Dziewczyna od trawnika - Dorota Pasek - ebook + audiobook + książka

Dziewczyna od trawnika ebook i audiobook

Dorota Pasek

4,1

Opis

Tych dwoje na pewno łączy wypielęgnowany trawnik i stara kosiarka… Ale co jeszcze?

Adam nie wie, co to spokój. Żyje jak na wulkanie, jeżdżąc na liczne spotkania biznesowe. Pędzi, bo w firmie zawsze jest coś do zrobienia. Niewiele osób rozumie, dlaczego pewnego dnia sprzedaje niemal wszystko, co ma, i kupuje dom nad jeziorem. A razem z domem „w pakiecie” ogrodniczkę, której płaci za pielęgnowanie ogrodu, sprzątanie i gotowanie.

Marysia w szufladce nocnego stolika trzyma różowe plastikowe etui. Dwa razy dziennie ciągnie za czerwone serduszko, by wyjąć z opakowania jeden proszek na dobry sen i jeden na pogodny dzień. Robi tak niemal od dwóch lat, od kiedy jej życie legło w gruzach i wróciła na wieś. Ceni sobie ciszę i spokój. Czuje jednak, że je stoi w miejscu, i chyba dojrzewa do zmian. Szczególnie, że oczy Adama śledzą ją coraz uważniej…

Dziewczyna od trawnika to druga powieść Doroty Pasek, autorki świetnie przyjętego przez czytelników Czasu gniazdowania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 17 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność




Dorota Pasek Dziewczyna od trawnika ISBN Copyright © by Dorota Pasek, 2019All rights reserved Redaktor Hanna Kossak-Nowocień Projekt okładki i stron tytułowych Anna M. Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

WIOSNA

SPOTKANIE I

27 KWIETNIA, PIĄTEK

Marysia aż podskoczyła, gdy ryk muzyki wygnał z ogrodu wszystkie inne dźwięki. „Kto, do cholery, słucha czegoś tak dudniącego i łomoczącego, kiedy wszędzie wokół cisza śpiewa razem z ptakami?!” Kobieta odwróciła głowę w kierunku domu, a dłonią w umazanej ziemią rękawiczce przerzuciła gruby warkocz na plecy.

Na tarasie stał facet w bokserkach. Drapał się po całkiem niezłej klacie i rozglądał wokół. Miał rozczochrane, ciemne włosy i opuchnięte od snu oczy. Najwyraźniej dopiero co zwlókł się z łóżka. Marysia obrzuciła uważnym spojrzeniem smukłe ciało i ze spokojem wróciła do wyrywania chwastów.

— Ty!

Nie odwróciła się, choć była pewna, że to do niej. W końcu nikogo więcej tu nie było. Tylko ona i on. Uważała jednak, że nie musi reagować na takie burackie zaczepki.

„Ty?! No, naprawdę…”, prychnęła w myśli.

— Ty! Dziewczyno od trawnika!

Prychnęła pod nosem i odwróciła głowę. Ze zniecierp­liwieniem odsunęła pasmo włosów, które wymknęło się z warkocza i spadało na czoło.

— Czego chcesz, facecie w bokserkach?

— Coś nie tak z moimi bokserkami? — zapytał i uśmiechnął się wyzywająco.

— Tak.

— Niby co?

— Widzę je — odpowiedziała, starając się, by nie zabrzmiało to zaczepnie, lecz raczej rzeczowo.

— Nie lubisz bokserek?

— Lubię. Pod spodniami.

Podrapał się po głowie, zmierzwił obiema dłońmi już i tak rozczochrane włosy. Były ciemne, gęste i pewnie lekko falujące, kiedy je uczesał. Teraz jednak nie miał zamiaru tego robić, skoro rozsiadł się w wiklinowym fotelu i rozejrzał dookoła, jakby pierwszy raz na oczy widział dom, las, jezioro, no i oczywiście — trawnik.

Marysia była jednak pewna, że widziała gościa kilka miesięcy wcześniej, kiedy przyjechał z Berlińskim, poprzednim właścicielem domu. Nie dostrzegli jej, bo stała w cieniu drzew, za siatką, na ziemi niczyjej. Ziemia, znaczy, czyjaś na pewno była, ale ponieważ nie należała do nikogo ważnego i nie miała wielkiej wartości, to szkoda czasu, by mówić o jej właścicielu. Marysia stała więc na ścieżce wijącej się wśród jeżyn, by poprzyglądać się Berlińskiemu i jego gościowi, przez jakieś pięć minut. Działo się to kilka miesięcy temu, ale była pewna, że tamten facet to ten sam, który teraz zasiadł w trzeszczącym fotelu na brudnym tarasie. Wtedy miał na sobie porządny grafitowy garnitur, okropną różową koszulę i pasujący do całości krawat. Z miną pana na włościach lustrował każdy kąt i zadawał mnóstwo pytań, które irytowały Berlińskiego. Skąd Marysia wiedziała, że właściciel daczy był wnerwiony, skoro nie słyszała ani jednego słowa z ich rozmowy? Ano od wielu lat znała i Berlińskiego, i jego fałszywą gębę, i grymasy, jakie robił, gdy coś nie szło po jego myśli. Zawsze kiedy domagała się zapłaty za pracę, bo jakimś cudem, skunks jeden, znowu zapomniał w terminie zrobić przelew, miał taką minę, jak podczas rozmowy z tym gościem w różowej koszuli. Pewnie myślał, że nie zauważy on nędzy tego miejsca, zapuszczonego domu i ogrodu, wystroju rodem z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, i to ze wskazaniem miejsca zakupów na coś jak obory Czacza. Nie żeby Marysia miała coś do Czacza i przedsiębiorczości jego mieszkańców. Absolutnie! Doceniała ludzką pomysłowość, bo sama za bystra w te klocki nie była. Gdyby zechciała założyć własną firmę w podobnym asortymencie, zbankrutowałaby na tydzień przed jej otwarciem, takie miała biznesowe zdolności…

Widać jednak facet w różowej koszuli był z tych bystrych, bo jakiś czas po tym, kiedy obejrzała go sobie na pomoście nad jeziorem, Berliński zadzwonił do niej i powiedział, że sprzedał posiadłość, ale jeśli Marysia chce, to może dalej zajmować się ogrodem na dawnych warunkach. Dodał, że nowy właściciel, o ile się dobrze zorientował, na razie nie będzie się wprowadzał. Marysia nie namyślała się długo. Zgodziła się pracować dalej, tym bardziej że był już koniec września, jesień pukała do drzwi i właściwie roboty w ogrodzie zostało na jeden, maksymalnie dwa miesiące. Nowy właściciel wyasygnował Berlińskiemu pieniądze na jakieś trzy miesiące, więc Marysia poczuła się niejako zobowiązana do pracy.

Do spotkania i sprzedaży doszło wczesną jesienią ubiegłego roku, teraz była wczesna wiosna, dokładnie — ciepły, deszczowy kwiecień. Dziewczyna odwiedzała ogród regularnie od połowy marca i aż do dziś nie zauważyła widomych znaków czyjejkolwiek obecności. Raz czy dwa pomyślała, że bez sensu kupować dom, w którym nigdy się nie mieszka, ale tak naprawdę się cieszyła, że nie było lokatorów. Dzięki temu nikt się nie wtrącał, nikt jej nie poganiał, nie przepytywał. Raj!

Jednak te czasy się skończyły. Na tarasie, w starym, rozwalającym się wiklinowym fotelu, który stał na dworze od zawsze, siedział owłosiony facet w granatowych bokserkach i przyglądał się jej uważnie.

— Chcesz powiedzieć, że mam się ubrać? — zapytał i Marysia poczuła to samo poirytowanie, które pewnie towarzyszyło Berlińskiemu.

— Właśnie — odpowiedziała jednak nad wyraz spokojnym tonem, mimo że pomyślała: „No po prostu geniusz…”.

— I tak trzeba było od razu. Jasne, proste komunikaty ułatwiają porozumienie. ¿Lo entiendes?

— Słucham?

— Zapytałem, czy rozumiesz. Ćwiczę hiszpański.

— Rozumiem — mruknęła, ale po chwili dodała, że nie hiszpański, tylko wykład o zrozumiałych komunikatach. — Mówisz po hiszpańsku?

— Nie. Uczę się.

— Po co?

— A dlaczego nie? — odpowiedział pytaniem na pytanie i zmienił pozycję. — Nie ma poduszki na ten fotel? Strasznie niewygodny, wpija się w…

Facet urwał w pół zdania, a Marysia wzruszyła ramionami, bo przecież nie wiedziała, czy są tu jakiekolwiek poduszki na fotele. Czy też cokolwiek innego. Nie znała tego domu za dobrze, choć kilka razy była wewnątrz. Znała za to doskonale trawnik i ogród. No i budynek gospodarczy, który stał w głębi posesji, niemal nad brzegiem jeziora. I nie interesowało jej wcale a wcale, w co gościowi w bokserkach wpija się wiklina.

— Powiedz mi, dziewczyno od trawnika, dlaczego cię zatrudniam?

— Żeby mnie ogłuszać okropną muzyką i zadawać mnóstwo pytań?

Uśmiechnął się, pokazując prawie wszystkie zęby. Jego twarz się rozświetliła. Impertynencja dziewczyny wyraźnie mu się podobała. Wstał z fotela, wszedł do domu. Muzyka umilkła. Wrócił na taras po dłuższej chwili. Marysia uśmiechnęła się pod nosem, kiedy zauważyła, że wciągnął spodnie i zwykły granatowy T-shirt. W dłoni trzymał szklankę wody.

— Wracając do naszej rozmowy, dlaczego cię zatrudniam?

— Bo nie lubi pan kosić trawy?

Wypił kilka łyków, a Marysi wydało się, że ukrył za szklanką uśmiech.

— Nie — pokręcił przecząco głową. — Bo mam na głowie ważniejsze sprawy niż trawnik.

— Czyli jakie?

Upił wody, tym razem z miną świadczącą o tym, że zastanawia się nad odpowiedzią.

— Pracuję w poważnej firmie — powiedział wreszcie. — Na poważnym stanowisku. Stać mnie na wynajęcie kogoś, by skosił moją trawę.

— Więc, jak wynika z powyższego wywodu, zatrudnia mnie pan, bo pana na to stać, bo jest pan poważnym człowiekiem na poważnym stanowisku — podsumowała, mocując się z kępą młodych pokrzyw. Syknęła, kiedy jedna z łodyg uderzyła ją w nadgarstek i zapiekło. Z werwą wyrwała uprzykrzone parzydła. Odrzuciła je na taczkę i spojrzała na faceta.

— Tak — powiedział, jakby czekał z odpowiedzią do chwili, gdy obdarzy go uwagą. — Chcę, by pieniądze, które wydam na ten ogród, się nie marnowały. A widzę, że się marnują — zakończył, rzucił jej wyzywające spojrzenie i zasiadł w fotelu wyraźnie z siebie zadowolony.

Marysia odwróciła się do niego i usiadła po turecku. Zdjęła rękawice i spokojnie poprawiła włosy. Z krzaków wyjęła butelkę wody. Zbyt energicznie przechyliła ją, by się napić, i smużka wody pociekła po brodzie w dół, na szyję. Facet przełknął ślinę, jakby i jemu nagle zachciało się pić. Marysia nie miała zamiaru dzielić się z nim swoją wodą. Skoro go stać na wynajęcie ogrodnika, to na pewno stać go i na wodę. Zresztą ciągle miał trochę w szklance.

— Twierdzi pan, że się marnują? — zapytała, zakręcając butelkę i chowając ją w cieniu pod świeżymi, wiosennymi liśćmi.

— Tak. Właśnie tak myślę. To nie jest ogród. To chaszcze, chwasty i badyle. Za co ja ci płacę?

— Jak rozumiem, nie podoba się panu stan ogrodu.

— Dobrze rozumiesz — przytaknął. — I zastanawiam się, dlaczego ogrody moich znajomych są doskonałe, a mój to katastrofa.

Marysia westchnęła.

— Pozwoli pan, że zastanowię się z nim? — zapytała i poczekała chwilę, póki nie machnął ręką, by mówiła dalej. — Ile powierzchni ma teren wokół domu?

— Nie wiesz? — odpowiedział pytaniem.

— Wiem. Pytam, by ustalić fakty. Jasne, proste komunikaty ułatwiają porozumienie. ¿Lo entiendes?

Zaśmiał się, kiedy zrozumiał, że cytuje go słowo w słowo, i do tego z odpowiednim akcentem.

Chwilę trwało, nim przerzucanie się krótkimi zdaniami przyniosło informację, że działka ma pół hektara, a trawnik zajmuje połowę tego.

— Jak długo, według pana, kosi się tyle trawnika kosiarką ręczną, spalinową bez napędu? Dodam, że jej najlepsze lata minęły dekadę temu i przydałaby się nowa z napędem. Więc ile, według pana, czasu zabiera mi skoszenie tego trawnika?

— Nie wiem. Nie robię w koszeniu trawników — stwierdził z przekąsem. — Ile?

— Na pewno więcej niż dwie godziny.

— I co? Jakiś wniosek z tego gadania będzie?

— Pan zatrudnia mnie na dwie godziny w tygodniu.

Założyła rękawice i odwróciła się do chwastów, które wcześniej wyrywała spomiędzy krzewów. Nie chciała, by dorodne krzaki, które poprzycinała jesienią, całkiem zarosły jakimś zielskiem. Obok stała taczka pełna pokrzyw i lebiody. Usłyszała trzeszczenie wikliny i po chwili zobaczyła bose stopy tuż obok swojej dłoni. „Witaj, katarze!”, pomyślała sarkastycznie, bo był kwiecień, owszem, ciepły, całkiem miły, ale mimo wszystko dopiero kwiecień. Latanie na bosaka po trawniku to murowane przeziębienie. Podnios­ła głowę, przeciągając spojrzeniem wzdłuż szwu spodni, aż do kieszeni, w którą wsadził rękę. Zauważyła, że na przegubie miał bransoletkę splecioną ze skórzanych rzemyków zakończonych eleganckim metalowym zapięciem. „No, no, patrzcie państwo, nosimy drogą męską biżuterię”, skwitowała i stwierdziła, że nawet się jej to podoba. Na pewno pasowała do niego bardziej niż różowa koszula.

— Mówisz, że mój ogród wygląda jak busz dawno nieprzycinany, bo masz czas tylko na strzyżenie trawnika?

— Koszenie, nawożenie, rekultywacja i podlewanie. Na inne rzeczy czasu nie starcza. Ale musi pan przyznać, że trawnik jest rewelacyjny. Co prawda dopiero zaczął odrastać, ale nie ma w nim chwastów ani badyli.

— Wygląda dobrze — przyznał z uśmiechem, który świadczył, że wyłapał złośliwe przytoczenie jego własnych słów. Tak, Marysia może i była dziewczyną od trawnika, ale dziewczyną bystrą i inteligentną. Sroce spod ogona nie wypadła! Niech sobie gość od różowej koszuli i męskiej biżuterii nie myśli!

— Cieszę się. A skoro już ustaliliśmy co, jak i dlaczego, wrócę, jeśli pan pozwoli, do pracy.

Uśmiechnął się pod nosem i skinął głową. Poszedł w stronę jeziora i nie było go z piętnaście minut. Wrócił jednak w chwili, kiedy Marysia pchała taczki z zielskiem z stronę płotu.

— Stój! — rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Stanęła. Wyprostowała się, odrzuciła pasmo włosów z czoła i spojrzała pytająco. Zaczynał ją irytować.

— Mówisz, że potrzeba ci więcej godzin, żeby zadbać o mój ogród?

— Ale pan inteligentny… — zakpiła, a on znowu się uśmiechnął. Ładnie to robił, całą twarzą, oczami błyszczącymi świetliście.

— Ile?

— Ile czego? — dopytała.

— Godzin pracy — jęknął, jakby zaskoczony, że nie łapie, o co mu chodzi.

— Dużo więcej.

— Czyli ile? — drążył.

— Na początek miesiąc po osiem godzin dziennie, potem przez kolejne dwa po cztery godziny dziennie. Potem zobaczymy — rzuciła całkiem bez namysłu. Nigdy przecież nie zastanawiała się, ile godzin trzeba na doprowadzenie tego ogrodu do przyzwoitego stanu.

— Płacę ci na godziny?

— Tak.

— Ile?

— Dziesięć.

— Dziesięć? Na godzinę? — zapytał zaskoczony.

— Dziesięć złotych polskich na godzinę.

— I ty chcesz pracować za takie pieniądze?

— Sama się sobie dziwię — mruknęła pod nosem i dźwig­nęła taczki. Powstrzymał ją szybkim ruchem ręki.

— Mieszkasz tu we wsi?

— Tak.

— Znasz się na ogrodach?

— Znam.

„Co za baran…”, pomyślała, ale czekała, co dalej, opierając dłonie na biodrach.

— Chcesz tę pracę na pełen etat? Na miesiąc?

Zastanawiała się, milcząc, dłużej, niż się spodziewał, bo zniecierpliwiony uniósł pytająco brwi.

— Piętnaście złotych na godzinę — wypaliła.

— Co? — spojrzał na nią zaskoczony. — Teraz jest ­dziesięć!

— Teraz teoretycznie koszę tylko trawnik, praktycznie dużo więcej, ale co mi tam… — Machnęła ręką na odczepne. — Koszenie jest łatwe. Każdy potrafi, choć nie każdy próbuje, jak pan wie. Żeby zrobić porządek w ogrodzie i doprowadzić go do stanu doskonałego, trzeba się na tym znać. Ja się znam. Zawodowo się znam. Mam przedstawić swoje CV?

— Nie ma potrzeby — mruknął, spojrzał na jezioro, na nią, na dom, na trawnik… — Pięć dni w tygodniu, po osiem godzin dziennie po piętnaście złotych na godzinę przez miesiąc… To da jakieś dwa i pół na miesiąc… — podsumował, skinął głową i wyciągnął do niej rękę. — Dobra, pracujesz dla mnie. Ale oczekuję, że po tym miesiącu efekty będą widoczne.

Marysia zdjęła rękawicę i uścisnęła mu dłoń.

— Będą — oświadczyła. — Pieniądze chcę raz w tygodniu. Gotówką — dodała i zabrała się za taczki.

Tym razem jej nie zatrzymał. Nie odwróciła się, by zobaczyć, co robi. Taczki były wielkie i ciężkie, a prowadzenie ich po szmaragdowym kobiercu nie było łatwe. Nie chciała ich przewrócić. Natomiast bardzo chciała już oddalić się od tego faceta i jego pytań.

Wyrzuciła chwasty na stertę pod płotem i naładowała kompostu. Zajmowała się tym ogrodem od wczesnej wiosny. A że wiosna przyszła w tym roku bardzo wcześnie, to zdążyła już raz skosić trawę, przyciąć krzewy w grupie zasadzonej przy szczytowej ścianie domu, podsypać nawozu i przerobić kompost z zeszłego roku. Od miesiąca pracowała tu systematycznie trzy razy w tygodniu. I każdy, kto choć trochę znałby się na rzeczy albo po prostu miałby oczy szeroko otwarte, zauważyłby dowody jej zaangażowania. To, że facet niczego nie dostrzegł, dowodziło jego nieznajomości tematu. Był totalnym ogrodniczym ignorantem. Zaprowadziła taczki do wyczyszczonego z chwastów klombu i wywaliła na niego kompost.

— Dziewczyno od trawnika!

— Co?

— Masz jakieś imię? — zapytał.

— Mam — odpowiedziała i poszła dalej.

Zaśmiał się.

— Jakie?

— Marysia.

— Maria?

— Nie, Marysia. Marysia Tamulska z domu Romasz.

— Tak masz w dowodzie? Marysia?

Spojrzała na taras i położyła dłonie na biodrach. Facet był wkurzający. Siedział w fotelu i bezczelnie się na nią gapił.

— Właśnie tak mam w dowodzie. Marysia. A panu co wpisali do dowodu?

— Adam Antoni Kochański — przedstawił się, uchylając wyimaginowanego kapelusza. — Możesz zacząć od dziś.

Odpowiedziała, że ma inne plany, ale na pewno przyjdzie w poniedziałek.

— Majówka będzie, nie bierzesz wolnego?

— A płaci pan za wolne? — odpowiedziała pytaniem, a kiedy zaprzeczył ruchem głowy, bez słów, dodała, że donikąd się nie wybiera, więc popracuje, a on jeśli chce, może przyjechać sprawdzić. Wyjaśnił, że wtedy nie będzie go w okolicy, na co z przekorą palnęła, że nigdy go tu nie ma, więc może pieniądze za ten pierwszy tydzień dać jej już teraz. Uśmiechnął się, pokręcił głową i poszedł do domu. Po chwili wrócił z pieniędzmi. Marysia przeliczyła, wsunęła gotówkę do kieszeni i skinęła głową. Nie było o czym dłużej gadać.

Był ostatni piątek kwietnia. Pierwszy raz od pół roku miała u kogoś pracować na pełen etat. Nawet jeśli tylko przez jeden miesiąc. I na czarno.

Rozgarnęła kompost, oczyściła narzędzia. Skończyła pracę, którą sobie na dzisiaj wyznaczyła. Odprowadziła taczki i schowała narzędzia, umyła ręce i twarz. Chociaż było ciepło jak na tę porę roku, to otuliła się kurtką i włożyła czapkę, zanim wsiadła na skuter brata. Miała tendencje do łapania zapalenia ucha, więc wolała dmuchać na zimne i chronić głowę, nawet w tak ciepłe, wiosenne dni. Jechała powoli szeroką ścieżką wyłożoną szarą, cementową kostką. Nowy szef siedział na tarasie i na nią patrzył. Wiedziała o tym, chociaż nie spojrzała w jego stronę. Nie odwróciła się również przy bramie, chociaż czuła na plecach wzrok Adama Antoniego Kochańskiego.

Pomyślała, że i owszem, był interesujący, a rozmowy z nim dość zabawne, ale co z tego? Nie znała gościa, niczego o nim nie wiedziała, a życie nauczyło ją, że pierwsze wrażenie potrafi być bardzo mylące. Bardzo.

SPOTKANIE II

11 MAJA, PIĄTEK

Wiedziała, że przyjechał, bo nie wstawił samochodu do garażu. Nawet drzwi nie zamknął. Ani do samochodu, ani do domu. Jedne i drugie uchylone, aż zapraszały, by wejść. Ale nie weszła. Włączyła spryskiwacze na trawniku i zabrała się za obcinanie żywopłotu od strony jeziora.

— Dziewczyno od ogrodu! — usłyszała i aż podskoczyła.

— Czy pan chce, żebym zeszła na zawał?!

— Nie wyglądasz jak ktoś, komu grozi zawał — stwierdził spokojnie. — Umiesz gotować?

— Jestem dziewczyną od ogrodu, nie od garów.

Zaśmiał się, jak zawsze, gdy go tak impertynencko sprowadzała na ziemię, ale poprosił, by rozpytała we wsi, czy nie ma kogoś chętnego do ugotowania mu czegoś od czasu do czasu, i dalej stał obok. Ze spokojem, a może nawet i znudzony, śledził, jak obcina gałęzie, by wreszcie zapytać, czy umie sprzątać.

— Każdy umie — mruknęła.

— Zapłacę ci ekstra, jak tu dzisiaj posprzątasz. Mam jutro gości, a straszny syf w środku.

— Ile pan zapłaci? — zapytała, choć wcale się nie paliła do takiej roboty. Marysia po prostu nie lubiła wielkiego sprzątania. Machanie ścierą przez kilka godzin było ostatnią rzeczą, o jakiej marzyła w to popołudnie, jednak z drugiej strony… Kasa piechotą nie chodzi… Przydałoby się parę dodatkowych monet na nawóz do borówek. I wypatrzyła w Internecie kilka ciekawych rzeczy…

— Dwie stówy — powiedział, ale jak na jej gust zanadto spokojnie. Zerknęła. Stał, trzymając jedną rękę w kieszeni, z obojętnym wyrazem twarzy, rozluźniony tak, jakby w ogóle mu na tym nie zależało. „No, naprawdę, ktoś się nabiera na te twoje minki?”, zachichotała w myślach.

— Cały dom za dwie stówy? Łącznie z oknami? I z patio? — zapytała tonem tak samo spokojnym i wypranym z jakichkolwiek emocji, że dał się złapać. Kiedy potwierdził, zaśmiała się niczym kiepska aktorka w kiepskiej komedii. Głośno, ostentacyjnie i na wskroś fałszywie.

— Powodzenia — stwierdziła wreszcie i chlasnęła żywopłot sekatorem. — Tam jest wejście do domu — wskazała mu taras. — I niech mi pan głowy nie zawraca swoimi rojeniami na temat cen za ekspresowe usługi.

— To ile? — zapytał niezrażony.

— Minimum cztery.

— Cztery stówy?

— Na dwie. Sama nie uwinę się z tym do jutra, a nie będę sprzątać po nocy. Zadzwonię po koleżankę. To jak?

Wzruszył ramionami.

— Ale będzie do jutra czysto jak u perfekcyjnej pani domu?

Westchnęła i przytaknęła. „Perfekcyjna, kurna, pani domu nie sprząta takich hal lotniczych jak ten dom”, pomyślała, ale postanowiła zachować to dla siebie. Zażądała pieniędzy na środki czystości, mopy, rękawice i wszystko inne, co będzie potrzebne. Zgodził się, z zastrzeżeniem, że wszystko, co zostanie po porządkach, wyląduje w jego składziku na szczotki. To z kolei wydało się Marysi tak oczywiste, że spojrzała na niego jak na wariata, zanim powiedziała, że to chyba jasne.

— Wiesz przecież, że cenię proste komunikaty — powiedział spokojnie. — Dzwoń po koleżankę.

Marysia usiadła na trawie, zdjęła rękawiczki i wyjęła z kieszeni telefon. Zaskoczona stwierdziła, że Adam Antoni Kochański czeka, by usłyszeć jej rozmowę. Facet przeginał. Spojrzała znacząco, ale poważny biznesmen na poważnym stanowisku w poważnej firmie tylko błysnął zębami i stał dalej. Tyle że oczy zwrócił na połyskującą taflę jeziora.

— Dzień dobry, pani Michalska. Zuza jest? Może ją pani poprosić? Tak? Dziękuję, w porządku. Naprawdę. Wszystko w porządku. — Mama Zuzy mówiła szybko i jak zawsze nieskładnie. Wyrzucała z siebie słowa, w kolejności dziwnie niegramatycznej. Jakby do jej głowy ktoś wrzucił granat albo jakby losowo wybierała słowa ze zdania, które ułożyły jej zwoje mózgowe. Trudno się z nią rozmawiało, ale Marysia nie robiła tego zbyt często. Była znajomą Zuzy, a nie jej mamy. Wreszcie potok nieskładnej relacji z zakupów w mieście został przerwany. W słuchawce dał się słyszeć nieco zdyszany głos Zuzy i jej zwykłe powitanie: „Cze, mała, co tam?”. Marysia się uśmiechnęła. — Chcesz zarobić dwie stówy? Sprzątanie rezydencji Różowej. Co? Od razu. Nie, ja też… Dobra… Słuchaj, kup coś do sprzątania, bo tu nic nie ma, a jak jest, to stare. I weź paragon. No, chyba też. Jasne, czekam.

Rozłączyła się i schowała aparat.

— Przyjedzie — mruknęła, bo patrzył pytająco.

— Się rozumie, że przyjedzie. Zastanawia mnie ta różowa rezydencja…

— Nie różowa rezydencja — sprostowała z uśmiechem — tylko rezydencja Różowej. Dziunia, która kiedyś tu mieszkała, zgrywała wielką damę. Mówiła o tym domu „rezydencja” i ubierała się na różowo. I chociaż nie ma jej tu już z pięć lat, to zostało: rezydencja Różowej. Wszyscy wiedzą, o czym mowa.

— Kupiłem rezydencję Różowej?

— Raczej jej kochasia. Zresztą Berliński nie jest zbyt stały w uczuciach. Dziunie zmieniały się dość często. Po Różowej na dłużej mieszkała tu Pantera. Muszę tłumaczyć, dlaczego Pantera? — zapytała i spojrzała na niego pytająco, ale szybko pokręcił głową, uśmiechając się. — Nie chodziła do wsi, więc nie mieliśmy okazji jej bliżej poznać i zmienić nazwy. Została „rezydencja Różowej”.

Marysia uznała, że dość już się nagadała. Sięgnęła po sekator i wróciła do obcinania najniższych gałęzi żywopłotu. Adam przyglądał się, jak pracuje. Czuła tę obecność w denerwujący sposób. Była pewna, że się z nią drażnił.

— Będzie pan tak stał?

— Może… Zastanawiam się…

Milczał i patrzył na nią, jakby chciał, by zapytała, nad czym tak głęboko rozmyśla przy zaniedbanym żywopłocie z grabów.

— Że niby nad czym? — zapytała więc, kręcąc dłonią i wyciągniętym wskazującym palcem kółka, jakby chciała uruchomić jego dar wymowy.

— Sprzątanie i koszenie to nędzna robota dla inteligentnej dziewczyny — stwierdził z powagą i zajrzał Marysi w oczy.

— Tak? A jaka byłaby dobra? — zaśmiała się, myśląc, że powinien odpuścić.

— Ja wiem…? W firmie jakiejś? W biurze? Przecież mnóstwo tego jest, nie?

— W mieście może… Tu nie ma nic, żadnych biur czy firm.

— To czemu tu jesteś? — zapytał ostentacyjnie zaskoczony.

— Bo tak chcę, Panie Wścibski.

Odwróciła się i chlasnęła kilka zbyt długich gałązek. Nie lubiła takich rozmów. W ten czy w inny sposób prowadziły do czasów, kiedy mieszkała i pracowała w mieście. Potem zawsze padało pytanie, dlaczego rzuciła miasto i karierę, a o czym jak o czym, ale o powodach ucieczki z miasta Marysia nie miała zamiaru mówić. „Co komu do jemu, a jemu do komu?”

Nagle przestała ją bawić rozmowa z panem Adamem Antonim Kochańskim. Cięła żywopłot z energią godną lepszej sprawy, wkładając w każdy ruch więcej siły, niż było trzeba.

— Łatwo cię zdenerwować — zaśmiał się.

— Co pan powie… — mruknęła i nadal nie miała zamiaru z nim rozmawiać, ale nagle zmieniła zdanie. Odwróciła się do niego z sekatorem otwartym do cięcia. — Po prostu wnerwiają mnie mądrale, którzy żyją w przeświadczeniu, że wiedzą, czego innym trzeba do szczęścia. I wszystko mierzą własną miarą.

— Że niby ja…

— Że niby tak! I niech pan już idzie, posłucha sobie muzyczki albo co! — warknęła.

— Coś dzisiaj nie mamy humorku… — mruknął.

— Jasne… Zaraz mi pan powiesz, że pewnie mam napięcie przedmiesiączkowe… — rzuciła i chlasnęła sekatorem powietrze.

— A masz?

Spojrzała na niego jak na idiotę. Już miała na końcu języka, że jej PMS to naprawdę nie jego sprawa, kiedy zobaczyła te lśniące oczy i uniesiony leciutko prawy kącik ust… Ten skubany łobuz bardzo dobrze się bawił, próbując ją wkurzyć. „Dobra, Panie Irytujący! Poczekaj! Ja, ci jeszcze pokażę!”, pomyślała, zapisując w odpowiedniej części własnego twardego dysku, by przy pierwszej nadarzającej się okazji pograć z nim tak samo.

— Czeka mnie sprzątanie tego hangaru nieruszanego przez pół roku albo i więcej, a jeśli czegoś bardziej nienawidzę od przemądrzałych gości, to generalnego sprzątania! — odszczeknęła z rozpędu.

— A ja myślałem…

— Niech pan już idzie i da mi spokój — rozkazała, ale już bez złości. — A najlepiej niech pan wsiądzie do swojej superfury i gdzieś sobie pojedzie… Ja wiem, może do miasta?

Zaśmiał się, niby rozbawiony jej złością, ale kiedy skinął głową i spojrzała mu w oczy, był w nich łagodny spokój.

— Racja — powiedział właśnie tak: łagodnie i spokojnie. — Jutro mam gości, a lodówka pusta.

Odszedł, pogwizdując melodię z jakiegoś filmu o kowbojach. Sama by mu chętnie gwizdnęła. A może powinna siebie walnąć za to, że dała się tak sprowokować. Obeszła żywopłot i zabrała się do przycinania go z drugiej strony. Cięła i cięła, póki jej ramiona nie osłabły. Usiadła w nikłym cieniu za krzakami i pozwoliła, by wspomnienia wypłynęły na powierzchnię jej złości i frustracji.

Nie, nie chciała do miasta i do pracy w biurze czy jakiejś wspaniałej firmie. Już tam mieszkała. I uznała ten rozdział za zamknięty. Miasto zabrało jej to, co miała najważniejszego. Nie odnajdywała się już w zdyszanym pośpiechu, zaczął przytłaczać ją wielkomiejski hałas, zniechęcała zimna pustka betonowych ulic. Nie, nigdy już nie wróci na stałe do miasta.

Nie było po co i dla kogo.

Ze złością objęła ramionami kolana i zza zasłony rzęs obserwowała taflę jeziora. Dzień był bezwietrzny, słoneczny, więc woda lśniła jak wielkie półkoliste lustro, w którym odbija się niebo i ziemia. Niby takie same, ale rozmazane i na opak, jak jej świat po życiu w mieście. Niby takie samo, a jednak inne. Niepełne. Nieprawdziwe. Jak odbicie w wodzie.

Poderwała się, słysząc kroki, i szybko przetarła twarz dłońmi. Nie lubiła się mazać przy ludziach.

— Marysia?

Odetchnęła, bo głos nie należał do faceta. To tylko Zuza, a Zuzy się nie wstydziła. Nie to co tego pieprzonego mądrali, Adama Antoniego Kochańskiego.

— Co tam, mała? — zapytała Zuza, ale kiedy Marysia, wzruszając ramionami, odpowiedziała, że nic, że to co zawsze, pokręciła głową. — Mała, zawsze ci mówię: pierdol to! Mówię?

Marysia przytaknęła.

— A czy ty na słuchaniu mnie kiedyś źle wyszłaś?

— Chyba… Parę razy — odpowiedziała Marysia i obie się zaśmiały.

— Idziemy zarobić na chleb! — rozkazała Zuza i ruszyła w stronę domu. — Nigdy tam nie byłam, a ty?

Marysia była kilka razy, ale nie na tyle długo, by wiedzieć, gdzie co jest. Zabrały się więc do pracy w dość niecodzienny sposób — od zwiedzania. W niewielkim korytarzyku zaraz za drzwiami wejściowymi były trzy pary drzwi, jedne prowadziły do piwnicy, którą dziewczyny pozostawiły niezbadaną; drugie do niewielkiego pomieszczenia, które w założeniu miało być garderobą, ale teraz raczej składem rzeczy różnych, częściowo po prostu śmieci. Po otwarciu trzecich weszły do obszernego salonu z wielkim kominkiem, wybudowanym w rustykalnym stylu z ociosanych kawałów granitu. Palenisko ziało wielką czarną dziurą i choć nie było w nim ani przypalonego drewna, ani popiołu, to pachniało mało zachęcająco. Ustaliły, że tylko wymiotą palenisko, wyczyszczą drewniane półeczki, a reszcie dadzą spokój. Nie miały narzędzi i środków do czyszczenia zapuszczonego przez lata kominka. Drewniana podłoga najlepsze czasy miała za sobą, ale była z porządnych, grubych desek, więc można było ją wycyklinować i pomalować na nowo. Tymczasem mogły jej ofiarować po prostu porządne mycie. Okna potrzebowały wody i ścierki, a firanki prania, chociaż gdyby to od Marysi zależało, nie wieszałaby ich ponownie. Pomyślała, że to bardzo miłe miejsce ten stół pod oknami. „Śniadanie z widokiem na las i jezioro…”, rozmarzyła się i uśmiechnęła pod nosem.

— Co jest, mała? — zapytała Zuza.

— Nic, tak tylko pomyślałam, że te firanki w ogóle są tu niepotrzebne. Tylko zasłaniają widok.

— Fakt — potwierdziła Zuza, wyjrzawszy wcześniej przez okno. — Ale wiesz, jak jest. Ludzie bez firanek nie umieją. Moja matka na ten przykład nie wyobraża sobie usiąść przy oknie bez firan. No, przecież ludzie by ją widzieli!

— Jacy tu ludzie? — Marysia wzruszyła ramionami. — Nawet jeśli ktoś płynie łódką, to za daleko, żeby cokolwiek zobaczyć. A to wspaniałe miejsce na śniadanie.

Zuza dodała, że na obiad i kolację też, po czym obie się zaśmiały.

— Wyobrażasz sobie Berlińskiego i Panterę przy tym stole?

Marysia pokręciła głową i zachichotała. W ogóle sobie nie wyobrażała baryłkowatego Berlińskiego i drapieżnej lamparcicy razem. W jakiejkolwiek sytuacji.

— To co wolisz? Okna czy kuchnia i podłogi? — zapytała Zuza. — Nie mam zamiaru siedzieć tu pół nocy.

Marysia wybrała okna. Kończyła trzecie, kiedy wrócił Adam. Wlazł z torbami do kuchni.

— A pan czego tu szuka? — warknęła Zuza.

— Bo niby czego miałbym szukać we własnym domu, co? — odpowiedział Adam tak samo warcząco. — Pani sobie nie przeszkadza… — Zaczął otwierać kolejne szafki, chyba szukając miejsca na produkty, które wysypywały się z przepełnionych toreb.

— Panie, tu się sprząta, nie ma miejsca na pańskie torbiska!

Marysia zlazła z krzesła i podeszła do Adama. Jedno zerk­nięcie na Zuzę wystarczyło, by zaproponować, że koleżanka skończy okna, a ona zajmie się kuchnią. Zuza mruknęła coś pod nosem, ale przejęła okienną ścierę.

— Co ta twoja koleżanka taka nerwowa? — zapytał Adam.

— Panie, ja tu jestem i słyszę!

— Ja też mam dobry słuch, a pani na mnie krzyczy, odkąd wszedłem. Czy my się znamy z jakichś gorszych czasów?

— Nie — mruknęła dziewczyna.

— To może się poznamy w lepszych — zakończył Adam.

Marysia uśmiechnęła się pod nosem i puściła do Adama oko. On posłał jej uśmiech, acz nieco wymuszony.

— Mam masę różnych rzeczy i nie wiem, gdzie je upchać. Pomożesz mi?

Zaproponowała wymianę usług: ona pomoże mu z zakupami, on umyje podłogę w salonie i kuchni. Nie wyglądał na szczęśliwego, ale przystał na propozycję. Po chwili wszystkie szafki w kuchni były pootwierane, a oni dyskutowali, gdzie włożyć kawę i herbatę, żeby było poręcznie.

— Jak stare małżeństwo… — mruknęła Zuza, przechodząc obok. — Kłócicie się o pierdoły. Pierzemy firanki? — zapytała Adama.

— A nie? — zapytał z opakowaniem musli w dłoniach.

— Bo może bez firanek? — zaproponowała Marysia. — Chociaż tamte okna zostawić bez, jest ładny widok na jezioro i las, jak się siedzi przy stole.

Adam podszedł do stołu i usiadł.

— Faktycznie, przyjemny widok — przyznał. — Niech pani upierze wszystkie, potem się zastanowię, czy je za­wiesić.

Zuza zgarnęła górę kwiecistego tiulu w jeden kłąb, owinęła go jedną z firanek i stanęła na środku salonu.

— Gdzie jest pralka? — zapytała Adama.

— Nie mam pojęcia, czy w ogóle jakaś tu jest.

— Jest. W letniej kuchni. Chodź — powiedziała do Zuzy Marysia. — Podłoga w kuchni czeka na mycie — pokazała Adamowi, zanim wyszły. — Mop i wiadro są w korytarzu.

— Widziałem — mruknął.

Zanim nastawiły pierwsze pranie i wróciły do domu, Adam zdążył się przebrać w dżinsy i koszulkę. Stał teraz nad wiadrem pełnym wody i czytał instrukcję na płynie do podłóg.

— Ile tego?

— Na oko — stwierdziła prowokacyjnie Zuza.

— Na oko? — zapytał Adam, odkręcił butelkę i chlupnął nieco płynu. — I tak jedno mycie nie wystarczy.

Zuza chciała coś powiedzieć, ale Marysia pociągnęła ją za ramię na górę. Nie zapytała koleżanki, dlaczego prowokuje Adama, wolała nie wywoływać dyskusji o męskich wadach. Bo Zuza tylko te dostrzegała w mężczyznach, tymczasem Marysia była pewna, że kto jak kto, ale Adam Antoni Kochański ma sporo zalet. Na przykład kiedy poszła włożyć kolejne firanki do pralki, a wyprane rozwiesić, stwierdziła, że bardzo porządnie umył podłogę w kuchni. I zabrał się za tę w salonie. Z poganiacza niewolników, co to pracuje „na poważnym stanowisku w poważnej firmie”, stał się jednym z pracowników firmy porządkowej. Wiedziała, że kiedy ona szorowała kolejne łazienki, on szorował kolejne podłogi. Kiedy Zuza wieszała firanki, on wyrzucał śmieci ze składziku przy korytarzu. Wreszcie koło ósmej zmęczeni i brudni usiedli na kanapie w salonie, przed kominkiem, do którego Adam w którymś momencie naniósł drew.

— Chyba wszystko… — mruknęła Zuza.

— Przynajmniej jak na pierwszy raz — stwierdziła Marysia.

— Ile tu syfu było! — dopełnił Adam. — W śmietniku po dach.

— To ja stawiam pizzę — usłyszeli od drzwi.

Stał tam brat Marysi, Arek, z pięcioma pudełkami mrożonej pizzy. Zuza zaśmiała się i, lekceważąc prawo Adama do zaproszenia gościa i rozpoczęcia uczty, rzuciła się do kuchni. Zresztą Adam chyba nie miał nic przeciwko, bo zaraz zaczął coś o piwie w lodówce… Więc zanim wstawili pizzę do piekarnika, już pili z butelek zimne piwo, a Arek wyjaśniał, jak przyszło mu do głowy, że na pewno zgłodnieli, i poszedł do sklepu, a tam nic nie wpadło mu w oko, tylko ta mrożona pizza. Ku wielkiemu zaskoczeniu Marysi półtorej godziny później ciągle jedli, pili to piwo i gadali o niczym. Nawet Zuza się odzywała. Jasne, że swoim zwyczajem na ogół tylko do Marysi, ale i z Arkiem wymieniła kilka zdań, a Adamowi odpowiedziała na jakieś pytanie. Wreszcie właściciel rezydencji Różowej wstał, wyszedł do pokoju na górze, by po chwili wrócić z pieniędzmi dla dziewczyn.

— Też sprzątałeś — stwierdziła Marysia, gotowa oddać mu część wypłaty.

— Same byście się z tym męczyły pewnie do teraz, a tak to już po bólu i możemy obejrzeć nudny film w telewizji albo iść spać. Szczerze mówiąc, mam ochotę na to ostatnie.

Ten jasny komunikat wymiótł wszystkich z domu w kilka minut. Marysia jak zawsze czuła, że Adam stoi na tarasie i przygląda się, jak odjeżdżają.

— Całkiem porządny gość — powiedziała Zuza, zaskakując rodzeństwo Romaszów.

— Wygląda na to, że całkiem — potwierdził Arek.

Marysia się nie odezwała. Patrzyła na migające za oknem światełka w obcych domach i zastanawiała się, nie pierwszy już raz, czego Adam Antoni Kochański szuka w jej wsi.

SPOTKANIE III

12 MAJA, SOBOTA

Kiedy następnego dnia przed dom zaczęły zajeżdżać samochody, Marysia od razu wiedziała, że będzie okropnie. Adam wysiadł i zerknął na nią, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć czy zrobić, z wnętrza jego auta wyśliznęła się mahoniowa piękność. Była opalona na brąz, szczupła i zadbana. Na jej widok Marysia obciągnęła na sobie stary, rozciągnięty T-shirt. Nie po to, by na lasce zrobić wrażenie, co to, to nie. Po prostu, tak się jakoś jej pociągnęło. Wyglądała jak co dzień, kiedy szła do pracy — trampki, skarpetki, ogrodniczki z kilkoma kieszeniami, koszulka i ciasno spleciony warkocz. Do tego rękawice i stary słomkowy kapelusz. Z kieszeni na udzie wystawała mała butelka po mineralnej, do której rano nalała zielonej herbaty. Gdzie jej do takiej wymuskanej lali?

— A to co? Dorotka z krainy Oz? — zaśmiała się seksowna i pacnęła Adama w ramię.

— To Marysia, zajmuje się moim ogrodem — warknął na nią Adam i pochylił się do bagażnika.

— Marysia!? Sierotka Marysia?! — Zaśmiała się głośno, ubawiona własnym dowcipem.

Marysi ten dowcip nie śmieszył. Słyszała go pewnie z bilion razy i olewała tych, którzy mieli tak błyskotliwą inteligencję, by mówić do niej per sierotka. Tym bardziej że faktycznie była sierotą, a odejście rodziców wcale jej nie śmieszyło. Wprost przeciwnie. Tęskniła za ojcem i matką, której nawet dobrze nie pamiętała.

— Mówię ci, Adam — zaszczebiotała mahoniowa — jeśli ta słowiańska dziewoja ma doprowadzić ten ogród do stanu użyteczności publicznej, to czeka ją kupa roboty! Nie przeszkadzaj sobie, Marysiu! — Zachichotała raz jeszcze ubawiona własnym dowcipem i machnęła protekcjonalnie ręką.

Marysia zacisnęła zęby. Miała na końcu języka kilka obraźliwych odpowiedzi, po których tej paniusi na pewno poszłoby w pięty, ale zmilczała. Pal licho głupią lalę! Spojrzała na Adama, ale on akurat w tej chwili był bardzo zajęty wyciąganiem toreb z zakupami.

— Anka, pomóż mi — nakazał.

— Jasne — mruknęła seksowna i wzięła torbę z nadrukiem supermarketu Piotr i Paweł. — Zaniosę do kuchni.

— Wypakuj do lodówki.

— Ja wypakuję — pisnęła druga z kobiet, niewysoka blondynka z wielkim biustem, wąskimi biodrami i kształtnymi, umięśnionymi nogami. Miała tak krótkie spodenki, że Marysia pewnie mogłaby dojrzeć półkule pośladków, gdyby nie odwróciła wzroku. Blondi wzięła torby termiczne i zniknęła w domu.

Marysia spojrzała jeszcze na plecy Adama, który niósł skrzynkę piwa, i poszła do składziku po kosiarkę. Dzisiaj był dzień koszenia i podlewania. Wiedziała, że za godzinę będzie spocona i brudna, a te lale nadal pozostaną nieskazitelnie czyste i pachnące. „Pieprzyć to!”, pomyślała. W końcu one przyjechały tu na lenistwo, wyżerkę, chlanie i inne uciechy, a ona do pracy.

Mocowała się z kosiarką, kiedy przemknęła obok niej seksowna Ania z drinkiem w dłoni.

— Jezioro! — zawołała, jakby nagle je odkryła, a przecież taflę wody widać było z każdego miejsca posesji. — Adam, nie mówiłeś, że tu jest tak ładnie! — krzyknęła w stronę domu, a potem odwróciła się do Marysi. — Są tu jakieś leżaki, Marysiu?

— Może w domu, nie wiem — odpowiedziała i uruchomiła kosiarkę. Huk starego silnika niemal zagłuszył impertynenckie pytanie mahoniowej.

— Może się dowiesz, co?

— Co? — krzyknęła, jakby niedosłyszała.

— Leżaki!

— Nie wiem! — krzyknęła i odwróciła się. „Jestem od trawnika, nie od leżaków”, pomyślała. I na pewno nie miała zamiaru być dziewczyną od leżaków dla jakiejś malowanej lali, która nią gardziła.

Zanim Marysia skosiła pierwszy pas trawy, przyjechał jeszcze jeden samochód. Wysypali się z niego sami faceci. Stali przed domem, rozmawiali z Adamem i śmiali się, wymieniając jakieś uwagi, których Marysia nie mogła i chyba nie chciała usłyszeć. Więc sześć osób, czterech facetów i dwie babki. To całkiem inaczej, niż się spodziewała. Była pewna mieszanego towarzystwa, ale do pary, a tymczasem… „Koś trawę i zmykaj stąd!”, nakazała sobie, gdy zobaczyła foliówki z jednoznacznie pobrzękującą zawartością.

Dwie godziny później, dokładnie tak jak zakładała, była brudna i spocona. Koszenie nie przeszkodziło jej w obserwowaniu gości i Adama. Wypełzli z domu na pomost. Seksowna paradowała w kostiumie, choć jak na gust Marysi ciągle było za zimno na bikini z kilku sznureczków. Piękna Anka przechadzała się to tu, to tam, tak jakby wąskie deseczki leżaków parzyły ją w chudy tyłek. A to były całkiem nowe leżaki, które pojawiły się nie wiadomo kiedy. Po prostu nagle stary wiklinowy fotel zniknął, a jego miejsce zajęły nowoczesne leżaki ogrodowe z wąskich deseczek, z podnoszonym zagłówkiem. Pewnie lepiej by było, gdyby rozłożyć na nie gąbkowe poduchy, ale na razie Adam i jego goście musieli położyć swoje mieszczańskie zadki na twardych deseczkach.

Marysia była pewna, że tyłek wrednej Anki prędzej czy później znajdzie się na kolanach Adama. Seksowna nie kryła, po co i dla kogo przybyła w te piękne okoliczności przyrody. Mizdrzyła się, zerkała znacząco, poprawiała włosy, opierała stopy o jego leżak, dotykała jego ramion i ud przy każdej nadarzającej się okazji. A on uśmiechał się do niej. Pięknie się uśmiechał. Tak cudnie, że Marysia aż się cieszyła, iż to nie ona jest adresatką tych Adamowych uśmiechów. Bo były groźne. Dla Marysi oczywiście. Nie chciała takiego miejskiego adonisa z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Albo prezerwatyw. Podziękuje, przeprosi i nie dotknie nawet małym palcem odzianym w rękawiczkę.

Jednak dla tej mahoniowej seksbomby Adam Antoni Kochański był dobrem ze wszech miar pożądanym. Towarem, na który chętnie weźmie się pożyczkę na dwadzieścia lat. I będzie się ją spłacać każdego dnia. Swoim ciałem, myślami, uczuciami… Marysia doskonale znała ten układ, była takim pożyczkobiorcą i przez wiele lat oddawała odsetki.

Zapomniała o gościach na tarasie i wpadła w wir wspomnień. Nadal szła krok za krokiem za wyjącą kosiarką i pewnie każdy, kto by na nią w tej chwili spojrzał z daleka, myślałby, że całkowicie pochłonęło ją to proste zajęcie. Jednak gdyby ten ktoś podszedł bliżej, zobaczyłby ściągnięte rysy twarzy i zaciśnięte usta. Dostrzegłby szybki, płytki oddech i dłonie zaciśnięte o wiele za mocno na pałąku kosiarki. A jeśliby się zdecydował zajrzeć jej w oczy, zobaczyłby przejmujący żal, który zawisł na rzęsach kilkoma kryształkami łez. Marysia walczyła z tym żalem i łzami. Nie chciała czuć tej bolesnej obręczy zaciśniętej wokół serca. Krok za krokiem szła za maszyną i uspokajała się, ale nie był to proces łatwy. Powoli na nowo dostrzegła trawę pod stopami i usłyszała głosy rozbawionych gości.

Skończyła robotę w takim miejscu, że musiała przeciąg­nąć kosiarkę przez niemal cały trawnik, aż do budynku na tyłach domu. Był w nim garaż na dwa samochody, kotłownia i część gospodarcza: składzik na narzędzia, kuchnia z pralką, starym piecykiem gazowym, kilka pustych szafek i wreszcie łazienka. Marysia korzystała z niej na co dzień. Teraz też, zaraz po tym jak odstawiła kosiarkę, umyła twarz i ręce, unikając spojrzenia w lustro. Wycierała dłonie, gdy poczuła, że ktoś się jej przygląda. W drzwiach stała Mini, ta cycata blondyna, i z dość zaciekawioną miną oznajmiła, że jakiś facet czeka na Marysię przy bramie.

— Tak, wiem. Już idę — odpowiedziała Marysia, nie odwracając się do dziewczyny.

— To twój facet?

— Nie.

— Poznasz mnie z nim?

Brwi Marysi uniosły się w górę w niemym pytaniu.

— Myślałam, że jesteś tu z tym gościem w zielonej koszulce.

— A… — mruknęła Mini, machając ręką. — Witek to stara sprawa, a ten twój facet to chodzący seks. Dobrze go znasz?

— Dobrze — odmruknęła Marysia, chwytając za szczotkę. Coś ją powstrzymało przed wyznaniem, że ten chodzący seks to młodszy o dwa lata brat. Rozpuściła włosy, przeczesała je kilkoma szybkimi pociągnięciami i ponownie splotła w warkocz. Zerknęła w lustro i odwróciła się do czekającej kobiety. — Idziemy? Trochę mi się dzisiaj śpieszy.

Mini, niezrażona jej ponaglającym tonem, sprawdziła fryzurę i makijaż, poprawiła piersi w miseczkach stanika, wypychając je najwyżej, jak się da, i dopiero po tych zabiegach, zadowolona z siebie w stu procentach, wyszła na ścieżkę. Obserwowała Arka, gdy Marysia zamykała drzwi na dwa zamki. Szły potem przez trawnik w stronę bramy, do siedzącego na skuterze mężczyzny i już z daleka dało się wyczuć wibracje między tą dwójką.

— Arek, to Mini. Mini, to Arek.

Marysia dopełniła formalności, ale wygłosiła tę formułkę tonem tak obojętnym, że Arek spojrzał na nią zaskoczony. Uśmiechnął się do dziewczyny i zlustrował ją od góry do dołu, zatrzymując się na piersiach. Mini pokraśniała.

— Cześć, Mini — zagruchał Arek.

— Cześć, misiaczku, dokądś spadacie?

— Mamy kilka spraw… — Arek mówił jakby od niechcenia, a Marysia mało nie udusiła się wstrzymywanym śmiechem.

— Może wpadniecie wieczorem?

— No nie wiem… — Arek otaksował towarzystwo z miną mało zachwyconą.

— Obiecuję, że nie będziesz się nudzić — zamruczała Mini zachęcająco. — Słowo harcerki, na dwa palce — powiedziała poważnie i zaraz parsknęła śmiechem, tylko jej dwa palce skierowane w niebo potwierdzały tę przewrotną przysięgę.

— Tak? No, to może wpadniemy… Zobaczę, jak pójdzie nam załatwianie spraw.

— Będę czekać. Uwiń się — zamruczała znowu, tym razem bardziej gardłowo.

— Ja tam do szybkich nie należę — odmruknął Arek niemal na tych samych zmysłowych częstotliwościach co Mini.

— To bosko, misiaczku.

Marysia czuła, że zaraz roześmieje się w głos, klepnęła więc brata w plecy i pognała. Kiedy wyjeżdżali z posesji, oplotła Arka ramionami.

— Co to była za gadka, co?

— Normalna z takimi dziuniami — odparł burkliwie.

— Leci na ciebie.

Jedyną odpowiedzią było wzruszenie ramion.

— Skusisz się? — dopytywała.

— Ja wiem, czy będę w stanie po tym, jak załatwimy nasze sprawy?

Marysia się zaśmiała. Ich sprawy sprowadzały się do dwudziestu pięciu arów borówki amerykańskiej, które musieli opielić, chociaż z największych chwastów, żeby im nie zagłuszyły krzaczków.

— Jakoś się uwiniesz — zakpiła ze śmiechem. — Choć podobno nie jesteś z tych szybkich.

Zarechotali oboje. Marysia wiedziała, że Arek ma powodzenie u kobiet, ale nigdy nie była świadkiem jego samczego tokowania. Uśmiechnęła się, bo choć wyrósł na byka metr osiemdziesiąt osiem, to nadal był jej młodszym bratem. Więc on i ta cycata Mini farbowana na blond?

— Lubisz kobiety z takim biustem? — zapytała, kiedy zsiedli i szli wąską ścieżką między krzakami borówek.

— Chyba cię porąbało, jeśli myślisz, że będę z tobą gadał o tym, z kim lubię seks. W ogóle nie będę z tobą gadał o seksie. To chore gadać z własną siostrą o bzykaniu panienek.

Marysia wzruszyła ramionami. Nie zawsze rozumiała mężczyzn i ich wybory. Taki Arek na przykład. Jest porządnym gościem. Ma dom, samochód i stałą pracę. I to nie byle jaką pracę. Marysia zerknęła ostatnio na wyciąg z jego konta i stwierdziła, że braciszek to mały krezus. I właśnie z tego powodu zastanawiała się, dlaczego facet, który mógłby mieć każdą porządną dziewczynę, kusi się na Mini. Mało tego: pozwala, by taka dziunia z miasta patrzyła na niego jak na wiejskiego byczka, z którym miło będzie jej pofiglować na sianku, bo stary koleś od figli się znudził. Arek — weekendowa atrakcja w pakiecie z komarami i drinkiem bez palemki.

— Nie rozumiem mężczyzn — stwierdziła i zauważyła grymas niezadowolenia na twarzy Arka.

— Będziesz teraz robić mi psychoanalizę, bo gadałem z cycatą dziunią?

— Nie, bo myślisz o bzykaniu takiej dziuni.

— No i co?! Seks to seks. Ona chce upojnej nocy, mnie też się przyda, więc…?

— Nienawidzę, jak pozujesz na takiego młodzieżowego luzaka…

— Maryśka, daj spokój. Żałuję, że w ogóle się do tej laski odezwałem. Mogłem udać geja albo niemowę, przynajmniej byś mi kołków na głowie nie ciosała. Weź się lepiej za to zielsko, bo za tydzień stąd nie wyjdziemy!

Powiedział to tonem rozkazującym, którego rzadko używał, i od razu zapakował w uszy słuchawki. Marysia odeszła na drugą stronę plantacji i zaczęła pielić swój rządek. Po piętnastu minutach wyprostowała plecy i zapatrzyła się na Arka. Silne, szerokie bary, grające pod skórą mięśnie, wąskie biodra i napięte pośladki. Tak, jej brat był mężczyzną przystojnym, zadbanym, mądrym. Przygarnął ją, gdy straciła wszystko. Dał dach nad głową, wikt i opierunek, a ona tylko marudziła i zatruwała mu życie. Dlatego, kiedy mijali się w rządkach, powiedziała mu, że jeśli uwiną się w dwie godziny, to będzie miał czas na obiad, kąpiel i randkę z Mini. Arek wzruszył ramionami, ale przy następnym rządku zapytał, dlaczego mówią na tę tam Mini.

— Nie wiem. Nie znam ich, dzisiaj pierwszy raz widziałam na oczy. Kochański przywiózł ich na imprezkę. Do Mini nic nie mam, gorsza jest ta druga.

— Więc o co chodziło?

— Jesteś moim bratem. I chyba myślę, że przydałaby ci się jakaś porządna, fajna dziewczyna, a nie tleniona blondi, ale w końcu to twoja sprawa, nic mi do tego z kim i jak.

— Tak wymyśliłaś? — zapytał z uśmiechem.

— No. Właśnie tak.

— Okej. W takim razie idę na imprezę. Pójdziesz ze mną? — zapytał, a w jego głosie zabrzmiała nutka nadziei.

— Nie.

Arek niezadowolony pokręcił głową, a przecież jej odmowa nie była czymś nowym lub zaskakującym. Marysia nie chodziła na bale, domówki, suto zakrapiane balangi i wieczorki przy krakersach. Nie mogła. Nie chciała. W którymś momencie życia odsunęła się od świata i jego rytmu dudniącego od ludzkich pragnień. Wolała cichy szum wiatru w koronach drzew. Ale rozumiała brata i jego próby. Uśmiechnęła się przepraszająco i schyliła do chwastów, które same rosną jak szalone, ale wyrwać je trzeba w pocie czoła i pośpiechu. Skoro Arek chce iść na imprezę do Adama Antoniego Kochańskiego, to pójdzie.

SPOTKANIE IV

19 MAJA, SOBOTA

O której Arek wtedy wrócił, Marysia nie wiedziała, ale przez cały tydzień nie wspominał o Mini. Przy kawie w tamten niedzielny poranek przekazał siostrze razem z kluczami od domu wiadomość, że Kochański płaci dwie stówy za posprzątanie. Banknoty wylądowały na stole. Marysia patrzyła na nie dłuższą chwilę, zanim zdecydowała, że przyjmie propozycję. Arek odetchnął i streścił krótko rozmowę z Kochańskim, który wypytywał, dlaczego ona sama nie przyszła.

— I co powiedziałeś?

— Że jako twój rodzony brat mogę potwierdzić, że miałaś swoje plany na długo przed jego imprezą. Nie wyglądał na przekonanego.

Marysia wzruszyła ramionami. Mało ją obchodziło, czy akurat ten facet wierzył w słowa Arka, czy nie. „Niech sobie myśli, co chce”. Powlekła się do Różowej i chwyciła za głowę. Przed imprezą wysprzątały z Zuzą cały dom na cacy, a teraz był w nim straszny chlew. Zaczęła od kuchni i tam, na blacie z zielonkawego marmuru, zobaczyła kopertę ze swoim imieniem w miejscu adresata. W miejscu nadawcy nie było nic. Wyjęła małą kwadratową karteczkę. „Może jednak poszukasz kogoś od garów i mopa? A. A. K.” Cwaniaczek.

Sprzątała powoli i systematycznie. Kawałek po kawałku, żeby czegoś nie pominąć. Tak samo traktowała jego ogród. Z matematyczną dokładnością porządkowała kolejne metry zieleni, cięła, sadziła, podlewała, nawoziła i coraz częściej rozglądała się wokół. Tak, ten kawał ziemi nad jeziorem naprawdę mógł być ładny. Za parę lat, kiedy wszystko podroś­nie, rozwinie się, rozkwitnie jak należy, będzie tu jak w raju. Już ona się o to postara.

Tak obiecywała sobie i tej ziemi. A ziemi się nie oszukuje. Ludzi można, jeśli musi się ratować z opresji, ale nie trzeba, jeśli można jakoś inaczej wyjść z kłopotów. Marysia nie lubiła kłopotów, więc się skrzywiła, gdy wczoraj, pod wieczór zobaczyła Adama z całą brygadą facetów.

Pogoda była kiepska, od jeziora wiało nieprzyjemną wilgocią, a chłód zakradał się pod kurtkę. Marysia rano musiała jechać z Arkiem do miasta, więc do pracy przyszła dopiero po obiedzie. Nikt jej nie zaczepiał, gdy kończyła strzyżenie trawnika. Jednak kiedy zgodnie z planem zabrała się za przycinanie starego, niemal wymarłego żywopłotu tuż za oknami domu, rozsuwane drzwi tarasowe drgnęły i po chwili na wprost Marysi stał niewysoki, krępy gość z butelką wódki w ręce. W drugiej trzymał szklankę.

— Zimno dziś — stwierdził. — Napij się ze mną na rozgrzewkę.

— Nie piję w pracy, dziękuję. Niech pan idzie do środka, bo pana zawieje.

Z domu napłynął męski rechot.

— Dalej, mała, nie bądź taka. Chlapnij sobie na rozluźnienie.

— Nie, dziękuję.

— Jeden kielonek nie zaszkodzi — przekonywał na­chalnie.

— Nie.

Marysia chlastała gałęzie coraz bardziej nerwowo. Bała się pijanych facetów. Pijanych i pewnych siebie facetów, takich oczekujących, że każdy postąpi zgodnie z ich widzi­misię.

— Bądź miła dla mnie, mała — powiedział i puknął butelką w sekator. — Jak będziesz miła, to ja też będę.

— A jak nie, to co pan zrobi? — zapytała i odsunęła się, a między nimi wyrosły ostrza sekatora.

— Próbujesz mnie wystraszyć? — Gość zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Nie. Chcę tylko, żeby dał mi pan spokój — powiedziała, coraz mocniej zaciskając dłonie na rączkach sekatora. — Nie będę piła. Niech pan idzie do kolegów.

Z domu wychylił się postawny brodacz. Obrzucił Marysię taksującym spojrzeniem i machnął na pijaczka.

— Misiek, chodź, do cholery, bo zimno leci do domu. Dalej! — rozkazał.

Ku zdziwieniu Marysi Misiek posłuchał. Przez chwilę walczył z firanką, a potem zamknął drzwi. Marysia odetchnęła. Chlasnęła jeszcze dwa razy sekatorem, po czym pomyślała, że lepiej, by stąd dzisiaj zniknęła. W kieszeni zabrzęczała komórka. SMS od Kochańskiego: Impreza firmowa, idź do domu. Kolejny raz odezwał się brzęczek wiadomości. Proszę. I jeszcze raz: Przepraszam. Za tego bęcwała. Nie odpisała. Poskładała swoje rzeczy i uciekła, gdzie pieprz rośnie. Impreza firmowa samych facetów to nie miejsce dla niej.

Następnego dnia, koło dziesiątej, po śniadaniu i kawie, ubrała się i pojechała do Różowej. Nie skończyła wczoraj roboty. Odetchnęła, kiedy się okazało, że brama jest zamknięta, a na podjeździe nie stoi żaden samochód. Okna na piętrze ktoś dokładnie pozasłaniał — stare, aluminiowe rolety opuszczono, a w miejscach, gdzie ich nie było, pojawiły się zasłony. Weszła do holu i wsłuchała się w odgłosy domu. Nic nie mąciło ciszy. Poszła prosto do kuchni. Po długiej chwili odkryła, gdzie jest korek od zlewu i czajnik. Zapakowała naczynia do zmywarki i włączyła maszynę. Zabierała się za wycieranie podłogi, kiedy do kuchni wtoczył się Misiek. Był kompletnie pijany. Za ubranie starczała mu koszula i skarpetki.

— Moja niedostępna ogrodniczka… Wiesz co, dziewczyno? Naprawdę są lepsze sposoby zarabiania niż sprzątanie cudzego syfu. Dam ci stówę za numerek. Jestem strasznie napalony. — Uniósł lekko koszulę, by mogła naocznie przekonać się o jego stanie. — Pięć minut i stówa twoja.

— Wcale nie pięć minut — mruknęła Marysia, mocniej chwytając drążek mopa.

— Nie?

— Nie. Zapomniał pan, że później będę się musiała z godzinę szorować.

Przez chwilę patrzył na nią i kolebał się tylko.

— Ty chcesz mnie obrazić, dziwko! — stwierdził odkrywczo.

— Nie chcę. Obrażam pana, tak jak pan mnie. — Postąpiła krok do przodu. — Nie jestem dziwką i za nic na świecie nie poszłabym do łóżka z takim śmierdzącym bucem! Z drogi!

Marysia ściskała w dłoniach kij od mopa, gotowa w każdej chwili przywalić Miśkowi. Niech no tylko spróbuje jej dotknąć! Jednak ten się odsunął, zrobił krok w tył. Marysia śmignęła obok niego do pokoju za kuchnią. Na łóżku spał Adam Antoni Kochański. Kiedy drzwi uderzyły w ścianę, podniósł głowę i wpatrzył się w nią mało przytomnie.

— Co ty tu robisz? — wycharczał.

Marysia nie odpowiedziała. Przeszła przez pokój i błyskawicznie otworzyła drzwi na dwór. Po chwili już jej nie było. Stanęła za rogiem domu i nasłuchiwała. Najpewniej półnagi Misiek wypadł za nią, bo usłyszała podniesiony i nabrzmiały złością głos Adama.

— Misiek, kurwa, wracaj! Zostaw dziewczynę! Ona jest ze wsi, sprząta tu!

— Ta pierdolona suka powiedziała, że śmierdzę!

— Kurwa, Misiek, czyś ty już od wódy całkiem ogłupiał! Właź do chaty. I załóż coś na dupę!

— Pierdol się!

— Sam się, kurwa, pierdol! Właź do domu, chuju! Nie świeć mi tu gołym dupskiem! Ja tu mieszkam!

Drzwi trzasnęły. Marysia chwilę jeszcze stała za rogiem, a potem pobiegła w stronę dziury w siatce, która prowadziła na ścieżkę do wsi. Nikt z obcych na pewno nie wie, że tam jest przejście… Wśród drzew zwolniła. Odetchnęła. Myśli, logiczne i składne, już nie rozdygotane z odrazy i strachu, na powrót pojawiły się w głowie. Czuła tylko złość i upokorzenie. Uciekła jak spłoszona sarna z tego cholernego domu!

Zanim doszła do drogi, komórka kolejny raz piknęła: Nic ci nie jest?, pytał Adam. Odpisała: Pierdol się!, ale zaraz skasowała wiadomość. Nie wolno być chamem, kiedy ktoś pyta o twoje bezpieczeństwo. Marysia?!, ponaglił ją. Wystukała: Nie, nic mi nie jest!, choć miała ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że i on, i ten jego nachlany gość to dno ostatnie i muł najgorszy. Jest jak… kupa gnoju. Kocie łajno. Psie rzygi. Szambo nigdy nieczyszczone. Olej w smażalni ryb nigdy niezmieniany. Gnijące fusy herbaciane.

Ostatnie porównanie ją rozbawiło. Wymyślała więc kolejne, równie idiotyczne, i chichotała. Nerwowo i histerycznie, jednak zanim doszła do domu, serce biło spokojniej i dłonie nie drżały. Arek spał jeszcze po sobotnich baletach, ale przyczłapał, kiedy włączyła ekspres do kawy.

— Wychodziłaś?

— Jak głupia polazłam do Różowej. Wczoraj nie skończyłam roboty, a jeszcze obiecałam Kochańskiemu posprzątać, ale… Uciekłam jak pies z podkulonym ogonem.

Arek chwilę trawił informacje, zanim załapał.

— Uciekłaś?

— Pijany facet próbował namówić mnie na seks. Już wczoraj mnie zaczepiał, ale odpuścił. Zawołali go do domu. A dzisiaj… Nie wiedziałam, że tam w ogóle ktoś jest. A ten wylazł z jakiejś nory wciąż pijany i okropnie obleśny. Śmierdział jak skunks.

— Cholera… — zamruczał Arek, ale Marysia nie wiedziała, czy w komentarzu do jej opowieści, czy z powodu oparzonych ust. Kawa to niemal wrzątek, a brat okazał się zbyt łapczywy.

— I miał małego — rzuciła Marysia, jakby od niechcenia.

— Co?!

— Małego miał — powtórzyła spokojnie.

— Skąd wiesz? — Arek popijał z kubka i patrzył z niedowierzaniem.

— Łaził w samej koszuli i skarpetkach. Sterczał mu tyci dzwoneczek.

— Serio?

— No, serio, serio… Tyci — mruknęła, rozstawiając palce na odpowiednią wielkość.

Arek patrzył na siostrę i nie wiedział chyba, czy wolno mu się śmiać. Marysia pierwsza nie wytrzymała. Zachichotała. Arek dołączył do niej i po chwili rechotali na dwa głosy.

— Muszę iść tam później posprzątać, chodź ze mną. Podzielę się kasą — zaproponowała wreszcie.

Spojrzał na nią jak na wariatkę.

— Potrzebna mi twoja kasa jak ten kac — potarł głowę i znowu siorbnął kawy.

— Nie pojadę tam sama, a już się zobowiązałam. Ostatni raz dałam się nabrać na coś takiego. Pieprzę te parę złotych! — zakrzyknęła. — Niewarte moich nerwów, ale skoro już obiecałam, to muszę dotrzymać słowa. Pojedź ze mną.

Ton jej prośby i błagalne spojrzenie zmiękczyły Arka, ale za przysługę zażądał rosołu z kluseczkami, jakie robił im kiedyś tata. Marysia westchnęła i zabrała się do roboty. Obiad i tak musiałaby ugotować, a przynajmniej nie będzie się bała iść do rezydencji. Zjedli o drugiej, a po godzinie jechali do Różowej. Dom był pusty. Wszędzie walały się śmieci. Butelki, brudne naczynia, szklanki i gdzieniegdzie prezerwatywy.

— Ładna balanga musiała być. Jakieś panienki rano widziałaś?

— Nie.

— To może geje, co?

Spojrzała z powątpiewaniem.

— Ten z dzwoneczkiem na pewno nie był… — zawyrokował Arek. — Chyba że bi… Dobra, nieważne… Pomogę ci tu ogarnąć. Tylko znajdź mi jakieś rękawiczki. Gołą ręką to tego nie ruszę. Bóg wie, co można złapać…

Sprzątali długo, a następnego dnia Marysia wróciła, by oprócz własnej roboty w ogrodzie zrobić pranie. Rozwieszała powłoki na sznurze za garażem i zastanawiała się, gdzie posadzić hortensje i kaliny. Uwielbiała pękate kwiatostany obu krzewów, wyglądające wspaniale w każdej fazie życia. Doskonałe, gdy świeże kwiaty przyciągają wzrok mocą koloru, doskonałe, gdy zaschnięte i oszronione kołyszą się na wietrze w mroźne poranki wczesnej zimy.

— Cześć, dziewczyno od trawnika!

Odwróciła się na pięcie i w jednej chwili znalazła się oko w oko z trzeźwym, uśmiechniętym i eleganckim Adamem Antonim Kochańskim. Przypomniała sobie, jak wyglądał dom po sobotniej imprezie. Te puste butelki i pełne prezerwatywy…

— Dzień dobry panu — odpowiedziała chłodnym, pełnym rezerwy tonem, odwróciła się i dalej wieszała powłoki.

— O, widzę, że dzisiaj będzie oficjalnie — mruknął ironicznie.

„A czego się, facet, spodziewasz…”, jęknęła w duchu. Czy on myślał, że Marysia da się złapać na ten jego prowokacyjny ton, kiedy nie ma nawet ochoty na niego patrzeć? Wydaje mu się, że przyjdzie taki elegancki i pachnący, zagada jak zawsze i wszystko będzie w porządku? Czego się niby taki Adam Antoni Kochański spodziewa? Ten dom po imprezce firmowej był w stanie gorszym niż… Żadne porównanie nie przyszło jej do głowy. Była za bardzo zła, by błyszczeć inteligencją! Energicznie schyliła się po kolejną sztukę bielizny. Prześcieradło było wielkie i nie mogła znaleźć narożnika. Adam chwycił mokry materiał i pomógł. Zdało się jej, że ruchy ma wolniejsze niż zwykle i jakby wyważone.

— Robisz porządki, dziewczyno od trawnika? — zapytał, jakby nie widział, co robi.

— Też coś… — mruknęła zła i szarpnęła mokry materiał. Adam szarpnął w swoją stronę. — Nudzi się panu?!

— Dlaczego?

Po minie widziała, że on w ogóle nie rozumie, o co jej chodzi. Jasne… Facet… W ogóle nie łapie, że sprzątanie chlewu, jaki zrobił z kumplami z pracy, może normalną kobietę zniesmaczyć, obrzydzić i ostatecznie zniechęcić do gościa, który bierze udział w rozwiązłej imprezce i jeszcze później udaje, że nie wie, o co chodzi.

— Pytam, czy zagaduje mnie pan w jakimś konkretnym celu, czy z nudów?

— Właściwie to nie miałem zamiaru cię zagadywać. Przyszedłem prosić, żebyś, jak skończysz, przyszła do domu. Powinniśmy porozmawiać.

— O czym niby?

Podniosła pustą miskę i ruszyła do pralni. W kącie na stercie leżało jeszcze kilka kompletów bielizny pościelowej. Założyła rękawiczki, zgarnęła kilka brudnych prześcieradeł i wepchnęła je do pralki.

— Nigdy więcej nie będzie tu takich imprez — powiedział nieoczekiwanie, kiedy się odwróciła, by sięgnąć po proszek.

— To pana dom, może sobie pan w nim robić, co pan chce.

— Właśnie. I dlatego mówię, że nie będzie w nim więcej takich imprez — powiedział tonem nasyconym głębokim przekonaniem. — Zrozum, nijak nie mogłem się wymówić. To mój nowy dom, oni ze mną pracują lub pracowali. Ale…

— Wytłumaczy mi pan coś? — przerwała zdecydowanie i odwróciła się w kierunku Adama. Nie miał wesołej miny. Czekał, co powie, i chyba spodziewał się najgorszego, a jej nagle zabrakło pary. — Ten facet… — wydusiła wreszcie.

— Misiek? — upewnił się, a kiedy skinęła potakująco głową, mruknął coś o głupcach. — Kiedyś, a znam go od szczeniaka, był z niego całkiem porządny gość — dodał, kiedy zauważył, że Marysia czeka na kilka rozbudowanych i coś wyjaśniających zdań. — Ostatnio ma za dużo procentów we krwi. I niestety to już stan chroniczny. A jak popije, to ma straszne parcie na laski…

— Były tu laski? — przerwała mu zdecydowanie, a może nawet agresywnie. Wiedziała, że były, znalazła przecież kilka namacalnych dowodów, ale musiała zadać to pytanie i usłyszeć, co Adam odpowie. Nie przyznawała się przed sobą, jak bardzo ta sytuacja wytrąciła ją z równowagi. Oczekiwała jakichś wyjaśnień, tłumaczeń, czegoś, co pozwoliłoby jej przejść nad tą imprezą do porządku dziennego, bo obrazy Miśka, skłębionych prześcieradeł i krawata przywiązanego do poręczy schodów, a później odciętego, wciąż nie dawały jej spokoju. A ona lubiła ciszę swojego życia. Nie chciała niczego więcej. Źle jej było?! Nie! Czuła się zrelaksowana. Wyciszona. Uspokojona. Lubiła śpiew ptaków, szelest liści, pluskanie wody… Powtarzała sobie to jak mantrę, czekając na odpowiedź Adama. Drgnęła, kiedy odpowiedział.

— Były.

To jedno słowo rozbiło ład, jaki próbowała osiągnąć. Skrzywiła się.

— Nie wiem, kto i kiedy po nie zadzwonił. Nigdy bym się nie zgodził na jakieś szalone… — tłumaczył, jak na gust Marysi, dość nieporadnie.

— Ale skoro już były… — podsumowała znacząco i odwróciła się do pralki. — Mój Boże, a ja nawet zaczynałam pana lubić.

Ledwo zamknęła usta, poczuła, że stoi tuż za nią. Zesztywniała, gdy jego oddech musnął ucho, a dłoń jak kleszcze zamknęła się na łokciu.

— Nie mam zwyczaju zapraszać przygodnych panienek ani uprawiać z nimi seksu. Nigdy w życiu nie byłem z kobietą na godziny — wysyczał ze złością.

— Nie moja sprawa — wzruszyła ramionami i spróbowała wyrwać łokieć z uścisku.

Nie pozwolił jej odejść, przysunął się bliżej, tak blisko, że czuła nacisk jego ciała na plecach, pupie i udach. Zaparło jej dech, a serce zakołatało. Zesztywniała.

— Nie mam w zwyczaju sypiać z dziwkami, jasne? — warknął. — Jak się te panienki pojawiły, poszły na górę. Ja nie poszedłem. Jak myślisz, dlaczego spałem w pokoju na dole?

— Nic mnie to nie obchodzi! — krzyknęła i zaczęła się szamotać, coraz mocniej z chwili na chwilę, bo już całkiem brakowało jej powietrza, a ręce zaczynały dygotać. Puścił ją i się odsunął. Był zły, ale odstąpił.

— Akurat! — stwierdził ironicznie. — Jakby cię nie obchodziło, to byś się nie wściekała.

Odetchnęła i wytarła spocone dłonie o koszulę.

— Wściekam się, bo musiałam sprzątać ten chlew. Mało się nie porzygałam — powiedziała cicho.

Zaciśnięte usta Adama powiedziały jej wszystko. Miała rację i on o tym wiedział.

— Zapłacę ci więcej.

— Wal się. — Odwróciła się, nasypała proszku do podajnika i włączyła pralkę. — Wiesz, miałam kiedyś męża. Też jeździł na takie imprezy. Wracał śmierdzący wódą. Czasami nie do końca swój, jakby nie tylko wódę przyjmował. A ślady na koszulach… Kobiety, kiedy uwodzą cudzego męża, nie powinny zostawiać swojej tapety na jego kołnierzyku.

Bez słowa czy spojrzenia wyszła z pralni. Musiał iść za nią, bo ledwo weszła na trawę, usłyszała najpierw trzaśnięcie drzwiami, a potem ich ponowne otwarcie.

— I coś zrobiłaś?! — wrzasnął za nią i zabrzmiało to bardzo szyderczo.

Poszła na pomost i zwaliła się na deski, aż chrupnęło jej w kręgosłupie. Wystraszyła się, kiedy zablokował jej drogę ucieczki, ale puścił ją, odstąpił, mimo że nadal był zły. Walnął drzwiami, że aż echo się poniosło, ale jej nie uderzył. Coś w niej odtajało, jakiś ostatni okruch lodu z przeszłości. Adam kłócił się z nią, pokrzykiwali na siebie i patrzyli oczami pełnymi oskarżeń, a jednak odstąpił…

Poza tym gdzieś między pralnią a brzegiem jeziora dotarło do niej, że trafił w sedno, w sam środek tarczy, z dwururki prosto w namalowane serce manekina. Ona nie była manekinem, bo czuła się trafiona i zatopiona. Przecież doskonale wiedziała, co Patryk robił na firmowych wyjazdach. Oczywiście z początku tylko podejrzewała, ale później się upewniła, że nie toczą się na nich inspirujące rozmowy, nie ma ciekawych warsztatów czy seminariów, za to jest chlanie, wciąganie, pieprzenie i knucie. Wiedziała. I co zrobiła?

Adam miał rację, szydząc z niej.

Ale czy to zmniejszyło jej złość? Polubiła Adama Antoniego Kochańskiego. Wydawał się jej inny niż ci młodzi biznesmeni, menedżerowie, urzędnicy z korpo, tacy jak Patryk. A jednak szydło wyszło z worka i zraniło ją boleśniej niż przypuszczała… Ten interesujący mężczyzna wcale nie różnił się od innych młodych wilków. Nic a nic. I to rozczarowanie bolało tak, że się wściekała. Atakowała. Strzelała jadem. Nie chciała go widzieć, nie chciała z nim gadać. Niech zostawi ją w spokoju, nie zagaduje, nie zaczepia. Nie chce mieć z nim do czynienia!

Słyszała, kiedy odjeżdżał. „I dobrze. Niech jedzie do swojego świata”, myślała, podkręcając palącą złość. Ta wiocha na zadupiu, ten dom w lesie nad jeziorem wcale nie jest jego miejscem do życia.

Wstała z pomostu i zdecydowanie ruszyła po szpadel. Kopała ziemię pod rabatkę, kiedy wrócił. Usłyszała warkot samochodu, więc zerknęła, ale opuściła głowę, żeby sobie nie pomyślał, że jej zależy. Potem było trzaśnięcie drzwiczek. I cisza. Myślała, że wrócił do domu, ale nie, podszedł do niej i chwilę stał bez słowa, patrzył tylko, co robi. A może nie patrzył, tylko tak tkwił, jakby nie wiedział, po co wrócił. A może wiedział, ale się zacukał, całkiem jak ona, i potrzebował jakiegoś impulsu, by ruszyć naprzód? Wbiła szpadel w miękką ziemię i spojrzała mu w oczy. Twarz miał ściągniętą, łapska w kieszeniach.

— Nie zawsze tak jest — powiedział cicho. — Faceci piją. Czasami któryś znajdzie sobie przytulankę, ale…

— Nie masz żony — stwierdziła, ale on przytaknął, jakby myślał, że potwierdzenie jest jej potrzebne. — Ilu z nich ma?

— Dwóch.

— I co robili? Spali na dole? — zapytała, wyrywając szpadel z ziemi.

— Ale czy to moja wina?! — warknął rozdrażniony. — Nie chciałem tu pijackiej orgii z dziwkami. Jak zobaczyłem dom rano, to mnie zatkało. Wypiłem za dużo, byłem wściek­ły o te lale i… Ja… Do kurwy nędzy, padłem po jedenastej! Możesz mi wierzyć albo nie wierzyć… Jeszcze mnie nie znasz, to nie wiesz, że jak za dużo wypiję, to śpię jak zabity. Jakby mi kto zasilanie odłączył. Więc padłem i nie wiem za dobrze, co tu się działo. Chłopaki pojechały nad ranem. Misiek został, mówił, że nie chciało mu się ubierać. I jak cię rano usłyszał, to… Sama wiesz, jak było. Myślałem, że po tej akcji z Miśkiem nie wrócisz tu więcej. Przyjechałem, żeby posprzątać. Nie chciałem narażać cię na żadne takie… Nie powinnaś wiedzieć, co tu się działo.

— Ale wiem. Niech pan już idzie.

Wróciła do kopania, jej złość wyparowała. Gdzieś głęboko pozostało jednak uczucie wstrętu, chociaż nie była pewna do kogo. Do Adama? Wbiła szpadel w ziemię. Kochański stał obok i nic nie mówił.

— Wystraszyłam się go — wyznała cicho i zacisnęła dłonie w pięści, bo zakręciło ją w nosie i poczuła zbierające się łzy. „Boję się każdego pijanego mężczyzny”, wyznała mu w duchu, łzy spadły z rzęs, a z nosa pociekło.

— Wiem, widziałem… Ale gdybyś krzyknęła, pomógłbym ci się go pozbyć — westchnął. — Nie płacz. Już wolę, jak na mnie krzyczysz.

— Dobrze. Będę. Od jutra…

Kiwnęła głową na zgodę i wreszcie całkiem się rozkleiła. Wzięła chusteczkę, którą jej podsunął. Pozwoliła, by otoczył ramieniem jej plecy. Oparła głowę o szorstki materiał marynarki. Wsparła się na nim i powoli uspokajała. Wreszcie Adam odsunął ją łagodnie i uważnie zlustrował jej twarz. Westchnął.

— Jesteś taka porządna, dziewczyno od trawnika — powiedział cicho, sięgnął po jej dłoń, pochylił się i pocałował. Przez krótką chwilę Marysia patrzyła na jego głowę i wzruszenie ścisnęło jej krtań. Powiódł ją, nagle całkiem bezwolną, w stronę samochodu. Chwilę stał tam z rękoma w kieszeniach spodni, wyprostowany i odległy, zapatrzony na wodę. Wiatr znad jeziora mierzwił mu włosy. Słońce mus­kało kosmyki, wydobywając z nich nowe kolory, których wcześniej Marysia nie zauważyła. Odwrócił się niespodziewanie, przyłapał ją na gapieniu się i przez chwilę patrzyli na siebie poważnie. Znowu chwycił jej dłoń w swoje delikatne, długie palce z równo obciętymi paznokciami. Pozwoliła, by ją pieścił. Patrzyła na ich splecione ręce i nie umiała znaleźć żadnych słów. Milczała więc i przyglądała się igrającym ze sobą dłoniom. Wreszcie się odsunął, a kiedy wsiadł do samochodu i zapalił silnik, pożegnała go cicho. Skinął głową i bez słowa odjechał, a ona wróciła na pomost i długo jeszcze siedziała na deskach, całkiem bez sensu patrząc na swoje ręce.

Nie były ładne. Mało kobiece. Zbyt szerokie i zniszczone, z odciskami, kilkoma bliznami i krótkimi paznokciami, których od wielu miesięcy nie malowała. Żaden lakier czy tips nie wytrzymywał wielogodzinnego grzebania w ziemi. Przypomniała sobie zadbane dłonie Anki czy Mini. A jednak to tym spracowanym, często niedomytym rękom Adam poświęcił kilka minut. Obejrzał dokładnie, poznał topografię dolin i wyżyn, wałów kilku blizn. Dotknął. Ogrzał. Czuła ciepło jego miękkich palców na swoich szorstkich. I wydawało się Marysi, że to ciepło rozlewa się po niej całej. Nie podejrzewała Adama Antoniego Kochańskiego o to, że mógłby ją rozgrzać.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki