Falcon II Na rozstaju dróg - Wycisk Katarzyna - ebook

Falcon II Na rozstaju dróg ebook

Wycisk Katarzyna

4,4

Opis

Po katastrofalnej w skutkach akcji ratunkowej Alex zostaje zamknięta w odizolowanym pomieszczeniu Głównej Kwatery.

Dziewczyna nie wie, co stało się z towarzyszącą jej dwójką i resztą grupy. Obawia się, że zdrada Siedem przyniosła w rezultacie fatalne skutki i konsekwencje.

Nie widząc innego wyjścia, postanawia zawrzeć umowę z dowódcą Organizacji i pozostać w Kwaterze.

Co dziwne, nie wszystkie słowa ludzi Falconu brzmią jak szaleństwo. Ponadto, ich dowódca zdaje się mieć dobre, jego zdaniem uzasadnione, powody takiego, a nie innego postępowania.

Kto tak naprawdę jest zły? Falcon? Czy osoby z nadnaturalnymi zdolnościami? Którą ze stron wybierze Alex? I jakie konsekwencje poniesie za sobą jej decyzja?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (91 ocen)
57
21
8
4
1
Sortuj według:
Aniuffa

Nie oderwiesz się od lektury

Boziu kochany to jest totalny odlot.Polecam całym❤
20
Garbielka

Nie oderwiesz się od lektury

Falcon nie przypuszcza, że Organizacje, które nie zgadzają się z ich postepowaniem wobec Obdarzonych, mogą im naprawdę mocno zaszkodzić i bardzo na to liczę.
10
emiczyta1

Nie oderwiesz się od lektury

W tym tomie dowiadujemy się dużo na temat Organizacji. Jest dużo akcji, tak samo jak w pierwszej części, a koniec sprawia, że wręcz trzeba sięgnąć po kontynuację!
10
Darex977

Całkiem niezła

Ujdzie
00
Scorpion99

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna
00

Popularność



Kolekcje



Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przed przeszłością nie uciekniesz

Niewybaczalne

Kolejny cios w serce

Błagam, pomóż mi nie czuć

Pakt z diabłem

Poświęcenie

Pozwól sobie pomóc

Szarość

Przesłuchanie

Iskra nadziei

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie

Granice wytrzymałości

Prawda wychodzi na jaw

Chcesz zobaczyć śmierć?

Zawieszenie broni

Czerń przed oczami

Odpuść mi, bo zgrzeszyłem

Koń trojański

Patrz i ucz się

Cel uświęca środki

Kruche jest życie człowieka

Przeładowanie

Zapach chryzantem

To, czego nie widzisz, to jestem ja

Głęboki sen

Nieosiągalne

Odreagowanie

Jego osobista głębia strachu

Środki nieostrożności

Jedna dusza, serca dwa

Bo ja tonę w tym ametystowym morzu kłamstw

Niepewność

Konflikt

Ab alio expectes, alteri quod feceris

Projekt Odrodzenie

Połamane skrzydła

Demony też pragną miłości

Falcon. Na rozstaju dróg

Copyright © 2021 by Katarzyna Wycisk

Redakcja i korekta: Katarzyna T. Mirończuk

Skład i korekta techniczna: Natalia Gąsior

Projekt okładki: Katarzyna Wycisk

Obróbka graficzna okładki: E. Raj

ISBN 978-83-960242-6-8

Wydanie II

Kontakt: katarzynawycisk182@gmail.com

FB: www.facebook.com/KatarzynaWyciskAutor

www.katarzynawycisk.com

Druk i oprawa: Mazowieckie Centrum Poligrafii

Przed przeszłością nie uciekniesz

Jestem zamknięta w ciasnym pokoju na jednym z wyższych pięter Głównej Kwatery Falconu. Pomyśleć, że to nie pierwszy raz, kiedy traktują mnie jak więźnia. No cóż, ostatnio znajdowałam się przynajmniej w przytulnym pokoiku z widokiem na piękny ogród. Tutaj nic nie jest przytulne czy piękne. Gdzie nie spojrzeć, widać biel. Powoli rzygam tą przeklętą bielą! Nawet łóżko wygląda jak cholerna, szpitalna kozetka. Na suficie wisi podłużna lampa, której ostre światło nieprzerwanie drażni oczy. W pomieszczeniu nie ma okien, co jeszcze bardziej pogarsza moją sytuację. Czuję się jak w wariatkowie. Żadnego stolika, krzesła czy innych mebli. Brakuje tylko miękkich ścian, o które mogłabym się obijać. Z jednego mogę być jednak zadowolona – naprzeciwko mojej pryczy znajduje się maleńka łazienka. Przynajmniej nie jestem zmuszona załatwiać fizjologicznych potrzeb pod siebie.

Przed drzwiami do pokoju stoi dwóch strażników. Co jakiś czas słyszę ich ciche rozmowy i śmiechy. Nieraz próbowałam podsłuchać, o czym mówią, jednak wytężanie uszu na nic się nie zdaje. Albo niczego nie wiedzą, albo są na tyle inteligentni, by nie gadać o ważnych rzeczach tuż pod drzwiami mojego prywatnego więzienia.

Jeśli chodzi o Jeden, Trzy i Cztery, nie mam bladego pojęcia, co się z nimi dzieje. Trzymam się dobrej myśli, że Cztery zdołał uciec, schować się, ujść z życiem, ale Trzy… Ta nieświadomość w końcu mnie zabije.

W noc naszej katastrofalnej akcji ratunkowej widziałam go po raz ostatni. Do teraz nie mogę uwierzyć, że to Siedem nas zdradziła. Osobiście założyła kajdanki na ręce Trzy, po czym nakazała strażnikom zaprowadzić go do dawnej celi. Mogę się tylko domyślać, co w tej chwili z nim robią.

O Sześć też niczego nie wiem. Prawdopodobnie schwytali go jeszcze przed nami. Siedem wiedziała o wszystkim, znała każdy szczegół naszego planu. Wiedziała, kto nam pomaga. Raczej mało prawdopodobne, że zostawiła Sześć w spokoju i wydała tylko nas. O reszcie grupy nawet nie wspomnę. Boję się, że coś im się stało. Co ja mówię, z całą pewnością coś się stało. Pytanie jest jedno: czy jeszcze żyją?

Próbuję wyrzucić z głowy obraz wołających o pomoc Nany, Dwa i Pięć.

Nie jestem pewna, jak długo tutaj siedzę. Wydaje mi się, że minęło dobrych parę tygodni. Nikt nie pokazuje mi się na oczy. Nikt mnie nie odwiedza. Nikt nie otwiera drzwi i nie przekracza progu izolatki. Nie wiem, czego ode mnie chcą. Co planują jako następne? Dlaczego jeszcze żyję? Czyżby byli tak głupi i naiwni, by myśleć, że zgodzę się na współpracę z nimi? Możliwe, że chcą mnie wykorzystać, by sterować Jeden, ale w międzyczasie musieli się domyślić, że nigdy nie stanę po ich stronie. Nie posunęłabym się do czegoś tak niemoralnego, nawet za cenę własnego życia. Przynajmniej tak myślę. Jednak patrząc na tę sprawę trzeźwym okiem, nie mam pojęcia, co by się stało, gdyby przyłożyli mi lufę pistoletu do skroni i kazali wydać Jeden jakieś polecenie. Nie mogę być w stu procentach pewna, że od razu im odmówię. Chcę wierzyć, że właśnie tak bym postąpiła, ale człowiek nie może być niczego pewien, zanim nie znajdzie się w danej sytuacji.

Najgorsze, że i beze mnie poradzą sobie z Jeden. Tylko Trzy jest odporny na ich eksperymentalne mieszanki, które ważą się nazywać lekarstwami. Na pewno z powrotem zrobili z Jeden robota, który ślepo wykonuje każdy ich rozkaz. Nie wątpię w to. Tak bardzo chciałabym znaleźć sposób, by go uratować. Niestety, nie potrafię ocalić nawet siebie. Trzy miał rację mówiąc, że do niczego się nie przydam i będę tylko balastem. Ale nawet gdybym go wtedy usłuchała i została w kryjówce, co by to zmieniło? Tak czy siak skończylibyśmy w tym samym miejscu.

Zbyt dużo pytań krąży mi po głowie. Dziesiątki przypuszczeń, które przyprawiają o mdłości i ból głowy. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby ludzie odpowiedzialni za ten cały syf postawili sprawę jasno. Mam serdecznie dość ciągłego domyślania się, czego tak właściwie chcą i co stało się z resztą.

Niewielka klapa, znajdująca się w dolnej części stalowych drzwi, otwiera się trzy razy dziennie. Żołnierze Falconu przesyłają mi przez nią plastikową tacę z  jedzeniem i piciem. Przez pierwszych kilka dni niczego nie ruszyłam. Postanowiłam zastrajkować. Moja głodówka nie trwała jednak długo. W końcu zdałam sobie sprawę z własnej głupoty. Martwa nikogo nie ocalę. Osłabiona nie będę w stanie się obronić, gdyby ktoś zdecydował się przekroczyć próg mojej samotni.

Teraz pochłaniam każdy posiłek, jakby był moim ostatnim. Nie zostawiam żadnych resztek. Chcę być gotowa stawić opór, kiedy tylko pojawi się taka okazja. Ale póki co, nie widząc innego wyjścia – czekam.

Głośne pukanie do drzwi wyrywa mnie ze snu. Zrywam się gwałtownie na równe nogi i otwieram szeroko oczy. Nie wiem, czego się spodziewać. Zaskoczenie jest tak wielkie, że tłumi mój trzeźwy tok myślenia.

Gdy słyszę głuche kliknięcie otwieranego zamka, instynktownie robię krok w tył. Serce przestaje na parę sekund bić, przeczuwając najgorsze. Zabiją mnie.

Zawiasy lekko piszczą. Stalowe drzwi w końcu się otwierają, wpuszczając do środka nieznajomą postać.

Wysoki mężczyzna ubrany w elegancki garnitur przekracza próg pomieszczenia, zamykając za sobą jedyną drogę ucieczki. Ostrożnie rusza w moją stronę, przeszywając mnie badawczym wzrokiem. Nie wygląda na groźnego, wprost przeciwnie. Sympatyczny wyraz twarzy i delikatny uśmiech sprawiają, że odrobinę się rozluźniam.

Mężczyzna nagle się zatrzymuje, chowa długie ręce za plecami i splata ze sobą kościste palce dłoni. Jasnoniebieskie oczy konsekwentnie mnie obserwują. Co dziwne, to intensywne spojrzenie wcale mi nie przeszkadza.

Na bladej, lekko pomarszczonej twarzy pojawia się subtelny uśmiech. Ciągle milcząc, siada na twardym łóżku i klepie miejsce obok siebie. Nabieram powietrza przez nos i powoli wypuszczam ustami. Nie mogę nikomu ufać, powtarzam sobie w myślach. Niepewnie do niego dołączam, siadając w jak największym dystansie.

– Z góry chciałbym przeprosić za karygodne zachowanie moich żołnierzy – zaczyna donośnym, ale ciepłym głosem. – Nie powinni traktować cię w ten sposób.

Automatycznie otwieram usta. Coś jest ewidentnie nie tak. Facet wydaje się być pokojowo nastawiony. Stwarza wrażenie miłego, a może to tylko moja wybujała wyobraźnia? Może jeszcze śnię? Minęło tyle czasu, dlaczego akurat teraz miałoby się coś zmienić? Czyżby postanowili zagrać ze mną w jakąś chorą grę, której reguł nie rozumiem? To musi być podstęp.

– Zapewne jesteś zdezorientowana – stwierdza, widząc moją skołowaną minę.

– Kim pan jest? – wyduszam z siebie. Nie poznaję własnego głosu. Skrzypi i jest ledwo słyszalny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio go używałam. – Co tutaj robię? Co z resztą? Co z…

– Wszystko po kolei, moje dziecko – przerywa mi opanowanym tonem.

– Nie rozumiem – przyznaję, po czym odchrząkuję, by doprowadzić głos do porządku. – Nic nie rozumiem – powtarzam lekko poirytowana.

– Mam na imię Jack – przedstawia się w końcu. – Sprawuję tutaj władzę.

Jack. Jego imię odbija się echem w mojej głowie. To niemożliwe. Ta pogodna, przyjazna osoba nie może być TYM Jackiem. Osoba przy mnie siedząca nie byłaby zdolna do takich nieludzkich okrucieństw. Ta osoba nie może stać na czele Organizacji. Daleko mu do bezlitosnego kata i dręczyciela. Ale przecież właśnie to przed chwilą mi wyznał, prawda? Mówi, że jest tutaj dowódcą, więc to jego rozkazy doprowadziły do tego syfu, w którym wylądowałam. To on wydał rozkaz pojmania moich towarzyszy. To on zamknął mnie w tych czterech ścianach, bez słowa wytłumaczenia. Nie pojmuję, dlaczego zgrywa przede mną dobrego wujka, któremu zależy, bym dobrze się czuła.

– Gdzie jest Trzy? Co z nim zrobiliście? Co z Jeden? – pytam ostrym jak brzytwa tonem.

– Och! – wzdycha, przechylając głowę w bok. – Nie powinnaś się nimi dłużej przejmować – stwierdza ze stoickim spokojem.

– Niech pan wybaczy, ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie – rzucam zbulwersowana. – Chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie? Zostałam tu zamknięta bez jakiegokolwiek uzasadnienia! Przed drzwiami stoją uzbrojeni strażnicy. Jeśli nie jestem waszym więźniem, to kim, do diabła?!

Nagle czuję, jak olbrzymia dawka adrenaliny uderza mi do krwi. Zrywam się z miejsca niczym furia. Chcę odpowiedzi i mam dość ciągłego częstowania mnie kłamstwami.

– Spokojnie, dziecko – mruczy Winter, patrząc na mnie jak na nieposłuszną córkę. – Nie byłem w stanie załatwić tego wcześniej. Zbyt dużo obowiązków i spraw, które miały priorytet. Jutro zabiorą cię z powrotem do rodziny. Będziesz mogła znów żyć normalnym życiem. Daję ci na to moje słowo, a moje słowo jest święte – oznajmia przepełniony dumą, kładąc dłoń na sercu. – Mogę ci obiecać, że już nigdy o nas nie usłyszysz, jeśli cię to uspokoi.

– O czym pan w ogóle mówi? – burczę skołowana. – Mam wrócić do domu? Do babci? Zapomnieć o wszystkim? Zapomnieć o moich przyjaciołach? – pytam, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Chyba sobie pan żartuje. Chcę wiedzieć, co się z nimi stało! Natychmiast! – domagam się zdesperowana.

– Nie miałem na myśli domu, w którym dorastałaś, dziecko – tłumaczy, nie zwracając uwagi na resztę mojej wypowiedzi. – Mówię o twoim prawdziwym domu, o Monic – wyjaśnia, mrużąc lekko oczy. – Musisz zapomnieć o przeszłości – radzi. – Powinnaś zostawić ją za sobą. Zacznij patrzeć przed siebie. Twoje życie było grubym kłamstwem. Nie masz do czego wracać. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej dla ciebie – stwierdza stanowczo, ani na chwilę nie tracąc panowania nad sobą.

– Monic nigdy nie była ani nie będzie moją prawdziwą rodziną! Nie znam jej, a ona nie zna mnie i wolałabym, żeby tak zostało! – syczę przez zaciśnięte zęby. – Ta kobieta jest zupełnie obcą osobą, a moja matka od dawna nie żyje! – wyrzucam z siebie, przeszywając Jacka złowrogim spojrzeniem.

Dowódca wzdycha, wzruszając ramionami. Zrezygnowany kręci głową, wykrzywiając usta w grymasie.

– Uwierz mi, dziecko – zaczyna zmęczony – tak będzie najlepiej. Nie tylko dla ciebie, ale także dla mnie i nawet dla tych… – przerywa, szukając odpowiedniego określenia – dla naszego projektu – kończy dyplomatycznie, pretensjonalnie drapiąc się po brodzie.

– Projektu? – powtarzam z oburzeniem, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.

– Projektu – potwierdza z drażniącym spokojem.

– Za kogo pan się uważa? Jak możecie traktować ich w ten sposób? To nieludzkie. Niemoralne! – warczę, przepełniona goryczą, która powoli staje się nie do zniesienia.

– Myślisz, że znasz te kreatury? – pyta, spuszczając głowę i gorzko się uśmiecha. – Tak naprawdę nic o nich nie wiesz – oznajmia twardo. – To nie my jesteśmy tymi złymi. Ile czasu spędziłaś w ich towarzystwie? Parę dni? Tygodni? Wątpię, że trwało to więcej niż miesiąc. Nie masz zielonego pojęcia, jak bardzo mylisz się na ich temat!

Zaciskam zęby. Brakuje mi słów. Nie wiem, co mu na to odpowiedzieć. Po części ma rację, nie znam ich zbyt długo. Każde z nich ma przede mną miliony tajemnic, ale czy to oznacza automatycznie, że są źli? Nic na to nie wskazuje. Są inni. Wyjątkowi. Niepowtarzalni. Ale czy to czyni ich od razu bestiami? Z pewnością nie.

– Pozwól, że opowiem ci pewną historię – odzywa się nagle Winter, kładąc ręce na kolanach.

Powinnam go w ogóle słuchać? Mam wybór? Nie, prawdopodobnie nie mam żadnego wyboru. Odpowiedzi na moje pytania i tak nie dostanę.

Skołowana wzdycham bezsilnie, cofając się od niego jeszcze kilka centymetrów. Gdy czuję za plecami zimną ścianę, zatrzymuję się i zjeżdżam po niej w dół, siadając na podłodze wyłożonej białymi kaflami.

– A więc dobrze – mruczy, spoglądając na mnie ukradkiem. Niespodziewanie poważnieje, odwracając wzrok. – Ludzie nigdy nie widzą tego, czego nie chcą widzieć. Myślę, że nikt z nich najzwyczajniej w świecie nie chce się wyróżniać. Większość woli pozostać niewidocznymi. Właśnie dlatego ludzie nic nie robią, nawet gdy widzą, że coś jest nie tak. To wielka szkoda. Gdyby chociaż część z nich otworzyła szerzej swoje zaślepione oczy, rozpoznaliby, ile istnieje zła na tym zapchlonym świecie. Ale nie! Oni wolą maszerować beztrosko po bezpiecznej ścieżce, nie zwracając uwagi na otaczające ich piekło.

Przełykam ślinę. Jego pesymistyczne słowa przyprawiają mnie o dreszcze. Najsmutniejsze jest jednak to, że dużo w nich prawdy.

Winter mówi spokojnie, płynnie, prawie bez emocji. Gdyby nie prawie niezauważalne drżenie jego nogi, nigdy nie wpadłabym na to, że się denerwuje.

– Kiedyś poznałem pewną rodzinę – ciągnie dalej. – Szczęśliwą rodzinę – dodaje szybko. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak szczęśliwą. – Rzuca mi krótkie spojrzenie, po czym ponownie spuszcza wzrok. – Dwójka zakochanych do granic możliwości ludzi, których los obdarzył wspaniałą córeczką. – Na jego twarzy pojawia się delikatny, ledwo widoczny uśmiech, ale to nie trwa długo. Znika, ustępując miejsca trosce, smutku i powadze. – Była oczkiem w głowie rodziców, promykiem, rozświetlającym ich życie. Była wszystkim.

Niepokoi mnie forma przeszła, jakiej używa, mówiąc o dziewczynce. Mam złe przeczucia.

– Niestety, radość nigdy nie trwa wiecznie – kontynuuje Jack. – Prędzej czy później zostaje zmiażdżona przez brzemię tego niesprawiedliwego, bezwzględnego świata. Istoty, które uważasz za niewinne i poszkodowane, wcale takie nie są. Uwierz mi, to tylko pozory. Pokazują ci to, co chcą byś widziała. Ich prawdziwe oblicze jest głęboko ukryte. Nie daj się zwieźć tym słodkim spojrzeniom, tym anielskim oczom. To tylko skorupa maskująca potworne, ohydne wnętrze – mówi z nieodpartym przekonaniem i wzgardą. – Są niczym dzikie, nieokiełznane bestie, wtapiające się w tłum zwyczajnych, szarych ludzi. Jak krwiożercze wilki ukrywające się pośród stada niewinnych, niczego nieświadomych owiec. Potrafią tylko krzywdzić – stwierdza, przepełniony odrazą i gniewem. – Miała dopiero osiem lat. – Ton jego głosu znów łagodnieje. Nie musi mi tłumaczyć, o kim mówi. Wiem, że ma na myśli wspomnianą wcześniej dziewczynkę. – Nie zrobiłaby nikomu krzywdy. Nie miała problemu z nawiązywaniem nowych kontaktów. Wszędzie jej było pełno. Nie bała się zaczepiać dzieci. Była odważna, ciekawa świata. Przyjacielsko nastawiona do każdego, kogo napotkała na swojej drodze. Normalny człowiek wziąłby to za zaletę, ale właśnie ta otwartość i chęć poznawania innych, doprowadziły do jej zguby – wzdycha, zasłaniając rękami strapioną twarz. Po krótkiej chwili przejeżdża dłońmi w górę, odgarniając brązowe kosmyki krótkich włosów. – Tamtego dnia cała trójka spędzała wolny czas nad morzem – kontynuuje. – Wieczorem postanowili przejść się na spacer wzdłuż plaży. Kiedy wracali z powrotem do domu letniskowego, zauważyli dwójkę dzieci wpatrujących się w falującą wodę. Stały bez ruchu, trzymając się za ręce tak mocno, jakby obawiały się, że ktoś ich rozdzieli. Bez wątpienia były rodzeństwem. Ich podobieństwo było uderzające. Brat z siostrą. Oboje mieli jasne, niemalże białe włosy. Było wystarczająco późno, by dwójka rodziców zaniepokoiła się faktem, że rodzeństwu nie towarzyszy nikt dorosły. Maleńka córeczka nie czekała na ich reakcję. Z uśmiechem na twarzy pobiegła w kierunku dzieci. – Jack zaciska zęby i pięści, a jego lekko zarośnięta broda drży. – Dziewczynka położyła dłoń na ramieniu chłopczyka, który razem z siostrą odwrócił się w jej stronę. Ich oczy miały nietypowy kolor. Trudno go opisać. Srebrny zmieszany z odrobiną błękitu to chyba najbardziej trafnie. Można było zobaczyć w nich dziwny blask, ciemność, pustkę… coś, co przeraziło dwójkę rodziców. Nieznajomy chłopiec niespodziewanie odepchnął od siebie ich córkę, cofając się razem z siostrą. Nagle zrobiło się nieprzyjemnie zimno – przerywa, robiąc krótką pauzę. Wygląda na roztrzęsionego. Potrzebuje chwili, by móc opowiadać dalej. – Kiedy małżeństwo spojrzało na dłonie dziwnych dzieci, z przerażeniem ruszyło w kierunku swojej dziewczynki. Z palców rodzeństwa wydobywała się biała, gęsta mgła. Zdesperowani rodzice nie zdążyli na czas. Za późno rozpoznali zagrożenie. Ich córka była stracona, a oni nie mogli nic zrobić, by temu zapobiec. Dziewczynkę otoczyła dziwna, tajemnicza aura przypominająca wielką chmurę. Krzyk małej nie trwał długo, ale i tak zdążył rozedrzeć serca zrozpaczonej pary. Dziewczynka leżała bez ruchu na zimnym, złocistym piachu; cała zamarznięta. Wyglądała niczym piękna, lodowa rzeźba. Małżeństwo nie zdołało wziąć jej w ramiona, pożegnać się, zapewnić, że czeka na nią lepsze miejsce, że wszystko będzie dobrze, że ją kochają. Byli zmuszeni obserwować, jak dosłownie znika na ich zapłakanych oczach. Jej delikatna skóra zaczęła pękać, dźwięcząc przy tym jak roztrzaskiwane szkło. Nie musieli długo czekać. Ciało dziewczynki rozprysło się na tysiące maleńkich bryłek kryształu.

Robi mi się niedobrze i słabo. Wszystko w środku zaczyna się trząść. Zdaję sobie sprawę, że ta historia nie jest wyssaną z palca bajeczką – ona wydarzyła się naprawdę. Serce mi się ściska, a wyobraźnia bombarduje przeraźliwymi obrazami, które z pewnością już na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Czuję, że coś mokrego spływa mi po policzku. Jedna, jedyna łza wywołująca zamęt i smutek.

– To była pańska córka, prawda? – pytam ostrożnie.

Mężczyzna nie odpowiada. Zdaje się być zamyślony. Może utkwił gdzieś głęboko w swoich traumatycznych wspomnieniach. Zaczynam mu współczuć – nie potrafię inaczej. Dopiero po chwili kiwa przytakująco głową, potwierdzając moje przypuszczenie.

– Może dla ciebie to, co robię, jest niemoralne – zaczyna – ale dla mnie to jedyne wyjście, jakie widzę. Jeśli nikt inny się nimi nie zajmie, będą dalej zabijać niewinnych. Nie pozwolę na to. Te kreatury nie mają żadnej kontroli nad swoimi mocami. Gdyby nie to, że Jeden trafił do nas, jak myślisz, co by się z nim stało? – pyta. – Zabijałby… Świadomie czy też nie. Zabijałby wszystkich, którzy znaleźliby się w jego pobliżu. Tym stworzeniom nie wystarcza wiele, by czuły się zagrożone. Są jak dzikie zwierzęta, już mówiłem. Nieokiełznane i nieprzewidywalne. Potrzeba kogoś, kto je poskromi i pokaże, gdzie ich miejsce. Nie miałem wpływu na to, że trafiło akurat na mnie – stwierdza, wzruszając obojętnie ramionami. – To samo tyczy się Trzy i reszty bandy, którą poznałaś. Dopiero w Organizacji nauczyli się kontrolować swoje umiejętności. Brak emocji sprawia, że nic nie jest w stanie ich sprowokować – tłumaczy. – Ty widzisz same minusy Projektu, ponieważ ślepo wierzysz w słowa tych bestii, ale gdybyś była obiektywna, odkryłabyś mnóstwo pozytywów i może nawet przyznałabyś mi rację – oznajmia. Unosi wysoko głowę, po czym opiera dłonie o kolana, podnosząc się z miejsca. – Zastanów się w spokoju nad tym, co ci powiedziałem. Przejrzyj w końcu na oczy, dziecko. Sekcja Druga to banda zabójców, których, całe szczęście, mamy pod kontrolą.

Odwraca się ode mnie i podchodzi do drzwi. Kładzie dłoń na klamce, lecz zanim wychodzi, patrzy jeszcze raz za siebie, spotykając się ze mną spojrzeniem.

– Później przyślę do ciebie Siedem. Bardzo mi przykro, ale ja nie mam więcej czasu – przyznaje zrezygnowany. – Ona wszystkiego dopilnuje. Nie zrzucaj na nią winy – prosi. – Wszystko, co zrobiła, było dla naszego dobra. Mówiąc „naszego” mam na myśli również Jeden, Trzy i całą resztę bandy. Siedem pojawi się tutaj późnym wieczorem. W towarzystwie kilku żołnierzy dostarczy cię całą i zdrową w ręce Monic. – Pcha klamkę w dół, otwierając drzwi i stawia pierwszy krok na zewnątrz. – Jeśli masz choć trochę rozumu w głowie, zapomnisz o Falconie, Projekcie, twoich domniemanych przyjaciołach i przeszłości, która już i tak nie istnieje.

– Chwila! – krzyczę nagle, otrząsając się z szoku i zrywam się z podłogi. – Co pan ma na myśli, mówiąc że nie istnieje?

– Sądzę, że dobrze wiesz, co mam na myśli – odpowiada spokojnie. – Nie mieliśmy innego wyboru. Musieliśmy pozbyć się wszystkich ewentualnych świadków. Nie byliśmy pewni, co Carry Hunter wie. Poza tym, nawet jeśli nic by nie wiedziała, nadal byłaby zagrożeniem dla Organizacji. Nie mogliśmy sobie pozwolić na to, by zostawić ją przy życiu.

Zamieram. Moja zdolność mówienia gdzieś znika. Dosłownie czuję, jak uchodzi ze mnie nadzieja. Mam wrażenie, że od zemdlenia dzieli mnie tylko cienka linia. Stoję jak słup soli, wpatrując się tępo w mężczyznę przekraczającego próg pokoju.

– Prędzej czy później i tak by umarła – wtrąca, powoli zamykając za sobą drzwi. – To, że zniknęła z tego podłego świata parę dni wcześniej, nie robi wielkiej różnicy. Możesz być spokojna, moje dziecko, nie cierpiała. To była szybka śmierć – dodaje, po czym zamyka za sobą drzwi, zostawiając mnie ponownie samą.

Nie jestem w stanie się poruszyć. Zamieniam się w żywy posąg. Wokół panuje nieprzyjemna cisza. Cisza, która przyprawia mnie o dreszcze i ból. Cisza, która nie pozwala mi nawet nabrać powietrza. Przytłacza mnie swoim ciężarem, zapierając dech w piersiach. Wypełnia żrącym kwasem. Czuję, jak płynie w żyłach niczym śmiercionośna trucizna. Jeszcze nigdy przedtem tak nie bolało.

Bezsilnie opuszczam się z powrotem na zimne kafle. Chowam twarz za ramionami, podkurczając nogi. Opieram na kolanach czoło. Chcę zniknąć, rozpłynąć się, pozostawiając za sobą cały smutek i cierpienie. A może to tylko sen? Może ciągle śnię? Boże, spraw, by to był sen. Rano obudzę się i o wszystkim zapomnę. Tak, to musi być sen.

Niewybaczalne

Dom Hunterów

(Kilka tygodni wcześniej)

Przez krótką chwilę stał przed jej domem, wpatrując się w duże okno. Za cienkimi firankami dostrzegł siedzącą na bujanym fotelu postać. Starsza kobieta kołysała się delikatnie, trzymając w ręce grubą książkę. Okrągłe okulary z metalową oprawką opierały się o końcówkę nosa. Na jej kolanach leżał gruby, kraciasty koc.

Coś było ewidentnie nie tak. Cichy głos szeptał mu do ucha, że popełni zaraz wielki, niewybaczalny błąd, którego nie będzie w stanie odwrócić. Starał się go zignorować. Tak właściwie, nie powinien on w ogóle istnieć.

Srebrzące się, maleńkie płatki śniegu tańczyły beztrosko tuż przed jego oczami. Spadały na twarz, zamieniając się w kropelki zimnej wody. Spływały powoli w dół, by w końcu upaść na zasnutą śniegiem ziemię. Ciemne kosmyki włosów Jeden szarpał porywisty wiatr. Jest gniewny i niezadowolony, pomyślał chłopak. Może jemu także nie podoba się myśl wykonania tego rozkazu?

Biała mgiełka wydobywała się z ust żołnierza, z każdym wydechem. Znał to miejsce. Prawdopodobnie już kiedyś tutaj był. Niestety nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ani z jakiego powodu.

Drewniany, pomalowany brązową farbą płot. Maleńka, wąska furtka prowadząca do ogrodu. Brukowany chodnik, kończący się tuż przed schodami domu. Nawet róże pnące się po szerokiej pergoli wydawały się dziwnie znajome, tylko pokrywająca je gruba warstwa śniegu była nowa.

Wzdychając ciężko, spojrzał za siebie na grupkę uzbrojonych mężczyzn. Byli, jak on, ubrani w ciepłe stroje militarne. Grube szale zasłaniały im usta i nosy, a wielkie kaptury zaciągnięte na głowy rzucały cień na twarze.

Sfrustrowany chłopak przymrużył oczy, nabierając w płuca suchego, zimnego powietrza. Dlaczego nie potrafił sobie przypomnieć? Czyżby tracił zmysły? A może to tylko jego wyobraźnia płatała mu figle? Może wcale nie znał tego miejsca? Może tylko mu się tak wydawało?

Zaśmiał się cicho pod nosem, kręcąc głową. Powinien jak najszybciej pozbyć się tych absurdalnych myśli i w końcu skupić się na misji. Musi wykonać powierzone mu zadanie i wrócić do Głównej Kwatery. Spisać sprawozdanie i zameldować powodzenie misji przełożonemu.

Ściągnął z prawej dłoni skórzaną, czarną rękawicę, którą podał jednemu z towarzyszy. Smukłymi palcami przejechał po zmarzniętych ustach, po czym ruszył w kierunku bramy wejściowej.

Nie musiał wchodzić do domu. Po co tracić cenny czas, skoro równie dobrze mógł załatwić sprawę na zewnątrz. Wystarczyło, że dotknie murów.

Ostatni raz odetchnął głęboko zimowym, świeżym powietrzem i uniósł głowę, zawieszając wzrok na prawie czarnym niebie. W oddali dostrzegł blady księżyc, którego blask odbijał się w jego fioletowo-błękitnych oczach. Był lekko przysłonięty przez poszarpane chmury. Z niewiadomych powodów, widok ten był dla Jeden kojący. Chłopak poczuł się bezpiecznie, jakby był zupełnie gdzie indziej, jakby był ptakiem – wolnym, niezależnym, słuchającym tylko siebie samego.

Nie odrywając wzroku od swojej przystani, położył dłoń na murze. Przejechał opuszkami palców po chropowatych cegłach, zostawiając za sobą jarzące się, niebieskie płomienie. Cierpliwie i ostrożnie kroczył po brukowanym chodniku, zbliżając się do grupki żołnierzy. Za jego plecami malowała się rosnąca fala gorącego, śmiercionośnego ognia.

Nie słyszał żadnych krzyków ani wołania o pomoc. Jedyne, co widział, to maleńkie gwiazdy i ogromny księżyc, unoszące się wysoko nad jego głową.

Kolejny cios w serce

Widząc usatysfakcjonowaną twarz Siedem, zrywam się z łóżka i ruszam w jej kierunku. Jestem wściekła, ale równocześnie skołowana.

– Hej – wita się złudnie przyjaznym i serdecznym głosem.

Nie odpowiadam. Nie potrafię rozgryźć jej mimiki. Jest spokojna, opanowana i taka… normalna. Jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, co zrobiła.

Podchodzi do mnie ostrożnym krokiem i zatrzymuje się zaledwie kilka centymetrów przed moją rozwścieczoną twarzą.

Ma na sobie dobrze dopasowany strój militarny i czarne, wysokie oficerki, które błyszczą, jakby były ledwo co wypolerowane. Spod cienkiej kurtki wystaje uchwyt pistoletu. Siedem i broń… któż by pomyślał. Ale Siedem, którą teraz widzę, nie ma nic wspólnego z tą, którą poznałam w bunkrze. Moja Siedem była przyjazną dziewczyną z dużą dawką optymizmu we krwi. Osoba przede mną jest zupełnie obca, inna.

– Myślałam, że zostałaś poinformowana o tym, kto będzie cię eskortować? – pyta nagle, patrząc mi prosto w oczy.

Biorę głęboki oddech. Najchętniej rzuciłabym się na nią bez uprzedzenia i wyrwała choć parę kłaków z jej ślicznej, zdradzieckiej główki. Nie robię tego jednak. Próbuję zachować spokój, zaczekać na odpowiednią chwilę. Nie mogę pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. Jestem sama. Nie mam żadnych szans na ucieczkę. Prawdopodobnie zanim zacisnęłabym ręce na jej szyi, do pokoju wparowaliby żołnierze i mnie obezwładnili. Poza tym Siedem ma broń i obawiam się, że doskonale wie, jak jej używać.

– Usiądź – poleca, wskazując na niskie łóżko za mną. – Mamy jeszcze trochę czasu – oznajmia, jak gdyby nigdy nic. – Dobrze wiem, co w tej chwili o mnie myślisz, ale…

– Ale?! – wyrzucam w końcu z siebie, przerywając jej wypowiedź. Nabieram szybko powietrza przez zaciśnięte zęby. Czuję, jak jeszcze bardziej rośnie we mnie złość. Przeszywam ją lodowatym spojrzeniem. – Jakiekolwiek wytłumaczenie sobie przygotowałaś, to nie wystarczy! – warczę, zakładając ręce na piersi, by powstrzymać się od szturchnięcia dziewczyny. – Zdradziłaś ich! Zdradziłaś ich wszystkich. Prawdopodobnie nigdy cię nie obchodzili. Przyznaj, że byli dla ciebie tylko żywymi pionkami – syczę, wykrzywiając twarz ze złości. Chce mi się płakać, ale brakuje mi już łez. – Jak mogłaś? – mówię piskliwym, coraz cieńszym głosem. – Nie mogę pojąć, jak mogłaś im to zrobić?! – Tym razem wykrzykuję każde słowo. – Ty nie masz serca. – Kręcę głową. – Oni oddaliby za ciebie życie. Zrobiliby dla ciebie wszystko. Byli twoimi przyjaciółmi, twoją rodziną!

– Może i byli moimi przyjaciółmi, może i oddaliby za mnie życie, ale to Jack jest moją rodziną. To nigdy się nie zmieni. Przygarnął mnie. Zaopiekował się mną jak własną córką. Nigdy by mnie nie skrzywdził. Nigdy nie zostawiłby mnie na pastwę losu. Zawsze był dla mnie jak ojciec… ciągle jest – oznajmia twardo, po czym niespodziewanie spuszcza głowę, wpatrując się tępo w podłogę. – Nie oczekuję, że mnie zrozumiesz. Niczego od ciebie nie oczekuję – burczy, wzruszając ramionami, następnie podnosi wzrok, by spotkać się spojrzeniem z moimi zdezorientowanymi oczami. – Powinnaś odpuścić – radzi, a ja nie mogę uwierzyć własnym uszom. „Odpuścić”? Po tym wszystkim, co się stało? Wolne żarty. – Masz szczęście, że twoja rodzina się o ciebie martwi. Masz cholernie wielkie szczęście, że zrobili dla ciebie wszystko… wszystko, co było konieczne, byś była bezpieczna – mówi z lekkim niepokojem. – Uwierz mi, Alex. Najlepiej będzie, jak zapomnisz o tym, co się stało. Organizacja zostawi ciebie i twoją rodzinę w spokoju. Będziesz mogła wrócić do beztroskiego życia. Będziesz znowu mogła robić normalne rzeczy… być jak inni…

– Jak możesz być tak naiwna? – pytam, wykrzywiając usta. – Jak mam wrócić do dawnego życia? To niemożliwe! Po tym wszystkim, co mnie spotkało? Po tym, czego się dowiedziałam? Chyba nie wiesz, o czym mówisz, Siedem. Moje dawne życie nie istnieje! Zabraliście mi je! – mówię coraz głośniej. – Moja babcia – dukam, przygryzając dolną wargę, która zaczyna niekontrolowanie drżeć. – Zabraliście mi nawet ją – wyrzucam z siebie. Czuję kłujący, nieprzyjemny ból w sercu. Przyciskam pięść do klatki piersiowej, zdając sobie sprawę, że słowa, które właśnie wyszły z moich ust, bardziej bolą mnie niż osobę przede mną. Nie myślałam, że wypowiedzenie ich na głos będzie wiązało się z jeszcze większym cierpieniem. – Mówisz, że wrócę do rodziny i będę szczęśliwa – mamroczę skrzypiącym, zachrypniętym głosem. – Nie mam rodziny. Twój ukochany, idealny ojciec mi ją odebrał. Powiedz mi więc, jak mam zapomnieć? Każesz mi udawać, że wszystko jest w porządku? Jeśli myślisz, że potrafię wymazać z pamięci ostatnie kilka tygodni, to grubo się mylisz. Nie mam zamiaru traktować Monic jak matki. Zabraniam ci nazywać ją moją rodziną! – wrzeszczę w końcu, nie mogąc się powstrzymać.

Resztki łez zbierają mi się w kącikach oczu. Czuję ucisk w żołądku. Przełykam rosnącą gorycz i pociągam nosem. Nie będziesz przy niej płakać, Alex, powtarzam sobie w myślach. Nie waż się uronić choćby jednej łzy! Unoszę głowę, mrugając kilka razy powiekami. Muszę się uspokoić. Obejmuję się rękami, zaciskając palce na ramionach. Paznokcie wbijają mi się w skórę, przyprawiając o delikatny ból. Jestem tak spięta, że nie potrafię się rozluźnić.

Lepiej byłoby, gdybym o niczym nie wiedziała. Żyłabym dalej w słodkiej nieświadomości. Byłoby o wiele łatwiej, gdybym nadal mieszkała w bezpiecznej bańce – teraz, kiedy prysnęła, nie ma już powrotu. Kiedy raz się czegoś doświadczy i odkryje prawdę, nie można wrócić. Nie jestem czarną tablicą, na której zapisane słowa można zmyć za pomocą gąbki. Bardziej przypominam pień drzewa, na którym wyryto wszystkie wspomnienia ostrym jak brzytwa nożem.

– Obawiam się, że nie masz innego wyboru, Alex – stwierdza Siedem, wyrywając mnie z przemyśleń.

Gdy kładzie mi rękę na ramieniu, wzdrygam się i cofam raptownie. Nie chcę czuć na sobie jej dotyku, nie jestem w stanie znieść nawet jej widoku. Brzydzi mnie jej towarzystwo.

Mogłabym krzyczeć, splunąć jej w twarz. Mogłabym ją uderzyć, choćby spróbować. Mogłabym zrobić tysiące różnych rzeczy, by wyrzucić z siebie cały ten gniew i nienawiść, ale nie robię niczego. Wiem, że mój upór nie ma sensu. To byłoby nierozważne. Straciłabym tylko na sile, której i tak niewiele mi zostało. Muszę odczekać. Nie mam innego wyboru. Przynajmniej nie widzę żadnego w tym momencie.

– To jedyna droga, jaka ci pozostała – mówi Siedem. – To nie Jack jest tym złym – oznajmia, powtarzając słowa przybranego ojca. – Nic nie wiesz o Organizacji. Znasz tylko jeden punkt widzenia, a to nie wystarcza, by móc obiektywnie ocenić ludzi pracujących dla Falconu. Przedstawiono ci kilka wad, ale nikt nie wspomniał o pozytywach naszego Projektu. Nikt nie opowiedział ci o plusach Organizacji. Może wydawać ci się, że wiesz, czym zajmuje się Falcon, ale w rzeczywistości nie masz bladego pojęcia.

– Nie rozumiem, jak możesz przypuszczać, że to nie oni są tymi złymi – niedowierzam, gorzko się uśmiechając. – Czy to nie Falcon trzyma w celach niewinnych ludzi i miesza im w głowach, robiąc z nich zabójców spełniających ich zachcianki? Czy to nie Falcon wymazuje im wspomnienia i robi pranie mózgu, obdzierając z uczuć? Czy to nie Falcon zlecił zamordowanie mojej babci?

– To było konieczne – przerywa mi nagle.

– Konieczne? Chyba sobie kpisz! – warczę, formując dłonie w pięści. Przełykam ślinę, by nie splunąć jej w twarz.

– Posłuchaj – zaczyna niewzruszona. – Organizacja robi dużo dobrego. Współpracuje z nami wielu ważnych ludzi, którzy w stu procentach się z nami zgadzają. Jeśli myślisz, że przeciwstawienie się Falconowi będzie łatwe, jesteś w błędzie. Dobrze wiem, co ci chodzi po głowie i myślę, że będzie lepiej, jak powiem ci coś jeszcze. To, że zwyczajni ludzie nie wiedzą o Organizacji, nie oznacza, że nie wie o niej rząd. Nawet nie przypuszczasz, jak daleko sięga nasza władza. Nie masz nic, byś mogła nam zaszkodzić. Jesteś zwyczajnym, szarym człowieczkiem, nie zapominaj o tym!

Przechodzi mnie zimny dreszcz. Milczę, choć mam setki pytań. W piersi rośnie mi wielki, twardy głaz. Czekam z nadzieją, że dowiem się czegoś jeszcze.

– Główna Kwatera, w której się znajdujemy, jest pod ochroną rządu – ciągnie dalej Siedem. – Oficjalnie jesteśmy bazą wojskową. Musiałaś już wcześniej coś przypuszczać. Wiem, że nie jesteś aż tak głupia.

– Jakim cudem? – pytam półgłosem. – Nie mogę uwierzyć, że władza tego państwa popiera to, co tutaj robicie! Przecież Falcon nie ma za grosz szacunku dla ludzkiego życia. Traktujecie innych jak przedmioty. Cała Organizacja jest czystym przeciwieństwem moralności. Macie się za jakieś bóstwa. Myślicie, że jesteście nietykalni, że nikt nie jest w stanie wam zaszkodzić. W moich oczach jesteście tchórzami. Pozbawionymi serc mordercami. Cokolwiek mi powiesz, nic nie zmieni mojego zdania. Nic!

– Hmm... – wzdycha, uśmiechając się delikatnie. – Zwyczajni ludzie mają gacie pełne strachu. Boją się inności. Dla nich jesteśmy jak aniołowie chroniący ich kruche życia przed demonami – tłumaczy, przepełniona dumą. – Jestem przekonana, że kiedyś to zrozumiesz. Mam nadzieję, że niedługo przejrzysz na oczy.

– Mam rozumieć, że twoim zdaniem dostarczenie Jackowi Jeden i Trzy było słuszne? – pytam sfrustrowana.

– Trzy jest tutaj bezpieczniejszy – odpowiada bez wahania, krzyżując ręce na piersi. – Prędzej czy później dostrzeże prawdę i do nas dołączy. Jest uparty, ale to się zmieni. Jestem pewna, że wkrótce odpuści. Musi! Gdyby nie jego nic niewarte teorie spiskowe, już dawno wypuszczono by go z podziemi. Powinien wreszcie przestać się przeciwstawiać. Nie pojmuję, dlaczego mi to robi. Nic do niego nie przemawia, ale ja jestem cierpliwa – przerywa, mrużąc na krótki moment bursztynowe oczy. – Nauczę go wszystkiego. Pomogę zrozumieć. Wyciągnę go z tej bezpodstawnej rebelii, czy mu się to podoba czy nie.

– Siedem! – wtrącam się. – To nie Trzy się myli. To nie on jest zaślepiony – kręcę z niedowierzaniem głową. – To ty nie dostrzegasz prawdy! – Pokazuję ją palcem.

– Wystarczy! – rzuca twardym tonem, po czym spogląda na cyfrowy blat zegarka, zapiętego wokół nadgarstka. – Pora na nas – oznajmia surowo. – Wyprowadzę cię na zewnątrz. Przed bramą powinien już czekać samochód.

– Zaczekaj! – Wyciągam do niej rękę. – Wiesz, co stało się z resztą grupy? Dwa, Pięć i Nana. Pojmaliście ich? Są tutaj? – pytam z niepokojem.

– Alex – zaczyna – żołnierze Falconu zostali wysłani do ich kryjówki z rozkazem eliminacji wszystkich żywych celów – oznajmia bez mrugnięcia okiem. – Nie mieliśmy innego wyboru. Zdrada jest surowo karana. Jeśli chodzi o Jeden i Trzy – przerywa, robiąc krótką pauzę, następnie ciągnie dalej: – Rekruci Sekcji Drugiej są rzadkością. Organizacja nie może pozwolić sobie na ich likwidację. Sekcja Pierwsza ma wielu członków. Istnieją również inne osoby o zdolnościach Dwa czy Pięć.

– To nieprawda – dukam, wpatrując się w niewidzialny punkt przede mną. – To nie może być prawda. Nana… ona była jeszcze dzieckiem. – Mój głos drży i przerywa.

– Przykro mi, Alex – mówi z drażniącym spokojem. – To było konieczne.

– Konieczne? – powtarzam zszokowana. – Konieczne?!

– Hmm – wzdycha. – Nie mam ci nic więcej do powiedzenia – oznajmia neutralnym tonem. – Weź się w garść – nakazuje. – Pora na nas.

Zrezygnowana, spuszczam wzrok. Oczami wyobraźni widzę Nanę, Dwa i Pięć. To musiała być rzeź. Brak mi słów. Tylko potwory bez serca byłyby zdolne do czegoś tak bestialskiego.

To nie ma sensu. Stoję bezradnie w miejscu, a wokół słychać tylko cichy, głuchy pisk. To za wiele. Dłużej nie dam rady utrzymywać się na własnych nogach. Mam wszystkiego dość. Instynktownie przypieram plecy do ściany, powstrzymując drżące ciało od upadku. Puszczają mi nerwy. Wszystko się kręci. Niech ktoś wyłączy tę pieprzoną karuzelę.

Moje życie jest maskaradą. Koszmarem, z którego nigdy się nie wybudzę. Nie mam już nikogo, komu mogłabym zaufać. Zostałam sama. Sama jak palec.

Nogi uginają się pode mną. Są jak trzęsąca się galareta. Zjeżdżam w dół po chropowatej ścianie. Kulę się jak małe, przestraszone dziecko, chowając twarz w ramionach. Nie płaczę. Wydaję z siebie dziwne, ciche dźwięki przypominające łkanie, ale nie czuję nawet jednej słonej łzy na policzku. Gorycz przepełnia mnie od środka. Serce łomocze jak zdesperowany więzień.

Zaczynam myśleć, że to naprawdę koniec. Nie dam rady nikomu pomóc. Jestem zwyczajną, szarą dziewczyną. Nie mam się do kogo zwrócić. Może Siedem ma rację? Może powinnam o wszystkim zapomnieć? Zamienić się w sztuczną lalkę i zagrać w tym przerażającym teatrze życia? Nie… nie mogę tego zrobić! Serce i dusza mi na to nie pozwolą. Nawet gdybym mocno zacisnęła oczy i postanowiła dryfować na ślepo, nie udałoby mi się uciec od prawdy.

Pozostało mi tylko czekać. Czekać na cud, na ratunek, na cokolwiek.

– Wstawaj! – rozkazuje Siedem. – Musimy iść.

Po chwili czuję, jak dwie pary ubranych w skórzane rękawiczki rąk łapią mnie za ramiona, dźwigając gwałtownie i stawiając na nogi.

– Frank już czeka – komunikuje Siedem. Nie mówi do mnie. Zwraca się do dwójki prowadzących mnie żołnierzy.

Bezsilnie podążam drogą, którą mnie wleką, wpatrując się tępo w czubki stóp. Białe skarpetki z każdym krokiem robią się coraz brudniejsze.

Moje oczy są całkowicie suche i szczypią, jakby ktoś nasypał do nich soli. Nawet przez chwilę nie unoszę głowy. Nie mogę, nie mam siły. Przecież kilka minut temu rozdarto mnie na małe kawałeczki i wrzucono do gorącego ognia. Spalono mnie… spalono, więc nie istnieję. To dziwne. Nielogiczne. Dlaczego ciągle czuję? Dlaczego ciągle boli? Dlaczego nie chce przestać? Niech przestanie… niech w końcu przestanie…

Błagam, pomóż mi nie czuć

Główna Kwatera Falconu

Podziemna izolatka

Wokół panowała tak dobrze znana mu ciemność. Nawet gdy wytężał wzrok, nie był w stanie niczego dostrzec. Śmierdzące wilgocią powietrze wypełniało płuca, z każdym płytkim oddechem przyprawiając o jeszcze większy ból. Połamane żebra nie pozwalały nawet na krótką chwilę zmrużyć oczu, by zasnąć. A on tak bardzo chciał odpocząć. Zniknąć stąd i schować się w jednym ze snów.

Napuchnięte, przekłute na wylot nadgarstki już od dawna były zdrętwiałe. Czubki palców tak lodowate, że praktycznie ich nie czuł.

Wisiał bezwładnie, przykuty znienawidzonymi kajdanami, których łańcuchy przewieszone zostały przez jeden ze szczebli ciasnej klatki, w której się znajdował.

Chwiał się z jednej nogi na drugą, próbując nie stracić równowagi. Zdawał sobie sprawę, że gdy rozluźni mięśnie i opadnie w dół, poczuje jeszcze większy ból niż dotychczas. Resztką sił uporczywie trzymał się łańcuchów kajdan. Igły, które przeszywały nabrzmiałe nadgarstki, ocierały się o siebie z każdym ruchem, coraz mocniej uciskając ciało wokół.

Trzy przypominał posiniaczony kawałek mięsa, na którym zasychała ciemnoczerwona krew. Czarne kosmyki włosów kleiły się do mokrego od potu czoła.

Przełykał co jakiś czas ślinę, myśląc jak dobrze byłoby wziąć choć łyk zimnej wody. Spierzchnięte usta były mocno popękane i przecięte w dwóch miejscach. Ciągle piekły i szczypały.

Każdą z ran zawdzięczał mężczyźnie, który odwiedzał go niemal każdego ranka. Przynajmniej wydawało mu się, że były to poranki. Tutaj, w podziemiach, nigdy nie było można stwierdzić, jaka w danej chwili była pora dnia. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd go schwytano i zamknięto. Może było to tylko parę dni, a może tygodni. Możliwe, że był jedynym, którego jeszcze nie zabito. Możliwe, że zastrzelili Cztery i Alex od razu, oszczędzając im bólu. Tak byłoby najlepiej. Znając metody przesłuchań Falconu, szybka śmierć byłaby nawet zbawienna. Myśl, że Organizacja mogłaby skrzywdzić Alex, przyprawiała go o dreszcze, nie mógł jednak zatrzymać obrazów, które malowały się w jego głowie. Widział jej skąpaną we krwi twarz. Słyszał jej krzyki i wołanie o pomoc. Wyciągała do niego rękę, błagała, by ją uratował. Ale on nie mógł. Nie był w stanie się poruszyć. Pozwolono mu jedynie patrzeć, jak się od niego oddala.

Wyrzuty sumienia były najgorszą z możliwych tortur. Zjadały go od środka, niczym robak jabłko. Nie powinien był jej ze sobą zabierać. Nie powinien był tak łatwo odpuszczać. Przecież doskonale wiedział, że ta akcja nie miała prawa skończyć się dobrze. To jego wina. Przez niego Alex znalazła się w tym przeklętym miejscu.

Pomyśleć, że była pierwszą osobą, która traktowała go w miarę normalnie. Nie bała się go, a przynajmniej nie w takim stopniu jak inni. Rozmawiała z nim, słuchała go. Potrafiła spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, co o nim myśli. Próbowała do niego dotrzeć. Nie rozumiał, dlaczego, prawdę mówiąc, mało go to obchodziło, ale sam fakt, że chciała go poznać, naprawdę poznać, budził w nim dziwne uczucie, jakiego dawno nie doświadczył. Ale co z tego? Nawet gdyby się stąd wydostał, co było bardzo mało prawdopodobne, nie mógłby z nią być. Sama ta myśl była śmieszna i absurdalna. Incydent w lochach nie powinien się w ogóle wydarzyć. Wystarczy, że Jeden znalazłby się w jej pobliżu… tak… wystarczyłaby jego obecność. Przy Jeden Alex nawet nie spojrzałaby w stronę Trzy, nie mówiąc już o pocałunku. Alex nigdy nie była w Falconie. Nie potrafiła kontrolować więzi między nią a Jeden. To wymagało praktyki i wielu ćwiczeń. W aktualnym stanie, choćby nie wiem, co robił, ona zawsze wybierze Jeden.

Pierdolony, okrutny świat, pomyślał. Tutaj nic nie jest normalne. Wszystko przypomina jeden wielki syf. Jeśli Bóg istniałby naprawdę, już dawno skazałby wszystkich na śmierć. Ale Boga nie ma. Nie istnieje żadna wyższa siła, którą mógłby poprosić o pomoc. Nikt nie panuje nad tym pieprzonym chaosem. Tutaj tylko wybrańcy obdarzeni są wolną wolą, a cała reszta to niewolnicy, słudzy, marne robaki, które w każdym momencie mogą zostać zdeptane.

Był skazany wyłącznie na siebie. Jak zwykle zresztą.

Wiedział, że prędzej czy później znowu trafi do tego chorego miejsca. Okłamywał się przez długi czas, mając nadzieję, że jego los się odmieni. Ale tylko głupcy żyją nadzieją. Czy tego chciał czy nie – stał się jednym z nich.

Zmęczone oczy co jakiś czas podejmowały próbę otworzenia się, co wcale nie było takie łatwe. Krew zdążyła już na nich zaschnąć. Zasychała w kilka godzin, czekając, aż dołączą do niej świeże strumienie, wyciekające z nowych ran.

Gęste, czarne rzęsy stały się dziwnie ciężkie. Oblepione czerwienią sklejały powieki, zostawiając tylko wąskie szczeliny, przez które mógł patrzeć.

Wieczorami posyłano do niego uzdrowiciela. Sam nie wiedział, czy to dobrze czy źle. Zazwyczaj towarzyszyła mu Siedem. Nie był w stanie znieść jej widoku. Więź między nimi była silna, ale nie wystarczająco, by zburzyć jego wolę. Miał nad nią kontrolę, przynajmniej w małym stopniu. Wypełnianie rozkazów Siedem było nieuniknione, ale uczucie przywiązania do niej stało się o wiele słabsze. Walczył z nim, jak tylko mógł.

Kiedyś myślał, że nie może żyć bez Siedem. Był przekonany, że są dla siebie stworzeni. Zaślepiony więzią wierzył, że ją kocha. Dziewczyna była dla niego wszystkim. On dla niej również. Nie liczyło się, że była pod wpływem Falconu. Nie obchodziło go to. Jakby w ogóle nie chciał zwracać na ten fakt uwagi. Wystarczyło, że spojrzał w jej karmelowe, wielkie oczy i wszystko było w porządku. Świat u jej boku zdawał się być dziwnie przyjazny. Siedem była dla niego niczym narkotyk. Zaburzała jego myśli, mąciła mu w głowie, zasłaniając widok na prawdę.

Z czasem udało mu się odzyskać kontrolę nad uczuciami. Lata praktyki i treningu silnej woli sprawiły, że nauczył się odróżniać prawdę od obłudy. Jego uczucia były perfidnym fałszem. Oszustwem przedstawionym przez tę przeklętą więź.

Teraz wszystko było jasne. Wreszcie widział dokładniej. Nigdy nie kochał Siedem. Była dla niego ważna, ale nie w takim znaczeniu. Jednak po tym, co zrobiła, straciła w jego oczach resztki poważania. Zdradziła go, ale nie to było najważniejsze. Skazała na śmierć wszystkich jego przyjaciół. Zniewoliła ludzi, którzy poszliby za nią w ogień. Gardził nią. Gardził jej słabością, naiwnością i ślepym zaufaniem do Falconu. Nie potrafił zrozumieć, jak może ciągle stać po stronie Jacka. Ile czasu potrzeba, by zauważyła, że Organizacja jest niemoralnym, zadufanym w sobie bachorem, któremu dano w ręce berło władzy? Do cholery, nawet ślepiec dostrzegłby niekończący się stos wad na barkach Falconu.

Usłyszał zbliżające się kroki. To nie wartownik. Te kroki były inne. Powolne i równe, dziwnie znajome.

– Spójrz tylko na siebie – odezwał się donośny, męski głos. – Dobrze wiedziałeś, że tak to się skończy. Nie mogło być inaczej. Gdybyś był ze sobą od początku szczery, przyznałbyś, że cokolwiek zrobisz, nigdy ze mną nie wygrasz.

– Pierdol się, skurwysynu! – syknął zachrypniętym, ledwo słyszalnym głosem Trzy. Resztką sił, nie zważając na przeszywający go ból, uniósł głowę i splunął w kierunku ubranego w czarny garnitur mężczyzny. – Cokolwiek powiesz, cokolwiek zrobisz, nie wywoła to na mnie najmniejszego wrażenia. Nigdy nie będę dobrowolnie spełniał twoich zachcianek. Nieważne, jak bardzo starasz się zrobić ze mnie posłusznego psa. Gdyby nie Siedem, już dawno rozszarpałbym ci gardło własnymi rękami. Z uśmiechem na twarzy patrzyłbym, jak powoli się wykrwawiasz, zostawiając po sobie śmierdzące truchło! – warknął przez zaciśnięte zęby.

– Trzy. – Mężczyzna wypowiedział jego „imię” z rozbawieniem, jakby było ono jakimś żartem. – Twój upór jest daremny. Mógłbyś oszczędzić sobie tych tortur i nieprzyjemności. Naprawdę. Wystarczyłoby po prostu odpuścić. Może jeszcze tego nie pojąłeś, ale jak dla mnie nie musisz chcieć z nami współpracować. Wystarczy, że Siedem tego chce. – Machnął ręką w kierunku chłopaka, jakby chciał odgonić od siebie denerwującego owada. Zbliżył się do klatki, opierając łokcie o grube pręty.

– Jesteś żałosny, Jack – wystękał, chwiejący się, Trzy. – Myślisz, że jesteś panem świata, że wszystko ci wolno, co? – Uniósł kącik ust, ale od razu, gdy poczuł piekący ból, z powrotem rozluźnił wargi. – Prędzej czy później przegrasz, a moja twarz będzie ostatnią rzeczą, którą zobaczysz przed śmiercią.

– Wiesz, synku, jak na kogoś, kto wisi bezsilnie w zamkniętej klatce, masz dużo do powiedzenia – zauważył dowódca, śmiejąc się drwiąco pod nosem. – Przyzwyczaj się w końcu do myśli, że byłeś, jesteś i zostaniesz żałosnym kundlem – oświadczył twardo. – Kiedy wreszcie zmądrzejesz i zaczniesz traktować swojego pana z należytym szacunkiem? Może dostałbyś wtedy wygodniejszy kaganiec i dużą kość na kolację? – zadrwił rozbawiony. – Dopóki twoje zachowanie nie ulegnie zmianie… – Wzruszył ramionami, odpychając się od krat. – Dobrze wiesz, że nie cierpię nieposłusznych szczeniaków, które nie wiedzą, gdzie ich miejsce.

– Nienawidzę cię – syknął przez zaciśnięte zęby Trzy. – Jebany skurwysynu, nie zasługujesz nawet na moją uwagę! Spierdalaj stąd i zostaw mnie w spokoju. Nigdy, przenigdy nie dam zrobić z siebie pierdolonego niewolnika.

– Ha! – Jack parsknął śmiechem. – Przekażę ci tę wieść z ciężkim sercem – zaczął, kipiąc ironią. – Ty już od urodzenia byłeś niewolnikiem. Zostałeś do tego stworzony, kochany. Już od najmłodszych lat traktowano cię jak szmatę, popychadło, nic nieznaczące gówno. I wiesz, co? To się szybko nie zmieni – wyszeptał usatysfakcjonowany.

To wszystko nie ma sensu, pomyślał Trzy. Jego życie nie miało sensu, jego opór również. Za każdym razem, gdy próbował biec pod wiatr, potykał się i spadał z hukiem na coraz ostrzejsze kamienie. Ile razy można się podnosić i iść dalej? Przecież jego kolana w końcu zaczną tak mocno krwawić, że nie będzie miał sił, by z powrotem wstać na równe nogi.

– Twoja duma doprowadzi cię do zguby – stwierdził dowódca i założył ręce na szerokiej klatce piersiowej. – Weź przykład z Siedem – poradził, odwracając się plecami do chłopaka. Posunął się parę kroków w stronę wyjścia, ale zanim przekroczył próg izolatki, zatrzymał się i spojrzał przez ramię. – Jestem pewien, że wiesz, jak dobrze ją traktuję. Wystarczy, że skończysz zgrywać twardego, nieustępliwego buntownika. Zawsze byłem dobrodusznym człowiekiem. Jestem w stanie ci wybaczyć i rzucić w niepamięć twoją zdradę. Zaufaj mi. Przyjmę cię z powrotem bez słowa. Siedem pyta mnie o ciebie każdego dnia. Martwi się twoim zachowaniem. Jest przekonana, że potrzebujesz tylko czasu. Biedaczka. Byłoby o wiele lepiej, gdybyś nie skazywał mojej dziewczynki na takie katusze. Nie rozumiem cię, jeśli nie masz zamiaru zrobić tego dla siebie, zrób to dla niej. Siedem wierzy w ciebie i w to, że potrafisz się zmienić. Powiedziała mi, że mam być cierpliwy. Chce sama z tobą porozmawiać – oznajmił, po czym westchnął ciężko, pchając wielkie, pancerne drzwi.

– Siedem nic dla mnie nie znaczy! – wysyczał Trzy. – Słyszysz? – warknął ostatkiem sił. – Jest dla mnie nikim! Jedyne, co w tej chwili do niej czuję, to odraza! – Wykrzywił usta w niechęci.

– A co z Alex? – zapytał Jack, szczerząc się tak szeroko, że jego twarz pokryły liczne zmarszczki.

Zaskoczony chłopak zamarł. Zrobiło mu się jeszcze bardziej niedobrze. Czuł, jak mdłości wkradają się w każdy zakamarek wykończonego ciała. Bezsilność wymierzyła mu solidny cios w serce. Miał wrażenie, że traci grunt pod nogami. Do diabła, dlaczego los był tak okrutny? Dlaczego życie rzucało mu nieustannie kłody na drodze?

– Co z nią zrobiliście? – wyjęczał z trudem, wpatrując się w Jacka jak w ducha.

– Hm – mruknął zadowolony dowódca, masując ostentacyjnie lekko zarośniętą brodę. – Nie jestem pewien, czy zasługujesz na tę informację. Twoje zachowanie jest karygodne, chłopcze – stwierdził i uśmiechnął się. – Słodka niewiedza dobrze ci zrobi.

– Jebany gnoju! – warknął Trzy, szarpiąc wściekle łańcuchy kajdan. – Zabiję cię! Do kurwy nędzy, przysięgam, że wyrwę ci serce z piersi! Zabiję cię! Słyszysz? Już nie żyjesz!

Rzucając się jak furiat, ignorował narastający ból. Gniew i bezradność narastały w nim z każdą sekundą. Był zdesperowany i przepełniony goryczą.

– Zostawię cię samego. Zastanów się dobrze nad swoim postępowaniem. Jeśli nie zmądrzejesz, czekają cię naprawdę trudne dni – zakomunikował spokojnie Jack. – Czekam z pozwoleniem przekazania cię do laboratorium tylko ze względu na Siedem. Mam wielką nadzieję, że wybierzesz mądrze. – Wyszedł, zatrzaskując za sobą stalowe drzwi.

Pakt z diabłem

Strażnicy, kroczący po obu moich stronach, otwierają wielkie drzwi prowadzące na zewnątrz. Zimne powietrze wypełnia mi płuca, zapierając na kilka sekund dech w piersiach. W oddali słychać głosy żołnierzy. Nie wiem, o czym rozmawiają, są zbyt daleko. Gdzieś w tle brzmią odgłosy wystrzałów i wykrzykiwanych komend. Mam wrażenie, jakby nieopodal znajdował się poligon wojskowy.

Odważam się unieść głowę i spojrzeć przed siebie. Liście przestały spadać z drzew. Już dawno straciły ciepłe kolory i ostatnie oznaki życia. Teraz leżą martwe na ziemi, przykryte cienką warstwą puszystego śniegu i gniją. Niedługo znikną. W końcu ulotnią się z tego świata. Nie będą musiały dłużej oglądać naszych twarzy. Gdybym mogła, rozpłynęłabym się razem z nimi. Przecież już nic mnie tutaj nie trzyma, prawda? Wszystko, co miałam, zostało mi odebrane. Każda nadzieja została brutalnie zdeptana. Dla mnie nie istnieje żadna przyszłość. Nie rozumiem, jak Jack i Siedem mogą sądzić inaczej.

Na prawie nagich ramionach czuję nieprzyjemny, wywołujący dreszcze mróz. Całe szczęście pozwolono mi założyć buty. Trzęsę się jak osika i szczękam zębami. Wiatr szarpie moje długie włosy. Wiatr, który jest wolny i niezależny. Wiatr, który może robić, co chce. Może podążać, dokąd chce. Może robić wszystko, bo nikt go nie powstrzyma. Jak ma ochotę, uderza ludzi po twarzach, nie przejmując się konsekwencjami. Nie musi. Nikt go nie złapie, nikt go nie skuje, nikt nie zdoła zamknąć go w klatce, nikt nie podejmie nawet próby oswojenia go.

Jasne kosmyki wirują mi przed twarzą niczym żyjące własnym życiem winorośle. Zasłaniają widok, tańcząc tuż przed przymrużonymi oczami.

Jak szmaciana lalka daję się ciągnąć w stronę czarnego samochodu, którego dach i szyby zdążył już pokryć śnieg.

Nagle staję w miejscu, zadziwiając tym także samą siebie. Co ja robię? To nie może się tak skończyć. Naprawdę nie ma innego wyjścia? Mam dobrowolnie pojechać z nimi do domu Monic i udawać grzeczną córkę? Jest ze mną aż tak źle?

– Chcę z nim porozmawiać – wychodzi ze mnie. – Powiedz Jackowi, że mam dla niego propozycję nie do odrzucenia.

– O czym ty gadasz, dziewczyno? – burczy jeden ze strażników, szarpiąc mnie za ramię. – Wsiadaj do tego pieprzonego samochodu! – rozkazuje zniecierpliwiony.

– Siedem! – wołam, odnajdując spojrzeniem przybraną córkę Wintera, która powoli zaczęła się od nas oddalać.

– Czego chcesz, Alex? – warczy, zatrzymując się i obracając na pięcie. Niechętnie podchodzi z powrotem do trzymających mnie żołnierzy. – Zamknij w końcu jadaczkę i wsadź tyłek do auta – burczy rozjuszona, wskazując otwarte drzwi samochodu. – Już ci wszystko wyjaśniłam. Frank zawiezie cię prosto do domu Monic.

– Poproś Jacka o jeszcze jedną rozmowę – przerywam jej desperacko, próbując wyrwać się z uścisku strażników. – Muszę z nim porozmawiać! – oznajmiam stanowczo.

– Jack ma pełne ręce roboty – odpowiada Siedem, wywracając przy tym oczami. – Zmarnował wystarczająco czasu na pogawędkę z tobą. I, na litość boską, przestań się szarpać! – syczy.

– Błagam, Siedem – proszę z zawziętością, wyrzucając całą dumę do kosza na śmieci. – Przysięgam ci, że to nie będzie marnowanie czasu, muszę z nim porozmawiać. Daj mi tylko kilka minut – próbuję ją przekonać. – Nie pożałujesz tego, obiecuję ci.

Dziewczyna wzdycha ciężko, opuszczając bezradnie ręce. Porusza nerwowo ustami. Po chwili namysłu wyciąga z kieszeni kurtki telefon komórkowy.

– Jeśli próbujesz grać na czas, osobiście ukręcę ci kark – ostrzega ostro, wybierając numer na displayu.

Chwila ciszy, w której wartownicy wymieniają się zdezorientowanymi spojrzeniami. Zauważam, że nie mają tutaj dużo do powiedzenia. Nawet nie próbują przeciwstawić się niskiej dziewczynie, co uzmysławia mi, jak wysoką rangą musi się cieszyć.

– Sir – zaczyna Siedem. Bierze głęboki wdech, jakby chciała dodać tym sobie odwagi, po czym ciągnie dalej: – Alex uparcie przeciwstawia się wypełnieniu naszych rozkazów. Prosi o jeszcze jedną rozmowę z wami, sir. – Zaskakuje mnie to, jak Siedem zwraca się do Jacka. Dziwne… przecież jest jego przybraną córką. – Tak jest, sir – odpowiada po krótkiej pauzie, następnie kończy rozmowę i chowa telefon do kieszeni. – Lepiej, żeby twój pretekst był uzasadniony – komunikuje przez zaciśnięte zęby. – W przeciwnym razie nie skończy się to dla ciebie dobrze – dopowiada, wykrzywiając usta w odrazie. – Idziemy! – rozkazuje, kiwając głową na znak, że mamy się ruszyć. – Za mną – rzuca krótko, kierując się z powrotem do kwatery.

Biuro Jacka mieści się na parterze Głównej Kwatery. Nie wiem, czego się spodziewałam. Pomieszczenie wygląda zupełnie normalnie, można by wręcz powiedzieć, że przytulnie. Wszędzie panują ciepłe kolory, a duże okna wpuszczają mnóstwo światła. Meble wykonane są z ciemnego drewna. Na parapetach stoją wiklinowe doniczki z kwiatami. Pośrodku leży pokaźny, perski dywan, pasujący kolorem do beżowych ścian.

Winter siedzi na skórzanym fotelu. Łokcie opiera o blat biurka, na którym leżą stosy papierów, teczek i chaotycznie porozrzucanych długopisów. Mimowolnie przygryzam dolną wargę, zauważając jego niezadowoloną minę. Nietrudno się domyślić, że nie lubi, gdy ktoś przerywa mu w pracy.

– Sir. – Słyszę donośny głos Siedem.

Dziewczyna i towarzyszący nam strażnicy salutują, nienaturalnie prostując przy tym plecy i uderzając krawędziami oficerków o siebie.

– Zostawcie nas samych – rozkazuje Jack, podnosząc się z miejsca.

Dwójka żołnierzy ponownie oddaje honory dowódcy, po czym wykonuje zwrot i opuszcza pokój.

– Ty też, Siedem – dodaje zniecierpliwiony Jack.

Dziewczyna za mną przełyka nerwowo ślinę. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że jest rozczarowana i zaskoczona. Jakby to była dla niej nowość. Potrzebuje kilku sekund, by wziąć się w garść, po czym również odchodzi, zamykając za sobą drzwi.

– Myślałem, że wyraziłem się jasno – zaczyna zbliżający się do mnie mężczyzna. – Czyżbyś mnie nie zrozumiała? – pyta, zakładając ręce za plecami.

– Chcę zostać – odpowiadam krótko, unosząc dumnie głowę. Nie chcę, by pomyślał, że się go boję, nawet jeśli to oczywiste.

– Zostać? – powtarza po mnie, marszcząc ze zdziwienia czoło.

– Monic nie jest moją rodziną – komunikuję, już chyba po raz setny. – Jedyne osoby, na których mi zależy, znajdują się w tym budynku. – Nie wliczając Sebastiana, ale mając nadzieję, że Organizacja zostawiła go w spokoju, nie wspominam o nim ani słowem. – Byłabym cholerną egoistką, gdybym opuściła kwaterę, nie podejmując nawet próby spotkania się z nimi.

– Eh... – wzdycha Winter, formując usta w wąską linię. – I co ja mam z tobą zrobić, dziecko? – zastanawia się, przejeżdżając po mnie badawczym wzrokiem.

– Czy nie tego pan chciał? – pytam z zawziętością, zaciskając pięści. – Przecież mnie szukaliście? Chcieliście mnie sprowadzić do kwatery. Mylę się?

– Zawarłem umowę z Monic – oznajmia, opierając się o biurko. – Nie ukrywam, że wolałbym cię tutaj zatrzymać. I oczywiście masz rację, przez długi okres czasu próbowałem cię znaleźć. Po szkoleniu byłabyś idealnym uzupełnieniem Jeden – stwierdza bez ogródek, uśmiechając się zawadiacko. – Niemniej jednak nie jestem zwolennikiem łamania słów. Obiecałem Monic, że nie stanie ci się nic złego. Zawarliśmy umowę, z której mam zamiar się wywiązać.

– Chcę zawrzeć nową umowę! – wtrącam lekko podniesionym głosem. – Nie jestem własnością Monic. Potrafię sama za siebie mówić. Przecież nie odpowiada pan za moje wybory. Jeśli postanowię zostać z własnej woli, nie będzie to miało nic wspólnego z pańską umową – próbuję go przekonać.

– Mam rozumieć, że chcesz dobrowolnie dołączyć do Falconu? – upewnia się, mrużąc podejrzliwie oczy. – Stać się moim żołnierzem? Być mi posłuszna? – dopytuje, obserwując mnie jak kot przyszłą zdobycz.

– Tak, to część umowy – potwierdzam, starając się wytrzymać jego intensywne spojrzenie. Muszę być twarda, nie mogę okazywać strachu.

– Część umowy, co? – Odpycha się od biurka i w okamgnieniu staje tuż przede mną. – Z niecierpliwością czekam na drugą jej część, dziecko. – Unosi z zaciekawieniem jedną brew.

– Mam kilka warunków.

– Naprawdę myślisz, że jesteś w pozycji, by stawiać mi warunki? – Wybucha śmiechem.

– Dokładnie tak myślę – rzucam, próbując brzmieć na pewną siebie.

– Jestem oczarowany twoim zadziornym charakterem – oznajmia Winter, najwyraźniej znakomicie się bawiąc. – Założę się, że w środku cała się trzęsiesz ze strachu – dopowiada rozbawiony. – Proszę cię bardzo. – Macha teatralnie ręką. – Przedstaw mi swoje warunki… żołnierzu.

Kiedy słyszę, z jaką pewnością podkreśla ostatnie słowo, przechodzą mnie dreszcze. Zaciskam mocno zęby. Czuję, jak zgrzytają. To moja ostatnia szansa, kolejnej nie dostanę.

– Po pierwsze: chcę zobaczyć się z Jeden i Trzy – zaczynam, nie spuszczając Jacka z oczu. – Nie mówię oczywiście o jednym spotkaniu. Chcę móc widywać się z nimi przynajmniej raz dziennie. – Ciarki przechodzą mi po mokrych od potu plecach. Celowo nie wspominam o Cztery, ciągle nie wiem, czy zdołali go pojmać. Trzymam się dobrej myśli, że uciekł, albo ukrył się tak dobrze, że nikt go nie znalazł. – Po drugie: nie będę szprycowana żadnym szajsem wyprodukowanym przez wasze laboratoria. Nie mam zamiaru pozwolić wam na odebranie sobie wspomnień. Po…

– Nie sądzisz, że wystarczy? – przerywa mi niepokojąco spokojnym tonem. – Jestem w stanie zaakceptować dwa twoje warunki, ale na więcej nie licz, dziecko!

– Zgoda! – oznajmiam szybko, licząc, że wszystko pójdzie po mojej myśli. – Zgoda – powtarzam wyraźniej.

– Doskonale – stwierdza Winter, wyciągając do mnie rękę. – Umowa stoi.

Przełykając gorycz w ustach, ściskam jego wielką dłoń i mam nieodparte wrażenie, że właśnie zawieram pakt z diabłem. Nie spodziewałam się, że pójdzie tak gładko. Dowódca zgodził się na moje warunki w zdumiewająco krótkim czasie, co sprawia, że mimowolnie się niepokoję.

– Od teraz zwracasz się do mnie: sir – nakazuje, wykrzywiając twarz z satysfakcji. – Zanim pozwolę ci na spotkanie z Jeden, będziemy musieli postawić kilka spraw jasno – oświadcza. – To, że ja nie jestem kłamcą, nie oznacza, że ty nim nie jesteś. Muszę mieć pewność, że nie obrócisz Jeden przeciwko mnie. Najpierw złożymy wizytę Soulowi. Później dam ci kilka dobrych powodów, dla których nie będzie warto łamać naszej umowy.

To dziwne uczucie, kiedy kroczysz korytarzem w towarzystwie uzbrojonych żołnierzy i najważniejszego człowieka w Głównej Kwaterze. Strażnicy salutują i stają na baczność, gdy tylko się do nich zbliżamy. Jack kiwa tylko głową, sunąc dumnie przed siebie. Za nami podąża Siedem.

Nie wliczając prywatnego biura Wintera, panuje tutaj surowość. Otaczają mnie betonowe ściany, a do wszystkich pomieszczeń, przynajmniej tych, które po drodze widzę, prowadzą stalowe drzwi. Gdzie nie spojrzeć kryją się maleńkie kamery. Okna są wystarczająco duże, by promienie słońca skutecznie oświetliły cały korytarz, mimo to wszędzie święcą się podłużne, wielkie lampy.

Zatrzymujemy się przed dwustronnymi drzwiami, obok których wbudowany jest zamek szyfrowy. Od razu poznaję to miejsce – laboratorium. Jestem niemal pewna, że ciągle pamiętam kod podany mi przez Sześć.

Jack rozgląda się w prawo i lewo, po czym zaczyna wystukiwać PIN.

– Tak dla twojej wiadomości – zaczyna, uśmiechając się zagadkowo. – Każdy z zamków w Głównej Kwaterze został na nowo zaprogramowany, a niektóre pomieszczenia są dodatkowo chronione przez interaktywne klucze – komunikuje, jakby czytał mi w myślach.

A więc o tym też wiedział. Czy to oznacza, że Sześć również nas zdradził? Dopóki nie będę tego pewna, nie powinnam nawet wymieniać jego imienia. Jeśli naprawdę stoi po naszej stronie i nie został jeszcze pojmany, jest jedyną osobą, którą mogłabym poprosić o pomoc. Niepokoi mnie jednak pewna myśl. Jeśli Sześć ciągle żyje, dlaczego jeszcze się ze mną nie skontaktował? Minęło wystarczająco dużo czasu.

– Panie przodem – oznajmia dowódca, przepuszczając mnie i Siedem do olbrzymiego pomieszczenia. Strażnicy zostają przy wejściu.

To nie pierwszy raz, kiedy widzę tę salę. Byłam tutaj razem z Sześć. Poznaję niemal każdy szczegół. Nigdy nie zapomnę widoku Jeden, leżącego na stole operacyjnym.

Nic się nie zmieniło. Wszystko wygląda prawie tak jak wtedy, w moich snach. Ta biel zaczyna mnie przerażać. Dodatkowo chemiczny zapach, uderzający do nozdrzy, mąci mi umysł.

Falcon nie traci czasu. Laboratorium przepełnione jest ludźmi pracującymi nad dziwnymi substancjami. Gdzie nie spojrzeć leżą różnej wielkości szklane fiolki z niewiadomego pochodzenia cieczami. Przechodzi mnie dreszcz. Przełykam nerwowo ślinę, wyobrażając sobie, jak jedna z leżących na wózku zabiegowym strzykawek, przebija się przez moją skórę.

– Sir – wita się podchodzący do nas mężczyzna. Ma na sobie kitel lekarski. Dokładnie taki, jaki widziałam w snach.

– Alex. – Jack spogląda w moją stronę. – To doktor Nicolas Soul – przedstawia mi go.

– Alex? – pyta nieznajomy. – Ta Alex? – dziwi się, unosząc wysoko siwe brwi. – Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będzie mi dane cię tutaj gościć – oznajmia, obdarzając mnie sztucznie przyjaznym uśmiechem.

– To męczące – stwierdzam. – Najlepiej by było, gdybyście w końcu przestali udawać uprzejme niewiniątka – burczę, obrzucając doktorka złowrogim spojrzeniem. – Nie oszukujmy się, nie jestem tutaj gościem hotelowym. Z własnej woli, czy też nie, pozostaję więźniem – oznajmiam twardo, zakładając ręce na piersi.

– Niewyparzony język, co? – spostrzega Soul.

– Soul – odzywa się dowódca, po czym spogląda na zegarek zapięty na nadgarstku. – Nie mam więcej czasu – komunikuje. – Zajmij się nią – rozkazuje. – Pomiń procedurę Memo. Poza tym cały program Sekcji Pierwszej.

Uderza we mnie fala obaw. Nie jestem pewna, czy decyzja pozostania w kwaterze była rzeczywiście słuszna. Boję się, że wbrew temu, co mówią o dowódcy Falconu, zostanę wykiwana i skończę, jako niczego nieświadoma maszyna bez uczuć.

– Tak jest, sir – odpowiada doktor, stając na baczność.

– Siedem. – Jack odwraca się do stojącej obok dziewczyny. – Po procedurze zaprowadzisz ją do Trzy. – Na dźwięk jego imienia serce zaczyna mi szybciej bić. – Pokaż jej, jakie będą konsekwencje złamania naszej umowy – nakazuje ostrym jak brzytwa tonem. – Wiesz, co mam na myśli?

– Oczywiście, sir – odpowiada ona, również stając na baczność.

– Zadbaj również o to, by dostała własny pokój, czysty mundur i resztę niezbędnych rzeczy.

– Myślałam, że będzie dzielić pokój z Jeden. Tak jak reszta rekrutów, którzy przeszli selekcję? – pyta zdezorientowana, nieświadomie dając mi tym samym małą nadzieję.

– To za wcześnie – stwierdza Jack, zdzierając mi delikatny uśmiech z twarzy. – Wszystko w swoim czasie. Zostawienie tej dwójki samych w jednym pomieszczeniu byłoby nierozsądnym posunięciem. Alex musi się najpierw nauczyć, gdzie jej miejsce. Jestem przekonany, że wystarczy kilka dni, by zrozumiała swoje położenie i nie sprawiała kłopotów – oświadcza pewny siebie. – Alex – zwraca się ponownie do mnie. – Nie wiem, kiedy znowu się zobaczymy. Muszę wziąć udział w jednym ze spotkań, które niestety nie będzie miało miejsca w naszej kwaterze – mówi, zbliżając się do drzwi wyjściowych. – Siedem zaprowadzi cię po zabiegu do podziemi. Myślę, że na dzisiaj to powinno wystarczyć. Jeden i tak jest poza kwaterą.

Przytakuję, nie widząc innych możliwości. Dyskutowanie z dowódcą nie ma większego sensu. Muszę działać z głową. Ułożyć idealny plan i urzeczywistnić go w najmniej oczekiwanym momencie. Powinnam zachować trzeźwość umysłu. Tylko w taki sposób będę w stanie cokolwiek zdziałać. Najpierw dobra strategia, później działanie. Nigdy nie na odwrót.

Moje mięśnie napinają się boleśnie, utrzymując w skrępowanej, ale za to bezpiecznej pozycji. Z trudem powstrzymuję się od zatrzymania Jacka i podjęcia histerycznej próby przekonania go, by zmienił zdanie i pozwolił mi zobaczyć także Jeden. Minęło tyle czasu, odkąd go widziałam. Więź między nami jeszcze bardziej utrudnia mi zachowanie spokoju. W środku cała krzyczę, pragnąc jego bliskości.

Jack kładzie dłoń na drobnym ramieniu Siedem, pochyla się do niej i szepcze jej coś do ucha. Nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Nie umyka mi jednak reakcja dziewczyny. Przełyka ślinę, robiąc wielkie oczy.

Kiedy dowódca znika za drzwiami, wypuszczam z ulgą nieświadomie wstrzymane powietrze.

Jestem roztrzęsiona i zdezorientowana. Nie wiem, co mnie zaraz czeka. Próbuję być spokojna i nie pokazywać innym, jak bardzo się boję, ale to wcale nie jest takie łatwe.

– Muszę wszystko przygotować – stwierdza doktor. – Zajmij miejsce – prosi mnie, wskazując owiniętą w folię kozetkę.

Biorę kilka głębokich oddechów, wypełniając płuca śmierdzącym, chemicznym powietrzem. Zamiast się uspokoić, jeszcze bardziej tracę nerwy. Musisz być dzielna, powtarzam sobie w myślach. Dasz radę.

Na parę sekund przymykam oczy, po czym ostrożnie ruszam przed siebie. Z walącym jak dzwon sercem siadam na kozetce. Niespokojnie błądzę wzrokiem tam i z powrotem, zatrzymując go w rezultacie na plecach doktora. Mężczyzna krząta się przy jednym ze stołów. Pod szeroką ladą kryje się kilka szuflad. Otwiera jedną z nich, wyjmując maleńką skrzyneczkę. Stawia ją na srebrnej tacy. Po chwili dołącza do niej sterylnie zapakowana, dziwna strzykawka, kilka wacików i maleńka buteleczka.

– Co zamierza pan z tym wszystkim zrobić? – odzywam się przerażona.

– Ręka czy szyja? – pyta, ignorując moją wypowiedź.

– Nie rozumiem – mamroczę. Mój głos robi się coraz bardziej piskliwy i cienki.

– Muszę wszczepić ci nadajnik GPS – tłumaczy w końcu. – To nic nie boli – uspokaja. – Chip jest mniejszy od ziarenka ryżu. Poczujesz jedynie delikatne ukłucie, to wszystko.

Przygryzając dolną wargę, wyciągam lewą rękę. Soul namacza biały wacik w substancji znajdującej się w małej butelce.

– To tylko płyn odkażający – wyjaśnia, zauważając moją wylęknioną minę.

Łapie mnie kościstą dłonią. Przejeżdża wacikiem po zagięciu łokciowym, oczyszczając skórę, po czym powoli przykłada do niej wcześniej przygotowaną strzykawkę.

– Zaraz będzie po wszystkim – komunikuje opanowanym, spokojnym głosem.

Kiedy końcówka ostrej igły wbija się w moje delikatne ciało, syczę, choć nie czuję większego bólu.

– No i gotowe – stwierdza, patrząc na mnie jak pediatra na swojego pacjenta. – Najstraszniejszą rzecz mamy za sobą – ciągnie dalej, oddalając się w stronę Siedem. – Myślę, że jakiekolwiek badania są zbędne – zwraca się do dziewczyny, kręcąc nosem, jakby miał zaraz kichnąć. – Posiadamy jej kartę pacjenta i mamy wgląd w całą historię chorób i tak dalej.

– Też tak myślałam – zgadza się Siedem.

– Moją kartę pacjenta? – wtrącam się skołowana i poirytowana równocześnie. – Skąd, do jasnej cholery, macie moją…

– Uspokój się! – przerywa mi Siedem. – Odkąd wiemy, kim jesteś, czyli mniej więcej od tej samej chwili, kiedy spotkałaś Jeden, zbieramy informacje na twój temat. Myślałam, że to oczywiste – dodaje, wzruszając obojętnie ramionami i wywraca teatralnie oczami.

– Nic nie jest oczywiste – burczę zdenerwowana, zaciskając pięści ze złością. – Nie macie prawa – mamroczę, jakby to miało przynieść jakikolwiek skutek. A przecież w głębi duszy doskonale wiem, że falcończycy mają w głębokim poważaniu to, że naruszają moją prywatność.

– Przestań się nad sobą użalać, Alex – prycha Siedem, ponownie wywracając oczami. – Soul wykonał swoją pracę. Nie musisz przechodzić przez standardowe badania, więc jesteśmy gotowe. Rusz się!

Natychmiast wstaję na równe nogi. Wypełnia mnie dziwne uczucie. Żołądek mocno się kurczy, a palce mrowią. Zaraz go zobaczę. Na przemian otwieram i zamykam dłonie. Są mokre od potu. Cała się trzęsę. Nie mogę tego powstrzymać.

– Czy to znaczy, że zaprowadzisz mnie teraz do Trzy? – upewniam się.

– Taki dostałam rozkaz – odpowiada przez zaciśnięte zęby. Nawet ślepiec zauważyłby, że nie podoba jej się to, że pozwolono mi zobaczyć się z jej partnerem. – Nie mam innego wyboru – dopowiada, patrząc na mnie z wyraźną pogardą.