Dziewięć opowiadań z obłędem w tle - Opracowanie zbiorowe - ebook

Dziewięć opowiadań z obłędem w tle ebook

0,0

Opis

Maja Kuczerska, Maria Galina, Suchbat Afłatuni, Ksenia Buksza, Anna Starobiniec, Natalia Mieszczaninowa, Siergiej Nosow, Siergiej Kuzniecow, Marina Stiepnowa wychodzą z cienia wielkich nazwisk rosyjskiej klasyki literackiej i pisarską bezkompromisowością podążają poza utarte szlaki tradycyjnych dzieł. To nie tylko tak doskonale znane nam z dzieł mistrzów zbrodnie, intrygi, mistycyzm, nihilizm, ale przede wszystkim wielość emocji, zabawa gatunkiem i wejście do świata bardziej współczesnego czytelnika. Te opowiadania są rosyjską alegorią literacką o tym co jest tu i teraz. "Pod bokiem dostojnej, ociężałej i staroświeckiej literatury rosyjskiej, kryjąc się w cieniu, wyrasta literatura zupełnie innego gatunku – młodsza, weselsza i w pozytywny sposób uniwersalna, ogólnoludzka. Właśnie tę literaturę – raczej kobiecą niż męską, raczej rozrywkową niż poważną, raczej aktualną niż tradycyjną – pragnę zaprezentować polskim czytelnikom." - mówi Galina Józefowicz, jedna z najbardziej znanych i cenionych rosyjskich krytyczek literackich, która dokonała wyboru opowiadań.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 182

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dziewięć opowiadań z obłędem w tle
Maja Kuczerska, Zabawa w śnieżkiprzełożyła Marta Łukaszewicz Maria Galina, Cześć, stary!przełożył Sebastian Markiewicz Suchbat Afłatuni, Umarownaprzełożył Jan German Ksenia Buksza, Następny przystanek... prawo jazdyprzełożyła Paulina Pielech Anna Starobiniec, Po linii matkiprzełożyła Izabela Jasińska Natalia Mieszczaninowa, Życzenieprzełożyła Paula Walczak Siergiej Nosow, Próbaprzełożyła Natalia Dziurdzińska Siergiej Kuzniecow, Rok 1933. Tomek i jądro ciemnościprzełożył Jacek Skoczek Marina Stiepnowa, Przepiórkaprzełożyła Katarzyna Roman-Rawska
Copyright by Suchbat Afłatuni, Ksenia Buksza, Maria Galina, Maja Kuczerska, Siergiej Kuzniecow, Natalia Mieszczaninowa, Siergiej Nosow, Anna Starobiniec, Marina Stiepnowa, Wydawnictwo Рипол Классик, 2020
Tytuły oryginalne: Майя Кучерская. Игра в снежки Мария Галина. Привет, старик! Сухбат Афлатуни. Умаровна Ксения Букша. Права Анна Старобинец. Линия матери Наталья Мещанинова. Желания Сергей Носов. Проба Сергей Кузнецов. Томек и сердце тьмы Марина Степнова. Перепелка
PROJEKT OKŁADKIFrycz i Wicha
REDAKCJA TEKSTUJoanna Habiera
KOREKTAZespół
REDAKCJA TECHNICZNADorota Dołęgowska
ISBN 978-83-64486-86-9
Wydawca: Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia ul. Jasna 14/16a, 00-041 Warszawa tel. + 48 22 295 00 30, fax + 48 22 295 00 31 e-mail:cprdip@cprdip.plwww.cprdip.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Słowo od autorki antologii

Obraz rosyjskiej literatury w samej Rosji, a zwłaszcza poza jej granicami nakreślony został kilkoma skąpymi, ostrymi kreskami.

Po pierwsze, to egocentryczna i samozadowolona literatura wielkiego kraju. Znaczna część napisanych po rosyjsku tekstów literackich obliczona jest na rodzimego odbiorcę. Teksty te są jawnie nieprzychylne czytelnikowi zagranicznemu, który nie zna naszych lokalnych problemów, specyfiki narodowej i kulturalnej, detali codziennego życia. Na obcokrajowca spogląda się w nich z lekceważeniem i jakby z góry, nie zniżając się do objaśnień i komentarzy. Nie wiesz, czym jest koromysło? Nie wyobrażasz sobie, co niepokoi rosyjskiego inteligenta? Więc co tu w ogóle robisz...?

Po drugie, literatura rosyjska to oczywiście literatura brodatych mężczyzn. Zaledwie co trzeci przeciętny czytelnik może wymienić choćby dwa nazwiska wielkich rosyjskich pisarek, za to nazwiska Tołstoja, Dostojewskiego, Czechowa, Turgieniewa są doskonale znane nawet tym, którzy nie przeczytali ani jednej linijki ich książek. Podczas gdy Anglia, Francja czy Polska słusznie są dumne z plejady swoich powieściopisarek, Rosja mimo najlepszych chęci nie może wydelegować do literackiej reprezentacji ani jednej kobiety.

Na koniec wreszcie, literatura rosyjska to literatura konserwatywna, tradycyjna. Miejsce akcji – Rosja. Czas akcji – przeszłość. Tonacja – morderczo poważna. Żadnych gatunkowych zabaw, żadnych ostrych tematów – bohater nie może okazać się gejem czy kosmopolitą, polecieć w kosmos, stać się ofiarą przemocy domowej albo – nie daj Boże – rozgrywek w internecie. Śmierć, cierpienie, tragiczna miłość, alkohol i powiązane z nim problemy, poszukiwanie prawdy i Boga, objawień duchowych – oto typowe, poważne tematy dla prozy. Reszta tematów nadaje się w najlepszym wypadku na beletrystykę, w najgorszym – w ogóle wypada z kategorii LITERATURA.

Wszystkie te wyobrażenia są po części uzasadnione. Uzasadnione i – niestety – całkowicie niesprzedawalne: taką literaturę rosyjską, jaką opisałam powyżej, można poważać z oddali, można studiować i wykładać na uniwersytetach, ale czytać dla przyjemności, a tym bardziej szczerze ją lubić – raczej nie. Właśnie to jest powodem, dla którego literaturę rosyjską świat zna dziś o wiele gorzej, niżbyśmy chcieli. Choć są też pomyślne wieści: jak już wspomniałam, te wyobrażenia są uzasadnione jedynie po części. Pod bokiem dostojnej, ociężałej i staroświeckiej literatury rosyjskiej, kryjąc się w cieniu, wyrasta literatura zupełnie innego gatunku – młodsza, weselsza i w pozytywny sposób uniwersalna, ogólnoludzka.

Właśnie tę literaturę – raczej kobiecą niż męską, raczej rozrywkową niż poważną, raczej aktualną niż tradycyjną – pragnę zaprezentować polskim czytelnikom, i jestem nieskończenie wdzięczna Polinie Justowej, Agnieszce Sowińskiej oraz Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia za to, że ten pomysł spotkał się z ich aprobatą.

W opowiadaniu Marii Galiny Cześć, stary! swojski mit, stara dobra bożonarodzeniowa bajka ukazuje swoje niebezpieczne, mroczne oblicze. Życzenie Natalii Mieszczaninowej jest dławiącą, bolesną, a zarazem poetycką historią o przemocy domowej. Po linii matki Anny Starobiniec to przedziwna hybryda dramatu rodzinnego i mistycznego thrillera, która na nowo zgłębia klasyczny temat folklorystyczny. Próba Siergieja Nosowa i Przepiórka Mariny Stiepnowej są śmiałymi, dowcipnymi i eleganckimi remiksami rosyjskiej klasyki. Stonowany, ale wyrazisty Następny przystanek... prawo jazdy Kseni Bukszy to historia zdobycia prawa jazdy, a jednocześnie opowieść o niezaprzeczalnych prawach człowieka. Umarowna Suchbata Afłatuniego stanowi rzadki przykład postkolonialnej prozy rosyjskiej, przepełnionej atmosferą centralnej Azji i południowym kolorytem. Zabawa w śnieżki Mai Kuczerskiej jest poruszającą historią pierwszej miłości, jednopłciowej i dlatego szczególnie zagrożonej i trudnej. I, na koniec, Tomek i jądro ciemności Siergieja Kuzniecowa to hołd złożony jednocześnie popularnemu w Rosji Alfredowi Szklarskiemu, autorowi powieści młodzieżowych o przygodach chłopca o imieniu Tomek, oraz wielkiemu Josephowi Conradowi.

W ostatnich latach literatura polska coraz aktywniej przenika na rosyjski rynek wydawniczy, przy czym – niemalże po raz pierwszy – obok współczesnej klasyki nasz czytelnik może poznać literaturę gatunkową, popularną, obliczoną na szczere zaciekawienie i empatię, na szybką i bezpośrednią reakcję emocjonalną. Z przyjemnością myślę o tym, że ten skromny zbiór, który trzymają Państwo w rękach, stanie się pewnego rodzaju wyjściem naprzeciw – okienkiem, przez które polski czytelnik będzie mógł zajrzeć na terytorium najnowszej rosyjskiej literatury, współczesnej, uniwersalnej i pełnej energii.

Galina Józefowicz, krytyczka literacka

przełożyła Agnieszka Sowińska

Maja Kuczerska

Zabawa w śnieżki

To był albo dawny klub, albo opuszczony magazyn – Anna długo i sennie przekopywała się przez pomięte kartonowe pudła, zbutwiałe deski z zardzewiałymi gwoździami; w pudłach i obok nich leżały sterty starych książek, zapomnianych, nieczytanych, nudnych, co było widać po okładkach. Do bani te nocne zmiany, zasypiasz na stojąco. Tory prowadziły aż tutaj, do tych zakurzonych bibliotecznych piwnic; Anna wyszła z pustego wagonu i maszerowała teraz po nich, nie wiedząc, do kogo tak się śpieszy. Dziewczyna wychynęła skądś tam z dołu, z boku, spod łokcia – okazało się, że sięga Annie do ramienia. Miała na oko trzynaście, czternaście lat, ciemne kędzierzawe włosy do ramion, gładkie czoło. Granatowa kurtka, dżinsy rurki, bystre szare oczy, zadarty nos. Pierwszy raz Anna widziała dziewczynę o tyle młodszą i od razu tak jej bliską. Anna dopadła do niej, pocałowała w wąziutkie usta. Dziewczyna jakby tylko na to czekała, natychmiast odpowiedziała na pocałunek, odchylając głowę i przyciągając do siebie Annę. Anna zaśmiała się i odepchnęła ją.

– Już? Tak szybko?

Dziewczyna lekko się uśmiechnęła.

– Tak.

Wyszły z dusznej piwnicy po stromych schodach prowadzących w górę, pchnęły obite blachą drzwi i znalazły się na niewielkim podwórku z klombem pośrodku, otoczonym pomalowanymi na zielono ławkami. Brązowy wróbel podskakiwał na oparciu ławki, dziobnął w deskę, poruszył gwałtownie głową, skapnął na ziemię gęstą białą kroplą.

– Z tysiąc lat się nie zakochiwałam, a w tobie od razu. – Anna poruszała wargami i naprawdę czuła, że jej mięśnie i krew wypełniają ciężkie jak ołów uczucie i słodka słabość. Patrzyła, jak zrywa się silny wiatr, jak zmienia i wprawia w ruch cały ten świat. Zadźwięczały nieopadłe miedziane liście, nad kamieniami pofrunęły drobne gałęzie i śmieci, poleciały papierki, zafalowała trawa na klombie, pochyliły się zwiędłe astry, liliowe wiechcie zakołysały tam i z powrotem. Wróbel stanął w poprzek niewidocznego strumienia powietrza, rozłożył skrzydła, gubiąc beżowy puszek, który wzniósł się do nieba. Gdy wiatr się uspokoił, Anna zrozumiała, że odda tej dziewczynie całe swoje życie, bo całe swoje życie przeżyje razem z nią.

Ich miłość była krótka i gwałtowna, jak wydech po skoku. Sasza uczyła się, chodziła do dwóch szkół, zwykłej i muzycznej, opuszczać lekcji z jakiegoś powodu nie mogła, i Anna, zdrzemnąwszy się po trwającej ponad dobę zmianie (udało jej się złapać półtora etatu), biegła do niej, bez końca czekała na nią po lekcjach, w bramach, przejściach, na wydeptanych schodkach tych wszystkich niezliczonych szkół. Spała na stojąco, a w przebłyskach snu widziała, jak znowu szoruje linoleum w niebiesko-białe romby, idzie po korytarzu z basenem w rękach, napełnia strzykawkę lekarstwem, kładzie się na pokrytej ceratą kozetce, by pięć minut się zdrzemnąć. W końcu Saszka wychodziła, szczuplutka, kędzierzawa, z kolorowym plecakiem, z teczką na nuty, i sen pierzchał. Anna brała od niej ciężką teczkę, zarzucała sobie na ramię, szły szybko i wesoło, paliły papierosy, piły piwo nad rzeką, wpatrywały się w rozmyte jasnożółte wieczorne niebo i równie niedorzecznie, nadrzecznie gadały. Saszka tak niesamowicie potrafiła odchylać głowę, nawet kiedy trzeba było iść bardzo szybko, i nigdy przy tym nie upadała. To był jej gest: nagle potrząsnąć włosami i spojrzeć w górę. Co tam jest? Wokół niej rozbrzmiewała muzyka; Saszka grała na pianinie, bez entuzjazmu kończyła szkołę muzyczną, pomstowała na nią, Anna nigdy w końcu nie usłyszała, jak Saszka gra, ale kiedy otwierały się przeszklone drzwi budynku, a Saszka wychodziła – nagle milkło nieharmonijne do-re-mi-fa-sol zza okien. Oddalona orkiestra zaczynała coś swojego – lekkiego i świętego, jak u Wolfganga Amadeusza Mozarta, kilka lat temu Anna oglądała o nim film, i tu było tak samo: jak w filmie, w ważnych scenach niezmiennie coś grało w tle, dużo skrzypiec, wiolonczeli, czegoś strunowego, uroczystego, pienistego, z dalekim echem przedwczesnej śmierci.

„Kocham cię, kocham”, powtarzała w myślach Anna, przebijając się przez cały ten gąszcz dźwięków i odświętny hałas, ale jak dotąd ani razu nie wypowiedziała tego na głos. Całowała tylko Saszkę na pożegnanie w sztywne czarne włosy, zawsze starając się trafić w czubek głowy. Całowała, a chciałaby przytulić, uścisnąć aż do bólu, unieść nad ziemię, nieść jak lalkę, przyciskać do piersi: moja, moja na wieki! Jednak milczała jak zaklęta, milczała, obijając nogi do krwi, kopiąc wielkie kamienie na podwórzu Saszki, koślawe piłki futbolowe.

A Saszka mówiła: Anka, cześć... Ania? Zmarzłam. Ania, muszę kupić chleb. Fe, kupa. Zobacz, gdzie ten kot wlazł, kiciunia. A u nas Lisa z dziesiątej B wyrzucają ze szkoły na dobre, od lata nie chodzi, nawet dyrektor był u niego w domu, sam dyrektor, wyobrażasz sobie? Fizyk tłumaczy tak, że nic nie da się zrozumieć, ale mnie z jakiegoś powodu lubi... I uśmiechała się dziecięcymi oczami, dołeczki w policzkach, łobuzerski uśmiech, gęste czarne rzęsy, zadarty nos. Była szybka i odważna, znienacka wskakiwała na wysoki murek nad rzeką, nagle zaczynała biec, ale przy Annie była pokorna, może dlatego, że czuła jej starszeństwo, i na wszystko się zgadzała, nie chciała tylko wagarować, coś komuś obiecała jeszcze w zeszłym roku – tacie albo babci (mamy nie miała), albo nie wiadomo komu.

Anna podarowała jej długi włóczkowy szalik błotnistego koloru, jakiś czas przed spotkaniem znaleziony przy huśtawkach w parku, i teraz Saszka chodziła tylko w nim. Obeszły wszystkie zaułki na Ordynce i w okolicach Twerskiej, włóczyły się po parku Nieskucznym, a w chłodniejsze dni grzały w kawiarniach, jadły bliny, piły kawę, czasem w weekendy zaglądały do kina, grały na automatach, pewnego razu błyszczącym chwytakiem wyciągnęły żółtego kudłatego misia patrzącego zdziwionymi paciorkami oczu, chrupały popcorn, oglądały wszystko jak leci, śmiały się, jak było śmiesznie, piszczały – jak strasznie, Anna wbijała paznokcie w dłonie, z całych sił, bo nie wiedziała, jak sobie poradzić z tym, że są razem i widzi ją, a ona siedzi w półmroku i nigdzie nie odchodzi.

Show me love obejrzały przypadkiem, wybierały się na coś innego, ale pomyliły sale, i szlochały głośno pod koniec filmu, bo to był film o dwóch dziewczynach ze skandynawskiego miasteczka, które się kochały, ale nikt ich nie rozumiał. Kiedy Anna i Saszka wyszły z sali, zobaczyły na afiszu, że film tak naprawdę nazywa się Fucking Åmål, i to o wiele bardziej im się spodobało. Były na nim osiem razy, razem z filmem wędrowały po moskiewskich kinach, i za każdym z tych ośmiu razy ukradkiem połykały łzy, żeby nikt nie zauważył, że płaczą, bo same były tymi dziewczynami. Fucking Åmål je oświecił i oczyścił, nie pozwolił, by źle myślały o sobie i swojej miłości, że jest jakaś nie taka.

Film jednak wkrótce zniknął z ekranów i odszedł w niebyt, i znów drobne szczeliny, ciemne, niedostrzegalne w mroku sali kinowej, zaczęły pojawiać się na murze dzielących je śmiesznych konwenansów. Gdzieś spod ziemi wydobywało się gorące wezwanie, ciche, natężone dudnienie, ziemia poruszała się i marszczyła pod ogłupiałymi, osłabłymi nogami. Trzęsienie ziemi, ale jakieś spokojne, niewyraźny, równomierny gwar, ryk. To Saszka prosiła, niemo, zachłannie, z niepokojem, wierząc bardziej jej niż sobie, Anna odwracała się, zamykała oczy, kręciła głową jak szmaciana lalka: nie rób tego, proszę, nie trzeba, błagam. W ten sposób rozmawiały w milczeniu, lecz unoszący się spod ich nóg żar był silniejszy, lawa przedzierała się przez warstwy skamieniałości, granitowe złogi z epoki mezozoiku, a gdzieś daleko w tle, wydając ledwo słyszalne rytmiczne szmery, coraz ciszej śpiewał flet, i Saszka zaczęła mówić, przemówiła pierwsza.

– Wiesz, zawsze bardziej podobały mi się dziewczyny, zresztą kobiety też, już dwa lata temu zakochałam się w naszej pani od angola, wyobrażałam ją sobie bez ubrania, w ogóle bez niczego, rozumiesz? Ale ty jesteś moją pierwszą, pierwszą prawdziwą miłością.

Anna kiwała głową, Anna śmiała się, żeby tylko to wszystko nie stało się zbyt poważne.

– Też tak miałam. A flet słyszysz? Podobno tak się zdarza, kiedy nie ma się mamy, ale ty jeszcze spotkasz chłopaka albo jakiegoś faceta z rudą brodą, od razu po tobie widać. Jeszcze sto razy spotkasz, spokojnie!

– W takim razie po co mnie wtedy pocałowałaś?

– A to nie było we śnie?

Po tych słowach muzyka umilkła, umilkła zbyt gwałtownie, to było nie do końca w porządku. Saszka znowu wychodziła ze szkoły, pojawiała się w drzwiach, jak zawsze energiczna, bliska, z plecakiem, z czarną teczką na prawym ramieniu, rozbłyskał płomyk zapalniczki – tak jak zawsze, tylko bez akompaniamentu. I Anna machnęła ręką, od dawna wiedziała, co będzie dalej, wszystko szło jak w partyturze. Saszka patrzyła z zadumą ponad jej głową, nieśmiało ściskając za rękę, lecz Anna widziała: tam nic nie ma, tory kończą się w samym środku pola. Saszka, daj sobie spokój! Uznaj, że pocałowałam po prostu, by się dowiedzieć, czy to ty. Jestem przecież żywym człowiekiem, a ty jesteś mi bliska. Miłość jednak potrzebowała nowego paliwa, nowych wrażeń, nowych sił duchowych, a te się skończyły, Anna zaś tak jak wcześniej mogła tylko z uporem i coraz bardziej ponuro czekać jak we śnie na Saszkę po lekcjach, spać na stojąco, spać z jakiegoś powodu chciało jej się coraz bardziej, nadchodził okres snu zimowego, a potem we dwójkę włóczyły się po mieście w nowej ogarniającej je piekielnej ciszy, nic więcej po prostu nie przychodziło jej do głowy, nie chciała iść do klubu czy na dyskotekę, nie chciała wina, trawki, a tym bardziej pocałunków, nie chciała zapełniać pustki jakimś brzęczeniem, chciała po prostu przeczekać, dożyć, aż je zaleje nowa muzyka, ale Saszka prosiła, Saszka wzywała, i pod jej naporem Anka coraz bardziej słabła.

– Kocham cię, i tyle. Nic więcej nie chcę. Nie potrzebuję niczego ani nikogo. Nie mam ochoty patrzeć na cudze gęby, już przez to przeszłam, wiesz? Niedługo skończę dwadzieścia lat! Mam to za sobą. Nienawidzę ich, tych, co tam chodzą, bo tam wszystko jest na pokaz! Jak chcesz, to idź beze mnie. A ja cię po prostu kocham, nie mogę bez ciebie żyć! Cała reszta to zwykła bzdura, jakieś pierdoły, sentymentalne gówno, czy możesz mi w końcu po prostu uwierzyć?

Saszka zerwała z Anną na samym początku zimy, dokładniej rzecz biorąc po pierwszej nieudanej randce, na którą Anna mimo wszystko się zdecydowała, wariując z rozpaczy, bo widziała, że Saszka tak czy owak odchodzi, oddala się, na oczach Anny staje się przezroczysta, znika w narastającym niedobrym brzęku i szumie. I aby uratować zagrożoną miłość, Anna zaczęła całować Saszkę delikatnie i czule, chudziutką, kruchą dziewczynkę, przestraszoną i dziwnie cichą, śmieszne obojczyki, a nawet rozpinać dziecięce ubranie, a nawet zdejmować, ale zaniechała w pół drogi, odwróciła się, nie dała rady, nieoczekiwanie szorstko nakazała: „Ubieraj się! Natychmiast się ubieraj, jasne?”. Dotychczas Saszka słuchała jej we wszystkim, ale teraz powiedziała nagle: „Nie chcę”, mocno i blisko do niej przywarła, ciepłe wargi wtuliła w szyję. Anna rozpłakała się, odczepiła, odepchnęła jej ramiona, Saszka opadła na kanapę, twardą beżową kanapę obcego mieszkania, zgarbiła się, zapadła, na wpół naga, nie w pełni świadoma. I chociaż Anna też była zalana w pestkę, bo dla kurażu wypiły wtedy trochę więcej, miała na to sposób, poszła do łazienki, polała głowę lodowatą wodą i pochlipując w ręcznik, wywołała wymioty, wróciła do pokoju, powtórzyła, prawie nie płacząc: „No mówię ci, ubieraj się”. Siłą pomogła jej się ubrać, w metrze wlokła ją jak worek, odprowadziła pod klatkę. Saszka źle się poczuła, Anka zaprowadziła ją za garaże i pomogła zwymiotować, potem z powrotem pod dom, wepchnęła do windy, do taty czy babci, a kiedy wracała do siebie, zaczęły padać białe, bielusieńkie lodowate płatki, ale w głowie miała szambo, w sercu szambo i cała się trzęsła. Z jakiegoś powodu w jej rękach został błotnisty szalik, owinęła nim małą marznącą głowę. Szalik czuć było trochę wymiocinami Saszki.

Następnego ranka, kiedy Anna czekała na Saszkę pod klatką, żeby oddać wyprany szalik i dlatego, że nie mogła nie czekać, nie widzieć, Saszka pierwsza podeszła do niej i powiedziała krótko: „Nie przychodź więcej”. Śnieg prószył na jej ciemne puszyste włosy, na pustą szyję, na gorące jasne oczy, bo na chwilę z przyzwyczajenia popatrzyła gdzieś hen na odległe dachy. No, gdzie tak patrzysz, powiesz mi w końcu? Ale na głos Anna nic nie powiedziała, w milczeniu przełknęła ślinę, zrobiła krok do tyłu, postała sama, a potem cicho, niezauważona, poszła za Saszą aż do samej szkoły i tam całym ciałem upadła w śnieg, niestopniały, stopniowo rosnący, bo wciąż padał i padał jasnymi gęstymi strugami, tak samo zimny, ciężki, bolesny. Poleżała na cienkiej warstwie śniegu, studząc gorący kark, rozpalone dłonie i plecy, patrzyła na okna trzypiętrowej szkoły w intensywnie limonkowym kolorze, pomachała do niewidocznych uczniów w lśniących oknach, zostawiała Saszy samą siebie, swój ostatni ślad, swoje odbicie. Saszka! To wgniecenie to ja, ręce, nogi, łepetyna, a tam gdzie szyja, zobacz, wgniatam twój szalik. I szalik zatrzepotał na ślepym i niemym autoportrecie.

Anna podniosła się z kolan i poszła, bez oglądania za siebie, bez otrzepywania. W kurtce nie było kieszeni i nie miała gdzie podziać zlodowaciałych, wstrętnych czerwonych rąk. Zamiast serca miała w piersi okrągłą lodowatą śnieżkę.

przełożyła Marta Łukaszewicz

Marta Łukaszewicz (ur. 1976) – literaturoznawczyni, zajmuje się twórczością Nikołaja Leskowa oraz związkami między religią i kulturą. Ukończyła filologię rosyjską w Moskwie i studia doktoranckie w Warszawie, od 2010 roku pracuje w Instytucie Rusycystyki UW. Prywatnie – główny logistyk życia rodzinnego, miłośniczka podróży, wycieczek rowerowych, długich spacerów z psem (od niedawna ma też koty).

Maria Galina

Cześć, stary!

– Czego? – spytał Siergiej Stiepanowicz.

Ledwie zdążył wyjść z wanny, był czerwony, rozgrzany i poruszał się niezgrabnie. W pośpiechu naciągał podkoszulek i dresy, materiał nieprzyjemnie lepił mu się do ciała. W dodatku podkoszulek był brudny. Właśnie miał go wrzucić do pralki, gdy usłyszał dzwonek.

Przedświąteczny dzień wypadł w środku tygodnia, co miało swoje dobre strony. Babki z księgowości co prawda warczały, że mają w domu kupę roboty, lecz po cichu cieszyły się z możliwości zaprezentowania swoich kulinarnych talentów, przyniosły więc w pojemniczkach sałatkę jarzynową, galaretę, pieczoną domową szynkę i ciasto cytrynowe. Lilka, która smaliła cholewki do owdowiałego zastępcy kierownika wydziału administracyjno-gospodarczego Mendelsona, przytachała nawet jesiotra w plastrach i czerwony kawior. Okazało się, że Mendelson jesiotra z zasady nie jada, tak więc Siergiejowi Stiepanowiczowi przypadł w udziale dodatkowy kawałek. A jesiotra akurat lubił. Sam sobie go raczej nie kupował, uważał to za zbytek. Ale przy święcie...

Jakoś tak wyszło, że to on, Siergiej Stiepanowicz, zabawiał towarzystwo i wznosił toasty, świętowano więc niemal do zamknięcia biura, choć wdowiec Mendelson przebierał niecierpliwie nogami, bo miał odprowadzić córkę i wnuczki na samolot do Turcji i denerwował się, że sylwestra spędzi na lotnisku, a babki wyrywały się do domów, do choinek i rodzin. Siergiej Stiepanowicz też w końcu ruszył do siebie; rozsiadł się wygodnie przy oknie w autobusie i od czasu do czasu dłonią w rękawiczce mazał z nudów po zaparowanej szybie. W przetartych szczelinach co rusz wyłaniały się z ciemności światełka sztucznych choinek, pstrokate, ozdobione anielskim włosiem świąteczne witryny; wszystko jednak szybko pogrążało się na nowo w atramentowej ciemności; szybę autobusu pokrywał szron, ognie rozpływały się i wyglądały jak złote nitki – zupełnie jakby Siergiej Stiepanowicz płakał. Ale on wcale nie płakał.

Przed jego przystankiem autobus robił się prawie pusty. Dzielnica sypialna niezauważalnie przechodziła tu w las, który sięgał daleko za obwodnicę. Na skraju lasu trafiały się jeszcze krzywe dziecięce grzybki, potworne koślawe baby jagi, jakby wyrzeźbione przez odurzonych psylocybami przodków, ławki z wyrżniętymi inicjałami, a czasem, jeśli zdarzył się cierpliwy wycinający – z pełnymi imionami, a także ślady wszelkich innych ludzkich śmieci... Zadbane żwirowe dróżki przechodziły następnie w las, by potem zaginąć w wądołach i wiatrołomach; las robił się coraz gęstszy i – jak podejrzewał Siergiej Stiepanowicz – ciągnął się aż do dalekiego północnego morza; z rzadka rozstępował się, gdy napotykał na swej drodze wioskę z garstką bezsensownych światełek, zimne czyste jezioro lub błyszczącą bliznę torów kolejowych. Siergiej Stiepanowicz nie bardzo wierzył w wilki i inne leśne drapieżniki, przytomnie bowiem uważał – jak większość mieszkańców miasta – że w lesie należy bać się przede wszystkim psychopatów, dusicieli, którzy nie mają poczucia, co wolno, a czego nie, oraz także nieodróżniających dobra od zła dzikich psów, czworonożnych wyrzutków cywilizacji.

Okno kawalerki Siergieja Stiepanowicza wychodziło właśnie na trasę i dalej na las, który ostrymi wierzchołkami drzew rysował się na tle szkarłatnego, podświetlonego z dołu nieba. Widok ten był codziennością Siergieja Stiepanowicza już od jakichś dwudziestu lat, a myśl, że będzie oglądać go do końca życia, nie dodawała mu otuchy.

Z przystanku autobusowego nie było widać okna wychodzącego na las, z czego Siergiej Stiepanowicz nieświadomie i w skrytości ducha się cieszył, gdyż było ono ciemne i ślepe; mieszkał sam, oszczędzał prąd, a pierwsze, co robił po powrocie do domu, to z przyzwyczajenia macał ręką po ścianie w poszukiwaniu włącznika.

Niewyraźną świąteczną chandrę zagłuszył codziennymi sprawami: wyniósł śmieci do zsypu, zamiótł podłogę i pozmywał górę talerzy; przypomniał sobie, że w lodówce jest butelka piwa, i żeby spotęgować przyjemność, postanowił wziąć najpierw gorącą kąpiel. Ledwie zdążył wyjść z wanny, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Dźwięczał jednocześnie natarczywie i niepewnie – jeśli to w ogóle możliwe, jednak ten, kto dzwonił, umiał to w jakiś sposób połączyć.

Siergiej Stiepanowicz żadnych gości się nie spodziewał, a otwierać nieznajomemu drzwi z kałdunem na wierzchu było jakoś niezręcznie; zatrzymał się więc, naciągnął dresy i podkoszulek (patrz – początek naszego opowiadania) i w jednym klapku pokuśtykał do drzwi.

– Czego? – spytał.

Na progu stał Święty Mikołaj.

Ubrany był w czerwony płaszcz z lamówką z owczego futra, miał czerwoną czapkę, czerwoną gębę i jeszcze czerwieńszy nos. Do tego worek; otrzepując się, postawił go obok siebie na obtłuczonych płytkach podłogowych, tuż przy czubku buta – ogromnego, białego w czerwone wzory.

Mikołaj od razu nie spodobał się Siergiejowi Stiepanowiczowi, zwłaszcza że im dłużej owiewał go – mokrego i rozgrzanego – siny chłód z rozbitego okna na klatce schodowej, tym mniej kusiło go piwo w lodówce.