Evermore - Sara Holland - ebook

Evermore ebook

Sara Holland

3,9

Opis

Drugi, po Everless, i ostatni tom cyklu.

Tajemnicę krwawego żelaza i zawartego w nim czasu odkryła legendarna para – Czarodziejka i Alchemik. W dzieciństwie uczono Jules Ember, że występny Alchemik ukradł serce dobrej Czarodziejki, skazując jej lud na życie o takiej długości, ile warta była krew każdego z osobna. Podczas gdy bogaci prosperują w kwitnącym stanie przez kilka stuleci, biedacy przy odrobinie szczęścia mogą przeżyć kilka, może kilkadziesiąt lat.

Ale Jules poznała wreszcie prawdę: Alchemikiem jest ona sama, a Caro – kobieta, która własnoręcznie, z zimną krwią zamordowała Królową i pierwszą miłość Jules, Roana – to Czarodziejka.

Teraz Caro nie cofnie się przed niczym, by zniszczyć Jules i odzyskać swoje serce. Jules, zmuszona do ucieczki z Everless, musi zagłębić się w opowieści, które uważała dawniej za legendy, a które okazały się doniesieniami z jej dawnej, niebezpiecznej przeszłości. Ponieważ tylko składając w całość fragmenty swojego pierwszego życia, będzie w stanie ocalić chłopaka, w którym się zakochała – i skończyć z Czarodziejką raz na zawsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (68 ocen)
23
21
15
9
0
Sortuj według:
Avila93

Z braku laku…

Ta część nieco gorsza od pierwszego tomu, jakby autorce zabrakło pomyslu na pociągnięcie tej historii.
00
Aleksandra_345

Całkiem niezła

Znacznie lepsza od pierwszej części, chociaż w dalszym ciągu chaotyczna. Niestety, moim odczuciu Jules zasługuje na miano jednej z bardziej irytujących bohaterek- przez 3/4 książki jej postać nie wyciąga żadnych wniosków i nie rozwija się. Cała historia jest napisana jakoś bez ładu i składu, nieco po łebkach, jakby autorka miała dobry pomysł, ale nie do końca wiedziała, jak to wszystko rozegrać i ubrać w słowa. Niemniej - ten tom wciąga (w przeciwieństwie do poprzedniego), książkę, szybko się czyta i jest tu zdecydowanie więcej akcji niż w pierwszej części.
00

Popularność




SARA HOLLAND

EVERMORE

Tłumaczenie Ewa Bobocińska

Tytuł oryginału: Evermore

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © Copyright © 2019 by Glasstown Entertainment, LLC.

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-885-1

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Mojemu rodzeństwu: Rachel, Benowi i Hannah – jestem bardzo ciekawa, dokąd zaprowadzi was droga.

Czarodziejka zobaczyła srebrzysty cień unoszący się z martwego ciała Alchemika; płynął ponad ziemią zbyt szybko, by można go było dogonić. W srebrze pulsowało coś ciemnoczerwonego. Czarodziejka zbyt późno zrozumiała, że Alchemik naprawdę ją oszukał i że ukradł jej serce.

– z Klasycznych Opowieści Sempery, Mitu o Alchemiku i Czarodziejce

A jeśli Alchemik nie umarł tak naprawdę – jeśli znalazł sposób, by żyć?

– z osobistego notatnika Liama Gerlinga

CZARODZIEJKA

Dzisiejszego wieczora przerobię krew Alchemika – krew Jules Ember – na broń.

Stoję w pomieszczeniu położonym głęboko pod salami balowymi i balkonami Shorehaven. Naprzeciw mnie kuli się lichwiarz czasu, zlany potem, miesza proszki przy swoim warsztacie. To ostatni z długiej linii lichwiarzy czasu, którym zleciłam wywabienie Alchemika z kryjówki. Jak dotąd wszyscy okazali się niekompetentni; i wszyscy z tego powodu umarli. Ale coś mi mówi, że dzisiaj będzie inaczej.

Powietrze wręcz szczypie, naładowane niebezpieczeństwem. Pełne obietnic.

Ludność Sempery jest taka pozbawiona kreatywności względem tego swojego bezcennego czasu, krwawego żelaza. Jedni chłepczą go bez opamiętania jak prymitywne bestie, inni marnotrawią go na to, by kwitły kwiaty, a jeszcze inni podsycają nim ogień, by było im ciepło w zimie.

A przecież krwawe żelazo mogłoby spalić świat.

Lichwiarz czasu wlewa fiolkę krwi Jules Ember do niewielkiego kociołka i pokój zalewa nagle światło – jakbyśmy nie byli głęboko pod ziemią, jakby nagle, w jednej chwili wstał dzień. Najpierw otaczają mnie kłęby popiołu i sadzy, a potem potężne bum zwala nas oboje z nóg. Na moment wylatujemy w powietrze. Przechodzi mi przez myśl, że świat to mocno napięta skóra na takim bębnie bojowym, jaki pamiętam sprzed wieków, i ktoś właśnie spuścił na nią pałeczkę.

Moja krew rozśpiewała się triumfalnie, chociaż uderzam plecami o ziemię. Pod powiekami wybucha mi wizja: krajobraz w ogniu, zarysy trawionego pożarem miasteczka o godnej politowania nazwie: Crofton.

Śmieję się do siebie, chwiejnie wstając z podłogi. Lichwiarz czasu leży twarzą do dołu, znokautowany wybuchem, i łapie powietrze jak ryba.

– A więc to ty jesteś… – mamrocze. Moje prawdziwe imię, Czarodziejka, zamiera mu na ustach.

Nieważne. W kociołku z brązu, który emanuje własnym, słabym światłem, znajduje się ruchliwy, roziskrzony płyn. Bezbarwny i wielobarwny równocześnie, to magia, na którą trudno patrzeć ludzkimi oczami. Człowiek, umierający teraz u moich stóp, stworzył ją z najczystszych brylantów Sempery i roku – tylko jednego roku – krwawego żelaza, jakie słodka Jules Ember pozostawiła w Everless.

Podnoszę niewielki kociołek do ust i piję czas Alchemika. Tylko troszeczkę.

Mam co do reszty inne plany.

Ból dławi mnie w gardle.

Oddycham, żyję, przytrzymuję się brzegu stołu, moje osłabłe ciało dygocze. Czekam, aż czas przeszyje mnie tysiącami sztyletów, jak tamtego wieczora w Everless, kiedy w końcu zrozumiałam, kim tak naprawdę była Jules Ember. Czekam, aż jej czas wyrwie się ze mnie, walcząc zaciekle jak żywa istota.

Ale tak się nie dzieje. Natomiast wstępuje we mnie moc.

Energia krąży po pomieszczeniu. Naładowana magią w każdej cząsteczce, czeka tylko, aż zostanie spuszczona ze smyczy i rozbiegnie się swobodnie po świecie, warcząc jak wataha dzikich psów.

Wlewam kilka kropli płynu do butelki, ciemnozielonej, żeby ukryć brylantową zawartość.

Na powierzchni wręczam butelkę chłopakowi z Everless, Ivanowi Tenburnowi. On się mnie teraz boi; bierze butelkę tak, jakby spodziewał się, że może go ugryźć. I dobrze. Zależy mi na tym, żeby był ostrożny. Nasze dzieło powinno dotrzeć do Crofton nietknięte.

A kiedy tam się znajdzie, odda w moje ręce Alchemika.

– Zrób mi pożar – szepczę Ivanowi do ucha.

DO OBYWATELI SEMPERY

WEZWANIE do pojmania Jules Ember z Crofton, morderczyni Pierwszej Królowej, Wybawicielki Sempery, Pani Stuleci; oraz lorda Roana Gerlinga, ukochanego syna lorda Nicholasa Gerlinga i lady Verissy Gerling, oddanego brata lorda Liama Gerlinga.

Nagroda w wysokości pięciuset lat krwawego żelaza za ujęcie morderczyni żywcem i oddanie jej w ręce żołnierzy królowej Iny Gold.

1

Po przebudzeniu mam ręce całe we krwi.

To tylko złudzenie, sztuczka księżycowej poświaty i ruchomych cieni. Ale i tak gorączkowo wycieram ręce o wilgotny płaszcz, jakbym tym prostym sposobem mogła zetrzeć czerwień plamiącą moją pamięć.

Siedzę w narożniku szopy należącej do mojej przyjaciółki Ammy, zaraz za murami Crofton, i szczękam zębami bardziej ze strachu niż z zimna, a trzy kurczaki jej ciotki gdaczą na mnie cichutko ze swojej zagrody. Wiosenny deszcz stuka o dach. Kiedy jako mała dziewczynka, spoczywałam w ramionach taty, taki deszcz działał na mnie jak kołysanka – śpiewał o nowym życiu, o kiełkującym zbożu, które wkrótce miało być zebrane i zmielone, a potem miał być upieczony z niego chleb na gorącym palenisku. Deszcz kołysał mnie do snu, taki miękki i prawdziwy jak głos ukochanej osoby.

Teraz deszcz brzmi jak cichy werbel, przybierający na sile wraz z każdym uderzeniem wiatru. To dźwięk nadciągającego przeznaczenia.

Kiedy wyszłam z lasu, ujrzałam panoramę Crofton – nierówną linię dachów na tle nieba, którą dawniej widywałam tyle razy.

Do naszej chaty jest stąd dziesięć minut ścieżką, myślę, a potem przypominam sobie z żalem, że ta chata nie należy już do mnie i taty. Oddałabym wszystkie splendory i luksusy Everless za jeden wieczór spędzony z nim przy kominku. Ale nawet Everless jest dla mnie stracone – mój pierwszy prawdziwy dom, teraz zakazany dla mnie na zawsze.

Nie zamierzałam nigdzie się zatrzymywać po ucieczce z Everless, ale kiedy spostrzegłam znajomy szałas na świeżo zaoranym polu, nie mogłam się powstrzymać. Stopy niosły mnie same, jakby kierowane swoją własną wolą. Zaszywając się w znajomą ciemność, czułam się tak, jakbym jakimś sposobem mogła odwrócić bieg czasu, cofnąć go o całe tygodnie i miesiące, sprawić, by odstało się to, co się stało.

Pożegnam się z Ammą, jeśli dopisze mi szczęście.

To było wiele godzin temu, w środku nocy. Dookoła było pełno żołnierzy, którzy mnie szukali. Jules Ember, morderczyni królowej. Słyszałam, jak niezdarnie potykają się o leśne poszycie i łamią gałązki, dzięki czemu zyskiwałam czas na ukrycie się w jaskini albo na drzewie. Teraz jestem tutaj; teraz jestem bezpieczna…

Jakiś trzask na zewnątrz. Na tyle głośny, że słyszę go pomimo szumu deszczu i dalekich grzmotów nadciągającej burzy.

Przykładam oko do szpary w starych deskach, z których zbudowana jest ściana, o którą się opieram, pełna obaw, że jakiś żołnierz albo wędrowny krwawca odkrył moją kryjówkę. Nie wiem, co byłoby gorsze. Krwawca włóczący się po lasach najprawdopodobniej poderżnąłby mi gardło i wypił wszystkie moje lata, nie patrząc mi w twarz. Natomiast żołnierz zakułby mnie w kajdany i zawiózł do pałacu w karetce więziennej. Okazuje się, że to żaden z nich. Przez szparę widzę jedynie kołyszące się na wietrze drzewa. Ich gałęzie przypominają wiotkie, upiorne ramiona, które zdają się wskazywać na mnie i szeptać:

Morderca! Alchemik!

Przełykam ślinę. Mogłabym przysiąc, że światło błyskawicy wydobywa na chwilę z ciemności twarz dziewczynki, która w dzieciństwie prześladowała mnie w koszmarnych snach. Blade, zwierzęce oczy, ukryte pod maską dobroci. Włosy ciemne jak nocne niebo. Białe zęby odsłonięte w uśmiechu.

Kiedy byłam mała, tata mówił, że sny nigdy mnie nie skrzywdzą – kłamał. Dwa tygodnie temu ta dziewczynka wyrwała się z moich koszmarnych snów i wkroczyła w świat realny.

Caro. Czarodziejka. Mój odwieczny wróg.

Wciągam głęboko powietrze. Zamykam oczy i wsłuchuję się w monotonne bębnienie deszczu o dach, próbując uspokoić przyspieszony oddech. Obejmuję ramionami kolana i przyciągam je do piersi, pozwalam, by dźwięk bębniącego deszczu wypełnił otaczającą mnie ciemność – ale to nie wystarcza, żeby rozluźnić supeł niepokoju gromadzącego się w mojej piersi. W lasach byłam w stanie ignorować strach. Odsuwać go na bok i całą uwagę koncentrować na bieżących zadaniach: iść, polować, kryć się. Dotrzeć do Ambergris, portowego miasta, w którym czeka statek, mający mnie wywieźć z terytorium Sempery, co zaaranżował Liam Gerling.

Ale teraz, skoro już tutaj jestem, jak mogłabym wyjechać bez pożegnania z Ammą?

Codziennie przychodzi tu o świcie, żeby pozbierać jajka na śniadanie dla siebie i swojej siostry Alii. Wkrótce mnie odkryje, nie muszę niczego robić, wystarczy czekać. Czekać, by się przekonać, czy przyjaciółka krzyknie na mój widok, czy pobiegnie po żołnierzy, którzy niewątpliwie patrolują Crofton co godzinę, we dnie i w nocy, w nadziei, że mnie dopadną.

I akurat w momencie, gdy o tym myślałam, usłyszałam skrzypienie otwieranych drzwi. Spodziewałam się tego, ale i tak moje ciało przeszywa strach, a głowa podrywa się do góry.

W progu rysuje się sylwetka Ammy, w kocu narzuconym na ramiona, z wiklinowym koszem w ręku. Wygląda dobrze, przez moment czuję radość na widok jej rumianych policzków. Dałam jej krwawe żelazo, które Liam Gerling przysłał mi incognito, kiedy mój tata zmarł pod murami Everless. Miałam nadzieję, że ciężka sakiewka z monetami pomoże jej stworzyć lepsze życie dla siebie i Alii.

Przyjaciółka przeciera dłonią zaspane oczy i wchodzi do środka – zauważa mnie i zamiera.

Chciałabym wstać, ale ja również zastygam w bezruchu. Patrzę na Ammę i staram się ułożyć jakoś słowa wirujące w mojej głowie, ale to ona odzywa się pierwsza.

– Jules? – Szept cichy jak tchnienie.

– Amma. – Mój głos brzmi chrapliwie, bo po całym tygodniu milczenia w lasach pomiędzy Crofton a siedzibą Gerlingów odwykłam od mówienia. Opieram rękę o ścianę i chwiejnie wstaję na nogi, ale nie robię kroku w jej stronę. Jeszcze nie. Dopóki nie upewnię się, że Amma nie ucieknie ode mnie z krzykiem.

Amma otwiera usta, potem zamyka je, zaszokowana. W końcu wydobywa się z nich szept.

– Proszę, powiedz, że tego nie zrobiłaś.

Nie musi wyjaśniać, o co jej chodzi. Informacje o moich zbrodniach dotarły do najodleglejszych zakątków Sempery. O tym, że będąc służącą w Everless, uwiodłam Roana Gerlinga, aby zyskać dostęp do sal recepcyjnych królowej. A potem poderżnęłam Roanowi gardło, a królowej wbiłam nóż w serce.

– Nie zrobiłam tego – mówię. Mój głos brzmi ochryple, błagalnie. – Nie zrobiłam tego, Ammo.

Amma stoi w drzwiach jak skamieniała, jej oczy, okrągłe i lśniące, wwiercają się w moje. Potem robi ostrożny krok w moją stronę i wchodzi w krąg światła wpadającego przez dziurę w dachu. Drży.

– To co się stało? Kto ich zabił?

– Dziewczyna o imieniu Caro – odpowiadam lekko drżącym głosem, choć wielokrotnie układałam sobie w głowie słowa, które miałam wypowiedzieć. Trudno mi się zmusić do wymówienia jej imienia, jakby to słowo było kamieniem, który uwiązł mi w gardle. Cała Sempera uważa mnie za morderczynię. Ale kiedy tak stoję, bezradna i drżąca, przed Ammą, uświadamiam sobie, jak bardzo potrzebuję, żeby ktoś mi uwierzył. Jak bardzo potrzebuję, żeby uwierzyła mi Amma.

Jeżeli przyjaciółka nie zobaczy we mnie tej samej Jules, którą zawsze znała – nie zobaczy mnie takiej, jaką jestem naprawdę – to chyba całkiem się rozsypię.

– Caro była podręczną królowej – kontynuuję, starając się mówić spokojnym tonem. – Zabiła królową i Roana i oskarżyła o to mnie. Teraz wszyscy wierzą, że jestem winna.

O mało nie powiedziałam: Wszyscy poza Liamem Gerlingiem, ale zdołałam się powstrzymać.

Amma mruga powiekami, a potem zamyka za sobą drzwi szopy. Moje serce gubi jedno uderzenie, kiedy migotliwe światło jej latarenki rzuca ruchome cienie na ściany szopy.

– Dlaczego? – pyta szeptem, pobladła. – Dlaczego podręczna królowej miałaby zabić Roana?

Nagle zaczynają mnie piec oczy, bardzo mocno.

– Nie wiem – kłamię, przełykając napływające mi do oczu łzy. – Podobno ma posłuch u lady Gold. Może Caro uznała, że zdobędzie większą władzę, mając Inę za królową.

Desperacko pragnę, aby to stwierdzenie – ta cząstka prawdy – okazało się wystarczające. Żeby zmarszczka pomiędzy brwiami Ammy wygładziła się, a napięcie z jej ramion ustąpiło. Ale zmarszczka i napięcie pozostają, więc zdaję sobie sprawę, jak głupie były moje nadzieje. W dzieciństwie Amma zawsze potrafiła rozpoznać, kiedy kłamię, choć moje kłamstwa dotyczyły wówczas najwyżej rozlanej zupy albo zniszczonej lalki.

– Mówi się, że jesteś czarownicą. Że tylko czarownica mogła zabić kogoś tak potężnego jak królowa Sempery. – Głos Ammy jest słabiutki.

Żołądek mi się wywraca na drugą stronę na myśl o powiedzeniu prawdy: że jestem starożytnym Alchemikiem, występnym Alchemikiem, który powrócił do życia. Mobilizuję się i biorę głęboki wdech.

– Czy pamiętasz historyjki, jakie ci kiedyś opowiadałam? O lisach i wężach?

Coś zamigotało w oczach Ammy.

– Chyba tak.

Sięgam do torby, głównie żeby zyskać na czasie. Amma wzdraga się lekko i śledzi każdy mój ruch. Czuję lekkie ukłucie bólu.

Powoli, spokojnym ruchem wyjmuję oprawiony w skórę brulion, który ukradłam ze skarbca w Everless. Książeczkę, którą pamiętam z dzieciństwa, a którą pozostawiliśmy w posiadłości Gerlingów, kiedy musieliśmy z tatą uciekać. Książeczka pełna była opowieści i rysunków, które początkowo uważałam za gryzmoły małej dziewczynki. Dopóki tata nie umarł, próbując ją odzyskać, aby zabezpieczyć informację – zabezpieczyć mnie – przed Czarodziejką, moim najdawniejszym wrogiem. Zdaje się rozgrzewać teraz moje dłonie, wypełniona po brzegi sekretną wiedzą – i czymś jeszcze, więzią z zamkiem, w którego murach zachowało się tak wiele moich wspomnień.

Miałeś rację, tato. Byłam w niebezpieczeństwie, myślę ze smutkiem, trzymając książkę pomiędzy sobą a Ammą. Tata myślał, że to królowa stanowi zagrożenie. Tymczasem prawdziwa Czarodziejka czekała w ukryciu, przez cały czas mnie obserwując. Zaprzyjaźniłam się z nią w przekonaniu, że to służąca, taka jak ja. I ujawniłam jej swój sekret, zanim sama go poznałam.

Lis i wąż. Czarodziejka i Alchemik.

Amma unosi latarnię, żeby zobaczyć książkę, i zaciska usta. Ale robi ostrożny krok naprzód i jedną ręką otwiera brulion, a drugą przysuwa latarenkę.

– Twoje opowiastki – mruczy, przewracając kilka stron. A potem podnosi oczy i spogląda na mnie. Troska i podejrzliwość walczą o lepsze na tej tak dobrze mi znanej twarzy. – Spisałaś je? Co to jest, Jules?

– To nie są zwyczajne opowiastki. To klucz. Klucz do tego, o czym zapomniałam. – Język mi się plącze ze zdenerwowania. – Wąż… tak nazywałam siebie. A lis to Caro.

– Dziewczyna, która zabiła królową. – Amma wbija we mnie gniewny wzrok.

– Byłyśmy przyjaciółkami, dawno temu, zanim jeszcze cię poznałam. A przynajmniej sądziłam, że jesteśmy przyjaciółkami.

– To znaczy wtedy, kiedy mieszkaliście z tatą w Everless? – Coś błysnęło w oczach Ammy: spojrzenie małej dziewczynki, która błagała mnie o każdy najdrobniejszy szczegół, jaki zapamiętałam z posiadłości Gerlingów, i chłonęła bajki o damach i lordach.

– Tak jakby. – Cała drżę. – Ammo, kiedy wróciłam do Everless, dowiedziałam się czegoś o sobie. To zabrzmi, jakbym była wariatką, ale proszę, po prostu mnie wysłuchaj. Potem odejdę. Jeśli będziesz chciała. – Ale, proszę, pozwól mi zostać, dodaję w duchu. Tyle straciłam w ostatnich tygodniach… tatę, dom, przyjaciół, nawet Everless, miejsce znienawidzone i ukochane jednocześnie. Nie mogę stracić jeszcze Ammy.

Przez myśl przemyka mi znowu Liam Gerling i całkowita pewność w jego oczach, kiedy stał na otwartym polu i mówił mi, że jestem Alchemikiem. Szkoda, że nie ma go przy mnie, choćby po to, aby przekonać Ammę, że nie zwariowałam. Jeszcze nie.

– Wierzysz w Czarodziejkę? – pytam.

– Oczywiście – odpowiada Amma bez wahania. Pamiętam drewnianą statuetkę dziewczyny, którą trzyma w oknie i wyrzeźbione nad drzwiami liście oraz jagody lodowego ostrokrzewu, znak Czarodziejki. Takie same motywy zdobią wszystkie kapliczki rozsiane po całej Semperze. Dla Ammy, dla wszystkich, Czarodziejka to dobrotliwa istota, a Alchemik to złowrogi złodziej, który ukradł jej serce. Gniew ściska mnie za gardło. Caro miała całe stulecia na szlifowanie swojej historii, podczas gdy Alchemik – czyli ja – muszę zaczynać wciąż od nowa w każdym kolejnym wcieleniu, w całkowitej ignorancji tego, co działo się wcześniej.

– Czarodziejka istnieje naprawdę – mówię. Zamykam oczy, żeby nie widzieć reakcji Ammy na moje następne słowa. – Spotkałam ją.

Amma zachłystuje się powietrzem.

– Jak to możliwe? – Jej głos jest pełen zachwytu, uwielbienia. I nigdy nie widziałam, by tak szeroko otworzyła oczy.

– Caro… Caro jest Czarodziejką. – Te słowa, wypowiedziane głośno, brzmią dziwnie. – Zakamuflowała się jako służąca królowej, żeby być blisko władzy, nie rzucając się w oczy. Nie ma takiej mocy, jaką dysponowała kiedyś, więc musiała się ukryć pod płaszczykiem podręcznej.

Wzdragam się na wspomnienie słów, jakie wykrzyczała do mnie tuż przed zamordowaniem Roana Gerlinga na moich oczach. Chcę być znów nieśmiertelna… Nie chcę obawiać się starości ani śmierci, nie chcę dłużej chłeptać krwi wieśniaków jak jakiś przeklęty wilk. Liam powiedział, że kiedy ukradłam serce Caro, pozbawiłam ją nieśmiertelności, rozdarłam ją na dwanaście części – dwanaście żywotów. A jednak Czarodziejka żyje. Nawet bez serca jest potężniejsza niż ktokolwiek, kto chodzi po tej ziemi. Potężniejsza ode mnie, chociaż nie rozumiem jak i dlaczego.

– Jules… – Amma spogląda na mnie niepewnie, z przechyloną na bok głową, jakby to była jedna z zagadek, jakie zadawałyśmy sobie w dzieciństwie. – Nie rozumiem. – Jeden z kurczaków wydaje ciche, pytające kukuryku. – Skąd wiesz, że ta Caro to Czarodziejka? I dlaczego miałaby zabijać Roana?

– Sama mi to powiedziała. – Spodziewałam się, co prawda, tych pytań, ale i tak trudno mi teraz nie wykrztusić z siebie odpowiedzi. Łzy zaczynają dławić mnie w gardle, kiedy wracają wspomnienia: królowa wysuwa się z ramion Caro i osuwa się na podłogę jak marionetka, której przecięto sznurki. – Chciała mnie zranić. Próbowała złamać mi serce.

– Dlaczego?

Głos, który wydobywa się ze mnie, to cichy, błagalny szept.

– Bo uważa, że dzięki temu odzyska siłę.

Resztka kolorów odpływa powoli z twarzy Ammy. Wodzi wzrokiem ode mnie do książki i z powrotem. Od starych opowieści do stojącej przed nią przyjaciółki. Widzę, jak elementy układanki zaczynają trafiać w jej głowie na właściwe miejsca.

– Ale opowieści…

– W opowieściach Alchemik oszukał Czarodziejkę. – Słyszę w głowie głos Liama, kiedy myślę o dwóch wersjach, tej prawdziwej i tej legendarnej, które splatały się ze sobą przez stulecia. W jakich punktach się różniły, a w jakich spotykały. – On… większość ludzi uważa, że pierwszy Alchemik to był on… ofiarował jej dwanaście kamieni i powiedział, że to kawałki jej serca, które ukradł, a ona je odrzuciła.

– Zmusiła go, żeby sam je zjadł. – Amma kiwa głową, tę część legendy zna. Widzę w mroku jej szeroko otwarte oczy. Rozluźnia zaciśnięte pięści i zbliża się do mnie odrobinę. Przez moment mogłabym niemal udawać, że znowu jesteśmy dziećmi i opowiadamy sobie historyjki, skulone przy kominku, żeby odpędzić zimowy chłód i ponury nastrój.

– Te kamienie to było serce Czarodziejki, to było jej życie, Ammo, jej czas. – Teraz zniżam głos do szeptu. – A kiedy Alchemik je połknął, wszystko to spłynęło w niego. Ale nie mógł stać się nieśmiertelny jak Czarodziejka, bo ten czas był podzielony na części. Alchemik żył przez pewien okres, potem umierał i odradzał się znowu. – Trochę się jąkam przy tych słowach. Nadal nie pamiętam tej historii, tych przeżyć, ale czuję, że to prawda.

– Jules, to kompletnie bez sensu. – Amma parska wymuszonym śmiechem, widzę, że stara się być dziarska jak zwykle. – Przestań. Zjedz coś, odpocznij, a kiedy poczujesz się lepiej, powiesz mi, co się dzieje.

– Nie, Ammo, posłuchaj. – Bez zastanowienia wyciągam do niej rękę. Serce mi się ściska, kiedy Amma wzdraga się, więc kładę rękę na książce i ten dotyk podnosi mnie na duchu. Czerpię siłę z miękkiej, starej, skórzanej okładki, z opowieści płynących z jej wnętrza. Kartkowałam ją wielokrotnie, wędrując po lasach. Chwilami tylko ona przekonywała mnie, że nie oszalałam. – Ja jestem Alchemikiem.

– Dlaczego mi to mówisz? – szepcze Amma ze łzami w oczach. Łzy spływają po jej policzkach, błyszczą w słabym świetle przedświtu i na ich widok w moich oczach również wzbierają łzy.

To pierwsze pytanie, którego nie przewidziałam. Zapiera mi dech w piersiach. Łapię się na tym, że przyciskam brulion do piersi jak tarczę. Wypuszczam go, upada i otwiera się na stronie z topornym rysunkiem: lis rzuca się na cofającego się węża z obnażonymi kłami i z pazurami.

– Wierzysz mi? – pytam roztrzęsionym głosem. Nie to chciałam powiedzieć, ale to właśnie pada z moich ust.

Kolejna długa chwila ciszy, potem Amma bierze brulion do ręki i otwiera okładkę.

– Nigdy nie wierzyłam, że jesteś morderczynią – mówi cicho, podnosi wzrok i patrzy mi w oczy, nieco onieśmielona. – Wiedziałam, że nie darzyłaś jej sympatią, ale Roan…

Jego imię przerywa tamę, po moich policzkach zaczynają płynąć ciche łzy. Amma głośno wciąga powietrze i robi pół kroku do przodu, żeby mnie objąć, a potem się cofa.

– Nie chciałam, żeby do tego doszło. Nigdy nie chciałam…

Urywam i zachłystuję się powietrzem, bo Amma podchodzi i otacza mnie ramionami. O mało się nie rozpadam – ale tym razem z ulgi, po raz pierwszy od bardzo dawna czuję się szczęśliwa, wydaje mi się, że nie byłam taka szczęśliwa od wieków. Wspieram się o nią, a ona ściska mnie mocno, nie przejmując się pokrywającym mnie leśnym błotem. Pachnie znajomo, pachnie domem i przez dłuższą chwilę nie robię nic, tylko chłonę ten cudowny zapach.

– Jesteś moją najbliższą przyjaciółką, Jules – mruczy Amma. – Wierzę ci, oczywiście.

Po tych słowach moje łzy płyną jeszcze silniejszym strumieniem. Napływają mi do oczu i zmywają z policzków całodzienny brud.

– Dziękuję, Ammo.

W końcu Amma odsuwa się i patrzy na mnie w zamyśleniu.

– Więc Caro jest lisem, a ty wężem?

Jej głos – cierpliwy, ale sceptyczny, jakby kwestionowała jedną z dziwacznych historyjek Alii – sprawia, że parskam śmiechem.

– Na to wygląda.

– Moja Jules, legendarny Alchemik. – Amma poważnieje. Ostrożnie odkłada brulion na skrzynkę i bierze mnie za rękę. – Musisz mi wybaczyć, ale chyba upłynie sporo czasu, zanim to zrozumiem.

– Ja do tej pory nie wszystko rozumiem.

– Nie wierzyłam w to, nawet kiedy posłańcy z Everless przywieźli tę nowinę. – Amma opuszcza wzrok, ma w oczach smutek. – Czy dlatego zabiła Roana? Żeby złamać ci serce, skoro… tak naprawdę należało do niej?

Kiwam głową, choć mam gulę w gardle.

– Ale nie podziałało. – Choć jestem załamana, to wciąż żyję i czepiam się tego jak koła ratunkowego. Ciepłe dłonie Ammy obejmują moją dłoń. – Może nie kochałam go naprawdę. A może po prostu… nie dość mocno.

– To nie twoja wina, Jules – zapewnia mnie przyjaciółka. – Może twoje serce jest mocniejsze, niż ci się zdaje.

Wzruszam ramionami, choć w głębi duszy wiem, że to nieprawda. Nawet teraz czuję się krucha, uderzenie w odpowiednie miejsce mogłoby roztrzaskać mnie na kawałki. Amma robi krok do tyłu – kiedy jej ręce puszczają moje, czuję, jakbym coś traciła na zawsze – prowadzi mnie pod łokieć do beli siana i sadza mnie na niej. A potem spoczywa obok mnie, bierze brulion i kładzie go na kolanach. Powoli przegląda stronice.

– Tutaj jest napisane… – spogląda na mnie, marszcząc czoło – tutaj jest napisane… Lis będzie polował na Węża, zawsze i wszędzie.

– Zawsze to robiła. – Staram się mówić jakby od niechcenia, ale serce mi się ściska. – Przez jedenaście żywotów. I chyba zabijała mnie w każdym z nich.

Amma postukuje palcem w stronicę.

– To co masz zamiar zrobić?

Czuję strach w jej sztywno wyprostowanych ramionach, ale głos Ammy brzmi bardzo rzeczowo. To niemal pocieszające, jakby wystarczyło przemyśleć wszystko porządnie, żeby przetrwać.

– Jestem w drodze do Ambergris, portowego miasta – odpowiadam z wahaniem. – Opuszczam Semperę. – Dlatego musiałam cię znaleźć.

Usta Ammy zaciskają się w wąską kreskę.

– Cóż, ty sama chyba najlepiej wiesz… – W jej głosie wyczuwam powątpiewanie.

– Nie zgadzasz się?

– Po prostu… – Amma splata i rozplata ręce, ten nerwowy gest świadczy o tym, że się zastanawia. – Nie mówię tego przez brak szacunku dla twojego taty, ale to właśnie robił przez te wszystkie lata i wygląda na to, że to nic nie dało.

– Wkrótce wrócę. – Nie wiem, czy to prawda, ale nie mogę znieść myśli, że mogłoby być inaczej. – Kiedy będę dość silna, aby stawić jej czoło.

– Chwytaj dzień, Jules, zanim on schwyta ciebie. – Amma patrzy na mnie i jej oczy rozjaśniają się. Śmieję się; to jedno z jej ulubionych powiedzonek, choć jego znaczenie jest dość ponure. Żyj dniem dzisiejszym, bo dla biedaków z Sempery jutro może w ogóle nie nadejść. – Powinnam chyba zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby jak najlepiej przygotować cię na ten dzień. Czego potrzebujesz?

Potrząsam głową ze łzami wdzięczności w oczach. Amma już dała mi wszystko, czego potrzebowałam, a nawet więcej, bo czuję, że jej wiara we mnie daje mi siły na drogę do Ambergris, na statek Liama. Ale oczywiście nie o to pytała.

– Trochę żywności, jeśli możesz – mówię i uśmiecham się jak półgłówek. – I może mogłabym zostać tu dzisiaj…?

– Oczywiście. – Amma schyla się, żeby pozbierać jajka. W parę chwil odzyskuje imponującą efektywność, która zawsze ją cechowała i która pozwalała jej sprawować opiekę nad siostrą bez niczyjej pomocy. – Żołnierze już dzisiaj tędy przechodzili, więc myślę, że możesz zostać, jak długo potrzebujesz.

Wdzięczność rozpiera mnie aż do bólu.

– Dziękuję, Ammo.

– Za godzinę muszę być w kramie rzeźnika na targowisku, ale po porannym szczycie klientów będę mogła się wymknąć. Wrócę tu z jedzeniem najszybciej, jak się da. I może przy okazji przyniosę mydło i ciepłą wodę. – Uśmiecha się szeroko. – Wyglądasz jak leśna wróżka w tym zabłoconym ubraniu.

Zaskakuje mnie mój własny śmiech.

– A więc mydło, zrobię, co tylko się da.

Amma odwraca się i spogląda na mnie przeciągle. Nagle zaczyna się uśmiechać i nie może przestać, kąciki jej ust same unoszą się do góry.

– Wrócę, zanim się zorientujesz.

***

Pomimo towarzystwa kurczaków przesypiam w tej rozwalającej się szopie cały dzień. Po raz pierwszy od opuszczenia Everless czuję się w pełni sobą – to dzięki Ammie, rozmowa z nią podniosła mnie na duchu. Nie mam koszmarnych snów o Czarodziejce, o dziewczynie przebywającej na mrocznej równinie albo ścigającej mnie przez las, względnie gonionej przeze mnie. Moje sny są pełne miłych wspomnień z Crofton: jest lato, bawię się z Ammą na pokrytych pyłkiem kwiatowym polach, a potem siedzę z tatą przy kuchennym stole i widzę jego dumny uśmiech, którego nie stara się przede mną ukryć. W moim śnie jesteśmy szczęśliwi i zadowoleni, jest nam ciepło, a w naszej małej chacie unosi się zapach gotującej się nad ogniem sarniny, którą przyniosłam z polowania.

Coś jest jednak nie w porządku. Zza ścian chaty dobiegają krzyki, wrzaski. Tata sztywnieje, uśmiech znika z jego pobladłej twarzy. Swąd dymu jest zbyt mocny. I dziwnie gryzący.

Budzę się w ciasnej, ciemnej szopie Ammy i nadal czuję ten zapach.

Siadam i rozglądam się dokoła w poczuciu nierealności. Kurczaki Ammy gdaczą w panice. Drugi koniec szopy zalewa migotliwe, pomarańczowe światło, płonące języki ognia wdzierają się przez szpary w deskach. Zrywam się na równe nogi i chwytam swoją torbę w momencie, gdy płomienie przedostają się do środka i padają na słomę rozrzuconą po całej podłodze.

Przez moment jestem znowu małą dziewczynką, mam siedem lat i stoję jak wrośnięta w ziemię, a wokół mnie płonie kuźnia w Everless.

Ale tym razem nie ma przy mnie taty, nikt mnie nie chroni, nikt mnie stąd nie wyniesie. Jestem zdana tylko na siebie.

Nie mam czasu do namysłu. Nie wypuszczając z rąk torby, odwracam się i kopię w ścianę szopy – raz, drugi, trzeci. Spróchniałe deski wreszcie ustępują i otwiera się przede mną droga ucieczki. Nim jednak wybiegnę z szopy odblokowuję drzwiczki klatki dla kur, żeby biedactwa mogły bezpiecznie rozbiec się po lesie.

Zastanawiam się przez chwilę, co pocznie Amma bez swoich kur, bez swojej szopy… Nagle odwracam się i podążam wzrokiem za rzeką ognia, która dotarła do mojej kryjówki.

Całe Crofton stoi w płomieniach.

2

Panika ściska mnie za serce. Wokół pełno dymu.

Tuż obok mnie szaleją płomienie, niektóre wzbijają się ponad dachy domów. Biegnę przez pole dziadka Ammy w stronę dymiącego centrum miasteczka. Potykam się o stare, obluzowane kamienie bruku i grudy świeżo zaoranej ziemi. Wiem, że muszę znaleźć Ammę. Oczami duszy widzę przysadzisty budynek sklepu rzeźnika, w którym Amma oddziela mięso od kości, a także kram na targowisku, w którym obie z Alią spędzają całe dnie.

Ci wszyscy ludzie, te płomienie, to drewno.

Pali mnie w płucach, w nogach czuję nieznośny ból, ale pędzę naprzód, przeskakuję rozwalony murek, oddzielający teren Crofton od okolicznych farm. Docieram do głównej drogi i zmierzam w stronę skupiska budynków, nie zważając na gromady ludzi biegnących w przeciwną stronę. Mogę zostać rozpoznana, ale w tej chwili wydaje mi się to nieistotne. Pomarańczowe światło migocze na jasnych ścianach domów, oślepia jak błyskawica. Gęsty dym zasnuwa niebo.

Czarodziejko, pomóż mi znaleźć Ammę, myślę desperacko, absurdalnie, w przypływie paniki. Bo Czarodziejka to już nie jest błogosławieństwo. To straszliwe przekleństwo.

Wkrótce jestem zmuszona zwolnić, żar pali moją twarz, szczypią mnie oczy. Wszędzie wokół mnie płoną drewniane budynki. Szkoła w głębi ulicy zmieniła się w jedno wielkie rumowisko. Tlące się śmieci tarasują ulicę, tak samo resztki mebli i kramów z targowiska. Biegnąc, przeskakuję nad rozmaitymi płonącymi kawałkami i rozglądam się rozpaczliwie za jakimikolwiek śladami życia. Droga jest wąska, płomienie blisko, moje włosy zaczynają skręcać się z gorąca. Uderza mnie w nos dziwny zapach – podrywam głowę do góry i zaledwie kilka kroków przed sobą widzę stojący w ogniu kram lichwiarza czasu. Mogłabym przysiąc, że słyszę bulgotanie topiącego się krwawego żelaza.

Uderza mnie wspomnienie ogrodowego przyjęcia w Everless, jakby to było całe wieki temu. Ogień płonący na środku ogrodu w czarze z brązu, ale wychodzący na zewnątrz, podsycany krwawym żelazem, spalano tam całe godziny, dnie i lata, aby rozgrzewać zimę. Zalewa mnie nowa fala paniki.

Jak długo będzie płonął ten ogień?

– Ratunku! – krzyczę, choć nie widzę nikogo, kto mógłby mnie usłyszeć. – Ammo!

Żaden ludzki głos nie odpowiada na mój krzyk, ale ogień zafalował nagle, jakby poruszony podmuchem wiatru i iskierki lądują na moim rękawie. Gwałtownie cofam rękę…

I nieruchomieję. Ten ogień jest jakiś dziwny, dziwniejszy, niż gdyby podsycano go tylko krwawym żelazem. Płomienie, na przemian to żółte, to czerwone, kurczą się i unoszą rytmicznie, jakby oddychały – jakby były kontrolowane, stałe, żywe.

Z zamyślenia wyrywa mnie trzask dobiegający z tyłu, więc momentalnie odwracam się na pięcie. Jakiś mężczyzna wyskoczył właśnie z domu położonego kilka jardów przede mną. Z drzwi za nim sypią się iskry.

Mężczyzna pędzi jak sprinter w moim kierunku, płomienie wypływają za nim i ścigają go po ulicy. Ten pożar nie rozprzestrzenia się w taki sposób, w jaki powinien rozchodzić się ogień, tylko płynie po śladach jego stóp jak żywa istota, liże go po piętach, posuwa się po ulicy w małych, dzikich skokach. Kiedy mężczyzna zbliża się do mnie, a płomienie podążają tuż za nim, przypomina mi się nagle stado kojotów, które widziałam kiedyś w lesie podczas polowania – pół tuzina z nich ścigało rannego jelenia, zaciskały pętlę, skowycząc i podskakując z jakąś radością.

– Co robisz? Uciekaj! – Mężczyzna łapie mnie za rękę i ciągnie w dół ulicy, z powrotem w stronę farmy Ammy. Płomienie zdają się cofać, kiedy jestem obok niego. Wolę nie myśleć, co to oznacza.

– Co się stało? – sapię w biegu głosem schrypniętym od dymu i z przerażenia.

– Tenburn… – krzyczy mężczyzna i zanosi się kaszlem. W drugiej ręce tuli do piersi małą, miedzianą figurkę Czarodziejki, na szczęście. Po chwili mężczyzna dodaje: – Ten ogień jest jakiś nienaturalny; nie gaśnie. Moja żona pobiegła na farmę Readesów, strumień… – Ściska w ręce figurkę w milczącym błaganiu o pomoc.

Nienaturalny, myślę, a potem: Caro. To jej robota. To musi być jej sprawka.

Figurka Czarodziejki w dłoni mężczyzny nie jest spalona, jest w idealnym stanie. Szydzi ze mnie.

– Proszę, niech mnie pan puści. – Wbijam obcasy w ziemię, próbuję wyrwać rękę z jego uścisku. – Muszę wrócić. Moja przyjaciółka…

– Larys! – W naszą stronę biegnie kobieta. Pomimo smug sadzy na policzkach poznaję ją: to Susana, miejscowa producentka podków, która często zaglądała do naszej chaty, żeby zasięgnąć fachowej porady mojego ojca z dziedziny kowalstwa. Początkowo jej przerażone spojrzenie jest utkwione w Larysie, ale kiedy wzrok Susany pada na mnie, jej twarz zmienia się w maskę grozy. Staje jak wryta i patrzy tak, jakbym to ja osobiście wznieciła ten pożar.

– Wąż – wypluwa z pogardą. Na jej twarzy maluje się niekwestionowana nienawiść. Mężczyzna, Larys, wypuszcza mój łokieć i odskakuje do tyłu, obejmując się ramionami w obronnym geście. Jakbym miała za chwilę rzucić się na niego i go rozszarpać.

W mgnieniu oka kobieta stoi przede mną i zaciska na moim ramieniu rękę jak imadło.

– Mój brat przez ciebie zginął. Dom runął na niego. Ty sprowadziłaś na nas to wszystko – syczy, trzęsąc się z grozy i gniewu. Rozgląda się pośpiesznie na prawo i lewo. Szuka kogoś, komu mogłaby jeszcze o tym powiedzieć. – Morderczyni.

I popycha mnie do tyłu, w płomienie.

Wyciągam przed siebie ramiona, ale nie mam się czego złapać. Zahaczam nogą o resztkę muru i padam do tyłu, prosto w ogień. Ból jest oślepiający, obezwładniający – i nagle znika.

Kiedy sprzed oczu znika mi czerwona mgła, widzę, że leżę na gruzach domu, a płomienie cofnęły się i utworzyły wokół mnie ognisty krąg. Czuję żar bijący od płomieni, ale węgiel pode mną jest chłodny. Larys i Susana stoją na drodze i gapią się na mnie.

– Ratunku! – wrzeszczy nagle Susana. – Żołnierze!

– Nie, proszę… – zaczynam, ale słowa więzną mi w gardle. Łzy zamazują obraz przed moimi oczami i nagle czuję się tak, jakbym trafiła do jednego ze swoich snów. Wyobrażam sobie ludzi, wśród których dorastałam, którzy krzyczą na mój widok: Wąż, czarownica, oszustka, jak śmiesz się tutaj pokazywać.

Znacie mnie, chcę zawołać. To tylko ja, Jules Ember. Córka Pehra. To jest mój dom.

Ale nie ma już żadnego „tylko”, kiedy chodzi o mnie. Wersja Caro rozeszła się po całej Semperze jak chmura trującego dymu. Jestem demonem w ciele dziewczyny, morderczynią królowej i Roana Gerlinga, wrogiem Czarodziejki i korony semperiańskiej. Nie rozumiem tego, co zrobiła tutaj Caro, ale wiem, że jej działanie jest skierowane przeciwko mnie.

Zabije wszystkich w Semperze, jeśli tego trzeba, aby mnie złamać.

Amma. Na myśl o niej czuję się tak, jakby ogień wskoczył do mojego serca i tam płonął.

Podpieram się rękami o węgle i dźwigam na nogi, a Larys i Susana klną i uciekają, jakby ścigały ich koszmary z najgorszych snów. Ale to już mnie nie obchodzi. Jak w chwili, gdy zobaczyłam, że mały Roan wpada do paleniska taty, nie myślę. Nie mogę myśleć. Coś potężniejszego przejmuje władzę nade mną, wypełnia moją pierś, kieruje ruchem moich kończyn.

Odwracam się i wbiegam w płomienie, rzucam się w głąb objętego pożarem Crofton.

Dym wypełnia mi płuca, pokrywając je od środka jak piasek. Oczy pieką tak, że prawie nic nie widzę. Ale ogień rozstępuje się przede mną, rozdziela się i opływa moje stopy, zupełnie jak wody rzeki opływają leżący w jej nurcie kamień. Nie tyka mnie, gdy gnam do centrum wioski, w stronę znajomej, wąskiej uliczki prowadzącej do sklepu mięsnego Ammy. Może już uciekła z miasteczka i jest bezpieczna, a teraz patrzy z oddali, jak Crofton zmienia się w zgliszcza, i martwi się o mnie.

Wszędzie wokół słychać trzaskanie i skrzypienie płonącego drewna. Palą się sznury do suszenia bielizny, a wiszące na nich koszule i koce zmieniają się w płonące chorągwie, które spadają przede mną, spływają na ziemię jak jesienne liście. Wciąż kaszląc, wołam Ammę. Skręcam w uliczkę, przy której moja przyjaciółka spędziła tyle dni swego życia.

I zatrzymuję się.

Większość budynków już obróciła się w popiół. Tutaj musiał rozpocząć się pożar. Ulica – i kram Ammy – zmieniły się w dymiące zgliszcza. Widać wewnętrzną strukturę domów, pomieszczenia magazynowe pozbawione dachu; postrzępione kontury pokrywa delikatnie mieniący się popiół.

Smuga dymu ulatuje w niebo i na moment przybiera postać smukłej dziewczyny. Mój półprzytomny mózg dostrzega wśród dymu rysy twarzy: pięknej, ale uśmiechniętej złowrogo. Caro.

Słyszę w głowie jej głos. Złamię ci serce, Jules.

Przez dłuższą chwilę nie mogę się ruszyć, nie mogę myśleć, nie mogę oddychać. Caro nie mogła wiedzieć. Absolutnie nie miała możliwości dowiedzieć się, że Amma to moja przyjaciółka. A może mogła?

Potem czuję świeży przypływ adrenaliny i moje kończyny zaczynają się poruszać, idą naprzód – przez żar i gęsty dym spowijający wszystko dokoła, unoszony w górę powiewem wiatru, palący moją skórę i gardło, piekący w oczach i w nosie. Przedzieram się przez ruiny kramu rzeźnika, przez zwalone belki i połamane lady robocze, przez zwęglone pozostałości pomieszczenia, w którym przesiadywałam godzinami, wymieniając się z Ammą ploteczkami i opowieściami. Mijam zasłonę strawioną przez ogień, kawałki stłuczonego czajnika z nadpaloną ceramiczną powłoką. Ani śladu istoty ludzkiej. Może Amma zdołała uciec.

Nagle belka stropu wali się na dół z przerażającym łoskotem. Zostaje po niej dziura w ścianie, przez którą dostrzegam coś, co sprawia, że moje serce przestaje bić.

Amma siedzi oparta o zwaloną belkę, jej oczy są szeroko otwarte, niewidzące.

– Ammo – szepczę.

Podbiegam do niej, padam na kolana i delikatnie ujmuję ją za ręce. Pierś mojej przyjaciółki trwa nieruchomo. Na skórze Ammy nie ma śladów ognia – ale cały bok jest zakrwawiony. Moje spojrzenie przyciąga ciemnofioletowa smuga, ledwie widoczna na wilgotnej, pokrytej czerwonymi i czarnymi plamami sukience. Niebudzący wątpliwości kolor mawy, barwnika, który znaczy broń królewskich żołnierzy i…

Z pleców Ammy sterczy rękojeść sztyletu. Choć wypolerowane srebro jest pomazane krwią, rozpoznaję sztylet: należy do Ivana Tenburna, komendanta straży z Everless.

Caro już zaczęła spełniać swą obietnicę.

Narasta we mnie wściekłość na Caro, a wraz z nią pojawia się gdzieś w środku mnie przypływ mocy. Wyciągam ręce i chwytam nitki czasu, proszę nie tylko o to, by się zatrzymał, ale żeby odwrócił swój bieg, żeby się cofnął – zupełnie jak wtedy, gdy uratowałam Roana Gerlinga, kiedy byliśmy dziećmi w Everless. Uratuj Ammę, dudni rytmicznie w mojej głowie.

Dym wokół mnie z wolna zwija się i opada na ziemię. Szarość kłębi się i wiruje w sposób niezależny od wiatru. Wydaje mi się, że widzę w oddali płomienie, które migają i gasną. Kałuża krwi kurczy się i wpływa z powrotem do ciała Ammy.

Ale potem wypełnia mnie głębokie, chore poczucie zła, mdłości sięgające samej duszy sprawiają, że uginają się pode mną kolana. Dygoczę na całym ciele, nagle tracę całą moc i osuwam się, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Klęczę na pogorzelisku, szlochając rozdzierająco, a po mojej twarzy spływają czarne od popiołu łzy.

I zaczynam krzyczeć: z rozpaczy, frustracji, wściekłości.

Nadwątlone ściany kramu rzeźnika walą się, grzebiąc częściowo ciało Ammy w poskręcanym rumowisku. Za nimi otwiera się widok na alejkę, na której stoi w szyku tuzin żołnierzy w fioletowych mundurach gwardii królewskiej. Na twarzach noszą płócienne maski.

– Łapać ją! – krzyczy jeden z ich.

Opuszczam głowę, kiedy się zbliżają, jestem bezwładna jak kukła, całkowicie pozbawiona sił. Ledwie zauważam jakiś srebrzysty błysk koło mojej ręki – rzeźnicki nóż, który wypadł z dłoni Ammy. Zaciskam palce wokół rękojeści i wsuwam nóż do rękawa; w chwilę później nadbiegają zamaskowani żołnierze.

Wywlekają mnie z Crofton. Mnie, legendarnego Alchemika, z rękami we krwi, pełnego rozpaczy. Palce moich ciągniętych po ziemi nóg, żłobią ślady w rumowisku. Wszystko wokół mnie wiruje, czuję się jak we śnie, głosy żołnierzy docierają jak zza szyby. Jedyne, co do mnie dociera z całkowitą jasnością, to pewność, że jestem zabierana do pałacu Shorehaven. Do Caro.

Cichy głos szepcze mi w głowie: Walcz z nimi. Gdybym próbowała wykrzesać z moich żył magię, przywołać Alchemika, mogłabym wstrzymać czas na wystarczająco długą chwilę, by wyrwać się im i uciec.

Ale nie robię tego. Ponieważ wiem, świadczą o tym łańcuchy, którymi mnie skrępowali – ciasne, trzykrotnie otaczające moje ramiona i talię, jakbym miała siłę dziesięciu ludzi – że żołnierze obawiają się mnie.

Nie dotykają mnie, więc nie znaleźli noża. Ich strach działa na mnie uspokajająco, nawet kiedy zostaję wrzucona do karetki o metalowych ściankach i zamknięta w ciemności. Śmiertelna maska Ammy jest wypalona na wewnętrznej części moich powiek.

Caro odebrała mi przyjaciółkę, choć to nie ona wbiła w nią nóż. Starła Crofton z powierzchni ziemi. Zmieniła mój dom w kupkę popiołu.

Teraz moja kolej, teraz ja najadę jej dom.

Chwytaj dzień, słyszę w uszach szept Ammy.

Nie będę walczyć. Jeszcze nie. Dopóki żołnierze nie zawiozą mnie do Shorehaven.

3

W drzwiach karetki widnieje niewielki prostokąty otwór, podzielony przerdzewiałymi żelaznymi prętami. Przez następne trzy dni to jest moje okno na świat. Żołnierze wiozą mnie przez Semperę – unikają miast, trzymają się raczej lasów i pól. Wyobrażam sobie motłoch, który mógłby rzucić się na karetkę więzienną, wiozącą morderczynię królowej.

Dostaję jedzenie i wodę przez otwór w drzwiach, ale niewiele jem. W moim ciele nie ma miejsca na nic poza wściekłością i głęboką, nieprzemijającą grozą. Oraz narastającym w miarę posuwania się na wschód, w kierunku wstającego słońca, poczuciem, że coś się we mnie rozwija, jakby ukryty w moim wnętrzu Alchemik znał drogę do pałacu na wybrzeżu – i pragnął zostać tam zabrany.

Po dwóch wschodach słońca ten niewielki wycinek świata zewnętrznego, jaki mogę dostrzec w świetle mglistego poranka, zmienia się: lasy i pola ustępują miejsca niskim, obłym pagórkom, pokrytym krzakami i piaskiem. Droga robi się szersza i ma mniej wyboistą powierzchnię. Gdy łączy się z inną, pojawia się więcej krytych wozów zmierzających w tym samym kierunku co my, każdy pełny skrzynek z jabłkami albo wydających charakterystyczne odgłosy zwierząt. Nawet powietrze wydaje się inne – lekko słonawe, ciężkie i drgające czymś, co odbieram jako moc.

Jesteśmy blisko Shorehaven. Blisko Czarodziejki.

Krew się we mnie gotuje na myśl o moich rzeczach – głównie o oprawnym w skórę brulionie – spoczywających w torbach żołnierzy. Starają się mówić cicho, ale czasami udaje mi się pochwycić niektóre ich słowa przez metalowe ścianki wozu.

– To mi się nie podoba – dobiega w pewnym momencie kobiecy głos. – Przywożenie jej do Shorehaven w czasie koronacji. W pałacu będzie mnóstwo głupich arystokratów, pragnących rzucić na nią okiem…

– Jesteśmy już prawie na miejscu – przerywa jej mężczyzna. – Jeszcze jeden dzień i to będzie problem królowej, nie nasz. – Rechocze ponuro. – Potrzebuję krwawego żelaza. Moja żona lada dzień spodziewa się dziecka.

Ich głosy spływają po mnie, aż przestają mieć sens, mają dla mnie nie większe znaczenie niż rytmiczne stąpanie ich stóp. Godziny wloką się niemiłosiernie. Ilekroć kompania zatrzymuje się, żebym mogła sobie ulżyć, pół tuzina kobiet żołnierzy chodzi za mną krok w krok ze sztyletami i strzelbami w pogotowiu. Ich szeroko otwarte oczy i trzęsące się ręce sprawiają mi pewną przyjemność. Mają rację, obawiając się mnie – oni wszyscy – choć z innych powodów, niż im się zdaje.

Ta myśl sprawia, że nagle ogarnia mnie niepokój. Odkąd to cudzy strach sprawia mi przyjemność?

Trzeciej nocy od opuszczenia Crofton – trzy noce od śmierci mojej przyjaciółki – kiedy mrok bezksiężycowej nocy powoli zaczyna ustępować szarości przedświtu, a ja czuję złość, napierającą na moją skórę od wewnątrz, wreszcie słyszę to: szum fal rozbijających się o klify. Podciągam się do okienka, ignorując szpilki i igły wbijające się w moje stopy, i wyglądam przez okienko w momencie, kiedy karetka toczy się po wąskim, drewnianym mostku łączącym dwa pobliskie klify.

Morze jest o sto stóp niżej. Wspaniały, nieskończony ocean, czarny i spokojny w oddali, a biały i spieniony przy brzegu. Wstrzymuję oddech – zawsze odnosiłam wrażenie, że Sempera jest zamknięta w klatce, odgradzającej nas od pozostałych krain, o których czytałam tylko w książkach. I oto jest: ta cała woda, która więzi nas tutaj, abyśmy pożerali się żywcem.

Z map Liama wynika, że to, co widzę, to raczej zatoka, a nie otwarty ocean, świadczą o tym też klify oskrzydlające wodę w oddali. Ale jestem tak blisko morza jak nigdy dotąd, przynajmniej w tym życiu. Nie mogę oderwać wzroku – najpierw od wody, a potem od tego, co majaczy na końcu drogi. Shorehaven, pałac królewski Sempery, wznosi się ponad koroną skalistych klifów i blaskiem przyćmiewa księżyc.

Zamek z jasnego kamienia jest skąpany w świetle. Wygląda dziwnie naturalnie i pięknie w swej asymetrii, jakby został wyciągnięty z otaczających go klifów. Z wrażenia aż ściska mnie w dołku. Nigdy dotąd nie widziałam tego pałacu. To oczywiste, że go nie widziałam. Ale kiedy teraz przebiegam wzrokiem po setkach okien, świecących jak żyrandol na nocnym niebie, uświadamiam sobie, że to nie do końca prawda. Znam ten zamek, wiem, że jeśli podjadę bliżej, to dojrzę żyły kruszcu biegnące w jego marmurowych murach – węgiel, złoto, rubiny i szafiry tak subtelnie wplecione w kamień, że prawie niewidoczne, dopóki nie padną na nie promienie wschodzącego lub zachodzącego słońca. Wtedy wydaje się, że zamek staje w płomieniach.

Niespodziewanie wypływają na powierzchnię wspomnienia, jak wtedy, gdy znajomy zapach cofa nas do wydarzeń z dzieciństwa. Byłam tutaj, w Shorehaven. Cierpiałam tutaj. Nie jako Jules – jako Alchemik.

Przetaczają się przeze mnie obrazy, dźwięki, doznania: Caro mnie schwytała. Uwięziła w zamkowych lochach. Wtedy, podobnie jak teraz, próbowała mnie złamać. Pamiętam ostrza, ogień, ból. Podnoszę kołnierz koszuli i zasłaniam nim twarz, żeby żołnierze nie słyszeli mojego ni to spazmatycznie łapanego oddechu, ni to szlochu, którego nie potrafię powstrzymać.

Moje ubranie wciąż jest przesiąknięte dymem z Crofton, nawet po kilkudniowej podróży. To przywraca mi poczucie rzeczywistości, przypomina, co mam do zrobienia. Amma nie żyje; Roan nie żyje; tata nie żyje; ale żyją jeszcze inni ludzie, których Caro może zamordować, żeby dobrać się do mnie.

Ona będzie problemem królowej, powiedział jeden z żołnierzy. Przed oczami przesuwa mi się twarz Iny – taka, jaką widziałam po raz ostatni, uśmiechnięta i szczęśliwa. Zanim poznałam prawdę o Caro i o królowej. Oraz prawdę o Inie – że zostałyśmy obie urodzone przez kobietę o imieniu Naomi w mieście nazywanym Briarsmoor, wśród ognia i krzyku. Dowiedziałam się o tym, że Ina to moja bliźniacza siostra, kiedy wszystko rozpadło się na kawałki. Ina musi myśleć… moja siostra musi teraz myśleć, że jestem morderczynią.

Chyba że… Czy mogłaby mi uwierzyć, podobnie jak to zrobiła Amma?

Czy mogłybyśmy razem zniszczyć Caro, przerwać jej niewidzialne panowanie?