Dzika karta - Michał Cholewa - ebook

Dzika karta ebook

Michał Cholewa

4,6

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Ludzkość po Dniu nadal mierzy się z zagładą dotychczasowego porządku.

Największe zagrożenie, Sztuczne Inteligencje, mają jednak dużą konkurencję w postaci zwalczających się armii.

Na drodze do zwycięstwa Unii Europejskiej oraz Stanów Zjednoczonych staje Imperium, którego wojska okazują się równie bezwzględne jak bezduszne maszyny.

W kolejnej powieści z cyklu Algorytm Wojny Dowództwo Operacji Specjalnych we współpracy z Hex Machiną walczy na wielu frontach, będąc zarazem tylko jednym z elementów wielkiej kosmicznej bitwy.

Czy trudne decyzje, przed jakimi staje Marcin Wierzbowski, pozwolą ocalić ludzkie oblicze świata?

 

Cykl ALGORYTM WOJNY

1. Gambit

2. Punkt cięcia

3. Forta

4. Inwit

5. Sente

6. Dzika karta

Echa - zbiór opowiadań

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 681

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




MICHAŁ CHOLEWA

Dzika karta

 

 

© 2020 Michał Cholewa

© 2020 WARBOOK Sp. z o.o.

 

Re­dak­tor se­rii: Sławomir Brudny

 

Re­dak­cja: Karina Stempel-Gancarczyk

Ko­rek­ta: Agnieszka Pietrzak

 

eBo­ok:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Pro­jekt okład­ki: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

Ilu­stra­cja: Jan Jakub Jasiński

 

ISBN 978-83-65904-83-6

 

Wy­daw­ca: Warbook Sp. z o.o.ul. Bład­nic­ka 65 43-450 Ustroń, www.war­bo­ok.pl

Prolog

Gorignak, Tau I Thermia I,2.11.2214 ESD, 19:11 cza­su lo­kal­ne­go

Wie­dział, że jest źle, gdy sta­cja prze­ka­źni­ko­wa nie od­po­wia­da­ła na wy­wo­ła­nia ra­dio­we. Kie­dy wraz z dru­ży­ną Mor­ten ze­szli le­d­wie wi­docz­ną w noc­nej ule­wie ście­żką na dno ska­li­stej ko­tli­ny i nie wy­wo­łał ich ża­den po­ste­ru­nek war­tow­ni­czy, byli już nie­mal pew­ni. Gdy zaś sie­rżant od­kry­ła, że pe­ry­metr nie re­agu­je za­rów­no na kody, jak i na sy­gna­ły – Ste­in­mann stra­cił wszel­ką na­dzie­ję. Ale kie­dy na swo­im ze­sta­wie wi­zyj­nym po­rucz­nik zo­ba­czył wy­sa­dzo­ne pan­cer­ne wro­ta i le­żące przy nich sku­lo­ne cia­ło, mu­siał przy­znać, że wy­pro­wa­dzi­ło go to z rów­no­wa­gi. Przez do­bre kil­ka chwil na­dal tkwił w przy­klęku za wy­so­kim ka­mie­niem, ob­ser­wu­jąc pro­wa­dzące te­raz w ciem­no­ść we­jście. Po­tem za­czął kląć. Dla­cze­go nie mo­gło udać się raz, choć je­den je­dy­ny raz od cho­ler­ne­go im­pe­rial­ne­go lądo­wa­nia? Czy by­ło­by to zbyt wie­le? Je­den suk­ces w ci­ągu osiem­na­stu go­dzin dzia­łań na­praw­dę by mu wy­star­czył.

– Po­rucz­ni­ku… – Mor­ten spoj­rza­ła na nie­go po­przez ze­staw wi­zyj­ny, na­dal jed­nak mie­rząc lufą er­ka­emu w stro­nę wrót. – Co ro­bi­my?

Ste­in­mann po­wo­li opa­no­wał ca­łko­wi­cie ir­ra­cjo­nal­ną prze­cież wście­kło­ść. Wła­ści­wie nie po­wi­nien był się spo­dzie­wać ni­cze­go in­ne­go. Im­pe­rial­ne siły od sa­me­go lądo­wa­nia dzia­ła­ły na ska­li­stym Go­ri­gna­ku, jak­by ob­ro­ńcy w ogó­le nie ist­nie­li, a wszyst­kie wa­żne dla UE punk­ty i pla­ców­ki znaj­do­wa­ły się na ich ma­pach. Flo­ta na­to­miast… dia­bli wie­dzie­li, co się sta­ło z flo­tą, ale jak mo­żna się było spo­dzie­wać, zo­sta­wi­ła tre­pów do­kład­nie tam gdzie zwy­kle.

– Roz­staw po­ste­ru­nek ob­ser­wa­cyj­ny. Rzu­ćcie oczka i nie daj­cie się po­de­jść. Chcę wie­dzieć, czy te dra­nie na­dal tu są.

– Tak jest. – Mor­ten ski­nęła gło­wą. – A pan, sir?

– Ja? To chy­ba oczy­wi­ste. – Po­rucz­nik Au­gust Ste­in­mann wes­tchnął ci­ężko. – Pój­dę po­roz­ma­wiać z na­szy­mi przy­ja­ció­łmi.

Klep­nął Mor­ten w na­ra­mien­nik pan­ce­rza i ru­szył z po­wro­tem ście­żką, po­przez ule­wę, ku kra­wędzi ko­tli­ny.

***

Żo­łnie­rzy Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych była szóst­ka. Cze­ka­li ra­zem z po­zo­sta­ły­mi sek­cja­mi plu­to­nu Ste­in­man­na na za­bez­pie­czo­nym sta­no­wi­sku po­mi­ędzy po­ro­śni­ęty­mi gęstą pląta­ni­ną ska­ło­chwy­tów gła­za­mi. Do­wo­dził nimi nie­ja­ki po­rucz­nik Wierz­bow­ski – nie­co po­wy­żej śred­nie­go wzro­stu, o po­ci­ągłej twa­rzy i jak­by odro­bi­nę zbyt szcze­rych, przy­ja­znych oczach, na­da­jących mu zwod­ni­czo sym­pa­tycz­ny wy­gląd. Że to tyl­ko po­zo­ry, Ste­in­mann prze­ko­nał się sto­sun­ko­wo szyb­ko, i do te­raz zda­nia nie zmie­nił na lep­sze.

Oesy od pierw­sze­go spo­tka­nia za­cho­wy­wa­ły się zgod­nie ze swo­ją złą sła­wą. Ich od­dział po­ja­wił się na Go­ri­gna­ku na­gle, tuż po im­pe­rial­nym de­san­cie. Na­tych­miast po lądo­wa­niu do­wód­ca udał się do szta­bu ba­ta­lio­nu i za­żądał wspó­łpra­cy – oczy­wi­ście za nic ma­jąc plan dzia­łań jed­nost­ki. Wy­ra­źnie miał też na to ja­kiś pa­pier, bo ma­jor Aen­drit­ta, zwa­na przez pod­wład­nych Sta­lo­wą Ly­dią, ugi­ęła się przed jego żąda­nia­mi wła­ści­wie od razu. Być może zresz­tą słusz­nie – po­rucz­nik za­żądał za­le­d­wie plu­to­nu woj­ska, i to tyl­ko do za­bez­pie­cze­nia mało istot­nej pla­ców­ki prze­ka­źni­ko­wej. Dla Aen­drit­ty mo­gło to ozna­czać w isto­cie nie­wy­so­ką cenę za po­zby­cie się pro­ble­mu. Sam Ste­in­mann miał na ten te­mat wła­sne zda­nie – oesom, po­dob­nie jak duża część kor­pu­su ko­lo­nial­ne­go, zwy­czaj­nie nie ufał, a „mało istot­na pla­ców­ka prze­ka­źni­ko­wa” brzmia­ła dla nie­go nie­po­ko­jąco jak „taj­ne ope­ra­cje”. A to jak za­wsze nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go. Te­raz, w nie­mal ab­so­lut­nej ciem­no­ści nocy Go­ri­gna­ka, kie­dy gęste chmu­ry prze­sła­nia­ły na­wet wąt­pli­we świa­tło gwiazd, a moc­ny deszcz przy­gi­nał do pia­sko­wych skał ni­skie krze­wy ska­ło­chwy­tów, Ste­in­mann mu­siał przy­znać, że obec­no­ść oesów zwy­czaj­nie go nie­po­ko­iła.

– Będzie­my mu­sie­li prze­nie­ść sta­no­wi­sko bli­żej pla­ców­ki – po­wie­dział Wierz­bow­ski, pa­trząc na po­rucz­ni­ka po­przez ciem­ną osło­nę ze­sta­wu wi­zyj­ne­go. Jego głos brzmiał ma­to­wo w słu­chaw­ce kom­lin­ka, zu­pe­łnie jak­by wia­do­mo­ść o za­gła­dzie po­ste­run­ku nie zro­bi­ła na nim żad­ne­go wra­że­nia. – Mu­si­my we­jść do środ­ka.

– To może być trud­ne – od­pa­rł Ste­in­mann nie­pew­nie. – Nie wie­my, gdzie znaj­du­ją się ci, któ­rzy tak za­ła­twi­li na­szych. Zo­sta­wi­łem tam Mor­ten i je­śli…

– Wiem, że to ry­zy­kow­ne – ofi­cer oesów mó­wił na­dal do­kład­nie tym sa­mym to­nem. – I do­brze ro­zu­miem, że nie chce pan ry­zy­ko­wać lu­dzi. Ale, nie­ste­ty, mu­si­my we­jść do środ­ka, i to jak naj­szyb­ciej. Bez pa­ńskie­go ze­spo­łu to na­dal mo­żli­we, lecz o wie­le trud­niej­sze, je­śli po­ja­wi się prze­ciw­nik.

– Dla­te­go wła­śnie pro­po­nu­ję zo­stać tu­taj, po­zwo­lić Mor­ten za­ło­żyć pe­łen pe­ry­metr i zo­ba­czyć, co od­kry­je­my.

– Nie mamy na to cza­su – uci­ął tam­ten. – Je­że­li prze­ciw­nik od­sze­dł, nie wró­ci, a je­śli po­zo­stał w za­sadz­ce, dru­ży­na sie­rżant Mor­ten zwy­czaj­nie go nie od­kry­je, nie w tych wa­run­kach. Mu­si­my tam we­jść, umoc­nić te­ren i za­ła­twić spra­wę szyb­ko.

– Je­śli tam na nas cze­ka­ją, pa­ku­je­my się w sam śro­dek za­sadz­ki.

– Je­śli tam na nas cze­ka­ją – od­po­wie­dział ofi­cer – to zna­czy, że wie­dzą, jak istot­na była ta pla­ców­ka, a wte­dy za­sadz­ka na­wet nie roz­po­czy­na li­sty kło­po­tów, w ja­kich się zna­le­źli­śmy.

Ste­in­mann po­pa­trzył na wy­ci­na­ne roz­bi­ja­ny­mi kro­pla­mi desz­czu na tle nocy syl­wet­ki oesów. Za­baw­ne, jak często ta­kie rze­czy mó­wią wła­śnie ci, któ­rzy z ja­kie­goś po­wo­du nie mu­szą so­bie z ewen­tu­al­ną za­sadz­ką ra­dzić, po­my­ślał gorz­ko, już wie­dząc, że za chwi­lę będzie mu­siał ustąpić.

***

Na ekra­nie kon­so­le­ty, osło­ni­ętym przed za­ci­na­jącą gęsto ni­czym prysz­nic ule­wą częścio­wo po­chy­łą ska­łą, a częścio­wo syl­wet­ką sa­me­go Ste­in­man­na, ja­rzył się podświe­tlo­ny na zie­lo­no pro­wi­zo­rycz­ny pe­ry­metr roz­sta­wio­ny przez jego plu­ton. Żad­nych in­tru­zów, żad­nych kon­tak­tów – przy­naj­mniej nie ta­kich, któ­re wy­chwy­ci­ły­by roz­miesz­czo­ne w ko­tli­nie sen­so­ry. Po raz ko­lej­ny spraw­dził mel­dun­ki z po­ste­run­ków, ale wszyst­kie się zgła­sza­ły – i nie mel­do­wa­ły ni­cze­go nie­po­ko­jące­go. Nie stłu­mi­ło to w ża­den spo­sób nie­po­ko­ju ofi­ce­ra, nie­mo­gące­go uwol­nić się od na­tar­czy­wej my­śli, że sie­dzą do­kład­nie w miej­scu, gdzie on sam chcia­łby wi­dzieć prze­ciw­ni­ka, gdy­by pró­bo­wał ata­ko­wać ukry­tą w ska­li­stej ko­tlin­ce pla­ców­kę.

Spro­wa­dził swój plu­ton w oko­li­cę roz­bi­te­go bun­kra do­bre pół go­dzi­ny temu. Dwie dru­ży­ny ze­szły ostro­żnie ró­żny­mi ście­żka­mi w dół ko­tli­ny i za­jęły po­zy­cje obok trzy­ma­jącej war­tę Mor­ten. Na gó­rze, po prze­ciw­nych ko­ńcach ska­li­stej niec­ki, po­zo­sta­li tyl­ko Ti­ley i Roe. W ci­ągu ko­lej­nych mi­nut od roz­sta­wie­nia się przy celu, za po­mo­cą prze­no­śnych sen­so­rów OC-7KA, na­zy­wa­nych piesz­czo­tli­wie oczka­mi, od­dział two­rzył, a na­stępie po­sze­rzał stre­fę oczuj­ni­ko­wa­ną. Ste­in­mann, co praw­da, był prze­ko­na­ny, że po­śród gęstych gła­zów i po­ra­sta­jących je krze­wów, ci­ągle fa­lu­jących pod za­ci­na­jącym desz­czem, będą dzia­ła­ły co naj­mniej ka­pry­śnie, ale – le­piej było mieć ta­kie czuj­ni­ki niż żad­ne. Nie­co wi­ęk­sze mo­żli­wo­ści mie­li war­tow­ni­cy, osło­ni­ęci CSS-owym ka­mu­fla­żem i ob­ser­wu­jący oko­li­cę przez wzmac­nia­cze ob­ra­zu. Mimo to Ste­in­mann na­dal miał wra­że­nie, że będą po­trze­bo­wać wi­ęcej niż tro­chę szczęścia, by wy­kryć pod­kra­da­jące­go się wro­ga. Na ra­zie jed­nak istot­nie nikt ich nie ata­ko­wał – a to mógł być do­bry znak.

Sa­mych oesów nie było już wte­dy z nimi. Cała szóst­ka we­szła w ciem­no­ść za roz­bi­ty­mi wro­ta­mi pla­ców­ki prze­ka­źni­ko­wej na­tych­miast po przy­by­ciu na miej­sce i od tej chwi­li nie ode­zwa­li się ani razu. Je­dy­ne, co po­zo­sta­wi­li za sobą, to kody wy­wo­ław­cze, któ­re mie­li po­dać, wra­ca­jąc, oraz su­ro­wy za­kaz łącz­no­ści da­le­kie­go za­si­ęgu, któ­re­go na ra­zie Au­gust Ste­in­mann za­mie­rzał prze­strze­gać. A przy­naj­mniej tak dłu­go, do­pó­ki nie będzie to ozna­cza­ło za­gro­że­nia dla jego lu­dzi.

– Jak pan my­śli, cze­go oni chcą? – usły­szał głos Mor­ten w kom­lin­ku.

– Nie mam po­jęcia – od­po­wie­dział po­rucz­nik, zer­ka­jąc ze swo­jej po­zy­cji na znisz­czo­ny bun­kier. Sys­tem wi­zyj­ny uka­zy­wał moc­no prze­kon­tra­sto­wa­ny ob­raz ja­śniej­szej ramy wrót, ewi­dent­nie wy­sa­dzo­nych od ze­wnątrz, sza­ro­ść ko­mo­ry we­jścio­wej i roz­dar­te wro­ta na jej ko­ńcu. Za nimi, o czym wie­dział, znaj­do­wał się ostro skręca­jący pod kątem pro­stym ko­ry­tarz idący sko­sem w dół, w głąb trze­wi pla­ców­ki. – Ża­den inny prze­ka­źnik ich nie in­te­re­so­wał.

– Na­praw­dę?

– W sek­to­rze dzia­łań ba­ta­lio­nu są jesz­cze dwa ta­kie jak ten. Na­wet nie za­jąk­nęli się na ich te­mat. Tu musi być coś spe­cjal­ne­go.

– Cie­ka­we co. Może za­po­mnie­li cze­goś, kie­dy byli tu ostat­nio?

Fak­tem było, że Do­wódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych na­wie­dzi­ło Go­ri­gnak już dru­gi raz od roz­po­częcia woj­ny. Za pierw­szym ra­zem byli tu­taj na sa­mym jej po­cząt­ku i przy­by­li na po­kła­dach okrętów moc­no po­trza­ska­ne­go ze­spo­łu unij­no-ame­ry­ka­ńskie­go, wra­ca­jąc chy­ba z pierw­szej lub jed­nej z pierw­szych bi­tew no­we­go kon­flik­tu na te­re­nie Im­pe­rium. Ste­in­mann po­dej­rze­wał, że wła­śnie tam­ten łączo­ny ze­spół od­po­wia­dał za im­pe­rial­ne ude­rze­nie – pew­nie po do­ga­da­niu się z Ame­ry­ka­na­mi UE po­czu­ła się sil­na i, jak to zwy­kle by­wa­ło, prze­li­czy­ła się. Wkrót­ce bo­wiem na­de­szły wie­ści o chi­ńskim ude­rze­niu na sta­bil­ną od lat li­nię fron­tu, a po­tem po­dob­no też na Ame­ry­ka­nów. Naj­wy­ra­źniej Nie­bia­ński Smok, kie­dy już się go roz­dra­żni­ło, nie uzna­wał pó­łśrod­ków.

– Nie sądzę, że­byś się kie­dy­kol­wiek mia­ła do­wie­dzieć. – Ste­in­mann za­śmiał się po­nu­ro. – Ale za­py­taj, może ci po­wie­dzą.

– Ja­sne…

Po­rucz­nik opa­rł się o ska­łę, prze­bie­gł wzro­kiem wszyst­kie po­zy­cje wła­snych lu­dzi, le­d­wo wi­docz­ne w prze­sło­ni­ętej kur­ty­ną wody nocy. Wsłu­chał się w bęb­ni­ący o hełm deszcz. Zda­wał się od­ci­nać go od świa­ta ca­łko­wi­cie i choć Ste­in­mann wie­dział, że pod­wład­ni są w po­bli­żu, na­gle po­czuł się bar­dzo, bar­dzo sa­mot­ny. Pan­cerz mimo hy­dro­fo­bo­wych ma­te­ria­łów wy­da­wał się ci­ężki od wody, a ka­ra­bin dziw­nie nie­po­ręcz­ny. W ze­sta­wie wi­zyj­nym nie­bo było czar­ną po­wierzch­nią upstrzo­ną sza­ry­mi punk­ta­mi prze­bar­wień wzmac­nia­cza ob­ra­zu. Mężczy­znę stop­nio­wo ogar­nia­ło znu­że­nie, czas upły­wał w dziw­nym tem­pie, od­li­cza­nym od­de­cha­mi i zmia­na­mi ryt­mu fa­lo­wa­nia ugi­ętych pod ci­ęża­rem stru­mie­ni wody ska­ło­chwy­tów. Mi­ja­ły mi­nu­ty.

Ock­nął się z za­my­śle­nia na głos Wierz­bow­skie­go, rwący się i przy­tłu­mio­ny w słu­chaw­ce. Tam­ci mu­sie­li być jesz­cze w bun­krze.

– Po­rucz­ni­ku Ste­in­mann. Wy­cho­dzi­my do was.

– Ze­brać lu­dzi do wy­mar­szu? – Mi­mo­cho­dem spraw­dził na­de­sła­ny pa­kiet ko­dów wy­wo­ław­czych. Zga­dza­ły się.

– Tak jest. Mamy wszyst­ko, co było nam po­trzeb­ne.

Ofi­cer spoj­rzał w stro­nę we­jścia do bun­kra i już po chwi­li zo­ba­czył sze­ść plam sza­ro­ści zna­czących po­zy­cje lu­dzi Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych. Od­dział po­ko­nał truch­tem kil­ka­na­ście me­trów te­re­nu przed bra­mą i za­pa­dł po­mi­ędzy ska­ło­chwy­ty, by za chwi­lę po­ja­wić się tuż obok ze­spo­łu Mor­ten i sa­me­go Ste­in­man­na.

– Jak sy­tu­acja? – za­py­tał po­rucz­nik.

Ku jego za­sko­cze­niu, oes od­po­wie­dział.

– Prze­szli me­to­dycz­nie po­miesz­cze­nie po po­miesz­cze­niu – mó­wił, od­bie­ra­jąc od ni­skiej, drob­nej ka­pral uru­cho­mio­ną kon­so­le­tę. Spoj­rzał na ekran. – Wy­bi­li całą ob­sa­dę, pra­wie bez wal­ki, nasi praw­do­po­dob­nie zo­rien­to­wa­li się, że są ata­ko­wa­ni, do­pie­ro w chwi­li, kie­dy wy­sa­dzo­no wro­ta. Fa­cho­wa ro­bo­ta. Sprzętu pra­wie nie tknęli pod­czas ak­cji, znisz­czy­li go pó­źniej.

Od­dał kon­so­le­tę pod­wład­nej, od któ­rej ją za­brał. Coś do niej po­wie­dział, ale na pry­wat­nym ka­na­le, a po­przez deszcz Ste­in­mann nie wy­ła­pał ani sło­wa. Po­tem zwró­cił się na po­wrót ku do­wód­cy plu­to­nu.

– Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że pró­bu­ją prze­chwy­cić łącz­no­ść, ale wy­gląda na to, że się na­ci­ęli, przy­naj­mniej tro­chę.

– Skąd pan wie?

Tam­ten przez chwi­lę mil­czał, ob­ser­wu­jąc ka­pral przy ze­sta­wie łącz­no­ścio­wym.

– Wiem. – Spraw­dził ma­ga­zy­nek, po czym od­wró­cił się w stro­nę pod­wład­nej i zno­wu coś po­wie­dział, bo tam­ta ski­nęła gło­wą. – Pa­nie po­rucz­ni­ku, za mo­ment…

Im­pe­rium ude­rzy­ło na­gle i bez ostrze­że­nia, do­kład­nie tak, jak Ste­in­mann się oba­wiał. Ni­cze­go nie wy­ła­pa­ły oczka, ogłu­szo­ne przez usia­ny ska­ła­mi te­ren i rzęsi­stą ule­wę. Na­gle po pro­stu usły­szał w słu­chaw­ce na ogól­nym ka­na­le głos Eve­la, nie­wy­ra­źny i znie­nac­ka urwa­ny. Do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie w kom­lin­ku roz­le­gł się pod­nie­sio­ny głos Fuchs.

– Ogień na po­zy­cje dru­ży­ny C z kie­run­ku zero-pięć-osiem! – mel­do­wa­ła sie­rżant. – Ozna­czam po­zy­cje trzech strzel­ców, Evel do­stał!

– Ogień na po­zy­cje dru­ży­ny A, kie­ru­nek dwa-dwa-czte­ry – zgło­sił Kolm. Po­śród szu­mu desz­czu ofi­cer usły­szał stłu­mio­ny ja­zgot ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go, a po chwi­li wtó­ru­jące mu ka­ra­bin­ki dru­ży­ny sie­rżant.

– Cele, mel­do­wać cele. – Skie­ro­wał ka­ra­bin na po­da­ny przez Fuchs na­miar, ale nic nie do­strze­gł. Ob­ró­cił się więc do Mor­ten. – Ob­staw­cie zero-pięć-osiem, na­tych­miast, chcę mieć ob­raz tam­te­go te­re­nu jak naj­szyb­ciej!

Dwa kie­run­ki, po­my­ślał zde­ner­wo­wa­ny. Tam­ci jak nic zdąży­li się przy­go­to­wać i ude­rzy­li do­pie­ro, kie­dy uzna­li, że mają wy­star­cza­jąco do­bre po­zy­cje do ata­ku. Praw­do­po­dob­nie usi­ło­wa­li ich za­go­nić na po­łud­nie, a to zna­czy­ło, że tam za­pew­ne też ktoś cze­ka. Spoj­rzał bez­rad­nie w ciem­no­ść w kie­run­ku prze­ciw­le­głym do na­tar­cia wro­ga, z ir­ra­cjo­nal­ną na­dzie­ją, że wy­pa­trzy pu­łap­kę, ale oczy­wi­ście nie do­strze­gł ni­ko­go.

– Po­rucz­ni­ku, mu­si­my się ewa­ku­ować jak naj­szyb­ciej – zwró­cił się do oesa. – Spró­bu­je­my ude­rzyć pe­łną siłą na pó­łnoc­ny wschód przez zero-pięć-osiem.

– Do­sko­na­ły po­my­sł.

– Może nam pan po­móc?

Gdzieś bar­dzo bli­sko roz­le­gło się rów­ne stac­ca­to er­ka­emu Mor­ten, do któ­re­go chwi­lę pó­źniej do­łączy­ły krót­kie se­rie z ka­ra­bin­ków jej lu­dzi.

– Spró­bu­je­my prze­drzeć się na po­łud­nie – po­wie­dział spo­koj­nie ofi­cer oesów. – Ru­szy­my jed­no­cze­śnie z wami. Po­wo­dze­nia.

– Ja­sne. – Spoj­rze­nie Ste­in­man­na na szczęście było zu­pe­łnie nie­wi­docz­ne przez ze­staw wi­zyj­ny. Oczy­wi­ście, że oesy nie mo­gły mu po­móc, po co pa­ko­wać się w noc­ną po­tycz­kę, sko­ro może ją za nich za­ła­twić pie­cho­ta. Za­klął gło­śno, upew­niw­szy się jed­nak, że wcześ­niej wy­łączył mi­kro­fon kom­lin­ka. Wierz­bow­ski jed­nak już zaj­mo­wał się czy­mś in­nym, zwró­co­ny w stro­nę wła­sne­go od­dzia­łu. Zresz­tą nie to było te­raz wa­żne. Ste­in­mann mu­siał za­dbać o swo­ich.

Po­rucz­nik ro­zej­rzał się, wsłu­chu­jąc w stłu­mio­ny od­głos wy­strza­łów. Jak nic dwa ka­emy, po­my­ślał, przy­naj­mniej pięć do sze­ściu osób, na ka­żdym z kie­run­ków ata­ku… Se­ria eks­plo­zji roz­ja­śni­ła ekran jego go­gli, za­bły­snął bia­ło-zło­tym świa­tłem od­czyt ter­micz­ny, je­den, po­tem szyb­ko kil­ka na­stęp­nych. W kom­lin­ku usły­szał gło­śny mel­du­nek Kolm. Na od­czy­tach znik­nęły sy­gna­ły dwóch oczek, ktoś – trud­no mu było po­wie­dzieć kto – wy­da­rł się do mi­kro­fo­nu. Bli­ski za­si­ęg, oce­nił, gra­na­ty mo­ździe­rza au­to­ma­tycz­ne­go. I to od razu cel­ne, na­wet w tych pie­przo­nych wa­run­kach.

– Roe! Ti­ley! – wrza­snął do mi­kro­fo­nu. – Na­mierz­cie mi, skąd wali mo­ździerz! Kolm, Mor­ten, Vic­kers, za mną, zero-pięć-osiem!

Ru­szył w wy­zna­czo­nym kie­run­ku, sta­ra­jąc się trzy­mać ni­sko i w po­bli­żu wy­ższych gła­zów. Do­oko­ła mi­ga­ły mu syl­wet­ki lu­dzi Mor­ten, na prze­mian po­ja­wia­jących się i gi­nących po­mi­ędzy ska­ła­mi. Mi­nęła mi­nu­ta, po­tem ko­lej­ne klu­cze­nia pra­wie na oślep. Cho­le­ra, nie wi­dział jesz­cze ani jed­ne­go wro­ga, cza­sem je­dy­nie strze­lał, mie­rząc w po­je­dyn­cze bły­ski wy­bu­chów i de­li­kat­ne ciepl­ne od­czy­ty pro­wa­dze­nia ognia.

– Roe, Ti­ley?

– Ti­ley, jest ruch na za­chod­niej ścia­nie, czte­ry oso­by, roz­ka­zy?

– Prze­każ na­miar Vic­ker­so­wi. – Ste­in­mann od­ru­cho­wo spoj­rzał w po­da­nym kie­run­ku. – Vic­kers, wal­cie z er­ka­emów na po­da­ny na­miar, Ti­ley, ko­ry­guj!

Za­ja­zgo­ta­ły dwa ręcz­ne ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we dru­ży­ny Vic­ker­sa, po chwi­li do­łączy­ły do nich gra­nat­nik i lżej­sza broń. Krót­ką, in­ten­syw­ną ka­no­na­dę za­kłó­cił ko­lej­ny wy­buch gra­na­tów, gdzieś mi­ędzy Ste­in­man­nem a ze­spo­łem Fuchs.

– Tu Roe. Mam na­miar na mo­ździerz, jest za pó­łnoc­ną kra­wędzią, ob­sta­wiam ja­kieś osiem­dzie­si­ąt do stu me­trów – usły­szał zdu­szo­ny mel­du­nek zwia­dow­cy. – We­dług od­czy­tu trans­por­ter.

– Cho­le­ra. – Ste­in­mann za­trzy­mał się, opa­rł o ska­łę. – Mor­ten, stać, mają ci­ężkie wspar­cie.

Trans­por­ter, był tego pe­wien, nie po­ja­wił się tam sam, za­pew­ne Im­pe­rium mia­ło roz­sta­wio­ną przy­naj­mniej dru­ży­nę pie­cho­ty na po­zy­cjach osło­no­wych.

– Wy­tną nas tu­taj! – wrza­snął ktoś, ca­łkiem traf­nie pod­su­mo­wu­jąc ich sy­tu­ację.

Pew­nie, że wy­tną, po­my­ślał po­rucz­nik. Wyj­rzał zza ska­ły tyl­ko po to, by cof­nąć się na­tych­miast, kie­dy tuż obok nie­go bzyk­nęła kula, tak bli­sko, że usły­szał ją mimo ule­wy. Chwi­lę pó­źniej ko­lej­na se­ria mo­ździe­rzo­wych gra­na­tów ude­rzy­ła w dno ko­tli­ny.

– Nie mo­że­my iść na pó­łnoc, wpa­ku­je­my się w ich ci­ężkie wspar­cie. – Tym ra­zem był nie­mal pe­wien, że zo­ba­czył strzel­ca nie wi­ęcej niż pi­ęćdzie­si­ąt me­trów od sie­bie. Bez na­my­słu wy­mie­rzył i po­słał kil­ka krót­kich se­rii w stro­nę ciepl­ne­go od­czy­tu, po czym sku­lił się i bły­ska­wicz­nie zmie­nił po­zy­cję, wpa­da­jąc za kępę ska­ło­chwy­tów.

– Roe, Ti­ley, po­trze­bu­je­my tra­sy ewa­ku­acyj­nej, nie mo­że­my tu zo­stać – po­wie­dział, strze­pu­jąc kro­ple z mo­krych ręka­wic. – Vic­kers, po­łącz nas z ba­ta­lio­nem, mu­si­my mieć wspar­cie z po­wie­trza. Wstrzy­mu­je­my marsz na pó­łnoc, znaj­dźcie osło­ny i cze­ka­my!

Dzia­ło się do­kład­nie tak, jak się oba­wiał. Prze­ciw­nik oto­czył ko­tli­nę i te­raz wy­łu­ski­wał ich, oto­czo­nych na gor­szych po­zy­cjach. Ste­in­mann miał wra­że­nie, iż to, że plu­ton na­dal wal­czy, wy­ni­ka głów­nie z fa­tal­nej po­go­dy. Ale to nie mo­gło trwać dłu­go.

Pra­wie kwa­drans mi­nął, nim do­sta­li od­po­wie­dź z ba­ta­lio­nu, kwa­drans, w któ­rym jego od­dział ani tro­chę nie po­pra­wił wła­snej sy­tu­acji. Ostrzał Vic­ker­sa zmu­sił do cof­ni­ęcia się im­pe­rial­ne woj­sko na za­chod­nim ze­jściu, ale sie­rżant mu­siał prze­rwać ak­cję, kie­dy z ko­lei w jego dru­ży­nę wstrze­lał się trans­por­ter. Mor­ten nie żyła, a przy­naj­mniej – nie od­zy­wa­ła się. Fuchs i jej lu­dzie na­dal pro­wa­dzi­li ogień w kie­run­ku po­je­dyn­czych kon­tak­tów, któ­re po­ja­wia­ły się na dnie ska­li­stej niec­ki. Kil­ka mi­nut temu zgi­nął Roe, tak na­gle, że Ste­in­mann nie wie­dział na­wet, co się sta­ło. Ale wróg na kra­wędzi ko­tli­ny po­zo­sta­wał dla nich prak­tycz­nie nie do ru­sze­nia, nie z ich po­zy­cji.

– Po­rucz­ni­ku, jest wia­do­mo­ść z ba­ta­lio­nu! – Ma­cov, łącz­no­ścio­wiec Vic­ker­sa, mó­wił gło­śno, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć trza­ski na łączach. – Na­wi­ąza­li kon­takt bo­jo­wy z wro­giem. Wy­ślą nam wspar­cie, kie­dy tyl­ko będą w sta­nie.

Na kil­ka se­kund wo­kół Ste­in­man­na za­pa­dła ab­so­lut­na ci­sza. Umil­kł deszcz, wy­strza­ły i trzask kom­lin­ków, umil­kły na­wet eks­plo­zje mo­ździe­rzo­wych gra­na­tów. Przez krót­ką chwi­lę po otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści po­rucz­nik sły­szał tyl­ko swój od­dech.

Kon­takt z wro­giem. To zna­czy­ło, że po­mo­cy nie będzie. Ba­ta­lion miał wła­sne pro­ble­my i plu­ton Ste­in­man­na był na da­le­kim miej­scu, je­śli cho­dzi o uwa­gę do­wód­ców. Zła noc, po­my­ślał zre­zy­gno­wa­ny, słu­cha­jąc mel­dun­ku Fuchs, któ­ra wła­śnie tra­ci­ła ko­lej­ne­go żo­łnie­rza w bli­skiej eks­plo­zji.

– Ti­ley? – po­wie­dział znu­żo­nym gło­sem. – Wy­co­fuj się poza stre­fę wal­ki, nie otwie­raj ognia do ni­ko­go, chy­ba że będziesz bez­po­śred­nio za­gro­żo­na.

– A co z plu­to­nem? – spy­ta­ła rze­czo­wo i po­rucz­nik po­czuł na­gle pew­ną dumę z pod­wład­nej.

Ste­in­mann wes­tchnął ci­ężko. W słu­chaw­ce roz­le­gł się czy­jś krót­ki, roz­pacz­li­wy krzyk.

– Plu­ton wy­co­fu­je się in­dy­wi­du­al­nie – od­pa­rł ci­cho. – Często­li­wo­ść awa­ryj­na trze­cia, spraw­dzaj co go­dzi­nę.

Prze­łączył kom­link na ka­nał ogól­ny, by wy­dać od­po­wied­nie roz­ka­zy swo­im lu­dziom. Po­go­da była fa­tal­na, li­czeb­no­ść do ni­cze­go. Je­śli mie­li ucie­kać, to te­raz były do­sko­na­łe wa­run­ki. Co nie zna­czy­ło, że mają duże szan­se. Przez chwi­lę po­my­ślał jesz­cze o oesach, któ­re za­pew­ne wy­ko­rzy­sta­ły cha­os po­tycz­ki, by wy­co­fać się po ci­chu. Cho­ler­ne dra­nie.

***

Unij­ny nisz­czy­ciel za­bły­snął ak­ty­wa­cją na­pędu me­trycz­ne­go, a po­tem znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie pu­stą prze­strzeń. Ad­mi­rał Liao Tzu przez dłu­ższy czas mil­czał, pa­trząc na ekran tak­tycz­ny „Szma­rag­du”, na iko­ny re­pre­zen­tu­jące idące z po­ści­giem okręty wy­asy­gno­wa­ne z jego eska­dry.

– Łącz­no­ść z „Pie­śni Bo­jo­wej” – zgło­sił łącz­no­ścio­wiec, spo­gląda­jąc ukrad­kiem na ad­mi­ra­ła i sto­jące­go przy nim man­da­ry­na.

Ad­mi­rał le­d­wo do­strze­gal­nie ski­nął gło­wą. Do­wo­dząca „Pie­śnią” była am­bit­na i z pew­no­ścią nie­uda­na po­goń będzie ją tra­pi­ła jesz­cze przez ja­kiś czas, na­wet je­śli Liao spo­dzie­wał się ta­kie­go re­zul­ta­tu, z chwi­lą kie­dy wy­zna­czył oba nisz­czy­cie­le do po­ści­gu za umy­ka­jącym „Pio­łu­nem”. Ther­mia, nad któ­rą obec­nie znaj­do­wa­ła się wi­ęk­szo­ść eska­dry „Szma­rag­du”, była zbyt da­le­ko od Go­ri­gna­ka, by zdążyć.

– Pro­szę prze­ka­zać ko­man­dor Gao, że wy­wi­ąza­ła się z na­ło­żo­ne­go na nią obo­wi­ąz­ku wzo­ro­wo – po­wie­dział, spo­gląda­jąc na łącz­no­ściow­ca. – Te­raz niech za­wró­ci swój ze­spół i po­wró­ci na or­bi­tę Ther­mii.

Spoj­rzał raz jesz­cze na ho­lo­gra­ficz­ny ekran tuż obok swo­je­go sta­no­wi­ska. Wy­świe­tlał on ra­port z prze­słu­cha­nia unij­nych żo­łnie­rzy schwy­ta­nych przy po­ste­run­ku łącz­no­ścio­wym Eta-29. Oczy­wi­ście do­my­śla­li się, że w ba­zach da­nych pla­ców­ki znaj­do­wa­ło się coś istot­ne­go, w in­nym przy­pad­ku prze­cież Do­wódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych ni­g­dy nie wy­sła­ło­by tam swo­ich lu­dzi. Nie mie­li jed­nak po­jęcia, co do­kład­nie. Ża­den z nich nie wie­dział o wia­do­mo­ściach na te­mat prze­chwy­co­nych przez UE ope­ra­to­rów pro­jek­tu De­dal, któ­re wy­sła­no wkrót­ce po bi­twie w The­ta II Ke­pler wła­śnie za po­śred­nic­twem tam­tej pla­ców­ki. Nikt na­wet nie łączył obec­no­ści żo­łnie­rzy Do­wódz­twa z po­by­tem w sys­te­mie eskadr umy­ka­jących z Bor­ta­li.

– Po­zwo­lę so­bie za­dać py­ta­nie, szla­chet­ny Żu­ra­wiu, gdyż po­zo­sta­ję bez­rad­ny wo­bec zło­żo­no­ści za­my­słu Nie­bia­ńskie­go Smo­ka – po­wie­dział Liao, prze­nió­słszy spoj­rze­nie z ho­lo­gra­mu na star­ca w żó­łtych je­dwab­nych sza­tach, ob­ser­wu­jące­go go nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem czar­nych jak ob­sy­dian oczu. – Czy nie osła­bi­li­śmy wła­snej po­zy­cji po­przez nasz nie­uda­ny po­ścig za „Pio­łu­nem”?

– Wręcz prze­ciw­nie. – Na po­marsz­czo­nej jak su­szo­na śliw­ka twa­rzy man­da­ry­na wy­kwi­tł po­god­ny uśmiech, a opusz­ki dłu­gich, chu­dych pal­ców ze­tknęły się na wy­so­ko­ści pier­si star­ca. – Do­pie­ro te­raz ob­raz, któ­ry chciał na­ma­lo­wać Nie­bia­ński Smok, jest kom­plet­ny. Do­pie­ro te­raz mo­żna wy­ci­ągnąć z nie­go wnio­ski, na któ­re mie­li­śmy na­dzie­ję. A jak mówi mędrzec, je­śli znasz sie­bie i swe­go wro­ga, prze­trwasz po­my­śl­nie sto bi­tew.

Liao Tzu spoj­rzał na ekran tak­tycz­ny, po­tem na wy­świe­tlo­ną obok nie­go mapę sie­ci po­łączeń me­trycz­nych, wraz z na­nie­sio­ną na nią zło­tą kulą, ma­jącą śro­dek w jed­nym z unij­nych sys­te­mów.

– Oba­wiam się, o szla­chet­ny, że po­zwo­li­li­śmy wro­go­wi po­znać na­sze ser­ca i za­mia­ry. Te­raz będzie go­to­wy.

Man­da­ryn przez dłu­ższy czas mil­czał, przy­gląda­jąc się Liao spo­koj­nym wzro­kiem.

– Kie­dy prze­ciw­nik po­zwa­la trwo­dze o ży­cie opa­no­wać umy­sł, pro­wa­dzi go in­stynkt – po­wie­dział w ko­ńcu. – Nie my­śli i nie pla­nu­je. Tyl­ko dzia­ła. I pędzi ra­to­wać, co ma naj­cen­niej­sze­go. Wpraw­ny łow­ca wie, że wy­star­czy tyl­ko spoj­rzeć do­kąd. ■

1. Pułapka

EUS „Piołun”,25.11.2214 ESD, 19:12

Po­most bo­jo­wy jesz­cze przez uła­mek se­kun­dy po prze­jściu trwał w dziw­nym za­wie­sze­niu. Po­tem rze­czy­wi­sto­ść roz­po­częła gwa­łtow­ne nad­ra­bia­nie opó­źnie­nia.

Eli­se Mo­ore naj­pierw po­czu­ła gwa­łtow­ne szarp­ni­ęcie i na mo­ment za­wi­sła w pa­sach, na­stęp­nie po­ja­wił się skręca­jący, od­bie­ra­jący siły ból w żo­łąd­ku, a za­raz po­tem do­wód­ca „Pio­łu­nu” wy­kasz­la­ła krew na we­wnętrz­ną po­wierzch­nię fil­tra he­łmu. Płu­ca pa­li­ły ją ży­wym pło­mie­niem, pul­su­jący ból żo­łąd­ka pro­mie­niał na całe cia­ło obez­wład­nia­jącą falą. Roz­ma­za­ny ob­raz wró­cił, naj­pierw na mo­ment, po­tem na dłu­żej, uka­zu­jąc wi­dok jak z kosz­mar­ne­go snu.

Ho­lo­wy­świe­tla­cze two­rzące świetl­ną pó­łs­fe­rę wo­kół sta­no­wi­ska mi­go­ta­ły, oświe­tle­nie po­mo­stu na kil­ka chwil prze­szło na alar­mo­we, a pó­źniej jesz­cze parę razy zmie­ni­ło na­tęże­nie świa­tła. W ko­lej­nych ude­rze­niach ja­sno­ści Mo­ore wi­dzia­ła, w jak ci­ężkim sta­nie jest po­most, jak bar­dzo nie­czy­sto „Pio­łun” wsze­dł do sys­te­mu. Na­wi­ga­tor Poya krzy­czał coś do ko­mu­ni­ka­to­ra nad czar­nym, wy­łączo­nym wy­świe­tla­czem, a po­rucz­nik Ro­sa­rio, nie­wzru­sze­nie pra­cu­jąca przy trzech ekra­nach swo­je­go sta­no­wi­ska in­ży­nie­ryj­ne­go, zda­wa­ła się to­nąć w pie­kiel­nej po­świa­cie po­ły­sku­jących na nich alar­mów. Ni­ski, drob­ny Chan­dra nie­mal skła­dał się wpół, wstrząsa­ny do­no­śnym, mo­krym kasz­lem, a na fil­trze jego he­łmu po­ja­wia­ły się ko­lej­ne czer­wo­ne roz­bry­zgi. Po­zo­sta­li zbie­ra­li się po cio­sach, ja­kie spro­wa­dzi­ło na nich prze­jście me­trycz­ne. Na­wet wpi­ęty w sta­no­wi­sko wach­to­we­go pu­łkow­nik Bris­ba­ne z Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych wy­da­wał się bla­dy jak ścia­na.

– Wszyst­kie… – Do­pie­ro pró­bu­jąc wy­dać po­le­ce­nie, ko­man­dor zo­rien­to­wa­ła się, że gar­dło ma za­le­pio­ne ślu­zem. Od­kaszl­nęła kil­ka razy, po­ci­ągnęła dłu­gi łyk z za­pa­sów wody ska­fan­dra. – Wszyst­kie sta­no­wi­ska, ra­por­to­wać!

Te­raz było już le­piej, choć na­dal tyl­ko mi­ni­mal­nie.

– Ka­dłub szczel­ny – głos Ro­sa­rio brzmiał uspo­ka­ja­jąco, na­wet je­śli sama po­rucz­nik była zde­ner­wo­wa­na. – Re­ak­to­ry dzia­ła­ją na po­ło­wie mocy, pod­trzy­my­wa­nie ży­cia żó­łte, ale z per­spek­ty­wa­mi. Szpe­racz prze­ci­ążo­na, trans­por­to­wa­na do am­bu­la­to­rium. Sta­no­wi­sko odłączo­ne.

– Ofia­ry?

– Nikt nie zgła­sza.

Eli­se Mo­ore po­wo­li ski­nęła gło­wą, drżący­mi dło­ńmi uru­cha­mia­jąc sys­tem czysz­czący, któ­ry sta­rł pla­mę krwi z wi­zje­ra, po­zo­sta­wia­jąc jed­nak czer­wo­na­wy po­wi­dok. To był ca­łkiem nie­zły test dzia­ła­nia rąk i ko­man­dor od­no­to­wa­ła go jako umiar­ko­wa­ny suk­ces.

– Mam ra­por­ty z osiem­dzie­si­ęciu pro­cent sen­so­rów, od­zy­sku­ją spraw­no­ść, po­trze­bu­ję trzy­dzie­stu se­kund – za­mel­do­wał Chan­dra gło­sem tłu­mio­nym przez ka­szel.

– Mel­duj, kie­dy co­kol­wiek zo­ba­czysz.

– Wy­rzut­nie je­den–osiem zgła­sza­ją go­to­wo­ść, sti­let­to go­to­we do od­pa­le­nia, brak na­mia­rów. – Ha­skell ci­ągle jesz­cze prze­glądał dane na do­pie­ro co uru­cho­mio­nym ekra­nie wła­sne­go sta­no­wi­ska. – Obro­na punk­to­wa spraw­na w sze­śćdzie­si­ęciu pi­ęciu pro­cen­tach, wy­wo­łu­ję resz­tę ba­te­rii. La­ser da­le­kie­go za­si­ęgu go­tów do wy­pro­wa­dze­nia.

– An­te­ny krót­kie­go za­si­ęgu mil­czą, ma’am, głów­na ma pro­blem z do­pro­wa­dze­niem mocy, ale jest spraw­na.

– Na­dal nie wiem, gdzie je­ste­śmy, po­trze­bu­ję mi­nu­ty lub dwóch.

Mi­nu­ty lub dwóch, skrzy­wi­ła się Mo­ore. Mo­gło być go­rzej, choć opó­źnie­nie wska­zy­wa­ło, że za­rządza­ne przez Poyę sys­te­my moc­no ucier­pia­ły w ich sza­lo­nym, ca­łko­wi­cie nie­zgod­nym z pra­wi­dła­mi na­wi­ga­cji me­trycz­nej wy­ści­gu do Be­ski­dów. Ale tego mo­gła się spo­dzie­wać. I nie tyl­ko.

– Ro­sa­rio, co z na­pędem me­trycz­nym?

Mo­ore spoj­rza­ła wście­kle na pu­łkow­ni­ka Bris­ba­ne’a. To z po­wo­du Au­stra­lij­czy­ka „Pio­łun” wy­ko­ny­wał ko­lej­ne po­spiesz­ne sko­ki na gra­ni­cy prze­ci­ąże­nia na­pędu prak­tycz­nie od cza­su uciecz­ki z Tau I Ther­mia. Spo­kój, z ja­kim Bris­ba­ne zda­wał się pre­zen­to­wać co­raz to nowe upraw­nie­nia, by w ko­lej­nych spra­wach móc wy­dać po­le­ce­nia na jej po­mo­ście bo­jo­wym, po­twor­nie dzia­łał jej na ner­wy.

– Sek­cja zgła­sza prze­ci­ąże­nie sys­te­mu. – Ciem­no­skó­ra po­rucz­nik jak­by cze­ka­ła na to py­ta­nie. – Dys­try­bu­cja mocy, ka­li­bra­cja, po­łącze­nie ze sta­no­wi­skiem szpe­ra­cza.

Eli­se Mo­ore spoj­rza­ła na wła­sną ko­pię ekra­nu in­ży­nie­ryj­ne­go, zaj­mu­jące­go już swo­je miej­sce na ota­cza­jącej ją sza­chow­ni­cy pro­jek­cji. Nie­przy­jem­ny po­ma­ra­ńczo­wy ko­lor ra­por­tu wca­le jej się nie po­do­bał, a te szcze­gó­ły, któ­re była w sta­nie z nie­go szyb­ko wy­ło­wić, zda­wa­ły się po­twier­dzać pe­sy­mi­stycz­ne ocze­ki­wa­nia.

– Jak źle? – za­py­ta­ła ci­cho.

– Po­trze­bu­je­my co naj­mniej kil­ku go­dzin. – Ro­sa­rio jed­no­cze­śnie z mel­dun­ka­mi pi­sa­ła ko­lej­ne kwe­ren­dy na kla­wia­tu­rze wła­sne­go sta­no­wi­ska. – „Pio­łun” jest nie­zdol­ny do ko­lej­nych prze­jść bez re­ka­li­bra­cji i spraw­dze­nia sys­te­mu.

– Ro­zu­miem.

– Kon­tak­ty, trzy, po­praw­ka, czte­ry – za­mel­do­wał Chan­dra już spo­koj­niej­szym gło­sem. – Sie­dem­dzie­si­ąt sze­ść-osiem­na­ście, dy­stans sto osiem.

Na ekra­nie tak­tycz­nym, do­tych­czas po­ka­zu­jącym je­dy­nie sa­mot­ny punkt re­pre­zen­tu­jący „Pio­łun” w czar­nej prze­strze­ni, te­raz po­ja­wi­ły się iko­ny nie­zna­nych kon­tak­tów po pra­wej bur­cie nisz­czy­cie­la, zde­cy­do­wa­nie na dy­stan­sie bo­jo­wym.

– Obro­na punk­to­wa, daj­cie mi go­to­wo­ść na tym wek­to­rze. – Mo­ore z na­my­słem przyj­rza­ła się no­wym kon­tak­tom. To, że były tyl­ko czte­ry, wy­da­wa­ło się do­brym zna­kiem. Żad­nych ra­kiet, przy­naj­mniej na ra­zie. Choć z dru­giej stro­ny, nie mu­sie­li się spie­szyć. – Iden­ty­fi­ka­cja? I Poya, na li­to­ść bo­ską, masz po­twier­dze­nie lo­ka­li­za­cji?

Za­nim na­wi­ga­tor zdążył się ode­zwać, mel­du­nek zgło­sił Pal­la­tio. Ro­sły łącz­no­ścio­wiec, przez buj­ną bro­dę i ogo­rza­łą twarz bu­dzący moc­ne sko­ja­rze­nia z daw­ny­mi pi­ra­ta­mi, ob­ró­cił się w stro­nę sta­no­wi­ska ko­man­dor.

– Wy­wo­łu­ją nas, ma’am – po­wie­dział. – To EUS „Włócz­nia”, pa­trol sys­te­mo­wy Be­ski­dów.

Przez ka­nał łącz­no­ści prze­to­czy­ło się kil­ka ra­do­snych po­mru­ków. Sama Eli­se Mo­ore ode­tchnęła głębiej. Be­ski­dy. Tra­fi­li więc tam, gdzie za­mie­rza­li. I – co ostat­ni­mi cza­sy wca­le nie było oczy­wi­ste – sys­tem na­dal był pod kon­tro­lą Unii.

– Daj ich na bez­po­śred­nie. – Pierw­szy raz od do­brych kil­ku­na­stu go­dzin po­zwo­li­ła so­bie na uśmiech, po czym ob­ró­ci­ła się w stro­nę Bris­ba­ne’a.

Sza­re oczy pu­łkow­ni­ka mie­rzy­ły ją nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem.

– Tym ra­zem się uda­ło – po­wie­dzia­ła Mo­ore. – Ale na­stęp­ne­go sko­ku nie za­twier­dzę bez przy­naj­mniej dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin…

– Ma pani ra­cję. – Au­stra­lij­czyk ski­nął gło­wą pod he­łmem. – Nie mo­że­my ry­zy­ko­wać bar­dziej, niż to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. W Be­ski­dach jest, na ile pa­mi­ętam, spo­ra ko­lo­nia, w do­dat­ku z wła­snym do­kiem re­mon­to­wym. Pro­po­nu­ję za­trzy­mać się tu na czas po­trzeb­ny do pe­łne­go przy­go­to­wa­nia „Pio­łu­nu” do dal­sze­go rej­su.

Za­nim ofi­cer zdo­ła­ła się na do­bre zdzi­wić, ekran łącz­no­ści jej sta­no­wi­ska ożył, uka­zu­jąc po­nu­rą twarz ko­man­dor po­rucz­nik Oester­lund, do­wód­cy „Włócz­ni”.

Dziw­ne, ale Mo­ore nie czu­ła te­raz, jak jesz­cze przed chwi­lą, ulgi. Jej miej­sce za­jął nie­po­kój, pod­sy­ca­ny spo­koj­nym, pew­nym sie­bie spoj­rze­niem ofi­ce­ra oesów.

Kosmoport imienia Mirosława Hermaszewskiego, Nowy Kraków, Eta IV Melchior,27.11.2214 ESD, 02:20 (18:22 czasu lokalnego)

Clan­sman osia­dł po­wo­li na skąpa­nym w ostrym świe­tle re­flek­to­rów lądo­wi­sku ko­smo­por­tu. Kil­ka­na­ście se­kund pó­źniej świsz­czący dźwi­ęk pra­cu­jących sil­ni­ków po­wo­li wy­ga­sł, a pi­lot nadał sy­gnał: „Za­bez­pie­czo­ny”. Ram­pa de­san­to­wa wa­ha­dłow­ca po­wo­li opa­dła na wil­got­ny be­ton, uka­zu­jąc cze­ka­jący na żo­łnie­rzy off-road i sto­jącą przy nim parę ma­ri­nes w po­lów­kach i lek­kim opan­ce­rze­niu.

– Nie mają po­go­to­wia bo­jo­we­go na ko­smo­por­cie. – Szcze­niak roz­pi­ął pasy i pod­nió­sł się ze swo­je­go miej­sca. – Jest tak do­brze czy są aż tak opty­mi­stycz­ni?

Thor­ne, któ­ry też wła­śnie wsta­wał, tyl­ko prych­nął iro­nicz­nie, ale nie po­wie­dział nic, zresz­tą w jego wy­pad­ku ko­men­tarz by­łby za­sko­cze­niem. Wiecz­nie jak­by znu­dzo­ny we­te­ran, je­śli cho­dzi­ło o ga­da­tli­wo­ść, był cho­dzącym prze­ci­wie­ństwem Ho­len­dra.

– Nasi ni­g­dy nie są prze­sad­nie opty­mi­stycz­ni – za­uwa­żył We­iss, pod­no­sząc się z wła­sne­go sta­no­wi­ska de­san­to­we­go jed­nym płyn­nym ru­chem. – My­ślę, że mo­że­my spo­koj­nie za­ło­żyć, że je­ste­śmy na bez­piecz­nych wo­dach.

Ja­sno­wło­sy Nie­miec jak za­wsze spra­wiał wra­że­nie wy­po­częte­go i ener­gicz­ne­go, jak­by prze­by­wa­nie w ko­mo­rach krio­ge­nicz­nych nie wy­wie­ra­ło na nim żad­nych ne­ga­tyw­nych efek­tów. Po la­tach wszy­scy z od­dzia­łu, zwy­kle o wie­le bar­dziej zmęcze­ni i wy­mi­ęci po tego typu ope­ra­cjach, zdąży­li się przy­zwy­cza­ić, ale cień za­wi­ści po­zo­sta­wał.

– Pew­nie, że tak. To miej­sce to za­du­pie, kto by je ata­ko­wał? – wy­mam­ro­ta­ła pod no­sem De­la­vien­te, trzy­ma­jąc w zębach cien­kie ręka­wicz­ki i z za­pa­mi­ęta­niem grze­bi­ąc w kie­sze­niach mun­du­ru. Na­gle prze­rwa­ła i spoj­rza­ła na Wierz­bę. – Zna­czy, bez ura­zy.

Mar­cin mil­czał, wpa­tru­jąc się w pły­tę lądo­wi­ska i sła­bo wi­docz­ne w bla­sku re­flek­to­ra od­le­głe świa­tła Ka­zi­mie­rza. Nowy Kra­ków. Ko­lo­nia, gdzie się uro­dził, prze­żył dzie­ci­ństwo, hor­ror Dnia i okre­su tuż po nim. Ostat­ni raz był tu… daw­no. W in­nym ży­ciu, jako zu­pe­łnie inny czło­wiek. Te­raz nie wie­dział, czy bar­dziej cie­szy się, że znów ma oka­zję, czy też tego lęka, jak­by sama obec­no­ść oesów na słu­żbie mia­ła zbru­kać spo­kój tego miej­sca, ostat­nie­go za­cho­wa­ne­go w wy­obra­źni bez­piecz­ne­go por­tu.

– Wierz­ba? – De­la­vien­te szturch­nęła Po­la­ka łok­ciem. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Ja­sne. – Ski­nął jej krót­ko, ale na­dal się nie ru­szył.

– Cho­dź, Mar­cin – zwy­kle ga­da­tli­wa, we­so­ła Isaks­son te­raz mó­wi­ła za­ska­ku­jąco ła­god­nie. Po­kle­pa­ła po­rucz­ni­ka po ra­mie­niu. – Wy­si­ądziesz, wy­śpisz się, ogar­niesz dal­sze pla­ny. Mamy spo­ro cza­su, a te­raz je­ste­śmy wy­plu­ci. Oprócz Wun­der­waf­fe, oczy­wi­ście, ale to ro­bot.

Nie­miec ukło­nił się lek­ko. Mar­cin do­strze­gł też, że od­kąd Gün­ter We­iss wstał z miej­sca, nie ru­szył się na­wet na krok, za­miast tego ob­ser­wu­jąc go ba­daw­czo.

– W ka­żdym ra­zie nic nie wy­my­śli­my – pod­jęła Isaks­son z pod­szy­tą tro­ską sztucz­ną we­so­ło­ścią. – Cho­dź, póki nasz trans­port się nie roz­my­śli, bo trze­ba będzie dra­ło­wać pie­cho­tą.

Wierz­bow­ski po­ki­wał gło­wą, po­słał Szwed­ce uspo­ka­ja­jący uśmiech i roz­pi­ął pasy. Nie czuł się ani tro­chę le­piej, kie­dy pod­no­sił się z miej­sca i sze­dł po ram­pie, po raz pierw­szy od lat sta­wia­jąc sto­pę na pla­ne­cie, któ­rą kie­dyś na­zy­wał do­mem.

Nie pa­mi­ętał na­wet, któ­rędy do­kład­nie je­cha­li z ko­smo­por­tu do gar­ni­zo­nu – no­we­go, nie przy­po­mi­nał go so­bie – gdzie przy­dzie­lo­no im kwa­te­ry. Prze­ko­ma­rza­nie się Szcze­nia­ka i De­la­vien­te zla­ło mu się w je­den szum. Mil­la coś do nie­go mó­wi­ła, a on jej od­po­wia­dał – lecz nie bar­dzo wie­dział co. Pa­trzył przez okno off-ro­ada, pró­bu­jąc wy­ło­wić z ciem­no­ści kszta­łty mia­sta spod wi­docz­nej na ho­ry­zon­cie łuny świa­teł. Za­sta­na­wiał się, jak bar­dzo się zmie­ni­ło przez ostat­nie lata. Czy w ogó­le po­wi­nien tu wra­cać? Na­ra­żać się na spo­tka­nie któ­re­goś ze sta­rych zna­jo­mych? Czy mó­głby od­na­le­źć daw­ne­go sie­bie, za­po­mnieć o oesach i tym, kim się stał przez te lata?

Nad­cho­dzące dni prze­pust­ki na­pa­wa­ły go wi­ęk­szym stra­chem niż ostat­nie mie­si­ące kam­pa­nii.

***

Jego ze­spół otrzy­mał kwa­te­rę w ba­zie Pu­ła­ski, gdzie sta­cjo­no­wał gar­ni­zon Ka­zi­mie­rza – naj­wi­ęk­sza sa­mo­dziel­na jed­nost­ka na No­wym Kra­ko­wie. In­sta­la­cja zo­sta­ła nie­daw­no roz­bu­do­wa­na, wy­ra­źnie dało się roz­po­znać now­sze, zbu­do­wa­ne z pre­fa­bry­ka­tów bu­dyn­ki i cha­rak­te­ry­stycz­ne zgrzy­ty w dzia­ła­niu nie w pe­łni jesz­cze zin­te­gro­wa­ne­go kon­tyn­gen­tu woj­sko­we­go. Przy­dzie­lo­ny od­dzia­ło­wi Po­la­ka mo­duł gar­ni­zo­no­wy spra­wiał wra­że­nie w ogó­le nie­uży­wa­ne­go – a na pew­no taka wła­śnie była ofi­cer­ska kwa­te­ra, któ­rą otrzy­mał Mar­cin. Nie­wiel­kie okno po­zwa­la­ło ob­ser­wo­wać prze­strzeń przed warsz­ta­ta­mi bazy. Przez otwar­te wro­ta oświe­tlo­ne­go han­ga­ru wi­dział rów­ny sze­reg spar­ta­nów oto­czo­nych mro­wiem tech­ni­ków. Czo­łgi, choć dzie­li­ły ozna­cze­nia jed­nost­ki, wy­ra­źnie ró­żni­ły się de­ta­la­mi wy­po­sa­że­nia, a je­den z nich – mimo że Mar­cin nie był pe­wien z po­wo­du od­le­gło­ści – zda­wał się no­sić śla­dy nie­daw­ne­go ła­ta­nia. Mu­sia­no je ści­ągnąć z ró­żnych od­dzia­łów, uświa­do­mił so­bie Po­lak, by na szyb­ko łączyć je w kom­pa­nie do­pie­ro tu­taj. Nowy Kra­ków zbro­ił się, nie tyl­ko przy­go­to­wu­jąc punkt opar­cia dla dzia­łań flo­ty, ale też bu­du­jąc go­to­wo­ść do bi­twy na­ziem­nej. Ktoś od­po­wied­nio wy­so­ko mu­siał uznać, że Be­ski­dy nie są tak da­le­ko od fron­tu, jak by się mo­gło zda­wać.

Mar­cin uru­cho­mił przy­dzie­lo­ną mu kon­so­le­tę i przez ja­kiś czas bez­my­śl­nie prze­glądał in­for­ma­cje o mie­ście w pu­blicz­nej sie­ci. Ka­zi­mierz, do któ­re­go przy­był, wy­da­wał się ca­łkiem po­dob­ny do tego, któ­ry opu­ścił wie­le lat temu – wszyst­ko zda­wa­ło się to­czyć zwy­kłym try­bem nie­zbyt wiel­kiej i nie­zbyt wa­żnej, ale jed­nak za­uwa­żal­nej ko­lo­nii, któ­rej miesz­ka­ńcy te­raz do­dat­ko­wo zo­rien­to­wa­li się, że tuż obok sta­cjo­nu­je na­gle dużo wi­ęk­szy gar­ni­zon spra­gnio­nych roz­ryw­ki i to­wa­rów żo­łnie­rzy. Klu­by, stu­dia vi­do­we, knaj­py za­chęca­ły do od­wie­dzin, bur­de­le – praw­dzi­we i sen­so­we – wa­bi­ły ero­tycz­ny­mi pro­jek­cja­mi, cen­tra han­dlo­we, lep­sze i gor­sze hyp­no-cham­be­ry kon­ku­ro­wa­ły z roz­ryw­ko­wy­mi prze­lo­ta­mi Wąwo­za­mi Mic­kie­wi­cza i wy­pra­wa­mi ska­łko­wy­mi na Smo­czy Ogon. Ja­kaś fir­ma pro­du­ku­jąca gry AR re­kla­mo­wa­ła nowy pro­dukt wraz z ocze­ki­wa­nym cza­sem przy­by­cia pierw­szych ko­pii na pla­ne­tę.

Kie­dy jed­nak przyj­rzał się uwa­żniej, do­strze­gł w prze­ka­zach pły­nących z miej­sco­wej sie­ci inne tony. Obok zwy­kłe­go zewu „ku­puj, ko­rzy­staj, baw się, ku­puj jesz­cze wi­ęcej”, nor­my, któ­rej ocze­ki­wał, wi­dział ofer­ty prze­rób­ki off-ro­adów na de fac­to ru­cho­me obo­zy, re­kla­my prep-ze­sta­wów, ba, na­wet lek­kich ska­fan­drów czy wręcz bro­ni. „Bądź go­tów!”, grzmiał na­pis, po­par­ty kli­pem wi­deo czer­wo­ne­go, bu­rzo­we­go nie­ba po­nad gór­skim obo­zem. Re­kla­ma nie mó­wi­ła oczy­wi­ście, na co klient miał być go­to­wy – za­pew­ne dla­te­go, że jej twór­ca mu­sia­łby wte­dy przy­znać, że w wy­pad­ku ewen­tu­al­nej in­wa­zji pla­ne­tar­nej ska­fan­der wy­star­czy na go­dzi­ny, off-road zo­sta­nie bez wąt­pie­nia skon­fi­sko­wa­ny przez woj­sko, a broń… Po­lak na­wet nie chciał my­śleć, jak może sko­ńczyć się star­cie na­wet do­brze uzbro­jo­ne­go cy­wi­la z cho­ćby jed­nym im­pe­rial­nym żo­łnie­rzem. Były też in­for­ma­cje o obo­wi­ąz­ko­wych ćwi­cze­niach i re­kla­my spo­łecz­ne trąbi­ące o krwio­żer­czym Im­pe­rium, jak zwy­kle w po­dob­nych przy­pad­kach od­wo­łu­jące się do pa­trio­ty­zmu. Pi­ęk­ni, od­wa­żni, pro­fe­sjo­nal­ni człon­ko­wie Kor­pu­su, Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, Sił Po­wietrz­nych, Gwar­dii Cy­wil­nej na­wo­ły­wa­li ka­żde­go, by się do nich przy­łączył, stał się rów­nie pi­ęk­ny, od­wa­żny i pro­fe­sjo­nal­ny. Oraz za­pew­nił tym sa­mym, do­da­wał no­bli­wy ofi­cer na vi­dzie wer­bun­ko­wym, ubez­pie­cze­nie me­dycz­ne i opcje edu­ka­cyj­ne dla naj­bli­ższej ro­dzi­ny.

Mar­cin skrzy­wił usta w gorz­kim uśmie­chu. Woj­sko, jak za­wsze, gra­ło z cy­wi­la­mi zna­czo­ny­mi kar­ta­mi, w spo­łe­cze­ństwie bra­ków dys­po­nu­jąc do­stępem do tego, cze­go chcie­li wszy­scy. Ubez­pie­cze­nie me­dycz­ne było w ko­ńcu tym, czym ku­pio­no jego. Prze­słu­żysz je­den kon­trakt, jak za­pew­niał ofi­cer wer­bun­ko­wy, a nie­mo­żli­wie dro­ga ope­ra­cja cho­rej sio­stry sta­nie się prio­ry­te­tem. Osta­tecz­nie bo­ha­te­ro­wie Unii mu­szą wal­czyć, wie­dząc, że byt ich bli­skich jest za­pew­nio­ny. Ręka Po­la­ka po­wędro­wa­ła do kie­sze­ni mun­du­ro­wej blu­zy, gdzie – jak za­wsze, od pierw­sze­go dnia – tkwi­ło zdjęcie Bar­ba­ry, za­nim syn­drom Va­si­lie­va wy­nisz­czył jej cia­ło, wy­ostrzył rysy i zga­sił uśmiech. Za­nim za­częła ku­ra­cję, a po­tem re­ha­bi­li­ta­cję na No­wym Dre­źnie. Za­nim zgi­nęła w bom­bar­do­wa­niu or­bi­tal­nym. Wy­jął dwo­ma pal­ca­mi za­bez­pie­czo­ne pla­sti­kiem zdjęcie. Kie­dyś za­sta­na­wiał się, czy sio­stra by­ła­by z nie­go dum­na. Po­tem bał się od­po­wie­dzi. Ostat­nio mało o tym my­ślał.

Chy­ba to mar­twi­ło go naj­bar­dziej.

Kazimierz, Nowy Kraków, Eta IV Melchior,27.11.2214 ESD, 17:28 (09:30 czasu lokalnego)

Na­stęp­ne­go ran­ka, upew­niw­szy się naj­pierw, że Bris­ba­ne nie skró­cił im w nocy po­by­tu na pla­ne­cie, i spraw­dziw­szy, gdzie do­kład­nie jego ze­spół zo­stał umiesz­czo­ny w struk­tu­rze ad­mi­ni­stra­cyj­nej bazy Pu­ła­ski, Wierz­ba wy­dał wszyst­kim pa­pie­ry na trzy­do­bo­wą, sze­śćdzie­si­ęcio­sze­ścio­go­dzin­ną prze­pust­kę. Wra­że­nie było… po­dwój­nie dziw­ne. Naj­bli­ższe trzy dni mia­ły być pierw­szym praw­dzi­wym wol­nym od cza­su, kie­dy oesy zo­sta­ły przy­dzie­lo­ne do Stre­fy Zero. Naj­pierw kry­zys z okrętem SI, po­tem rejs do Im­pe­rium, wy­buch woj­ny… Rajd do­kład­nie po li­nii co­fa­jące­go się fron­tu, sie­dem, nie, osiem zrzu­tów, trzy bo­jo­we, a z dal­szych trzech bo­jo­wa była ewa­kua­cja. Za­jęte mie­si­ące, w któ­rych je­dy­nym wy­po­czyn­kiem były krót­kie mo­men­ty po­mi­ędzy ko­mo­ra­mi krio­ge­nicz­ny­mi a wa­ha­dłow­ca­mi.

No i było to wol­ne tu­taj, w Ka­zi­mie­rzu, pod sa­my­mi drzwia­mi ro­dzi­ców. W za­sa­dzie nie miał wy­jścia i mu­siał ich od­wie­dzić. Tęsk­nił za nimi nie­mal ka­żde­go dnia. Ale tęsk­nił z in­ne­go świa­ta, świa­ta krót­kich, nie­zręcz­nych wia­do­mo­ści i słu­żby. Nie my­ślał w ogó­le, co się sta­nie, kie­dy będzie mu­siał sta­nąć na ich pro­gu, i te­raz bał się jak cho­le­ra.

– Więc tak wy­gląda mo­ment, kie­dy mogę przez ja­kiś czas mieć wszyst­kie roz­ka­zy w no­sie? – Szcze­niak wy­szcze­rzył zęby w ra­dos­nym uśmie­chu.

– Sza­cu­nek dla sza­rż na­dal masz wy­ka­zy­wać – prych­nął Wierz­ba.

– Och, wie pan po­rucz­nik, co mam na my­śli. – Ho­len­der wy­ko­nał ruch, któ­ry sta­no­wił skrzy­żo­wa­nie sa­lu­tu z dwor­nym ukło­nem. – W sen­sie: nie mu­szę wszędzie sie­dzieć z dło­nią na ka­bu­rze. I je­ste­śmy w ko­ńcu w ja­ki­mś nor­mal­nym miej­scu, gdzie mogę z tego wol­ne­go sko­rzy­stać! Jak ja się będę ba­wił!

– To trzy dni, Szcze­niak. – Wy­wró­ci­ła ocza­mi De­la­vien­te, któ­ra, choć sama wy­ra­źnie za­do­wo­lo­na, ni­g­dy świa­do­mie nie przy­zna­ła­by ra­cji Van Reu­ter­so­wi. – Jak wy­pi­jesz jed­no piwo, to prze­sy­piasz tyle samo.

Star­szy sze­re­go­wy po­ka­zał jej ob­ra­źli­wy gest.

– Gdzie się ba­wi­my? – za­py­tał We­iss po­zor­nie roz­lu­źnio­nym gło­sem, ale Wierz­ba do­strze­gł jego ba­daw­cze spoj­rze­nie. Wun­der­waf­fe do­sko­na­le wie­dział, że Po­lak po­cho­dzi z No­we­go Kra­ko­wa, i ja­ki­mś spo­so­bem wy­czu­wał, jak ci­ężko mu jest te­raz. Niby lu­źne py­ta­nie było tak na­praw­dę pro­po­zy­cją wspar­cia i to­wa­rzy­stwa. Ale Mar­cin nie mógł się zgo­dzić. Żad­ne z nich nie mo­gło po­móc, nie jemu, nie te­raz.

– Wy to nie wiem i na­wet nie chcę wie­dzieć, na wy­pa­dek, gdy­by Bris­ba­ne się zak­ty­wi­zo­wał. – Za­śmiał się krót­ko. – Ja mam do od­wie­dze­nia ko­bie­tę.

– Ode­zwie­my się z nie­zna­ne­go nu­me­ru, w nocy. – Nie­miec po­kle­pał Wierz­bę po ple­cach. – Jak da­lej będziesz się ba­wił, po pro­stu nie od­bie­rzesz.

Mar­cin spoj­rzał na sie­rżan­ta z wdzi­ęcz­no­ścią. Ja­koś tak się dzia­ło, że Wun­der­waf­fe za­wsze wie­dział, co po­wie­dzieć.

***

Pod dom tra­fił do­pie­ro pod wie­czór, spędziw­szy kil­ka go­dzin na bez­ce­lo­wym kręce­niu się po oko­li­cy, podświa­do­mie od­su­wa­jąc w cza­sie mo­ment spo­tka­nia z ro­dzi­ca­mi. Od­kąd był tu ostat­nio, oko­li­ca nie zmie­ni­ła się wie­le. Ot, tu i ów­dzie re­mont ele­wa­cji, ktoś w ko­ńcu na­pra­wił pro­jek­to­ry miej­skie, za to nikt nie za­jął się uszko­dze­nia­mi dro­gi, któ­ra jak daw­niej stra­szy­ła kie­row­ców wszyst­kich wo­zów na ni­skim za­wie­sze­niu. Dziel­ni­ca, w któ­rej kie­dyś miesz­kał, le­ża­ła na po­gra­ni­czu mia­sta, z jed­nej stro­ny wy­cho­dząc na agre­syw­ne ko­lo­ry cen­tral­nych re­jo­nów, z dru­giej na ciem­ne przed­mie­ścia zni­ka­jące na wzgó­rzach i od­le­głe świa­tła pi­ra­mi­dy prze­twor­ni­ka at­mos­fe­rycz­ne­go, te­raz sta­no­wi­ące­go głów­ną elek­trow­nię mia­sta. Mar­cin znał tu ka­żdy kąt, od kie­dy będąc jesz­cze dziec­kiem, grał w gry AR i roz­gry­wał sce­na­riu­sze pre­zen­to­wa­ne mu przez edu­ka­cyj­ne SI. Znał wszyst­kie za­ka­mar­ki, prze­jścia i duk­ty tech­nicz­ne pusz­czo­nych na es­ta­ka­dach ci­ągów ko­mu­ni­ka­cyj­nych. Wie­dział też, jaki do­kład­nie był rytm prze­rwań uszko­dzo­ne­go pro­jek­to­ra, gdzie nie wi­dzą go ka­me­ry mo­ni­to­rin­gu i jak za­mie­nić za­strze­żo­ne duk­ty tech­nicz­ne w miej­sce naj­pierw go­nitw, po­tem pierw­szych spo­tkań z al­ko­ho­lem. Pó­źniej też in­nych.

Wy­po­ży­czo­ny wóz po­zo­sta­wił na par­kin­gu przy od­no­wio­nym cen­trum roz­ryw­ko­wym, wy­so­kim na dzie­wi­ęć kon­dy­gna­cji bu­dyn­ku ople­cio­nym ho­lo­gra­ficz­nym smo­kiem. Gad ział błękit­no-zie­lo­ny­mi iskra­mi uno­szący­mi się ku nie­bu, aż do za­si­ęgu pro­jek­to­rów. Wierz­ba po­wo­li prze­sze­dł przez pe­łen po­jaz­dów par­king i w po­przek pro­wa­dzącej do ja­sno oświe­tlo­ne­go we­jścia es­ta­ka­dy, przez rze­kę lu­dzi, ho­lo­gra­mów i nie­wi­dzial­nych dla nie­go two­rów AR w szkłach dzie­cia­ków. Sze­dł na­przód, a lu­dzie omi­ja­li go – ci w AR dzi­ęki alar­mom zbli­że­nio­wym, po­zo­sta­li po pro­stu zo­sta­wia­li mu miej­sce, jak­by wy­czu­wa­li jego ob­co­ść. Mar­cin był cie­kaw, czy w ogó­le by­łby w sta­nie wmie­szać się w tłum, jak kie­dyś uda­ło mu się to zro­bić w Fu­shun. Pew­nie te­raz mu­sia­łby się do tego spe­cjal­nie szko­lić.

Prze­sze­dł tu­ne­lem dla pie­szych, igno­ru­jąc ska­czące mu przed oczy re­kla­my. Mi­nął knajp­kę, któ­ra pod­czas ostat­niej wi­zy­ty była le­d­wo dzia­ła­jącą spe­lun­ką, a te­raz no­si­ła śla­dy szyb­kie­go re­mon­tu i pysz­ni­ła się po­wie­wa­jącym ho­lo­gra­mem skrzy­żo­wa­nych mie­czy unij­nych ma­ri­nes oraz zni­żka­mi dla żo­łnie­rzy. Po­wi­ęk­szo­ny gar­ni­zon ge­ne­ro­wał nowe mo­żli­wo­ści dla tych, któ­rzy nie bali się ry­zy­ka.

Był już ca­łkiem bli­sko domu ro­dzi­ców, kie­dy do­strze­gł rury i od­ru­cho­wo za­trzy­mał się w pół kro­ku. Wszech­obec­na nie­gdyś in­sta­la­cja kon­tro­li śro­do­wi­sko­wej te­raz była miej­sca­mi wy­sa­dzo­na i roz­kru­szo­na jak po­zo­sta­ło­ści sie­ci wiel­kie­go, daw­no mar­twe­go pa­jąka. Za­czo­po­wa­no jej prze­kro­je i po­zwo­lo­no znisz­cze­niom stać się za­rze­wiem ero­zji, ale ku zdzi­wie­niu Po­la­ka nikt jej nie roz­mon­to­wał, nie znisz­czył czy spa­lił. Ani za­raz po Dniu, ani po­tem. Sze­ro­kie, ozna­czo­ne le­d­wo wi­docz­ny­mi nie­bie­ski­mi pa­sa­mi rury na­dal two­rzy­ły po­trza­ska­ny szkie­let in­fra­struk­tu­ry dziel­ni­cy. Nie­gdyś in­sta­la­cja była roz­wi­ąza­niem naj­wi­ęk­szych pro­ble­mów No­we­go Kra­ko­wa, któ­ry sko­lo­ni­zo­wa­no zbyt szyb­ko, nim ter­ra­for­ming wy­ci­ągnął wszyst­kie tok­sy­ny z at­mos­fe­ry. Tło­czo­no nią mie­szan­kę le­ków i środ­ków od­por­no­ścio­wych w at­mos­fe­rę cen­trów miesz­kal­nych. To jed­no po­zwa­la­ło ko­lo­ni­stom żyć tu nie­mal nor­mal­nie. Do Dnia, oczy­wi­ście, któ­ry za­dał ko­lo­nii nie­mal śmier­tel­ny cios, choć tu­taj SI nie spu­ści­ła na mia­sta ter­mo­nu­kle­ar­nej za­gła­dy. Nie mu­sia­ła. Lu­dzie zgi­nęli pod­czas przy­go­to­wań do Wi­gi­lii, tak jak sta­li, le­że­li czy ba­wi­li się, gdy sys­te­mem kon­tro­li śro­do­wi­ska za­miast środ­ków me­dycz­nych po­pły­nęła przy­go­to­wa­na przez nią mie­szan­ka. Na­gle po pro­stu ze­sztyw­nie­li i po­wo­li umie­ra­li, bo stęża­łe mi­ęśnie nie po­zwa­la­ły im od­dy­chać. Gdy wkro­czy­ło woj­sko, żo­łnie­rze zna­le­źli je­dy­nie nie­do­bit­ków. I mnó­stwo, mnó­stwo ciał, za­sty­głych ni­czym wo­sko­we fi­gu­ry.

Mar­cin za­trzy­mał się i od­ru­cho­wo prze­śle­dził wzro­kiem prze­bieg znisz­czo­nych rur, wy­pa­trzył nie­na­wist­ne błękit­ne pasy wi­docz­ne pod sko­ru­pą wie­lu warstw graf­fi­ti. Za­trzy­mał wzrok w miej­scach, gdzie prze­wo­dy były ze­rwa­ne, tam gdzie wi­dział otwo­ry, może efekt dzia­łań ja­ki­chś bar­dziej za­wzi­ętych miesz­ka­ńców, a może śla­dy po ku­lach ma­ri­nes sprzed dzie­si­ęciu lat. Mo­żli­we, że to pierw­sze, bo wzór znisz­czeń pa­so­wał do tego, któ­ry pod­po­wia­da­ła mu pa­mi­ęć. Spoj­rzał ni­żej, tam, gdzie na­dal na bu­dyn­kach wid­nia­ły ta­bli­ce z dłu­gi­mi rzęda­mi na­zwisk. Pod wie­lo­ma wci­ąż ja­śnia­ły ciem­no­czer­wo­ne lamp­ki. Pla­stik i me­tal, nie świa­tło. Do upa­mi­ęt­nie­nia tych, któ­rzy zgi­nęli, a po­tem le­że­li w ukła­da­nych przez żo­łnie­rzy ster­tach, dłu­go, o wie­le dłu­żej, niż po­win­ni, nie nada­wa­ły się ho­lo­gra­my.

Ro­dzi­na Wierz­bow­skich tra­fi­ła do woj­sko­we­go schro­nu tuż po ude­rze­niu ma­szyn. Mar­cin w ka­żdym miej­scu wi­dział cia­ła, gro­ma­dzo­ne przez na­dal zdez­o­rien­to­wa­ne woj­sko przed wy­wóz­ką do mo­gił. Przez do­bre kil­ka go­dzin nikt nie wie­dział, co się dzie­je, sądzo­no, że to za­mach, awa­ria, ja­kiś wy­jąt­ko­wo be­stial­ski atak… Po­tem żo­łnie­rze mu­sie­li sta­wić czo­ła an­dro­idom i o po­grze­bach nikt już nie my­ślał. Pi­ęt­na­sto­let­ni Mar­cin wró­cił do domu kil­ka­na­ście dni pó­źniej, a miesz­ka­ńcy jego dziel­ni­cy na­dal byli tam, gdzie ich po­rzu­co­no. Żywi mie­li na gło­wie inne rze­czy. Ro­dzi­ce zaj­mo­wa­li się wte­dy młod­szą Ba­sią, a po­moc psy­cho­lo­gicz­na była w roz­syp­ce – wcze­śniej sta­no­wi­ła do­me­nę SI – i Mar­cin mu­siał sam so­bie po­ra­dzić z tym, co wte­dy wi­dział. Pa­mi­ętał, że przez po­nad rok nie pod­no­sił gło­wy, bo­jąc się, że znów zo­ba­czy cia­ła.

Kie­dyś li­czył, że ro­dzi­ce będą chcie­li się wy­pro­wa­dzić z tego miej­sca, ale wy­ra­źnie ich przy­wi­ąza­nie do Ka­zi­mie­rza było wi­ęk­sze niż trau­ma, na­wet kie­dy Mar­cin i Bar­ba­ra jesz­cze z nimi miesz­ka­li. Gdy Mar­cin od­sze­dł na front, a jego sio­stra zgi­nęła… nie było już nic, co mo­gło­by wy­rwać ko­rze­nie, któ­re za­pu­ści­li pa­ństwo Wierz­bow­scy. Zresz­tą w tej dziel­ni­cy miesz­ka­ło wie­lu im po­dob­nych – oca­lo­nych z Dnia, któ­rzy z po­wo­du przy­wi­ąza­nia, bra­ku prze­ko­na­nia lub po pro­stu upo­ru zde­cy­do­wa­li się nie opusz­czać ani Ka­zi­mie­rza, ani na­wet dziel­ni­cy.

Jego wła­sne cen­trum miesz­kal­ne było ni­czym kap­su­ła cza­su, jak­by pró­bo­wa­no zbu­do­wać tu do­kład­ną re­pli­kę świa­ta tuż sprzed Dnia. Prze­stron­ne ko­ry­ta­rze i lob­by stre­fy wspól­nej były pra­wie iden­tycz­ne jak te, któ­re Wierz­ba pa­mi­ętał z dzie­ci­ństwa. Była ta­bli­ca in­for­ma­cyj­na z kil­ku­na­sto­ma drob­ny­mi ogło­sze­nia­mi, za­wie­szo­ny obok niej tan­det­ny ob­ra­zek z gór­skim kra­jo­bra­zem. W ko­ńcu lob­by umiesz­czo­no stół i kil­ka fo­te­li – nie wi­dział wśród nich na­wet dwóch ta­kich sa­mych, ale mimo to wszyst­kie dziw­nym tra­fem pa­so­wa­ły do sie­bie. Za nimi znaj­do­wa­ło się coś, co mo­żna było na­zwać tyl­ko pró­bą stwo­rze­nia plan­ta­cji lo­kal­nych i za­szcze­pio­nych ro­ślin w rzędach ró­żno­barw­nych po­jem­ni­ków. W głąb bu­dyn­ku pro­wa­dzi­ły ko­ry­ta­rze po­kry­te zie­lo­ną wy­kła­dzi­ną – za­pach pły­nu do czysz­cze­nia nie zmie­nił się od lat i z ja­kie­goś po­wo­du uspo­ka­jał. Przez chwi­lę pra­wie ocze­ki­wał, że usły­szy śmiech dzie­wi­ęcio­let­niej wer­sji sie­bie i pa­pla­ni­nę młod­szej o trzy lata Basi, echa któ­re­jś z eska­pad, kie­dy ży­cie mia­ło być inne. On chciał być od­kryw­cą, Ba­sia pi­lo­tem to­wa­ro­wych ci­ężkich wa­ha­dłow­ców, któ­re uwiel­bia­ła oglądać w ko­smo­por­cie. Zmi­ty­go­wał się do­pie­ro po chwi­li, zo­rien­to­waw­szy się, że stoi nie­ru­cho­mo w lob­by wsłu­cha­ny w ci­szę, za­kłó­ca­ną tyl­ko le­d­wie sły­szal­nym bzy­kiem in­sta­la­cji elek­trycz­nej.

Z ka­żdym kro­kiem w stro­nę mo­du­łu ro­dzin­ne­go było mu co­raz dziw­niej. Nie wie­dział, co po­wie. Nie wie­dział w ogó­le, o czym może roz­ma­wiać z ro­dzi­ca­mi. Prze­cież nie mógł im po­wie­dzieć, co robi. A na­wet gdy­by po­wie­dział, jak wy­tłu­ma­czy zna­cze­nie wła­snych słów? Wy­sia­dłszy z win­dy i po­ko­naw­szy ostat­ni frag­ment ko­ry­ta­rza, z tru­dem zmu­sił się, by nie prze­jść obok zna­jo­mych drzwi i uciec do win­dy w dru­gim ko­ńcu ko­ry­ta­rza. Kie­dy za­trzy­mał się i na­ci­snął dzwo­nek, był spo­co­ny jak po sztur­mo­wa­niu po­zy­cji wro­ga. Mi­nęło kil­ka se­kund, któ­re wkrót­ce za­mie­ni­ło się w kil­ka­na­ście. My­ślał już, że może ni­ko­go nie za­stał, może ro­dzi­ce spędza­ją wie­czór u zna­jo­mych albo na spa­ce­rze. Był go­tów za­wró­cić i zaj­rzeć ju­tro – a w ka­żdym ra­zie na pew­no o tym po­my­śleć – kie­dy drzwi się otwa­rły.

Zmie­ni­ła się przez ten czas. Po­ru­sza­ła się tro­chę ci­ężej, ko­sme­ty­ka i ćwi­cze­nia ma­sko­wa­ły wiek odro­bi­nę mniej efek­tyw­nie, zmarszcz­ki wo­kół za­sko­czo­nych oczu były głęb­sze, dło­nie szczu­plej­sze i po­zna­czo­ne de­li­kat­ny­mi śla­da­mi błękit­nych żył.

– Mamo – ode­zwał się, jak­by wal­cząc z tym sło­wem.

– O Boże Prze­na­jświ­ęt­szy… – po­wie­dzia­ła i rzu­ci­ła mu się na szy­ję. Była lek­ka i jak­by kru­cha, pła­ka­ła bar­dzo go­rący­mi łza­mi.

***

Oj­ciec nie pła­kał. Ni­g­dy nie pła­kał. Na­wet kie­dy Mar­cin przy­je­chał do Ka­zi­mie­rza po śmier­ci Bar­ba­ry. Uści­snął mu dłoń i za­mknął go w nie­dźwie­dzim uści­sku, któ­re­go żo­łnierz pra­wie nie po­czuł. Mó­wił. Mama też mó­wi­ła, Mar­cin wy­ła­py­wał co któ­reś sło­wo z szu­mu, jaki dźwi­ęczał mu w uszach. Po­tem chy­ba się zo­rien­to­wa­li, że jest oszo­ło­mio­ny jesz­cze bar­dziej niż oni – ro­dzi­ce za­wsze wi­dzą ta­kie rze­czy – bo za­mil­kli, jak­by pró­bu­jąc wy­czuć dy­stans.

Ni­cze­go nie zmie­ni­li w po­ko­jach jego i Bar­ba­ry, wszyst­ko wy­gląda­ło w nich tak, jak w dniu, kie­dy wy­je­żdża­li. Rzędy vir­tu­ali i sta­re so­czew­ki, ze­staw sen­so­rycz­ny. Ksi­ążki, te kil­ka fi­zycz­nych, któ­re odzie­dzi­czył bar­dziej jako ar­te­fak­ty niż co­kol­wiek in­ne­go. Ubra­nia, te­raz wszyst­kie za cia­sne. Mar­cin spędził do­bre kil­ka chwil, pró­bu­jąc wy­czuć pod pal­ca­mi fak­tu­rę ma­te­ria­łów, z ja­kich zro­bio­ne zo­sta­ły na­le­żące nie­gdyś do nie­go rze­czy. Pa­mi­ąt­ki z wy­ciecz­ki do Wa­we­lu, Bro­no­wic i z tego jed­ne­go wy­jaz­du, kie­dy po­le­cie­li na or­bi­tę pla­ne­ty, wy­jaz­du, któ­ry prze­ko­nał Ba­się, że kie­dy do­ro­śnie, z pew­no­ścią będzie pi­lo­tem. Za­pach. Do­tyk sta­re­go koca i ukry­tej za łó­żkiem ma­skot­ki, mi­sia z wy­mon­to­wa­nym chi­pem, któ­re­go ukry­wał od dzie­si­ąte­go roku ży­cia, kie­dy oj­ciec po­wie­dział mu, że już jest zbyt duży na ta­kie za­baw­ki.

Wszyst­ko, czym był po­rucz­nik Wierz­bow­ski, kie­dy jesz­cze był Mar­cin­kiem, a po­tem Mar­ci­nem, kie­dy miał być dzien­ni­ka­rzem – bo prze­cież nie od­kryw­cą, był zbyt do­ro­sły na dzie­ci­ęce ma­rze­nia – i ży­cie miał za­pla­no­wa­ne. Rze­czy wy­zna­cza­jące kie­ru­nek na dro­gach, o któ­rych daw­no za­po­mniał. Wszyst­ko, czym nie był.

– Zo­sta­wi­li­śmy tak, jak było – tłu­ma­czył oj­ciec z lek­ce­wa­żącą miną, su­ge­ru­jącą, że to wszyst­ko było po­my­słem mamy. – Nam, sta­rym, do­dat­ko­we po­ko­je na nic, świet­nie mie­ści­my się w resz­cie mo­du­łu. A zresz­tą nie wie­dzie­li­śmy, co chcesz za­cho­wać.

Mar­cin uśmiech­nął się i po­ki­wał gło­wą, na­dal oszo­ło­mio­ny. Pró­bo­wał się zo­rien­to­wać, czy przej­rze­li go na wy­lot. Czy wi­dzą, że nie jest już chłop­cem, któ­re­go ko­cha­li, a po­two­rem, któ­ry za­bi­jał i pa­trzył na śmie­rć to­wa­rzy­szy, któ­rzy po­win­ni byli prze­żyć. Przy her­ba­cie i ko­la­cji mó­wił ostro­żnie, ale uspo­ka­ja­jąco, tak jak się na­uczył, że mó­wić na­le­ży. Nie, nie zo­sta­nie tu dłu­go, to krót­ka prze­pust­ka, ale prze­cież bar­dzo chciał zaj­rzeć. Oczy­wi­ście, że uwa­ża na sie­bie, to pierw­sza rzecz, ja­kiej uczą w ar­mii. Dla­cze­go nie mó­wił nic o awan­sie? Bo zda­rzył się nie tak daw­no i gdy za­mie­rzał coś na­pi­sać, to do­wie­dział się, że i tak jest już w dro­dze tu­taj. Ja­sne, że pi­sał, ale wia­do­mo, jak dzia­ła pocz­ta kor­pu­su. Woj­na? A co o niej sły­sze­li? No wła­śnie, nie ma cze­go się bać, ru­chy na fron­cie jak za­wsze. Nie, jego jed­nost­ka to głów­nie zwiad, nie za dużo kon­tak­tu z wro­giem, przez wi­ęk­szo­ść cza­su nic mu nie gro­zi.

Roz­pra­co­wa­li go od razu. Oczy­wi­ście, nie wie­dzie­li, co do­kład­nie jest nie tak. Ale wie­dzie­li, że coś jest. Opo­wia­da­li hi­sto­rie o sąsia­dach, o tym, co się zmie­ni­ło w Ka­zi­mie­rzu, o żo­łnier­zach, któ­rych ostat­nio wszędzie pe­łno. Oj­ciec mó­wił grom­kim gło­sem, któ­ry Mar­cin pa­mi­ętał z bar­dzo daw­na, za­nim Dzień ści­szył go i po­zba­wił pew­no­ści. Mat­ka śmia­ła się często i tro­chę z nie­go żar­to­wa­ła. Wierz­ba ki­wał gło­wą. Sam też się śmiał i coś opo­wia­dał. O ba­zach, nud­nych rej­sach i szko­le­niach. O wy­pad­kach, je­dze­niu i zbyt krót­kich prze­pust­kach. Po­tem prze­pro­sił ich na chwi­lę. Zaj­rzał do to­a­le­ty, a pó­źniej do po­ko­ju Bar­ba­ry, do­kład­nie ta­kie­go sa­me­go, jaki pa­mi­ętał. Na­stęp­nie do wła­sne­go. Ob­sze­dł go do­ko­ła, po czym usia­dł na łó­żku. Prze­su­nął dło­nią po na­rzu­cie. Wzi­ął do ręki mi­sia. Kie­dy wró­ci­li tu po Dniu, oj­ciec, przed któ­rym go ukry­wał, wy­do­był go z ab­so­lut­nie taj­nej kry­jów­ki i wy­mon­to­wał z nie­go chip od­po­wia­da­jący za układ in­te­rak­cji. Po­tem bez sło­wa od­dał go chło­pa­ko­wi. Miś pa­trzył na nie­go czar­ny­mi ocza­mi, a Mar­cin pa­trzył na za­baw­kę.

Ob­raz Fu­shun ude­rzył go jak cios. Zo­ba­czył ko­ry­tarz w cen­trum roz­ryw­ko­wym, ucie­ka­jących lu­dzi. Im­pe­rial­nych żo­łnie­rzy, któ­rzy do­my­ka­li si­dła za­sadz­ki. So­ko­le Oko prze­bi­ja­jące­go się przez tłum z po­strze­lo­nym Chi­ńczy­kiem na ple­cach. Upa­da­jących ran­nych, sko­szo­nych przez nie­cel­ny ogień im­pe­rial­nych żo­łnie­rzy. Roz­sy­pa­ne za­ku­py dep­ta­ne przez ogar­ni­ęty pa­ni­ką tłum. Le­żącą na po­ły­skli­wej podło­dze po­dob­ną za­baw­kę.

Pra­wie po­de­rwał się, kie­dy po­czuł do­tyk na ra­mie­niu. Dłoń za­trzy­ma­ła się w pół dro­gi do miej­sca, gdzie zwy­kle była ka­bu­ra. Za­cis­nął, po­tem roz­pro­sto­wał pal­ce.

– Mar­cin… – w gło­sie mat­ki sły­szał nie­po­kój.

– Wiem, prze­pra­szam – po­wie­dział ci­cho. – Chcia­łem zaj­rzeć tu na chwi­lę.

Wstał i ob­ró­cił się, by spoj­rzeć w oczy ro­dzi­com. Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco, wy­mi­nął ich i wró­cił do sto­łu. Jego her­ba­ta była chłod­na, po­dob­nie je­dze­nie. Za­sko­czo­ny, spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Czter­dzie­ści mi­nut – usły­szał głos ojca, znów tak ści­szo­ny i przy­ga­szo­ny, jaki pa­mi­ętał z cza­sów po Dniu. Mężczy­zna usia­dł na­prze­ciw­ko nie­go. – Mar­twi­li­śmy się o cie­bie.

Wierz­ba mach­nął ręką, ale wy­szło ja­koś nie­zgrab­nie, a uspo­ka­ja­jąca uwa­ga uwi­ęzła mu w gar­dle. Przez kil­ka chwil sie­dział w mil­cze­niu, pa­trząc na ta­lerz i ro­ze­dr­ga­ną po­wierzch­nię her­ba­ty.

– Za­bi­ja­łem lu­dzi – po­wie­dział wresz­cie, bar­dzo ci­cho.

Oj­ciec chwy­cił jego le­żącą na sto­le dłoń, a mat­ka po­de­szła i przy­tu­li­ła go moc­no, jak­by chcie­li po­ka­zać, że ro­zu­mie­ją i wy­ba­cza­ją.

Nie ro­zu­mie­li, oczy­wi­ście. I pew­nie by nie wy­ba­czy­li. Bo prze­cież skąd mo­gli wie­dzieć, że kie­dy mó­wił o za­bi­ja­niu, nie miał na my­śli wro­gów, tyl­ko Ce­rve’a, pi­lo­ta wa­ha­dłow­ca, któ­re­go za­bił nad Atro­pos, i tych wszyst­kich lu­dzi na Li­ber­ty, któ­rych po­zwo­lił za­bić w imię in­te­re­sów UE, i za­ło­gę „Au­ro­ry”? Że mówi o wszyst­kich ofia­rach w imię wy­ższej spra­wy? Że nie jest żo­łnie­rzem, ja­kim go so­bie wy­obra­ża­li?

Nie tłu­ma­czył. Bał się. Zresz­tą, prze­cież nie mu­sie­li wie­dzieć. Kie­dy za­pro­po­no­wa­li mu noc­leg, przy­stał na to. Spał w swo­im daw­nym po­ko­ju, w za­pa­chach dzie­ci­ństwa przy­pró­szo­ne­go ku­rzem i cza­sem. Łó­żko było krót­sze, niż pa­mi­ętał, ugi­na­ło się bar­dziej niż woj­sko­we, a może po pro­stu te­raz ci­ąży­ły mu po­czu­cie winy i wspo­mnie­nia. Nie pa­mi­ętał, o czym śnił. Dwu­krot­nie bu­dził się w nocy, ze wzro­kiem wbi­tym w pra­wie za­po­mnia­ne me­ble i na krót­ką chwi­lę nie­mal pe­wien, że zno­wu jest Mar­ci­nem, któ­ry ma przed sobą wszyst­kie wy­bo­ry i de­cy­zje. Po­tem przy­po­mi­nał so­bie, że nie i że już nie ma żad­nych. Dwa razy do­strze­gł syl­wet­ki mat­ki i ojca, ko­lej­no za­gląda­jących do jego po­ko­ju.

Rano po­łączył się z nim Bris­ba­ne i we­zwał go na od­pra­wę. Oczy­wi­ście szyb­szą, niż pla­no­wa­no. Nie był pe­wien, czy czuł z tego po­wo­du żal, czy ulgę. Po­że­gnał się z ro­dzi­ca­mi, mó­wi­ąc, że wró­ci, jak tyl­ko za­ła­twi spra­wy z do­wódz­twem, choć wie­dział, że to wie­rut­ne kłam­stwo. Do­dał, żeby się ni­czym nie mar­twi­li, bo prze­cież to i tak nie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia. Uści­ska­li go, za­pew­nia­jąc, że za­wsze może wró­cić i że za­wsze będą go ko­chać. Nie wie­dzie­li, że oso­by, do któ­rej ad­re­so­wa­li te sło­wa, od daw­na już nie ma.

Mar­cin nie miał po­jęcia, czy tej, któ­ra zaj­mo­wa­ła jej miej­sce, po­wie­dzie­li­by kie­dy­kol­wiek to samo.

Baza Pułaski, Nowy Kraków, Eta IV Melchior,28.11.2214 ESD, 13:09 (07:11 czasu lokalnego)

Ze­bra­li się nie­ca­łą go­dzi­nę pó­źniej. Spi­ęta i czuj­na De­la­vien­te, na­pa­ko­wa­ny pro­cha­mi prze­ciw­al­ko­ho­lo­wy­mi Szcze­niak i mru­żąca oczy w ja­snym świe­tle sali od­praw Isaks­son, w nie­wie­le lep­szym sta­nie niż Ho­len­der. Wspar­ty na łok­ciach Thor­ne, spra­wia­jący wra­że­nie, jak­by na­stąpi­ła ka­ta­stro­fa, któ­rej, co praw­da, nie chciał, ale ab­so­lut­nie ocze­ki­wał, wresz­cie We­iss w czy­stym mun­du­rze i gład­ko ogo­lo­ny, jak­by cały czas, któ­ry miał, prze­zna­czył na do­pro­wa­dza­nie się do sta­nu jesz­cze bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­ne­go niż zwy­kle. Szwed­ka usia­dła obok Mar­ci­na i choć rzu­ci­ła mu kil­ka za­cie­ka­wio­nych spoj­rzeń, nie za­py­ta­ła o nic. Wierz­ba był jej za to cho­ler­nie wdzi­ęcz­ny.

Wil­liam Bris­ba­ne nie przy­sze­dł sam – to­wa­rzy­szy­ła mu pod­pu­łkow­nik Hex Ma­chi­ny, któ­rą Au­stra­lij­czyk przed­sta­wił jako Ca­the­rine Fae. Ciem­ne wło­sy no­si­ła wy­so­ko spi­ęte i choć była nie­wy­so­ka i szczu­pła, od wi­ęk­szo­ści zna­nych Wierz­bie wy­tre­no­wa­nych do gra­nic ludz­kich mo­żli­wo­ści żo­łnie­rek od­ró­żnia­ła ją zde­cy­do­wa­nie bar­dziej mi­ęk­ka, ko­bie­ca syl­wet­ka. Kon­tra­sto­wa­ło z nią prze­ni­kli­we spoj­rze­nie nie­po­ko­jąco ja­snych sza­ro­nie­bie­skich oczu. Fae mie­rzy­ła szóst­kę oesów wzro­kiem, któ­ry bu­dził w Mar­ci­nie sko­ja­rze­nia z dra­pie­żnym pta­kiem ob­ser­wu­jącym ofia­ry. Au­stra­lij­czyk z ko­lei spra­wiał wra­że­nie nie­mal znu­dzo­ne­go, jak­by cała od­pra­wa była czy­mś w ro­dza­ju uci­ążli­wej nie­wy­go­dy.

Wierz­ba przej­rzał go od razu. To był spo­kój, któ­ry wi­dział na Fu­shun, kie­dy do­wie­dzie­li się, że nie mogą uciec z pla­ne­ty, i nad Atro­pos, gdy Au­stra­lij­czyk otrzy­mał mel­du­nek o za­gi­ni­ęciu nie­mal wszyst­kich żo­łnie­rzy pro­jek­tu De­dal. Opa­no­wa­nie, z któ­rym do­wód­ca od­po­wia­dał na py­ta­nia do­ty­czące wy­da­rzeń w Stre­fie Zero i nie­omal uda­nej uciecz­ki „Au­ro­ry”. Fa­łszy­wy spo­kój, spo­kój dla in­nych. Naj­gor­szy ro­dzaj re­ak­cji do­wód­cy. Jesz­cze za­nim pa­dły pierw­sze sło­wa od­pra­wy, Mar­cin Wierz­bow­ski wie­dział, że szy­ku­ją się po­wa­żne pro­ble­my.

***

Ła­si­ca była cy­wil­ną prze­rób­ką woj­sko­we­go stru­mie­niow­ca typu Man­gu­sta. Eli­mi­na­cja znacz­nej części sys­te­mów bro­ni czy­ni­ła ją prze­stron­niej­szą i Mar­cin mu­siał przy­znać, że w kon­te­kście dłu­gie­go pa­tro­lu była to zmia­na zde­cy­do­wa­nie na do­bre. Wi­zja spędze­nia pra­wie dwu­na­stu go­dzin w cia­snym wnętrzu woj­sko­we­go ory­gi­na­łu, na­wet z trze­ma prze­rwa­mi na lądo­wa­nia za­opa­trze­nio­we, była sta­now­czo nie­przy­jem­na.

Mar­szru­ta stru­mie­niow­ca była iden­tycz­na ze stan­dar­do­wą tra­są, po któ­rej po­jazd krążył ka­żde­go dnia. Nie zmie­ni­ły się kod wy­wo­ław­czy, go­dzi­na star­tu oraz wy­sy­ła­ne co kwa­drans mel­dun­ki. Jego za­ło­ga rów­nież po­zo­sta­wa­ła tą samą, któ­ra fi­gu­ro­wa­ła w roz­kła­dzie dy­żu­rów Głów­nej Ko­men­dy Ka­zi­mie­rza – przy­naj­mniej na pa­pie­rze. W rze­czy­wi­sto­ści za­rów­no aspi­rant Vac­lav Stan­da, jego dru­gi pi­lot, jak i sze­ścio­oso­bo­wy od­dział in­ter­wen­cyj­ny po­li­cji zo­sta­li za­trzy­ma­ni na sali od­praw, a na­stęp­nie prze­pro­wa­dze­ni do świe­tli­cy, za­mkni­ętej tego ran­ka z po­wo­du re­mon­tu. Ich miej­sce za­jęli pi­lot i ma­jor Ef­fing­ton, mag Hex Ma­chi­ny, oraz szóst­ka oesów. Odzia­ni w po­li­cyj­ne mun­du­ry i nio­sący ta­kie same jak zwy­kle tor­by sprzętu we­szli na po­kład stru­mie­niow­ca, któ­ry chwi­lę pó­źniej ru­szył w swo­ją co­dzien­ną tra­sę po­nad cen­trum mia­sta. Ale tym ra­zem jego za­da­nie było zgo­ła inne, po­dob­nie jak je­de­na­stu in­nych ma­szyn, któ­re wy­star­to­wa­ły tego ran­ka.

Mo­ni­to­ring sie­ci ko­mu­ni­ka­cyj­nej Ka­zi­mie­rza wska­zał sy­gna­tu­ry trans­fe­ru su­ge­ru­jące prze­sył pro­gra­mów o zło­żo­no­ści co naj­mniej dzie­wi­ęć – brzmia­ły Wierz­bow­skie­mu w pa­mi­ęci sło­wa pod­pu­łkow­nik Fae. Wy­sła­ne kon­tro­le tech­nicz­ne od­kry­ły nie tyl­ko fi­zycz­ne uszko­dze­nie dła­wi­ków trans­fe­ru w kil­ku­na­stu punk­tach sie­ci, ale rów­nież opro­gra­mo­wa­nie, któ­re te uszko­dze­nia ma­sko­wa­ło.

Zło­żo­no­ść dzie­wi­ęć lub wi­ęcej oraz roz­my­śl­ne uszko­dze­nia dła­wi­ków ozna­cza­ły, że nie tyl­ko gdzieś po sie­ci prze­miesz­cza się co naj­mniej śred­niej kla­sy SI, ale też że ma ona wspar­cie ko­goś, kto był w sta­nie uszko­dzić dła­wi­ki. Agen­ta im­pe­rial­ne­go wy­wia­du, an­dro­ida albo ludz­kie­go stron­ni­ka sa­mej SI. Lub au­to­no­micz­nej ma­szy­ny, któ­ra po­tra­fi­ła po­ru­szać się nie­po­strze­że­nie wśród lu­dzi ogar­ni­ętych prze­cież ob­se­sją na punk­cie wro­gich ma­szyn. Ko­goś lub cze­goś, co mo­żna zła­pać za rękę.

Mój ze­spół wal­ki elek­tro­nicz­nej będzie ob­ser­wo­wał wszyst­kie punk­ty trans­fe­ro­we miej­skiej sie­ci – mó­wi­ła Fae na od­pra­wie, wska­zu­jąc gęstą sieć prze­ka­źni­ków two­rzących sztu­ko­wa­ny i na­dal spra­wia­jący wra­że­nie im­pro­wi­zo­wa­ne­go sys­tem bez­pie­cze­ństwa elek­tro­nicz­ne­go Ka­zi­mie­rza. Po­trze­ba nam jed­nak będzie od­po­wied­nio szyb­kiej in­ter­wen­cji, kie­dy wy­kry­je­my na­ru­sze­nie. Fi­zycz­nych od­dzia­łów ude­rze­nio­wych do do­ko­na­nia… za­trzy­ma­nia.

Za­trzy­ma­nie… Z ja­kie­goś po­wo­du Fae chcia­ło się ba­wić w sło­wa.

Ła­si­ca za­to­czy­ła ła­god­ny łuk, tym ra­zem usta­wia­jąc się dzio­bem w stro­nę wie­ży ma­gi­stra­tu, ósmy raz od mo­men­tu, kie­dy ze­spół Wierz­bow­skie­go wsze­dł na po­kład po ostat­nim po­sto­ju. Mar­cin po­pra­wił się na sie­dzi­sku, si­ęgnął po ma­nier­kę i po­ci­ągnął z niej dłu­gi łyk. Czuł się znu­żo­ny – ale w tym kon­kret­nym przy­pad­ku znu­że­nie było do­kład­nie tym, cze­go so­bie ży­czył. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Od we­jścia na po­kład stru­mie­niow­ca mi­nęło już dzie­wi­ęć go­dzin, co ozna­cza­ło, że wkrót­ce mogą się spo­dzie­wać czwar­te­go już lądo­wa­nia za­opa­trze­nio­we­go. I na­dal żad­nej oka­zji do dzia­ła­nia, ani dla nich, ani dla ze­spo­łów Hex Ma­chi­ny.

– Cza­sem za­sta­na­wiam się, czy nie pro­ściej by­ło­by bu­do­wać mia­sta bez in­fra­struk­tu­ry, w któ­rej może sie­dzieć SI. – Szcze­niak wy­ci­ągnął z fos­fo­ry­zu­jące­go opa­ko­wa­nia ko­lej­ny już w ci­ągu ostat­niej go­dzi­ny ba­to­nik. Ho­len­der zda­wał się po­sia­dać nie­mal nie­sko­ńczo­ny za­pas sło­dy­czy po­upy­cha­nych w ró­żnych kie­sze­niach wzmoc­nio­nej ka­mi­zel­ki po­li­cyj­nej.

– Te­raz bu­du­ją – od­pa­rła De­la­vien­te, ob­ser­wu­jąc pa­no­ra­mę mia­sta przez okien­ka prze­dzia­łu trans­por­to­we­go. – Ale Nowy Kra­ków i ja­kieś osiem­dzie­si­ąt pro­cent miast były bu­do­wa­ne przed Dniem, a wte­dy chcie­li­śmy mieć SI w ka­żdym domu.

– Nie no, ja­sne – zgo­dził się Van Reu­ters. – Tyl­ko cze­mu nie zro­bi­li prze­ró­bek za­raz po Dniu, jak już było wia­do­mo, że tro­chę jed­nak zmie­ni­li­śmy zda­nie?

Wierz­ba mu­siał się przy­naj­mniej częścio­wo zgo­dzić ze Szcze­nia­kiem – w ko­ńcu SI były naj­wi­ęk­szym wro­giem ludz­ko­ści jako ga­tun­ku. Mo­dy­fi­ka­cje sie­ci in­for­ma­cyj­nej zda­wa­ły się ca­łkiem ak­cep­to­wal­nym środ­kiem ostro­żno­ści wo­bec ta­kie­go prze­ciw­ni­ka.

– Część prze­ra­bia­ją – ode­zwał się na­gle mil­czący przez ostat­nie go­dzi­ny Thor­ne. – Duże sta­re mia­sta to jed­nak nie jest ro­bo­ta na dobę, zwłasz­cza bez pla­nu.

– Niby cze­mu? – prych­nął Szcze­niak, wy­ra­źnie ura­żo­ny.

Stru­mie­nio­wiec ob­ni­żył pu­łap, wcho­dząc w prze­strzeń po­mi­ędzy wy­so­ki­mi bu­dyn­ka­mi stre­fy cen­tral­nej mia­sta. Wo­kół wy­ro­sły spi­ra­le ci­ągów ko­mu­ni­ka­cyj­nych z na­ni­za­ny­mi na nie punk­ta­mi świa­teł po­zy­cyj­nych po­jaz­dów. Gdzieś po­wy­żej ma­szy­ny prze­ga­lo­po­wał tęczo­wy ho­lo­gra­ficz­ny jed­no­ro­żec, gwa­łtow­nym sko­kiem omi­ja­jąc po­li­cyj­ny ko­ry­tarz po­wietrz­ny.

– Po pierw­sze, SI się ad­ap­tu­ją – za­miast sze­re­gow­ca do Szcze­nia­ka zwró­ci­ła się De­la­vien­te. – Za­raz po Dniu prze­ro­bio­no część in­sta­la­cji, ale ma­szy­ny na­uczy­ły się uży­wać no­wych. Dła­wi­ki oka­za­ły się roz­sąd­nym kom­pro­mi­sem, ła­two je wy­mie­niać i two­rzą na­tu­ral­ne wąskie gar­dła sys­te­mu. Po dru­gie, ta­kie sie­ci to la­bi­rynt, w któ­ry mało kto po­tra­fi się sen­sow­nie za­pu­ścić. Do dziś w sie­ciach miej­skich znaj­du­je­my całe cen­tra przy­go­to­wa­ne na mo­du­ły SI, w za­sa­dzie go­to­we do podłącze­nia, po pro­stu nie ma ich na pla­nach. I na­dal szu­ka­my.

– „My”, zna­czy ty?

– „My”, zna­czy lu­dzie, młot­ku. – Hisz­pan­ka wy­wró­ci­ła oczy­ma. – Tłu­ma­czę ci me­cha­nizm. Dła­wi­ki są pro­wi­zor­ką, ja­sne, ale po­sta­wie­nie cen­trów prze­ka­źni­ko­wych po­zwo­li­ło zbu­do­wać sieć izo­lo­wa­nych ko­mó­rek na­wet w naj­wi­ęk­szych mia­stach w parę lat, a nie pa­rędzie­si­ąt.

– Spo­ro o tym wiesz – za­uwa­żył Thor­ne ze swo­je­go miej­sca.

Hisz­pan­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i prych­nęła wy­nio­śle.

– Po pro­stu za­uwa­ży­łam, że to może być po­trzeb­na wie­dza – po­wie­dzia­ła. – Bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści, dzi­wię się, że ty nie.

– Jak do­tąd się nie przy­da­wa­ło – burk­nął Szcze­niak.

– Ty też nie, a jed­nak cię trzy­ma­my.

Mar­cin wy­łączył się z roz­kręca­jącej się wła­śnie utarcz­ki. Po tak dłu­gim cza­sie spędzo­nym w cia­snym prze­dzia­le ła­si­cy jego lu­dzie z nu­dów wcho­dzi­li w aż nad­to zna­ny sche­mat. Za chwi­lę do dys­ku­sji do­rzu­ci swo­je trzy gro­sze Isaks­son, a Thor­ne dla za­ba­wy będzie do­le­wał oli­wy do ognia. W ci­ągu pi­ęciu mi­nut kłót­nia roz­go­rze­je na do­bre, ro­bi­ąc wra­że­nie zu­pe­łnie nie­pro­fe­sjo­nal­ne­go ba­ła­ga­nu. Wierz­ba nie mar­twił się tym zbyt­nio – wie­dział, że wszyst­kie dys­ku­sje umilk­ną do­kład­nie w mo­men­cie, kie­dy będzie po­trze­bo­wał ich uwa­gi.

Wyj­rzał przez okien­ko na ukry­ty pod wie­czor­ną mgłą Ka­zi­mierz. Gdzieś tam, w jed­nym z ty­si­ęcy węzłów ko­mu­ni­ka­cyj­nych mia­sta, cza­iła się SI. Po co przy­by­ła na Nowy Kra­ków, ko­lo­nię, na któ­rej nie było nic war­te­go uwa­gi? Czy to ozna­cza­ło, że wszyst­kie pla­ne­ty Unii są już zin­fil­tro­wa­ne, więc na­wet taka pro­win­cja do­sta­ła wła­sne­go szpie­ga, czy wręcz od­wrot­nie – ro­dzin­na pla­ne­ta Po­la­ka była wa­żniej­sza, niż na to wy­gląda­ło? A może po pro­stu Nowy Kra­ków zna­la­zł się na li­nii im­pe­rial­ne­go na­tar­cia i to wszyst­ko dla­te­go? Miał na­dzie­ję, że ist­nie­je jesz­cze ja­kaś czwar­ta opcja, bo żad­na z tych, któ­re przy­cho­dzi­ły mu do gło­wy, nie po­do­ba­ła mu się ani tro­chę.

O ile bo­wiem tre­ść od­pra­wy sama w so­bie nie su­ge­ro­wa­ła nic, wer­bu­nek oesów do po­mo­cy prze­su­wał ją do ka­te­go­rii bar­dzo po­wa­żnej. Hex Ma­chi­na nie prze­pa­da­ła za wspó­łpra­cą z dy­le­tan­ta­mi, a za ta­kich jej lu­dzie uwa­ża­li wszyst­kich spo­za ich jed­nost­ki. Coś mu­sia­ło spra­wić, że zmu­si­li się do ści­ągni­ęcia żo­łnie­rzy Bris­ba­ne’a.

Mar­cin spoj­rzał w górę, na wie­czor­ne nie­bo No­we­go Kra­ko­wa. Wi­dział jed­nak tyl­ko sza­re strzępy mgły, za­bar­wia­nej przez prze­my­ka­jące ho­lo­gra­my i świa­tła po­zy­cyj­ne szy­bu­jących mi­ędzy bu­dyn­ka­mi bez­za­ło­gow­ców. Nie­bo było za­le­d­wie czar­ny­mi ra­na­mi wy­dar­ty­mi w ko­lo­ro­wo podświe­tla­nej sza­ro­ści. Gdzieś tam, na or­bi­cie pla­ne­ty, znaj­do­wa­ła się roz­le­gła in­sta­la­cja doku re­mon­to­we­go, gdzie tkwił „Pio­łun” – oraz Bris­ba­ne, któ­ry po­wró­cił na po­kład na­tych­miast po od­pra­wie.

Osten­ta­cyj­ny spo­kój pu­łkow­ni­ka bar­dzo Po­la­ka nie­po­ko­ił. Au­stra­lij­czyk od po­cząt­ku im­pe­rial­ne­go na­tar­cia wal­czył o od­zy­ska­nie ini­cja­ty­wy, o mo­żli­wo­ść wy­pro­wa­dze­nia cio­su, tym­cza­sem prze­ciw­nik nie po­zwa­lał im wy­jść z de­fen­sy­wy. Nowy Kra­ków wy­ra­źnie nie sta­no­wił wy­jąt­ku i po pu­łkow­ni­ku było wi­dać, że jest już zmęczo­ny bra­kiem kon­tro­li. A to mo­gło ge­ne­ro­wać błędy. Wierz­ba nie chciał być w po­bli­żu, kie­dy Bris­ba­ne za­cznie je po­pe­łniać.

– Mamy we­zwa­nie – usły­szał w słu­chaw­ce kom­lin­ka głos pi­lo­ta. – Scho­dzi­my w re­jon Die­tla–Ko­nar­skie­go, sze­śćdzie­si­ąt se­kund do lądo­wa­nia.

– Sze­śćdzie­si­ąt se­kund, zro­zu­mia­łem. – Wierz­ba po­czuł zna­jo­me kop­ni­ęcie ad­re­na­li­ny. – Pro­szę o dane ak­cji.

Dał znak po­zo­sta­łym i za­żar­ta dys­ku­sja po­mi­ędzy De­la­vien­te i Szcze­nia­kiem urwa­ła się na­tych­miast. Żo­łnie­rze za­kła­da­li he­łmy, spraw­dza­li broń i opo­rządze­nie, do­pi­na­li uprzęże. Szcze­niak ba­wił się ręka­wicz­ka­mi, jak­by usi­ło­wał jak naj­moc­niej na­su­nąć ma­te­riał na ka­żdy pa­lec. Isaks­son spraw­dzi­ła, czy za­ła­do­wa­ła wła­ści­wy, opa­trzo­ny ja­sno­sza­rym ozna­cze­niem ma­ga­zy­nek z po­ci­ska­mi gra­fi­to­wy­mi. Na wy­świe­tlacz sys­te­mu wi­zyj­ne­go Wierz­by spły­nęły dane do­ty­czące we­zwa­nia. Opcjo­nal­ne punk­ty lądo­wa­nia ra­zem z mo­żli­wy­mi po­de­jścia­mi do celu z ka­żde­go z nich wy­świe­tla­ły się na świetl­nej ma­pie prze­sła­nej przez mag Hex Ma­chi­ny, po­ja­wi­ły się rów­nież osza­co­wa­nia sił wro­ga – i żad­ne nie wy­gląda­ło opty­mi­stycz­nie.

– Mamy kon­takt na dru­gim ob­wo­dzie mo­ni­to­rin­gu w sta­cji prze­ka­źni­ko­wej na Die­tla – prze­ka­zał swo­im lu­dziom, prze­sy­ła­jąc ka­żde­mu mapę ob­sza­ru dzia­ła­nia. – Ob­wód pod­sta­wo­wy mil­czy.

Mar­cin prze­bie­gł w pa­mi­ęci dane z od­pra­wy – prze­ka­źnik sie­ci miej­skiej nu­mer 49 był jed­ną z nie­mal osiem­dzie­si­ęciu iden­tycz­nych in­sta­la­cji roz­miesz­czo­nych po ca­łym re­gio­nie. Do dzia­ła­nia sa­mej sie­ci był ca­łko­wi­cie zbęd­ny – na cały Nowy Kra­ków wy­star­czy­ło­by kil­ka cen­tra­li – sta­no­wił jed­nak część sys­te­mu bez­pie­cze­ństwa i kon­tro­li da­nych. Cały ruch sie­cio­wy był w nim we­ry­fi­ko­wa­ny i prze­pusz­cza­ny przez ko­lej­ne war­stwy za­po­ry bez­pie­cze­ństwa i fil­try, wresz­cie sprzęto­we dła­wi­ki wy­chwy­tu­jące wiel­kie, jed­no­częścio­we trans­fe­ry da­nych, je­dy­ny zna­ny spo­sób po­ru­sza­nia się SI w sie­ci.

Mała sta­cja, jed­na z wie­lu po­dob­nych do sie­bie i ni­czym się nie­wy­ró­żnia­jąca. Za­wia­dy­wa­na przez może jed­ne­go tech­ni­ka. Może na­wet nie, bo Ka­zi­mierz za­pew­ne miał mniej tech­ni­ków na dy­żu­rze niż sta­cji. Te­raz jed­nak mo­gła być naj­wa­żniej­szym punk­tem w ko­lo­nii.

– Spryt­ny miś grze­bie w dła­wi­kach, ale nie zo­rien­to­wał się, że mamy je pod do­dat­ko­wą ob­ser­wa­cją. – Szcze­niak po raz nie wie­dzieć któ­ry po­pra­wił ręka­wicz­ki.

– To może być do­bry znak – za­uwa­żył spo­koj­nie We­iss.

– Albo pu­łap­ka. – De­la­vien­te wyj­rza­ła przez okno, pró­bu­jąc zlo­ka­li­zo­wać miej­sce lądo­wa­nia.

– Nie wy­klu­czam – ton Niem­ca był na­dal ide­al­nie spo­koj­ny. – Ale cóż ro­bić.

– Przej­dzie­my ni­sko nad da­chem bu­dyn­ku – Mar­cin usły­szał w słu­chaw­ce zim­ny, wy­wa­żo­ny głos sie­dzącej w kok­pi­cie mag Hex Ma­chi­ny. – Wy­lądu­je­my na­prze­ciw we­jścia głów­ne­go. Wspar­cie w ci­ągu mi­nu­ty po lądo­wa­niu, prze­sy­łam pla­ny.

Wierz­bow­ski spoj­rzał na do­kład­ne ar­chi­tek­to­nicz­ne sche­ma­ty bu­dyn­ku na skrzy­żo­wa­niu Die­tla i Ko­nar­skie­go i za­klął ci­cho – bu­dy­nek miał czte­ry od­dziel­ne we­jścia, nie li­cząc tego, że i przez dach dało się z nie­go wy­do­stać. On zaś miał tyl­ko pi­ęciu lu­dzi i mniej niż pół mi­nu­ty na przy­go­to­wa­nie ak­cji. Skrzy­wił usta, pró­bu­jąc roz­wi­kłać daną mu ła­mi­głów­kę.

– Cy­wi­le? – spy­tał, ale bez wi­ęk­szych na­dziei.

– Trzy­dzie­ści do sze­śćdzie­si­ęciu osób w za­si­ęgu ak­cji. Ewa­ku­acja po lądo­wa­niu – mag po­twier­dzi­ła jego oba­wy. Taka licz­ba po­stron­nych prak­tycz­nie gwa­ran­to­wa­ła cy­wil­ne ofia­ry, co wi­ęcej – da­wa­ła ich dy­wer­san­to­wi wy­ma­rzo­ną oka­zję do wmie­sza­nia się w tłum. Ich je­dy­ną prze­wa­gą było za­sko­cze­nie. Krót­ko­trwa­ły zysk, jak sądził, ale będzie mu­siał wy­star­czyć. Po­spiesz­nie przej­rzał dane zbli­ża­jących się bez­za­ło­gow­ców wspar­cia i kil­ko­ma po­le­ce­nia­mi na­nió­sł na prze­sła­ny plan po­zy­cje wy­zna­czo­ne dla jego lu­dzi oraz prze­słał dane na ze­sta­wy wi­zyj­ne po­zo­sta­łych.

– Mo­że­my zdal­nie do­stać się do sys­te­mu za­bez­pie­czeń bu­dyn­ku? – spy­tał mag przez ra­dio.

– Tak – od­po­wie­dzia­ła na­tych­miast Ef­fing­ton.

– Świet­nie. Kie­dy tyl­ko wy­lądu­je­my, pro­szę za­mknąć wszyst­kie wy­jścia i otwie­rać je wy­łącz­nie na we­zwa­nie. Za­wia­dom­cie wszyst­kie Fe­nik­sy, że wcho­dzi­my do ak­cji.

Spoj­rzał przez okno na zbli­ża­jący się szyb­ko bu­dy­nek i prze­my­ka­jące wo­kół nie­go fi­gur­ki pie­szych i po­jaz­dów. Wes­tchnął ci­cho. Za­po­wia­da­ła się ci­ężka prze­pra­wa.

***

Ła­si­ca prze­mknęła nad da­chem ni­skie­go bu­dyn­ku miesz­czące­go prze­ka­źni­ki sie­ci miej­skiej, tyl­ko na krót­ki mo­ment zwal­nia­jąc, by dać czwór­ce żo­łnie­rzy czas na opusz­cze­nie po­kła­du i wy­lądo­wa­nie po­śród za­bu­do­wa­nych ele­men­tów sys­te­mu chło­dze­nia i wen­ty­la­cji. W po­wie­trze unio­sła się chmu­ra ku­rzu i śmie­ci, wzbi­ta przez pra­cu­jące sil­ni­ki ma­szy­ny. Na­stęp­nie stru­mie­nio­wiec za­to­czył krót­ki łuk i osia­dł kil­ka­na­ście kro­ków przed na wpół prze­źro­czy­sty­mi drzwia­mi bu­dyn­ku.

– Za­czy­naj­cie – po­wie­dział Wierz­ba do kom­lin­ka, jed­no­cze­śnie wy­ska­ku­jąc na brud­ny chod­nik. Nie mu­siał się oglądać, by wie­dzieć, że sto­py Wun­der­waf­fe do­tknęły grun­tu prak­tycz­nie w tej sa­mej chwi­li.

– Zaj­mu­je­my po­zy­cje – w gło­sie Isaks­son brzmiał au­ten­tycz­ny en­tu­zjazm.

– Ko­bold do wszyst­kich grup, wkra­cza­my do ak­cji – za­mel­do­wał Wierz­ba.

Pi­lot uru­cho­mił wszyst­kie sys­te­my za­bez­pie­cze­nia te­re­nu i ła­si­ca ja­rzy­ła się te­raz błękit­no-czer­wo­ny­mi świa­tła­mi. Stru­mie­nio­wiec roz­rzu­cił mar­ke­ry ostrze­gaw­cze. Wo­kół przed­niej części bu­dyn­ku za­bły­sło po­ma­ra­ńczo­we, ja­skra­we pó­łko­le, a ka­wa­łek da­lej – żó­łte. Na obu na­tych­miast za­mi­go­ta­ły ho­lo­gra­ficz­ne ozna­cze­nia wy­świet­lane przez pro­jek­to­ry po­jaz­du.

– Pro­szę na­tych­miast prze­mie­ścić się poza stre­fę ozna­czo­ną ko­lo­rem żó­łtym – z gło­śni­ków ma­szy­ny gruch­nął do­no­śny ko­mu­ni­kat. – Prze­pro­wa­dza­na jest ak­cja po­li­cji. Po­wta­rzam, pro­szę…

Prze­chod­nie przy­jęli ko­mu­ni­kat ze zwy­kłą mie­sza­ni­ną pod­eks­cy­to­wa­nia i cie­ka­wo­ści. Wi­ęk­szo­ść szczęśli­wie fak­tycz­nie cof­nęła się za wy­zna­czo­ną mar­ke­ra­mi i pro­jek­cja­mi stre­fę. Kil­ku za­ma­rło w cha­rak­te­ry­stycz­nym bez­ru­chu osób na­gry­wa­jących wszyst­ko szkła­mi wi­zyj­ny­mi, jesz­cze inni wręcz pod­cho­dzi­li, by wi­dzieć le­piej. Nowy Kra­ków, Nowy Lon­dyn, po­my­ślał wście­kle Mar­cin, wszędzie wszy­scy tacy sami. Jesz­cze…

Do­strze­gł to do­pie­ro po se­kun­dzie, tak ide­al­nie zmie­sza­ne z ich dzia­ła­nia­mi, że nie­mal nie­odró­żnial­ne. Dwa, sze­ść, dzie­wi­ęć no­wych ho­lo­gra­mów, po­dob­nych do ich wła­snych, po­li­cyj­nych, ale w in­nych miej­scach. Lu­dzie, na­gle oto­cze­ni przez krzy­czące do nich mar­ke­ry, prze­rwa­li wpa­try­wa­nie się w ak­cję i za­częli ner­wo­wo ucie­kać w stro­nę wol­nej prze­strze­ni. Ktoś coś za­wo­łał, ktoś wpa­dł na sąsia­da.

– Stre­fa czer­wo­na – roz­le­gł się bez­na­mi­ęt­ny ko­mu­ni­kat mag. Na wy­świe­tla­czu za­mi­go­ta­ło czer­wo­ne ostrze­że­nie. – Star­tu­je­my.

Re­ak­cja Po­la­ka była spó­źnio­na. Po­wi­nien był za­dzia­łać na­tych­miast, kie­dy do­strze­gł ho­lo­gra­my, kie­dy zo­ba­czył, że tam­ci byli go­to­wi na ich przy­by­cie. Te­raz cia­ło rzu­ci­ło się do pró­by nad­ro­bie­nia cza­su, któ­re­go od­zy­skać się nie dało.

– We­iss!

Ła­dun­ki pu­łap­ki eks­plo­do­wa­ły jed­no­cze­śnie, za­sy­pu­jąc przed­po­le bu­dyn­ku odłam­ka­mi. Wzmoc­nio­ny pan­cerz Wierz­by ura­to­wał mu ży­cie, ale ener­gia ki­ne­tycz­na zro­bi­ła swo­je i Po­lak padł na zie­mię.

– Ra­port! – wy­kasz­lał do kom­lin­ka. Po­przez dzwo­nie­nie w uszach sły­szał wrza­ski, zmie­sza­ne z „Pro­szę się ro­ze­jść” z gło­śni­ka i wi­zgiem sil­ni­ków po­li­cyj­nej ła­si­cy. – Ła­si­ca, ode­tnij­cie bu­dy­nek!

– Cały – głos do­ta­rł do nie­go w chwi­li, kie­dy Wun­der­waf­fe rzu­cił krzy­ka­cza, sta­wia­jąc go­rącą, wy­jącą na nie­mal wszyst­kich często­tli­wo­ściach za­sło­nę dym­ną.

– Ze­spół B ak­tyw­ny, bez strat – w gło­sie Isaks­son dało się wy­czuć na­pędza­ny ad­re­na­li­ną en­tu­zjazm. – Sko­or­dy­no­wa­ne de­to­na­cje na celu i po­bli­skich bu­dyn­kach. Nas omi­nęło, ale na dole na pew­no są ran­ni. Co się sta­ło?

– Byli na nas go­to­wi. – Wierz­ba od­kaszl­nął po­now­nie. Chy­ba nie było źle. Wy­cie zni­ka­ło, kie­dy słu­chaw­ki do­sto­so­wy­wa­ły się do prze­ka­za­nych przez Wun­der­waf­fe czy­stych często­tli­wo­ści krzy­ka­cza, od­fil­tro­wu­jąc wszyst­ko inne. – Rzu­caj­cie ła­dun­ki i bierz­cie się do ob­ser­wa­cji, może będą chcie­li na­wiać.

– Zro­zu­mia­łam.

Mar­cin po­de­rwał się na nogi i z ka­ra­bi­nem przy ra­mie­niu ru­szył bie­giem przez go­rący dym. Prze­fil­tro­wa­ny krzyk ran­nych i ucie­ka­jących ga­piów brzmiał mu w uszach upior­ny­mi, nie­mal nie­ludz­ki­mi pi­ska­mi.

– Sys­te­my drzwi nie­ak­tyw­ne – za­mel­do­wa­ła mag spo­koj­nie. – Ła­si­ca uszko­dzo­na, lądu­je­my awa­ryj­nie. Wspar­cie w dro­dze.

Gdzieś cho­ler­nie da­le­ko roz­le­gł się nie­przy­jem­ny od­głos kon­struk­cji stru­mie­niow­ca ude­rza­jące­go o grunt. Wierz­ba za­klął, mie­rząc tam, gdzie we­dług na­nie­sio­nych przez sys­tem wi­zyj­ny kon­tu­rów bu­dyn­ku po­win­ny być drzwi.

– Mil­la, nie mamy kon­tro­li nad we­jścia­mi, pew­nie będzie pró­bo­wał się wy­co­fać.

– Wszędzie pe­łno cy­wi­lów – od­po­wie­dzia­ła Szwed­ka. – Ozna­czam…

Go­gle Wierz­by wy­świe­tli­ły kil­ka­na­ście syl­we­tek nada­nych mu przez ob­ser­wa­to­rów sie­dzące­go na da­chu bu­dyn­ku ze­spo­łu B. Pra­wie wszyst­kie albo znaj­do­wa­ły się przy bu­dyn­ku-celu, albo do nie­go zmie­rza­ły. Mar­cin nie miał cza­su zaj­mo­wać się przy­czy­na­mi tego sta­nu – klu­czo­we w tej chwi­li były jego efek­ty.

– Może uży­wać ich do osło­ny uciecz­ki, bądźcie uwa­żni i nie daj­cie mu na­wiać.

– Zro­zu­mia­łam.

Pierw­sze ma­szy­ny wspar­cia mia­ły przy­być sze­śćdzie­si­ąt se­kund po ich lądo­wa­niu. Jesz­cze czter­dzie­ści dwie, jak wska­zy­wał ze­gar ak­cji. Dłu­go.

– Gün­ter, na­przód! – Mar­cin z ka­ra­bi­nem przy ra­mie­niu ru­szył do wnętrza bu­dyn­ku cen­tra­li prze­ka­źni­ko­wej. Tu dymu było mniej, w po­wie­trzu uno­si­ły się za to lep­kie płat­ki che­micz­nych mar­ke­rów po­cho­dzących z ła­dun­ków, któ­re Isaks­son zde­to­no­wa­ła w ujściach sys­te­mu wen­ty­la­cyj­ne­go. Wśród wi­ru­jących, ja­skra­wych we wzmac­nia­czu ob­ra­zu dro­bi­nek Mar­cin czuł się, jak­by ma­sze­ro­wał przez śnie­ży­cę.

– Par­ter, ko­ry­tarz po­łu­dnio­wy, czy­sto.

Czuł wła­sny przy­spie­szo­ny od­dech pod kry­jącą twarz ma­ską. Gło­wę wy­pe­łnia­ły my­śli o tym, jak bar­dzo an­dro­id do­mi­nu­je nad nim zdol­no­ścia­mi do pro­wa­dze­nia wal­ki, o ile jest szyb­szy, od­por­niej­szy. O tym, że się nie boi.

Mi­nął za­kręt ko­ry­ta­rza, we­dług pla­nu zbli­ża­jąc się do we­jścia do głów­ne­go ma­in­fra­me’u sta­cji. Drzwi ze­wnętrz­ne były roz­su­ni­ęte, tuż obok na zie­mi le­ża­ło cia­ło w mun­du­rze tech­ni­ka. Mar­cin zro­bił krok na­przód, sta­ra­jąc się wy­pa­trzyć ja­kieś rany, ale bez skut­ku.

– Wun­der­waf­fe, osła­niaj.

Rzu­cił vi­sor, po­li­cyj­ną wer­sję woj­sko­we­go czuj­ni­ka, w ko­ry­tarz za drzwia­mi i z boku wy­świe­tla­cza po­ja­wił się ob­raz z za­mon­to­wa­nej ka­me­ry. W krót­kim ko­ry­ta­rzy­ku wio­dącym do dru­gich – rów­nież roz­su­ni­ętych – drzwi do po­miesz­cze­nia ma­in­fra­me’u nie było ni­ko­go.

– Je­ste­śmy przy celu, żad­nych kon­tak­tów. Jak wi­dok z góry?

– Tłum lu­dzi w po­bli­żu bu­dyn­ku, ści­ągnęły ich tu te fa­łszy­we we­zwa­nia po­li­cyj­ne.

Mar­cin za­ci­snął war­gi. Gdy­by był an­dro­idem, któ­ry chce uciec z bu­dyn­ku, do­kład­nie ta­kiej sy­tu­acji by chciał – tłu­mu prze­ra­żo­nych cy­wi­lów, na któ­rych trze­ba będzie uwa­żać i któ­rzy będą prze­sła­niać li­nię strza­łu. Przy­po­mniał so­bie cen­trum han­dlo­we w Fu­shun.

– Po­zbądź się ich.

Uklęk­nął przy cie­le, przy­ło­żył czuj­nik do od­kry­tej szyi. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że nie­przy­tom­ny żył – lub funk­cjo­no­wał, je­śli był an­dro­idem. Si­ęgnął po przy­go­to­wa­ne kaj­dan­ki – nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia, i nie chciał zo­sta­wiać le­żące­go za ple­ca­mi.

– Jak mam to zro­bić bez wspar­cia maga?

– Puść im se­rię nad gło­wa­mi, nie…