Dziewczyna, której nie zauważał #1 - Neilani Alejandrino - ebook + audiobook + książka

Dziewczyna, której nie zauważał #1 ebook

Alejandrino Neilani

0,0
44,90 zł

Opis

Trudno było dostrzec urodę Jade Collins. Okulary i peruka skutecznie zasłaniały to, co chciała ukryć przed światem. Pozornie była przemiłą, ale zupełnie zwyczajną osobą. W rzeczywistości dźwigała na barkach brzemię ponurej przeszłości. Ból po śmierci ojca, utrata domu, rozpacz, rozczarowania - to wszystko doprowadziło ją na skraj przepaści. Jade postanowiła jednak przetrwać dla siostry i matki. Musiała być silna. Musiała zarabiać, dlatego przyjęła tę ofertę pracy.

Jej nowy pracodawca, Eros Petrakis, nie cieszył się dobrą opinią. Był fascynującym młodym mężczyzną, dziedzicem imperium. I bezwzględnym rekinem biznesu. Twardym, odważnym i opanowanym. Zatrudnił Jade tylko dlatego, że parzyła najlepszą kawę, jaką pił w życiu. A on chciał mieć wszystko z najwyższej półki. Jednak przez przypadek zauważył jej oczy w kolorze szmaragdów. Skądś znał to spojrzenie. Przenikało go na wskroś, by docierać wprost do jego duszy...

Petrakis był autorytatywnym despotą i wymagającym szefem. To, czego chciał, musiało być zrobione natychmiast. Nie znosił kwestionowania swoich poleceń. Ale Jade i tak nie znalazłaby lepiej płatnej pracy. Jednocześnie ten bezwzględny facet w jakiś sposób jej się podobał. Zaczęła w nim dostrzegać coś, co wprawiało jej serce w drżenie. A Eros coraz częściej się zastanawiał, kim właściwie jest jego osobista baristka i dlaczego wydaje mu się tak bardzo znajoma... I tak bliska.

Tyle że on przecież nie wierzył w miłość. Dlaczego w ogóle miałby dać jej szansę?

Czy naprawdę chcesz, by on cię dostrzegł?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 344

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Neilani Alejandrino

Dziewczyna, której nie zauważał #1

Przekład: Marcin Machnik

Tytuł oryginału: The Girl He Never Noticed Book 1

Tłumaczenie: Marcin Machnik

ISBN: 978-83-283-8220-6

Copyright © 2014 by Neilani Alejandrino The author is represented by Wattpad.

Polish edition copyright © 2022 by Helion S.A. All rights reserved.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttp://editio.pl/user/opinie/dziew1_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: editio@editio.plWWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Rozdział 1.

Jade

— Dzień dobry, pani Chang. Dobrze się pani spało? — przywitałam radośnie moją szefową Grace Chang, sześćdziesięciopięcioletnią wdowę. Martwiłam się, bo często prześladowały ją bóle głowy i nie mogła spać.

Pani Chang była właścicielką małej kawiarni na Manhattanie w Nowym Jorku, w której zarabiałam na utrzymanie rodziny. Pracowałam tam jako kasjerka od ósmej do dwudziestej od poniedziałku do piątku.

Było nas za mało, więc często musiałam robić wszystko. Byłam kelnerką, przygotowywałam kawę, a czasem też sprzątałam kawiarnię po zamknięciu. Nie narzekałam, gdyż pani Chang dobrze mi płaciła. Chociaż szczerze powiedziawszy, nie aż tak dobrze, ale wystarczało na przyzwoite posiłki dla rodziny i opłacenie rachunków.

— Witaj, Jade, dobrze. Środek przeciwbólowy, który wczoraj wzięłam, w końcu zadziałał. — Uśmiechnęła się do mnie czule.

— To dobrze. A co powiedział lekarz? — spytałam, wkładając znoszoną skórzaną torbę i stary płaszcz swetrowy do szafki. Poprawiłam czarną perukę i ściągnęłam okulary, żeby przeczyścić szkła.

— To tylko migrena, nic poważnego. W każdym razie żona George’a urodziła wczoraj wieczorem w naturalny sposób.

— Naprawdę? Tak się cieszę, po pięciu latach starań w końcu mają dziecko. To dziewczynka, prawda?

— Tak, zgadza się. W każdym razie nie będzie mógł dzisiaj przyjść. Zastąpisz go?

— Jasne, nie ma problemu, pani Chang. Dam radę. — Uśmiechnęłam się pewnie i poprawiłam wygniecioną brązową staromodną sukienkę w kwiaty. To była moja ulubiona. Należała do mojej babci, zresztą jak większość sukienek w mojej szafie.

Wybiła ósma, godzina otwarcia kawiarni. Zastanawiałam się, dlaczego pozostali pracownicy, Suzanne i Kurt, jeszcze się nie zjawili. Suzanne była kelnerką, która przyjmowała i roznosiła zamówienia. Kurt odpowiadał za czystość stolików, podłogi i łazienki.

— Jade, będę w kuchni. Zawołaj, gdybyś potrzebowała pomocy.

— Dobrze, pani Chang. — Założyłam czarny fartuch i przygotowałam się na przyjęcie pierwszych klientów. Stanęłam za kontuarem, włączyłam kasę fiskalną oraz ekspresy.

George nauczył mnie robić kawę. W trakcie mojej niemal rocznej pracy w kawiarni pokazał, jak tworzyć wzory na powierzchni napoju i zdradził tajniki przygotowania bardzo dobrego espresso. Przekazywał mi całą swoją kawową wiedzę, którą z zapałem chłonęłam.

Wycierałam kontuar, gdy weszli pierwsi klienci. Byli to dwaj mężczyźni w czarnych garniturach i przyciemnianych okularach. Skojarzyli mi się z filmem Faceci w czerni.

Przyjrzałam się sylwetce mężczyzny, który wszedł pierwszy. Był młodszy od swojego towarzysza. Zatrzymał się w drzwiach wejściowych i rozejrzał się po kawiarni. Stał tak przez chwilę, wysoki, diabelnie przystojny, o ślicznie wyrzeźbionym ciele w idealnych proporcjach.

Zamarłam. Umysł przestał pracować i cała zesztywniałam. Coś w jego wyglądzie mnie zaniepokoiło. Wyglądał jakby znajomo.

Może jestgwiazdą filmu, modelem lub celebrytą? Sądząc po sylwetce, musi lubićsport.

Okulary ukrywały jego oczy. Nie sposób było odkryć, na co kieruje wzrok. Wiedziałam jednak, że na pewno nie patrzy na mnie. Roztaczał wokół siebie aurę pewności siebie. Wyglądał na bardzo potężnego i bogatego człowieka.

Powiedział coś do towarzysza i weszli głębiej. Zajęli stolik na samym środku kawiarni.

Wzięłam długopis i notatnik na zamówienia, po czym pospiesznie podeszłam do nich, by przyjąć zamówienie.

— Dzień dobry, czego sobie panowie życzą? — Stanęłam przed nimi i uśmiechnęłam się do nich, a w notatniku napisałam „K#1”, co było skrótem od „klient numer jeden”.

— Dzień dobry. Czy możemy prosić espresso i café latte? — Starszy mężczyzna ściągnął okulary przeciwsłoneczne i uśmiechnął się do mnie. Wyglądał na faceta po czterdziestce.

Drżały mi dłonie, gdy zapisywałam ich zamówienie. Nie wiedziałam dlaczego. Może ze względu na obecność młodszego z nich. Sprawiał wrażenie bardzo ważnej persony. Jego twarz była ogorzała od wiatru i słońca, a jej zdeterminowany wyraz sugerował upór. Miał mocne i zmysłowe usta.

Wzbudzał we mnie straszliwą nerwowość, ale zdawał się mnie nie zauważać. Był zajęty rozmawianiem przez telefon. Nie mogłam się powstrzymać przed słuchaniem jego głosu. Głębokiego, z aksamitną nutą, silnego.

— Coś jeszcze? — Spojrzałam na jednego i na drugiego.

— To wszystko — odparł starszy i odprawił mnie kiwnięciem głowy.

Niespełna pięć minut później podałam im kawy i znowu przyjrzałam się młodszemu. Wyglądał bardzo znajomo. Byłam pewna, że już go widziałam. Żałowałam, że nie ściągnął okularów, żebym mogła zobaczyć jego oczy i go sobie przypomnieć. Wtedy zauważyłam, którą pije kawę. Espresso było dla niego.

Pojawiło się paru innych klientów, więc zajęłam się przyjmowaniem zamówień i robieniem im kawy. Nie potrafiłam jednak opanować zerkania na tę dwójkę na środku sali, chociaż starałam się ich zignorować i skupić się na swojej pracy.

Po jakimś czasie zauważyłam, że do ich stolika podeszły dwie dziewczyny. Chichotały flirciarsko. Młodszy spojrzał na nie i powiedział coś, po czym zrzedły im miny. Chyba bardzo je obraził, bo czym prędzej zmyły się z kawiarni z kamiennymi twarzami. Najwyraźniej potrafi być niemiły.

Mężczyźni wyszli, nie prosząc o rachunek. Podeszłam do ich stolika, a pod filiżanką espresso leżał studolarowy banknot.

Co? Sto dolarów? Nie mogłam w to uwierzyć. To była absolutna przesada! Zostawili zbyt duży napiwek za kawę.

Później tego ranka Suzanne i Kurt zadzwonili niemalże jednocześnie z informacją, że są chorzy. Wyszło na to, że będę w kawiarni przez cały dzień tylko z panią Chang. Zajęła moje miejsce przy kasie, a ja wzięłam na siebie całą resztę. Starałam się obsługiwać klientów najszybciej, jak potrafiłam, żeby nie narzekali, że muszą długo czekać.

Przed wyjściem do domu wytarłam podłogę mopem i wyszorowałam łazienkę. Byłam wyczerpana, ale nie miałam wyboru.

Wyszłam o dwudziestej trzydzieści. Wsiadłam do autobusu jadącego do północnego Bronksu, gdzie moja rodzina wynajmowała niewielkie dwupokojowe mieszkanie. W autobusie zjadłam burgera, którego kupiłam niedaleko przystanku. Po posiłku zrobiłam sobie pokrzepiającą drzemkę.

— Wiesz co, mamo? Dostałam dzisiaj bardzo duży napiwek. Dwóch wyglądających na bogatych facetów zostawiło mi sto dolarów za kawę.

— Co? To za dużo. — Mama, Ruby Collins, przymrużyła z niedowierzaniem oczy.

— Też nie mogłam w to uwierzyć. Powiedziałam pani Chang, że możemy się podzielić napiwkiem po połowie, ale stwierdziła, że jest cały dla mnie.

— Niesamowite… jest taka miła.

— Tak, to prawda. To prawdziwe szczęście mieć taką szefową. — Zdjęłam perukę i ściągnęłam gumkę, która trzymała moje włosy w koku. Długie jedwabiste rude włosy natychmiast spłynęły kaskadami do pasa. Wzięłam szczotkę i czesałam je, aż zaczęły błyszczeć.

— Jak tam mała Hannah? — spytałam o dziecko sąsiadów. Mama już od prawie roku pracowała u nich jako opiekunka.

— Nadal urocza, ale robi się coraz cięższa. Chyba nie będę w stanie się nią zajmować. — Potarła się po klatce piersiowej. Miała łagodną chorobę wieńcową. Dowiedziała się o tym sześć miesięcy temu i lekarz zalecił jej unikać nadmiernego wysiłku.

— To zrezygnuj. Ja naprawdę nie potrzebuję, żebyś pracowała. Ryzykujesz zdrowiem. Nie martw się, mam pracę. Mogę pracować także w weekendy, żeby mieć dodatkowe pieniądze. Damy sobie radę.

— Zbyt wiele dla nas robisz, Jade. Przykro mi, że jestem dla ciebie ciężarem.

— Mamo, błagam, przestań tak mówić. Kocham cię i będę się opiekować tobą i Sapphire. Obiecałam to tacie. — Przytuliłam ją, czując wilgoć w oczach.

Tato dwa lata temu zmarł na raka płuc. Miałam wtedy osiemnaście lat. Zachorował, ponieważ pracował w firmie produkującej azbest. Rok poprzedzający jego śmierć był najbardziej traumatycznym w naszym życiu. Walczyliśmy, by przeżył. Straciliśmy nasze skromne oszczędności i dom, żeby pokryć wydatki medyczne. Obserwowanie, jak stan jego zdrowia się pogarsza, było prawdziwym koszmarem. Był dobrym człowiekiem bez nałogów, bogobojnym, radosnym i pełnym życia, a do tego kochającym mężem i troskliwym ojcem. Siłą rzeczy zastanawiałam się, dlaczego akurat dobrzy i pobożni ludzie odchodzą przed czasem.

W dzień jego śmierci nasz świat się zawalił. Byłyśmy od niego niesłychanie zależne. Słuchałyśmy go i stanowił nasze źródło utrzymania.

— Co się stało? — Z sypialni wyszła moja siostra Sapphire. Pisnęła z paniką na widok tego, że obejmuję mamę. Uznała, że znowu spotkało nas coś okropnego.

— Nic takiego. Chciałyśmy się po prostu przytulić. Tęsknimy za tatą. — Uśmiechnęłam się do piętnastolatki, odsłaniając aparat ortodontyczny.

— Aha. Myślałam, że stało się coś złego. W każdym razie, Jade, mam dla ciebie newsa.

— Jakiego?

— Godzinę temu rozmawiałam z Josephem.

— Z Josephem?

— Tak, z twoją jedyną prawdziwą miłością!

— Co?

— Spytał o twoje konto na Facebooku, ale wyjaśniłam mu, że nie masz już żadnych kont w mediach społecznościowych. Wtedy spytał o twój numer telefonu.

— Dałaś mu go?

— Nie! Przecież powiedziałaś, żeby nikomu nie dawać, prawda?

— Właśnie.

— Ale on dał mi swój numer. Poprosił, żebyś zadzwoniła, kiedy będziesz chciała. Będzie czekać.

Westchnęłam ciężko. Joseph.

Minęły dwa lata od naszego ostatniego spotkania. Kompletnie ucięłam nasz kontakt.

Nie. Nie jestem w staniesię z nim spotkać. Nie jestem już taką dziewczyną, jakąznał. Jestem teraz inna, zupełnie inna. Starej Jade już niema, jest martwa i pogrzebana.

Poczułam falę straszliwego żalu.

Rozdział 2.

Eros

— Hej. Ee… jestem Gretchen. — Dziewczyna w czarnej minispódniczce i szarej koszulce z głębokim dekoltem zachichotała. Przyglądała mi się zalotnie, mrugając przyklejonymi rzęsami.

— Jestem Summer. — Druga dziewczyna błysnęła równymi białymi zębami. Jasnoczerwona szminka sprawiała, że wargi zdawały się odstawać od twarzy.

— Tak? — Donovan zmarszczył brwi, pytając dziewczyny, czego chcą.

— Ehm… czy mogłybyśmy się do was dosiąść?

Donovan rozejrzał się po sali, po czym chrząknął i odparł z uśmiechem:

— Przecież jest mnóstwo wolnych stolików.

Obie dziewczyny się zarumieniły, a potem zachichotały, patrząc na mnie.

— Właściwie, ehm… chciałyśmy się z wami zapoznać. — Dziewczyna, która przedstawiła się jako Summer, zakołysała biodrami i pochyliła się nieco, żeby lepiej zademonstrować swój biust rozmiaru D.

— Okej. Jestem Bond. James Bond — przedstawił się Donovan. Rozbawiło mnie to i spojrzałem na niego, unosząc brwi. Nadal rozmawiałem przez telefon, wydając instrukcje mojej głównej sekretarce.

Obie dziewczyny również uniosły brwi, po czym wzruszyły ramionami.

— Ehm… a on? — Jedna z nich wskazała mnie.

— Stark. Tony Stark — powiedział Donovan.

Mało brakowało, a zakrztusiłbym się kawą, słysząc nazwisko Iron Mana.

— Żartuje pan, prawda? On na pewno nie jest Iron Manem.

— Nieważne. — Dziewczyna z czerwoną szminką rzuciła mi słodkie spojrzenie.

— Ehm… zastanawiałyśmy się, czy chcielibyście z nami trochę pobyć. Pójść do centrum handlowego, do kina, a potem do baru czy coś.

— Jesteśmy bardzo zajęci, dziewczyny. Mamy mnóstwo pracy. Nie mamy czasu na takie rzeczy. — Donovan łagodnie odrzucił ich ofertę.

— Oj… to takie nudne.

— No, i ten powód jest lamerski. Na pewno wasz szef nie miałby nic przeciwko. — Druga dziewczyna w dziecinny sposób przydepnęła sobie stopę.

Miałem ich dosyć. Rozłączyłem się i odwróciłem się do niej.

— Au, to takie urocze, gdy próbujecie wypowiadać się na temat, którego nie rozumiecie. Założę się, że najinteligentniejszą rzeczą, jaka wyszła z waszych ust, jest penis.

W oczach dziewczyn rozbłysnął gniew. Spojrzały po sobie. Wpatrywałem się w nie przez chwilę, żeby zrozumiały, że je obraziłem. Po chwili wściekłe wyszły z kawiarni.

Donovan Grant, który był kimś więcej niż tylko osobistym kierowcą i ochroniarzem, prowadził dziś rano moje bugatti veyron. Miałem kaca. Za dużo wczoraj wypiłem. Byłem na przyjęciu urodzinowym znajomego. Wśród gości roiło się od osób z towarzystwa i celebrytów. Było dość dziko. Niech to! Zabrałem nawet dziewczynę do swojego mieszkania. I to nie byle jaką, lecz słynną modelkę Kendrę Packer.

Zazwyczaj spotykałem się z kobietą trzy razy, zanim zabierałem ją do siebie. Wczoraj jednak, gdy przedstawiono mi Kendrę Packer, ta nie odstępowała mnie ani na krok. Cały czas kurczowo trzymała moje ramię. Nie miałem powodów do narzekań, bo była olśniewająco seksowna. Każdy facet na przyjęciu jej pragnął. Zdawała sobie sprawę z tego, że może mieć kogo chce i pewnie dlatego uważała, że ze mną też sobie poradzi.

Była wyśmienita w łóżku — ekspertka każdej pozycji. Nie mogłem się nadziwić, ile razy doprowadziła mnie na krawędź ekstazy. Wiedziała, jak rozpalić mężczyznę i znała strefy erogenne, które doprowadzają go do szaleństwa. Cholera! Gdzie ona się tego wszystkiego nauczyła?

— Do biura, sir? — Głos Donovana sprowadził mnie z powrotem do teraźniejszości.

— Tak. — Odchyliłem się na fotelu pasażera i zakręciło mi się w głowie.

Hmm, to było wyśmienite espresso, w sumie to najlepsze, jakie kiedykolwiek piłem.

Zauważyłem tę kawiarnię po drodze do biura, gdy nagle poczułem potrzebę wypicia kolejnej kawy. To na pewno przez kaca, który mnie męczył jak diabli. Głowa mi pulsowała i miałem przekrwione oczy.

— Jutro też zatrzymamy się w tej kawiarni.

— Tak, sir. — Kątem oka zauważyłem, że Donovan się uśmiecha. Założę się, że jemu też smakowała kawa.

Donovan miał nieco ponad czterdzieści lat, kiedyś jednak był mistrzem kick-boxingu i przeszedł trening ochrony i zabezpieczania VIP-ów. Był kimś więcej niż moim kierowcą i ochroniarzem. Jego rodzina pracowała w naszej posiadłości, od kiedy pamiętam. Będąc dzieckiem, spędzałem z nim sporo czasu, miał wtedy kilkanaście lat. Dobrze się dogadywaliśmy. Traktowałem go jak starszego brata.

Podobnie jak mój najlepszy przyjaciel Iñigo Monteiro, Donovan wiedział, jaki jestem naprawdę. Czasem lepiej niż moja rodzina. On pierwszy zauważył, gdy w czwartej klasie byłem prześladowany. Uczniowie uwzięli się na mnie, bo byłem najbogatszym dzieciakiem w szkole, dziedzicem multimiliardowej firmy, jej posiadłości i zasobów. Poza tym wyglądałem jak patyczak, chudy i wysoki.

Donovan często widział, jak płaczę w piwnicy naszego domu. Czułem się nędznie i nie chciałem chodzić do szkoły ze względu na te prześladowania. Zacząłem nawet nienawidzić swojej rodziny i siebie za to całe bogactwo.

Pewnego sobotniego popołudnia, gdy rodzice byli na wakacjach na Hawajach, Donovan zaczął uczyć mnie kick-boxingu. Pokazał mi, jak kopać, bić i stosować techniki samoobrony. Wciągnąłem się w ten sport. Byłem zdeterminowany, by opanować go w mistrzowskim stopniu. Nabrałem siły i masy. Od tego czasu Donovan co weekend robił mi intensywne treningi, w których często uczestniczył także mój najlepszy przyjaciel, Iñigo.

Zacząłem czuć się w szkole coraz pewniej. Wiedziałem, że dam radę każdemu chłopakowi w klasie. Niektórzy nadal się mnie czepiali, ale obiecałem Donovanowi nie wykorzystywać tego, czego nauczyłem się za sprawą kick-boxingu, chyba że ktoś mnie zaatakuje. Zdarzyło się jednak w końcu, że straciłem cierpliwość, gdy Dexter, przywódca grupy, która często mnie dręczyła, kopnął mnie w tyłek. Odruchowo chwyciłem go za koszulkę i przywaliłem mu z pięści w twarz. Padł jak długi i z trudem pozbierał się z podłogi. Próbował się odegrać, ale ja trafiłem go szybciej. Poleciała mu krew z wargi i miał złamany nos.

Od tego czasu prześladowania ustały. Wszyscy bali się ze mną zadzierać. Bali się mnie zdenerwować. Tamtego dnia wraz z moimi rodzicami trafiliśmy na dywanik do dyrektora. Koledzy z klasy zeznali, że Dexter często mnie dręczył, co obudziło współczucie u dyrektora i darowano mój czyn.

Gdy byłem nastolatkiem, Donovan towarzyszył mi w naiwnych próbach pójścia własną ścieżką. Widział, jak upijam się ze znajomymi, próbuję narkotyków, uprawiam nieznaczący seks, chodzę do klubów ze striptizem i tak dalej. Czasem nadal zdarzy mu się być świadkiem moich słabszych chwil. Za każdym razem pierwszy orientuje się, gdy coś nawyrabiam, i pomaga mi posprzątać bałagan.

W okresie dorastania nauczył mnie bardzo wielu rzeczy. Takich, od których mojej rodzinie włosy zjeżyłyby się na głowie. Pokazał mi, co poznał na treningu ochrony i zabezpieczania VIP-ów. Uczył mnie na przykład posługiwania się różnego rodzaju karabinami i broniami, składania i rozkładania bomb. Był moim bratem w grzechu, moim kumplem i przyjacielem. Razem ścigaliśmy się samochodami i motocyklami z maksymalną prędkością. Uprawialiśmy niebezpieczne sporty w rodzaju skoków na bungee do wulkanu, heliskiingu, surfingu na wysokich falach, eksplorowania tajemniczych jaskiń i tym podobnych. Byliśmy tacy sami, żądni przygód i nieustraszeni.

Eros, jakiego znali moi krewni i bliscy, był zupełnie innym gościem. Uważali mnie za błyskotliwego, zorientowanego na realizację celów, pewnego siebie, wpływowego, twardego i niezdolnego do żadnych głupich działań idealnego mężczyznę. Szanowali mnie, podobnie jak moich przodków, którzy w swoim czasie także byli wspaniałymi mężczyznami.

Od urodzenia formowali mnie na doskonałego człowieka, żebym pewnego dnia mógł przejąć zarząd nad fortuną Petrakisów. Miałem najlepszych prywatnych nauczycieli z przedmiotów ścisłych i języków. Poza angielskim nauczyłem się greckiego, portugalskiego, hiszpańskiego, francuskiego, hindi, filipińskiego i chińskiego mandaryńskiego.

Dwa lata temu, w wieku dwudziestu dwóch lat, skończyłem Business Administration na Harvardzie. Od tego czasu poświęciłem się prowadzeniu rodzinnych interesów w Petrakis International Holding Corporation, multimiliardowej firmie transportowej. Niedawno objąłem czekające na mnie stanowisko wiceprezesa naszej korporacji.

Wiedziałem, że niektórzy współpracownicy i koledzy widzieli we mnie wcielenie zła. Dlaczego? Dlatego że oczekiwałem od nich perfekcyjności, wprawy, wydajności, znakomitości i produktywności w pracy. Nie zdawali sobie sprawy, że robię to dla ich dobra.

W naszym świecie roiło się od konkurentów. Niejeden wygłodniały rekin biznesu z przyjemnością by nas upolował. Niektórzy sprzedaliby duszę w zamian za doprowadzenie nas do upadku.

Nigdy.

Nie pozwolę firmie upaść. Mamy tysiące pracowników na całym globie, którzy na nas liczą. Jeśli firma zbankrutuje, razem ze swymi rodzinami stracą środki do życia. Nie roczną podwyżkę, premię czy dodatek do pensji. Przysiągłem sobie, że nie pozwolę, by ktokolwiek nas pogrążył.

Weszliśmy do budynku. Przywitali mnie strażnicy. Kiwnąłem w odpowiedzi i skierowałem kroki do lobby, do mojej prywatnej windy. Krążyło tam wielu pracowników — niektórzy właśnie przyszli, inni czekali na windę. W zatłoczonym i głośnym lobby nagle zapadła cisza, jakbym wszedł do pustej świątyni. Była tak ogłuszająca, że dałoby się usłyszeć monetę spadającą na ziemię. Każdy z pracowników zamarł bez ruchu. Wszyscy świdrowali mnie wzrokiem. Widziałem w ich twarzach strach i zaniepokojenie.

— Dzień dobry, panie Petrakis.

— Dzień dobry, sir.

— Miłego dnia, sir.

Każdy mnie witał. Jak zawsze kiwałem tylko głową w odpowiedzi i szedłem prosto do windy. Taki scenariusz powtarzał się każdego dnia i zdążyłem do niego przywyknąć.

Wysiadłem z windy i ruszyłem do swojego gabinetu. Donovan podążał za mną.

Dziewczyna w czarnej minispódniczce, czerwonej bluzce z bardzo głębokim dekoltem i zbyt jaskrawą czerwoną szminką uśmiechnęła się do mnie.

— Dzień dobry, panie Petrakis. Jestem Viviene West, pana nowa osobista asystentka — przedstawiła się i zamrugała doklejonymi rzęsami.

Spojrzałem na nią i pstryknąłem palcami, po czym wszedłem do swojego gabinetu.

— Panno West, właśnie została pani zwolniona — usłyszałem za sobą głos Donovana.

Rozdział 3.

Jade

— Stać! Jeszcze ja! — wrzasnęłam, ile sił w płucach, biegnąc w stronę przystanku. Ale kierowca autobusu mnie nie usłyszał i zamknął drzwi. — Nie! — jęknęłam z rozczarowaniem, drżąc z wysiłku i próbując złapać oddech.

Autobus odjechał, gdy byłam kilka kroków od przystanku. Teraz musiałam zaczekać dziesięć – piętnaście minut na następny. I spóźnię się do pracy, co wcześniej nigdy mi się nie zdarzyło. Ale wczoraj byłam tak wyczerpana, że zapomniałam nastawić budzik, i zaspałam. Co za głupota z mojej strony.

Wyjęłam telefon, żeby napisać do pani Chang, że się spóźnię. Gdy szukałam jej numeru, przed oczami przemknął mi numer Josepha. Zapisałam go, chociaż nie miałam zamiaru do niego dzwonić.

Joseph Nevin był w New Jersey naszym sąsiadem. Uroczy blondyn z dołeczkami, wysoki i szczupły. Wyglądał jak młody Brad Pitt. Poza atrakcyjnym wyglądem był też inteligentny, skromny, bogobojny i bardzo litościwy.

Dla mnie był najmilszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam. Miał wszystkie cechy, jakich oczekiwałam od faceta. Był idealny. Mój książę z bajki, rycerz na białym koniu, chłopak marzeń i pan właściwy.

Dorastałam, mając w nim najlepszego przyjaciela, doradcę, obrońcę i… chłopaka. Cóż, o tym ostatnim nie wiedział, ale w moich oczach nim był. W moich marzeniach wzięliśmy nawet ślub i żyliśmy długo i szczęśliwie w zamku, otoczeni nieskończoną miłością, spokojem i radością.

O tak, byłam w nim zakochana do szaleństwa. Kochałam się w nim przez wiele lat i byłam pewna, że zostanie moim chłopakiem, a potem także mężem. Chciałam przeżyć z nim wszystkie pierwsze razy: pierwszy pocałunek, pierwszą miłość, pierwsze chodzenie ze sobą i pierwszy seks.

Ale Joseph traktował mnie jak młodszą siostrę, która zawsze za nim chodziła, gdziekolwiek poszedł. Był jedynakiem i dzięki mojemu uporczywemu towarzystwu mógł poczuć się jak starszy brat. Tak też przez cały czas powtarzał, być może z racji pięcioletniej różnicy wieku między nami. Marzyłam jednak, byśmy kiedyś wyszli z tej strefy rodzeństwa.

O naszym ostatnim spotkaniu lepiej nie wspominać. Było strasznie upokarzające, oczywiście dla mnie. Miało miejsce dwa lata temu, gdy byłam osiemnastolatką, tuż po ukończeniu szkoły średniej. Stan zdrowia taty się pogarszał i jego ciało przestało reagować na leczenie. Straciliśmy wszystko — samochód, oszczędności, dom. Mieliśmy szczęście, że nowy właściciel pozwolił nam zostać jeszcze dwa tygodnie, żebyśmy mogli znaleźć nowe miejsce do mieszkania. Czułam się paskudnie, ale starałam się być silna dla rodziny, a zwłaszcza dla taty. Chciałam, żeby walczył o życie i żeby nie tracił nadziei.

Joseph przez cały ten czas mnie pocieszał. Uczył, jak być silną, odważną i jak pokładać ufność w Bogu. Jako że był pielęgniarzem, wyjaśniał mi naturę choroby ojca, jej objawy, przebieg, wykonywane procedury medyczne, stosowane leki i wszystko, czego nie rozumiałam.

Siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy, głównie o ojcu. Obejmował mnie i przeczesywał palcami moje jedwabiste rude włosy. Uwielbiał je i dotykał ich za każdym razem, gdy się widzieliśmy. Dlatego od zawsze nazywał mnie „Rudą”.

Wtuliłam się w ciepłe objęcia i oparłam głowę na jego piersi. Czułam się jak w domu, zresztą jak za każdym razem, gdy byłam w jego ramionach. Słuchałam bicia jego serca. Stukało równomiernie, w normalnym rytmie, niczym muzyka. Moje za to łomotało szaleńczy rytm. Wdychałam jego męski zapach, hmm, naprawdęboski. W pewnej chwili chwyciłam go za silne ramiona i wbiłam wzrok w jego przystojną twarz. Wszystko mnie w nim fascynowało i odurzało moje zmysły. Mrowienie gdzieś w dole brzucha nie ustawało, dopóki był w pobliżu.

Wpatrywałam się w jego oczy, studiując wyraz twarzy. Szukałam jakichś oznak i wskazówek odnośnie do jego prawdziwych uczuć do mnie. Ale jeśli rozwinął w sobie jakieś wyjątkowe zainteresowanie moją osobą, wcale tego nie okazywał.

Zauważył, że się w niego wpatruję. Zmarszczył brwi i oddał mi spojrzenie. Uśmiechnęłam się i jego twarz się rozjaśniła. Obdarzył mnie swoim typowym czułym uśmiechem, od którego topniało mi serce i miękły kolana.

— Zuch dziewczyna. Uśmiecha się. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Bóg nie sprowadza na nas problemów, z którymi nie potrafilibyśmy sobie poradzić. — Gładził mnie po ramionach, w górę i w dół, wzbudzając we mnie pełne ekscytacji drżenie.

Zmieniłam pozycję i nachyliłam się nad nim. Ujęłam jego twarz w dłonie, czując kłucie zarostu.

— Dziękuję Bogu, że dał mi ciebie. Nie mogłabym teraz bez ciebie żyć, Joseph. — Powoli zbliżyłam się do niego i pocałowałam go w usta.

Joseph zupełnie się tego nie spodziewał. Niemal gniewnie odepchnął mnie od siebie.

— Ruda, co ty w ogóle sobie wyobrażasz? Jesteś na to za młoda.

Spuściłam wzrok z zażenowaniem.

— Dlaczego? Nie podobało ci się?

Wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił i pojawiło się na niej wiele sprzecznych emocji.

— Masz jeszcze na to mnóstwo czasu. Nie śpiesz się tak do dorosłości.

Poczułam się odrzucona. Dlaczego nam to robił? Wiedziałam, że mnie kocha. Widziałam to w jego oczach za każdym razem, gdy na mnie patrzył. Skąd takie uniki? Dlaczego nie chciał wyznać swoich prawdziwych uczuć do mnie? Dlaczego się powstrzymywał?

— O czym ty mówisz? Jestem dorosłą kobietą, mam osiemnaście lat. Spójrz na mnie, chyba nie jestem już małą dziewczynką? — Wyprostowałam się i spojrzałam prosto na niego, upewniając się, że nie przegapi moich dużych piersi. Miałam na sobie obcisłą różową bluzeczkę i obcisłe niebieskie dżinsy.

— O, więc sądzisz, że jesteś już wystarczająco dorosła? Przecież na poprzednie urodziny kupiłem ci lalkę Barbie, pamiętasz? Miniaturkę ciebie.

Westchnęłam ciężko.

— Na tym polega twój problem, że nie chcesz przyznać, że nie jestem już małą dziewczynką. — Łzy wezbrały w moich oczach. Poczułam się naprawdę upokorzona. Nienawidziłam go za to wieczne udawanie, że nadal jestem dzieckiem.

Wstał i wziął mnie za ręce.

— Cii… nie płacz, kochana. Tak, zauważyłem, że dorastasz, skoro uczysz się ze mną flirtować — zażartował.

— Nienawidzę cię, Joseph. — Próbowałam go odepchnąć, ale nie wypuścił moich dłoni.

— Jesteś bardzo piękna, Ruda. Wielu mężczyzn mi zazdrości, gdy jesteśmy gdzieś razem. Pewnego dnia znajdziesz swoją prawdziwą miłość. Kogoś, kto się tobą zaopiekuje i zawsze będzie przy tobie.

— Nie chcę kogoś, chcę tylko ciebie. Nie rozumiesz mnie? Kocham ciebie, ciebie, ciebie, ciebie — powtarzałam, stukając go palcem w klatkę piersiową. Łzy spływały mi po policzkach. Nie obchodziło mnie już, że zdradzam mu swoje prawdziwe uczucia do niego.

— Ruda, posłuchaj mnie. Wyjeżdżam… w ten weekend.

— Co? — Co on powiedział? Próbowałam przyswoić to, co przed chwilą usłyszałam.

— Postanowiłem wyjechać na misję medyczną do Afryki Południowej.

— Że co? — Nagle zrobiło mi się zimno, jakbym wzięła udział w wyzwaniu z kubłem lodowatej wody. On wyjeżdża?

— Wiesz, jak bardzo tego chciałem. To moje życiowe powołanie, pomagać i przynosić ulgę w cierpieniu chorym, zwłaszcza biednym. Pomaganie mniej hojnie obdarzonym przez los sprawia radość mojemu sercu. Chcę im tam służyć.

— Jak długo? Miesiąc?

Potrząsnął głową.

— Raczej parę lat.

Mój świat nagle się zawalił. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. Wyjeżdżał do Afryki Południowej w ten weekend? Znałam jego współczucie do ludzi, to mnie w nim najbardziej pociągało. Uczył się pielęgniarstwa ze względu na pragnienie niesienia pomocy chorym i potrzebującym. Lubił przebywać z ludźmi, rozmawiać z nimi, pocieszać ich i uspokajać, aby ulżyć im w bólu i stresie. Ale wyjazd do Afryki Południowej? Dlaczego?

Od tego dnia więcej się nie spotkaliśmy. Tato walczył o życie, a ja go nie odstępowałam ani na krok. Joseph był bardzo zajęty przygotowaniem dokumentów na podróż. Nie zapomniał jednak zostawić mi pożegnalnego listu.

Eros

Zaparkowałem przed kawiarnią. Nie piłem kawy w domu, bo zamierzałem zamówić sobie espresso właśnie tutaj. Było wyśmienite, po prostu najlepsze, jakie kiedykolwiek piłem.

Razem z Donovanem zamówiliśmy to samo co wczoraj. Gdy jednak spróbowałem swojego napoju, byłem rozczarowany. Nie miało nawet serduszka.

— To espresso nie jest tak dobre, jak wczorajsze. — Wziąłem jeszcze jeden łyk, po czym odsunąłem kubeczek od siebie.

— Naprawdę? Moja kawa jest spoko. Taka sama jak wczoraj.

— Moja nie. Nie smakuje mi.

Donovan spojrzał w stronę baristy.

— Może dlatego, że wczoraj robił je ktoś inny.

Zerknąłem na człowieka za ladą i wróciłem spojrzeniem do Donovana.

— Kto?

— Nie zauważyłeś? Dziewczyna, która zajmowała się wszystkim. Była sama, pamiętasz?

— Nie. Nie pamiętam.

— Czarne włosy, okulary w grubych oprawkach, staromodnie ubrana?

— Nadal nie pamiętam.

— W każdym razie to ona robiła nam wczoraj kawę.

Przytaknąłem i przywołałem kelnerkę.

— Chcę jeszcze jedno, lecz proszę dopilnować, by zrobiła je ta dziewczyna w okularach z grubymi oprawkami.

— Przykro mi, sir, ale jeszcze jej nie ma. — Blondwłosa kelnerka wzruszyła ramionami.

Przytaknąłem i pozwoliłem jej odejść.

— Skończyłeś? Chodźmy. — Wstałem, nie czekając na odpowiedź Donovana, który nadal popijał swoją kawę. — Zaczekam na ciebie w samochodzie.

Otwarłem drzwi kawiarni i wyszedłem na zewnątrz. Odbierałem pocztę na telefonie i nagle się z kimś zderzyłem.

— Aaa!

— Ups! — Odruchowo złapałem kobietę w średnim wieku, żeby nie upadła na ziemię. Jedną ręką zaasekurowałem ją w talii, aż odzyskała równowagę. Była bardzo lekka, smukła i delikatna. — Wszystko w porządku?

Przywarła do mnie. Obejmowała mnie za szyję i drżała przestraszona.

Jej twarz była przyciśnięta do mojego torsu. Powoli podniosła głowę i spojrzała na mnie. Zaskoczyło mnie, że wcale nie była w średnim wieku. Była młoda, bardzo młoda… mogła mieć z osiemnaście lat. Miała ładnie uformowaną i bardzo kobiecą twarz. Wiatr zaróżowił jej policzki. Rozchylała usta, dysząc, co dało mi okazję do przyjrzenia się wilgoci na jej słodko ściągniętych ustach. W końcu spojrzałem na moment w jej ukryte za okularami w grubych oprawkach oczy. Emanowały ślicznym zielonym blaskiem, jak szmaragdy. Wyglądała jakoś znajomo. Jej oczy mi kogoś przypominały.

— Tak, w porządku. Wybacz, sir… nic mi nie jest.

— Na pewno? Wyglądasz na bardzo kruchą. — Puściłem ją, a ona natychmiast się odsunęła.

— Cóż, prawdę powiedziawszy, jestem silniejsza, niż się panu wydaje. Oceniając po wyglądzie, można się przejechać.

Zmarszczyłem brwi.

— Trudno mi w to uwierzyć. Jesteś tak chuda, że mógłbym połamać ci kości dwoma palcami. Wyglądasz wręcz na niedożywioną.

Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się z sarkazmem.

— Dziękuję za komplement, sir. Muszę iść, jestem już spóźniona do pracy. — Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wejścia do kawiarni.

— Nie ma za co — odparłem prowokacyjnie. Brzmiała na wzburzoną. — Na pewno nic ci nie jest?

Odwróciła się i stawiając gniewne kroki, stanęła przede mną. Ku mojemu zaskoczeniu podskoczyła kilka razy i wykonała przesadzone wymachy i rozciągnięcia, wyrzucając ramiona w górę i na boki.

— Widzi pan? Wszystkie kości całe. NIC MI NIE JEST!

Rozbawiło mnie jej zachowanie, była pocieszna.

— Okej, przekonałaś mnie. Uważaj następnym razem i patrz pod nogi.

Spojrzała na mnie gniewnie, ściągając z irytacji usta. Wpatrywaliśmy się w siebie w niespodziewanie ogłuszającej ciszy.

— Wszystko w porządku? — spytał mnie Donovan, który właśnie wyszedł z kawiarni.

— Tak, chodź, idziemy. — Ruszyłem w stronę samochodu, zostawiając wpatrującą się w nas dziewczynę.

— To ta dziewczyna, która zrobiła ci wczoraj kawę — stwierdził Donovan, gdy wsiedliśmy do środka.

— Wiem, domyśliłem się. — Płynnie włączyłem się do ruchu.

— Szkoda, że nie smakowała ci poranna kawa.

— Tak, szkoda… — jęknąłem i zamilkłem. Myślałem o błyszczących zielonych oczach. Po pięciu minutach milczącej jazdy zahamowałem i zawróciłem.

— Gdzie jedziemy, sir? — spytał Donovan.

— Uświadomiłem sobie, że naprawdę potrzebuję tej kawy.

Rozdział 4.

Jade

— Hej, Jade. Romeo wrócił i chce, żebyś zrobiła mu kawę — krzyknęła za mną Suzanne, przez co niemal upuściłam butelkę mleka, którą trzymałam.

— Jaki Romeo?

— Ten koleś, który wygląda jak model Abercrombie.

— Gdzie siedzi? — dopytałam, ale ona już poszła, zanim zdążyłam dokończyć. Byłam w kuchni i pomagałam pani Chang przygotować ciasto na naleśniki.

Wyszłam z kuchni i rozejrzałam się po twarzach klientów. Wtedy go zauważyłam. Faceta, na którego wpadłam dziś rano i który nazwał mnie niedożywioną.

Przecież wychodził jakiś czas temu. Ciekawe, po co wrócił. Nieważne. I tak mnie to nie obchodzi. Na pewno to jego Suzanne nazwała Romeołamane przez model Abercrombie.

Szczerze mówiąc, nie podobał mi się. Był arogancki i nie umiał przeprosić. Miał o sobie tak wysokie mniemanie, jakby był kimś bardzo ważnym. A to przecież z jego winy się zderzyliśmy.

Spieszyłam się do kawiarni, bo byłam spóźniona. Od razu, gdy wyszedł z kawiarni, rozpoznałam w nim wczorajszego klienta. Szedł bardzo szybko, w ogóle przed siebie nie patrząc. Wbijał wzrok w telefon. Myślałam, że pójdzie prosto, lecz on nagle skręcił w moją stronę. Zaskoczył mnie i nie miałam szans go wyminąć.

Walnęłam prosto w jego tors, dość mocno. Natychmiast wciągnął mnie w swój ciepły uścisk. Chwycił silną dłonią za ramię, co wzbudziło we mnie poczucie bezpieczeństwa. Zanurzyłam się w tej chwili i wciągnęłam jego czysto męski zapach, będący połączeniem świeżej wody kolońskiej, piżma i kawy. Gdy podniosłam głowę, poczułam się onieśmielona. Był bardzo przystojny, wysoki, szczupły, o pięknie proporcjonalnym ciele. Miał proste, jedwabiste czarne włosy i twarz ogorzałą od wiatru i słońca. Słabo mi się zrobiło, gdy na niego patrzyłam. Magnetyczne spojrzenie jego srebrnoszarych oczu roztapiało moje kończyny dolne.

Cóż, taka była moja pierwsza reakcja. Brr! Uświadomiłam sobie jednak, że to żaden książę z bajki, tylko łobuz.

Myślałam, że jest dżentelmenem, bo spytał, czy nic mi się nie stało. Okazał się jednak pompatycznym dupkiem. Sądziłam, że mnie przeprosi, bo to była jego wina, ale tego nie zrobił.

W dodatku nazwał mnie chudą i niedożywioną. Dotknęło mnie to do żywego. Cóż, może i było w tym trochę racji, ale na pewno nie byłam niedożywiona. Wyglądałam na chudszą ze względu na wzrost. Miałam metr siedemdziesiąt dwa i ważyłam pięćdziesiąt cztery kilogramy.

Mój werdykt? Był jak Kurt i Suzanne, człowiekiem prześladującym słabszych.

Wzięłam karteczkę z zamówieniem i przeczytałam, że chciał jedno espresso. Potem na niego spojrzałam. Romeo. O,tak, „Romeo” pasuje do niego jak ulał.

Wyglądał na strasznie bogatego, sądząc już po samym garniturze. To był ten rodzaj noszony przez celebrytów i ludzi z elit. Prawdopodobnie kosztował tyle, ile wynosiła moja miesięczna wypłata.

I faktycznie, Suzanne miała rację, wyglądał jak męski model Abercrombie. Raczej jednak nim nie był, bo cały czas gadał przez telefon o interesach.

Przyjrzałam mu się przez kilka sekund, studiując jego twarz. Był uderzająco przystojny, ale miał zły charakter, jak diabeł. Nagle odwrócił głowę i złapał mój wzrok. Zaskoczyło mnie, że zauważył, że na niego patrzę. Poczułam się zmieszana. Boże! Natychmiast oderwałam od niego wzrok i udawałam, że cały czas patrzałam na klientów za jego stolikiem.

Podeszłam do automatu, żeby przyrządzić mu kawę. Zwieńczyłam ją podwójnym serduszkiem i Suzanne mu ją zaniosła.

Eros

— Chcę jej.

Donovan zakaszlał i wbił we mnie wzrok, marszcząc brwi.

— To znaczy? CHCESZ JEJ, czyli?

— Chcę jej kawy, codziennie. — Zrobiłem kolejny łyk. Świetna, naprawdę świetna. Ta kawa jest wybitna.

— Chodzi ci o to, żeby ją zatrudnić?

— Czemu nie? — odparłem z przekonaniem. — Dopilnuję, by nie odrzuciła mojej oferty pracy. To najlepsza kawa, jaką w życiu piłem. Ta dziewczyna jest naprawdę niesamowita.

— Wygląda… dziwnie. — Donovan wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Dziwnie? Nie, nie dziwnie. Unikalnie.

Zakaszlał znowu i pokiwał głową.

— Tak, dokładnie to miałem na myśli, sir. Unikalnie.

Gdy skończyliśmy pić, podszedłem do dziewczyny o szmaragdowych oczach. Stała przy kontuarze, sama.

— To za kawę. — Wręczyłem jej studolarowy banknot i przyjrzałem się wyrazowi jej twarzy. Unikała mojego spojrzenia. Pewnie czuła się zakłopotana z powodu tego porannego wypadku.

— Pana rachunek to tylko pięć dolarów, sir — odparła ze wzrokiem wbitym w karteczkę z zamówieniem.

— Reszta dla ciebie.

W końcu na mnie spojrzała. Jej oczy błyszczały jak szlachetne kamienie. Były niesamowite, jak prawdziwe szmaragdy. Znałem je i znałem to spojrzenie, ale nie umiałem sobie przypomnieć, gdzie i kiedy go doświadczyłem.

— Dziękuję, sir, ale nie mogę tego przyjąć. To zbyt duży napiwek, tak dzień po dniu.

— Zasłużyłaś na niego. Robisz wyśmienitą kawę. — Zdumiało mnie to, że nie chciała przyjąć napiwku. Kelnerki i kasjerki raczej nigdy nie odmawiały.

— Dziękuję, ale po prostu nie mogę. — Odliczyła resztę i położyła na kontuarze.

— Jade — przeczytałem na tabliczce z imieniem. — Twoje imię pasuje do zielonych oczu. Skąd jesteś, Jade?

— Uhm… nie mogę panu powiedzieć, sir. Nie daję nikomu swojego adresu. Ze względów bezpieczeństwa. — Wzruszyła ramionami, bawiąc się palcami.

Byłem coraz bardziej zdumiony. Nie poczułem się urażony, raczej mnie rozbawiła. Spytałem, skąd jest, a ona robiła z tego wielkie halo.

— Nie jestem seryjnym zabójcą, jeśli o to ci chodzi. Pytam, bo wyglądasz znajomo. Nie spotkaliśmy się już kiedyś?

Potrząsnęła głową.

— Nie. Nie sądzę. Żyjemy w zupełnie innych światach.

Wiedziałem, o co jej chodzi. Tak, faktycznie żyliśmy w zupełnie innych światach. Zadawałem się z innymi ludźmi, odwiedzałem inne miejsca i chodziłem na inne przyjęcia i imprezy niż ona.

— Wybaczy pan, ale mam pracę do wykonania.

— Zaczekaj — powiedziałem i chwyciłem ją za dłoń.

Westchnęła i natychmiast się wyrwała, jakby mój dotyk ją palił.

— Pracuj dla mnie.

Zamarła i wbiła wzrok we mnie.

— Co?

— Pracuj dla mnie. Będziesz musiała jedynie zrobić mi kawę, codziennie rano. Żadnych kłopotów i żadnej presji w pracy.

— Żartuje pan, prawda?

— Nie. Nie żartuję.

Przechyliła głowę i zaczęła przyglądać się swoim dłoniom. Zastanawiała się. W końcu spojrzała na mnie.

— Ja… ja nie mogę.

— Dlaczego?

— Nie mogę zostawić swojej szefowej. Jest dla mnie dobra i traktuje mnie jak członka rodziny. Poza tym nie chcę żałować z powodu pochopnej decyzji.

— Nie, nie. Nie każę ci odpowiedzieć od razu, zastanów się przez noc. Możesz odpowiedzieć mi jutro rano, nie ma presji.

Westchnęła ciężko.

— Jutro moja odpowiedź będzie taka sama. Nie mogę.

— Dam ci dwukrotnie większe wynagrodzenie, niż masz tutaj.

Westchnęła, a jej oczy natychmiast się powiększyły. Potarła dłonią po czole, po czym zakryła nią twarz.

— Nie, naprawdę nie mogę, sir. Kocham moją pracę i nie chcę zostawiać swojej szefowej. Ona mnie potrzebuje. A teraz, jeśli pan wybaczy, mam obowiązki do wykonania.

— Trzykrotność obecnego wynagrodzenia. To moje ostatnie słowo.

Podniosła głowę i uśmiechnęła się do mnie. Zaskoczyło mnie, jak bardzo była piękna, gdy się tak szczerze uśmiechała.

— Dziękuję za propozycję, ale nie.

Nagle cała przyjemność się urwała. Tyle że niestety uwielbiałem jej kawę.

Rozdział 5.

Jade

— Co? Zmarła?

— Tak, wczoraj w nocy przedawkowała środki przeciwbólowe — wyjaśnił przez telefon George, barista, który zadzwonił następnego dnia tuż przed moim wyjściem do pracy.

Serce łomotało jak szalone. Nagle zrobiło mi się zimno i poczułam, że trzęsą mi się ręce.

— Nie. Nie mogę w to uwierzyć! Wczoraj wyglądała zupełnie dobrze. Jesteś pewien? — Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że pani Chang zmarła. Nie… nie… tylko nie ona, błagam.

— Tak, Ricky ją znalazł. Zadzwonił do mnie z informacją, że kawiarnia będzie tymczasowo zamknięta, na jakieś dwa tygodnie.

Ricky był singlem i jedynym synem pani Chang. Reszta jej dzieci była płci żeńskiej i po ślubie.

— O, Boże, to niemożliwe! — Mój umysł nadal nie potrafił przyjąć tego, że jej nie ma. To koszmar!

Byłam zdruzgotana. Pani Chang traktowała mnie jak córkę. Była miłą kobietą i dobrą szefową. I bardzo dobrze mi płaciła. Będzie mi jej brakowało.

— Tak, to takie niespodziewane. W każdym razie teraz Ricky przejmie prowadzenie kawiarni.

— Ricky! O, nie… — jęknęłam głośno.

— HA! Wiem, o czym myślisz.

Dlaczego Ricky? Dlaczego nieinna z jej pociech? To maniak seksualny! Ostatnio, gdy był w kawiarni, klepnął mnie w tyłek przy klientach. A Suzanne potraktował jeszcze gorzej. Pocałował ją. Raczej nie było szans, żebym wytrzymała z nim jako swoim szefem. Musiałam znaleźć inną pracę.

***

Po godzinie zaczęłam szukać nowej pracy. Nie mogłam pracować w kawiarni, skoro pani Chang już nie było, a szefem miał zostać Ricky.

Szukałam w internecie jakichkolwiek wakatów z moimi kwalifikacjami. Wysłałam CV do różnych mniejszych firm z gorącą nadzieją, że gdzieś zostanę przyjęta, bo naprawdę potrzebowałam pracy. Miałam rodzinę na utrzymaniu.

W końcu dostałam odpowiedź z piekarni, ale oferowano mi bardzo niskie wynagrodzenie. Odmówiłam.

Widziałam stanowiska z lepszą wypłatą, ale nie spełniałam wymogów z racji braku doświadczenia. W wielu firmach wymagano także ukończenia koledżu. Niestety ja mogłam się legitymować wyłącznie szkołą średnią, bo do koledżu nie dane mi było dotrzeć.

Po tygodniu poszukiwań wpadłam w desperację. Mama i Sapphire naprawdę były ode mnie zależne. Potrzebowałam pracy ASAP, żeby zapłacić za wynajem domu i za media oraz by mieć na podstawowe potrzeby. Poza tym mamie niezbędne były lekarstwa w związku z chorobą serca.

Kupiłam niedzielną gazetę z nadzieją, że w końcu coś znajdę. Siedziałam przy stole obiadowym i zaznaczałam różowym zakreślaczem wszystkie interesujące mnie ogłoszenia o pracę, gdy naprzeciw mnie usiadła Sapphire. Właśnie wstała z łóżka i była jeszcze w piżamie Kigurumi z postacią anime. Tak, miała fioła na punkcie anime i uwielbiała imprezy z przebierankami w te postacie.

— Hej, Dee, mogę pożyczyć dział rozrywkowy?

— Jasne — odparłam, nie spoglądając na nią.

— Szkoda, ożenił się. Kocham go. Dlaczego? Och, dlaczego? Nawet nie zaczekałeś, aż dorosnę. Nienawidzę cię, Behati, bo ukradłaś mi chłopaka.

Roześmiałam się i spojrzałam na siostrę. Jej twarz była ukryta za gazetą.

— Jesteś naprawdę stuknięta, Saph — stwierdziłam i przyjrzałam się gazecie. Mój śmiech natychmiast zamarł. Miałam przed sobą stronę z działem biznesowym, na której moją uwagę przykuło zdjęcie grupy bogatych biznesmenów. Był wśród nich niezwykle atrakcyjny mężczyzna. Wyglądał bardzo znajomo. Gdy się tak w niego wpatrywałam, dotarło do mnie, że to Romeo.

Odebrałam gazetę, żeby się mu przyjrzeć.

— Hej! Jeszcze nie skończyłam. — Sapphire pociągnęła gazetę do siebie i strona biznesowa rozdarła się na kawałki.

— Patrz, co zrobiłaś. — Położyłam na stole rozdarte kawałki zdjęcia razem z dotyczącym go artykułem, żeby go przeczytać.

— To nie moja wina, sama szarpnęłaś.

— Ciii. Okej, to moja wina. Potrzebowałam pilnie tej strony.

— Dlaczego? — spytała zaciekawiona Sapphire.

— Widzisz tego faceta? Był klientem naszej kawiarni. — Wskazałam zakreślaczem twarz Romea.

— Wow! Niezły. Wygląda jak mój chłopak, Adam Levine! Przypomnij mi, żebym zatrudniła się w kawiarni, gdy dorosnę, siostra.

Próbowałam przeczytać artykuł, co nie było łatwe, gdyż się rozdarł i pogniótł.

— O mój Boże! To miliarder, Petrakis! Jego rodzina jest właścicielem największej na świecie korporacji transportowej.

— Miliarder? Hola! W końcu pojawił się mój wymarzony facet! Mogę pracować w kawiarni zamiast ciebie? Ricky chyba nie będzie miał nic przeciwko, co?

— Nie żartuj sobie, Saph. Ten facet tydzień temu zaoferował mi pracę. Miałam robić mu codziennie kawę, i tyle. Stwierdził, że da mi trzykrotnie więcej, niż zarabiam w kawiarni.

— Coooo? Seryjnie? — Sapphire zrobiła wielkie oczy. — Za robienie kawy? Co on, pije beczkę dziennie?

Przewróciłam oczami.

— Jesteś śmieszna. W każdym razie odrzuciłam jego ofertę.

— Odrzuciłaś? Myślałam, że jesteś mądra!

Skrzywiłam usta i prychnęłam.

— Nie wiedziałam, że jest miliarderem z gazet. Myślałam, że sobie żartuje! Zresztą nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Był strasznie arogancki i nazwał mnie niedożywioną. Poza tym nie spodziewałam się, że pani Chang umrze.

— Cóż, tego nikt się nie spodziewał, ale że nazwał cię niedożywioną? Co za palant.

— Uwierz mi, jest nim.

— Ale ten palant zaoferował ci pracę. Nie wydaje mi się, żeby naprawdę był aż taki zły.

Wzruszyłam ramionami i wróciłam do przeglądania ogłoszeń.

— Dee, może idź do niego zamiast szukać pracy. Spróbuj szczęścia, może oferta nadal jest aktualna. Wyobraź sobie, trzykrotność wypłaty z kawiarni? To by było super. Nie pozwól, by taka okazja przeszła ci koło nosa.

— No nie wiem.

— Czemu?