Galeria - Daniel Koziarski, Beata Woźniak - ebook

Opis

Na kilku piętrach pewnej galerii handlowej w jednym z dużych polskich miast dochodzi do czułych spotkań, dramatycznych wyborów, ostatecznych konfrontacji. To właśnie tutaj przecinają się drogi bohaterów z różnych środowisk i pokoleń, tutaj rodzi się lub gaśnie miłość, pojawia się lub znika pożądanie, marzenia zaczynają się spełniać lub nagle pryskają niczym bańka mydlana.

Beata Woźniak stworzyła wspólnie z Danielem Koziarskim fascynujący, pełen sprawnie naszkicowanych postaci zbiór damsko-męskich historii, które nikogo nie pozostawią obojętnym. Sprawdź, czy w którejś z nich rozpoznasz siebie!

Zapomnieli się do tego stopnia, że rozmawiali z ożywieniem, wtórując sobie podniesionymi głosami – jak to starsi, mający kłopoty ze słuchem – przez ponad pół godziny, wzbudzając irytację zmieszaną z uczuciem politowania zarówno obsługi sklepu, jak i innych klientów. Wreszcie rozeszli się, każde w swoją stronę, żegnając się serdecznie jak starzy znajomi.
Edwarda szybko ogarnął smutek – uświadomił sobie, że przecież nie ma do poznanej kobiety, która tak mu zaimponowała, żadnego kontaktu, że równie dobrze mogło to być ich ostatnie spotkanie. Minął prawie miesiąc bezładnych, prawie codziennych poszukiwań na wszystkich poziomach galerii w poszukiwaniu nowej znajomej – nieznajomej. Wypytywał obsługę zoologicznego, w którym ją poznał, miał nawet ochotę zostawić wiadomość, ale jego desperacja spotkała się z lekceważeniem i kpiącymi uśmieszkami. Wreszcie stał się mały cud! Połączyło ich kolejne przypadkowe spotkanie – na przystanku autobusowym.


Beata Woźniak – mieszkanka Jeleniej Góry. Rozmiłowana w literaturze szara eminencja codziennego dnia. Zatrzymywanie obrazów w kadrze jest jej pasją, wysłuchiwanie ludzkich opowieści – zawodową powinnością. Swoją miłość do literatury postanowiła przekuć w książkę, którą napisała wspólnie z Danielem Koziarskim – autorem powieści „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty”.
Galeria” jest jej debiutem literackim.

Daniel Koziarski - urodził się w 1979 roku w Gdyni. Z zamiłowania jest pisarzem, z zawodu prawnikiem. Zadebiutował w 2007 roku powieścią „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty”. Później wydał m.in. „Zbrodnie pozamałżeńskie” napisane w duecie z Agnieszką Lingas-Łoniewską, „Kobietę, która wiedziała za mało” i „Ciemnokrąg”. Lubi podróżować, wracać do starych komiksów i w sposób zjadliwy komentować rzeczywistość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


I.PRZYNĘTA

– Tymuś, zejdź z tego krzesełka i chodź tu do mnie! – Młody mężczyzna bezskutecznie próbował przywołać do siebie dwuipółletniego chłopca.

Malec, pokonując swoje fizyczne ograniczenia, próbował wdrapać się na wystawę sklepu z akcesoriami dla dzieci, bo z daleka kusił go kolorowy rowerek i wielkie strażackie auto.

– Przepraszam najmocniej. – Igor zwrócił się do młodej ekspedientki, z którą analizował praktyczne zastosowanie spacerówek dla dzieci oraz ich ceny. – Mały jest niezwykle żywotny. Modlę się w duchu, by nie dostał napadu złego humoru, bo wtedy będę musiał z nim wyjść i niczego już dziś nie załatwię.

– Niech wchodzi, byleby nie zrobił sobie krzywdy.

Z pewnym niepokojem spoglądała jednak w stronę małego chłopca. Tymoteusz właśnie zmienił kierunek swoich eksploracji i wtargnął między wieszaki z ubraniami dla niemowlaków, ściągnął na siebie kilka kolorowych śpioszków, a chwilę później znajdował się przy nogach ojca, który, zajęty oceną wózków, nie zwracał zbyt dużej uwagi na syna.

– Nie mogę się zdecydować… Ten wózek ma funkcje, które mi bardzo odpowiadają, jednak jest trochę za drogi. Ten też mógłby być, cena jest do przyjęcia, ale ten kolor… Jak można robić spacerówki w kolorze wściekłego różu i fioletu? – zapytał bardziej siebie niż sprzedawczynię.

– A co pan powie na wersję wyścigową? – Do rozmowy wtrąciła się kobieta, która ukradkiem, choć z pewnym zainteresowaniem przyglądała się zakłopotanemu mężczyźnie. – Jest solidny, kolor raczej przyjemny, niedrogi. Nie ma tych wszystkich funkcji, które mają tamte wózki, ale naprawdę, proszę mi wierzyć, w codziennym użyciu wcale nie są one tak niezbędne, jak zapewnia producent.

Mężczyzna przerzucił wzrok na nieznajomą kobietę i uśmiechnął się do niej.

– Tak pani mówi?

– Tak mówię. Sprawdziłam na swoim dziecku. Proszę popatrzeć. – Wyciągnęła jedną spacerówkę z rzędu stojących pod ścianą wózków. – Niech pan wsadzi do niego na chwilę synka. Najlepiej ocenić zalety i wady wózka z dzieckiem w środku.

Rozejrzał się po sklepie w poszukiwaniu syna. Tymoteusz zajęty był akurat żuciem metek doczepionych do pluszaków.

– Tymek, chodź do taty. Zobacz, jaki fajny wózek… Przejedziemy się?

– Nie, nie, nie! – Malec schował się za ladą, trzymając w rączce pomarańczowego tygrysa.

– Tymek, proszę tu do mnie natychmiast przyjść! – Mężczyzna zmienił tembr swojego głosu, udając bardzo groźną osobę.

W odpowiedzi słychać było tylko pisk i radosny śmiech dziecka, które właśnie wczołgiwało się pod półkę z zabawkami.

– Tymuś, a ja przewiozę w wózku rodzinę tygrysów, chcesz zobaczyć? – Nieznajoma kobieta postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i sprytnym fortelem zyskać przychylność chłopca.

– Tyglysy? Ja mam tyglysa! – Spocony malec zawrócił z obranej drogi pod półkę.

Kobieta zdążyła zapakować do spacerówki kilka maskotek i kątem oka obserwowała reakcję dziecka.

– Zobacz, ta rodzina już jedzie na przejażdżkę. Chcesz, by twój tygrysek pojechał z nimi? Oni jadą do wesołego miasteczka i coś mi się wydaje, że będą się tam świetnie bawić…

– A ja? – zareagował rezolutnie chłopiec.

– Jak będziesz chciał, to też pojedziesz. Prawda, miła rodzino tygrysków? Weźmiecie Tymka na wycieczkę? – spytała nieruchomo siedzących maskotek, a potem, użyczając głosu tygrysiej mamie, natychmiast odpowiedziała: – Oczywiście, że weźmiemy tego chłopca z sobą, ale tu, w wózeczku, nie ma już dla niego miejsca.

Tymoteusz długo się nie namyślał. Podbiegł do wózka, z impetem wyrzucił z niego pluszaki, a sam wdrapał się na siedzenie spacerówki.

– Juś, moziemy jechać – skonstatował głośno, ustaliwszy nowy porządek wózkowej hierarchii.

Mężczyzna przyglądał się najpierw z rozbawieniem całej scenie, jednak skuteczność kobiety, z jaką zadziałała, by wsadzić Tymka do wózka, któremu był niechętny, wprawiła go w zdumienie i podziw.

– Jak to się pani udało? – zapytał, kręcąc z niedowierzaniem głową. – On nie znosi ani wózka, ani niczego, co jest nowe.

– To nic takiego. Lata praktyki w pozornie niemożliwych kombinacjach. – Kobieta lekceważąco machnęła ręką.

– To co, Tymuś? Ten wózeczek ci się podoba? Kupujemy go? – zapytał syna.

– Tak! – wykrzyknął z entuzjazmem malec. – I tego tyglysa tez, dobze? Kup mi go!

– Dobrze, dobrze. Będziemy go zabierać na nasze wycieczki.

Uporawszy się z zakupem wózka, cała trójka wyszła ze sklepu. Chłopcu tak spodobał się nowy nabytek, że nie chciał słyszeć o wyjściu z niego.

– Może jakieś lody? Kawa? W ramach podziękowań za pomoc. Nie wiem, czy kupiłbym dziś ten cholerny wózek bez pani pomocy. Moja żona jest w ciąży i ma nakaz leżenia w łóżku. Cały ten galimatias związany z opieką nad dzieckiem spadł teraz na mnie. Za chwilę będzie w domu drugie… Prawdę mówiąc, wiele bym dał za to, by wrócić już do pracy na pełny etat. Jak wy, kobiety, dajecie sobie ze wszystkim radę?

– Nie dajemy. Udajemy przed całym światem, że jest odwrotnie. Poza tym większość mężczyzn myśli, że leżymy cały dzień do góry brzuchem, a dziecko, jak kokardka do płaszcza, jest tylko miłym i ładnym dodatkiem do naszego leniwego życia.

– Tak, wiem, że tak myślą mężczyźni. Zbyt wielu mężczyzn, niestety. Tymek, a gdzieś ty się tak zmoczył? – Mężczyzna spojrzał ze zdziwieniem na podkoszulek chłopca. – Widzi pani? Nie można go na chwilę spuścić z oczu. Nie mam nic na przebranie, więc chyba będę musiał wrócić do sklepu i kupić mu drugą koszulkę, zanim mu wyrosną pieczarki na brzuchu.

– To niech pan idzie, a ja popilnuję małego. Usiądziemy w tamtej lodziarni i poczekamy na pana.

– Naprawdę? Mogę liczyć na pani pomoc? Byłbym bardzo wdzięczny… To ja już lecę, zaraz wrócę. Aha, jeszcze jedno: jak ma pani na imię?

– Magda.

– Pani Magdo, bardzo mi miło. Igor. – Mężczyzna wyciągnął rękę w stronę kobiety i uśmiechnął się życzliwie. Dziękuję za pomoc. Nie wiem, jak zdołam się pani odwdzięczyć. Tymuś, zostań z panią Magdą, a ja zaraz wrócę, dobrze? Zaraz zamówimy lody.

– Tak! Ja ciem lody! I tygrys też cie! – krzyknął chłopiec w stronę ojca wchodzącego do sklepu.

***

Tymek, przebrany przez Igora w nową koszulkę z nadrukiem Tygryska ze Stumilowego Lasu, zaczął podskakiwać w wózku w przypływie radości.

– Synku, zaraz zamówimy lody i sok, a potem przejedziemy się na plac zabaw z twoim nowym przyjacielem tygryskiem, OK? Przybij piątkę na zgodę. – Uśmiechnięty chłopiec wyciągnął rączkę w stronę mężczyzny i klasnął w jego dużą dłoń. – Tu masz jeszcze bajeczkę o Tygrysku.

– Dla siebie zamówię tylko kawę – zasygnalizowała Magda. – Wpadłam do galerii dosłownie na chwilę. Całe życie w biegu. Ale cieszę się, że mogłam panu pomóc. Nie ma bardziej uroczego widoku niż nieporadny mężczyzna z małym dzieckiem u boku.

– Naprawdę? Jesteśmy aż tak żałośni w oczach kobiet? No to niech pani spojrzy, co znalazłem przed sklepem. – Igor wyciągnął z kieszeni złożoną na pół karteczkę. – Zdążyłem już ją przeczytać po drodze i choć nie znam osoby, która to napisała, doskonale ją rozumiem. Oczywiście pisała to kobieta, bo faceci nie robią takich list. I nie muszą dochodzić do rozmiaru trzydzieści osiem. Niech pani posłucha: „Łyknąć trochę świeżego powietrza. Jakiś teatr albo kino, zanim do reszty zwariuję. Spędzić więcej czasu z Natalką. Więcej rozrywek – jakichkolwiek i gdziekolwiek. Przysiąść w końcu do włoskiego. Zapisać się na jogę. Zabiegi relaksacyjne, zanim upodobnię się do zombie. Dojść do rozmiaru trzydzieści osiem. Nowa zmywarka do naczyń! Wyspać się – jak to zrobić? Druga babcia? Niechętnie… Wyjść gdzieś – byle bez dziecka. Seks…?”.

Magda opuściła głowę, żeby mężczyzna nie dostrzegł jej nagłego rumieńca na policzkach.

– Tak, to bardzo… intrygująca lista życzeń. Na pewno pisała ją jakaś desperatka. Współczesna kobieta, która musi pogodzić życie rodzinne z pracą na cztery etaty.

– Na przykład ten seks ze znakiem zapytania. Co pani o tym sądzi?

– Że ta biedna kobieta zapomniała już być może, czym jest seks. Albo że ta miła czynność została zdegradowana do spraw marginalnych, które zawsze mogą poczekać na swoją kolej. Bo przed nim zdecydowanie wygrywa nowe łóżeczko dla dziecka, choć jedna przespana noc wśród samych nieprzespanych, spalona żarówka w jakimś newralgicznym miejscu w mieszkaniu, dodatkowa praca wzięta do domu, pranie, prasowanie i milion innych, tak zwanych ważnych rzeczy.

– Też sobie o tym pomyślałem. „Zabiegi relaksacyjne, zanim upodobnię się do zombie”. Ciekawe, jak wygląda ta kobieta? Pewnie nie ma czasu na fryzjera i straszy otoczenie ciemnymi odrostami na głowie?

– A na plaży i na basenie cellulitem na udach i brzuchu.

– I pomarszczoną twarzą z milionem kurzych łapek wokół ust i oczu.

– Nie wiem, czemu tak interesuje pana autorka tych słów. Czyżby to był z pana strony pewien niewprawny rodzaj współczucia?

– Ona trochę przypomina mnie samego. No, może jedynie wyciąłbym cellulit, jeśli faktycznie to jego miała na myśli, pisząc o zombie. Ale ja również się zastanawiam, czy nie wpuścić swojej teściowej na dłużej do domu. Pomaga nam, owszem, rwie się do tego, ale staram się ograniczać jej kontakt z synem. Gdybym dał jej wolną rękę, przygotowałaby małego do życia w kraju, który nie istnieje. Czysta utopia, w której każdy z każdym się wszystkim dzieli, młodzi ustępują miejsca staruszkom, każdy opływa słodką życzliwością, zamiast rozpychać się łokciami.

– Trochę mnie pan przeraził. Czyżby pan nie uczył swojego dziecka życzliwości wobec innych ludzi?

– Tyle, ile trzeba. Ale gdy w piaskownicy kolega zabiera mu łopatkę, pozwalam mu na to, by walczył o swoje, i nie proszę go, tak jak babcia, żeby polubownie załatwił konflikt. Czyli przekładając jej naukę na zachowanie – by oddał mu swoją zabawkę.

– Babcie mają już z górki i ich patrzenie na życie kłóci się z agresją i parciem za wszelką cenę naprzód. A żona? Jak się czuje?

– Niby dobrze, ale wie pani, jak to jest. Wszyscy trzęsiemy się nad tą ciążą i każda jej dolegliwość i niedobre samopoczucie powoduje wzrost ciśnienia w rodzinie. Tymek od razu to wyczuwa i wprowadza w domu dodatkowy terror. Nie mogę się doczekać rozwiązania. Chciałbym znów jakoś normalnie żyć.

– Z dwójką małych dzieci trudno będzie panu nazwać swoje życie normalnym. Chyba że to jest właśnie dla pana normalne: wieczny chaos w domu.

– Nie. Mam na myśli to, że żona znów będzie w pełni… hm… sprawną kobietą.

– Nie chcę być niegrzeczna, ale wyczuwam seksistowski podtekst w pana słowach. Mam nadzieję, że nie jest pan jednym z tych mężów, którzy zaraz po porodzie kupuje swojej żonie erotyczną bieliznę? To nie wróży dobrze ani panu, ani pańskiemu małżeństwu.

Igor roześmiał się głośno. Tak głośno, że zwrócił uwagę swojego syna i siedzących nieopodal ludzi.

– Ja wiem, że mężczyźni nie są mistrzami empatii, jeśli chodzi o kobiece sprawy, ale dlaczego to właśnie ja zrobiłem na pani tak niekorzystne wrażenie? Nie, nie kupię żonie erotycznej bielizny. Nie kupiłem jej również, gdy urodziła Tymka. Miałem na myśli to, że wrócę do pracy i znów będzie normalnie. Mam nadzieję, że będzie. Nam, twardzielom, potrzeba trochę czasu, by oswoić się z myślą o tym, że mamy zajmować się potomstwem. Najchętniej widzielibyśmy przed sobą stosowne zaproszenie na piśmie, wstępne konsultacje z psychologiem, po których okazałoby się, że nie nadajemy się na opiekunów kogokolwiek, nie tylko nieletnich. A dla jeszcze lepszego samopoczucia skorzystalibyśmy ze specjalistycznej porady prawnej, żeby się z tych niewdzięcznych obowiązków skutecznie wywinąć.

Magda uśmiechnęła się serdecznie do Igora.

– Coś w tym jest. Wie pan, niedawno wróciłam z podróży służbowej. Samolot miał znaczne opóźnienie i krążyliśmy kilkanaście minut nad lotniskiem. Była duża mgła, a nam, pasażerom, dawkowano niejasne i sprzeczne komunikaty, które tylko potęgowały niepokój. Zaczęłam w myślach gorączkowo przemierzać swoje życie, próbowałam robić szybki rachunek sumienia – tak, wiem, to irracjonalne zachowanie – i jedyne, czego byłam pewna, to swojej przemożnej chęci dalszego życia. Moja córeczka czekała na mnie w domu z nianią. Mój mąż czekałby na mnie, gdyby nadal był moim mężem, ale pech chciał, że się rozwiedliśmy trzy lata temu. Rozpaczliwie wołałam w duszy: „Ja muszę żyć! Jestem samotną matką!”. Przez głowę przechodziły mi przerażające obrazy katastrofy lotniczej i niespokojne myśli, że mój były mąż na pewno nie poradzi sobie z wychowaniem Natusi, że nigdy się nie przełamie i nie powie jej o wielu ważnych kwestiach związanych z chłopakami, o miesiączkach, o pierwszych randkach, że obarczy tym swoją matkę, czyli moją byłą teściową, a ta wymyśli na poczekaniu jakąś banalną historyjkę o higienie osobistej i podpaskach, a seks skwituje ogólnikowym żachnięciem w stylu: „Ach, to takie nieistotne sprawy”.

– I? – Igor zasłuchał się w historię Magdy i zapatrzył w jej łagodną twarz.

– W końcu wylądowaliśmy, a ja do dziś szukam odpowiedzi na pytanie, co zrobić i jak pogodzić swoją skomplikowaną pracę, wychowanie dziecka, zajmowanie się domem i utrzymanie znajomości z resztką ludzi, którzy jeszcze pamiętają o moim istnieniu. I jak nie zwariować od plątaniny zbyt wielu wątków i niekończących się spraw?

– Zaraz, zaraz, czy pani córka ma na imię Natalia?

– Nie da się ukryć.

– I ta karteczka, którą znalazłem przypadkowo, to… zapewne nie jest pani lista życzeń? Proszę powiedzieć, że to nie jest pani własność.

– Cóż, to, że coś wydaje nam się niemożliwe, nie znaczy, że nie może się wydarzyć. Tak się składa, że to moja kartka i niestety moja lista życzeń.

– No to zdaje się, że rekordowo wszystko spartoliłem. Obiecuję, że następnym razem będę bardziej taktowny. Zacznę mówić w obcych językach i spróbuję wyrecytować odpowiedni wiersz na okoliczność niespodziewanego, acz miłego spotkania.

Magda się roześmiała, a Igor zrobił taką minę, jakby spodziewał się gromkiego aplauzu, który podkreśli wagę ostatniej, niemal teatralnej kwestii, dzięki czemu ta przemiła kobieta nie tylko wybaczy mu ohydny nietakt, ale jeszcze uroczyście i z wielką zachętą wręczy swój numer telefonu.

– Następnym razem? Przykro mi, ale muszę już iść. I tak się zasiedziałam. – W odpowiedzi usłyszał tylko te trzy, zdecydowanie źle brzmiące zdania.

– Naprawdę?

– Do widzenia, Tymuś. Zabierz swojego nowego tygryska w fajne miejsce. I nie oblewaj się już żadnym sokiem, bo tata nigdy stąd nie wyjdzie. – Magda otworzyła portfel, by zostawić na stole pieniądze za kawę. Próbował protestować, powoływał się na swoje wcześniejsze zaproszenie i chęć okazania wdzięczności za jej życzliwą pomoc. Magda nie chciała o tym słyszeć.

– Do widzenia, panie Igorze. Życzę powodzenia i szczęśliwego rozwiązania dla żony.

– Naprawdę, bardzo miło mi było panią poznać, pani Magdo. Jeszcze raz dziękuję za pomoc i… przepraszam, że byłem takim baranem. – Igor uśmiechnął się nieporadnie.

Dopiero, gdy zamierzał zapłacić kelnerce za desery i kawę, zauważył, że pod banknotem, który zostawiła Magda, znajduje się jej wizytówka.

Na jego ustach zagościł szeroki uśmiech.

ZMIANA PLANÓW

Magda jeszcze raz podziękowała kurierowi, choć uważała, że mógł być odrobinę milszy i na pytanie, kto był nadawcą, odpowiedzieć choćby „nie wiem”, a nie tylko obojętnie wzruszyć ramionami.

Do bukietu czerwonych róż dołączony był liścik. Przez głowę przeszło jej, że to Igor, ale szybko wykluczyła taką możliwość. W ten sposób przekroczyłby przecież aż dwie granice – z jednej strony naruszając jej prywatność, a z drugiej wybierając zbyt manifestacyjną formę przypomnienia o swojej osobie. Tak jakby chciał równocześnie powiedzieć: „Patrz, znalazłem cię i bardzo mi na tobie bardzo zależy”.

Dlaczego właściwie dopuściła myśl, że to mógłby być on? Zupełnie jakby tego właśnie chciała – ostatecznie to ona zostawiła mu swoją wizytówkę, dając do zrozumienia, że w przypadkowości ich spotkania nie wyczerpuje się jego potencjał.

 

Jeszcze raz dziękuję i jeszcze raz przepraszam. Zadzwonię za dwa dni i zaproszę Cię do kina, żeby pomóc Ci złapać trochę równowagi. Nie musisz odbierać, jeśli nie jesteś przekonana i żałujesz, że wtedy zostawiłaś mi swoją wizytówkę. Ale wtedy nie dowiesz się, jaki film dla nas wybrałem. A ja nie dowiem się od Ciebie, czy mam dobry gust.

 

Igor

A więc jednak on. Ojciec i mąż, który najwyraźniej szukał okazji, żeby u boku obcej kobiety zapomnieć na chwilę o swoich podstawowych rolach. Przypuszczała, do czego to wszystko może zmierzać i czym się może skończyć, a mimo to nie tylko nie próbowała go powstrzymywać, ale wręcz zachęcała do ciągu dalszego. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie odczuwała wyrzutów sumienia, najwyraźniej pozostając cały czas pod urokiem Igora. Ostatecznie przecież to nie jej wina, że mężczyzna, który zrobił na niej tak dobre wrażenie, był już zajęty, zagospodarowany przez inną kobietę. Pomyślała, że kłania się tu odwieczna reguła, że raczej nie interesuje nas to, co znajduje się w naszym zasięgu, ale częściej pociąga to, co niedostępne, co nie wypada. Realizm czy przyzwoitość chronią nas przed negatywnymi konsekwencjami przygodnych wyskoków, ale nie przed poczuciem niedosytu. Bo czasem lepiej wiedzieć, co się utraciło, niż nie wiedzieć, co było do zyskania.

Z rozmyślań wyrwała ją nagła myśl, że musi podjechać do rodziców po Natalkę. Nadużywała uprzejmości dziadków, ale trzeba im oddać, że wprost przepadali za wnuczką i nie mieli nic przeciwko temu, żeby spędzać z nią czas do późnego wieczora – raczej martwili się o własną córkę, że jest pochłonięta przez pracę i wiecznie zabiegana, nie znajdując czasu na życie osobiste. Wiedziała, że starsi ludzie są przewrotni i dotyczyło to również jej własnych rodziców – gdyby się dowiedzieli, że czasem miewa przygodne znajomości, rozdzieraliby szaty, że schodzi na złą drogę, a gdyby znowu związała się z kimś na poważnie, nie przestawaliby jej radzić, żeby była nadzwyczaj ostrożna, czy zamartwiać się, że może jeszcze za wcześnie na podejmowanie ryzyka stałego związku. Ale i oni musieli przecież wiedzieć, że rozwódka z małym dzieckiem, nawet jeśli jest atrakcyjna i całkiem dobrze sytuowana, zawsze będzie postrzegana jako „towar z niższej półki”.

Zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli zadzwoni do Igora, już nie będzie w stanie odmówić mu wyjścia. A potem? Potem się zobaczy. Może gdyby na własne oczy zobaczyła jego żonę, nabrałaby wątpliwości, ale krzywdzenie nieznanej osoby czy podmywanie nieco abstrakcyjnej relacji było przecież nieporównywalnie prostsze.

A Tymek? Tymek najwyraźniej ją polubił…

***

– Chciałem zabrać cię do jakiegoś kina w starym stylu, jeśli znalazłbym jeszcze takie w tym mieście, ale pomyślałem, że skoro po raz pierwszy zobaczyliśmy się w galerii, to może wróćmy do punktu wyjścia… – powiedział nieco speszony. – Magda, dzięki, że zgodziłaś się przyjść.

– Dziękuję za zaproszenie. I za róże! Co u Tymka?

– Dobrze, wózek mu służy. – Uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Cieszę się. A jak się czuje twoja żona?

Spojrzał na nią zakłopotany, jakby starał się odgadnąć jej intencje.

– Odlicza dni.

– Nie chciałbyś przy niej być? Pomóc jej przy liczeniu?

– Wybacz, ale nie wiem, czy cię dobrze rozumiem…

– Nieważne, przecież przyszliśmy się odprężyć. – Sama nie wiedziała, co ją napadło, ale raz wypowiedzianych pytań nie dało się już cofnąć; co więcej – gdyby miała możliwość wyboru, zadałaby je jeszcze raz, dokładnie w tak samo bolesny dla niego sposób.

– Wybrałem dramat obyczajowy… – Na jego twarzy zagościł uśmiech, tym razem najwyraźniej wymuszony.

– Mało jest dramatów w życiu i w telewizji? – spytała, zbijając go z tropu.

Dlaczego jadę tak ostro? – zastanawiała się. Przecież mogła od razu odmówić, jeśli w głębi duszy odczuwała jakikolwiek dyskomfort. Dlaczego teraz nie potrafiła się po prostu zrelaksować i czerpać przyjemność z tego spotkania i wspólnego wieczoru, skoro już zgodziła się mu towarzyszyć? Stać ją było jedynie na wypowiadanie cierpkich uwag. Nie można jednocześnie wodzić na pokuszenie i zbawiać od złego.

– Wybacz, ale mam wrażenie, że coś jest nie tak… – dodał cicho, zatrzymując się.

Zabrzmiało to wyjątkowo niefortunnie. Przecież cała ta sytuacja była niestosowna. Czuła, że w środku ogarnia ją złość na niego i na siebie samą, że pojawiają się dokuczliwe wyrzuty; nagle tamta kobieta, leżąca z dłońmi na zaokrąglonym brzuchu, zmaterializowała się. Magda wyobraziła sobie, jak biega przy niej Tymek, dając jej do wiwatu, a ona nieporadnie usiłuje doprowadzić go do porządku pod nieobecność ojca, który rozczula się nad wymyślonymi przez scenarzystę problemami ekranowych postaci.

– Nie, wszystko w porządku. Przepraszam cię, miałam ciężki dzień – wyjaśniła, zdając sobie sprawę, że wcale nie brzmi przekonująco. Na szczęście zaraz wejdą do kina i po bloku reklamowym na około półtorej godziny utkną w mroku i wówczas ona będzie mogła zebrać myśli, odpowiadając sobie na pytanie, co właściwie tu robi i czy potem nagle nie „przypomni się” jej, że musi natychmiast odebrać Natalkę od dziadków. Zresztą ciekawe, jak daleko on zamierzał się dzisiaj posunąć. Może niepotrzebnie dopisywała ciąg dalszy, może niesprawiedliwie przypisywała mu złe intencje – ostatecznie znajomi mieli prawo spotkać się czasem w kinie i na kawie bez jakichś dodatkowych podtekstów. Ale przecież takie myślenie było niesłychanie naiwne i szczeniackie – ta znajomość na kilometr naznaczona było seksualnymi podtekstami – począwszy od kartki, którą zgubiła, a którą on bezlitośnie przy niej analizował, a skończywszy na jego spojrzeniu, różach i samym zaproszeniu. Przyjęła propozycję spotkania, więc godziła się na tę fałszywą wstępną grę pozorów, a teraz, wysyłając mu jakieś dziwne, sprzeczne ze swoim wcześniejszym postępowaniem sygnały, musiała wprawiać go w niezłą konsternację.

Ciekawe, co zaplanował na później? Hotel? A może łudził się, że ona zaprosi go do własnego mieszkania? Jak bardzo zamierzał posunąć się w swojej inwencji, a jak daleko sięgała jego bezczelność?

I najważniejsza dla niej kwestia – czy ona w ogóle była zainteresowana poznawaniem odpowiedzi na te pytania?

Boże, co za nieznośny film. Facet idealista wrócił z wojny w Afganistanie i odreagowywał na żonie rozliczne traumy, których nabawił się, wojując z talibami o świat wolny od terroryzmu. Ona naiwnie liczyła na to, że go zmieni, że pomoże mu się otrząsnąć z wojennych wspomnień i rozproszyć upiory okropnych doświadczeń, a on tylko pogrążał się w dziwnych, niekontrolowanych zachowaniach oraz – co było bardzo przewidywalne – alkoholizmie. W końcu, kiedy bardzo poważnie zachorowało ich dziecko, a ona, płacząc, stwierdziła, że potrzebuje go jak nigdy przedtem, oświadczył jej, że w obliczu nowych wyzwań zmieni się i wyruszy na największą walkę swojego życia.

Starała się nie patrzeć na przejętą twarz Igora, żeby nie odczuwać zażenowania. Kilka razy parsknęła śmiechem, wzbudzając jego nieskrywane zdziwienie, a potem – odniosła takie wrażenie – również złość.

W końcówce filmu, kiedy ojciec dziecka jako dawca poddał się skomplikowanej operacji z narażeniem własnego życia, żeby tylko zwiększyć szanse swojego potomka i kiedy na stole operacyjnym odzyskał świadomość, snując wojenne retrospekcje (koledzy rozrywani przez granaty, śmierć przypadkowych cywilów), Magda szepnęła Igorowi do ucha, że musi wyjść na chwilę do toalety. Ten był do tego stopnia pochłonięty tym, co działo się na ekranie, że już prawie nie zwracał na nią uwagi.

Postanowiła mu nie przeszkadzać – już nie wróciła.

Najwyraźniej zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością, zaczął do niej wydzwaniać, ale ona – mimo wolnego sygnału – konsekwentnie nie odbierała. Zostawiał jakieś nerwowe pytania, a potem dramatyczne przemowy na sekretarce, ale ona nie miała ani ochoty, ani cierpliwości ich odsłuchiwać.

Prosto z galerii pojechała do rodziców. Natalka, widząc matkę, rzuciła jej się z utęsknieniem na szyję.

– Jesteś wcześniej – zauważył ojciec Magdy. – Coś się stało?

– Nic, po prostu mała zmiana planów – odpowiedziała spokojnie. – W końcu najważniejsza jest rodzina.

Wiedziała, że kiedy wróci do domu, córka prawie natychmiast uśnie i kolejny wieczór a potem także noc, przyjdzie jej spędzić samotnie.

Ale dziś bolało ją to trochę mniej niż zwykle.

II.BAJKA

To takie niebanalne! Rozwodzić się z klasą: szybko, profesjonalnie i bez niepotrzebnych słów. Agnieszka postanowiła odejść od swojego męża, a on pozwolił jej to zrobić, nie wszczynając awantur, w których łzy mieszałyby się z krzykiem, nieskrywaną goryczą i litanią pretensji.

To miały być tylko jego łzy, a z nimi nie chciał się przed żoną obnosić. Bo znaczyłoby to, że poddał się taniej nostalgii, a tym samym przyznał się do druzgoczącej porażki.

Amelka, ich mała córeczka – to przede wszystkim przez wzgląd na nią postanowił trzymać fason. Nie chciał burzyć jej poukładanego, szczęśliwego, dziecięcego świata krzykami, kłótniami i trzaskaniem drzwiami. Jeszcze nie wiedział, że ta wspaniałomyślność i tak przez nikogo nie będzie doceniona. Kiedy uświadomił sobie to ostatnie, było już trochę późno, ale wcale nie zamierzał się poddawać.

– Czy ty słyszysz, co mówisz, Agnieszko? Żądasz ode mnie, bym wyrzekł się swojego dziecka, bym zostawił ciebie i Amelię w spokoju, bo zachciało ci się rozwodu? Powtarzam po raz kolejny: nie ja go chcę i jak sądzę, nie chce go Amelka! – Głos Tomka podniósł się o jedną oktawę wyżej.

Stan szoku miał już za sobą. Przypomniał sobie moment, w którym mózg nie przyswaja już informacji niemieszczących się w granicach wyobraźni. Nieoczekiwany cios w splot słoneczny duszy i ból tak potężny, że umysł odmawia współpracy. Pozostało mu jedynie pozbierać skorupy żalu i gniewu. Teraz musi zrobić wszystko, by zachować stały i częsty kontakt ze swoim dzieckiem, próbując jakoś dalej żyć. Jakoś…

Rodzina jak z reklamowego obrazka. Oboje młodzi, zamożni, przystojni. Dla przypadkowego przechodnia stanowili uśmiechniętą, kochającą się i zadowoloną z życia parę – szczęśliwych rodziców uroczej dziewczynki. Agnieszka i Tomasz postanowili spędzić ostatnie wspólne chwile w zgodnym, rodzinnym gronie ze względu na córkę. Dziś były jej szóste urodziny. Z powodu kapryśnej aury zdecydowali się pozostać w galerii trochę dłużej niż zwykle. Zamierzali odwiedzić lodziarnię, salę zabaw i wybrać prezent dla małej.

– Pozwalam ci odejść, bo stwierdziłaś – niemal z dnia na dzień – że przestałaś mnie kochać. Pozwalam ci to zrobić, nie wydrapując ci oczu i nie skacząc do gardła, a teraz jestem tutaj z tobą i Amelią. Przede wszystkim dla niej. I obiecuję, że tak zostanie. Amelia będzie miała ojca, choć tobie przestało się już chcieć mieć męża. Ojciec – wiesz, kto to taki? To praktyczne i dość duże stworzenie, które chroni swoje dziecko. Czasem się z nim bawi. I opowiada mu bajki na dobranoc. Ale przede wszystkim jest…

Agnieszka oparła brodę na złączonych palcach dłoni i popatrzyła na męża z nieskrywaną ironią.

Tomasz chwycił jej nadgarstek i ścisnął go z całej siły. Odruchowo zadał jej ból, jakby tak chciał się odciąć od swojego.

– Puść mnie. To boli! – syknęła Agnieszka, próbując uwolnić rękę.

Mężczyzna rozluźnił uścisk i popatrzył na córkę. Jego mała, ukochana istotka. Była dla niego całym światem. Żył głównie dla niej.

– To ty zadajesz mi ból, Agnieszko – powiedział cicho.

– Tatusiu, tatusiu! – Amelka podbiegła do ojca, obejrzawszy wcześniej widowiskowy pokaz tryskającej wodą fontanny. – Chodź ze mną, pokażę ci ukrytą żabkę!

– To wy sobie idźcie do żabek, bocianów i fontanny, a ja zrobię swoje zakupy i za pół godziny albo nie, za godzinę, spotkajmy się w tym samym miejscu. – Agnieszka miała dość tego przedstawienia i nieuzasadnionych, w swoim mniemaniu, pretensji Tomka. Nie czekając na odpowiedź, wykorzystała moment, by odizolować się od irytującego tematu. Pomachała córce, posłała jej buziaka i odeszła szybkim krokiem w stronę sklepów z damską odzieżą.

– Chodź, pokaż mi, gdzie ukryła się ta zielona żaba o wielkich oczach. Myślisz, że jest tutaj również jakiś książę, który jednym pocałunkiem zamieni ją w piękną księżniczkę?

– Tak! Na pewno gdzieś jest! – Entuzjazm Amelki był nie do ugaszenia.

– W takim razie poszukajmy go razem. Chodź, moja królewno. – Tomek chwycił córkę za ciepłą rączkę.

Córki to wspaniały prezent od życia – pomyślał.

Nie był to jednak właściwy czas na odnalezienie prawdziwego królewicza albo żaba była tylko zwyczajną żabą. Amelia z ojcem wrócili do stolika i zamówili dużą porcję lodów.

– Tatusiu, ja ciebie tak bardzo proszę, opowiedz mi jakąś ładną bajkę. Ty tak cudnie opowiadasz… Proszę…

– Teraz? Tutaj?

– Tu jest przecież tak ładnie. Jak w bajce. Zobacz, ile tu jest światełek, jak tu kolorowo… Może zaraz nadejdzie jakiś królewicz. – Amelka uśmiechnęła się, ukazując dwa rozkoszne dołeczki idealnie wyrzeźbione w okrągłych policzkach.

Tomasz uśmiechnął się z czułością. Nikogo na świecie nie kochał bardziej od tej małej, słodkiej istotki.

– Spróbujmy więc. Dawno, dawno temu… Tak przecież zaczyna się każda prawdziwa bajka, prawda?

– Yhm. – Amelia skinęła głową na znak pełnej zgody.

– W dalekim kraju, choć może wcale nie takim dalekim, istniało pewne miasto o bogactwie tak wielkim i nieprzebranym, że nie śniło się to żadnemu człowiekowi. Z daleka wyglądało jak promienne, mieniące się w blasku słońca i księżyca złoto. Być może – myśleli podróżni – za murami tego pięknego miasta bije źródło wiecznej młodości… Może w nim – zastanawiali się wędrowcy sycący swoje oczy jego wspaniałościami – znajduje się przejście do raju, krainy wiecznej szczęśliwości i radości? Kiedy słońce zachodziło za horyzont, miasto powoli zatapiało się w ciemnościach, a złoto przestawało się mienić. Aby znów ujrzeć jego blask, trzeba było przeczekać ciemną noc, a na straży postawić syreny nawołujące gwiazdy, by oświetlały wszystkie uliczki i domy. Mieszkańcy tego rozległego i bogatego grodu wiedzieli, że jest ono początkiem wszystkich podróży, a jednocześnie ich końcem. Rozumieli, że jeśli wyruszą stąd do innych miejsc na świecie, zawsze będą chcieli tu wrócić, a jeżeli ktoś obcy zabłąka się tutaj, zawsze będzie chciał pozostać w tym mieście.

– Tatusiu, opowiedz mi, co było w tym mieście! – zawołała zniecierpliwiona dziewczynka.

– Zaraz ci wszystko opowiem. Najpierw musisz poznać króla. Miał na imię Rasul, co znaczy anioł, i mimo całego bogactwa i przepychu, które były w jego zasięgu, nie czuł się całkiem szczęśliwy.

– Dlaczego? Może jednak nie miał dużo pieniędzy i nie mógł sobie kupić wszystkiego?

– Król Rasul był naprawdę bardzo, ale to bardzo bogaty. Do niego należał każdy dom i każdy skrawek królestwa, a wszelkie potrzeby, kaprysy, najbardziej wyszukane pragnienia i najwymyślniejsze zachcianki spełniała jego służba. Jednak było coś, co nie dawało mu spokoju; coś, o czym skrycie marzył.

– Co to było? Może nie miał swojego pokoiku, tak ładnego, kolorowego, z falbankami, jak ja mam?

– Kochanie, z rzeczy ziemskich król mógł mieć wszystko na zawołanie. Jego marzenia jednak dotyczyły czegoś, czego nie można było kupić za złote dukaty, a tych miał bardzo dużo. O jego marzeniu śpiewał wiatr i ptaki na drzewach. Ich zapach wyczuwał w wieczornym powietrzu i bryzie morskich fal. Coś króla przywoływało, coś go wabiło, coś zawodziło mu w sercu, a on nie wiedział nawet, jak i gdzie tego szukać. Nie wiedział, jakie imię nadać swojej tęsknocie. Radził się najznamienitszych mędrców, szukał porady u magów i czarowników, ale oni bezradnie rozkładali ręce. Nikt nie potrafił mu pomóc. Sam musiał znaleźć drogę do swoich ukrytych marzeń.

– Może trzeba mu było opowiedzieć jakąś bajkę. Czy mieszkał w tym pałacu ktoś, kto umiał opowiadać bajki tak jak ty?

– Chyba nie. Król był dorosły, a bajki opowiada się tylko dzieciom.

– Czy dorośli nie potrzebują bajek?

– Potrzebują, ale trochę innych niż te, które ja opowiadam tobie. Gdy król był młody, uczono go sztuk walki, pokonywania nieprzyjaciół, uczono go samodzielności i trzymania języka za zębami.

– O tak? Zobacz, ja też potrafię trzymać język za zębami. – Amelka zaprezentowała umiejętność wystawiania i chowania języka za małe ząbki.

– Potrafisz, to prawda. Mówiłem ci przecież, że jesteś małą królewną. Króla uczono milczeć, gdy nie ma nic do powiedzenia, mówiono mu o potrzebie godności i dumie przegranych, o trudnej sztuce wyrzeczeń i rezygnacji z własnych pragnień. Musiał się nauczyć, czym są prawdziwa pokora i skromność. Były jednak sprawy, o których nikt nigdy królowi nie powiedział, a które przeczuwał, że są bardzo ważne, a może najważniejsze w życiu.

– A co to za ważne sprawy?

– Widzisz, król Rasul coraz częściej odczuwał swoją tęsknotę. Tęsknił za lepszym światem, w którym nie musiałby już zabijać nieprzyjaciół. Za światem, w którym odnalazłby równego sobie, kogo mógłby uznać za swojego brata i okazać mu wielkie zaufanie. Którego mógłby traktować jak najlepszego przyjaciela. Z którym mógłby swobodnie rozmawiać o wszystkim i nie bać się, że zostanie źle zrozumiany i niewłaściwie osądzony. Jako król chciał stworzyć w swoim królestwie taki świat, w którym nie musiałby nikogo więzić ani karać tylko dlatego, że ma inne zdanie od niego. Chciał, by w takim świecie królowała radość płynąca ze szczerej, otwartej rozmowy.

– To dlaczego nie stworzył takiego kraju? – zastanawiała się głośno Amelka.

– Ponieważ w świecie było bardzo dużo zła. Niektórzy ludzie umieją wykorzystać czyjeś dobro w złych celach. W krainie, która w pełni należała do niego, nie było nikogo, kto byłby mu szczególnie bliski. Król Rasul czuł się bardzo samotny. Nie zadowalało go sprawowanie władzy i honory. Nie był spełnionym człowiekiem. Czuł się tak, jakby mu czegoś albo kogoś brakowało. Chciał stworzyć coś z siebie, coś prawdziwego, coś, co pozwoliłoby mu budzić się z uśmiechem na ustach.

– I co zrobił, tatusiu, opowiedz! Czy król stał się w końcu szczęśliwym człowiekiem?

– A może zamówimy jeszcze po jakimś ciastku? Lepiej mi się opowiada, gdy jem coś pysznego.

– O tak! Ja też poproszę! Dużą porcję ciasta z bitą śmietaną, dobrze?

– Dobrze.

Kiedy kelnerka przyjęła zamówienie, Tomasz wrócił do swojej opowieści.

– Pewnego dnia do wrót miasta zapukał ubogi podróżnik ze swoją młodziutką córką. Wędrowali już bardzo długo i potrzebowali schronienia i odpoczynku. Poprosili strażników strzegących bram, by mogli wejść i przez kilka dni odpocząć. Strażnicy mieli jasno określone, kogo mogą wpuszczać, a kogo nie. Ci ludzie wydali się im godni zaufania. Podróżni po kilku dniach pobytu w mieście chcieli się zobaczyć z królem, ponieważ tak jak inni wędrowcy, zapragnęli pozostać w tym pięknym miejscu już na zawsze. Król, mimo licznych obowiązków, przyjął sędziwego człowieka i jego uroczą córkę. Jej piękna twarz ukryta była za specjalną zasłoną. Widoczne były jej oczy. Tylko one, ponieważ kobietom w tamtym kraju nie wolno było odsłaniać twarzy przed obcymi. Król, po krótkiej rozmowie z przybyszami, zgodził się, by zostali w mieście. Postawił jeden warunek: mieli robić coś pożytecznego. Starszy człowiek miał pomagać rachmistrzom w prowadzeniu rachunków i prowadzić spis ksiąg w wielkiej bibliotece, z kolei dla młodej kobiety znalazł nietypowe zajęcie. Miała przychodzić codziennie na królewski dwór, by czytać mu na głos różne książki i zabawiać go rozmową.

– A skąd król Rasul wiedział, że ona umie czytać i że lubi rozmawiać?

– Nie wiem. Może to przeczuwał. Może rozmawiając z nią, przekonał się, że to mądra i inteligentna kobieta. A może dostrzegł w jej oczach coś, czego inny człowiek nie zobaczyłby od razu, po tak krótkiej rozmowie. W tym czasie w mieście odbywała się wielka uroczystość, święto, podczas którego ludzie wychodzili na ulicę, śpiewając i głośno krzycząc. Król stawał na ukwieconym tarasie i wykrzykiwał: „Ludzie! Bądźcie hałaśliwi! Radujcie się i śpiewajcie! Niech będzie głośno i hucznie! Dźwięki to życie, a ja chcę słyszeć, że moje miasto naprawdę żyje!”.

– Cieszyli się tak jak ja, kiedy zabieracie mnie do wesołego miasteczka albo gdy jedziemy do babci na wieś! – wykrzyknęła radośnie dziewczynka.

– Dokładnie tak. Jednak król nie uczestniczył w tym święcie. Wolał spędzać ten czas w pałacowej komnacie. Od jakiegoś czasu bardzo polubił towarzystwo młodej kobiety.

– A jak ona miała na imię?

– Tarika. Wiesz, jakie znaczenie ma to imię?

– Nie.

– Gwiazda. W pewnym momencie król Rasul zrozumiał coś bardzo ważnego. Jakby Tarika obróciła delikatnie i niepostrzeżenie klucz, który otworzył jego serce. Poczuł coś całym sobą, podobnie jak ty, gdy bardzo czegoś chcesz.

– O tak! Na przykład tego różowego, ślicznego kucyka Pony!

– Poczuł, że chciałby mieć najprawdziwszy dom – kontynuował tymczasem Tomasz. – Taki, w którym ktoś, kogo z całego serca pokocha, będzie zawsze na niego czekać. Dom, w którym będzie mógł prawdziwie odpocząć, gdy wróci z wojny albo po wypełnieniu innych trudnych obowiązków. Chciałby zamieszkać w tym domu z piękną i mądrą kobietą, która będzie dla niego dobra i czuła, z którą będzie rozmawiać tak jak z sobą samym. Rasul rozczarował się światem, bardzo mu doskwierała samotność, a świat miał dla niego gorzki smak, mimo tego, że jako król Rasul mógł mieć wszystko.

– I co? Zakochał się w Tarice? To ona była tą piękną kobietą? Pokazała mu w końcu swoją buzię?

– Przyszedł dzień, w którym król poprosił młodziutką Tarikę, by ściągnęła z twarzy zasłonę. Popatrzył na nią i…

– I?

– Poczuł się tak, jakby ktoś wyczarował przed nim nową, niezwykle piękną krainę. To było doznanie, które wykraczało poza wszystko, co do tej pory znał i widział. Tarika była prześliczna.

– Jak mama?

– Jak mama. Król szybko ogłosił zaręczyny, potem było wielkie i huczne wesele. Świętowano przez cały tydzień, a radość króla rosła z każdym mijającym dniem. Od tej chwili Rasul i królowa Tarika bardzo się cieszyli swoim towarzystwem. Ojciec Tariki zamieszkał również w pałacu. Jednak…

– Co? Czy Tarika tęskniła za swoim byłym domem? Tak jak ja za naszym ukochanym domem, z którego musieliśmy się wyprowadzić?

– Nie, ona była bardzo zadowolona, że mieszka w królewskim mieście, i dumna z tego, że jej mąż jest królem. Nie mogła sobie wyobrazić lepszego życia, ale… Czegoś im wciąż brakowało. Król wiedział, że nie dostał jeszcze skarbu, co do którego był przekonany, że istnieje i że stworzony jest tylko dla niego. Był oczywiście bardzo szczęśliwy, podobnie jak Tarika, jednak wciąż czuł niedosyt.

– Może chciał nowe auto? Może potrzebował nowego przyjaciela?

– Dobra materialne miał, jakie chciał, a i serdecznych ludzi nie brakowało w jego otoczeniu. Pewnego dnia, gdy walczył na wojnie, posłaniec dostarczył mu wiadomość z pałacu. Dowiedział się z niej, że jego żona urodziła mu córeczkę. Śliczną i zdrową Sarę. A imię Sara znaczy księżniczka. Król nie posiadał się ze szczęścia. Chciał natychmiast wracać do pałacu, jednak musiał jeszcze zostać kilkanaście tygodni na wojnie. Nie mógł się doczekać powrotu do domu. Odliczał kolejne mijające dni. Kiedy, bardzo stęskniony, wrócił do domu, mała Sara umiała już sama siedzieć. I wiesz, co się stało?

– Co tatusiu? Powiedz szybko!

– Kiedy maleńka Sara, dziewczynka o ciemnych i kręconych włoskach, zobaczyła po raz pierwszy swojego tatę, prześlicznie się do niego uśmiechnęła, pokazując dwa maleńkie ząbki. A on stał oczarowany w progu komnaty. Dopiero wtedy zrozumiał, że właśnie na ten skarb tyle czekał i że to on czyni go w pełni szczęśliwym człowiekiem. Prawdziwy klejnot, niczym diament, krył się w uśmiechu jego córeczki.

Mała Amelka podniosła oczy na tatę i uśmiechnęła się promiennie.

– O, mama! – krzyknęła rozradowana i pobiegła w stronę Agnieszki obładowanej zakupami. – Tata opowiedział mi taką śliczną bajkę o królu, królowej i ich największym skarbie. Opowiem ci w domu, dobrze? Koniecznie musisz jej posłuchać!

ŻYCIE

Rozwód bez orzekania o winie pozwala zaoszczędzić stronom nerwów i czasu. Zamiast wyciągania i prania brudów, wzajemnych oskarżeń, małostkowej chronologii, przerzucania się opowieściami świadków i kompromitującymi wydrukami esemesów, maili i screenów z portali społecznościowych – w miarę możliwości spokojne i rzeczowe wyjaśnienie, dlaczego w tym przypadku można mówić o zaistnieniu przesłanek z artykułu pięćdziesiątego szóstego, to jest o trwałym i zupełnym rozkładzie pożycia. Oczywiście, tam gdzie pojawia się małoletnie dziecko (lub dzieci) stron, sprawa się bardzo komplikuje. Trzeba przecież ustalić wysokość alimentów (przeciąganie liny o każde sto złotych), kwestię miejsca pobytu, wykonywania władzy rodzicielskiej i kontaktów z dzieckiem.

O ile pierwotnie ich wizja sparowania władzy rodzicielskiej po rozwodzie była zbieżna – pozostawienie jej obojgu rodzicom z jednoczesnym ustaleniem miejsca pobytu przy matce – i o ile co do alimentów osiągnęli pewien kompromis, o tyle samo ustalenie kontaktów zdecydowanie ich poróżniło, a osiągnięcie porozumienia w tej kwestii wydawało się niemożliwe. To z kolei sprawiło, że Agnieszka zmieniła swoje żądanie i wystąpiła o ograniczenie władzy rodzicielskiej męża. Trwała przepychanka – czy Amelka miała spotykać się z ojcem w każdy weekend (czego chciał Tomasz, a co Agnieszka uznała za uciążliwe dla małej), czy też co drugi. Jak podzielić ferie, wakacje i święta, żeby każde z nich skorzystało na tym z osobna, skoro już nie chcieli cieszyć się swoją wzajemną obecnością razem? Cały ich dotychczasowy wspólny świat miał być podzielony na niezbyt pasujące do siebie kawałki.

Ostatecznie, po czterech rozprawach rozciągniętych w czasie dziesięciu miesięcy, zapadł wyrok orzekający rozwód. Mimo że jego ostateczny kształt nie odpowiadał Tomaszowi, zdecydował się nie składać apelacji, więc orzeczenie sądu pierwszej instancji szybko się uprawomocniło. W tym czasie każde z nich próbowało wpasować się w nowy kształt życia. Mając dość sądowych batalii, podział majątku zrobili już notarialnie. Mieszkanie zostało przy niej, on miał być przez wiele lat spłacany. Wrócił do zrzędliwej matki, od której wciąż tylko wysłuchiwał, że doprowadził swoje życie do ruiny i że sam jest sobie winien. Kiedy pytał ją, na czym niby miałaby polegać jego wina, zamiast odpowiedzieć, machała tylko ręką. Ciągle wypominała mu też, że zawraca jej głowę na stare lata, a ona przecież chciała jeszcze w spokoju trochę pożyć i również w spokoju zamknąć oczy.

– Mogłeś sobie wziąć prawnika, chyba cię na to jeszcze stać. A nie jak ta sierota… Zjedli cię tam, ona razem z tą sędzią. Nawet się nie odwołałeś. Wiesz, jakich upokorzeń doznałam jako świadek? I wszystko na nic! – biła w niego, rozdrapując niezabliźnione jeszcze rany.

– Chciałem, żeby szybko było po wszystkim… Głównie dla Amelki.

– Chciałeś, chciałeś! I co teraz z tego masz? Ani mieszkania, ani dziecka.

Kiedy demonstracyjnie zamieniała złość w szloch, wychodził z mieszkania, żeby tego nie słuchać. Umarła po kilku miesiącach ze zgryzoty – zanim zdążył się wyprowadzić. Agnieszka nie przyjechała na pogrzeb, ale trzeba jej oddać, że nie robiła przeszkód, żeby Amelka pożegnała babcię.

– Ach, jakie to byłoby banalne, gdybym teraz zaczął pić – użalał się nad sobą Tomasz, ale nie zamierzał się bardziej pogrążać.

Wręcz przeciwnie, chciał wreszcie wziąć się za siebie i zacząć zbierać rozsypane elementy swojego życia, a potem poskładać je w coś, co miałoby jakiś sensowny, prospektywny kształt. Szarpane spotkania z Amelką były dla niego torturą. Ten nieustanny stan zawieszenia pomiędzy przyzwyczajaniem się do jej obecności i akceptowaniem jej braku. Godzenia się ze świadomością, że chociaż władza rodzicielska przysługuje ostatecznie obojgu, to tak naprawdę Amelka należy już tylko do Agnieszki. Miał tego dojmujące poczucie, widząc, jak córka w naturalny sposób oddala się od niego, jak spotkaniom z nim towarzyszy coraz mniejsza radość z jej strony, a czasem wręcz czuł, jakby coś na niej wymuszał, a ona godziła się tylko po to, żeby nie sprawić mu przykrości. Natomiast coraz częściej i z coraz większym entuzjazmem Amelka opowiadała o „panu Wojtku”, „wujku Wojtku” i wreszcie „Wojtku”. A to, że zabrał ją i mamę do zoo, a to, że byli w parku rozrywki, a to, że na zakupach w galerii mogła sobie wybrać największego pluszaka z wystawy, choć Wojtek się podobno śmiał, że jest już za duża na takie zabawki. Z obcym mężczyzną w życiu jego byłej żony był w stanie się pogodzić, ale z obcym mężczyzną w życiu jego córeczki – zastępującym go i wchodzącym w przestrzeń, która należała do niego – już nie.

Zaczęła go obsesyjnie dręczyć myśl, kim jest ten cały Wojtek, i pytanie, jak długo Agnieszka go zna. Owszem, jeszcze w trakcie rozwodu docierały do jego uszu informacje, że Agnieszka z kimś się spotyka, ale wtedy zakładał, że to jakieś nadinterpretacje czynione po to, żeby zrobić mu na złość, wzbudzić w nim zazdrość czy przekonanie, że jego żona poradzi sobie w życiu. Nie nadawał im zatem szczególnego znaczenia i nie wykorzystywał w sądowej rozgrywce przeciwko niej, szczególnie że prawnik podpowiedział mu, że to i tak nie będzie miało większego znaczenia dla ustalenia kwestii związanych z córką.

Ale co, jeśli ten Wojtek pojawił się wcześniej, bez jego wiedzy i świadomości? Co, jeśli był bezpośrednią czy nawet pośrednią przyczyną jego dramatu, zabierając skutecznie, kawałek po kawałku to, co należało do niego? Niszcząc w tajemnicy przed nim to, co on budował przez te wszystkie lata… Dlaczego był tak ślepy, że nie zauważył, jak obok niego dokonywało się coś tak destrukcyjnego? Czy Agnieszka, która uciekła najpierw od niego, a potem od prawdy o nich, była gotowa na szczerą rozmowę, która uporządkowałaby tę fragmentaryczną wiedzę, jaka do tej pory musiała mu wystarczyć, a jaka domagała się od niego uzupełnienia w imię tak pożądanego spokoju wewnętrznego?

Utrzymywali ze sobą szczątkowy kontakt, na ogół związany z przekazywaniem i odbieraniem Amelki. Do tej pory nie wnikali w niuanse swoich odrębnych już bytów – nie wiedział, na ile było to oczywiste, a na ile spowodowane z jego strony strachem przed uświadomieniem sobie, że ona bez niego mogła się jednak faktycznie obyć, a on bez niej już niekoniecznie. Trudno czasami orzec, kiedy prawda wyzwala, a kiedy zniewala. Kiedy pozwala odciąć się od przeszłości, a kiedy coraz bardziej człowieka w niej pogrąża.

***

Spotkali się w galerii.

– W dalszym ciągu nie uważam, że to spotkanie jest dobrym pomysłem – powiedziała, pochylając się nad szklanką swojej ulubionej zielonej herbaty, która – jak twierdziła – zabijała w niej wszystkie wolne rodniki i przyczyniała się do znakomitego sampoczucia.

– Przecież nie widujemy się praktycznie wcale. W ogóle ze sobą nie rozmawiamy. Chcesz się ode mnie zupełnie odciąć? Możemy się chyba normalnie spotkać i porozmawiać jak ludzie… – odparł nieco bełkotliwie.

– O czym chciałbyś porozmawiać? O Amelce?

– Wiem, że wszystko, co dla niej robisz, leży w jej interesie. A ty wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.

– Po co te banały? – Zmrużyła oczy. – Tomek, kawa na ławę.

– Dobrze… – Zawahał się i utkwił w niej nieco speszony wzrok. Jej pewność siebie go przytłaczała. – Nie o Amelce chcę rozmawiać, a o nas.

– O jakich „nas”? Nie ma już „nas”!

– Ale jest nasza przeszłość i są pytania.

– Wszystko sobie wyjaśniliśmy – rzuciła zniecierpliwiona, odwracając wzrok.

– Nic sobie nie wyjaśniliśmy. Wiesz dobrze, że całe to postępowanie dowodowe przed sądem to był cyrk, a mnie przypadła rola błazna. Z każdym dniem coraz bardziej sobie to uświadamiam.

Zaśmiała się mimowolnie.

– Z czego się śmiejesz? To nie było fair – rzucił poirytowany.

– Ale o co ci chodzi? Przecież to sędzia biła pianę.

– Ale to ty zgłaszałaś konkretne wnioski dowodowe! Dostarczałaś jej tylko amunicję. Nawet nie musiałaś się specjalnie wysilać.

– Daj już spokój… Było, minęło.

– Powiedz mi, kim jest ten Wojtek? – wydobył z siebie wreszcie.

– A więc o to ci od początku chodziło! Sprowadziłeś mnie tu po to, żeby spytać, jak układam sobie życie?

– Wiesz, że życzę ci wszystkiego, co najlepsze…

– Doceniam twoją troskę, ale uwierz, poradzę sobie bez niej. I bez tych wszystkich banałów.

– Ale myślę, że mam prawo wiedzieć, kim jest Wojtek. Ostatecznie, jak rozumiem, będzie wychowywał moją córkę.

– Naszą córkę. Co chciałbyś wiedzieć? Jaki jest w łóżku?

– Przestań, do cholery! – krzyknął tak głośno, że okoliczne twarze zwróciły się ku nim równocześnie z zaciekawieniem i zażenowaniem. Po chwili pochylił się w jej kierunku i dodał, zniżając nieco głos: – Mam nieodparte wrażenie, że stałaś się innym człowiekiem.

– Bo nie masz już na mnie wpływu? Tomek, nie bądź żałosny. Przecież wiadomo, że takie doświadczenia jak rozwód zmieniają człowieka. Że trzeba odnaleźć się w nowej rzeczywistości. I tu nie chodzi o zmiany duchowe, ale o zwykłe przystosowanie.

– Właśnie – jak nowa była to dla ciebie rzeczywistość? Cały ten Wojtek… Powiedz mi wreszcie – jak długo się znacie?

– Nie wiem, do czego zmierzasz. Czy to naprawdę coś zmieni, jeśli się dowiesz? Wiesz, że Amelka jest dla mnie ważniejsza niż osobiste szczęście. Wojtek jest dla niej dobry. I to ci powinno wystarczyć.

– Pytałem po prostu, jak długo go znasz. Skąd się wziął w twoim życiu. – Nie dawał za wygraną.

– Boże, Tomek… Czy musimy przez to przechodzić?

– Nie przypominam sobie, żebyś o nim kiedykolwiek wspominała – parł.

– Powiedz wprost – czy naprawdę myślisz, że zostawiłam cię z jego powodu, i oczekujesz ode mnie potwierdzenia?

– A potwierdzisz? Czy może – kurtuazyjnie – nie potwierdzisz i nie zaprzeczysz?

– Tomek, gdybym cię kochała, nie odeszłabym od ciebie. Czy to takie trudne do ogarnięcia? Reszta jest w tej chwili bez znaczenia.