Francuskie love story - Natalia Sońska - ebook + książka
BESTSELLER

Francuskie love story ebook

Sońska Natalia

4,3

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Gorąca, malownicza Prowansja. Lawendowe pola odurzające swoim zapachem i winnice pełne dojrzewających winogron. Brzmi jak raj na ziemi?

To tu wakacje spędza Lena, pełna życia dziewczyna, która z łatwością zjednuje sobie ludzi. Przyjechała w okolice Awinionu, by wesprzeć ciotkę i wujka w ich codziennej pracy na plantacji. Dogląda pól lawendy i pomaga w rozwinięciu niewielkiej winnicy.

Dziewczyna poznaje Marcela, rzeczowego i skupionego na pracy Francuza. Pierwsze spotkanie z synem nowych współpracowników jest raczej burzliwe i pełne nieporozumień. Pada mnóstwo gorzkich słów, ale z czasem młodzi przekonują się do siebie i zaczynają działać na rzecz wspólnego biznesu. Urokliwe miejsca, które razem odwiedzają, sprzyjają rozwojowi letniego romansu…

Wino i słońce rozluźniają atmosferę i pobudzają wyobraźnię. Czy to dobry moment, by zatracić się całkowicie we francuskim klimacie i choć na chwilę zapomnieć o obowiązkach? Zwłaszcza że fiołkowe spojrzenie Leny oczarowuje nie tylko Marcela…

Pozwól zabrać się w podróż pełną emocji i… wakacyjnego szaleństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (146 ocen)
88
31
20
4
3
Sortuj według:
Polaska

Z braku laku…

Nudna jak .....
20
Asertia

Nie oderwiesz się od lektury

wspaniała, relaksująca, aż czuć francuski klimat. można przewidzieć zakończenie, ale dzięki temu czyta się spokojniej 👌🏻 polecam
00
Eosia

Dobrze spędzony czas

Lekka opowieść, którą przyjemnie się czytało.
00
78gosiaczek78

Dobrze spędzony czas

'zasadniczo"... to słowo bedzie śniło mi się co noc.... zasadniczo to książka ok, troche przesłodzona , ale dało sie przeczytać, ale zasadniczo boję sie sięgnąć po kolejną książkę tej autorki, bo to słowo przeraża mnie...
00
Ewucha1

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna jak wszystkie książki tej autorki. polecam
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Natalia Sońska-Serafin, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

 

Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Andżelika Stasiłowicz

Redakcja: Katarzyna Dragan

Korekta: Paulina Jeske-Choińska, Anna Zientek

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

Projekt okładki i stron tytułowych: Dorota Piechocińska

Fotografie na okładce:

© Abigail Morellon | Instagram: abigail_morellon

© Grigory Bruev | Stock Adobe

Fotografia autorki na skrzydełku: Bartek Wileński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

eISBN 978-83-67176-98-9

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

 

 

 

Ta pracownia była dla Leny spełnieniem marzeń. Już na studiach wiedziała, jak będzie wyglądała jej zawodowa przyszłość – niewielki sklep ogrodniczy, a przy nim malutkie studio, w którym będzie mogła tworzyć dla swoich klientów bajkowe ogrody. Kochała rośliny, kwiaty i… lawendę – wszystko, co związane było z florą. Niewątpliwie odziedziczyła tę pasję po swojej chrzestnej, ciotce Emilii, niemniej sama od najmłodszych lat dbała, by odpowiednio ją rozwijać, nie wyobrażała sobie żyć inaczej niż pośród kwiatów. Florystyka stała się dla niej stylem życia, tym bardziej była podekscytowana teraz, w końcu miała zobaczyć lokal, w którym mogłaby stworzyć swoją wymarzoną przyszłość!

Jeszcze przed obroną pracy magisterskiej Lena zaczęła rozglądać się za jakimś przyjemnym miejscem, by otworzyć własny biznes. Wiedziała, że nie może być to nic przesadnie dużego, bo raz, że nie miała na to środków, a dwa – nigdy nie zachwycały jej sieciowe kwiaciarnie. Lubiła miejsca z klimatem.

Najpierw kwiaciarnia, dekoracje roślinne, potem aranżacje wnętrz i ogrodów, wystawy roślinne, snuła plany. Trzymała się myśli, że małymi kroczkami dojdzie do upragnionego celu. W końcu nic nie dzieje się od razu, a ona została nauczona, że ciężką pracą i wytrwałością można osiągnąć wszystko, czego tylko się pragnie.

Dlatego kiedy oddzwoniła do niej właścicielka lokalu w kamienicy niedaleko Rynku Łazarskiego, Lena nie posiadała się z radości! To była naprawdę idealna lokalizacja, a rozkład pomieszczeń oraz otoczenie samej kamienicy miały swój wyjątkowy klimat – okoliczne kawiarnie, sklepiki, bliskość rynku na Łazarzu przywoływały najpiękniejsze poznańskie wspomnienia. Wiedziała, że nie powinna cieszyć się na zapas, że jeszcze wiele może się wydarzyć po drodze, i dopiero jak podpisze umowę, będzie mieć pewność, że coś w ogóle z tego wyjdzie. Ale Lena taka była – zawsze myślała pozytywnie, więc z zaangażowaniem rozpisała szczegółowy biznesplan. Nawet jeśli coś miałoby pójść nie po jej myśli, to i tak zrobiła już krok naprzód, podjęła przecież konkretne działania, by zbliżyć się do określonego wiele lat temu celu.

Nie mogła doczekać się spotkania z właścicielką lokalu. Od rana biegała po swoim niewielkim mieszkaniu, niecierpliwie wyczekując piętnastej. Miała przeczucie, że to właśnie dziś zmieni się jej życie. Na lepsze, rzecz jasna.

Lena nie lubiła się spóźniać, zwykle była sporo przed czasem, zdecydowanie wolała poczekać na kogoś, niżby ktoś miał czekać na nią. Tak już miała i nawet uważała to za swoją zaletę. W jej rozumieniu spóźnialstwo świadczyło o braku szacunku do drugiej osoby. No może w wyjątkowych sytuacjach można było przymknąć na to oko, zwłaszcza jeśli chodziło o spotkania z bliskimi i poważne powody, niemniej w sytuacjach oficjalnych spóźnienia były dla Leny niewybaczalne.

Tym razem przyjechała na miejsce o piętnaście minut za wcześnie. Dzięki temu miała okazję rozejrzeć się trochę po okolicy, choć mocno się pilnowała, by nie odejść zbyt daleko od kamienicy, w której znajdował się, być może już niedługo jej, lokal. Dobrze znała okolice Łazarza, ale teraz przyglądała mu się z nową ciekawością. To miejsce w Poznaniu miało niepow­tarzalną atmosferę. Na pobliskim targowisku można było kupić praktycznie wszystko – od owoców i warzyw po sprzęty użytku domowego. W kamienicy po lewej od lokalu znajdowały się jakieś kancelarie adwokackie, a po drugiej stronie kawiarnia, sklep zielarski, dalej cały rząd lokali usługowych. Czy mogła wymarzyć sobie lepszą lokalizację? Po drodze z przystanku kupowałaby świeże drożdżówki w tej piekarni na Łazarzu, aromaty z kawiarni same kusiłyby kawą do śniadania, a z osobą prowadzącą sklep zielarski mogłaby się w przyszłości dogadać co do sadzonek świeżych ziół! W dodatku miała stąd niedaleko do Palmiarni Poznańskiej i parku Wilsona – jednego z najpiękniejszych w Poznaniu. Wydawało jej się, że to najbardziej pogodne i słoneczne miejsce w całej stolicy Wielkopolski, chyba że to radosny nastrój Leny tak je rozświetlał. Aż chciało się tu pracować! Gdyby jeszcze mogła zajrzeć przez szybę do wnętrza tego lokalu do wynajęcia, byłoby idealnie! Niestety, witryna była zaklejona szarym papierem, najpewniej właśnie po to, by zniechęcić ciekawskich.

Lena odruchowo spojrzała na zegarek. Trzy minuty po czasie. No dobrze, w takim różowym humorze mogła nawet zignorować to kilkuminutowe spóźnienie, ale kiedy kobieta, z którą się umówiła, nie pojawiła się do dziesięć po trzeciej, Lena zaczęła nerwowo dreptać w miejscu.

– Pani Lisiecka? – usłyszała nagle swoje nazwisko za plecami, a gdy się odwróciła, ujrzała zdyszaną, drobną kobietę koło pięćdziesiątki.

– Zgadza się – odparła nieco niepewnie.

– Najmocniej przepraszam za spóźnienie, ale uciekł mi tramwaj, a kolejny miał nagłe zatrzymanie, bo jakaś staruszka zasłabła w tym upale. Marta Biernacka, dzień dobry! – wydusiła z siebie jednym ciągiem, sapiąc przy tym ze zmęczenia, po czym wyciągnęła dłoń w kierunku Leny.

No dobrze, to wystarczające wytłumaczenie, pomyślała Lena, i uśmiechnęła się wybaczająco.

– Rozumiem, nic się nie stało.

– Mam nadzieję, że długo pani nie czeka? Chciałam być wcześniej, żeby w razie czego jeszcze odkurzyć w środku, ale… – Machnęła ręką. – Dobra, nie roztrząsajmy. Proszę się tylko nie przerazić, jeśli w środku będzie brudno. Od zimy nikogo tu nie było. Ja mieszkam na stałe za granicą, nie ma kto tu za bardzo zaglądać pod moją nieobecność. I tak cud, że nikt tego mi jeszcze nie zdewastował. – Kobieta wyciągnęła pęk kluczy i zaczęła szukać w nim tego odpowiedniego.

– Spokojnie, nie przyszłam oglądać, czy jest porządek… – Lena uśmiechnęła się łagodnie. – I tak, w miarę możliwości, będę chciała zaaranżować wnętrze po swojemu.

– Po swojemu? – Właścicielka spojrzała na Lenę uważnie.

– Pod swoją działalność, tylko na tyle, na ile mi pani pozwoli, oczywiście. Proszę się nie martwić.

– A co pani tu właściwie chce otworzyć? – zapytała kobieta, przekręcając klucz w drzwiach. – Przepraszam, miałam w ubiegłym tygodniu kilka telefonów w sprawie wynajmu i trochę się pogubiłam.

– Sklep ogrodniczy, kwiaciarnię i swoją pracownię do projektowania.

– Ach, to pani! Już kojarzę. No, to mam nadzieję, że się pani spodoba! – Właścicielka pchnęła masywne, częściowo przeszklone drzwi i ruchem ręki zaprosiła Lenę do środka.

Do ochów i achów oraz ogólnego zachwytu, jakiego Lena się spodziewała, było zdecydowanie daleko. Co prawda lokal był słoneczny i przestronny, posiadał spore zaplecze, które Lena już zaadaptowała w myślach na swoją pracownię, ale ogólnie pomieszczenia były bardzo zaniedbane. Cóż, mogła się tego spodziewać, skoro miejsce od kilku lat stało puste, bo po poprzednim najemcy właścicielka nie miała czasu, by zająć się wynajmem komuś innemu.

– No, trochę to podupadło… – Przetarła ręką grubą warstwę kurzu z jakiegoś mebla stojącego na środku pomieszczenia.

– A co tu wcześniej było?

– Zakład szewski. Przez lata dzierżawiłam lokal starszemu panu, ale no… niestety, zmarło mu się. Byłam wtedy w Stanach, starałam się o obywatelstwo i nie miałam jak zjechać, by się tym zająć, a na odległość, to wie pani… na różnych ludzi można trafić.

– Przydałby się tu porządny remont… – powiedziała Lena pod nosem, kiedy zajrzała do niewielkiej toalety, która wyglądała tak, jakby nikt nigdy jej nie odnawiał. I zapewne tak właśnie było.

– Myślałam o tym, ale potem stwierdziłam, że dla mnie to bez sensu. Ja za dwa tygodnie wracam do USA, nie zdążyłabym tu nic zrobić, zwłaszcza że na budynku siedzi konserwator i sama pani pewnie wie: pozwolenia, wytyczne… Stwierdziłam, że zostawię tę kwestię nowemu najemcy, bo i tak, jak sama pani powiedziała, będzie pewnie chciał urządzić pod siebie, co najwyżej zwrócę część koniecznych kosztów. – Machnęła ręką. – Albo wezwie się ekipę, która oszacuje koszt podstawowego remontu, a resztę to już zostawię w gestii najemcy. Też nie będę finansować fanaberii i żyrandoli za pięć tysięcy, bo i takie propozycje miałam. – Kobieta uniosła dłonie, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie zamierza zbyt wiele inwestować w ten lokal.

– Rozumiem… – Lena pokiwała powoli głową, zastanawiając się, czy aby nie za bardzo nastawiła się na to miejsce.

Musiała przyznać: lokalizacja była idealna. Ale sam lokal wymagał generalnego i kosztownego remontu. Z pracami remontowymi i urządzeniem wnętrza jakoś by sobie poradziła, wiedziała to, no ale koszty, miała duże wątpliwości, czy podoła temu finansowo. Szczególnie że właścicielka zamierzała pójść po linii najmniejszego oporu, a ona potrzebowała zgromadzić sporą sumę na samo rozkręcenie biznesu.

– No i jak, podoba się pani? – zapytała właścicielka, gdy Lena po raz trzeci robiła obchód po pomieszczeniach.

– Podoba, choć martwi mnie ten remont – powiedziała szczerze. – Nie wiem, czy będzie mnie na niego stać.

– No tak jak powiedziałam, ja dołożę, ale do takiego, powiedzmy, deweloperskiego stanu. Odmaluje się, posprząta, podłogę wycyklinuje. Resztę już będzie pani musiała sama pokryć, bo to też nie mój interes.

– Tak, rozumiem… – Lena jeszcze raz rozejrzała się wokół.

Lokal wymagał znacznie więcej niż „odmalowania, posprzątania i wycyklinowania parkietu”, który notabene w kilku miejscach się już rozpadał. Nie mówiąc już o odpadającym tynku i konieczności zrobienia podwieszanego sufitu…

– Dobrze, a jaki byłby czynsz?

– Wie pani, za taki metraż to siedem tysięcy. Plus opłaty licznikowe, wiadomo. – Właścicielka cmoknęła i rozejrzała się dookoła.

Ile?! Lena zrobiła wielkie oczy. Przełknęła ślinę, kładąc rękę na piersi. Przecież ten lokal liczył niespełna sześćdziesiąt metrów, a jego stan pozostawiał wiele do życzenia! Jasne, lokalizacja podbijała mocno cenę, ale żeby aż tak?!

– No wie pani, niżej zejść nie mogę. Jak zainwestuję jeszcze w remont, to będę musiała się jakoś odbić. Z tego, co się orientowałam, takie ceny tutaj w okolicy są normalne.

– Na ile musiałabym podpisać umowę?

– Minimum na trzy lata. Potrzebuję tu kogoś na stałe, nie będę co chwilę latać, żeby się użerać z nowymi najemcami.

Lena zaczęła robić w głowie kalkulację. Czy jej biznesplan przewidywał aż takie obciążenie? W najgorszym wypadku zakładała najwyżej połowę z tego, i to już z opłatami, czyżby aż tak się przeliczyła? Jej entuzjazm zaczął znacząco opadać po rozmowie z właścicielką lokalu, zastanawiała się wręcz, czy nie powinna szukać dalej.

– To jak? Decyduje się pani? – ponagliła ją kobieta.

– A czy muszę podjąć decyzję już teraz? – zapytała z nadzieją Lena.

– Im szybciej, tym lepiej. Tak jak mówiłam, jestem w Polsce jeszcze przez dwa tygodnie, ale cały czas do mnie dzwonią zainteresowani.

Ciekawe, czy ktoś się zdecyduje, słysząc wysokość miesięcznych obciążeń, pomyślała Lena.

– Czy naprawdę nie możemy trochę ponegocjować kwoty tego czynszu? – zapytała jeszcze, po czym bez zastanowienia dodała: – Może, gdybym wzięła na siebie cały remont?

Właścicielka spojrzała na Lenę wyraźnie zaskoczona tą propozycją, omiotła wzrokiem pomieszczenie, a po chwili pokiwała w milczeniu głową, jakby zaczynała podobać jej się ta propozycja.

– No, to jest jakiś kompromis. Mogłabym wtedy zejść o…

– Połowę? – zaryzykowała Lena.

– No nie, aż tyle ten remont kosztował nie będzie. – Kobieta popatrzyła na Lenę z ukosa. – Na cztery i pół?

Lena udała, że nadal się zastanawia, ale dokładnie o taką kwotę jej chodziło. Dalej był to bardzo wysoki czynsz, ale ostatecznie do zniesienia. Teraz tylko musiała się zastanowić, skąd mogłaby wziąć pieniądze na cały, gruntowny remont tej ruiny. Na kredyt nie miała szans, musiałaby zastawić mieszkanie, a tego bardzo nie chciała robić. Dofinansowanie z pewnością nie wystarczy… Pożyczka od rodziców… Nie, nie mogła ich o to prosić. Zresztą, pewnie nawet nie mieliby takiej kwoty.

– To co, ja przygotuję umowę i spotkamy się za kilka dni? – Właścicielka znów wyrwała ją z zamyślenia.

– Tak, tak zróbmy – odparła szybko Lena, kończąc rozmyślenia, czy to w ogóle dobry pomysł i czy nie porywa się z motyką na słońce.

– Świetnie. To ja do pani zadzwonię… może jutro? Muszę z księgową omówić wszystkie szczegóły i dam pani znać.

Lena skinęła głową i raz jeszcze rzuciła okiem na pomieszczenie. Właścicielka z zaangażowaniem opowiadała o tym, jak odziedziczyła ten budynek po jakimś wuju w drugiej linii, że przez lata był tylko kulą u nogi. Lena słuchała tego ledwie jednym uchem. Jej myśli zajęły teraz zupełnie inne kwestie. Naprawdę zaczynała się martwić, czy podoła temu wyzwaniu. Jej optymizm i pozytywne nastawienie na chwilę przykryły ciemne chmury. Nie mogła jednak dopuścić do siebie ponurych myśli, to nie było w jej stylu! Pożegnała się z panią Martą, po czym ruszyła w zupełnie przeciwnym kierunku. Pojechała do swojej ulubionej restauracji. Lubiła ją nie tylko dlatego, że można tam było zjeść naprawdę pyszne jedzenie, ale przede wszystkim dlatego, że pracował tam jej najlepszy przyjaciel – Tomek. Znali się od dzieciństwa, razem wychowywali na osiedlowym trzepaku. Z całej ich paczki Tomek zawsze był Lenie najbliższy i jako jedyny do tej pory utrzymywał z nią kontakt. Cała reszta rozjechała się po Polsce jeszcze w czasach studiów i stracili się z oczu.

Kiedy weszła do knajpki, jedna z kelnerek podeszła do niej, by się przywitać, a potem zaprowadziła ją do stolika. Niemal cała załoga kojarzyła Lenę, więc kobieta tym bardziej czuła się tu swobodnie, jak w domu.

– Na początek zielona herbata z bławatkiem? – zapytała Zuza, która dobrze znała przyzwyczajenia Leny.

– Nie inaczej – potwierdziła Lena. – Tomek na kuchni?

– Tak, ale chyba ściągnęliście się myślami, bo właśnie wybierał się na przerwę, więc pewnie będziecie mieli chwilę dla siebie. – Kelnerka uśmiechnęła się szeroko.

Lena nie wyprowadzała większości pracowników z błędu. Prawie wszyscy myśleli, że ona i Tomek mają się ku sobie, może już są parą, w każdym razie, że jest coś na rzeczy. Nic bardziej mylnego. Ta dwójka była idealnym przykładem tego, że przyjaźń damsko-męska istnieje. A przynajmniej oni w nią wierzyli. Oboje byli jedynakami i traktowali siebie jak rodzeństwo, którego nie mieli, a nie jak potencjalnych partnerów do życia. Tym bardziej że Tomek od lat był zakochany w swojej koleżance ze studiów, ale do tej pory nie miał odwagi, by wyznać jej swoje uczucia. O ile zawsze był pewnym siebie mężczyzną, duszą towarzystwa i zwykle zjednywał sobie ludzi w mgnieniu oka, o tyle w kwestii prawdziwych, wyższych uczuć… zwykle chował głowę w piasek.

Kiedy wyszedł z zaplecza, jego szeroki uśmiech od razu poprawił Lenie humor. Wstała, by wymienić z nim czuły, przyjacielski uścisk. Na ułamek sekundy zapomniała o trapiącym ją problemie.

– Chyba ściągnąłem cię myślami, bo właśnie się zastanawiałem, jak twoje spotkanie w sprawie wynajmu – powiedział wesoło, po czym usiadł naprzeciwko.

I w tej chwili Lena nieco spochmurniała. Niestety, nie miała dla Tomka najlepszych wieści. Co prawda, nie były one najgorsze, bo ostatecznie udało jej się wynegocjować dobrą cenę wynajmu, ale to, ile musiała włożyć w ten biznes, powoli zaczynało ją przerastać.

– Co jest? – Tomek od razu wyłapał zmianę nastroju Leny.

– Nie jest tak kolorowo, jak zakładałam. – Westchnęła. – Czynsz nie jest najniższy, a sam lokal… to ruina do remontu, który muszę zrobić sama.

– Właściciel tego nie zapewnia?

– Właścicielka. Może go zrobić, ale wtedy podniesie mi czynsz prawie dwukrotnie. – Wzruszyła ramionami. – Nie przewidywałam aż takiego wkładu, nawet nie wpisałam go w biznesplan.

– To wpiszesz, co za problem?

– Obawiam się, że moje założenia co do sfinansowania tego biznesu mocno rozjadą się z rzeczywistością. Tak, wiem, gdybym od początku założyła mniej optymistyczny scenariusz, pewnie nie odczuwałabym tego rozczarowania aż tak mocno – dodała szybko, widząc jednoznaczne spojrzenie Tomka, który tak dobrze ją znał.

– Zawsze tak bardzo się nastawiasz…

– Bo nie lubię negatywnych emocji! I zwykle pozytywne myślenie naprawdę pomaga…

– A tu trzeba zejść na ziemię?

– Dokładnie…

– To ile ci brakuje?

– Nie mam pojęcia. Nie potrafię oszacować skali remontu ani tym bardziej kwoty dofinansowania. Ale wiem, że będzie ciężko.

– A bardziej boisz się tego, że nie dostaniesz kasy, czy tego, że nie zrealizujesz planu?

Spojrzała na niego wymownie. Dobrze wiedział, że chodzi o to drugie. Lena była osobą, która uparcie dążyła do postawionych sobie celów, nigdy zbytnio nie przejmowała się tym, co działo się po drodze, bo zawsze jakoś się to wszystko układało. Gdzie tym razem podziała się jej pewność siebie?

– Ale nie masz zamiaru się poddawać? – zapytał ostrożnie.

– Nie mam zamiaru nie spróbować. Gorzej, że muszę podpisać umowę najmu na co najmniej trzy lata. Dlatego mocno się zastanawiam, czy decydować się na ten lokal, czy szukać dalej.

– Ale mówiłaś, że ten jest idealny?

– Bo jest. Okolica, budynek, sąsiedztwo. No gdyby nie jego stan…

– I cena.

– I cena… to naprawdę byłoby spełnienie moich marzeń.

– Ale wiesz, że marzenia osiągnięte bez odrobiny wysiłku nie cieszą albo cieszą bardzo krótko? Tak już mamy, że lubimy zdobywać szczyty, ale to te trudniejsze, zdobyte w pocie czoła, przynoszą nam większe zadowolenie. I moja droga, kto jak kto, ale ty przecież masz to wyryte w kamieniu.

– Wiem, Tomeczku, wiem. Po prostu ten pierwszy etap jest zawsze najtrudniejszy.

– Poradzisz sobie, wierzę w to. A w razie czego masz jeszcze mnie, zawsze służę pomocą. Każdą z możliwych, wiesz o tym, prawda? – Popatrzył na nią znacząco.

Wiedziała, ale nie mogła wziąć od Tomka pożyczki, sam od lat odkładał na stworzenie własnej restauracji, nie miałaby sumienia pozbawiać go marzeń, by zrealizować własne.

– Wiem. Dlatego musisz podszkolić się z prac remontowych. Bo to jeden z pomysłów, który przyszedł mi do głowy – powiedziała całkiem poważnie, a widząc zaskoczoną minę Tomka, w duchu już się zaśmiewała.

– Chcesz na własną rękę zrobić remont? Oszalałaś?

– Daj spokój, to nie może być takie trudne. Zdjęcie tynków, położenie nowych, szpachlowanie, malowanie, cyklinowanie i lakierowanie parkietów… A, i jeszcze nowa instalacja elektryczna i łazienka od podstaw. Damy radę!

– Wiesz co, to ja jednak pożyczę ci kasę… – Uniósł ręce w poddańczym geście, a Lena roześmiała się na głos.

– Daj spokój, nie jestem aż taką ryzykantką. Wolę, żeby to było zrobione raz a porządnie. Bo wybacz, o ile jesteś najlepszym kucharzem pod słońcem, o tyle jakoś trudno mi uwierzyć w twoje zdolności do majsterkowania.

– Całe szczęście… Nawet ja nie wierzę. A jeśli już mowa o jedzeniu, to na co masz dzisiaj ochotę?

– A co szef kuchni poleca?

– Zrobiłem dzisiaj genialne risotto ze szparagami i zielonym groszkiem. Poezja!

– To poproszę, brzmi świetnie. – Lena uśmiechnęła się szeroko, a Tomek od razu wstał od stolika i zniknął za kuchennymi drzwiami.

No tak, sezon na świeże owoce i warzywa już dawno się zaczął, nic więc dziwnego, że to one królowały teraz w menu. Lato miało rozpocząć się lada dzień, czuć było nadchodzące wakacje i ten cudowny, słoneczny klimat. Zresztą, pogoda też od kilku dni naprawdę dopisywała, bo ustały w końcu wiosenne deszcze, a na zewnątrz już codziennie było ciepło i przyjemnie. Lena odruchowo pomyślała o słonecznej i pachnącej lawendą Prowansji. O gospodarstwie swojej ciotki Emilii, gdzie podczas studiów jeździła na wakacje, by sobie dorobić. Na to wspomnienie zrobiło jej się przyjemnie, błogo i sielsko. Zatęskniła za ciocią, za wujem, za pracownikami plantacji, z którymi tak bardzo się polubiła. A niech to, przecież obiecała ciotce, że odwiedzi ją i tego lata, choć na kilka dni, ale jeśli sprawy potoczą się tak, że będzie miała na głowie remont i wszystkie formalności związane z firmą, nie da rady wyrwać się z Poznania choćby na pół dnia. Czy ciotka to zrozumie?

– O czym tak myślisz? Czyżby rodził ci się w głowie jakiś znakomity plan? – usłyszała nad sobą głos Tomka, który właśnie postawił aromatyczny talerz przed Leną.

– Myślałam o ciotce Emilii – odparła z niesłabnącym uśmiechem.

– Myślisz, że mogłaby cię wesprzeć?

Lena zamrugała szybko, nie rozumiejąc w pierwszej chwili pytania przyjaciela, po czym energicznie potrząsnęła głową.

– Nie, ja zupełnie nie o tym… Coś ty, w życiu nie miałabym śmiałości, by prosić ją o coś takiego. I tak bardzo mi w życiu pomogła.

– Czy ja wiem, byłaś po prostu jej sezonowym pracownikiem.

– Bardzo dobrze opłacanym, jak na sezonową pracę. – Upomniała go spojrzeniem – Obiecałam jej, że w tym roku przyjadę w odwiedziny, nie chcę jej rozczarować.

– Myślę, że zrozumie. W końcu sama kibicowała ci na studiach. Podobało jej się, gdy powiedziałaś, jaki masz plan na siebie.

– To prawda… Szkoda mi, że nie zobaczę się z wszystkimi pracownikami, że nie uda mi się nacieszyć oczu w jej gospodarstwie.

– Mam być zazdrosny o twoich francuskich przyjaciół? – Tomek popatrzył na Lenę z ukosa.

– Byłeś za każdym razem, gdy wyjeżdżałam, a jak sam widzisz, zawsze wracałam do ciebie – odparła słodkim głosikiem.

Tomek uśmiechnął się szeroko i zmieniając temat, zapytał:

– Jak ci smakuje?

– Jak zwykle, obłędnie. Tym boskim risotto zdobyłeś moje serce po raz enty.

– Się wie. – Cmoknął dumnie.

– Wiesz, że mógłbyś spróbować zdobyć też inne? – Lena zaryzykowała zejście na ten drażliwy dla Tomka temat.

– Wolałbym o tym nie rozmawiać – odpowiedział po chwili ponuro Tomek, nie podnosząc głowy znad talerza.

Lena chciała coś dopowiedzieć, ale Tomek zgromił ją wzrokiem, więc szybko odpuściła tę kwestię, wzdychając tylko. Nie mogła przecież naciskać na przyjaciela, kiedy wyraźnie nie chciał o tym rozmawiać. Miała nadzieję, że pewnego dnia zdobędzie się na odwagę, by wyznać swoje uczucia Patrycji. W końcu cały czas miał z nią kontakt, restauracja, w której był szefem kuchni, stale współpracowała z jej korporacją, oferując catering dla pracowników. Widywali się lub rozmawiali co najmniej raz w tygodniu i to musiało być dla Tomka bardzo męczące. Oby w końcu udało mu się poukładać swoje życie tak, jak tego pragnął. Zasługiwał na to, jak mało kto.

– A twoje życie prywatne? Też jakoś ochoczo się nim nie dzielisz – dopowiedział uszczypliwie.

– Bo aktualnie nie bardzo mam czym – odpowiedziała swobodnie. – Adam wyjechał na kontrakt pół roku temu, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że już raczej do Polski nie wróci. I jakoś szczególnie nie nalegał, bym leciała z nim, sam zresztą wiesz. Było mu to po prostu bardzo na rękę. Zresztą, nawet teraz pisze tylko raz na jakiś czas, nie sili się już na telefony czy połączenia wideo.

– Tobie chyba też nie jest bardzo szkoda tego związku – zauważył Tomek.

– Na początku było mi przykro, ale chyba bardziej dlatego, że mnie tak chłodno i obojętnie potraktował. Ale skoro miał inne priorytety… nie zamierzam opłakiwać kogoś, dla kogo tak niewiele znaczyłam. – Wzruszyła ramionami. – Liczę na to, że jeszcze spotkam na drodze tego jedynego. – Zaśmiała się po chwili.

– Z pewnością. Wiesz, w ostateczności, żebyś nie została starą panną, poświęcę się. Ale to dopiero koło czterdziestki – odpowiedział rozbawiony Tomek.

W tej chwili do ich stolika podeszła Zuza, pytając, czy czegoś im nie potrzeba. Lena miała nieodparte wrażenie, że przyszła raczej z ciekawości, zauważywszy ich dobre nastroje, i zwyczajnie chciała podsłuchać, o czym rozmawiają, a porozumiewawcze spojrzenie Tomka tylko potwierdziło jej przeczucia. Zgodnie odpowiedzieli, że chętnie zjedzą jeszcze deser, dziewczyna zaproponowała więc ciasto dnia, którym była szarlotka z lodami własnej produkcji.

– Zaufaj mi, jest przepyszna – powiedział Tomek i czule pogładził Lenę po dłoni, by podsycić plotki, które Zuza niechybnie zaraz rozpuści po restauracji.

Lena bezbłędnie odczytała zamiary Tomka, uśmiechnęła się więc uwodzicielsko i splatając swoje palce z jego, potaknęła łagodnie. Kiedy kelnerka oddaliła się od ich stolika, zakryła dłonią usta, powstrzymując się, by nie parsknąć śmiechem.

– Wiesz, że sam sobie robisz koło pióra? – zapytała rozbawiona. – Nie dadzą ci żyć.

– Lepsze kontrolowane plotki niż jakieś wyssane z palca historie. Poza tym mam nadzieję, że niebawem już mnie tutaj nie będzie. Też mam plany do zrealizowania, pamiętasz?

– Jak mogłabym zapomnieć. Przecież ci w nich kibicuję. I też możesz zawsze na mnie liczyć, wiesz o tym?

– Oczywiście. Jak już nabierzesz wprawy w remontach, zaproszę cię do mojego lokalu – powiedział szyderczo, w zamian za co Lena kopnęła go pod stołem w kostkę. Lubiła te ich spotkania w przelocie, pyszne jedzenie i dowcipy. Mogłaby je jeść łyżkami. W towarzystwie Tomka najlepiej mierzyło jej się z przeciwnościami losu. Rozmowy z przyjacielem nigdy nie przynosiły gotowych rozwiązań, ale na pewno dystans i stoicki spokój.

W drodze do domu wciąż rozmyślała, jak najlepiej rozwiązać kwestię swojego nowego biznesu. Zdawała sobie sprawę z tego, że będzie znacznie trudniej, niż zakładała, ale optymizm w końcu zaczął przebijać się przez opary niepewności, które do tej pory zasnuwały jej umysł, nie pozwalając cieszyć się nadchodzącymi zmianami. W każdej sytuacji można znaleźć furtkę, pomyślała. Wiedziała, że musi porozmawiać ze swoją księgową, z którą opracowywała cały biznesplan i wniosek o dofinansowanie. Wiedziała, że musi jeszcze raz przeliczyć swoje możliwości i pochylić się nad ewentualnością zaciągnięcia większego kredytu. Wiedziała też, że pod żadnym pozorem nie może zrezygnować z tego, co tak bardzo chciała osiągnąć. Może, gdyby wzięła więcej zleceń? To i tak miała w planie zrobić, tylko… czy jeszcze więcej, niż zamierzała, nie oznaczało, że całkiem zrezygnuje ze snu? Bo w jej i tak napiętym grafiku, w który wpisała dotychczas wzięte projekty, już teraz brakowało czasu na choćby chwilę dla siebie. Cóż, jeśli naprawdę chciała w końcu wyprowadzić się z pracą z ciasnego mieszkania, rozkręcić pracownię, kameralną, ale taką z prawdziwego zdarzenia, ze sklepem ogrodniczym, z przestrzenią na spotkania i warsztaty z klientami, z nieprzypadkowymi i utalentowanymi pracownikami, musiała się poświęcić. Na początku zawsze jest ciężko, żeby za jakiś czas z dumą móc spojrzeć na swoje dzieło osiągnięte właśnie ciężką pracą. Podobno w biznesie (jak i w życiu) najważniejsze jest to, żeby iść za swoim przeczuciem, za głosem intuicji, która jest naszym kompasem, i w każdej chwili naszego życia pokazuje najlepszą dla nas drogę.

Lena uśmiechnęła się pod nosem. Udało jej się wrócić do siebie. Przynajmniej trochę poukładać sobie w głowie, zanim pochyli się nad projektem ogrodu dla klienta, który miała dokończyć do przyszłego tygodnia. Może dziś wreszcie się uda, pomyślała. W dobrym humorze przekroczyła próg swojego mieszkania. W pierwszej kolejności zadzwoniła do księgowej, by omówić z nią wszystkie zmiany i zasięgnąć fachowej opinii. Zamknęła listę „na dziś”, przynajmniej w kwestii pracowni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

 

 

 

Kiedy właścicielka lokalu zadzwoniła, by umówić się z Leną na podpisanie umowy, ta co prawda się zgodziła, ale miała spore wątpliwości, czy w ogóle powinna to robić. Księgowa nieco ostudziła jej zapał i szybko sprowadziła ją na ziemię, uświadamiając, że podniesienie kosztów rozwinięcia działalności może nie spotkać się z uznaniem w urzędzie, a wtedy znacznie trudniej będzie jej uzyskać dofinansowanie. Gorliwie odradzała też zaciąganie kredytu, zwłaszcza przy tak niestabilnej sytuacji na rynku finansowym. Koszty kredytów w ostatnich tygodniach gwałtownie wzrosły i mogłoby to być zbyt duże obciążenie dla Leny. Musiała spojrzeć nieco dalej niż na przyszłych kilka miesięcy, zwłaszcza że była jedynie młodym przedsiębiorcą i korzystała z pomocy na rozwój firmy. Swoją działalność projektową prowadziła już od ponad roku, od zakończenia studiów, na potrzeby pracy zaaranżowała biuro we własnym mieszkaniu. Odetchnęła z ulgą, dobrze, że miała przy sobie kogoś, kto myślał trzeźwo i z dystansem potrafił przedstawić jej inny pogląd na niektóre sprawy. Bywało jednak, że miała za złe swojej księgowej, że nie podzielała jej entuzjazmu, że tym swoim racjonalnym, zawsze formalnym podejściem do tematu, gasiła jej nadzieje i zapał. Prawda była taka, że choć Lena miała zielone ręce do kwiatów, to zdecydowanie nie miała ręki do finansów, a księgowa nie raz pomogła jej podjąć właściwą decyzję, by w przyszłości nie została bankrutem z kredytem do spłaty.

Lena wciąż rozważała jej słowa, wszystkie za i przeciw, nawet jeszcze w drodze na umówione spotkanie z właścicielką. Powinna podpisać tę umowę? A co, jeśli z dofinansowaniem się nie uda? Co, jeśli marnych oszczędności wystarczy jej co najwyżej na zakup materiałów budowlanych? Z drugiej strony taka okazja mogła się nie powtórzyć. Może i lokal nie jest w najlepszym stanie, cena nie najkorzystniejsza, ale okolice na Łazarzu podbiły serce Leny… Poza tym nie miała w zwyczaju wycofywać się w takim momencie. Zwykle podejmowała ryzyko, a szczęście się do niej uśmiechało. Urodzona w czepku, mówił o niej Tomek.

Dojechała na miejsce jak zawsze przed czasem, podpisała umowę wynajmu, odebrała klucze do lokalu, a kiedy wreszcie pożegnała się z właścicielką i została sama w miejscu, które już niedługo miało stać się piękną, zieloną oazą, jej zieloną dżunglą, nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Nawet kawałek tynku, który odpadł od sufitu, gdy za właścicielką zatrzasnęły się drzwi, nie zdołał zniechęcić Leny. Wierzyła, że jej się uda.

– Podpisałaś? – Tomek odebrał telefon od niej już po pierwszym sygnale.

– Podpisałam – odparła, wypuszczając głośno powietrze.

– Wiesz, że jesteś wariatką?

– Za to mnie kochasz. – Zaśmiała się.

– Za to najbardziej. To co, kiedy oblewamy? Kiedy będę mógł zobaczyć tę twoją ruinę?

– Zasadniczo to możesz wpaść nawet teraz, jeśli masz chwilę.

– Teraz nie bardzo mam jak. Za chwilę otwieramy, a na śniadania zwykle przychodzi wuchta wiary.

– W takim razie wracam i zabieram się do szukania ekipy remontowej. No chyba że masz kogoś sprawdzonego.

– Ja nie, ale podejrzewam, że twój tato na pewno kogoś zna.

Lena przyłożyła dłoń do czoła.

– Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam… On na pewno będzie miał kogoś do polecenia!

Pożegnała się więc z Tomkiem, a kiedy jeszcze raz omiotła spojrzeniem to miejsce, w którym niebawem miała zacząć rozwijać się jej przyszłość, zamiast do domu, udała się wprost do mieszkania rodziców. Że też wcześniej nie przyszło jej do głowy, że tato mógł polecić jej sprawdzoną ekipę. Przez lata pracował jako inspektor nadzoru budowalnego, musiał znać odpowiednich fachowców, ba! mógł nawet znać konserwatora zabytków, który trzymał pieczę nad tą kamienicą! Znów pełna nadziei ruszyła do domu rodziców, z przeczuciem, że właśnie powolutku wszystko zaczyna się układać.

Tato Leny od dwóch lat był na zasłużonej emeryturze, mama zaś w tym roku miała się pożegnać z zawodem nauczycielki. Czekała ją ostatnia klasyfikacja i Lena przeczuwała, że będzie to dla niej trudne przeżycie. Już kilka razy zastanawiała się nad wcześniejszym zrezygnowaniem z pracy, nie potrafiła jednak rozstać się ze szkołą i „swoimi” dziećmi, jak o nich mówiła. Była wychowawczynią w nauczaniu początkowym i uwielbiała tę pracę. Zresztą, z pewnością jej zdolności pedagogiczne miały duży wpływ na to, jak wychowała własną córkę, bo Lena miała z mamą naprawdę cudowny kontakt. Były prawie jak przyjaciółki, mogły o wszystkim ze sobą porozmawiać. Ale z tatą też lubiła spędzać czas. Nie raz odnosiła wrażenie, jakby rodzice swoim postepowaniem chcieli jej wynagrodzić brak rodzeństwa… Nie oznaczało to jednak, że na wszystko jej pozwalali. Często powtarzali, że dzieci trzeba rozpieszczać, ale mądrze! Zawsze podkreślali rolę drugiego człowieka w życiu, uczyli szacunku do ludzi. Lena była im naprawdę wdzięczna za szczęśliwe dzieciństwo, które jej podarowali. Pewnie dlatego w dorosłym, samodzielnym życiu też tak dobrze się z nimi dogadywała.

Kiedy przyszła, tato właśnie majsterkował przy swoim biurku. W ogóle jej to nie zaskoczyło. Uwielbiał naprawiać zepsute sprzęty, a raczej po prostu je rozbierać, oglądać i stwierdzać, że nic nie da się zrobić, bo zwykle tak właśnie było. Ale takie dłubanie w elektronice bardzo go odprężało.

– Cześć, tatuś – powiedziała wesoło i podeszła się przywitać.

– Lenka! A co ty… nic nie mówiłaś, że przyjdziesz? – odparł pogodnie i wstał, by przytulić córkę.

– Bo w zasadzie… nie planowałam.

– No tak, ostatnio w ogóle przestałaś nas odwiedzać.

– Praca… – westchnęła tylko, a ojciec pokręcił głową pobłażliwie.

– Chodź, napijemy się herbaty, opowiesz, co tam u ciebie słychać. Mama wczoraj upiekła ciasto z truskawkami.

Za domowe, ucierane ciasto z truskawkami swojej mamy Lena dałaby się pokroić. Sam jego zapach przywodził jej na myśl beztroskie dzieciństwo. Przeszli więc do kuchni, tato postawił wodę na herbatę, a Lena, nie czekając na pozwolenie, nałożyła im po kawałku placka.

– Dużo masz teraz zleceń?

– Sporo. Ale nie mogę narzekać, potrzebuję teraz nowych klientów. Udało mi się wynająć ten lokal, o którym kiedyś wam wspominałam.

– Naprawdę?! Ten na Łazarzu?

– Tak – potwierdziła dumnie.

– No to gratuluję! Kiedy huczne otwarcie?

– No właśnie… z tym może być mały problem. Potrzebuję twojej pomocy.

– Mojej? A co ja wiem o roślinach i ogrodach? – zaśmiał się tato. – Prędzej mama by ci pomogła.

– Zanim pojawią się tam jakiekolwiek kwiaty, muszę zrobić remont. I to generalny. Niestety, ale w środku to miejsce nie wygląda najlepiej. Trzeba będzie ściągnąć tynki do gołych ścian i wszystko zrobić od nowa. Łącznie z łazienką. Nie mogę tylko ruszyć parkietu, bo z tego, co zrozumiałam, jest zabytkowy. W grę wchodzi jedynie renowacja.

– A to właściciel nie powinien się takimi sprawami zająć? – zapytał tato zdumiony.

– Właścicielka. Powinna, ale nie ma na czasu, zadeklarowała, że co najwyżej może odmalować ściany i wycyklinować parkiet. Ale to nie miałoby żadnego sensu, bo tam naprawdę tynk odpada ze ścian. No i najważniejsza kwestia. Zeszła mi z ceny najmu o dwa i pół tysiąca w zamian za to, że wezmę remont na siebie. Przynajmniej będę miała zrobione wszystko po swojemu.

– O dwa i pół tysiąca?! To ile ten lokal kosztuje?

– Nie pytaj… – Lena uśmiechnęła się ponuro. – W każdym razie dużo pracy przede mną, a że na remontach zupełnie się nie znam, to pomyślałam o tobie, tatku. Może ty będziesz miał jakąś godną polecenia ekipę remontową, która nie zedrze ze mnie skóry, a zrobi wszystko porządnie?

Tato na moment się zamyślił, po czym poszedł do pokoju po swoją komórkę. Chwilę później już dzwonił do jakiegoś kolegi, pana Janusza, z którym, jak miał to w zwyczaju, najpierw rozgadał się na milion innych tematów, nim dotarł do sedna sprawy. Lena słuchała, jak dogadują szczegóły i negocjują warunki ze względu na „stare czasy”, a kiedy w końcu, po kilku obietnicach spotkania się na wódkę, bo przecież nie na kawę, tato się rozłączył, przepisał numer kolegi na karteczkę z kolorowego bloczku i podał ją Lenie.

– To jest numer do Janusza. Jak powiem, że za niego ręczę, to będzie za duże słowo, ale to porządny człowiek. Nie weźmie więcej, niż to konieczne, a zrobi remont tak, że będzie tam można nie tylko pracować, ale i mieszkać! Ma młodych chłopaków w ekipie, ponoć garną się do pracy.

– Dziękuję ci, tatku! – Lena aż wstała, żeby uściskać ojca.

– Tylko jest jeden problem. Terminy mają dość odległe. Postara się ciebie gdzieś wcisnąć po znajomości, ale musisz uzbroić się w cierpliwość.

– Podejrzewałam, że z dnia na dzień to raczej nikt mi nie przyjdzie zrobić generalnego remontu. – Westchnęła. – Ale i tak bardzo jestem ci wdzięczna. Zdjąłeś mi z barków jeden z największych problemów. W życiu nie wiedziałabym, jak i kogo szukać do takiego przedsięwzięcia.

– Jeśli jeszcze w jakiś sposób mogę ci pomóc, to wiesz, że chętnie to zrobię?

– Z resztą muszę poradzić sobie sama. – Lena uśmiechnęła się i uniosła dumnie głowę.

Taka była prawda. Wszystkie formalności spoczywały na jej barkach, dobrze, że chociaż w finansach mogła liczyć na swoją księgową. Wiedziała, że rodzice na pewno stanęliby na głowie, żeby wypełnić każde przydzielone im zadanie, ale nie chciała ich tym obarczać. To był jej biznes, musiała od podstaw rozkręcić go sama.

– A masz już jakiś plan na to miejsce? Janusz pewnie będzie chciał zobaczyć, jak rozmieścić instalacje, rury…

– Tak, mam wstępny zamysł, a w projekcie wnętrza obiecała mi pomóc koleżanka z wydziału. Spotykam się z nią jutro, razem naniesiemy pomiary na projekt i w ciągu kilku dni zarys powinien być gotowy.

– No tak, przecież projekty to ty masz w małym paluszku. – Tato pogładził ją po dłoni.

– No, z wnętrzami idzie mi trochę gorzej, ale dobrze znać przynajmniej podstawy. Zresztą, przecież wiesz, że ja już od dawna mam pomysł na to miejsce.

– Wiem. I bardzo się cieszę, że w końcu go realizujesz.

Lena uśmiechnęła się pogodnie do taty. Ale w zakamarkach podświadomości wciąż majaczyła jej obawa, że do tej realizacji to naprawdę jeszcze długa droga. Zwłaszcza że nadal bazowała jedynie na skromnych oszczędnościach, nie miała pewności, czy w ogóle uda jej się otrzymać dofinansowanie.

Kilkadziesiąt minut później Lena musiała ponownie przedstawiać swój biznesplan, tym razem przed mamą, która wróciła ze szkoły po zajęciach dydaktycznych i zaparła się, że nie wypuści swojej jedynaczki bez porządnego obiadu. Lena, mimo że chciała już wracać, by podgonić trochę pracę, nie potrafiła odmówić mamie. Zresztą, z każdą kolejną opowieścią o własnej pracowni, plany stawały się coraz bardziej realne w jej oczach.

– Cieszę się, że jest już tak pięknie i ciepło, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić tego końca roku. – Mama westchnęła, wrzucając porcję warzyw do zupy. – Może jednak jeszcze z rok bym popracowała? No co ja będę robiła w domu…

– Będziemy się nudzili oboje, Marysiu – zaśmiał się tato. – A po kilku miesiącach sama przyznasz, że do pracy byś już nie wróciła, mówię ci – dodał, rozpierając się na krześle.

– Ale ja swoją pracę bardzo lubię!

– Raczej zwyczajnie nie potrafisz usiedzieć na miejscu!

– Wiem, polecę do Emilki. Podobno ona rozszerza teraz swoją plantację, chcą eksportować swoje wyroby lawendowe i wina na szerszą skalę, potrzebują rąk do pracy…

– I co, zostawisz mnie tu samego? – zapytał oburzony tato.

– Skąd! Polecisz ze mną!

– Dobre sobie… I co ja tam będę robił z tymi Francuzami…

Tato Leny, choć lubił siostrę swojej żony, zupełnie nie przepadał za Francją. Ilekroć odwiedzali ciotkę Emilię, podobało mu się przez trzy dni, a później już odliczał czas do powrotu do domu. Typowy patriota – domator, który najlepiej czuje się w swoim ciasnym mieszkanku na poznańskiej Wildzie. Mama zresztą podobnie, lubiła odwiedzać siostrę, ale tylko na kilka dni w wakacje, nigdy nie zostawała na dłużej; najwygodniej, najbardziej przyjemnie i swojsko żyło jej się w rodzinnym Poznaniu.

– A skąd wiesz, że ciocia rozszerza działalność? Jeszcze rok temu mówiła, że jest raczej sceptycznie nastawiona do takich pomysłów? – zapytała zaciekawiona Lena.

– Rozmawiałam z nią kilka dni temu. Podobno nawiązali współpracę z jakimiś nowymi klientami, którzy mocno namawiają ich na produkcję na większą skalę. I widocznie bardzo im się to opłaca, bo Emilka była bardzo podekscytowana. Oczywiście, jak to ona, wciąż ma jakieś wątpliwości, jak sobie z tym wszystkim poradzą, ale najwidoczniej mają jakiś plan, bo podjęli już pierwsze kroki, zatrudniają nowych pracowników i rozbudowują winiarnię.

Lena pokiwała głową z uznaniem. Znała obawy ciotki, co do rozbudowy gospodarstwa, od lat uparcie powtarzała, że jej kameralny, rodzinny biznes musi być unikatowy, a nie produkować na masową skalę. W tym tkwił cały urok tego miejsca i Lena się z tym zgadzała.

W myślach znów przeniosła się do słonecznej Prowansji, wyszukując w pamięci najpiękniejszych wspomnień, i uśmiechnęła się błogo. Przed oczami wyrosło jej Lawendowe Pole, pagórki porośnięte jasnofioletową lawendą i winoroślami. Obok stał dom ciotki z kilkoma pokojami na wynajem, a nieco wyżej zabudowania należące do gospodarstwa – destylarnia, mydlarnia oraz miejsce, w którym mieściła się niewielka restauracyjka, a obok sale do prowadzenia warsztatów dla grup turystycznych. W osobnych zabudowaniach znajdowała się winiarnia. Dokładnie pamiętała twarze pracujących na polach ludzi, a w biurach znajomych, z którymi zdążyła się przez tych kilka sezonów zaprzyjaźnić. Ciotkę zawsze można było złapać gdzieś pomiędzy zabudowaniami, zwykle od rana do wieczora doglądała rodzinnego biznesu. Wuj z kolei najczęściej przebywał w restauracji, degustował nowe dania lub wina, wyprodukowane według rodzinnej, ale też nowej, eksperymentalnej receptury. Ulubionym miejscem Leny był ogród. Kilka lat temu ciotka sama zaproponowała siostrzenicy, by zaaranżowała go według własnego pomysłu. To był pierwszy, poważny projekt Leny, bo mogła sprowadzić do gospodarstwa takie gatunki roślin, jakie tylko chciała. Dzięki temu zyskało ono dodatkowy atut, zwracający uwagę wielu turystów – ogród, w którym można było spotkać unikatowe odmiany róż, azalii, drzewek owocowych, który z roku na rok stawał się coraz piękniejszy i okazalszy. Lena zatęskniła mocno za tamtym miejscem.

– A ty, gdzie teraz jesteś? – zagadnęła Lenę mama, która najwyraźniej zauważyła, że jej córka myślami jest gdzieś daleko stąd.

– U cioci Emilii – odpowiedziała łagodnie, wciąż się uśmiechając.

– O ciebie też pytała. Mówiła, że rozmawiałyście jakiś czas temu i obiecałaś przyjechać na kilka tygodni. Bardzo na to liczy.

Lena spuściła wzrok i spoważniała. Wciąż odwlekała w czasie rozmowę z ciotką, bo choć w głębi duszy wiedziała, że wujostwo zrozumieją jej powody, nie chciała ich rozczarować. Ciotka Emilia i wuj Lucas nie mieli dzieci. Po wieloletnich staraniach po prostu odpuścili i postanowili cieszyć się sobą nawzajem i swoim biznesem. Może dlatego ciotka kochała córkę swojej siostry jak własną. To były pokrewne dusze, nie tylko z racji zamiłowania do botaniki. Lena świetnie dogadywała się z ciotką Emilią, pewnie dlatego że ta była sporo młodsza od jej mamy – szybko znajdowały wspólny język i porozumienie w wielu kwestiach, które dla rodziców Leny okazywały się zbyt nowoczesne. Tym bardziej nie chciała jej zawieść. Może tym razem to ciotka potrzebowała jej wsparcia?

Po przyjemnie spędzonym popołudniu u rodziców Lena wreszcie wróciła do siebie, by zabrać się do zaległych projektów. Wiedziała, że tę noc zarwie, ale zasadniczo do tego też była przyzwyczajona. Nie raz zdarzało jej się pracować do rana, nie mówiąc już o studiach – nauka najlepiej wchodziła jej właśnie po zmroku. Dopiero wtedy potrafiła się skupić, nic z zewnątrz nie rozpraszało jej uwagi. No właśnie, ciepłe światło zachodzącego słońca mrugało do niej spomiędzy liści dużej akacji stojącej tuż za jej oknem. Znów odpłynęła myślami i rozmarzyła się, wspominając lawendowe pola Prowansji.

Nie miała w planach rozmowy z ciotką dzisiaj, ale po tym, co powiedziała mama, poczuła, że dłużej nie może zwlekać. Jakiś impuls kazał jej sięgnąć po telefon i wybrać francuski numer. Zerknęła odruchowo na zegarek, usiłując przypomnieć sobie, gdzie ciotka mogła być o tej porze dnia. Już chciała się rozłączyć po kilku sygnałach, pewnie ciotka robi obchód po plantacji, pomyślała, roznosi pracownikom zimną lemoniadę, gdy nagle usłyszała jej melodyjny głos. Od razu zrobiło jej się przyjemnie na sercu.

– Lenka, kochanie! Ściągnęłam cię chyba myślami!

– Ja też dziś dużo o tobie myślę, ciociu. Co u ciebie słychać? Słyszałam, że jednak zdecydowałaś się na powiększenie produkcji?

– Mama ci się wygadała? A chciałam sama ci o tym powiedzieć… – Ciocia westchnęła, po czym dodała szybko: – Tak, zdecydowaliśmy się w końcu. Wiesz, dużo się na tę decyzję złożyło, ale długo by opowiadać przez telefon. Gdy przyjedziesz, wyjaśnię ci wszystko od początku do końca. I przyznam szczerze, że będę cię tu potrzebowała w tym roku jeszcze bardziej! Nikt tak jak ty nie potrafił prowadzić biura, a teraz, gdy zwiększymy eksport, trzeba to będzie wszystko przearanżować. Jest szansa, że zostaniesz dłużej niż na dwa, trzy tygodnie?

Lena zamilkła. Jak miała ubrać w słowa to wszystko, co miała cioci do przekazania? Tym bardziej że najwyraźniej ta bardzo potrzebowała jej na miejscu?

– Ciociu, ja dzwonię właśnie w tej sprawie… – zaczęła niepewnie.

– O nie… Ja znam ten ton… – jęknęła ciotka.

– Wiesz, że chciałam założyć własną pracownię?

– Oczywiście, bardzo ci w tym kibicuję!

– Właśnie dziś podpisałam umowę najmu lokalu pod moją działalność. Ale wymaga to ode mnie ogromnego nakładu pracy i sporych środków finansowych. Czeka mnie remont, aranżacja wnętrz, zakup sprzętów, mebli, roślin… Muszę tego dopilnować, no i koniecznie muszę wziąć dużo więcej zleceń, by zarobić na start. Dlatego… – Wzięła głęboki wdech. – Nie będę mogła w tym roku do was przylecieć. Bardzo cię przepraszam. Wiem, że obiecywałam, ale nie dam rady ani czasowo, ani finansowo. Potrzebuję się zmobilizować, by jak najszybciej otworzyć pracownię. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe? – zapytała na koniec.

Po drugiej stronie na chwilę nastała cisza. Lena słyszała, jak w pewnym momencie ciotka wciągnęła głośno powietrze, po czym odpowiedziała spokojnie:

– Oczywiście, kochanie, że nie mam ci za złe. Rozumiem, to twoja przyszłość. Nie ukrywam, że jest mi trochę przykro, bo przede wszystkim chciałam cię zobaczyć i wyściskać, ale rozumiem, że chcesz rozwinąć skrzydła. Zresztą, musisz to zrobić, bo jesteś wspaniała w swojej profesji.

– Dziękuję, że to rozumiesz, naprawdę. Jeśli tylko mogłabym ci jakoś pomóc na odległość…

– Nie przejmuj się tym. Jakoś będziemy musieli sobie poradzić. Najważniejsze, że ty spełniasz swój życiowy cel!

– Powiedzmy, że na razie brnę.

– Jest aż tak źle?

– Wiesz, że ja zawsze staram się być optymistką? Zresztą, mam to po tobie. – Zaśmiała się. – Ale ten projekt, po raz pierwszy od dawna, wzbudził we mnie tyle sprzecznych emocji i wątpliwości. Bardzo, bardzo chcę otworzyć pracownię, ale… mam wrażenie, że los daje mi znać, że to jeszcze nie czas. A jednocześnie wbrew temu przeczuciu, coś tam jednak zaczyna się układać.

– Wydaje mi się, kochanie, że to są naturalne wątpliwości. Przeszłaś ze sfery marzeń w etap ich realizacji, a to zawsze w pewien sposób onieśmiela. Coś się zaczyna dziać naprawdę, a ty nie mogąc w to uwierzyć, zaczynasz się doszukiwać, czy to nie jakiś podstęp. Mam rację?

– Stuprocentową… – Lena pokręciła z niedowierzaniem głową, ciotka, jak zwykle zresztą, w kilka sekund rozgryzła ją zupełnie.

– To naturalne, nie obawiaj się. Po prostu rób swoje, a zobaczysz, że to uczucie w końcu minie. Zaręczam ci.

– Też tak miałaś?

– Skarbie, ja z tym uczuciem budzę się codziennie! – zaśmiała się ciotka. – Nie martw się, wszystko się ułoży. Zresztą, ja jestem o ciebie spokojna, wiem, że ze wszystkim sobie świetnie poradzisz!

– Dziękuję, ciociu. Nie chcę niczego obiecywać, ale kiedy już ogarnę ten armagedon tutaj, to może uda mi się, choć na kilka dni, odwiedzić was we Francji. Może późnym latem, wczesną jesienią. Ja też bardzo chciałabym się z wami zobaczyć.

– Wiesz, że nasz dom, to twój dom. Możesz przyjechać, kiedy tylko ci pasuje. A ja i tak będę na ciebie czekać.

Lena poczuła ukłucie żalu w sercu. Naprawdę tęskniła za ciocią, wujem, za Prowansją, w której spędziła tak wiele pięknych chwil. Nie chciała obiecywać niczego ani ciotce, ani też sobie, ale wiedziała, że zrobi wszystko, żeby faktycznie choć na kilka dni do nich polecieć.

Dziewczyna jeszcze przez długą chwilę myślała o tej rozmowie. Nawet nie zauważyła, że gdy ponownie zabrała się do pracy, na zewnątrz zaczynało zmierzchać. Skupiona pogrążyła się w rysunkach. Za oknem było już zupełnie ciemno, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, kto mógł przyjść o tej godzinie. Nikogo się nie spodziewała, z nikim też nie umawiała. Oderwała się od pracy i podeszła do drzwi, by najpierw sprawdzić, kto się do nich dobijał.

Uśmiechnęła się pod nosem, gdy przez wizjer ujrzała Tomka, machającego do niej i wskazującego na dużą papierową torbę.

– Skąd wiedziałeś, że będę w mieszkaniu? – zapytała, gdy otworzyła drzwi. Tomek od razu wparował do środka.

– Nie wiedziałem, ale stawiałem dziewięćdziesiąt procent szans, że jesteś i pracujesz. I jak widać, nie pomyliłem się – odparł, gdy w salonie zobaczył rozłożone projekty, tablet i masę innych przyborów.

– Znasz mnie na wylot. – Zaśmiała się. – A to? – Wskazała na pakunek.

– A to, moja droga, jest danie dnia, popisowe tagliatelle z borowikami szefa kuchni. Wiem, że lubisz takie smaki, więc stwierdziłem, że zapakuję ci na wynos i przywiozę, bo pewnie nie zjadłaś dzisiaj porządnego obiadu?

– O, i tu się akurat mylisz. Byłam u rodziców i mama zrobiła swoje popisowe racuchy i jarzynową, więc wyszłam pełna do granic możliwości i jeszcze dostałam trochę na wynos. Mogę się z tobą podzielić. – Uśmiechnęła się szeroko.

– Racuchami twojej mamy nie pogardzę.

– A ja twoim makaronem – odpowiedziała i sięgnęła do torby. – Zasadniczo, to już bardzo zgłodniałam – dodała i zaciągnęła się zapachem dania.

– I jak, rozmawiałaś z tatą? Udało ci się coś załatwić? – zapytał przyjaciel, gdy oboje usiedli na dużej, wygodnej sofie.

– Tak, podał mi numer do niejakiego pana Janusza, jutro się z nim skontaktuję, żeby przyszedł i ocenił zakres prac.

– No widzisz, mówiłem!

– Rozmawiałam też z ciotką Emilią. Nie była zachwycona tym, że nie przyjadę. Tym bardziej że planuje rozwinąć swój biznes i miała nadzieję, że jej w tym pomogę. Trochę mi głupio, że ją zawiodłam.

– Jak zwykle chciałabyś zadowolić wszystkich. Skup się teraz na sobie i swoim biznesie. Jestem pewien, że twoja ciotka to zrozumie.

– Oczywiście, że zrozumie, ale i tak jest jej przykro.

– Nie da się złapać kilku srok za ogon. Zwłaszcza jeśli chcesz coś zrobić dobrze.

– Oj, ty już nie bądź taki mądry. – Lena wykrzywiła się do niego. – Przecież ja to wszystko dobrze wiem, ale nie umiem inaczej.

– Moja wielkoduszna siostra. – Tomek objął ją ra­mieniem.

– Lepiej ty opowiedz, jak twoje plany? Kiedy pojawi się jakaś konkretna decyzja co do otworzenia własnej restauracji?

– Na razie zbieram środki. Z całym szacunkiem, ale wyposażenie restauracji, to nieco więcej niż wyposażenie kwiaciarni – powiedział z udawaną uszczypliwością.

– Hej! To będzie pracownia z prawdziwego zdarzenia! Kwiaciarnia, jak to nazwałeś, a raczej profesjonalny sklep ogrodniczy, to będzie tylko dodatek i atut tego miejsca!

– Tak, tak, przecież wiem. – Zaśmiał się Tomek. – Ty i twoja dżungla.