Emilia Brzeska na tropie. Tom 1. 50 wesel i pogrzeb - Magdalena Kubasiewicz - ebook

Emilia Brzeska na tropie. Tom 1. 50 wesel i pogrzeb ebook

Magdalena Kubasiewicz

4,0

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Była biała suknia, huczne wesele, a na końcu... padł trup.

Monikę, świeżo upieczoną pannę młodą, znaleziono martwą w wannie w kilka godzin po ślubie. Brak jasnych dowodów na to, że jej małżonek, Patryk, maczał w sprawie palce, ale policja zdaje się to podejrzewać, a sąsiedzi i prasa – już wydali wyrok.

Emilia Brzeska, fotografka i najlepsza przyjaciółka pana młodego, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. W miarę postępów prywatnego, amatorskiego śledztwa Emilia odkrywa, że śmierć Moniki mogła mieć związek z jej przeszłością. Jakie tajemnice skrywała żona Patryka – i czy nie sprowadzą one niebezpieczeństwa na jej męża oraz Emilię...?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (196 ocen)
79
61
37
15
4
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Kryminał z detektywką amatorką w roli głównej.Ciekawe środowisko,w którym akcja toczy się wartko.Po przeczytaniu pozostaje pozytywny nastrój i oczekiwanie na dalszy ciąg...
10

Popularność




Copyright © by Magdalena Kubasiewicz

Warszawa 2021

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Redakcja: Agnieszka Pawlikowska

Korekta: Łucja Oś

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Wydawnictwo Czarna Dama

www.czarnadama.com

redakcja@czarnadama.com

ISBN EPUB 978-83-66375-66-6

ISBN MOBI 978-83-66375-67-3

Rozdział pierwszyNie jej niosą suknię z welonem

W tym, że Emilka Brzeska wybierała się na wesele, nie było nic niezwykłego. W ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy uczestniczyła – jak skrupulatnie zliczyła – w czterdziestu trzech ślubach. Ten pięćdziesiąty (dzieliło ją od niego jeszcze sześć innych uroczystości) był jednak specjalny. Po pierwsze, dostała zaproszenie jak każdy gość: najpierw ustne, wystosowane przez pana młodego, a później oficjalne, papierowe, przepasane złotą wstążeczką. Po drugie, oddałaby kilka lat życia, byleby wystąpić na tymże weselu nie w roli świadka, a panny młodej.

– Dla ciebie to pewnie nic wielkiego – stwierdził od niechcenia Patryk, szczęśliwy narzeczony, dwa dni po tym, jak wraz z przyszłą panną młodą wręczyli jej zaproszenie.

Siedział z Emilką w ogródku pizzerii położonej przy Małym Rynku, czekając na zamówienie. Obok krzesła dziewczyny leżała ciężka torba ze sprzętem: ledwo kilkanaście minut wcześniej skończyła sesję zdjęciową. Świeżo upieczone małżeństwo koniecznie chciało zdjęcia ślubne z krakowskiego rynku, ale odmówili wczesnego wstania i w konsekwencji cały proces stał się jednym wielkim koszmarem. Ani upał, ani światło, ani nawał lipcowych turystów, ani kapryśna modelka nie ułatwiały zadania. Emilia była zmęczona, spocona, zirytowana i świadoma, że czekają ją całe godziny retuszowania fotografii. Patryk, za dwie godziny umówiony u cukiernika na wybieranie weselnego tortu, wydawał się za to odprężony i zadowolony z życia.

– Ciągle chodzisz po ślubach. Pewnie strasznie się znudzisz.

– Niecodziennie żeni się mój najlepszy przyjaciel – odparła Emilka, zmuszając się do uśmiechu. – To zupełnie co innego.

– Miałem nadzieję, że to powiesz. – Uśmiech Patryka był szeroki i w przeciwieństwie do uśmiechu Emilki szczery. – Masz się wytańczyć za wszystkie czasy, zjeść mnóstwo smakołyków i złamać kilka serc. A tego nie waż się ze sobą targać. Zatrudniliśmy fotografa.

Patryk trącił nogą torbę – lekko, bo gdyby przypadkiem uszkodził cenny sprzęt, nie byłoby żadnego wesela. Wyłącznie pogrzeb. Emilka natychmiast by go zamordowała, w okrutny, acz możliwie szybki sposób, by przypadkiem nie został odratowany.

– To nie fair. Nie wierzysz w moje umiejętności?

– Wierzę, że gdybym zostawił ci aparat w ręku, przez całe wesele nie usiadłabyś przy stole i nie zatańczyła – oznajmił Patryk, wciąż z rozbrajającym uśmiechem.

Miał sporo racji, prawdopodobnie właśnie tak by się stało. I Emilka byłaby z tego stanu rzeczy zadowolona, bo znacznie łatwiej oglądałoby się młodą parę przez obiektyw. Mogłaby udawać, że to zwykłe zlecenie. Może w pogoni za jak najlepszym ujęciem zdołałaby chociaż na chwilę zapomnieć, jak bardzo chciałaby być gdziekolwiek indziej.

– Nie chcę, żebyś pracowała na moim weselu. Poza tym ustaliliśmy przecież, że w ramach prezentu ślubnego zrobisz nam sesję… jak to się nazywa? Narzeczeńską?

Machinalnie kiwnęła głową, a uśmiech spełzł jej z ust. Na szczęście kelner wybrał właśnie ten moment, żeby przynieść im wielką, pachnącą pizzę, z dużą ilością sera i salami, więc Patryk niczego nie zauważył. Właściwie to ustaliły – one, Emilka i Monika, podekscytowana, zachwycona zdjęciami Emilki, błagająca, by znalazła dla nich czas. W dodatku nie usiłowała niczego wyżebrać, jak czasem zdarzało się znajomym – głównie tym dalekim – którym wydawało się, że Emilia tylko marzy, żeby fotografować ich śluby, przyjęcia i dzieci za darmo. Najlepiej z dojazdem na własny koszt i późniejszą pełną obróbką zdjęć, bo co to niby za praca. Nie, Monika nie chciała się zgodzić na darmową sesję, natychmiast zaproponowaną przez Emilkę – bo przecież Patryk to przyjaciel, prawie brat, od niego pieniędzy nie weźmie! Po dobrym kwadransie sporów znalazły satysfakcjonujące rozwiązanie: zdjęcia będą prezentem ślubnym.

Gdyby Monika była wredna albo usiłowała Emilkę naciągnąć, Emilia mogłaby ją przynajmniej z czystym sumieniem znienawidzić. Narzeczona Patryka jednak okazała się przemiła. I tak ładna, że na pewno będzie świetnie prezentować się na fotografiach. Ba, jej zainteresowanie wręcz Brzeskiej pochlebiało, bo przecież Monika bez problemu mogła załatwić sobie sesję u bardziej znanego fotografa. Ten zatrudniony na wesele na co dzień robił sesje dla najlepszych magazynów i z tego, co mówiła Monika, zgodził się wyłącznie po znajomości.

– Masz już pomysł? – spytał Patryk, zgarniając kawałek pizzy.

– Dwa. Poznaliście się w stadninie, więc…

– Zdjęcia z końmi? To mi się podoba.

Emilka ugryzła kęs. Pizza była świetnie przyrządzona, ale dziewczynie i tak zrobiło się niedobrze.

– Czekaj, nie skończyłam. Monika może woleć coś bardziej romantycznego niż robocze ciuchy i jazda na koniu. Myślałam więc też o tym stawie przy domu twoich dziadków. Wiesz, woda, wierzby, najlepiej z samego rana albo późnym wieczorem, jak wyjdzie mgła. Tę sesję z końmi też można by urządzić w romantycznej scenerii. Zwiewna sukienka zamiast spodni, jakaś łąka, las w tle…

– Porozmawiam z nią o tym. Nie może się doczekać.

– Ja też – zapewniła Emilka, odczuwając przy tym ukłucie wyrzutów sumienia. Naprawdę nie lubiła kłamać, zwłaszcza swoim bliskim. A to było tylko jedno z bardzo wielu kłamstw, jakimi ostatnio uraczyła Patryka.

*

Emilka w szkole radziła sobie nieźle, ale żaden z wykładanych przez nauczycieli przedmiotów szczególnie jej nie pociągał. W liceum co rusz zmieniała zdanie co do tego, co chce zdawać na maturze, i nie miała pojęcia, jak ułoży sobie życie w przyszłości. Matka widziała ją jako odnoszącą sukcesy prawniczkę albo lekarkę, ale Emilka pozostawała sceptyczna. W rodzinie nie było żadnego prawnika, który mógłby pomóc z aplikacją, a ktoś, kto wymiotuje, gdy czuje zapach zgnilizny, nie poradzi sobie na studiach medycznych.

Kurs fotografii sfinansowała jej babcia w ramach prezentu urodzinowego, gdy Emilka była w drugiej klasie liceum. Zawsze lubiła robić zdjęcia, chociaż i ona, i wszyscy wokół traktowali to jako niepoważne hobby. Matka z niezadowoleniem patrzyła na stratę czasu – przecież można by powtarzać matematykę. Emilia kurs ukończyła, bieganie z aparatem polubiła jeszcze bardziej, ale wciąż nie wiązała z tym przyszłości. Robiła setki zdjęć, jednak głównie dla zabawy i na uroczystościach rodzinnych. Na kilka miesięcy przed maturą na stanowcze życzenie matki schowała sprzęt do szafy i skupiła się na nauce.

Nie dostała się na prawo. Na rekrutacji zabrakło jej zaledwie ułamka punktu: po ostatnim naborze uzupełniającym jej nazwisko było trzecie pod kreską. Matka wyklinała na czym świat stoi i narzekała, że córka mogła bardziej przyłożyć się do nauki, Emilka zaś w głębi ducha odczuwała ulgę. Drugim wyborem, który matka zaakceptowała, była administracja i Emilia rozpoczęła studia.

Nienawidziła każdej minuty na wydziale administracji. Gdzieś po drodze poduczyła się trochę Photoshopa i GIMP-a, głównie dzięki temu, że dzieliła pokój z początkującą graficzką. Zdjęcia najpierw robiła rzadko, skupiona na próbach utrzymania się na uczelni, ale niektóre ze swoich prac wstawiała na Facebooka. Koleżanki po paru miesiącach zaczęły ją prosić o zdjęcia – i efekty tych sesji były dużo bardziej imponujące niż wyniki sesji letniej po pierwszym roku, którą Emilka ledwo zaliczyła. Znajoma z roku, uszczęśliwiona serią portretów, przedstawiła ją koledze profesjonalnie zajmującemu się fotografią, „bo może on ci coś doradzi, poduczy”. Był cztery lata starszy, przystojny, dobry w robieniu zdjęć – i był też pierwszym chłopakiem wykazującym jakiekolwiek zainteresowanie Emilią.

Ich związek potrwał ledwo sześć miesięcy. Romek jednak faktycznie w kwestii fotografii i grafiki ją poduczył, a nawet pokazał jej prace kilku osobom. Asystowała mu przy sesjach w zakładzie, raz robiła wspólnie z nim zdjęcia na weselu, zdobyła też dwa niewielkie zlecenia. Zarobione w ten sposób pieniądze zainwestowała w kurs grafiki dla zaawansowanych.

O pierwszych klientów było trudno. Wszyscy znajomi chcieli jej zdjęć, ale już niekoniecznie za nie płacić. Jeszcze przez dwa lata Emilka studiowała, starając się dokształcać z fotografii i chwytać wszelkie możliwe zlecenia. Pieniędzy ledwo starczało na utrzymanie, a ona chodziła chronicznie niewyspana. Po zdobyciu w pocie i łzach licencjatu wrzuciła dyplom do szuflady i ku rozpaczy matki nie podjęła studiów magisterskich. Rok przepracowała w zakładzie fotograficznym, a później założyła własną działalność. Fotografia ślubna nie była jej pasją, ale pozwalała zarobić na utrzymanie i na pewno była bardziej fascynująca niż administracja. Na początku Brzeska radziła sobie z trudem. Półtora roku, kilkanaście sesji dziecięcych i czterdzieści kilka ślubów później miała całkiem przyzwoite dochody i kalendarz zapchany na najbliższe trzy miesiące.

Niektórzy klienci byli fotogeniczni i ujmujący, a praca z nimi stanowiła przyjemność i źródło satysfakcji. Inni… niekoniecznie, ale póki płacili, Emilia traktowała to jako cenę za robienie tego, co lubi.

Ten pięćdziesiąty ślub miał być jednak gorszy niż najstraszniejsze z dotychczasowych zleceń.

*

– Potrzebuję faceta. Musisz pójść ze mną na zakupy.

Emilka wpadła do kawiarni dwie minuty po umówionej godzinie i zadyszana padła na fotel. Iza Czaja aż uniosła brwi, słysząc te słowa.

– Nie jestem pewna, czy zakrzyknąć „alleluja”, czy uświadamiać cię, że mężczyzn nie kupuje się w sklepach.

Iza od dobrego roku bezskutecznie namawiała koleżankę, żeby poszła na randkę w ciemno albo założyła konto na Tinderze. Emilka twardo stała na stanowisku, że ona faceta do szczęścia nie potrzebuje, a poza tym nie ma czasu, bo musi skupić się na rozwoju firmy i wszystkie weekendy spędza na ślubach. Iza ze smutkiem zaczęła już godzić się z myślą, że przyjaciółka to przypadek beznadziejny.

– Musimy pójść do klubu albo…

– Nie, nie! Ze sklepu to ja kiecki potrzebuję. Na ślub. A faceta z dowolnego źródła. Też na ślub. Jednorazowo. Kiecka musi być oszałamiająca, więc potrzebuję twojej pomocy.

Emilka westchnęła cierpiętniczo. O tak, zdecydowanie potrzebowała pomocy w tym względzie. Jako nastolatka na szalone rajdy po sklepach nie miała pieniędzy, na studiach przeszkodą były i finanse, i brak czasu, i głęboko zakorzenione przekonanie, że i tak nigdy nie będzie wyglądać równie olśniewająco jak lepiej sytuowane koleżanki. Poza tym nigdy nie lubiła centrów handlowych. W konsekwencji nie miała zielonego pojęcia, w jakim sklepie szukać sukienki odpowiedniej na ślub i w czym może dobrze wyglądać.

– Czy ja śnię, czy cię podmienili? – zdumiała się Iza, odbierając od kelnerki menu. Nawet go nie otworzyła: zwykle spotykały się właśnie w tej kawiarni, więc swoje ulubione pozycje z oferty znała na pamięć. – Ostatnio udało mi się wyciągnąć cię na zakupy pół roku temu. I to tylko dlatego, że potrzebowałaś nowych butów i spodni, żeby nie było wstyd pracować na wielkim weselu córeczki wielkiej szychy. Czyj to ślub tym razem?

– Patryka – wyznała Emilka.

Nigdy nie przyznała się Izce, że podkochuje się w przyjacielu, którego znała przez całe życie, ale sądziła, że Iza się tego domyśla. Emilia opuściła więc głowę, udając, że pilnie studiuje menu, niepewna, czy zdradziecki róż nie wystąpił jej na policzki.

– Chyba wezmę czekoladę wiśniową. W każdym razie panna młoda zaprosiła jakąś znajomą Miss Czegoś Tam, a świadkiem, wyobraź sobie, ma być model. Tak się zamienili, że ona wybrała świadka, a Patryk świadkową, bo Monika ma najlepszego przyjaciela, nie przyjaciółkę, więc ja będę świadkować. U boku modela i na oczach zwyciężczyń konkursów piękności. Chyba mnie zaćmiło, że się na to zgodziłam!

Z każdym zdaniem mówiła coraz szybciej, a jej głos stawał się bardziej piskliwy. Iza postarała się przybrać współczującą minę, chociaż przez chwilę miała ochotę raczej wybuchnąć śmiechem.

– Skąd ta Monika ma takich znajomych?

– Pracuje w agencji modelek czy czymś takim – stwierdziła ponuro Emilia. – Zna mnóstwo projektantów, modelek i ogólnie ludzi z innej planety. Takiej, gdzie wszyscy są piękni, bogaci, doskonale ubrani i na której nie mógłby wylądować mój statek kosmiczny… Czekoladę wiśniową poproszę.

– Białą z lodami waniliowymi – rzuciła Iza.

Kelnerka odeszła od stolika. Iza znała Patryka, ale nie miała do tej pory okazji spotkać Moniki i teraz w głębi jej serca narastała uraza, że nie została zaproszona na wesele. Chętnie obejrzałaby sobie pannę młodą i jej pięknych, bogatych znajomych. Zwłaszcza tych płci przeciwnej.

– Kochana, masz rację, bardzo potrzebujesz zakupów i mojej pomocy. Zrobimy cię na bóstwo. Umówiłaś się już do fryzjera?

– Fryzjera? – zdziwiła się Emilka. – Myślałam, że po prostu rozpuszczę włosy…

Z ust Izy wydobył się iście potępieńczy jęk. Emilia była ładną dziewczyną. Nie oszałamiająco piękną, ale ładną, reprezentującą typ „sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa”. Średniego wzrostu, szczupła, z miłą, piegowatą buzią, może niezapadającą w pamięć, za to o regularnych rysach – czego Iza, posiadaczka nieco zbyt dużego nosa, bardzo jej zazdrościła. Jasne, kręcone włosy Emilii jednak niechętnie poddawały się woli szczotki i grzebienia. Przyzwoite ich uczesanie było poważnym wyzwaniem.

– Modele! Projektanci mody! Śmietanka towarzyska! A ty chcesz „po prostu rozpuszczać włosy”? – spytała Iza ze zgrozą. – Mowy nie ma. Jeszcze dzisiaj zarezerwujemy ci miejsce u mojej fryzjerki. Ta kobieta jest genialna. Dobrze, pytanie kluczowe. Ile możesz wydać na kieckę i dodatki?

Emilka się zawahała. Oszczędzała na wakacje, pierwsze od półtora roku. Marzyło się jej, że pojedzie na miesiąc do Irlandii. Tylko ona, jej aparat, irlandzka przyroda i zabytki. Ostatecznie jednak mogła pojechać wiosną, nie na jesieni, prawda? Pomyślała o olśniewającej Monice, świadku – modelu i Miss Ziemi Jakiejś Tam. Ile goście panny młodej wydadzą na ubrania?

Wizja irlandzkich zamków odpłynęła w stronę zachodzącego słońca.

– Tysiąc, jeśli będzie trzeba – westchnęła z rezygnacją. Musiała do tego doliczyć fryzjera, dojazd i pewnie kosmetyczkę. – Ale zaznaczam: jeśli naprawdę będzie trzeba. Wolałabym mniej.

– Zaczynają się letnie wyprzedaże, zmieścimy się w budżecie – oceniła Iza, uśmiechając się szeroko.

Uwielbiała zakupy i od dawna uważała, że Emilkę trzeba porządnie ubrać. Do czego to podobne, żeby młoda kobieta miała w szafie wyłącznie kilka par spodni, szorty, ze dwie workowate letnie sukienki i parę koszul.

– Blondynkom dobrze w czerni, ale na ślub lepiej byłoby coś w kolorach. Może czerwone albo…

– Czerwieni ponoć nie wypada – bąknęła Emilka. Zresztą, czy wypadało, czy nie, czerwony od razu rzucał się w oczy, a ona i tak była przerażona myślą o tym, że jako świadkowa będzie na świeczniku. Czerwień podwójnie przyciągałaby wzrok.

– Wypada, nie wypada! Jakby tych savoir-vivre’ów chcieć przestrzegać, to wszystkie panie musiałyby chodzić w pokutniczych workach, żeby broń Boże nie przyćmić panny młodej – prychnęła Iza, przewracając oczami. – Biała kiecka, zwłaszcza ozdobna i długa do ziemi odpada, ale bez przesady. Odpadają też te koronkowe, różowe koszmary. Trzeba wybrać coś, co będziesz mogła założyć i na randkę…

– Jaką randkę? – wyrwało się Emilce. Słowo „randka” nie istniało w jej słowniku od dobrych trzech lat.

– Jakąś. Jakąkolwiek. Musisz przestać żyć jak mniszka. Poza tym powiedziałaś, że potrzebujesz faceta.

– Na ślub. Jednorazowo – podkreśliła Emilia, pełna obaw, że korzystając z okazji, Iza postanowi ją swatać.

Nie potrzebowała swatania, a na pewno nie teraz, kiedy codziennie mierzyła się ze świadomością, że chłopak, w którym jest zakochana, zaraz będzie się żenić.

– Nie mam kogo zaprosić – dodała z pewną rozpaczą. – Oprócz Patryka mam może trzech dobrych znajomych. Dwóch zajętych, a trzeci w Bangladeszu. Kiecka to kwestia pieniędzy, ale skąd ja wezmę partnera? Zaraz… może powinnam kogoś wynająć…

– Wypożyczalnia partnerów na śluby i inne rodzinne uroczystości. Świetny pomysł na interes – zakpiła Iza. Podziękowała kelnerce, która postawiła przed nimi pucharki z czekoladą. – Może Marcin?

– To kumpel Patryka, i tak jest zaproszony. Wyjdę na desperatkę, jeśli go spytam, czy chce ze mną iść.

– Jesteś zdesperowana.

– Dzięki. Zawsze można na ciebie liczyć – mruknęła Emilka, nabierając pełną łyżeczkę czekolady. Zaraz nawiedziła ją jednak myśl, że może nie powinna się objadać przed ślubem. Wprawdzie nosiła zwykle rozmiar 36, ale pewnie wszystkie koleżanki Moniki mieściły się w 34. Albo nawet w 32! Oglądając ubrania w rozmiarze 32 w sklepach, zawsze zastanawiała się, dla kogo są szyte. Gdy zobaczyła zdjęcia jednej z koleżanek Moniki, rozwikłała wreszcie tę zagadkę.

– Pewnie, że można. Bo ja ci faceta załatwię, bez obaw. Znam jednego takiego…

– Ale to nikt z Tindera? – spytała Emilia, nagle zaniepokojona. Iza ostatnimi czasy często chodziła na randki z mężczyznami poznanymi w internecie. Chętnie opowiadała o nich koleżance, aż ta gubiła się i nie była już pewna, czy to Tomek okazał się totalnym chamem, a Mirek był uroczy, ale za młody, czy odwrotnie. Może teraz Iza planowała umówić ją z jednym ze swoich byłych?

– No… No dobrze, to może mój kuzyn? – zastanowiła się Iza, skreślając z listy potencjalnych partnerów Emilii Mirka. – Wygląda niczego sobie i potrafi tańczyć.

– Ja nie umiem… Wolałabym nie musieć tańczyć.

– Umiesz śpiewać, musisz umieć tańczyć.

– To nie działa w ten sposób – jęknęła Emilia. – Poza tym śpiewam też nie najlepiej. Matka chciała mnie zapisać do szkoły muzycznej, bo chodziła tam córka jej koleżanki, ale nie przeszłam przesłuchania. Dzięki Bogu.

Iza uniosła rękę, celując pomalowanym na czerwono paznokciem gdzieś w okolice nosa przyjaciółki. Zatrzymała palec kilka centymetrów od jej twarzy.

– Będziesz tańczyć – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – I będziesz wyglądać absolutnie bosko. Bosko, rozumiesz? Jeśli będzie trzeba, zapiszesz się na lekcje tańca. Patryk będzie żałować, że żeni się z Moniką, nie z tobą.

– Wcale nie chcę, żeby żałował, że żeni się z Moniką – zaprotestowała Emilia, która omal nie zakrztusiła się czekoladą na słowa koleżanki. A jednak wiedziała, małpa jedna! Wiedziała! – To mój przyjaciel. Monika to wspaniała dziewczyna.

– Pewnie – stwierdziła Iza, patrząc na Emilkę z politowaniem. – Jedz lepiej tę czekoladę. Mam nadzieję, że zarezerwowałaś sobie dużo czasu, bo potem ruszamy na zakupy.

*

Przygotowania do ślubu Patryka i Moniki kojarzyły się Emilii z kampanią wojenną. Iza pełniła podczas nich rolę pierwszego generała, za co Emilka czasem była jej nieskończenie wdzięczna, czasem zaś miała ochotę ją zamordować. Izabela Czaja, starsza od Emilki trzy lata, znakomicie zarabiająca w korporacji i uwielbiająca wydawać pieniądze na ubrania i kosmetyki, była w swoim żywiole. Przeciągnęła Emilię po jakichś pięćdziesięciu sklepach odzieżowych i obuwniczych. W konsekwencji zaś w szafie Brzeskiej zawisła nie tylko sukienka na wesele, lecz także druga, na poprawiny, trzecia, w której po prostu świetnie wyglądała, i jeszcze dwie bluzeczki. Nie wspominając o trzech parach butów. Emilka bardzo chciałaby obwiniać o to przyjaciółkę, sama jednak musiała przyznać, że te rzeczy były za ładne, żeby zostawić je w sklepie. W dodatku niektóre przeceniono, a na inne udało się uzyskać rabat. Osiągnęły też kompromis w kwestii koloru – sukienka na ślub była niebieska.

Gorzej, że Iza na tym nie poprzestała. Emilka została zapisana do fryzjera, kosmetyczki – na makijaż i manicure, pod wpływem nacisków Izy kupiła też, podobno koniecznie jej potrzebne, jakieś kremy, odżywki, perfumy i inne specyfiki o tajemniczym przeznaczeniu. Z najwyższym trudem zdołała wymigać się od lekcji tańca, stanęła też okoniem przy próbach wciśnięcia jej koronkowej bielizny. Niemniej w rezultacie z konta Emilki znikła ładna część oszczędności.

Nad obróbką zdjęć dla Patryka i Moniki spędziła zdecydowanie więcej czasu, niż powinna, a i tak wciąż była zdenerwowana, że prezent – w porównaniu z upominkami od tych wszystkich szych z branży modowej i reklamowej – okaże się zbyt skromny. Spotkała się też z kuzynem Izy, Kubą, którego kojarzyła jedynie z widzenia. Spotkanie było bardzo niezręczne dla nich obojga, ale przynajmniej na weselu mogli udawać, że się znają.

W sobotnie popołudnie w kościele Emilia była wystrojona, wytwornie uczesana, umalowana jak jeszcze nigdy w życiu i bardziej zdenerwowana niż panna młoda. Monika, w wąskiej, koronkowej sukni od znanego projektanta, promieniała. Emilka wiedziała, że ona dla odmiany jest pewnie koszmarnie blada i fotograf będzie musiał dokonać cudów z Photoshopem. W tym momencie błogosławiła Izkę, która zmusiła ją do wizyty u kosmetyczki. Z przyklejonym do ust uśmiechem – naprawdę miała wrażenie, że twarz zaraz jej popęka – Emilka pomagała pannie młodej z suknią i długim welonem, przejmowała bukiet, gdy było to konieczne, i patrzyła, jak mężczyzna, w którym kochała się właściwie od zawsze, ślubuje miłość, wierność i uczciwość małżeńską innej kobiecie.

Cierpienie z miłości było szalenie głupie i melodramatyczne – tak sobie przynajmniej powtarzała. Przecież tego kwiatu jest pół światu, a Patryk zawsze bardzo wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że jest dla niego tylko „małą siostrzyczką”. Niczym więcej. Nie dał nigdy przyjaciółce choćby grama nadziei. Zaczął spotykać się z Moniką rok temu, oświadczył przed siedmioma miesiącami i natychmiast poinformował o tym Emilkę. Ba. Wiedziała wcześniej niż sama główna zainteresowana, bo pomagała mu wybierać pierścionek. Miała dość czasu, żeby pogodzić się z myślą o jego ślubie.

Ale i tak było jej niedobrze.

Chciała zniknąć.

Uśmiech, dziewczyno, uśmiech!

Uśmiechała się więc. Uśmiechała się podczas ceremonii i potem, kiedy państwo młodzi wyszli z kościoła i zostali obsypani ryżem. Uśmiechała się, kiedy składano im życzenia i przejmowała kolejne, wręczane świeżo upieczonemu małżeństwu bukiety i prezenty. Miała chęć uciec. Gdyby nie to, że obsadzono ją w roli świadkowej, pewnie faktycznie nie pojawiłaby się na weselu, wycofała zaraz po złożeniu życzeń, wsiadła do samochodu, odjechała w siną dal. Może do tej Irlandii, najwyżej potem przez pół roku żywiłaby się suchym chlebem. Ale nie mogła, tkwiła więc w miejscu, potem pakowała upominki do auta i nawet wtedy nie przestała się uśmiechać. Zastanawiała się, czy ta mina nie zostanie jej na zawsze. Może mięśnie twarzy przestały pracować normalnie?

Uśmiech, uśmiech, uśmiech. Przejazd do domu weselnego, wynajętego w całości od piątku do poniedziałku. Z dwiema wielkimi salami – w jednej rozstawiono stoły, w drugiej odbywały się tańce – i z pokojami dla gości na piętrach. Otoczonego pięknym ogrodem, idealnym do zdjęć. Ponoć ktoś zrezygnował z terminu, bo narzeczeni się rozstali i tylko dlatego Monice udało się zdobyć miejsce niemal w ostatniej chwili.

Zdjęcia z przyjazdu. Oczywiście, najważniejsi byli państwo młodzi, ale na kilku mieli pojawić się też świadkowie.

Uśmiech.

– Porozmawiaj potem z fotografem, jest podobno bardzo sławny, jego prace są świetne – rzucił Patryk w przelocie. Machinalnie skinęła głową, chociaż nie miała ochoty rozmawiać ze sławnym kolegą po fachu. Nie miała ochoty rozmawiać z nikim. Chciała się upić, ale nie było jej wolno. Przynajmniej dopóki wszyscy inni nie będą pijani.

Pierwszy toast. Pierwszy kawałek tortu. Pierwszy taniec. Pierwsze, pierwsze, pierwsze.

Gorzko, gorzko, gorzko.

Uśmiech. Twarz boli, usta wykrzywiają się w fałszywym grymasie.

Tort był istnym dziełem sztuki i jakaś część ­Emilii nawet teraz żałowała, że aparat powierzyła Kubie. Świadkowa nie powinna biegać i robić zdjęć. Dopiero przy pierwszym tańcu pstryknęła parę fotografii – i naprawdę było łatwiej obserwować to wszystko przez obiektyw, skupić się na kompozycji i doborze ustawień. Zajęta zdjęciami przestała się wreszcie sztucznie uśmiechać, opadło z niej trochę napięcia, zapomniała, jak bardzo chciałaby znaleźć się gdziekolwiek, byle nie tutaj. Zatańczyła z Kubą, zaniedbanym przez obowiązki świadkowej. Potem ze wzruszonym ojcem Patryka. Pomogła uspokoić rozwrzeszczanego chłopca, niezadowolonego, że rodzice kazali założyć mu garniturek i zabrali na przyjęcie pełne dorosłych. Udała, że zjada obiad, przerzucając jedzenie z jednej części talerza na drugą. Chyba o czymś rozmawiała z Moniką, ale później nie mogła sobie przypomnieć, o czym. Zrobiła parę zdjęć. Znów zatańczyła z Kubą. Zaraz potem porwała go jedna z pięknych przyjaciółek panny młodej i Emilia nawet się tym nie zdenerwowała.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim wychyliła trzy drinki i dzięki temu prawie się zrelaksowała.

A potem do tańca poprosił ją Patryk i znowu chciała uciekać.

– Ostatni raz tańczyliśmy chyba z rok temu? – zauważył, prowadząc ją na parkiet.

– Dwa lata temu. Na rocznicy twoich rodziców – sprostowała. Wcześniej zdarzało się im tańczyć często. Na każdej imprezie, na której byli oboje. Także na studniówce. Tym razem była święcie przekonana, że ten taniec będzie ostatni. Żonaci mężczyźni nie chadzają na zabawy u boku przyjaciółek.

– Podeptałem ci palce. Teraz spiszę się lepiej. Brałem z Moniką lekcje.

– Pierwszy taniec był idealny – zapewniła. Faktycznie, był. Nie wątpiła, że na zdjęciach (i tych zrobionych przez nią, i tych od supersławnego fotografa) oboje będą wyglądać świetnie. Monika wręcz zjawiskowo. Emilia uważała, że w powiedzeniu, że każda panna młoda jest najpiękniejsza, kryje się sporo przesady. Ale Monika naprawdę była najpiękniejsza. Ładniejsza od swoich dwóch światowych koleżanek – modelek w sukniach od Valentino.

Poszukała jej teraz wzrokiem. Spodziewała się, że będzie gdzieś na parkiecie, pewnie tańcząc ze świadkiem. Stała jednak przy wejściu, rozmawiając z jakąś kobietą. Emilia zatrzymała na nich spojrzenie na dłużej, bo ta kobieta – ubrana w paskudną różową sukienkę, nieatrakcyjna – nie przypominała modelki. Nie była też na pewno krewną Patryka.

– Kto to?

– Kto? – Patryk obrócił się przez ramię, zatrzymał na moment wzrok na swojej świeżo poślubionej żonie, ale zaraz znów spojrzał na Emilię. – Nie mam pojęcia. Pewnie jakaś koleżanka Moniki. Dobrze się bawisz?

– Jak nigdy w życiu – zapewniła bez mrugnięcia okiem, pozwalając, by Patryk obrócił ją w tańcu. Nawet nie kłamała, naprawdę nie bawiła się tak źle jeszcze nigdy w życiu. – Wesele jest wspaniałe.

To już była sama prawda, cała prawda i tylko prawda. Mnóstwo jedzenia, piękne miejsce, dobrze dobrana muzyka, uroczy wystrój, śliczny tort i kwiaty – to było jedno z ładniejszych wesel, w jakich Emilka uczestniczyła. Może trochę przesadzono z przepychem, ale tylko odrobinę. Monika zatrzymała się dostatecznie wcześnie, żeby nie przekroczyć granicy kiczu.

– Naiwnie wierzyłem, że zrobimy niewielkie wesele na jakieś osiemdziesiąt, góra sto osób. Monika szybko wyprowadziła mnie z błędu. Chciała wielkiej uroczystości, na której ciotka widziana raz w życiu będzie płakać ze wzruszenia.

– Ma taką ciotkę? – wyrwało się Emilii. Nie zdążyła dobrze poznać Moniki, ale wiedziała, że jej rodzice i dziadkowie nie żyją.

– Nie. Na weselu jest więc mnóstwo jej znajomych i wszystkie moje ciotki. Wiedziałaś, że mam ich aż siedem? Uległy cudownemu rozmnożeniu. Zawsze myślałem, że istnieją tylko dwie, a kiedy układaliśmy listę gości, nagle okazuje się, że jakaś Hela, córka brata dziadka, którą ostatni raz widziałem dwadzieścia lat temu, to bardzo bliska rodzina i koniecznie muszę ją zaprosić. Inaczej dojdzie do rodzinnego skandalu. Mama nie przepada za Moniką, ale zgadzała się z nią co do rozmiarów wesela. Jak mogłem walczyć, kiedy się sprzymierzyły?

Zrobił tak komiczną minę, że Emilia uśmiechnęła się, tym razem nie do końca świadomie, po raz pierwszy szczerze.

– Nie mogłeś – przyznała. Piosenka się skończyła, Patryk puścił jej rękę, zabrał dłoń z talii.

Musiał wracać do żony.

A ponieważ minęła północ, zrobiło się nieco nieelegancko i większość gości była mniej lub bardziej pijana, Emilia więc bez wyrzutów sumienia ruszyła po drinka.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział pierwszy. Nie jej niosą suknię z welonem

Rozdział drugi. Niedługo i nieszczęśliwie

Rozdział trzeci. Pochłonięta przez wodę

Rozdział czwarty. Najprostsze wyjaśnienia

Rozdział piąty. (Nie)przyjaciółki

Rozdział szósty. Bliscy nieznajomi

Rozdział siódmy. Wesela i pogrzeb

Rozdział ósmy. Widmo z przeszłości

Rozdział dziewiąty. Wszyscy kłamią

Rozdział dziesiąty. Kobieta w różowej sukience

Epilog