Formacja trójkąta - Mariusz Zielke - ebook

Formacja trójkąta ebook

Mariusz Zielke

4,1

Opis

Nowa powieść sensacyjno-kryminalna autora Wyroku.

Ginie prezes warszawskiej giełdy, skonfliktowany z maklerami i ministrem skarbu finansista, którego pozbawiono stanowiska za rzekome nieetyczne działania i erotyczne ekscesy. Zagadkę jego śmierci i tajemniczych machinacji finansowych próbuje rozwikłać trójka bohaterów: początkujący dziennikarz „Expressu Finansowego”, niepokorna agentka ABW i porywczy policjant. Gdy natrafiają na ślad niezwykle groźnych bandytów działających w najwyższych kręgach polskiej polityki i wielkiego biznesu, polujący stają się zwierzyną...

Formacja trójkąta to skandalizująca powieść z dużą dawką emocji i erotyki, ostrą krytyką społeczno-polityczną oraz wieloma nawiązaniami do współczesnych afer.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




—————————

Warszawa 2013
Redakcja: MIROSŁAW GRABOWSKI
Projekt okładki: MAGDALENA ZAWADZKA
Korekta: MACIEJ KORBASIŃSKI
DTP: MARCIN LABUS
Zdjęcie na okładce © Simon D. Warren/Corbis/Fotochannels
Text © copyright by Mariusz Zielke Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2013
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie I
ISBN 978-83-7554-761-0
Wydawnictwo Czarna Owca ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa tel.: (+48 22) 616 29 36 fax. (+48 22) 433 51 51 e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl Zapraszamy do naszego sklepu internetowego: www.czarnaowca.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Markowi, znakomitemu dziennikarzowi, bez którego inspiracji i wsparcia ta książka by nie powstała. Dziękuję, przyjacielu!

Wiem, że nie uwierzycie, ale Formacja trójkątato tylko fikcja literacka :)

Wszystkich urażonych serdecznie przepraszam.

Prolog

Ogarnięty wściekłością, wyrwał z sieci wtyczkę zasilania. Migające diody i rozpędzone wiatraczki wentylatorów zgasły z jękiem. Cisza, nagle przywołana z ciemności, błyskawicznie opanowała gabinet.

Po raz ostatni spojrzał na komputer, jakby zamierzał go jeszcze przeprosić. Ale w oczach nie miał skruchy. Nie zwykł przepraszać. Chciał się jedynie z nim pożegnać jak z partnerem, z którym spędził ostatnie siedem lat.

Ty jeden mnie nie zawiodłeś, przyjacielu. Skończyło się. Nie będziesz mi już potrzebny. Nigdy. Nie wrócę. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. To koniec.

Wstał i szybkim krokiem przeszedł na ukos przez biuro, potrącając biodrem ciężki stół. Przy ścianie zerknął na zegarek. Zbliżała się północ, a jej wciąż nie było. Może więc ponownie dał się oszukać. Może kobiety nie zasługują na zaufanie. Zawsze tylko nas wykorzystują: realizują cel, a potem pozbywają się użytych środków. Zacierają ślady, nie zostawiając otwartych drzwi. Także – a może przede wszystkim – w drodze na szczyt.

Nie, to niemożliwe.

Usłyszał odległy, stłumiony dźwięk dzwonka windy i wyjrzał na zewnątrz. Jego gabinet był usytuowany na najwyższym piętrze nowoczesnego budynku, do którego giełda przeniosła się z sąsiedniego starego gmachu, służącego niegdyś partii komunistycznej.

Wysokie korytarze pełne duchów przeszłości zostały zastąpione przez oszklone, funkcjonalnie zaprojektowane przestrzenie. Było w tym coś symbolicznego. Nowa rzeczywistość ostatecznie pożegnała socrealistyczne zaszłości.

On – młody, dynamiczny prezes – także symbolizował zmiany. Chłodny, wyrachowany profesjonalista, bez teczki w Służbie Bezpieczeństwa komunistycznej PRL, akt w IPN, wstydliwych rumieńców na przeżartych gorzałą policzkach. Bez przeszłości, układów i politycznych nadań.

Nie był częścią świata fałszywych uśmiechów przykrywających głupotę i niekompetencję. Nie uciekał od konkretów i twardych rynkowych gier, które jego poprzednicy często traktowali jak zło konieczne. Reprezentował nowy świat drapieżnego kapitalizmu. Wcale pewnie nie lepszy od starej rzeczywistości, śmierdzącej wódą i papierochami, pełnej tłustych włosów, pocałunków w usta i misiów strzelanych na ostatnie pożegnanie przed strąceniem wroga w przepaść.

Tak, gogusie w garniturach wartych tyle co mały samochód niewiele się różnili od dawnych towarzyszy. Obdarzeni idealnym uśmiechem za dziesięć tysięcy euro, wymalowanym nad kołnierzykiem śnieżnobiałej koszuli od Amosu, tak samo jak tamci byli skąpani w wielkim kłamstwie.

Ostatni uścisk wypielęgnowanej ręki, dyplomatyczne bye-bye i już lecisz w przepaść, a wszyscy odwracają wzrok, żeby nie widzieć twojego upadku. Klęska przyciąga klęskę. Tąpnięcie na akcjach jednej spółki może wywołać giełdowy krach. Dobrze opanowali lekcje hipokryzji. Udają, że nie słyszą krzyku, jakby się bali, że ich dopadnie i pociągnie za sobą.

Z windy wyszła dziewczyna z wózkiem do sprzątania, pełnym miotełek i tajemniczych przyborów czyszczących. Ukłoniła się i posłała mu uśmiech. Odpowiedział jej tym samym. Nigdy nie okazywał pracownikom pogardy. Nawet dla tych z najniższego szczebla znajdował czas i życzliwość. Niekiedy z czystego serca, niekiedy z wyrachowania. Starał się zapamiętać imiona, twarze żon, mężów i dzieci. Zażartować, wręczyć premię w dniu urodzin, okazać wyrozumiałość, jeśli komuś coś nie wyszło. Korporacje znają niejedną niespodziewaną karierę, każdy zasługuje na szacunek, każdy jutro może być prezesem.

Nie warto zrażać do siebie ludzi, jeśli to nie jest konieczne. Ale ludzie muszą cię także szanować. A szacunek to strach. Tego, kogo się nie boją, zwykle też nie szanują.

Potrafił zapewnić sobie i strach, i szacunek.

Frazesy? Niewątpliwie, ale tak było lepiej. Jeśli nie można zmienić jakiegoś fragmentu świata, lepiej obudowywać go frazesami.

Sprzątaczka zniknęła za rogiem.

Wrócił do gabinetu, zerkając na lewe przedramię. Dla niewolnika czasu miarą zdenerwowania jest ilość zerknięć na zegarek. Stary, dobry timex – prezent od przyjaciela z czasów, gdy jeszcze wykładał na uczelni w Krakowie – właśnie odbębnił północ.

No nic, widać coś jej wypadło. A może uznała, że sam powinien pożegnać to miejsce. Może nie chciała mu odbierać tej ostatniej chwili.

Wyjaśnienie dobre jak każde.

Energicznie podszedł do szafy, wyjął płaszcz, zarzucił szalik i wcisnął na głowę kapelusz. Ostatni dzień prezesa. Człowiek, który uśmiechał się do niego z lustra, nie przypominał szefa takiej instytucji jak giełda. Szczupła, wysoka sylwetka, długie ramiona, silne barki. Twarda, mocna, kwadratowa szczęka, naciągnięta skóra na policzkach, wodniste oczy, świdrujące spojrzenie. Odważne i wyzywające. Oczy gangstera.

Wyglądał trochę jak gangster. James Woods z naleciałościami Maxa Bercovicza.

Może nim jestem? Może coś jest w tym żarcie o synu, który oświadcza ojcu, że zamierza się poświęcić zorganizowanej przestępczości, na co ten dopytuje: „Administracja rządowa czy sektor bankowy, synku?”. Giełda była czymś pomiędzy administracją, sektorem bankowym i szczwaną korporacją. Czymś idealnym dla kariery w zorganizowanej przestępczości.

Koniec. To już koniec.

Wyszedł z gabinetu i wtedy dzwonek windy zadźwięczał jeszcze raz. Ruszył ku niej szybkim krokiem, ale w środku nikogo nie było. Drzwi zamknęły się z cichym szumem. Nacisnął guzik i znów stanęły otworem. Cholera – zaklął, zorientowawszy się, że w pośpiechu zapomniał teczki z dokumentami. Miał tam wszystko, co byłoby potrzebne, gdyby jego partnerzy zrezygnowali z honorowego rozstania. W zorganizowanej przestępczości każdy ma coś na każdego. „Zawsze trzymaj to na czarną godzinę” – radził jego najwierniejszy przyjaciel, którego media przemianowały ostatnio na największego wroga.

Cofnął się po teczkę i wtedy poczuł za sobą ruch powietrza oraz silną woń perfum. Odwrócił się z grymasem uśmiechu, który zgasł równie szybko, jak się pojawił. Nie tej osoby oczekiwał.

– Co ty... tu robisz?

Postać nie odpowiedziała. Mierzyła go przeciągłym spojrzeniem zza dużych przeciwsłonecznych okularów zasłaniających niemal połowę twarzy. Obszerny wełniany płaszcz i naciągnięta głęboko młodzieżowa czapa z nausznikami ukrywały wszelkie cechy charakterystyczne, uniemożliwiając rozpoznanie. Nieznajomemu trudno byłoby nawet ocenić, czy to mężczyzna, czy kobieta.

Mimo że postać wyglądała jak chodzący wieszak na ubrania, Witold poznał ją natychmiast. Nie pomogło mu to jednak w porę zareagować, gdy przyłożyła do jego głowy niewielki rewolwer i bez ostrzeżenia pociągnęła za spust.

1

Kurewska jedynka! Zawsze coś się musi spieprzyć w ostatniej chwili. Jak się ma spieprzyć, to się spieprzy. Tak już jest. Kurewski świat.

Bartek Milik patrzył z nieskrywanym żalem i uzasadnioną wściekłością na pierwszą stronę „Expressu Finansowego”, na której powinien dzisiejszego pięknego dnia widnieć wielki tytuł Unijna afera mięsna z polską koniną w tle. To miała być pierwsza jedynka Bartka w „Expressie”. Czołowy materiał, najważniejszy tekst numeru. Długo wypracowywany, wychodzony tygodniami po śmierdzących rzeźniach, nie mniej cuchnących korytarzach laboratoriów i gabinetów weterynaryjnych oraz pachnących cynizmem i bezduszną żądzą zysku ministerialnych korytarzach. Wymuskany redakcyjnym dopracowaniem, zaplanowany i... pewny jak w banku.

Na początku tygodnia taką obietnicę dał mu naczelny.

„Dzień przed Wigilią twój tekst będzie na jedynce – oznajmił wówczas. – Spodziewaj się tysiąca oburzonych maili i komentarzy na forum za to, że wkładasz kij w mrowisko właśnie przed świętami. Przygotowany na szok?”

„Szok to moje drugie imię” – mruknął w odpowiedzi.

Naczelny popatrzył jakoś tak miękko i sympatycznie. Kupił Bartka tym spojrzeniem. Zresztą nie pierwszy raz. Milik był przekonany do wizji dziennikarstwa, jakie krzewił i jakiego oczekiwał naczelny. Szybkiego, bezkompromisowego, odważnego. Żadnej ściemy, żadnej zwłoki i zbędnego tłumaczenia. Bez litości. Szybkie teksty – zestawienie opinii dwóch stron konfliktu, obiektywne, ale z jasnym wskazaniem, komu wierzymy. A prawda? Gdzieś, kiedyś może wyjdzie na jaw. Zawsze wychodzi, chyba że kłamstwo okazuje się silniejsze.

Nas już to nie obchodzi, my będziemy daleko z przodu.

Lubił naczelnego. Do dziś byłby gotów skoczyć za nim w ogień. Do dziś, bo teraz miał ochotę osobiście wypruć mu flaki.

Zamiast końskiego łba i wielkiego tytułu z podpisem ŚLEDZTWO „EXPRESSU” – BARTEK MILIK PREZENTUJE na jedynce widniał ludzki łeb prezesa warszawskiej giełdy, którego nazwisko nawet niespecjalnie pamiętał. Surowski czy Sworowski. Imię? Chyba Wiktor. Albo Witold. Tak, Witold Sworowski, kolejny wielki prezes, któremu coś tam się nie udało i skończył na jedynce „Expressu” z podpisem KŁAMCA. Ukradłeś mi jedynkę, Witoldzie Sworowski.

Nie do niego jednak miał pretensję. Ofiar się nie sądzi, tak jak nie kopie się leżącego.

– Dlaczego mi to zrobiliście? – zapytał, wchodząc do gabinetu szefa i zamykając za sobą drzwi.

– Co takiego?

Romek Pawlak miał niespełna czterdzieści lat, zmysł drapieżnika, wspaniały przegląd pola bitwy i wiele innych strategicznych umiejętności wodzowskich. Oprócz jednej: nie potrafił ukrywać strachu. Odważne decyzje dotyczące materiałów dziennikarskich okupował potwornym stresem. W jego oczach ciągle było widać, że się boi i ledwie sobie z tym radzi. Nie panował nad drżeniem głosu, obgryzał paznokcie, dłubał w nosie, uciekał wzrokiem. Był pieprzonym tchórzem.

Takim jak ja – pomyślał Bartek. Też jestem tchórzem.

– Powiedziałem wszystkim znajomym, że będę miał dziś jedynkę. A wy mi robicie taki numer – zasyczał.

– A, to. – Pawlak westchnął głęboko i chyba się nieco uspokoił. To on był na wierzchu. Milik nie miał prawa mu podskakiwać. – Przepraszam, nie mogliśmy trzymać tekstu o Sworowskim dłużej, dlatego zastąpił twój materiał.

– No ale mogliście mi powiedzieć – warknął w odpowiedzi.

Zrobiłem z siebie idiotę, wszędzie rozgłaszając, jaki to mam pierwszy w życiu dziennikarski sukces. Pierwsza jedynka Bartka Milika. Gówno, nie jedynka.

– News przyszedł za późno, nic nie mogliśmy zrobić. Przykro mi. – Naczelnemu chyba naprawdę zrobiło się żal Milika. Tłumaczenie brzmiało szczerze. – Mam pomysł, by cię udobruchać.

Pogrzebał w śmieciach na biurku i wyciągnął elegancki kartonik z krzykliwymi napisami: WYDARZENIE SEZONU – DAJ SIĘ PORWAĆ – NAJLEPSZA POLSKA KOMEDIA.

– Co to?

– Zaproszenie na film, dwuosobowe. Weź dziewczynę, rozerwijcie się. To oficjalna premiera, będę gwiazdy i takie tam... Miłej zabawy.

Milik wzruszył ramionami, odwrócił się i chciał już wyjść, gdy naczelny zawołał za nim:

– Bartek!

– Tak?

Pawlak popatrzył na niego znacząco, a potem powiedział pozornie łagodnie, ale z wyczuwalnym naciskiem i groźbą:

– Naprawdę czasem tak bywa, musisz znać swoje miejsce. Jesteś częścią gazety, jej ważnym ogniwem. Nie możesz się na nią gniewać, bo kiedyś coś spieprzysz. A wiesz, że dziennikarz jest jak saper, myli się tylko raz.

Jasne przesłanie: nie podoba się, to won. Powiedziane kulturalnie, bez chamstwa. Z wyświechtaną, mało subtelną puentą. W sumie powinno go to pocieszyć.

To znaczy, że im na mnie zależy. Nie chcą, bym odszedł. Jeśli jednak nie pogodzę się ze swoim miejscem w szeregu, to... droga wolna.

– W porządku. Już... się nie gniewam.

– Twój tekst o aferze mięsnej pójdzie zaraz po świętach.

– W martwym okresie – mruknął Bartek pod nosem.

– Tym bardziej zostanie nagłośniony. Zobaczysz, będzie dobrze.

Zamknął za sobą drzwi tak cicho, jak umiał, i ruszył do biurka. Spojrzał przelotnie na zaproszenie. Nazwiska aktorów nic mu nie mówiły, a tytuł wydawał się okropny. Zemsta faraona. Kto pójdzie na coś takiego? Polscy filmowcy powinni wymyślać lepsze tytuły. Złożył zaproszenie na pół i wyrzucił do kosza.

Skandal wybuchł o szesnastej.

<Słyszałeś?> – zapytał na czacie jeden ze znajomych.

<Co takiego?>

<Prezes giełdy popełnił samobójstwo.>

Prezes... giełdy... popełnił... samobójstwo. Musiał to sobie przetrawić, jakby coś w umyśle blokowało treść, nie pozwalając jej się przebić przez barierę ochronną. Spojrzał na jedynkę i twarz Witolda Sworowskiego opisaną krótkim, jednoznacznym określeniem: KŁAMCA. Jeśli to prawda, że prezes odebrał sobie życie, to autor tekstu zostanie gwiazdorem.

Poszukał wzrokiem Stefana Kurtyny, który był najlepszym dziennikarzem śledczym „Expressu” i jednym z najbardziej doświadczonych w Polsce pismaków zajmujących się brudami. Po odejściu z „Expressu” Kuby Zimnego, który potem wdał się w cichą wojnę z gazetą, innymi mediami oraz służbami, Stefan był właściwie jedynym w Polsce dziennikarzem śledczym wyspecjalizowanym w sprawach gospodarczych.

Pisał o esbekach, teczkach i kryminalistach kryjących się często za księgowymi słupkami wielkich korporacji. Ścigał przeżarte mafijnymi układami urzędy, przeciętnych hochsztaplerów i małych gangsterów piorących w firmach Krzak brudne zyski zorganizowanej przestępczości. Był wszędzie tam, gdzie brud można było wybierać łopatami.

Kurtyna – dobre nazwisko dla śledczego. Czasem rzetelny, czasem mniej. Zawsze w zgodzie z własnymi interesami.

Farciarz.

Stefana nie ruszy śmierć Sworowskiego, nawet jeśli sam się do niej przyczynił. Choć pewnie to przypadek. Zarzuty w gazecie i nawet tak mocny tytuł nie prowadzą nikogo na stryczek. To musiał być jeden z elementów.

Poza tym...

W necie pojawił się właśnie pierwszy komunikat giełdy, który jednoznacznie przekreślał możliwość związku tekstu w „Expressie” ze śmiercią prezesa.

Zarząd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie z ogromnym żalem informuje o śmierci Pana Witolda Sworowskiego, pełniącego dotąd funkcję prezesa zarządu spółki. Według naszej najlepszej wiedzy to przykre zdarzenie miało miejsce wczoraj w godzinach nocnych i nie ma żadnego związku z funkcjonowaniem rynku kapitałowego w Polsce. Pomimo bolesnej straty spółka funkcjonuje bez zakłóceń, a inwestorzy nie powinni być zaniepokojeni. Okoliczności sprawy bada policja.

Dziwny komunikat i głupie zdanie na końcu.

Pewnie, że bada. Po co pisać coś takiego?

„Inwestorzy nie powinni być zaniepokojeni” brzmi dokładnie tak samo, jakby napisali: „Spieprzajcie jak najszybciej, bo będzie zwała! Zaczynamy rok niedźwiedzia”.

A ty byś lepiej to ujął? Kiedyś próbowałeś działać w piarze i szybko poniosłeś klęskę. Dobry komunikat, szczególnie na trudny temat, niełatwo sformułować. A w tym jest wszystko, co być powinno. Nienachalne wyrazy współczucia, informacja o śmierci, uspokojenie inwestorów. I policja.

Dziennikarze dość szybko uzupełnili informację danymi od własnych wiewiórek, dzięki czemu pół godziny później Bartek już wiedział, że prezes strzelił sobie w łeb około północy, nie czytał więc tekstu Stefana, bo ten numer „Expressu” ukazał się dopiero rano. Mógł najwyżej słyszeć, że coś ma być opublikowane. Jeśli jednak to miał być powód, to raczej poczekałby na artykuł, a dopiero potem dokonał żywota.

Nie ma co, naprawdę dobrze wyczułeś moment.

Stefana nie było przy biurku. Poszedł już na obchód po telewizjach.

W jednym z głównych serwisów informacyjnych o osiemnastej rozmawiał z lekko wczorajszą prezenterką zadającą zmanierowane, mocno irytujące pytania oraz innym dziennikarzem śledczym z jakiegoś tygodnika, wyraźnie podenerwowanym faktem, że to Stefan, a nie on, tak świetnie wstrzelił się z tekstem.

„Nasze zarzuty są dobrze udokumentowane i poparte wielotygodniową weryfikacją! Prezes dopuścił się nadużyć! Ewidentnych nadużyć! Przykro mówić źle o zmarłych, ale to była ważna postać rynku kapitałowego, która nie udźwignęła ciężaru. Tak, nie udźwignęła!” – przekonywał Stefan, mocno akcentując każdy wykrzyknik. Był prawdziwym zwierzakiem telewizyjnym. Kłamał jak z nut i nigdy nie dawał się zagiąć. „Wielotygodniowa weryfikacja”? To tak się teraz nazywa pisanie na zlecenie służb specjalnych? Nawet jednego dnia nie spędziłeś na weryfikacji. Wystarczyły ci dostarczone kwity od wiewiórek.

„Co tak naprawdę zarzucacie prezesowi?” – dopytywała się prezenterka, pokazując do kamery jedynkę „Expressu”. Jedynkę, na której powinien być tekst Bartka. Ale wtedy nie byłoby jej w telewizji, a Stefan nie piałby z dumy. Tak jak zwykle, to naczelny miał rację i nosa. Konina nikogo by dziś nie ruszyła.

Milik ponownie przejrzał główne tezy tekstu. Według „tajnego raportu”, do jakiego miał dotrzeć „Express”, prezes Witold Sworowski naruszył w swoich działaniach korporacyjnych zasady etyki i stracił zaufanie ministra skarbu. Na czym miało dokładnie polegać to naruszenie etyki? Tego nikt nie wyjaśniał. Człowiek winny, człowiek skazany. Za pomocą ogólników strzela się ślepakami, ale od huku też można zginąć.

Ogłuchnąć i zgłupieć.

Wszystko to było napisane bardzo niekonkretnie, choć z jednoznaczną tezą: prezes jest winny i wkrótce straci stanowisko.

„Według naszych informacji minister skarbu miał złożyć wniosek o odwołanie prezesa” – zakończył Stefan.

„Myślą panowie, że to był powód samobójstwa?”. „Samobójca zawsze znajdzie sobie dobry powód” – odparł Stefan, dając znać, że nie bardzo się przejmuje ewentualnym zarzutem współudziału w tym... przykrym zdarzeniu.

Przykre zdarzenie – właśnie takiego określenia najczęściej używał, jakby w ten sposób mógł zmienić jego wagę. Pełny profesjonalizm. Nie mam sumienia. Wykańczam ludzi na zlecenie, zawodowo. Jego twarz wyrażała pustą satysfakcję. Jestem cholernie zimnym draniem i uczestniczę w grze, w której nie ma miejsca na emocje. To moje teksty mają wywoływać emocje, ja sam im nie ulegam. To zabawa dla dużych chłopców. Jeśli prezesik jej nie wytrzymał, to już jego problem.

„No tak”. Prezenterka, żeby ukryć zmieszanie, zerknęła na leżącą przed nią gazetę. Nie grała w tej lidze. Nie nadawała się do pokerowych zagrywek.

Drugi z rozmówców zaczął pieprzyć farmazony o psychologii i stresie, jakiemu poddane są osoby na takich stanowiskach.

Bartek pomyślał, że powinien pójść na papierosa. W redakcji obowiązywał zakaz palenia, mimo że prawie wszyscy palili.

Wyszedł na zewnątrz, przypalił papierosa i zaczął bezmyślnie odprowadzać wzrokiem samochody, które z wolna pokonywały korki w Alejach Jerozolimskich. Sznur aut parował od klaksonów, zdenerwowania i frustracji. Czerwone, żółte i białe światełka zlewały się z postępującą szarugą. Na poboczach zalegały brudne zaspy. Ich obfitość sprawiła, że miasto postanowiło zawiesić akcję wywozu śniegu. Nie mogli sobie poradzić, ludzie ich przeklinali, ale ludzie przeklinają zawsze.

Taką już mają naturę. Narzekanie wpisane w genotyp. Nadajemy się do tego. My, Polacy, uwielbiamy narzekać bez względu na to, czy mamy powód, czy też nie. Zawsze jakiś się znajdzie. Krytykować wszystko, szkalować, niszczyć. Najlepiej sąsiada. Po co szukać wroga daleko, gdy mamy go za rogiem.

Do diabła z tym wszystkim! Dziś ani jutro, ani przez najbliższe dni nikt nie będzie przejmował się jego koniną wykrytą w wołowinie. Lepiej już ponarzekać na śnieg albo zbluzgać gościa podjeżdżającego maksymalnie daleko na lewym pasie, by wcisnąć się do skrętu w prawo tuż przed skrzyżowaniem. Co go obchodzi, że przez niego tworzy się trzykilometrowy korek? Za sprawą kilku baranów stoi pół miasta. Ale on będzie wcześniej w domu. Będzie mógł zasiąść przed tłustą kolacją zastępującą mu obiad. Mielony i krokieciki. Udko, pierś faszerowana, kaczka zdechła ze starości. Co taka twarda?

Nie narzekaj, tylko wpierdalaj.

Wzrok żony. Dawnej kochający, dziś nienawistny.

Gdybyś nie był takim sknerą i pozwolił sobie na lunch, nie musiałaby tego robić. Odgrzewać ci pieprzonej starej kaczki popijanej zsiadłym mlekiem. Talerzyk z kiszonymi ogórkami został w kuchni obok kapusty i schowanej za chlebakiem butelki czystej. Słyszałeś kiedyś, że zdrowo jest przepić mięso winem? Nie, ty wolisz kieliszek wyborowej.

Do kaczki zdechłej ze starości jak znalazł.

Kaczkę trudno podrobić, powinieneś się więc cieszyć. Jakbyś przeczytał mój tekst, toby ci się odechciało. W Wigilię co prawda nie będziesz jadł mięsa, ale i tak ci się odechce. Kto wie, może ktoś nafaszerował czymś tego karpia i grzyby wymieszane z kapustą?

Kogo to w ogóle obchodzi, co żremy? Konina, świnina, wołowina, zamienniki? Czy ktoś zastanawia się nad tym, że w pierogach z mięsem nie ma mięsa?

Ech...

Święta i śmierć prezesa.

Dwa tematy i tylko te dwa. Gdzieś w tle jeszcze cholerny Cypr z bankrutującymi finansami oraz echa wiosny ludów w Afryce. Nawet kolejna próba jądrowa w Korei Północnej przechodzi bez echa. W telewizji sprowadza się do tego, że pokazują animację, na której małe dziewczynki uczą obcinania głów przeklętym amerykańskim imperialistom. Tylko czy to aby ta Korea jest zła, czy ta druga?

Czas na kolejny news.

O wycieku danych z kont w rajach podatkowych niewielu już pamięta. Pomiędzy informacją o spadku sprzedaży karpia i odnalezionych pamiętnikach jakiejś pomniejszej dzieciobójczyni idzie więc tylko krótka setka o odkrytych na Kajmanach miliardach prezydentów, dyktatorów, bankierów i polityków. Nareszcie razem, w jednym miejscu, na które zasługują. Szkoda tylko, że tak bez jaj i nacisków na rozliczenie drani.

Szybki news, szybkie zapomnienie.

Wracamy do sprawy prezesa giełdy.

Szczęście, że wykitował przed świętami. Pewnie tak sobie zaplanował, żeby jego ukochany rynek kapitałowy za bardzo tego nie odczuł. Jak to leciało w komunikacie? „Inwestorzy nie powinni być zaniepokojeni”. Giełda nie zdąży zareagować i zdyskontować umarlaka, bo sesja wigilijna nie jest do myślenia o śmierci. A po świętach wszystko wróci do normy.

Będzie nowy prezes, nowy świat, nowe indeksy, sukcesy i porażki. I kac po sylwestrze. Zupełnie nowe powody do walki byków z niedźwiedziami. Ktoś poszuka kulawego jelenia, na którym będzie mógł zbić sporą premię. Inny uzależniony hazardzista skupi się na węszeniu za dużymi spekulantami. Jedni zarobią, drudzy stracą. Zwykła gra. Czasem o znaczną stawkę.

Spojrzał na pokaźną reklamę społeczną umieszczoną na przeciwległym budynku. Prezes Witold Sworowski przekonywał w niej, że rynek kapitałowy to „szansa dla ciebie, mały człowieczku. Okazja dobrej lokaty twoich oszczędności. Nadzieja na uczciwy zarobek i podpięcie do pociągu sukcesu, pewność spokojnej starości, wysokiej emerytury, jasnych barw jesieni życia”.

Czy aby na pewno?

– W każdym razie wiedział, kiedy odejść – usłyszał za plecami głos Mirki z działu inwestycyjnego.

– Myślisz, że sam sobie walnął w łeb czy ktoś mu pomógł?

– Seryjny samobójca? – przeciągnęła żartobliwie, nawiązując do trwającej od kilkunastu miesięcy szczególnej serii samobójstw i śmierci znanych osób. – Kto wie, może to robota seryjnego. Witold nie wyglądał na takiego, co rejteruje z pokładu. Raczej walczył do końca.

– Witold? Byliście po imieniu?

– Nowoczesny prezes. – Mirka wzruszyła ramionami i poprosiła o ogień. – Poznałam go trochę lepiej na wyjeździe w Alpach, ale nie warto o tym gadać.

– Czemu?

– Nie mówi się źle o zmarłych. – Odetchnęła głęboko, jakby chciała wyrzucić z płuc nieświeże powietrze, którym się zachłysnęła.

Do domu dotarł po siódmej. Ewa piłowała paznokcie. Jeśli ucieszyła się z jego powrotu, to skutecznie tę radość ukryła. Była ładna, ciepła, miła i taka niewinna, a jednocześnie zepsuta. Coś w tej kobiecie go ciągle przyciągało i jednocześnie odpychało. Wystarczyło, że zamykał oczy, a niewinna dziewczynka zaraz przemieniała się w wampa. Czułość szybko przeganiała wyrachowaniem. Współczucie i wzruszenia potrafiła zaraz za rogiem przeliczać na twardą walutę.

Same sprzeczności.

A jednak ją kochał. Była poskładana z jakby nie do końca dobranych klocków. Towar wybrakowany, a jednocześnie jedyny w swoim rodzaju.

Nikt mnie nie lubi. Może powinienem popełnić samobójstwo. Niedoczekanie, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.

– Mieliśmy iść do teatru – westchnęła Ewa.

– A co powiesz na kino?

– Kino? Wolę teatr.

– Ale to premiera – wyciągnął z kieszeni złożone wpół zaproszenie, które przed opuszczeniem redakcji wyjął z kosza. A nuż się przyda.

– Premiera, hm... Tylko co to za debilny tytuł?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki