyla się do ucha oskarżycielki i mówi:

– Sądzę, że twoja sprawa jest zamknięta.

JEDENAŚCIE

DANIEL PATRZYŁ, JAK MICHAEL wysiada z jednej z sześciu wind na parterze Old Bailey. Nathan Campbell opuścił budynek dwadzieścia minut wcześniej. Od tamtej pory Daniel czekał na wysokiego Irlandczyka.

Zmiażdżenie Richarda Dove’a zmusiło prokuraturę do odstąpienia od oskarżenia. Proces stracił rację bytu, gdy Michael wykazał, że za wszystkimi poczynaniami Campbella stał Dove, i ujawnił jego motywy. To, co nastąpiło później, było nieuchronne. Sprawa została zamknięta. Sędzia zwrócił się do przysięgłych o uznanie Nathana Campbella za niewinnego.

Daniel był pewien, że zrobiliby to samo bez podpowiedzi, ale dodatkowa gwarancja nigdy nie zaszkodzi. Kancelaria prawna Devlin-Lawrence wygrała. Stawało się to niepisanym zwyczajem.

Po wyjściu z windy Michael spojrzał na główną klatkę schodową, tam gdzie zawsze lubił czekać Daniel. Został na górze, gdy jego wspólnik wyprowadzał Campbella z budynku. Pojawił się dopiero wtedy, gdy klienta już nie było.

Był to przećwiczony tryb postępowania. Michael nigdy nie miał cierpliwości do „społecznej” strony ich pracy. Do zawracania sobie głowy trzymaniem za rączkę. Nie żeby to miało znaczenie. Praca z Danielem oznaczała, że pełen współczucia kolega w odpowiednim momencie przejmie pałeczkę.

– Ostatnio musisz poświęcać godzinę, żeby wyglądać na szanującego się adwokata, prawda? – powiedział Daniel, spoglądając na zegarek.

Próbował udać, że jest zirytowany. Nie był dobrym aktorem.

Daniel mógł sobie dowcipkować, ale nie zdołałby chyba stworzyć lepszego opisu. Wszystko w Michaelu głosiło światu, że jest „szanującym się” adwokatem. Nieskazitelny czarny prążkowany garnitur i wykrochmalona biała koszula podkreślały jego wysoką na metr osiemdziesiąt pięć atletyczną sylwetkę. Był w każdym calu telewizyjnym wzorem prawnika, w czym niewątpliwie kryła się gorzka ironia. Nie tylko dlatego, że niewielu adwokatów rzeczywiście wyglądało jak przystojni aktorzy, którzy wcielali się w ich role, ale też dlatego, że niewielu pochodziło z tak nieuprzywilejowanego środowiska jak chłopak, który wychował się w niewłaściwej dzielnicy Belfastu.