Fajka van Gogha - Wojciech Karpiński - ebook

Fajka van Gogha ebook

Wojciech Karpiński

5,0

Opis

Listy i obrazy van Gogha splatają się w niepodzielną całość. Artysta z wprawą i zaangażowaniem ukazywał ludzi, rzeczy i uczucia. Czynił to ze zmienną intensywnością, ale zawsze starał się być wierny sobie, czasem aż do skrajności prowokującej drwiny.
Wybitny historyk sztuki, laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich, przeanalizował korespondencję największego malarza XIX w., by na jej podstawie odtworzyć nie tylko poszczególne wydarzenia z życia artysty, lecz także oddać jego zmagania ze światem i z samym sobą.
Obficie cytowane listy pomogą nam prześledzić kolejne metamorfozy artystycznego temperamentu. Piękne, proste w przekazie, są niezwykle sugestywne pod względem emocjonalnym. Ukazują ewolucję talentu malarza, który zaczął tworzyć dopiero w wieku 27 lat, a po śmierci zyskał sławę jednego z najwybitniejszych artystów w całej historii Europy.
Fajka van Gogha” to najpełniejszy portret słynnego postimpresjonisty wydany w Polsce, skreślony przez wybitnego historyka sztuki Wojciecha Karpińskiego. Fascynuje tak samo jak dzieła wielkiego mistrza postimpresjonizmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Spis rzeczy

„Tęsknota za krajem obrazów”

„Siła, którą muszę rozpętać”

„Wysoka żółta nuta”

„My, szurnięci, mamy oko”

Portrety i wyobraźnia

„Niemal uśmiechnięte”

Północ i Południe

„Namalować samego siebie”

„Nowoczesny portret”

Śmierć, przemienienie

Metryczka książki

„Tęsknota za krajem obrazów”

Słoneczniki; słoneczniki raz jeszcze; jeszcze raz; para rozklepanych buciorów, jeden przewrócony podeszwą do góry, łyskający bielą i rdzawą czerwienią, drugi wspiera go, ciemnobrązowy, jakby dwaj bracia o losie podobnym, lecz przecież różnym; w żółtym zbożu seledynowy żniwiarz w żółtym kapeluszu pod żółtym słońcem Południa; twarze holenderskich chłopów; most zwodzony w Prowansji; krzesło w jasnym świetle dnia; inne w blasku świecy; kwitnące sady; samotne cyprysy; rozwichrzone pszeniczne pole z drogami umykającymi regułom perspektywy i z gromadą czarnych ptaków; i jego twarze: w kapeluszu czy z gołą głową, o intensywnym spojrzeniu – te obrazy, spotykane w muzeach i w albumach, na okładkach książek i na stronach gazet, na kartkach pocztowych i na ścianach tanich hoteli, stały się do tego stopnia częścią naszej współczesności, że ich prawie nie dostrzegamy, nie widzimy ani van Gogha, ani jego dzieła. Przesłoniła je mglista legenda. Jej odpryski powracają nawet w telewizyjnym dzienniku: na aukcji zapłacono kilkadziesiąt milionów dolarów (najwyższą cenę w historii) za obraz malarza, który życie spędził w nędzy i zapomnieniu, a za sztukę zapłacił szaleństwem – w tym miejscu pojawia się nieodzownie wzmianka o obciętym uchu...

Czasem jednak jakiś obraz van Gogha uderzy nas niezwykłością rzeczy zwyczajnych ujrzanych po raz pierwszy. Nasz świat i jego spotykają się przez chwilę zaskoczenia. Chcielibyśmy oglądać sztukę, zapomnieć o legendzie. Ale czy można o niej zapomnieć? Zapada w wyobraźnię nie tylko dlatego, że w społecznej świadomości sprowadza się do kilku chwytających za serce gwałtownych scen. Przypadek van Gogha wskazuje na ograniczenia teorii „czystego malarstwa”. Życie i twórczość w jego dziele splotły się nierozerwalnie. Był nie tylko wielkim malarzem zmagającym się z sekretami rzemiosła, ale i niezwykłym pisarzem, w swojej dziedzinie nie mającym sobie równych. Z jego listów układa się autobiografia: portret człowieka, który chce być malarzem; portret malarza, który nie chce i nie pozwala zapomnieć, że jest człowiekiem z krwi i kości.

Listy van Gogha zadziwiają siłą i trafnością wyrazu. Gdyby niektóre zdania czy sceny znalazły się w powieści, świadomie komponowanej, uznalibyśmy je za przesadzone, zbyt sentymentalne, odwrócilibyśmy wzrok od tych stronic z pewnym zażenowaniem. Z listów van Gogha bije taka siła, że też nieraz przychodzi odwrócić wzrok: zbyt intensywny wizerunek życia oślepia. Ale też fascynuje. Listy i obrazy van Gogha splatają się w jedną całość. Jego wyznania powodują, że zmuszeni jesteśmy porzucić koncepcję sztuki jako oczyszczającego dystansu. Oglądamy przedstawienie zarazem bardziej „naiwne” i „prawdziwsze”. Trudno zapomnieć o legendzie; można starać się o zbliżenie do jej prawdziwych wątków – ze świadomością, jak niepewne to przedsięwzięcie.

Więcej było zapoznanych artystów niż van Gogh. Jego los stał się częścią naszej wyobraźni przede wszystkim dlatego, że utrwalony został siłą jego pióra. Gdyby nie był wielkim malarzem, gdyby w ogóle nie wybrał malarstwa, a jednak jego listy dotarły do nas (jednak wówczas mniej byłoby szans, abyśmy na nie trafili), to i tak byłby autorem niezwykłego dzieła, opowiadającego o człowieku samotnym, a spragnionym kontaktu z innymi, zmagającym się ze sobą, z religią, ze słowem. To sprawia sztuka pisarska van Gogha. Sztuka? Jego listy uderzają bezpośredniością i energią słowa. Pisze je ktoś, kto czuje potrzebę przekazania innym prawdy o sobie, a wie, że przychodzi mu to ze szczególną trudnością. Musi pokonać opory w sobie i w innych, podporządkować sobie język, aby stał się sprawnym narzędziem. Listy van Gogha, adresowane przede wszystkim do młodszego brata, lecz także do reszty rodziny, do przyjaciół, do kolegów malarzy, pisane zrazu po holendersku, od początku pełne były angielskich, francuskich, niemieckich zwrotów. Potem pisał najchętniej po francusku, nawet do brata i siostry. Wydawcy narzekają na brak poprawności w każdym z języków. A jednak van Gogh z niezrównaną siłą potrafi przymusić słowa, aby służyły jego celom, przekazywały jego myśli i uczucia. Listy jego brata, osoby o niezwykłym charakterze, wielkiej inteligencji, uderzającej wrażliwości, pisane francuszczyzną poprawną, czyta się jak niezgrabne tłumaczenia z obcego języka. Nieraz trudno domyślić się, o co chodzi w monotonnym wywodzie, jakby się słyszało skrępowanie, szelest papieru. W listach Vincenta zapomina się o papierze i stylu, słychać jego głos, a raczej widać jego postać, obnażoną; czasem szokuje naturalnością – czy dziwactwem? Zawarta w jego listach „sztuka naturalności” pozwala zostawić te pytania otwarte, przyglądać się jego autoportretowi w słowach, niezwykłemu autoportretowi.

Listy stanowią też najlepszy komentarz do jego malarstwa. Bez nich pozostanie ono przesłonięte kilkoma frazesami składającymi się na legendę „przeklętego twórcy”: niezgrabny rudzielec daremnie szukający miłości i Boga; kaznodzieja dzielący los najbiedniejszych w kopalniach Borinage; naiwny kochanek prostytutki; niecierpliwy student malarstwa, starszy od innych, niechlujnie ubrany, uparty; brat impulsywny, kochający, kłótliwy, egoistyczny; szuka koleżeńskiej wspólnoty i nie potrafi wytrzymać z kimkolwiek pod jednym dachem; niezdolny do „normalnej” pracy, zabija siebie pracą nieustanną, ponad siły; odtrącany, stara się przemówić do innych i do siebie – w słowie, w piśmie, w obrazach; dając innym dobre rady, sam znęca się nad sobą; przenikliwie patrzący w tajniki sztuki i życia szaleniec, cierpliwie, do czasu, znoszący swą chorobę.

Jego obrazy i listy są naprawdę odbiciem świata przełamanym przez temperament. Van Gogh ukazuje ludzi i rzeczy i zarazem przekazuje uczucia. Czyni to ze zmienną intensywnością. Listy stanowią niezbędny dokument do prześledzenia metamorfoz artystycznego temperamentu. Odwieczne pytanie „jak człowiek staje się tym, kim jest”, uzyskuje u van Gogha zdumiewająco pełną i szczerą odpowiedź. Stara się być wierny sobie, aż do skrajności prowokującej ludzkie drwiny. A jednocześnie podlega przemianom czasu, przekształceniom. Nie wypiera się ich. Poszukuje siebie i gotów jest za te poszukiwania zapłacić najwyższą cenę. Płaci ją. A nam zostawia zapisy zmagań.

Intensywność poszukiwania siebie przybliża go do innego wielkiego gwałtownika końca XIX wieku – Fryderyka Nietzschego. Obaj stoją jak emblematyczne postaci u progu naszej współczesności. Różniło ich wiele. Gdyby się spotkali, zapewne nie zwróciliby na siebie uwagi. A gdyby przyszło im spędzić dziesięć minut na rozmowie, wzruszyliby ramionami na ograniczenia drugiego i nawet może nie rozstaliby się w gwałtownym sporze, lecz w milczeniu: nie ma o czym mówić z kimś takim.

Istnieją między nimi zdumiewające zbieżności, oczywiste, ale może nie najważniejsze, oraz ukryte powinowactwa, bardziej chyba znaczące. Nocą z 23 na 24 grudnia 1888 roku w Arles Vincent van Gogh ulega napadowi szaleństwa, obcina sobie skrawek ucha, zanosi opakowany do burdelu, w którym bywał, wraca do domu i kładzie się do łóżka. Następnego dnia znajdują go okrwawionego. Umieszczony zostaje w szpitalu. Dziesięć dni później, prawdopodobnie 3 stycznia 1889 roku, napadowi szaleństwa ulega w Turynie Fryderyk Nietzsche. Wedle legendy, rozpowszechnionej, lecz nie udokumentowanej, znaleziono go na ulicy, gdy łkając tulił się do szyi maltretowanego konia. Nieprzytomnego odprowadzono do domu i wkrótce przewieziono do szpitala dla umysłowo chorych. Nietzsche po duchowej katastrofie żył jeszcze ponad dziesięć lat, nieobecny. Van Gogh zabrał się szybko do malowania i pisania, ale ataki choroby powracały. Półtora roku później popełnił samobójstwo.

W obu wypadkach mówi się o chorobie wenerycznej. U van Gogha choroba została stwierdzona, u Nietzschego jest tylko supozycją. Obaj mieli zrujnowane żołądki: van Gogh z nędzy i zaniedbania; Nietzsche wyniszczał się przedziwnymi dietami, które narzucał sobie jako ratunek. U obu jednak fizyczna przyczyna załamania pozostaje nie wyjaśniona. Obaj w momencie katastrofy byli nieznani, nie docenieni. Po katastrofie sytuacja obu uległa całkowitej zmianie. W wypadku Nietzschego nastąpiło to szybciej. Gdy umierał fizycznie, był już sławny. Van Gogh zdobywał uznanie wolniej, ale też wkrótce stał się przedmiotem kultu i legendy. Na życie obydwu padł blask ich sławy i każdy ich gest nabrał znaczenia. Ich życiorysy należą do najbardziej zbadanych. A jednak związek szaleństwa i wielkości u obu pozostaje tajemnicą.

Dla obu miesiące przed katastrofą były okresem niewiarygodnie płodnym. Jesienią 1888 roku Arles i Turyn były świadkami pracy duchowej o intensywności trudnej do porównania z czymkolwiek: Nietzsche w trzy tygodnie potrafił napisać książkę krystalicznie przejrzystą i zabrać się do następnej; van Gogh malował nieraz po dwa obrazy dziennie. Obaj stworzyli w tym czasie autoportrety – Nietzsche w słowach, van Gogh w słowach i kolorach. Obaj byli dziećmi protestanckiej Północy szukającymi objawień pod jaskrawym słońcem Południa, a słońce to było dla obu również zagrożeniem – fizycznym i duchowym. Obaj wreszcie – w różnych tonacjach, z różnymi intencjami – stworzyli obraz Ecce homo: tak nazywa się autobiografia Nietzschego, tak powinno nazywać się wiele obrazów i listów van Gogha. Obaj ofiarowali potomnym żywoty przykładne: w samoudręczeniu, samozagubieniu, w odwadze, naiwności, złudzeniach. Oba żywoty kończą pewną epokę zachodniej kultury i otwierają inną. W obu dochodzi do głosu – silny, lecz skrywany, przez to bardziej może przejmujący – motyw Naśladowania Chrystusa: u Nietzschego perwersyjne utożsamienie i rywalizacja, u van Gogha pragnienie usprawiedliwienia własnego istnienia, odkupienia błędów własnych i cudzych.

Obaj byli dumni, lecz inaczej: Nietzsche łączył delikatność z niebotyczną pychą, van Gogh łączył szorstkość zachowań z uderzającą skromnością. Obaj pozostawili ważne listy jako dokumenty ważnych biografii. Żywot Nietzschego, cały zwrócony ku myśli, jest, jak jego listy, stałą grą masek, ucieczką przed sobą. W jego biografii są stany psychiczne, projekcje poglądów, nie ma właściwie ani jednego wydarzenia, które dałoby się wyraźnie określić jako punkt zwrotny życia. Nie bez przyczyny jego żywioł to muzyka, płynność przemian. Życie van Gogha jest ciągłym zderzaniem się z oporem świata. Jego listy są jak jego obrazy: zatrzymany moment, w którym decyduje się kierunek losu – ręka nad płomieniem i słowa „ta albo żadna”, kłótnia z ojcem i porzucenie domu, kłótnia z przyjacielem malarzem, zmaganie się z losem – takim, jakim jest.

Vincent van Gogh przyszedł na świat w rodzinie pastorskiej. Znów analogia z Nietzschem, ale na tym należy zakończyć analogie. Oba losy były właśnie wyjątkowe i znaczące przez swą wyjątkowość. Urodził się 30 marca 1853 roku w Groot Zundert – wiosce w holenderskiej Brabancji. Ojciec był skromnym pastorem pozbawionym większych talentów kaznodziejskich. Z trudem przychodziło mu wyżywić rodzinę na małych prowincjonalnych parafiach, ale jego bracia, stryjowie Vincenta, byli ludźmi zamożnymi: trzech z nich zajmowało się handlem sztuką, jeden był admirałem. O życiu Vincenta do dziewiętnastego roku wiemy niewiele. Po tym okresie zaczął regularnie korespondować z młodszym o cztery lata bratem Theodorusem, zwanym Theo. Ich korespondencja – a raczej listy Vincenta – stanowi główne źródło informacji o malarzu. Jest czymś znacznie więcej: niezrównanym dziełem literackim i dokumentem ludzkim. (Wybór listów do brata ukazał się po polsku w wydaniu książkowym w przekładzie Joanny Guze z francuskiego i Macieja Chełkowskiego z holenderskiego. Trochę listów do siostry Wilhelminy i do przyjaciół malarzy ukazało się w polskich publikacjach o sztuce. Ale całość korespondencji van Gogha stanowi klasyczne dzieło europejskiej literatury i powinna się ukazać po polsku).

W przekazach o Vincencie w wieku szkolnym nic nie zapowiadało przyszłego geniusza. Nie miał łatwości Mozarta, błyskotliwości Pascala, zbuntowanej wyobraźni Rimbauda. Był zamknięty w sobie, raczej życzliwy wobec otoczenia, w naukach powolny. Niektórzy badacze suponują, że to pewna ociężałość umysłowa była przyczyną wczesnego porzucenia szkół w wieku piętnastu lat, inni twierdzą, że powodem były trudne warunki finansowe w domu. W każdym razie później bez sukcesu Vincent podejmować będzie próby kontynuowania edukacji: chciał skończyć studia teologiczne, nie mógł przymusić się do nauki języków klasycznych. Chciał nauczyć się czegoś w Akademii Sztuk Pięknych – konwencje oficjalnej pedagogiki były dla niego nie do zniesienia. Zapewne umiał się uczyć tylko sam. Było to jego pasją do końca życia. Ale i ze szkół wyniósł zadziwiającą wiedzę: potrafił przecież wygłaszać kazania w Anglii po angielsku, w Belgii po francusku; rozumiano go, rozumiano słowa, które wypowiadał, nie rozumiano jego myśli i uczuć, ale tu nie szkoła była winna. A i on sam siebie w pełni nie rozumiał.

Zaczął pracować w handlu obrazami i reprodukcjami, polecony przez stryja, najpierw w Hadze, potem w Brukseli, wreszcie w Londynie. Ogląda muzea, dużo czyta. Theo także zaczyna pracować w innej filii tej samej firmy. W listach Vincent daje bratu rady. Sam nie zawsze ich słucha. Jego listy odzwierciedlają skrajności jego charakteru. Uderzają powagą i konkretnością. Zmierzają prosto do celu, brutalnie. Vincent mówi o sobie – nawet gdy daje rady. Słyszymy i widzimy przede wszystkim jego. Ale czasem dostrzegamy skupioną postać brata. Wcześnie pojawia się motyw daru. Młodszy Theo dyskretnie opiekował się Vincentem. „W liście z domu dostałem od Ciebie guldena na zakup spinek do mankietów. Bracie drogi, dziękuję Ci za to serdecznie, ale nie powinieneś tego robić. Pieniądze są Ci przecież bardziej potrzebne niż mnie” (15, 30 marca 1874). Theo jest ważnym tłem listów – i życia – Vincenta. Jest zamknięty w sobie, też niełatwo przychodzi mu się porozumieć ze światem, też jest poważny, też (choć inaczej) uparty. Nie ma w sobie tej potrzeby ekspresji i wykraczania poza siebie, która cechuje Vincenta, ale od początku w uważnym milczeniu i delikatnej pomocy jest postacią niezwykłą.

W liście z Londynu do brata Vincent przywołuje obraz współczesnego malarza Emila Wautersa, przedstawiający szalonego Hugo van der Goesa, wielkiego i zagadkowego mistrza wczesnego malarstwa niderlandzkiego. Fascynacja tym obrazem trwać będzie u van Gogha do końca życia. Pisał z Arles: „Nie tylko moje obrazy, ale ja sam w ostatnich czasach stałem się dziki jak Hugo van der Goes na obrazie Emila Wautersa” (514, 29 lipca 1888). Zainteresowanie tym płótnem jest ważne w świetle późniejszych losów van Gogha, świadczy również o jego postawie wobec sztuki. Interesował się techniką malowania już od wczesnych lat, ale temat obrazu był dla niego głęboko znaczący. Jego gusty wprawiały w osłupienie nie tylko mieszczańskie środowisko krewnych, lecz także – potem – nowoczesnych malarzy. Sztuka dla van Gogha powinna przedstawiać uczucia i myśli, a nie jedynie demonstrować sprawność rzemiosła.

W Londynie ciężko pracował, w wolnych chwilach chodził do parków, czytał Keatsa. Mało interesowały go tradycyjne atrakcje turystyczne: Tower, Cristal Palace czy gabinet figur woskowych Madame Tussaud. W liście do holenderskich przyjaciół pisał: „Czasami wydaje mi się, że powoli staję się prawdziwym kosmopolitą, to znaczy nie Holendrem, nie Anglikiem, nie Francuzem, ale po prostu  c z ł o w i e k i e m” (do Carolien van Stockum-Hannebeeck, 13a, 9 lutego 1874). Bratu udzielał rad, które właściwie kierował ku sobie: „Jakże chętnie porozmawiałbym z Tobą o sztuce; trzeba, byśmy przynajmniej dużo pisywali do siebie na ten temat;  p o w i n i e n e ś  o d k r y w a ć  p i ę k n o,  g d z i e  t y l k o  m o ż n a; większość ludzi  w  o g ó l e  n i e  d o s t r z e g a  p i ę k n a. [...] Rób częste wycieczki i kochaj przyrodę – tylko w ten sposób można się czegoś nauczyć i rozumieć sztukę coraz lepiej. Malarze rozumieją i kochają przyrodę i dlatego  u c z ą  n a s,  j a k  n a l e ż y  n a  n i ą  p a t r z e ć. Są przecież malarze, którzy potrafią malować tylko dobre obrazy, którzy  n i e  p o t r a f i l i b y  źle malować” (13 stycznia 1874). Kiedy indziej zanotował: „Tu, w Anglii, odeszła mnie ochota do rysowania, ale może któregoś dnia mi wróci. Dużo czytam” (20, 30 lipca 1874).

Rewelacją były dla niego książki Micheleta. Poleca je bratu. Sam szuka w nich pomocy w wyjaśnieniu własnych uczuć. Zakochał się w córce gospodyni. Pierwsza miłość okazała się nieszczęśliwa, podobnie jak następne. O wczesnym uczuciu nie potrafił czy też nie chciał pisać. Wiemy o nim z rodzinnych przekazów. Po kilku latach, po kolejnym kryzysie, tak je wspominał: „Jakaż była ta moja miłość, gdy miałem dwadzieścia lat? Trudno mi to dzisiaj zdefiniować, w każdym razie  c i e l e s n e  n a m i ę t n o ś c i  były wtedy bardzo słabe, może dlatego, że żyłem przez kilka lat w nędzy i ciężko pracowałem. Za to duchowe namiętności były bardzo silne i co najciekawsze, nie zależało mi zupełnie na wzajemności, nie prosiłem o żadną łaskę, chciałem tylko dać z siebie jak najwięcej, niczego nie przyjmując w zamian. Wszystko to było głupie, błędne, przesadzone, zarozumiałe i zuchwałe, bo w sprawach serca nie można tylko dawać, trzeba także brać, nie można też tylko brać, trzeba także dawać. Kto odstępuje od tej reguły w jedną albo w drugą stronę, musi upaść i nie ma dla niego litości. Tak upadłem i ja, i chyba zawdzięczam o tylko cudowi, że wydostałem się znowu na powierzchnię. Do odzyskania równowagi duchowej doszedłem stopniowo, głównie dzięki czytaniu różnych praktycznych książek o chorobach duszy i ciała. Nauczyłem się czytać we własnym sercu i w sercach innych ludzi. Stopniowo zacząłem kochać i innych ludzi, i siebie samego, aż krok za krokiem odnalazłem własne serce i własną duszę, zniszczone, zepsute, wyjałowione przez długi okres straszliwej nędzy” (157, 12 listopada 1881).

Nauka czytania w sercu własnym i w sercach innych ludzi trwała dłużej, niż wyobrażał sobie w tym liście – do końca życia. I do końca życia towarzyszyły mu w tych poszukiwaniach rozmaite książki „o chorobach duszy i ciała”. Pierwsza miłość i pierwszy zawód wprowadziły go w stan depresji. Dla odzyskania równowagi wysłano go do pracy w paryskiej filii firmy Goupil. Nadal chodzi tam do galerii i muzeów. Ton jego listów ulega zmianie. Zachwyca się Corotem, Daubignym, lecz coraz bardziej interesuje go malarstwo religijne. Stara się ściągnąć brata do Paryża, rozmawia na ten temat ze swym wpływowym stryjem. Usiłuje nawet być sprytny, wie, że jego akcje w rodzinie nie stoją wysoko. „Gdy stryj przyjedzie do Hagi, to prawdopodobnie poruszy z Tobą ten temat; bądź wtedy opanowany i pozwól mu mówić, co tylko będzie chciał; nie zrobi Ci to chyba zbyt wielkiej przykrości, a w przyszłości możesz go zapewne potrzebować. Najlepiej nie rozmawiajcie na mój temat, jeżeli to nie będzie konieczne. [...] Ste-Beuve powiedział: «W większości ludzi tkwi młodo zmarły poeta, którego ten człowiek przeżył», a Musset: «Wiedzcie, że w nas często odnaleźć można uśpionego poetę, zawsze młodego i żywego». Wydaje mi się, że przypadek stryja to ten pierwszy przypadek. Wiesz teraz, z kim masz do czynienia. Poproś go po prostu, żeby załatwił Twoje przeniesienie do nas lub też do Londynu. Dziękuję Ci za list, który otrzymałem dziś rano, i za wiersz Rückerta. Czy masz inne jego wiersze? Chciałbym bardzo je poznać. Jak będę miał okazję, przyślę Ci Biblię po francusku i Naśladowanie Chrystusa” (31, 15 lipca 1875).

Odczuwanie piękna przyrody już mu nie wystarcza, stara się dosięgnąć sfery czystej pobożności, choć wyczuwa, że między obydwoma uczuciami – podziwem wobec natury i czcią wobec Boga – istnieje ścisły związek. Zwraca się do brata: „Bądź zdrów, mój stary. I pamiętaj, że trzeba ze wszystkich sił starać się być wyrozumiałym i łagodnym” (30, 6 lipca 1875). Pisząc do Thea coraz wyraźniej zaklina siebie: „Oby nam było dane stać się ubogimi w królestwie bożym, sługami bożymi. Cel ten jeszcze nie został osiągnięty, prośmy więc Boga o dar prostoty, abyśmy się stali ludźmi prostymi i uczciwymi. [...] Podobnie dzieje się z odczuwaniem sztuki. Nie poświęcaj się temu bez reszty. [...] Powinieneś unikać przesady. Czy odżywiasz się dobrze? Powinieneś zwłaszcza jeść tyle chleba, na ile masz ochotę. Dobranoc, muszę jeszcze oczyścić sobie buty na jutro” (38, 17 września 1875).

Radzi bratu, aby wyrzucił książki Micheleta i Renana. Wtedy dopiero zazna spokoju. Ale, dodaje, nie powinien zapomnieć przesłania tych dzieł. Ostrzega też przed wierszami. „Widzę, że Tobie także podobają się poezje Heinego i Uhlanda. Trzeba jednak uważać, mój chłopcze, to niebezpieczna lektura; iluzje nie trwają długo, nie należy ulegać im zbyt pochopnie. Czy wyrzuciłeś już książki, o których Ci pisałem w poprzednich listach? Książki Heinego i Uhlanda wpadną Ci jeszcze kiedyś w rękę, a wtedy będziesz je czytał w innym nastroju i ze spokojniejszym sercem” (49, 13 grudnia 1875).

Vincent zaprzyjaźnił się z zatrudnionym w tym samym sklepie i mieszkającym w tym samym domu Anglikiem młodszym od niego, jeszcze bardziej niezaradnym. Pokazuje mu ulubione obrazy w Galerii Luksemburskiej, czytają głośno Biblię. Z listów można wyczuć, że praca interesuje Vincenta coraz mniej. Jego przełożeni też byli tego zdania. Wypowiedziano mu pracę. Przyjmuje posadę w szkole niedaleko Londynu, z groszową pensją. Uczniowie się z niego naśmiewają. Jest umęczony lekcjami. Czasem przyroda przynosi mu chwile spokoju. Myśli wówczas o domu. Na krótko powracają dawne zainteresowania sztuką. „Czy pisałem Ci już o burzy, jaka szalała ostatnio na naszym wybrzeżu? Morze, zwłaszcza blisko brzegu, miało żółtawy kolor, na horyzoncie widać było wąski pasek światła, a nad nim wisiały wielkie ciemnoszare chmury, z których padał deszcz ukośnymi smugami. Wiatr porywał kurz z białej ścieżki na nadbrzeżnych skałach i targał głogami i powojem, które kwitną na skałach. Z prawej strony mieliśmy pola wschodzącego zboża; przed nami w dali rozciągało się miasto ze swymi wieżami, młynami, łupkowymi dachami i domami w stylu gotyckim, a poniżej port zamknięty dwoma wrzynającymi się w morze falochronami. Wyglądało to jak miasta na akwafortach Albrechta Dürera. Ubiegłej niedzieli w nocy poszedłem znowu, żeby popatrzeć na morze; wszystko było ciemne, szare, ale na horyzoncie zaczynało już dnieć. Choć było jeszcze bardzo wcześnie, śpiewały skowronki w polu i słowiki w ogrodach nad morzem. W oddali migotały światła latarni morskiej i straży nadbrzeżnej” (67, Ramsgate, 31 maja 1876). Na kartce tego listu naszkicował dom i nadbrzeże. Rysunek nie zdradza cienia talentu. Długo jeszcze Vincent będzie umiał kreślić mistrzowskie krajobrazy, portrety, sceny rodzajowe tylko w słowach. I tylko w listach.

W szkole chłopcy zasypiają przy historiach, które im opowiada. „Pod koniec mojego opowiadania wszyscy już spali. Nic dziwnego, chłopcy byli zmęczeni całodzienną bieganiną na dziedzińcu, a trzeba i to wziąć pod uwagę, że mówienie po angielsku sprawia mi jeszcze pewną trudność i nie mam pojęcia, jak to brzmi w uszach Anglików. Ale w ten sposób nauczę się języka. Bóg na pewno przyjmie mnie takim, jakim jestem, z wszystkimi wadami i brakami, ale istnieje jeszcze bliższe zespolenie z Bogiem i mam nadzieję, że je osiągnę” (74, 26 sierpnia 1876). Jego marzenia spełniły się w tym sensie, że wkrótce został pomocnikiem kaznodziei na przedmieściu Londynu. Wreszcie wygłosił pierwsze kazanie: „Gdy wchodziłem na ambonę, czułem się jak ktoś, kto z ciemnej piwnicy ukrytej głęboko pod ziemią wychodzi na światło dzienne, i miałem przyjemne uczucie, że od tej pory, gdziekolwiek się znajdę, będę mógł głosić Ewangelię” (79, jesień 1876).

Rozumiano go słabo, nie tylko z powodu jego cudzoziemskiej angielszczyzny. Był wymęczony, wygłodzony. Tęsknił za rodziną. Gdy na Boże Narodzenie pojawił się w domu, rodzice przerazili się jego wyglądem i zachowaniem. Załatwiono mu posadę księgarza w Dordrechcie. Prowadził tam życie ascetyczne, z żarliwością czytywał Księgi Święte. Pracą subiekta księgarskiego interesował się mało. Miał za zadanie pokazywać książki i ewentualnie dostarczać je do domów. Zajmował się jednak czymś innym. Znajdowano go nad zeszytem: przepisywał fragmenty z Pisma Świętego po holendersku i przekładał na francuski, angielski, niemiecki. Jego pracodawca denerwował się widząc, że Vincent ślęczy nad tłumaczeniami bądź też na kawałkach papieru rysuje drzewa, krzaki, gałęzie, konary. Gdy po latach sława van Gogha dotarła i do Dordrechtu, przeszukano jego biurko. Nie znaleziono żadnych rysunków.

W Dordrechcie zajmował pokój razem z P.C. Görlitzem, który zaprzyjaźnił się z nim i opisał potem Vincenta. „Miał brzydką twarz, nieregularne usta, cały w piegach, włosy rudawe. Jak wspomniałem, miał brzydką twarz, lecz gdy mówił o religii czy sztuce i stawał się podniecony, co bardzo szybko następowało, wówczas jego oczy roziskrzały się i jego rysy zapadały głęboko w pamięć; to już nie była zwykła twarz – stawała się piękna”. Był spokojny, lecz melancholijny. W księgarni nie czuł się dobrze. Pochłaniała go religia, nie sztuka, choć zainteresowań artystycznych nie stracił. Pisał do Thea: „Z całym przekonaniem i wiarą powziąłem ostateczną decyzję, której, jak sądzę, nigdy nie będę żałował: chcę stać się prawdziwym chrześcijaninem, prawdziwym sługą Chrystusa. Cała moja przeszłość powinna się przyczynić do osiągnięcia tego celu. Dziś, kiedy poznałem już duże miasta, jak Londyn i Paryż, poznałem życie w różnych środowiskach i pracę w szkołach w Ramsgate i Isleworth, najbardziej pociągają mnie niektóre księgi Biblii, np. Dzieje Apostolskie. Również poznanie życia i pokochanie dzieł wielkich ludzi, takich jak Jules Breton, Millet, Jacque, Rembrandt, Bosboom i wielu innych powinno stać się źródłem nowych myśli dla każdego z nas” (94, 30 kwietnia 1877).

Zgodnie z pragnieniami rozpoczął studia teologiczne w Amsterdamie. Musiał się więc podporządkować przyjętym konwencjom: warunkiem była znajomość greki i łaciny. Mieszkał w eleganckiej dzielnicy u zamożnego stryja, przygotowywał się do uniwersyteckich egzaminów. Cały ten świat obcy był jego ewangelicznym marzeniom i samotniczemu temperamentowi. Zaprzyjaźnił się z Mendesem da Costa, korepetytorem języków klasycznych, który po latach spisał swoje wspomnienia: „Greckie czasowniki wkrótce okazały się czymś ponad jego wytrzymałość. Próbowałem różnych metod, wymyślałem sposoby, aby ten przedmiot uczynić mu mniej przykrym, nadaremnie. «Mendes – mówił (byliśmy po imieniu) – Mendes, czy rzeczywiście uważasz, że te okropieństwa są niezbędne dla kogoś, kto chce tego, czego ja chcę: nieść biedakom pocieszenie w ich ziemskiej egzystencji?». A ja, który jako jego nauczyciel nie mogłem się z tym zgadzać, lecz w głębi duszy uważałem, że ma całkowitą słuszność, broniłem się tak zawzięcie, jak tylko mogłem – nadaremnie. «Pilgrim’s Progress Johna Bunyana jest mi dużo bardziej przydatny, także Tomasz a Kempis i Biblia w tłumaczeniu; więcej mi nie trzeba». Nie wiem, ile razy mi to mówił ani ile razy chodziłem do wielebnego Strickera poruszyć tę sprawę. Wciąż powtarzano, że Vincent powinien jeszcze raz podjąć próbę”.

Jako karę za brak postępów w znienawidzonych językach martwych zadawał sobie samoudręczenia. Sypiał na dworze. Chodził zimą bez palta. Biczował się. Nadaremnie. Postawy nie zmienił. Czuł się coraz bardziej samotny, a jednocześnie potrzebował kontaktu z ludźmi. Chciał być użyteczny. Chciał być zaakceptowany przez rodzinę takim, jakim był. Jakim? Dawał zmienne odpowiedzi, ale można wyśledzić stałe wątki. Sam je odkrywa. Jednym z nich jest Michelet. Znów powrócił do książek, które kiedyś radził wyrzucić; zwierza się bratu ze swych rozterek. Innym wątkiem są sztuki plastyczne, bliskie obrazy. Jeszcze innym – potrzeba domowego ogniska. W Amsterdamie odwiedził go ojciec. Vincent cieszył się z tej wizyty jak dziecko. Napisał do Thea: „Możesz sobie wyobrazić, jak szybko te dni przeminęły. Odprowadziwszy ojca na dworzec, czekałem, aż pociąg zniknie mi z oczu, tak żeby nawet dymu nie było widać. Potem powróciłem do mego pokoju, gdzie krzesło ojca stało jeszcze przed stolikiem z książkami i papierami, tak jak je zostawiliśmy dnia poprzedniego, i choć wiem, że mamy się niedługo znowu zobaczyć, płakałem jak dziecko” (118, 10 lutego 1878). Motyw pustego krzesła jako znaku dotkliwej nieobecności wróci w życiu Vincenta; po dziesięciu latach, u progu katastrofy, namaluje dwa puste krzesła: dramatycznie rozświetlone Gauguina z książkami i świecą i swoje własne, klasycznie wstrzemięźliwe; te obrazy stanowią niezwykły wizerunek samotności – i chyba najpełniejszy z jego autoportretów.

Doświadczenie amsterdamskie zakończyło się klęską. Coraz trudniej było mu nawiązać kontakt z ludźmi. Rodzice ubolewali, że utracił radość życia. Podobnie niepowodzeniem zakończyły się próby ukończenia szkoły katechetycznej w Brukseli. Nadal jednak chciał nieść pocieszenie najbiedniejszym. Instytucjonalne formy Kościoła były mu coraz bardziej obce. Wreszcie pozwolono mu objąć stanowisko misjonarza w górniczym regionie Borinage, w południowej Belgii przy granicy francuskiej. Tu znów dały znać o sobie trudności w porozumieniu się z innymi – i rozpaczliwe pragnienie tego porozumienia. Vincent zrazu odbijał od otoczenia ubraniem, językiem, zachowaniem. Wokoło była przeraźliwa nędza. To, co w jego stroju raziło w Amsterdamie zaniedbaniem, tutaj zwracało uwagę miejską obcością. Te bariery Vincent pokonał szybko. Rozdał resztki ubrania. Zajmowane skromne mieszkanie uznał za zbyt wygodne, przeniósł się do baraku, sypiał na słomie. Niósł pomoc nędzarzom. Był przez nich traktowany jak ktoś niezwykły, ale inny, nie z ich środowiska. Żarliwe miłosierdzie obudziło niepokój kościelnych przełożonych. Został zwolniony z posady.

Stosunki między braćmi uległy chwilowemu rozluźnieniu, ale Theo przyjechał wspomóc Vincenta, który odpowiedział charakterystyczną dla niego mieszaniną serdeczności i gniewu. „W czasie Twego pobytu, gdy spacerowaliśmy razem, miałem znów to uczucie, które dawniej miewałem częściej niż teraz: że życie jest dobrym i kosztownym darem, który powinniśmy umieć cenić. Dawno już nie czułem się tak ożywiony i radosny. Stopniowo życie zaczynało dla mnie tracić wartość i urok, stawało się obojętne, tak mi się przynajmniej zdawało. [...] Jak każdy człowiek potrzebuję przyjaźni ludzkiej, życzliwości, zaufania. Nie jestem studnią uliczną czy latarnią z kamienia lub żelaza, żeby obywać się bez tego, co jest potrzebne każdemu normalnemu i kulturalnemu człowiekowi, i żyć z uczuciem pustki i braku. Piszę o tym wszystkim, abyś zrozumiał, jakim dobrodziejstwem były dla mnie twoje odwiedziny. Chciałbym, żebyśmy nigdy nie stali się sobie obcy i tego samego pragnę w stosunku do wszystkich w domu”. Vincent z najwyższą niechęcią wspomina okres amsterdamski i rady, jakich mu wówczas udzielała rodzina. I odrzuca rady dawane obecnie: „Był to chyba najgorszy okres w moim życiu. W porównaniu z nim trudne i ciężkie dni, jakie przeżywam obecnie w tym biednym kraju i w niekulturalnym otoczeniu, wydają mi się znacznie przyjemniejsze i bardziej pociągające. Obawiam się, że wynik byłby i teraz równie żałosny, gdybym zastosował się do różnych mądrych rad, udzielanych mi także w najlepszej intencji. [...] Wolę umrzeć śmiercią naturalną niż żeby mnie do niej przygotowywała akademia. Od zwykłego robotnika dostawałem czasem lekcję bardziej pożyteczną niż lekcja greki” (132, 15 października 1879). Cały list przepojony jest uczuciem smutku i wewnętrznego niepokoju. Vincent nadal nie znajduje swojego miejsca. I wie o tym.

Pomocy szuka w lekturach: znowu Michelet, Wiktor Hugo, Dickens i odczytywany z zachwytem Szekspir. Ewangeliczne marzenia nie rozwiązały jego konfliktów. Nie odnalazł siebie. Ale szuka nadal. Odbywa długie wędrówki, śpi pod gołym niebem. Pewnego dnia wyruszył aż w okolice Calais, gdzie mieszkał podziwiany przez niego malarz Jules Breton. Zobaczył dostatni dom, atelier. Nie miał odwagi wejść. Był to okres wyjątkowo głębokiego kryzysu. Opisał te przeżycia potem w liście do Thea z września 1880 roku, ale tymczasem panowało między nimi milczenie. Następował czas wielkiej przemiany. Wiemy o niej tyle, ile sam odsłonił w korespondencji. Po długiej przerwie odezwał się do brata ogromnym listem, po raz pierwszy pisanym całkowicie po francusku (133, lipiec 1880). To zasadniczy dokument dla zrozumienia duchowego życia Vincenta. Oświetla wiele, ale wiele też pozostawia bez komentarzy. Czy zmiana języka jest dowodem zmiany osobowości? Tak i nie, zdaje się odpowiadać van Gogh. Ten list nawet jak na niego zadziwia samoświadomością – i zrozumieniem jej granic. Do napisania go Vincent sprowokowany został wiadomością z domu, że brat posłał mu 50 franków. W rzeczywistości Theo dyskretnie pomagał mu już wcześniej.

Vincent wyjaśnia własną postawę. Ta spowiedź człowieka zranionego, który odsuwa się na ubocze, aby odnaleźć siebie, stanowi jakby osobistą przepojoną życiowym doświadczeniem wersję wiersza, który Goethe stworzył z olimpijską bezlitosną obiektywnością: Błoga tęsknota – kto nie doświadczył udręki przemiany, kto nie doznał na sobie procesu zamierania i odradzania się, kto nie ma w sobie tego „zgiń i stań się!”, ten pozostanie jedynie gościem na mrocznej ziemi. Van Gogh na pewno nie był biernym obserwatorem, smętnym gościem w świecie żywych. Był namiętny. Wierny sobie i wymagający od siebie wiele. Gotów był przyznać się do błędów. Poszukiwał siebie, własnego świata, własnego języka, w którym mógłby ten świat wyrażać. Języki oficjalne – Akademii, Kościoła – nie wystarczały mu, wydawały się zbyt sztywne, zbyt wąskie, dla niego przynajmniej. Ale nie odrzucał przeszłości. Starał się odczytać ją na nowo. Ożywić dla siebie i dla innych. Może dlatego List o Wielkiej Przemianie napisał po francusku? Nie wiedział jeszcze, „gdzie stoi”, wiedział dobrze, że „nie może stać gdzie indziej”. Mówił o sobie, nie miał żadnych ambicji wypowiadania się za innych, ale domagał się uszanowania swojej postawy. Gdzieś w tym momencie narodził się artysta. Wszelkie bliższe domysły pozostaną spekulacjami.

„Wbrew mojej woli stałem się w rodzinie osobistością nie do zniesienia i podejrzaną, kimś, do kogo nie ma się zaufania, na co więc mogłem się tam przydać? Dlatego jestem przekonany, że postąpiłem właściwie i rozsądnie odjeżdżając i trzymając się w pewnej odległości, jakby mnie wcale nie było. Przeciwności albo nieszczęście są dla istot ludzkich tym, czym zmiana upierzenia dla ptaków. Człowiek może po tym pozostać nie zmieniony albo zmienić się tak dalece, że będzie jak odrodzony; w każdym razie nie zmienia się upierzenia na oczach publiczności, bo to mało zabawny widok: dlatego należy uciec. [...] Jestem człowiekiem namiętnym, zdolnym do czynów bezsensownych, których muszę mniej lub bardziej żałować. Często wypowiadam się i działam zbyt szybko, gdy lepiej by było poczekać cierpliwie. Przypuszczam, że inni ludzie mogą niekiedy także popełniać te nieostrożności. [...] A zatem, skoro tak jest, czy mam się uważać za człowieka niebezpiecznego i niezdolnego do czegokolwiek? Myślę, że nie. Chodzi tylko o to, żeby znaleźć w tych namiętnościach to, co w nich najlepsze. Na przykład moja wielka namiętność do książek: mam ciągłą potrzebę kształcenia się, studiowania, jeśli wolisz, i trzeba mi tego jak chleba. Ty potrafisz to zrozumieć. Kiedy byłem w innym otoczeniu, wśród obrazów dzieł sztuki, pokochałem gwałtownie to otoczenie, dochodząc w tym, jak wiesz, do entuzjazmu. Nie czuję z tego powodu skruchy, i dziś jeszcze,  b ę d ą c  d a l e k o,  c z u j ę  t ę s k n o t ę  z a  k r a j e m  o b r a z ó w”.

List z lipca 1880 roku to właściwie pierwsze studium o van Goghu – i dotąd nieprześcignione. Celne w analizach, powstrzymujące się od dogmatycznych uogólnień. Vincent mówi o swojej przeszłości, ale nam rzuca światło na swoje przyszłe dokonania – pisarskie, malarskie, ludzkie. Tłumaczy dawne wybory, entuzjazmy, klęski, a my czytamy w tych słowach, zarazem brutalnych i subtelnych, analizę jego przyszłej katastrofy i przyszłych triumfów. „Pamiętasz może, że wiedziałem (a może wiem jeszcze), co to jest Rembrandt, Millet, Jules Dupré, Delacroix, Millais, M. Maris. Dziś jestem w innym otoczeniu, ale jest we mnie coś, co nazywa się duszą, co podobno nigdy nie umiera, żyje wiecznie i szuka – zawsze, zawsze. Zamiast więc oddać się tęsknocie, wybrałem melancholię aktywną – o tyle, o ile jestem w ogóle aktywny – inaczej mówiąc wolałem melancholię, która jest pełna nadziei, która do czegoś dąży i szuka, od melancholii ponurej, zastygłej, zrozpaczonej. Zacząłem więc studiować książki, które znajdowały się w moim zasięgu – Biblię, Révolution française Micheleta, a potem, ostatniej zimy, Szekspira, trochę Wiktora Hugo i Dickensa, Beecher-Stove, ostatnio Ajschylosa i wielu innych, mniej klasycznych, wielkich małych mistrzów. Jak wiesz, do małych (?) mistrzów zalicza się artystów takich, jak Fabritius i Bida. Otóż ktoś, kto jest pochłonięty tym wszystkim, wydaje się innym szokujący, shocking; i nie chcąc tego grzeszy przeciw pewnym formom, obyczajom, konwenansom społecznym”.

Vincent odpowiada na zarzuty, że się zmienił – i mniejsza o to, czy są to zarzuty Thea, czy jego własne. „Byłoby więc nieporozumieniem, gdybyś trwał w przekonaniu, że teraz mniej na przykład obchodzi mnie Rembrandt, Millet, Delacroix czy cokolwiek innego, jest bowiem przeciwnie; rzecz w tym, że w wiele rzeczy trzeba wierzyć i wiele kochać. [...] Jeżeli możesz więc przebaczyć mi zgłębianie obrazów, musisz się też zgodzić, że miłość do książek jest tak samo święta, jak miłość do Rembrandta, i myślę nawet, że oba uczucia się uzupełniają. [...] Mój Boże, jak piękny jest Szekspir! Któż jest równie tajemniczy? Jego słowo i sposób, w jaki pisze, są jak pędzel drżący z żaru i wzruszenia. Ale trzeba nauczyć się czytać, tak samo jak trzeba nauczyć się widzieć i nauczyć się żyć. Nie powinieneś więc myśleć, że wyrzekam się tej rzeczy albo innej, jestem wierny w swojej niewierności i choć zmieniłem się, jestem ten sam i kłopoczę się tylko o jedno: w czym mógłbym być użyteczny, jak mógłbym przydać się na coś, jak mógłbym zgłębić ten czy inny temat?”.

Tę uderzająco trafną formułę – wierny w niewierności; choć zmieniony, ten sam – stosuje do siebie dawnego i obecnego. Nie wie, kim jest. Próbuje zrozumieć, kim był – i z tego wyprowadzić drogi ku przyszłości. „Kto był przez krótki czas na bezpłatnych kursach wielkiego uniwersytetu nędzy, kto zwracał uwagę na wszystko, co widział i słyszał, kto się nad tym zastanawiał, ten także uwierzy i pozna więcej, niż potrafi powiedzieć. Jeżeli będziecie się starali zrozumieć to, co w swych arcydziełach mówią wielcy artyści, poważni mistrzowie, to odnajdziecie w tym Boga. Jeden mówi to w książce, drugi w obrazie”.

Odwraca się ku przeszłości, chce odgadnąć przyszłość (a my ją widzimy). Ma lat dwadzieścia siedem. Za sobą różne klęski. Z punktu widzenia społecznego jest człowiekiem skończonym. Ma w sobie jednak otwartość, „tęsknotę za krajem obrazów” i wiarę, i pragnienie miłości. Wie o tym; to jest jego siła i słabość. „Dlatego czuję melancholię i pustkę, którą powinna by zapełnić przyjaźń, wzniosłe i poważne uczucia. I wówczas straszne zniechęcenie zabija wszelką energię, jakaś fatalność zda się kłaść tamę naturalnym uczuciom i zalewa mnie niesmak. Mówię sobie: «Mój Boże, jak długo jeszcze?». Cóż, czy to, co dzieje się wewnątrz, widać na zewnątrz? Ktoś ma wielki płomień w duszy, ale nikt nie przychodzi się przy nim ogrzać – przechodnie widzą tylko nikły dym unoszący się z komina i idą dalej swoją drogą. Co zatem robić? Podtrzymywać ten ogień w sobie i czekać cierpliwie – ale z jakąż niecierpliwością – aż nadejdzie godzina, gdy ktoś zechce przyjść, usiąść przy tym ogniu i pozostać? Niech ten, kto wierzy w Boga, czeka na chwilę, która nadejdzie prędzej czy później”.