Echo - Natasza Socha - ebook + audiobook + książka

Echo ebook i audiobook

Natasza Socha

4,5

Opis

Przypadkowa para spacerowiczów znajduje w poznańskim jeziorze Rusałka ciało młodego chłopaka. Szybko okazuje się, że to piętnastoletni Stanisław, uczeń społecznego liceum, który nie wrócił do domu po urodzinowej imprezie jednego z kolegów.

Sekcja zwłok potwierdza przypuszczenia Florentyny, policjantki śledczej, że było to zabójstwo i próba upozorowania wypadku.

Zaczyna się wyjątkowo trudne dochodzenie – ślady nie wskazują na nikogo ze znajomych, a kolejne wątki prowadzą donikąd. Na jeziorze zaś co jakiś czas ktoś puszcza wianki uplecione z białych kwiatów...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 135

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 32 min

Lektor: Patrycja WoyWojciechowska

Oceny
4,5 (60 ocen)
41
12
5
2
0
Sortuj według:
Wiola128

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
Mike781
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka. Krótko, konkretnie i na temat. Jednak szkoda że tak szybko się kończy. Chciałbym jeszcze. Mam nadzieję że szybko będą następne części. Lektorka również na 5 gwiazdek. Polecam. Warto przeczytać.
00
Kazia1234

Nie oderwiesz się od lektury

super
00
kajazip

Nie oderwiesz się od lektury

świetne zakończenie, nie mogę się doczekać na dalsze części
00
Malwi68

Dobrze spędzony czas

"Mówi się, że życie to echo. Co wysy­łasz wraca. Co sie­jesz – zbie­rasz. Co da­jesz – dosta­jesz. A to, co wi­dzisz w in­nych – ist­nieje w tobie." W jeziorze Rusałka zostają znalezione zwłoki młodego chłopaka. Na miejsce zdarzenia została wezwana Poznańska policja ze śledczą Florentyną na czele. Po badaniach koronera nie ma wątpliwości, że przyczyną śmierci było uderzenie w głowę twardym przedmiotem, a następnie zwłoki wrzucono do wody. Na komendę policji zgłosili się zaniepokojeni rodzice piętnastoletniego Stanisława, ucznia liceum ogólnokształcącego. Chłopak nie wrócił do domu z imprezy urodzinowej kolegi. Okazało się, że zamordowanym człowiekiem jest ich syn. Śledztwo jest bardzo trudne. Początkowo policjantom trudno znaleźć jakiś punkt zaczepienia, gdyż chłopak nie sprawiał kłopotów wychowawczych, miał kilku kolegów, a jego zainteresowania nie budziły zastrzeżeń. Dopiero z czasem, po kilkukrotnych rozmowach ze znajomymi Stanisława, zaczęły się pojawiać pewne podejrzenia. Flore...
00

Popularność




Rozdział 1

Roz­dział

1

To był spo­kojny nie­dzielny pora­nek. Tego dnia było dość chłodno, ale nawet naj­gor­sza pogoda nie odstra­sza tych, któ­rzy muszą wyjść z psem na spa­cer. Nad jezio­rem Rusałka uno­siła się deli­katna mgła, woda była spo­kojna, nie­zmą­cona podmu­chem wia­tru. Wyglą­dało to nie­zwy­kle malow­ni­czo, dla­tego kobieta i męż­czy­zna, któ­rzy zja­wili się tu już o siód­mej rano wraz ze swoim owczar­kiem nie­miec­kim, zatrzy­mali się na moment i z zachwy­tem obser­wo­wali jezioro.

– Lubię przy­cho­dzić tak wcze­śnie – powie­działa kobieta. – Kiedy nikogo jesz­cze nie ma, jest cicho, pusto, sły­chać tylko kaczki i plusk wody. Cho­ciaż o to ostat­nie aku­rat dzi­siaj trudno. – Roze­śmiała się.

Chwilę póź­niej usły­szeli jed­nak coś jesz­cze: uja­da­nie psa, który mimo nawo­ły­wa­nia nie chciał wró­cić. Stał na brzegu i ner­wowo prze­bie­rał łapami, od czasu do czasu krę­cąc się w kółko. Jego szcze­ka­nie nio­sło się po wodzie i brzmiało jesz­cze dono­śniej niż zazwy­czaj.

– Maks! – krzyk­nął męż­czy­zna, ale pies nie posłu­chał.

Kobieta nabrała powie­trza, żeby zagwiz­dać, ale w tym momen­cie jej wzrok zaha­czył o pomost, a dokład­nie o coś, co znaj­do­wało się pod nim. Prze­łknęła ślinę.

– Tam coś jest – powie­działa ochry­płym tonem, wska­zu­jąc ręką to, co zoba­czyła.

Męż­czy­zna wytę­żył wzrok, ale niczego nie dostrzegł.

– Może jakieś śmieci. – Wzru­szył ramio­nami. – Ludzie dzi­siaj wszystko wrzu­cają do wody.

Kobieta poki­wała głową, ale nagle poczuła, jak jej serce zaczyna bić szyb­ciej, a przez ciało prze­cho­dzą dziwne dresz­cze. Wzdry­gnęła się.

– Co jest? – Od razu zauwa­żył zmianę w jej zacho­wa­niu.

– Nie wiem. – Potarła dło­nią o dłoń. – Po pro­stu mam wra­że­nie, że to nie są śmieci, ale nie mam odwagi, żeby podejść bli­żej.

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią badaw­czo, a potem pod­szedł do psa i przy­piął mu smycz. Owcza­rek cały czas uja­dał i pró­bo­wał się wyry­wać, w końcu jed­nak ruszył posłusz­nie za wła­ści­cie­lem.

– Zostań tu z Mak­sem, a ja pójdę spraw­dzić, bo dosko­nale wiem, że nie da ci to spo­koju – powie­dział męż­czy­zna, poda­jąc swo­jej towa­rzyszce smycz.

Chwilę póź­niej kobieta usły­szała jego prze­raź­liwy krzyk i już wie­działa, że to, co jej part­ner zoba­czył w wodzie, z całą pew­no­ścią nie było wor­kiem ze śmie­ciami.

Flo­ren­tyna nie spała tej nocy zbyt dobrze. Budziła się co kil­ka­na­ście minut, a kiedy znowu zapa­dała w lekki sen, zaczy­nały jej się śnić kosz­mary, po któ­rych się wybu­dzała. I tak w kółko. O szó­stej rano w końcu się pod­dała, wstała z łóżka, poszła do kuchni i zapa­rzyła her­batę. Usia­dła przy pustym stole, ogrze­wa­jąc sobie ręce różową fili­żanką. Wie­działa, co zapo­wia­dały złe sny. Dzi­siaj wyda­rzy się coś strasz­nego. Nie lubiła tego napię­cia, nie lubiła dni, w któ­rych dowia­dy­wała się o śmierci innych ludzi. Wypiła kolejne trzy fili­żanki her­baty, nie­świa­do­mie cze­ka­jąc na tele­fon. Gdyby ktoś zapy­tał, jak to jest moż­liwe, pew­nie nie potra­fi­łaby mu odpo­wie­dzieć. Po pro­stu czuła, że coś się sta­nie. Kiedy krótko po ósmej zawi­bro­wała komórka, poli­cjantka zamknęła oczy. Dosko­nale wie­działa, co usły­szy, tak naprawdę nie znała tylko miej­sca.

– Tak – odpo­wie­działa cichym, spo­koj­nym tonem, ode­braw­szy połą­cze­nie. – Zaraz tam będę.

Co za iro­nia losu, znowu nie­dziela. Cza­sem odno­siła wra­że­nie, że więk­szość zabójstw doko­ny­wana jest wła­śnie tego dnia, zupeł­nie jakby prze­stępcy w tygo­dniu zaj­mo­wali się czymś innym i tylko w week­end mieli czas na zbrod­nię. Spoj­rzała przez okno, a potem na moment wyszła na bal­kon. Wcią­gnęła powie­trze nosem i poczuła, jak chłód roz­lewa się po jej ciele. Wró­ciła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi bal­konowe. Zało­żyła dżinsy i duży, różowy swe­ter, a szyję owi­nęła sza­li­kiem w tym samym kolo­rze. Kiedy spoj­rzała w lustro, od razu poczuła się lepiej. Nie mogła pojąć, dla­czego ten kolor tak pozy­tyw­nie na nią wpły­wał, ale cie­szyła się, że pomaga jej w naj­czar­niej­szych momen­tach życia. Może to było absur­dalne, może coś sobie tylko wma­wiała, ale to nie miało zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze, że dzia­łało.

Na miej­scu zda­rze­nia był już pro­ku­ra­tor Mączyń­ski, co Flo­ren­tynę tro­chę zdzi­wiło. Pod­czas ostat­niego zabój­stwa, do któ­rego rów­nież doszło w nie­dzielę, facet spóź­nił się co naj­mniej godzinę i wyglą­dał tak, jakby ledwo wyrwał się z rodzin­nego spo­tka­nia. Dało się to jakoś zro­zu­mieć, w końcu był week­end, cho­ciaż dla Flo­ren­tyny dni tygo­dnia nie miały żad­nego zna­cze­nia.

– Cześć. – Uśmiech­nął się na widok poli­cjantki, a nawet wyko­nał ruch w jej stronę, jakby chciał podejść bli­żej i coś jesz­cze powie­dzieć.

Ona jed­nak spoj­rzała na niego tak odpy­cha­jąco, że natych­miast zmie­nił swój zamysł.

– Chło­pak został zna­le­ziony przez dwójkę spa­ce­ro­wi­czów. Na razie nie wiemy, kto to jest, na oko czter­na­sto-, może pięt­na­sto­la­tek. Praw­do­po­dobna przy­czyna zgonu: uto­nię­cie, no ale jak wia­domo, róż­nie z tym bywa.

Flo­ren­tyna nie odpo­wie­działa, tylko pode­szła do ciała chłopca. Uklę­kła przed nim i dokład­nie zlu­stro­wała jego twarz. Nie leżał w wodzie zbyt długo, to można było zauwa­żyć na pierw­szy rzut oka. Był ład­nym chłop­cem, o deli­kat­nie wykro­jo­nych ustach i nie­wiel­kim nosie pokry­tym pie­gami. Tro­chę prysz­czaty, ale to nie odbie­rało mu urody. Obcięty w typowy dla chło­pa­ków w jego wieku spo­sób – pod­go­lone boki, nieco dłuż­sza grzywka. Ubrany był w ciemne spodnie i czarną bluzę z kap­tu­rem. Na nogach miał białe spor­towe buty. Flo­ren­tyna od razu pomy­ślała, że to nie mogło być zwy­kłe uto­nię­cie pod­czas pły­wa­nia, bo w paź­dzier­niku nikt już raczej nie zaży­wał kąpieli, a nawet jeśli, to wcze­śniej by się roze­brał. Albo chło­pak sam wpadł do jeziora, zachły­snął się wodą i nie potra­fił już wypły­nąć, albo ktoś mu w tym pomógł.

Serce jej się ści­snęło. Każda bez­sen­sowna śmierć wywo­ły­wała w niej ogromny smu­tek; być może wzbu­dzało go poczu­cie bez­sil­no­ści, że nie potra­fiła jej zapo­biec, choć było to nie­do­rzeczne myśle­nie. Naj­bar­dziej jed­nak bolała ją śmierć dzieci, które wszystko miały jesz­cze przed sobą. Ni­gdy nie potra­fiła się z tym pogo­dzić, zro­zu­mieć, dla­czego czy­jeś życie koń­czy się tak szybko. Jakby ktoś nagle wycią­gnął wtyczkę z gniazdka, bo wła­śnie miał taki kaprys.

Tech­nicy zabez­pie­czali ślady, więc Flo­ren­tyna posta­no­wiła, że nie będzie im prze­szka­dzać. Weszła na pomost, pod któ­rym zna­le­ziono ciało chłopca, kuc­nęła na jego końcu i zapa­trzyła się w ponurą taflę jeziora. Zamknęła na moment oczy i pozwo­liła swo­bod­nie pły­nąć myślom, co nie­jed­no­krot­nie dawało jej wię­cej wie­dzy na temat prze­biegu wyda­rzeń, niż to, co zabez­pie­czali tech­nicy. Pró­bo­wała wyczuć jakieś zapa­chy, usły­szeć coś, co mogło mieć zna­cze­nie, ale tym razem obraz był zamglony, jakby roz­myty. Przez moment wyda­wało jej się, że na brzegu pomo­stu widzi dzie­cięcą zabawkę, coś w rodzaju małego dino­zaura, ale prze­cież to nie mogło mieć żad­nego zna­cze­nia. Otwo­rzyła oczy, sły­sząc, jak ktoś się do niej zbliża. Nie odwra­ca­jąc się, wie­działa, że to Mączyń­ski, z daleka pozna­łaby go po zapa­chu per­fum. Nie były naj­gor­sze, ale czy musiał uży­wać ich w nie­dzielę rano, kiedy wie­dział, że wzy­wają go na miej­sce wypadku lub może zbrodni?

– Jadłaś już śnia­da­nie? – ode­zwał się nagle, na co Flo­ren­tyna nie mogła zare­ago­wać ina­czej, jak gwał­tow­nym odwró­ce­niem się i spoj­rze­niem na niego tak, jakby wła­śnie zapy­tał ją, czy ma ochotę wsko­czyć z nim do Rusałki i prze­pły­nąć na drugi brzeg.

– Nie, ale nie bar­dzo wiem, dla­czego cię to inte­re­suje? – Odpo­wiedź brzmiała tro­chę zaczep­nie, może dla­tego, że pyta­nie było idio­tyczne.

– Nie wiem. – Wzru­szył ramio­nami. – Po pro­stu ja też nie jadłem, więc pomy­śla­łem, że może podzielę się z tobą kanap­kami – powie­dział, jakby było to coś zupeł­nie natu­ral­nego.

Wyba­łu­szyła na niego oczy.

– Kanap­kami? Żona przy­go­to­wała ci kanapki, a teraz ty pro­po­nu­jesz mi śnia­da­nie nad jezio­rem? – Nie chciała, żeby zabrzmiało to aż tak sar­ka­stycz­nie, po pro­stu jakoś tak wyszło.

Mączyń­ski spoj­rzał na nią dość chłod­nym wzro­kiem.

– Sam je zro­bi­łem. Jestem przy­zwy­cza­jony, że rano jadam śnia­da­nia, a ponie­waż nie mia­łem zbyt wiele czasu, wzią­łem ze sobą kanapki – wyja­śnił spo­koj­nym tonem. – A jeśli cho­dzi o żonę, to ode­szła ode mnie kilka lat temu i teraz praw­do­po­dob­nie robi śnia­da­nie swo­jemu aktu­al­nemu mężowi – dodał jesz­cze.

Zro­biło jej się okrop­nie głu­pio. Tak naprawdę nie chciała inge­ro­wać w jego oso­bi­ste sprawy, a już tym bar­dziej nacią­gać go na zwie­rze­nia. W tej sytu­acji zupeł­nie nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć, więc tylko wycią­gnęła rękę i się­gnęła po kanapkę zapa­ko­waną w biały papier.

– Z kozim serem – poin­for­mo­wał ją Mączyń­ski. – Mam nadzieję, że lubisz, bo nie­któ­rzy nie cier­pią tego smaku.

Flo­ren­tyna tylko poki­wała głową i wbiła zęby w świeżą, pach­nącą bułkę. Nie wie­działa, czy jej sma­kuje, czy nie, po pro­stu nagle poczuła się głodna. Chęt­nie napi­łaby się jesz­cze kawy.

– Dzięki – wymru­czała pod nosem, a potem omi­nęła go i ruszyła w stronę leka­rza, który wła­śnie przy­je­chał na oglę­dziny ciała.

– Masz coś? – spy­tała.

– Ślad po moc­nym ude­rze­niu, z tyłu głowy, ale moż­liwe, że doszło do niego, kiedy chło­pak wpadł do jeziora. Na razie nic innego nie potra­fię usta­lić. Na pewno nie ma żad­nych dowo­dów walki: zadra­pań, sinia­ków, niczego, co mogłoby wska­zy­wać na przy­kład na bójkę. Moż­liwe, że to był nie­szczę­śliwy wypa­dek, ale wię­cej powiem ci dopiero jutro.

Flo­ren­tyna raz jesz­cze spoj­rzała na bladą twarz chłopca.

– Ile on mógł mieć lat? – spy­tała cicho.

Lekarz pokrę­cił głową.

– Czter­na­ście, może wię­cej, trudno powie­dzieć. Na razie wiem tyle, że leżał w wodzie zale­d­wie kilka godzin. Pro­ces marsz­cze­nia naskórka już się zaczął, ale jest widoczny tylko na koń­cach pal­ców. Gdyby ciało było zanu­rzone od około doby, pomarsz­czone byłyby całe palce, a nawet dło­nie i pode­szwy stóp. Zresztą po tym cza­sie doszłoby już do łusz­cze­nia się skóry, a tutaj tego nie mamy. Ale jest coś jesz­cze: sine paznok­cie, nie mam poję­cia skąd, dla­tego teraz jak naj­szyb­ciej musimy prze­wieźć ciało do pro­sek­to­rium, żeby usta­lić szcze­góły.

Mączyń­ski, który dołą­czył do nich chwilę temu i przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie, ski­nął głową, a Flo­ren­tyna odda­liła się w stronę tech­ni­ków.

– I jak? – zapy­tała.

– Szcze­rze mówiąc, żad­nych śla­dów. Chło­pak nie miał też przy sobie doku­men­tów. Pew­nie trzeba będzie pocze­kać na zgło­sze­nie zagi­nię­cia. Ale zro­bi­li­śmy kilka zdjęć miej­sca zda­rze­nia, w tym uło­że­nia zwłok pod pomo­stem, prze­ślemy ci mailem. Cza­sem foto­gra­fia może coś zdra­dzić. Oprócz tego mamy śmieci, które znaj­do­wały się na brzegu, wszystko zabez­pie­czy­li­śmy – powie­dział młody chło­pak, któ­rego imię poli­cjantka wyjąt­kowo zapa­mię­tała.

Kamil.

– Gdzie są osoby, które zna­la­zły ciało? – spy­tała.

Tech­nik wska­zał ręką w kie­runku dwóch zro­śnię­tych brzóz. Kobieta sie­działa pod nimi na ziemi, cho­ciaż było wil­gotno, a męż­czy­zna maso­wał jej plecy. Obok nich na tra­wie leżał owcza­rek nie­miecki, bawiąc się gumową piłką. Kole­dzy z docho­dze­niówki zdą­żyli już wpraw­dzie tych ludzi prze­py­tać, ale Flo­ren­tyna chciała z nimi poroz­ma­wiać oso­bi­ście.

Kobieta miała na imię Mag­da­lena i na­dal była tak roz­trzę­siona, że z trud­no­ścią dobie­rała słowa.

– Maks okrop­nie szcze­kał. I nie reago­wał na swoje imię. Ni­gdy się tak nie zacho­wy­wał, zawsze wra­cał, kiedy go woła­li­śmy. Myśli pani, że on coś wyczuł?

Nie odpo­wie­działa od razu. Zapach zwłok zanu­rzo­nych w wodzie roz­cho­dzi się w postaci tak zwa­nego stożka zapa­cho­wego. Jego pod­stawa znaj­duje się tuż pod powierzch­nią. Następ­nie woń unosi się i jest nie­siona z prą­dem, zgod­nie z kie­run­kiem wia­tru. Oczy­wi­ście, że pies mógł ją wyczuć.

– Spraw­ność węchowa psa jest ponad sto tysięcy razy więk­sza niż prze­cięt­nego czło­wieka. Tak, to moż­liwe – przy­tak­nęła w końcu.

– Kto to był? – wyszep­tała kobieta. – Kim jest ten chło­piec?

– Tego jesz­cze nie wiemy. – Flo­ren­tyna bez­rad­nie roz­ło­żyła ręce. – A czy zauwa­żyli pań­stwo cokol­wiek? Innych spa­ce­ro­wi­czów? Samo­chód zapar­ko­wany w nie­ty­po­wym miej­scu? A może coś sły­sze­li­ście?

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią ponu­rym wzro­kiem.

– Pani myśli, że to ktoś zro­bił? Że chło­pak sam się nie uto­pił?

– W tej chwili muszę brać pod uwagę wszyst­kie moż­li­wo­ści – wyja­śniła im spo­koj­nie.

– Ja sły­sza­łam tylko kaczki – wyszep­tała kobieta.

– Kurwa… Nie­do­brze mi. – Męż­czy­zna się skrzy­wił.

Flo­ren­tyna poki­wała głową i szczel­niej otu­liła szyję sza­li­kiem, bo nagle zro­biło jej się zimno. Była połowa paź­dzier­nika. Jesz­cze wczo­raj świe­ciło słońce, teraz jed­nak niebo pokryło się sinymi chmu­rami, a powie­trze zaczy­nało pach­nieć desz­czem.

– Mam nadzieję, że dzi­siaj nie będzie padać… – Mączyń­ski pod­szedł do niej i naj­wy­raź­niej myślał o tym samym, tyle że zanim dokoń­czył zda­nie, Flo­ren­tyna weszła mu w słowo:

– Będzie, i to za parę minut.

Spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem, ale nic nie powie­dział. Ona tym­cza­sem ruszyła powoli w kie­runku swo­jego samo­chodu. Pro­ku­ra­tor patrzył za nią tak długo, aż zupeł­nie znik­nęła mu z oczu, a potem nagle zmarsz­czył nos, bo poczuł na twa­rzy małe kro­ple desz­czu.

Rozdział 2

Roz­dział

2

Toż­sa­mość chłopca udało się usta­lić już następ­nego dnia. Kiedy na komen­dzie zja­wili się rodzice szes­na­sto­let­niego Sta­ni­sława Kalika, infor­mu­jąc o zagi­nię­ciu syna i poda­jąc jego dokładny ryso­pis, bar­dzo szybko powią­zano to ze zna­le­zie­niem zwłok w Rusałce. Flo­ren­tyna była nie­mal pewna, że rodzice potwier­dzą toż­sa­mość syna i fak­tycz­nie, zale­d­wie pół godziny póź­niej tak wła­śnie się stało.

Sta­ni­sław Kalik, lat szes­na­ście, uczeń dru­giej klasy liceum spo­łecz­nego. Miło­śnik piłki noż­nej, seriali anime, gier kom­pu­te­ro­wych i rapera Quebo­na­fide. Rodzice widzieli go po raz ostatni w sobotę wie­czo­rem, kiedy wybie­rał się na uro­dziny do kolegi. Matka powie­działa, że syn około dru­giej, może trze­ciej w nocy wró­cił do domu. Sły­szała trza­śnię­cie drzwiami, a potem kroki na scho­dach. W nie­dzielę zaj­rzała do niego dopiero o trzy­na­stej, bo chciała, żeby chło­pak ode­spał po impre­zie. Ze zdu­mie­niem stwier­dziła, że w pokoju nikogo nie ma. Pościel była zmięta, co jed­nak niczego nie ozna­czało, ponie­waż Sta­siek ni­gdy nie ście­lił łóżka. Matka pró­bo­wała się do niego dodzwo­nić, ale tele­fon chło­paka był wyłą­czony. O pięt­na­stej zaczęła się nie­po­koić i dzwo­nić do jego kole­gów, któ­rzy rów­nież byli na uro­dzi­nach. Więk­szość poświad­czyła jed­nak, że Sta­ni­sław około pierw­szej w nocy wyszedł z imprezy do domu. Tak przy­naj­mniej im powie­dział.

Flo­ren­tyna sie­działa teraz naprze­ciwko dwojga ludzi, któ­rzy wła­śnie zoba­czyli ciało swo­jego syna i do któ­rych dotarła prze­ra­ża­jąca prawda. Wie­działa, że to naj­gor­szy moment w życiu każ­dego czło­wieka, coś, czego nie można opi­sać, jeśli samemu się tego nie prze­żyło. Jeśli nie dotknęło się ciała uko­cha­nej osoby i jeśli się sobie nie uświa­do­miło, że już ni­gdy nic nie będzie takie jak przed­tem. Nie będzie roz­mów, nie będzie wspól­nych posił­ków, nie będzie żar­tów i kłó­ce­nia się o roz­rzu­cone w pokoju skar­petki. Kiedy prze­ra­żać będzie cisza, która pojawi się w miej­scu roz­gar­dia­szu. Tej ciszy nikt nie chce, bo to ona boli naj­bar­dziej. Flo­ren­tyna wie­działa rów­nież, że nie ma dobrego momentu na roz­po­czę­cie tej roz­mowy. Zawsze będzie na nią za wcze­śnie i zawsze tak samo roze­rwie ona serce na pół.

– Kiedy zgło­sili pań­stwo zagi­nię­cie syna? – zadała w końcu pierw­sze for­malne pyta­nie.

Anna Kalik pod­nio­sła na nią opuch­nięte od pła­czu oczy. Była drobną kobietą, z ciem­nymi, nie­ucze­sa­nymi wło­sami, które co chwila pró­bo­wała zało­żyć za ucho, w sza­rym swe­trze i spód­nicy w kwiaty. Na nogach miała dwa różne buty.

– Dopiero dzi­siaj rano. Bo prze­cież muszą upły­nąć te dwa­dzie­ścia cztery godziny, prawda?

– Zagi­nię­cie dziecka można zgło­sić w każ­dej chwili, a im szyb­ciej, tym lepiej. Nie­prawdą jest, że musi upły­nąć jakiś kon­kretny czas. – Flo­ren­tyna musiała to powie­dzieć.

Anna sku­liła ramiona.

– Mogłam temu jakoś zapo­biec? Czy gdy­bym wcze­śniej wam powie­działa, że Staśka nie ma w domu, to mogła­bym go ura­to­wać?

Poli­cjantka pokrę­ciła prze­cząco głową.

– Ze wstęp­nych usta­leń wynika, że pań­stwa syn uto­pił się w nocy z soboty na nie­dzielę. W momen­cie, w któ­rym stwier­dziła pani, że Sta­ni­sława nie ma w domu, on już nie żył. Pro­szę nie robić sobie wyrzu­tów.

Wie­działa jed­nak, że to nie­moż­liwe. Matka Sta­ni­sława Kalika już do końca życia będzie oskar­żała sie­bie o to, że cze­goś nie dopa­trzyła. Że pozwo­liła mu pójść na tę imprezę. Że nie spraw­dziła, czy fak­tycz­nie wró­cił na noc. Że niczego nie prze­czuła.

– Jest pani pewna, że sły­szała, jak syn wraca do domu?

Kobieta zaczęła kiwać głową i nie mogła prze­stać.

– Tak, tak, tak, tak. Na pewno sły­sza­łam trza­śnię­cie drzwiami. W domu miesz­kamy tylko my: ja, mój mąż – wska­zała ręką na męż­czy­znę, który sie­dział koło niej jak ska­mie­niały i naj­wy­raź­niej nie potra­fił wydu­sić z sie­bie ani słowa – oraz nasz syn. Kto inny mógłby do nas wejść? I po co?

Flo­ren­tyna nie chciała na razie nic suge­ro­wać ani zdra­dzać rodzi­com chłopca swo­ich podej­rzeń, bo na wszystko było jesz­cze za wcze­śnie. Nie miała nic poza prze­czu­ciem, że to nie był wypa­dek.

– Potrze­buję adresu kolegi pań­stwa syna, u któ­rego odbyła się impreza, oraz nazwisk jego naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Muszę z nimi poroz­ma­wiać, może w ten spo­sób uda się usta­lić, jak doszło do tej tra­ge­dii.

Anna dotknęła ręki męża, który drgnął jak opa­rzony, a potem pod­niósł wzrok i wbił go w poli­cjantkę.

– Dla­czego Staś się uto­pił? Prze­cież umiał pły­wać. Wygrał nawet mistrzo­stwa junio­rów w stylu dowol­nym. Jak ktoś jest mistrzem, to nie może się uto­pić, prawda? Nie może.

Flo­ren­tyna nie odpo­wie­działa. Za godzinę miała skon­tak­to­wać się z leka­rzem medy­cyny sądo­wej, żeby dowie­dzieć się cze­goś wię­cej. Rów­nież tego, czy we krwi chło­paka znaj­do­wał się alko­hol lub nar­ko­tyki.

– Pozo­stanę z pań­stwem w kon­tak­cie i jeżeli pojawi się coś nowego, natych­miast o tym poin­for­muję. Pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia. Wiem, co prze­ży­wa­cie, ale i tak nie potra­fię zna­leźć słów, żeby wyra­zić, jak bar­dzo jest mi z tego powodu przy­kro.

Matka w końcu prze­stała kiwać głową.

– A może to jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie? – wyszep­tała.

Flo­ren­tyna wzięła głę­boki oddech. Dokład­nie to samo pomy­ślała wtedy, kiedy poin­for­mo­wano ją o śmierci jej męża. A nawet póź­niej, kiedy ziden­ty­fi­ko­wała zwłoki Miko­łaja. Ona rów­nież przez uła­mek sekundy miała jesz­cze nadzieję, że to wszystko da się odkrę­cić. Że ktoś, kogo kochała nad życie, nie może tak po pro­stu znik­nąć.

– Przy­kro mi… – powie­działa tylko.

Godzinę póź­niej w jej pokoju zja­wiła się cała grupa docho­dze­niowa, z którą od jakie­goś czasu pra­co­wała. Monika Kulm, aspi­rantka szta­bowa, Mar­cin Miłoch, star­szy aspi­rant, oraz Antek Malań­ski, sier­żant szta­bowy. Trudno powie­dzieć, czy się lubili, ale Flo­ren­ty­nie było to zupeł­nie obo­jętne. Ważne, że nie nawa­lali jako zespół, nawet jeśli cza­sem trzeba było ich zachę­cać do szyb­szego dzia­ła­nia jakimś piesz­czo­tli­wym okre­śle­niem. Mar­cin nie­na­wi­dził, kiedy sze­fowa zwra­cała się do niego „pta­szyno” lub „kaczorku”, Antek też miał z tym pewien pro­blem, choć widać było, że pró­buje to zaak­cep­to­wać. Jako naj­młod­szy w zespole naj­wy­raź­niej nie chciał jesz­cze wda­wać się w dys­ku­sje z panią komi­sarz. Monika rów­nież nie zno­siła, kiedy sze­fowa nazy­wała ją „wró­bel­kiem”, dla­tego sta­rała się nie dawać jej ku temu oka­zji. Była świetną poli­cjantką, miała nosa i nie zno­siła bez­czyn­no­ści. W prze­ci­wień­stwie do Mar­cina, który zaczy­nał dzia­łać dopiero wtedy, kiedy się go moc­niej przy­ci­snęło. Na szczę­ście on też dość szybko pojął, że Flo­ren­tyna nie uznaje słów „jutro”, „potem” czy „zaraz”. Tak naprawdę wszystko było „na wczo­raj”. Draż­niło go to, podob­nie jak róż, ulu­biony kolor pani komi­sarz. Chyba jesz­cze ni­gdy nie widział jej w innym ubra­niu. Nor­mal­nym. Czar­nym, sza­rym, nie­bie­skim. Ale róż? Na komi­sa­ria­cie? Na samą myśl zgrzy­tał zębami i wzdry­gał się z obrzy­dze­niem.

Teraz rów­nież wyglą­dała jak pie­przona lan­drynka. Miała na sobie coś wło­cha­tego, oczy­wi­ście w różo­wym kolo­rze, a do tego różowe kol­czyki w kształ­cie kwia­tusz­ków. Wszystko to było cho­ler­nie infan­tylne i kom­plet­nie nie paso­wało do zawodu poli­cjantki. No dobra, może nie każdy musi cho­dzić jak Monika, na czarno, w powy­cią­ga­nych swe­trach, ale chyba można zało­żyć nor­malne dżinsy i zwy­kły T-shirt, a nie jakieś cukier­kowe fata­łaszki, od któ­rych czło­wie­kowi robi się nie­do­brze? Mar­cin zacho­wy­wał jed­nak te uwagi dla sie­bie, dosko­nale wie­dząc, że sze­fowa zare­aguje na jego komen­tarz cha­rak­te­ry­stycz­nym dla niej sar­ka­zmem, po któ­rym on będzie się czuł jak idiota. Usiadł przy stole i wycią­gnął tele­fon, uda­jąc, że coś w nim spraw­dza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki