Dziennik przetrwania. Zapiski niedoskonałej matki - Małgorzata Mroczkowska - ebook

Dziennik przetrwania. Zapiski niedoskonałej matki ebook

Małgorzata Mroczkowska

3,7

Opis

"Dziennik przetrwania" to miód na zbolałe serca matek, które co dzień stają do nierównej walki z rzeczywistością. To także przezabawna opowieść o tym, jak w tych warunkach wyjść obronną ręką i przetrwać z pozytywnym nastawieniem i uśmiechem na twarzy.

 

Sylwia jest matką dwójki dzieci, żoną i kobietą. Dokładnie w tej kolejności. W oczach rodziny uchodzi za wszechwiedzącego Boga, lekarza rodzinnego, taksówkarza i kucharza. A to wszystko na pełny etat, pięć gwiazdek i w wersji all inclusive. Prawda jest taka, że Sylwia to chodząca, tykająca bomba z lontem na wierzchu. Jej cierpliwość jest wprost proporcjonalna do ilości obowiązków domowych, odpowiedzi na pytania sprytnie wysysa prosto z palca, a leczy po konsultacji z Internetem. Ma w sobie coś ze śpiewaczki operowej – tylko najwyższe tony głosu są słyszane przez jej rodzinę. Czasami zdarza jej się zapomnieć o tych najdrobniejszych zadaniach rodzicielskich, takich jak odebranie dziecka z przedszkola. Jednego Sylwia nigdy nie zapomni – tego, że nienawidzi gotować. Czasami zamiast domowej pizzy, która w jej wersji nadaje się tylko jako deska do krojenia, lepiej zamówić albo przygotować sklepową mrożoną. I warto pamiętać, że czasem najlepszy lek na ból głowy to nowa torebka albo buty. Albo i to, i to.

 

Oderwij się od swojej codzienności i zasmakuj zaskakującego życia najbardziej zwariowanej matki na świecie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Małgorzata Mroczkowska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Anna Wawrzyniak-Kędziorek / panbook.pl

Korekta: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Izabella Marcinowska

Fotografie na okładce: shutterstock/Artmim, shutterstock/ciocna bogdana

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-944-5

CZWARTA STRONAGrupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Na początku była królewna

W pewnym dalekim królestwie, w którym było ciepło i słonecznie, nawet wtedy, kiedy padał śnieg, mieszkała piękna królewna. Królewna nie była już taka całkiem młoda, ale jej cera wciąż lśniła dziewczęcym blaskiem, a włosy miała złote i aksamitne jak u najdroższej lalki. Mieszkała w szklanym pałacu, w którym zawsze było czyściutko, bo też królewicz, czyli mąż królewny, nie szczędził grosza, zatrudniając pomoce pałacowe. Służba uwijała się już od samego rana, by cały pałac był porządnie wysprzątany, by w powietrzu unosił się zapach ulubionego płynu do płukania, by ręczniki w łazienkach (tak, było ich kilka, a co!) leżały poukładane na półkach, a nie rozrzucone na podłodze, czego królewna szczególnie nie lubiła. Podłoga w królewskiej kuchni lśniła tak bardzo, że wchodząc do niej, królewna musiała zakładać okulary przeciwsłoneczne, bo od tej wszechobecnej czystości aż szczypały oczy. À propos kuchni, to królewicz zatrudnił na stałe królewskiego kucharza, który dbał o podniebienie naszej królewny. Kucharz gotował zdrowo i nietłusto, żeby nam królewna za bardzo nie przytyła od tego bezustannego siedzenia na tronie.

Po komnatach, wysprzątanych, wywietrzonych i czystych, biegały dzieci królewny i królewicza. Latorośle były tak urocze, tak grzeczne i tak dobrze wychowane, że służyły za wzór dla poddanych. Kiedy królewna przechadzała się czasem po miasteczku, nie raz słyszała, jak ludzie szeptali za jej plecami.

– Spójrzcie, sąsiadko, jak te młode książęta pięknie spacerują! Nie biegają, nie uderzają patykami w ogrodzenie i nie szarpią królewny matki za sukienkę za każdym razem, kiedy przechodzą obok sklepu z cukierkami.

– O, tak! Widać od razu, że są to dzieci królewskie. Widocznie już w genach mają klasę i spokój.

– Wystarczy spojrzeć na twarz naszej królewny, czyż nie jest piękna? I taka wypoczęta! Ma takie łagodne rysy i spokojne spojrzenie. A dzieci tylko dodają jej uroku.

– Prawda!

Królewna nie musiała odrabiać z nimi lekcji, bo, po pierwsze, dzieci miały swoje guwernantki specjalnie do tego celu zatrudnione, a po drugie, uwielbiały się uczyć. Po powrocie ze szkoły przez chwilę bawiły się w swoim pokoju, po czym biegły do lekcji. I nie trzeba było ich do tej prostej czynności zaganiać!

– Chcemy się uczyć, chcemy być mądre, tak jak nasi rodzice! – wołały. – A po lekcjach upieczemy z naszą mamą tort królewski, będziemy jej pomagać we wszystkim, a potem wszystko po sobie posprzątamy, bo my uwielbiamy sprzątać…

Królewna kochała swoje dzieci. A dzieci kochały swoją matkę i ojca nad życie. A ojciec ich, choć był też królewiczem, to przede wszystkim był mężem królewny matki, która dała życie jego dzieciom, za co okazywał jej dozgonną wdzięczność.

I żyli sobie tak długo i szczęśliwie, a ich dni mijały w szczęściu i spokoju…

Spokoju…

Nie.

Nie…

Nie!

Nie pozwólcie, żeby ten sen się skończył! Niech ktoś go zatrzyma. Nie, nie otworzę oczu. Będę spać tak długo, aż wszyscy uwierzą, że to właśnie ja jestem tą śpiącą królewną. Tak, to o mnie była ta bajka! Tylko że ja wcale nie chcę się obudzić. Chcę wreszcie się porządnie wyspać! Mogę być tą śpiącą królewną do końca życia, naprawdę! Będę tylko leżeć.

– Mamo…

Słyszę nad głową znajomy głos. To mój syn. Pociąga głośno nosem – od tygodnia nie możemy uporać się z jego katarem. Syrop z cebuli już nie pomaga, jest coraz gorzej.

– Mamo, ty śpisz…?!

Nie otwieram oczu. Nie dam się. Ja wiem: moje dzieci uważają, że matka nie potrzebuje snu ani odpoczynku; że matka jest jak robot, który nigdy się nie psuje. Ale nawet taka maszyna jak ja potrzebuje czasem się zresetować.

Nie zauważyłam, kiedy to się stało. Usiadłam tylko na kanapie, żeby podać dziecku klocek, który utknął między poduszkami. Wyciągałam do niego rękę z tym klockiem i właśnie wtedy musiało nastąpić przegrzanie mechanizmu. Oczy same mi się zamknęły. I padłam, ale tylko na chwilkę, daję słowo. Zresztą mój syn w życiu nie dałby mi zasnąć na dłużej, przecież czekał na klocek, niezwykle ważny klocek. Bez niego cała konstrukcja, nad którą pracował od godziny, ległaby w gruzach.

– Miałaś podać mi klocek, mamo! – woła syn takim tonem, że gdyby do pracy przyjmowali od drugiego roku życia, z pewnością zrobiłby karierę w dziale menadżerskim.

– Już ci go daję… – mówię przez sen.

– Dlaczego nie otwierasz oczu, mamo?

Czuję nad głową jego oddech. Pochylił się i pewnie sprawdza, czy nie umarłam przypadkiem.

– Bo nie chcę… – mówię i urywam szybko.

– Czego nie chcesz, mamusiu?

– Nie chcę, żeby mój sen się skończył, synku.

– Miałaś sen, mamo?

– Yhm.

– A co ci się śliniło? – pyta zaciekawiony.

– Mówi się śniło, a nie śliniło, debilu! – poprawia go starsza siostra, która nie poszła dzisiaj do szkoły, bo kaszle tak, że mogłaby zająć pierwsze miejsce w konkurencji polegającej na pluciu płucami w dal.

– Co ci się śniło, mamo? – powtarza synek.

– Śniły mi się dzieci – mówię, nadal nie otwierając oczu. – Takie cudowne, grzeczne i milutkie.

– Aha! – woła syn nad moim uchem, trochę za głośno. – Czyli my!

– Niezupełnie – odpowiadam z westchnieniem. – Tamte dzieci nie byłyby na tyle okrutne, żeby budzić swoją mamę.

– Ale przecież ktoś musi podać mi klocek – mówi synek stanowczo.

– Proszę. – Podaję mu.

Synek wyrywa mi klocek z dłoni i wraca do swojej budowli.

Ja tymczasem otwieram ostrożnie jedno oko. Potem drugie.

Nie chcę tego widzieć. Nie chcę patrzeć na pokój, który wygląda, jakby przetoczyła się przez niego batalia wojsk, jakby przebiegała tu linia frontu. A może podczas mojego snu trwającego pół minuty wybuchła na świecie jakaś wojna i ja nawet tego nie zauważyłam?

Mam na sobie tylko lewy klapek i zupełnie nie wiem, jak to się stało. Dopiero po chwili dostrzegam, że z prawego klapka (mojego klapka!) syn zrobił sobie właśnie dach garażu, w którym zaparkował autko policyjne. Chwała Bogu, że w zabawce siadła bateria, to chociaż nie daje po całym pokoju tym swoim sygnałem, od którego można dostać zawału. Obok konstrukcji garażowej, z moim klapkiem na czele, stoi sobie na dywanie słoiczek dżemu, otwarty. Obok niego na podłodze leży nadgryziona kanapka z owym dżemem właśnie. Dopiero teraz przypomina mi się, że córka ostatnio miała na niego ochotę. Widocznie synek postanowił zatrzymać słoiczek tylko dla siebie i schował go pod stołem.

– Mamo… – mówi tymczasem córka, jakby czytała mi w myślach. – Nudzi mi się.

Boże, myślę sobie, spraw, żeby to nie był mój dom. Jest jeszcze czas, jeszcze mogę wrócić do tamtego snu, a ty w tym czasie zmień moje życie. Przecież to niesprawiedliwe, żeby taka młoda i zdolna osoba jak ja musiała mieszkać w takim bajzlu. Proszę cię, przyślij mi jakieś wróżki, które raz dwa to posprzątają; uwiną się z tym wszystkim szybciej niż ja. Zresztą, połowę tego bajzlu można spokojnie wyrzucić, poradzimy sobie bez tego doskonale, a nawet będzie nam lżej. Ten dom trzeba odświeżyć, wysprzątać, wyrzucić te wszystkie graty, które nazbierały się w ciągu tylu lat.

Dzieci zostaw. Dzieci nie musisz nigdzie zabierać. Ja wiem, że może i nie są idealne, ale nie oddam ich za nic w świecie. Jeszcze nauczą się sprzątać i nie budzić matki. Wierzę w to, bo co innego mi pozostało?

– Mamo, nudzi mi się – powtarza córka.

Patrzę na nią z wyrzutem i kręcę głową. Ech, gdyby tylko wiedziała, że właśnie uratowałam jej tyłek, bo zła wróżka mogła zabrać ją ode mnie na zawsze. A może by tak faktycznie oddać te dzieci i jeszcze dopłacić? I mieć święty, wymarzony spokój? Ale nie! Biorę to macierzyństwo na klatę. Wychowam te dzieci najlepiej, jak potrafię. Tylko czy ja to przetrwam?

– Nudzi ci się? – powtarzam, podnosząc się z kanapy.

Córka kiwa głową, ziewając.

– I chciałabyś pewnie zrobić coś fajnego?

– No jasne! – ożywia się nagle.

– Mam pewien pomysł – mówię. – To świetne lekarstwo na nudę.

– Jakie? – pyta córka.

– Posprzątaj tu trochę, zanim całkiem zarośniemy.

– I to ma być ten fajny pomysł…?!

– Wiem, że jesteś zawiedziona, ale mam dobrą wiadomość. Pomogę ci. No chyba, że znasz jakieś dobre wróżki, które zrobią to za nas? Może masz do nich telefon?

Córka patrzy na mnie z taką wściekłością w oczach, że przysięgam, gdyby jej wzrok miał moc zabijania, już bym leżała trupem.

Ale żyję. Jeszcze tu jestem. Jeszcze mam dzieci do wychowania! I muszę jakoś dać radę. Choćby mnie syn chciał tym autkiem policyjnym rozjechać na pół, choćby mi córka posyłała gromy tym swoim wzrokiem, to się nie ugnę. W końcu jestem matką. A matka przetrwa każdy kataklizm. Nosem się będzie podpierać, a pobiegnie i na wywiadówkę, i do apteki po syropek, i po drodze jeszcze ulubiony serek kupi, ten czekoladowy, łaciaty, bo wie, że jej dzieci dałyby się za niego pokroić. Bo przecież matka chce dla swoich dzieci jak najlepiej. Nawet wtedy, kiedy miałyby ochotę ją zlikwidować, bo każe im posprzątać pokój albo w najgorszym wypadku zagania do odniesienia kubeczka po soku do kuchni. I nawet nie wymaga umycia go. Matce wystarczy, że dziecko odniesie kubek i wstawi go do zlewu. Matki nie są zbyt wymagające. A i tak w oczach swoich dzieci żądają zbyt wiele i za często psują w ten sposób całą zabawę. Ba! Matki psują dzieciom całe dzieciństwo, bo przecież wiecznie trzeba coś robić, a można by się tylko bawić, no nie?

Tak, matka ma po prostu przerąbane. I to we własnym domu, pod własnym dachem.

Pozwólcie, że się przedstawię

Mam na imię Sylwia. Jestem matką. To po pierwsze. Po drugie, jestem żoną Piotrka. I, dopiero po trzecie, jestem kobietą. Tak siebie postrzegam, dokładnie w takiej kolejności. Czasami to nawet wydaje mi się, że mnie nie ma, że są tylko moje dzieci. I chociaż mam sobie wiele do zarzucenia i nie jestem doskonałą matką ani żoną, to dzieci mam absolutnie doskonałe. Tak, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że w życiu najlepiej wyszły mi dzieci. Co z tego, że po sobie nie sprzątają, że wchodzą mi na głowę, że krzyczą? To wszystko i tak jest nieważne. Najważniejsze, że w ogóle je mam, i od kiedy pojawiły się na świecie, nie wyobrażam już sobie bez nich życia. A czy one wyobrażają sobie życie beze mnie? No jasne! Przecież mówiłam, że daleko mi do doskonałości. Moja córka, Helena, która ma dziesięć lat i właśnie wchodzi w wiek nastoletni, powiedziała mi już nie raz, że jestem najgorszą matką na świecie. Pewnie usłyszę to jeszcze z milion razy i muszę być na to przygotowana. Filip, mój pięciolatek, największy rozrabiaka w przedszkolu, nie jest lepszy od swojej siostry i już kilkakrotnie próbował mnie uśmiercić, na szczęście tylko słownie. Tak, wychowywanie dzieci w dzisiejszych czasach jest niezwykle wyczerpujące psychicznie. Czasami mam wrażenie, że jestem jak bateria, która za chwilę się wyczerpie i będzie można ją tylko wyrzucić na śmietnik. A potem nagle dostaję przypływu energii i żyję od nowa, żyję dalej. Każda matka dla własnego dobra psychicznego i fizycznego musi się od czasu do czasu zresetować. Najlepiej wtedy zejść z oczu dzieciom, których widok tylko niepotrzebnie podnosi ciśnienie, zamknąć się na dziesięć minut w łazience i poczytać gazetę albo książkę. Najlepiej wtedy zniknąć.

Dzisiejsze dzieci mają taką łatwość wypowiadania się, że z największą swobodą i, co gorsza, z przyjemnością mówią matce wszystko, co im się podoba. Potrafią słowem wbić matkę w ziemię, potrafią życzyć jej śmierci kilkakrotnie w ciągu jednego dnia. Kiedy ja byłam dzieckiem i byłam zła czy nawet wściekła na moją matkę, mogłam jej powiedzieć co najwyżej: „Nie lubię cię, mamo!”. To i tak było jak strzał z dużego kalibru. Mowy nie było jednak, by krzyczeć na cały dom, że ją zabiję, że jej nienawidzę i że wolałabym inną matkę mieć! Dzisiaj wszystko się zmieniło i dzieci korzystają z nadanego im przez nowoczesne wychowanie prawa do wypowiadania własnych poglądów.

I co biedna matka może w takiej sytuacji zrobić? Udawać, że nie słyszy. Nie należy zbytnio tych życzeń śmierci analizować i przejmować się nimi, bo wiem z własnego doświadczenia, że za chwilę nasz niedoszły morderca, dodajmy dla jasności: trzyletni morderca, przybiegnie i z rozbrajającym uśmiechem na pyzatej buzi poprosi nas o kanapeczkę albo inne „kakałko”, które tylko mama potrafi przygotować tak, żeby smakowało najlepiej na świecie. I znowu świeci słoneczko i jest cudownie jak w reklamie. Aż do kolejnego napadu histerii, tym razem ze strony drugiego dziecka albo, co gorsza, męża, który również czuwa nad tym, żeby matce nie było za spokojnie.

I tak buja się ta matka z jednego nastroju w drugi, obijając się o ściany własnej wyobraźni niczym piłka o murawę. I uczy się każdego dnia, jak odnaleźć spokój ducha, jak przeżyć kolejny dzień i przede wszystkim, jak tym dzieciom, w dodatku własnym, nie dać się wdeptać w dywan. Bo ogólnie zasada jest jedna i ta sama w każdym domu: dzieci ojcom wchodzą na głowę, a matkę wdeptują w dywan. Matkę, która siedzi z nimi w domu i jest obecna przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, można traktować jak powietrze. Matki się nie widzi, nie zauważa się jej pracy i ogólnie traktuje się ją pobłażliwie. Co innego tata. Tata jest kimś ważnym, bo, po pierwsze, wychodzi codziennie z domu do pracy, co powoduje, że dzieci tęsknią za nim i czekają na jego powrót. A po drugie, skoro tata pracuje, to i zarabia, i dzieci bardzo szybko zaczynają te dwa fakty kojarzyć. No, a skoro tata przynosi do domu pieniążki, to oznacza, że za te pieniążki może dzieciom kupić coś fajnego do zabawy albo do zjedzenia, prawda? Matka, choćby na głowie stawała ze swoimi pierogami czy naleśnikami przygotowanymi ze zdrowych składników kupionych na bazarku od rolnika, i tak nie wygra z ojcem, który zabierze dzieci na frytki albo hamburgera na mieście. I choćby te frytki były smażone w starym i niezdrowym tłuszczu, to i tak będą dzieciom bardziej smakowały, a ten, kto zabierze na nie dzieci, będzie bohaterem!

Szybko odkryłam tę zasadę i dałam sobie spokój z gotowaniem w ogóle. One, czytaj: dzieci, i tak tego nie docenią, a wręcz przeciwnie. Nie chciałam doprowadzić do tego, że sama mam napychać się zdrowymi kotletami ugotowanymi na parze, podczas gdy nim się obejrzę, cała reszta domowników zwieje mi na frytki.

Z tym gotowaniem to w ogóle jest jakaś podejrzana sprawa. Otóż, kiedyś podjęłam wyzwanie pod tytułem „domowa pizza”. Postanowiłam nauczyć się robić to jakże proste w obsłudze danie. No bo co to w końcu za filozofia ugnieść ciasto, wysmarować je keczupem, obrzucić kiełbasą pokrojoną w plasterki i posypać tartym serem? Żaden problem. Niestety, pizza w moim wykonaniu, choć początkowo wyglądała całkiem przyzwoicie i nawet z tym ciastem jakoś dawałam radę, to po upieczeniu okazywała się twarda jak deska! Ale się nie poddawałam, w myśl zasady, że praktyka czyni mistrza. I co? I doszło do tego, że kiedy oznajmiałam domownikom: „słuchajcie, dzisiaj na obiad będzie pizza”, to zamiast radości na ich twarzach widziałam tylko przerażenie.

– A to będzie pizza ze sklepu czy… domowa? – zapytała mnie któregoś razu Helena.

– A czy to takie ważne? – Wzruszyłam ramionami.

– To jest najważniejsze, mamo. No więc?

– Ja chcę mrożoną! – krzyknął Filip.

– Poczekajcie. – Mój mąż, a ich ojciec, próbował uspokoić towarzystwo. – Dajcie powiedzieć mamie. No więc, kochanie?

– Jezus Maria, nie mów mi, że dla ciebie to też jest takie ważne!

– No wiesz, chciałbym wiedzieć, czy w ogóle można liczyć na to, że tym obiadem się najemy.

– Oczywiście, że się najecie! – odpowiedziałam.

– Bo ostatnio to po tej pizzy, co mamie nie wyszła, musieliśmy zamówić pizzę na telefon, prawda, tato? I ona była taka pyszna. Możemy zamówić jeszcze raz, tato?

– Filip!

– Kochanie – chrząknął Piotrek. – Nie chcę ci, oczywiście, niczego sugerować, ale nie uważasz, że masz tyle pracy w domu, że mogłabyś sobie od gotowania odpocząć, chociaż od czasu do czasu?

– No ale…

– Bo jeśli chciałaś znowu zrobić nam domową pizzę, to może lepiej zamówmy. No po co masz się tak męczyć?

Bali się. Byli przerażeni, że znowu podam im na talerzach coś, co nawet nie będzie z wyglądu przypominało ich ukochanej pizzy.

Więc dałam sobie spokój z tym domowym gotowaniem.

I powiem wam, że wszyscy na tej decyzji skorzystali. W końcu pizzerie są po to, żeby ludzie w nich kupowali pizzę również na wynos, prawda? Drugą Magdą Gessler i tak nie zostanę. Szkoda mojego czasu.

Królowa matka,która nie panuje nad swoim królestwem

Oto ja. Królowa matka. Kobieta mocy, która rządzi w królestwie chaosu, czyli w moim domu. „Ja tu tylko mieszkam”, chciałoby się powiedzieć. I tak byłoby najłatwiej. Niestety, od królowej matki się wymaga i oczekuje, że:

• wie wszystko;

• zna odpowiedź na każde pytanie;

• wyleczy każdą chorobę i w razie czego chociaż podmucha i pocałuje;

• nakarmi czymś, co da się w ogóle przełknąć;

• będzie gotowa wstać o północy do każdego, w tym również do męża, który ma katar i prosi o chusteczkę;

• odbierze, zawiezie i wysadzi, choćby to był koniec miasta i matce nie będzie to wcale po drodze.

Królowa matka ma mieć też doskonałą pamięć do dobrych uczynków, jakie czasem zdarzają się jej podopiecznym, i słabą pamięć do złych uczynków, które jej podopiecznym zdarzają się stale. Matka ma po prostu o złych rzeczach nie pamiętać, nie wypominać, nie przypominać i nie straszyć karą. Matka, a zwłaszcza królowa matka, ma przede wszystkim kochać. I cierpliwie czekać na tej miłości okazywanie. Mówiąc krótko, królowa matka ma być chodzącym ideałem.

Niestety, w rzeczywistości domowej, a przynajmniej w moim domu, jest dokładnie odwrotnie. To znaczy:

• denerwuję się właściwie bez przerwy; w ogóle nie mam cierpliwości, a już do własnych dzieci szczególnie;

• zdarza mi się zaspać i nie odebrać (kiedyś zapomniałam nawet odebrać Filipa z przedszkola, bo mnie serial wciągnął, i od tamtej pory mam zasadę, że po południu nie oglądam telewizji w ogóle, żeby podobne incydenty mi się nie przytrafiły; w każdym razie mina pani woźnej, która musiała zostać dłużej z ostatnim, nieodebranym dzieckiem, była bezcenna…);

• krzyczę; ciągle muszę do nich mówić podniesionym głosem, bo mam wrażenie, że inaczej mnie nie słuchają.

Tak że jeśli chodzi o mój dom, to jestem samozwańczą królową matką. Nikt mi tego tytułu nie nadał, sama się nią ogłosiłam. Oni, czyli dzieci i mąż, w ogóle uważają, że ja nie ogarniam, nie panuję nad tym chaosem, którego zresztą sami są autorami, a przynajmniej nieźle się do niego dokładają. Wiecie, o co chodzi. Powinni mnie słuchać, ale tego nie robią. Takie właśnie jest to moje domowe królestwo. Dworzanie, czyli książę Filip i księżniczka Helena, chodzą po prostu własnymi ścieżkami. I ja im tego nie zabraniam! Dopóki nie wejdą na moją ścieżkę i nie zaczną mi deptać po piętach, staram się to wszystko tolerować. A jeśli mnie nie słuchają, robią mi na złość i wrzeszczą, a w ekstremalnych przypadkach rzucają się na podłogę sami lub ciskają w nią różnymi przedmiotami, to wtedy z przykrością przyznaję, że zamieniam się w złą królową. Tak kiedyś nazwała mnie Helena. Jestem wtedy czarownicą, mój głos staje się tak groźny i donośny, że aż sama boję się siebie słuchać. A mój palec, którym staram się wskazywać dzieciom jedną i jedynie słuszną drogę, wydłuża się w sposób magiczny i przypomina wyschniętą gałąź (tak mi powiedział Filip). Coś w tym jest, bo pewnego dnia podczas takiego właśnie przywoływania dzieci do porządku przypadkiem nadziałam się na lustro w przedpokoju i zobaczyłam w nim swoją minę; trzeba przyznać, że niezwykle groźną i posępną. Normalnie sama się przestraszyłam. No, taki był właściwie mój cel. Przecież muszę jakoś nad tym królestwem szemranym panować, prawda? Od czasu do czasu trzeba więc huknąć albo nogą tupnąć, żeby mnie słuchali.

Helena, dawno temu, kiedy jeszcze chodziła do zerówki, zrobiła mi z bibuły żółtą koronę, którą przyniosła ze szkoły i wręczyła mi oficjalnie ze słowami:

– To dla ciebie, kochana mamusiu.

– Dla mnie…? – Zdziwiłam się, przyjmując ten wzruszający, symboliczny prezent.

– Tak, dla ciebie – powtórzyła. – Dla mnie jesteś królewną…

– Moje kochane dziecko. Niech cię uściskam. – Przytuliłam ją z całej siły.

– Ale zrobisz mi kisiel, prawda?

– Oczywiście, że zrobię.

– Bez grudek?

– Bez grudek.

– Obiecujesz?

Dziesięć minut później mieszałam z zapałem łyżką drewnianą w garnuszku, żeby tych grudek uniknąć. Ale przynajmniej z koroną na głowie!

Moja mama sobie poszła

Helenka miała wtedy jakieś trzy latka. Była zima i poszłyśmy na plac zabaw porzucać się śnieżkami. Po chwili odebrałam telefon. Dzwoniła mama i akurat w tamtej chwili chciała mi podać bardzo łatwy przepis na bigos.

– Po co mi ten przepis? – zapytałam.

– Jak to po co? Ugotujesz na święta i będzie jak znalazł.

– Przecież ja nie umiem gotować! Zapomniałaś już, jak zrobiłam kurczaka, który był twardy jak deska do krojenia?

– No właśnie dlatego podaję ci bardzo łatwy przepis, żebyś się nie zniechęcała po tym nieszczęsnym kurczaku.

– Za późno – westchnęłam do słuchawki i spojrzałam na Helenkę, która lepiła bałwana. – Czy wszyscy muszą gotować? Jest tyle innych fajnych rzeczy do roboty poza gotowaniem…

– Potrzebujesz pół kilograma kapusty, tylko nie kiszonej… – zaczęła mama, najwyraźniej puszczając moją uwagę mimo uszu.

– Mamo, jestem teraz na placu zabaw z Heleną i nie mam nawet jak zapisać.

– Nie musisz zapisywać, zapamiętasz, mówiłam ci, że to jest prosty przepis. No więc kupisz sobie w warzywniaku…

Spojrzałam w stronę mojej córki, która bawiła się świetnie. Podczas gdy mama podawała mi ten cholerny łatwy przepis na bigos, który i tak okaże się porażką, zobaczyłam, jak podeszła do niej jakaś dziewczyna z córeczką w podobnym wieku. Dziewczynki zaczęły razem bawić się śnieżkami. Wszystko wyglądało super.

Po jakichś pięciu minutach skończyłam rozmawiać z mamą, bo ręka mi zmarzła od trzymania tego telefonu na zimnie. Schowałam telefon do torebki i podeszłam do Heleny.

– No i jak się bawicie? – zapytałam.

– Super się bawimy! – odpowiedziała mi córka.

– Widzę, że masz koleżankę?

– Tak.

– Jak ci na imię? – zapytałam dziewczynkę.

– Jestem Hania – odpowiedziała.

– Jak miło. A to jest Helenka.

– Wiem, już się poznałyśmy, proszę pani.

Trochę było tego dnia zimno, więc powiedziałam:

– Helenka, jeszcze pięć minut i wracamy do domu.

– Ale dlaczego tak wcześnie?

– Jesteśmy tu już od godziny, a ja muszę jeszcze w domu bigos ugotować – warknęłam pod nosem.

– Ale pani nie może jeszcze iść – odpowiedziała mi na to tym razem Hania, z którą moja córka lepiła wspólnie bałwana.

– Tak? – zdziwiłam się. – A to dlaczego?

– Bo moja mama jak odchodziła, to powiedziała, że mam się pani pilnować.

– Słucham…?

– I nigdzie się stąd nie ruszać – dodała.

– A gdzie jest twoja mama? – zapytałam, rozglądając się dookoła.

– Nie wiem. Poszła coś załatwić.

– Aha.

Faktycznie, nigdzie nie widziałam tamtej kobiety. Nawet nie zauważyłam, kiedy właściwie sobie poszła. Wyglądało na to, że Hania miała rację.

Głupio mi się zrobiło i chociaż miałam już czerwony nos od tego mrozu, to mimo wszystko nie chciałam zostawiać małej dziewczynki samej na placu zabaw. Przecież obie świetnie się bawiły, prawda?

Poczekałyśmy jeszcze dobre pół godziny i już zaczynało się ściemniać, kiedy matka Hani łaskawie pojawiła się na placu zabaw.

– Dobrze, że pani już jest! – powiedziałam na jej widok.

– Hania! – krzyknęła – Do domu!

– Proszę pani, dlaczego zostawiła pani dziecko bez opieki? – zapytałam wprost, bo byłam wściekła.

– Słysząc to, matka Hani odwróciła się do mnie i powiedziała:

– Jak to bez opieki? No przecież pani tu jest, prawda?

– Ale ja pani nie znam!

– Ale ja panią znam.

– Jak to…?

– Przychodzi tu pani regularnie przecież!

– Ale to nie znaczy, że mam pani dziecka pilnować! Bardzo panią przepraszam, ale tak się nie robi, to jest nieodpowiedzialne! Obie z córką jesteśmy teraz przemarz­nięte i…

– No faktycznie, korona z głowy pani spadła!

– Słucham…?

– Wielka mi rzecz. Następnym razem ja popilnuję pani córki, nie ma problemu.

– W życiu bym pani dziecka nie zostawiła! – powiedziałam.

– No to jesteśmy kwita. Hania, do domu!

I tak dostałam pierwszą lekcję na placu zabaw: albo nie interesuj się innymi dziećmi poza własnymi, albo jeśli już zdecydujesz się okazać serce jakiemuś dziecku, to przygotuj się na burę, jaką zgotuje ci jego matka. O wdzięczności z jej strony możesz zapomnieć.

Oczekiwania,czyli jaka ma być współczesna matka

Wiecie, jaki jest najgorszy problem dzisiejszych matek? Po pierwsze, oczekiwania społeczeństwa wobec nich, po drugie, oczekiwania męża wobec niej i po trzecie, oczekiwania samej matki. Po latach dojdą oczywiście dodatkowo oczekiwania jej własnych dzieci. Póki co dzieciak jest zbyt mały, by matkę krytykować, i jedyne, na czym mu tak naprawdę zależy, to czysta pielucha na uroczej pupie oraz w miarę zjadliwe mleko w butelce.

Problem polega na tym, że każdy oczekuje od matki czegoś innego. I każdy widzi ją w innej roli. W innej poza matczyną, rzecz jasna.

Mąż oczekuje od matki swoich dzieci, że poza poświęcaniem czasu na ich wychowanie, jakby dodatkowo wychowa także jego samego, czyli:

• przygotuje mu śniadanie, najlepiej jajka na boczku i sok ze świeżo wyciskanych owoców;

• wyprasuje mu koszulę i dobierze do niej krawat;

• znajdzie najlepsze miejsce na wakacje, no bo przecież ma mnóstwo czasu na takie rzeczy, skoro i tak siedzi w domu;

• aha, i jeszcze wyprowadzi psa, bo i tak z dzieckiem się prowadza po różnych placach zabaw, to czemu psa miałaby nie zabrać, jakby przy okazji, prawda?

Społeczeństwo oczekuje od matki tylko jednego: że będzie matką Polką. A matka Polka, po pierwsze, nigdy na nic nie narzeka, a po drugie, każde zadanie wychowawcze bierze na klatę. Społeczeństwo nie przewiduje, że matka może mieć gorsze dni, kiedy jej cierpliwość spada poniżej zera i wkurza ją wtedy wszystko, nawet jej własny mąż, o dzieciach nie wspominając.

A jakie są oczekiwania samej matki wobec siebie?

To bardzo proste. I oczywiste. Matka chciałaby przede wszystkim być szczupła, mieć modną sukienkę albo jeszcze lepiej torebkę, mieć dom jak z katalogu, najlepiej urządzony w pastelowych kolorach i z dużymi oknami, przez które wpadałoby dużo słońca, którego matka potrzebuje najbardziej. I jeszcze żeby ktoś inny, a nie ona sama, ten dom posprzątał! Oczywiście, że matka chciałaby także być dobrą matką dla swoich dzieci, które kocha najbardziej na świecie. Ale, na miłość boską, czy od kiedy wydała je na świat, przestała istnieć? Czy ludzie przestali ją zauważać? Czy teraz liczą się tylko jej dzieci i tylko ich potrzeby?! A matka? Co z matką?

Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty u teściów po porodzie, kiedy to na świat przyszła ich pierwsza wnuczka. Teściowa odwiedziła mnie jeszcze w szpitalu, ale trwało to na szczęście bardzo krótko.

Pojechaliśmy do nich dokładnie miesiąc po całym wydarzeniu, kiedy byłam w stanie przynajmniej siedzieć na krześle (tak, szwy wreszcie się zagoiły).

Teściowie nie odwiedzili nas w domu, bo, jak twierdziła teściowa, „lepiej nie wwozić do domu nowych bakterii i wirusów”. Tak właśnie powiedziała. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby wobec dziecka zachowywać aż takie środki ostrożności i sterylną czystość, zwłaszcza że nasz dom zawsze pozostawiał wiele do życzenia. No, ale skoro tak powiedziała, to nie zamierzałam z nią dyskutować. Prawdę mówiąc, po porodzie potrzebowałam trochę spokoju i wcale nie czułam się urażona tą ich powściągliwością w odwiedzinach.

Po miesiącu, kiedy w jakiś cudowny sposób udało nam się z Piotrkiem odkopać ze sterty pieluch, kaftaników i butelek plastikowych do mleka, spakowaliśmy wszystko do samochodu i pojechaliśmy na drugi koniec miasta, gdzie mieszkają teściowie. Wypakowanie całego inwentarza zajęło nam dobry kwadrans. Zabraliśmy ze sobą plastikową kołyskę, która służyła też za fotelik do przewożenia noworodka, siatkę z pieluchami, torbę z butelkami i mlekiem w proszku, zapas kaftaników, zapas śliniaków, chusteczki wilgotne do zmywania, krem na odparzenia, oliwkę do smarowania i szczoteczkę do włosów, gdyby dziecko się, nie daj Boże, rozczochrało. I jeszcze do tego osobną torbę z grzechotkami, żeby dziadkowie mieli czym mu grzechotać podczas tej pierwszej, oficjalnej wizyty. Aha, oczywiście wzięliśmy ze sobą również samo dziecko, naszą uroczą Helenkę, którą tego dnia ubrałam w różowe śpioszki.

– Boże! – Teściowa załamała ręce już od samego progu. – Jak to dziecko strasznie szybko rośnie!

– Tak mama myśli? – spytałam niewyraźnie.

– No, oczywiście! Spójrz tylko, Stefan, jakie ma puce. W szpitalu takich nie miała, prawda?

– Trudno mi to potwierdzić, kochanie – chrząknął teść cicho zza jej ramienia. – Bo mnie do szpitala nie zabrałaś.

– Jeszcze tego by brakowało! Obcy mężczyźni na porodówce! – Teściowa wzniosła oczy do nieba.

– Przecież tato nie jest obcy – dodał Piotrek, słusznie zresztą.

– Mój drogi, pozwól, że przypomnę ci, iż twój ojciec zobaczył ciebie dopiero w drugiej dobie, bo za moich czasów dzieci nie pokazywało się ojcom tak od razu. Matkom zresztą też nie.

– Ale czasy na szczęście się zmieniły. – Piotrek zdjął Helence czapeczkę.

– Nadal uważam, że im mniej was na porodówce, tym lepiej. – Teściowa była nieugięta.

– To była sala poporodowa, mamo.

– Tym bardziej! Czy myślisz, że kobieta w połogu potrzebuje wizyt obcych mężczyzn? Przechodziłam przez to dwukrotnie i wiem, że wtedy każda z nas potrzebuje odrobiny intymności i spokoju, nieprawdaż, Sylwio?

Tu spojrzała na mnie, pochylając głowę.

– Naprawdę, mamie odebrano Piotrka od razu po porodzie? – zapytałam z niedowierzaniem.

– Oczywiście! – odpowiedziała, bez cienia wątpliwości. – Tak krzyczał, a ja byłam taka bezradna, że nie miałam nic przeciwko temu.

– Dziwne czasy. – Piotrek wzruszył ramionami. – Ja byłem cały czas przy Sylwii, trzymałem ją za rękę podczas porodu i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

– No, właśnie, Sylwio. – Teściowa usiadła przy ławie w salonie. – Jak ty się czujesz, moja kochana? – Już otwierałam usta, żeby jej odpowiedzieć, kiedy usłyszałam: – Twoja mama mówiła, że strasznie cię porozrywało. Moje biedactwo, ale już zarosłaś, mam nadzieję?

Poczułam się co najmniej jak ofiara wojny domowej i nawet wyobraziłam sobie bombę, która musiała wylecieć w powietrze właśnie między moimi nogami.

Powiedzmy sobie szczerze, że poród naturalny nie należy do przyjemności i przypomina nieco małą bitwę, no ale bez przesady. Owszem, miałam jeszcze na sobie sporo ran, które wymagały czasu, ale mimo wszystko nie czułam się jak jeniec wojenny, który właśnie wrócił z frontu. Przeciwnie. Czułam się jak zwycięzca, bo z tej walki wróciłam z cudownym dzieckiem, które teraz trzymałam dumnie na rękach.

– Sylwia czuje się już całkiem dobrze, mamo – odpowiedział Piotrek, stawiając na drewnianej, wypolerowanej na błysk ławie butelkę do karmienia małej.

– Pytam, bo jakoś tak bladziutko wyglądasz – dodała teściowa. – Nie brakuje ci witamin?

– Jedyne, czego mi brakuje, to kredka do oczu i trochę różu. Po prostu zapomniałam się dzisiaj umalować, mamo.

Słysząc moją odpowiedź, teściowa wbiła we mnie ostre spojrzenie.

– Kredka do oczu…? – powtórzyła z niedowierzaniem. – O czym ty mówisz?

– O makijażu, mamo.

– Ale po co ci to teraz, dziecko?

– Jak to po co? Zawsze się malowałam. Jestem blada z natury i nie czuję się najlepiej bez makijażu, ale Helenka tak nam ostatnio daje popalić, że już nawet zapominam o podstawowych rzeczach.

– Malowanie się nazywasz podstawowymi rzeczami…?

– No tak. Piotrek, pójdziesz do kuchni po przegotowaną wodę? – Spojrzałam na mojego męża błagalnym wzrokiem.

– Jasne.

Tymczasem teściowa wróciła do naszej konwersacji.

– Sylwio, teraz, kiedy urodziło się wam dziecko, te wszystkie malowanki nie będą ci już potrzebne – powiedziała. – Zapomnij o tym.

Przyznam, że jej zdanie na temat makijażu bardzo mnie zaskoczyło.

– A dlaczego miałabym o tym zapomnieć? – zapytałam.

– No bo teraz najważniejsze będzie twoje dziecko. A nie ty.

Głośno przełknęłam ślinę.

– To znaczy, że ja się już całkiem nie liczę?

– Ależ liczysz się!

– No pewnie, że się liczysz – dodał teść.

– Jesteś matką tego małego szkraba, musisz go karmić…

– I zmieniać pieluszki – dokończyłam. – I robię to. Cały czas się tego uczę. Ale nie rozumiem, dlaczego miałabym rezygnować przy tym z siebie.

– Bo szkoda czasu na takie głupoty.

– Mnie nie szkoda – warknęłam. – Poza tym nie uważam siebie za głupotę.

– Mów sobie, co chcesz, ale i tak nie będziesz go miała.

– Czego nie będę miała?

– Czasu – odpowiedziała teściowa, uśmiechając się do Helenki. – Teraz cały swój czas będziesz musiała poświęcić jej. Kto ma ochotę na herbatę?

Aż się we mnie zagotowało.

Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie taką matką chciałam być! Może jeszcze miałabym chodzić w rozciągniętych starych dresach, bo po co dbać o ubranie dla siebie? Może miałabym też przestać się myć i golić pod pachami? O, nie! Nie zrobicie ze mnie baby, która po kilku miesiącach będzie przypominała dinozaura, a nie matkę. Nie dam się! Po moim trupie.

Przy herbacie i domowym cieście, które teściowej wychodzi wyśmienicie, atmosfera przy ławie wyraźnie się rozluźniła. Nakarmiona Helenka zasnęła w swojej kołysce, a my mogliśmy porozmawiać o innych sprawach niż zmienianie pieluch. Nareszcie!

Teść postawił na stole pustą szklankę (teściowie piją herbatę w szklankach, a nie w kubkach, bo twierdzą, że w szkle im lepiej smakuje) i patrząc na Piotrka, powiedział:

– Na pewno macie teraz sporo wydatków, synu?

– To prawda. – Mąż uśmiechnął się. – Mówią, że wychowanie dziecka kosztuje tyle, co nowy samochód.

– Dlatego warto od razu pomyśleć o drugim – dodała teściowa szybko. – Ze względów oszczędnościowych, chociażby. Nic się nie zmarnuje po pierwszym dziecku. No przecież szkoda by było to wszystko wyrzucić.

– Można sprzedać – powiedziałam.

– Ale po co od razu sprzedawać! – zaprotestowała. – U nas w piwnicy jest miejsce, prawda, Stefan?

Teść skinął głową.

– Przechowamy wam wszystko, a przy drugim będzie jak znalazł!

– Boże, mamo, nie narzucaj nam tempa, błagam! – powiedział Piotrek. – Ledwo ogarniamy się przy jednym dziecku.

– Ja tylko wam radzę, bo mam w tym doświadczenie, jak wiecie. Przecież twoja siostra urodziła się rok po tobie. I co, źle wam było?

– Mamo.

– No już dobrze, dobrze. – Wyprostowała się na sofie. – Zrobicie, jak zechcecie.

– Dziękujemy za pozwolenie – dodał Piotrek, który też już chyba miał trochę dość tej wizyty.

– Nie denerwujcie się tak, bo mamy dla was pewną niespodziankę. – Teściowa spojrzała na teścia – Mów, Stefan.

– Nastąpiła chwila konsternacji i w końcu teść Stefan oznajmił:

– Przygotowaliśmy z mamą dla was mały prezent.

– Od razu dodam, że to nic wielkiego, kochani, ale teraz każda pomoc finansowa się przyda, prawda? – dodała teściowa.

– Dziecko rośnie – dodał teść. – Nim się obejrzycie, a już to łóżeczko, w którym teraz śpi, zrobi się za małe.

– To prawda – odpowiedział Piotrek. – Ale nie musicie się o nas martwić, na razie dajemy radę.

– No tak, ale Sylwia teraz nie pracuje – wtrąciła teściowa, jakby mimochodem – więc nie powiecie mi, że nie odczuwacie braku gotówki.

– Nie, nie odczuwamy – skwitowałam.

– Mimo to przygotowaliśmy dla was dwa tysiące – powiedział teść.

– Na drobne wydatki. – Teściowa uśmiechnęła się. – Mówiłam, że to niewiele, ale niestety tylko tyle możemy teraz wam dać.

– Mamo, ale mówiłem ci, że to zbyteczne.

– Kupicie sobie podgrzewacz do butelek albo co tam będziecie chcieli, synu.

– Teść wyciągnął rękę nad ławą i podał Piotrkowi białą kopertę z zawartością.

– Jakoś tak mi głupio – powiedział.

– Ty lepiej podziękuj ojcu – stwierdziła teściowa. – Należy wam się jakaś pomoc, prawda? No to pochwalcie się, co sobie za to kupicie?

Muszę przyznać, że gest teściów był jak miód na moje serce. Głupio to zabrzmi, bo zawsze mnie uczono, że za pieniądze nie można kupić miłości. I, co gorsza, ja cały czas w to wierzyłam. Ale w tak chwilach, które, powiedzmy sobie szczerze, wcale nie zdarzają się nam często, nie umiałam przestać się cieszyć. Kurczę, dwa tysiaki piechotą nie chodzą! Wiadomo. Jakoś tak od razu zrobiło mi się miło, że przynajmniej taka drobna radość nas spotkała. Nawet nie wiem, kiedy stałam się taką materialistką, i zdziwiłam się, że te dwa tysiaki, które spadły nam z nieba, sprawiły mi tyle radości.

– Dziękujemy – wydusiłam z siebie. – To bardzo miło z waszej strony i na pewno na coś nam się przydadzą.

Piotrek wzruszył ramionami. Widać nadal nie był zadowolony z tego, że musi brać kasę od rodziców. Jakieś dziwne poczucie dumy nie dawało mu spokoju. Zupełnie nie rozumiałam tej postawy i szturchnęłam go łokciem w bok. Skrzywił się i z wyraźnym bólem w sercu schował kopertę do mojej torebki.

– To co sobie za to kupicie? – zapytała teściowa, zbierając na tacę puste szklanki po herbacie.

– Może ja mamie pomogę? – Zerwałam się, ale ona gestem usadziła mnie z powrotem w fotelu.

– Ty sobie teraz siedź, moja kochana. Jeszcze się nabiegasz przy Helence, tylko patrzeć. A teraz odpoczywaj.

Muszę przyznać, że moja teściowa znowu mnie zaskoczyła. Może niesłusznie ją źle oceniałam? Przecież chciała dla nas dobrze. Pewnie to ja miałam wobec niej wygórowane wymagania, sama nie będąc w najmniejszym stopniu aniołem. Przecież nie jest taka zła! Tak, pomyślałam, mam całkiem spoko teściową. Rozparłam się wygodnie w fotelu i wzięłam głęboki oddech.

Dziecko spało słodko, dwa tysiaki w torbie czekały na wydanie, a ja rozpływałam się w szczęściu. Było mi dobrze.

– To co sobie kupicie? – dopytywała się teściowa. – Może spacerówkę? Zanim się obejrzymy, za oknem zrobi się wiosna.

– Taka spacerówka – ciągnął teść – to całkiem dobry pomysł. Można z dzieckiem pójść do parku.

– Albo nad rzekę – dodała teściowa. – To jakie macie plany?

Spojrzałam na Piotrka i posłałam mu uśmiech.

– Szczerze mówiąc – stwierdził mój mąż – zaskoczyliście nas z tą gotówką.

– Chyba lubię takie niespodzianki – dodałam, sięgając po kolejną porcję ciasta.

– Myślałem, żeby… – Piotrek chrząknął. – Żeby może kupić wreszcie nowe wycieraczki do samochodu.

Słysząc jego odpowiedź, myślałam, że się udławię. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

– Przecież dostaliśmy te pieniądze od rodziców na spacerówkę – powiedziałam.

– Wózek może spokojnie poczekać – dodał Piotrek. – Przecież ten wózek, który mamy, spokojnie wystarczy jeszcze przez najbliższy rok. Nie pamiętasz, co powiedział sprzedawca?

– Sprzedawcy powiedzą wszystko, co chcesz usłyszeć – dodał teść.

– Wycieraczki do twojego samochodu?! – powtórzyłam oburzona.

– Przypominam ci, że to jest również twój samochód, kochanie.

– Ale to ty nim jeździsz codziennie. Ja na razie pcham wózek w parku i nie potrzebuję wycieraczek, bo nawet nie miałabym gdzie ich przymocować. Może na powiekach?

– Ty to zawsze patrzysz tylko ze swojej perspektywy – powiedział mój mąż.

– A ty ze swojej.

– Nie kłóćcie się – upomniała nas jego matka. – Przecież możecie zrobić z tymi pieniędzmi, co chcecie. Wystarczy, że wydacie je na coś, co jest wam teraz najbardziej potrzebne.

– Wycieraczki się do tego nie zaliczają. – Pociągnęłam nosem.

– Nie będziemy w zimie kupować wózka na lato! – krzyknął Piotrek.

– Dobrze. Ale nie kupimy też wycieraczek do twojego samochodu.

– W porządku. W takim razie wymienimy sobie klawiaturę w komputerze, bo też prosi się o to od kilku miesięcy.

– Słucham…? – zapytałam głośno. – Znowu mamy kupić coś dla ciebie?!

– No przecież ty też korzystasz z tego komputera!

– Dobrze powiedziane: „korzystam”. W przeciwieństwie do ciebie, bo ty przesiadujesz przy tych grach non stop! Aż klawiatura wysiadła!

– Właśnie dlatego chcę kupić nową.

– Na pewno nie za te pieniądze.

– Bo co?

– Bo ja ci na to nie pozwolę.

– Sylwia ma w sumie rację – wtrącił cicho teść.

– Stefan, to są ich sprawy.

– No przecież wiem.

– To się nie odzywaj! – Tu teściowa spojrzała w moim kierunku. – A może niech Sylwia coś powie? Skoro propozycje Piotrka jej się nie spodobały, to posłuchajmy, co ma do powiedzenia. Kobiety zawsze wykazują się w takich sytuacjach większym rozsądkiem, prawda, Sylwia?

Wyprostowałam się w fotelu.

– Skoro on – wskazałam palcem na Piotrka – chce kupić wycieraczki i nową klawiaturę…

– Z których, dodajmy, korzystamy wszyscy! – wtrącił mój mąż.

– To w takim razie ja za te pieniądze kupiłabym… – Rozejrzałam się dookoła. Wszyscy w napięciu czekali na moją odpowiedź.

– Może nowe łóżeczko? – podpowiedziała mi teściowa.

– A może wanienkę? – Teść również nie odpuszczał.

– Ani łóżeczko, ani wanienkę – odpowiedziałam szybko. – Kupię sobie torebkę, o jakiej zawsze marzyłam.

– Rozumiem. – Teściowa uśmiechnęła się, zachwycona moim pomysłem. – Takie torby do zawieszenia na wózek są teraz bardzo modne. Widziałam w sklepie, mają takie specjalne przegródki. I jakie wygodne! Wszystko się tam zmieści, i pieluszki, i butelki.

– Nie myślałam o torbie do zawieszenia na wózek – stwierdziłam. – To ma być torebka dla mnie.

– Rozumiem – powiedziała. – Dla ciebie. Na wózek.

– Nie!!!

Gotowało się we mnie i chyba właśnie w tamtej, jakże dla mnie trudnej sytuacji, zrozumiałam, co miał na myśli pewien lekarz opowiadający w telewizji śniadaniowej o roli hormonów, które u kobiet po porodzie buzują niczym gaz w coca-coli. Właśnie tak się wtedy poczułam: jakbym była tym ciemnym płynem, zamkniętym szczelnie w butelce, którym ktoś dla zabawy mocno potrząsał.

– To ma być torebka dla mnie, a nie dla wózka – powiedziałam, wypuszczając powietrze z ust.

– Ty chyba na głowę upadłaś! – rzucił Piotrek.

– Ale dlaczego…? – Zdziwiła się teściowa.

Przez krótką chwilę myślałam, że jest po mojej stronie. W końcu była kobietą! Co ja mówię, ona nadal jest kobietą, cokolwiek to oznacza, więc chyba powinna mnie zrozumieć, prawda?

– No właśnie, dlaczego? – powtórzył za nią teść, który najwyraźniej nie rozumiał mojego pomysłu na wydanie tych dwóch tysiaków.

I wtedy teściowa powiedziała coś, co z powrotem ściągnęło mnie na ziemię.

– Dlaczego… – zaczęła. – Dlaczego ty nie chcesz kupić czegoś dla waszego dziecka?

– Bo szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko – stwierdziłam. – I gdzieś ostatnio przeczytałam, chyba nawet w tej gazecie, którą zresztą mama sama mi podrzuciła do szpitala razem z jednorazowymi majtkami…

– Swoją drogą, mamo – tym razem Piotrek wtrącił się do dyskusji – to w przyszłości mogłabyś sprawiać nam bardziej rozsądne prezenty.

– Nie miałam pojęcia, że w tych gazetach dla młodych matek piszą takie rzeczy!

– Chodziło mi o te majtki.

– No przecież to bardzo praktyczne – broniła się teściowa.

– Dobrze, o majtkach porozmawiamy sobie kiedy indziej, jeśli pozwolicie – chrząknął teść Stefan, któremu ten temat najwyraźniej nie bardzo podchodził. – Ja chciałbym się tylko dowiedzieć, na co pójdą te pieniądze.

– No przecież powiedziałam, że na torebkę.

– Ale zastanów się tylko… – Piotrek chciał coś powiedzieć, ale przerwałam mu szybko.

– Jeśli myślisz, że wydasz to na wycieraczki albo na klawiaturę, to się grubo mylisz. Ja także mam pewne potrzeby, zwłaszcza teraz, kiedy całe moje życie przewróciło się do góry nogami, kiedy każdą minutę mojego życia poświęcam nie sobie, ale tej małej, cudownej istocie.

– O, przepraszam, ale ja także ją wychowuję i opiekuję się nią!

– Oczywiście, że się nią opiekujesz! Ale poza opiekowaniem się wychodzisz co rano do pracy, prawda?

– Możemy się zamienić, jak chcesz.

– Nie musimy tego robić. Ale będzie mi bardzo miło, jeśli docenisz to, że ja poświęciłam moją pracę, mój wolny czas na to, żeby zostać w domu z dzieckiem. No to chyba korona ci z głowy nie spadnie, jeśli przeznaczysz te pieniądze na drobny prezent dla swojej żony, co?

Piotrek nie odezwał się już ani słowem. Teściowa poszła do kuchni dokroić ciasta, a teść włączył w telewizorze mecz. Na szczęście Helenka obudziła się z takim wrzaskiem, że i tak nie dało się już porozmawiać na żaden inny temat. I dobrze.

Pożegnaliśmy się z teściami, podziękowaliśmy za pieniądze i wróciliśmy do siebie.

W drodze powrotnej mąż zapytał mnie zza kierownicy, czy naprawdę zamierzam wydać całe pieniądze na torebkę, na co odpowiedziałam mu, że taki właśnie mam zamiar. Dodałam też, że po porodzie nie dostałam od niego żadnego prezentu, żadnego pierścionka nawet z małym oczkiem, więc nie stanie się nic wielkiego, jeśli właśnie w ten sposób dopieszczę się za tak dobrze wykonane zadanie, w dodatku zadanie życiowe.

Powiedziałam mu, że za resztę mogę mu kupić portfel, chociaż nie byłam pewna, czy coś jeszcze zostanie. Chciałam przecież sprawić sobie coś porządnego, coś, co zostanie mi na pamiątkę na całe lata. Torebkę, którą będę mogła kiedyś przekazać swojej córce. Tak, ten plan coraz bardziej mi się podobał. I Helenka będzie ze mnie taka dumna, kiedy opowiem jej o tym za dwadzieścia lat! Na pewno jej się to spodoba. W każdym razie wychowam ją tak, żeby jej się podobało. W końcu jestem jej matką, prawda?

Porodówka, czyli zaczynamy

Porodówka to taki specyficzny świat. Jakby fragment kosmosu. Teatr, w którym główna rola należy do kobiety. To my na porodówce gramy pierwsze skrzypce, a potem tę rolę przejmują nasze dzieci, które są tam prawdziwymi gwiazdorami.

Na porodówkę można mieć różne wejścia i wszystko zależy od rozwarcia. Można mieć wjazd na sygnale, kiedy rozwarcie jest już tak duże, że między nogami rodzącej prawie już widać główkę dziecka. Ale można mieć też wejście kontrolowane, na spokojnie, tak jak to było w moim przypadku, bo u mnie rozwarcie nie nastąpiło prawie wcale i na oba porody musiałam się wręcz umawiać. Po prostu weszłam sobie na porodówkę i oświadczyłam, że chyba już pora. No i zaczynało się wywoływanie, popędzanie natury poprzez podłączenie mnie do kroplówki i podanie mi leków mających przyspieszyć tak zwaną „akcję porodową”. W pierwszym przypadku, kiedy rodziłam córkę, poród przebiegł naturalnie. Kilka lat później, kiedy rodziłam syna, akcja zakończyła się cesarskim cięciem, tak że zaliczyłam wszystko, co rodząca kobieta zaliczyć może.

Miałam to szczęście, że rodziłam w pokojach przeznaczonych do porodów rodzinnych i Piotrek, mój mąż, był przy mnie w tych zarazem ciężkich, jak i najpiękniejszych chwilach w życiu każdej matki.

W tym mocno sfeminizowanym świecie, jaki znajdziemy na szpitalnych porodówkach, pojawiają się czasem także mężczyźni, w białych kitlach najczęściej. Piszę „najczęściej”, bo u mnie na porodówce zdarzył się także mężczyzna w białych… ogrodniczkach. I nie był to lekarz. Ani pielęgniarz. Ani pan położny. Nic z tych rzeczy. Pan w białych ogrodniczkach, zwany złotą rączką, przyszedł na oddział w celu wymiany żarówek.

– Akurat teraz…? – krzyknęłam do tego gościa między jednym skurczem a drugim. – Nie widzi pan, że ja tu rodzę…?

– Ależ niech pani sobie nie przeszkadza – powiedział, ustawiając drabinę tuż obok mojego łóżka. – Ja tutaj pracuję już dwadzieścia lat i nie takie rzeczy widziałem.

– Proszę pana! Ja sobie nie życzę!

– No to kiedy mam te żarówki wymienić, kiedy tu jest ruch non stop i ciągle któraś rodzi?

– Proszę stąd wyjść! – krzyknęłam. – Zawołam pana, jak już urodzę, i wtedy będzie pan sobie wkręcał pod sufitem, co tylko będzie pan chciał!

– A wiadomo, ile to potrwa? – odparł, wchodząc na drabinę. – Ja w ogóle na panią nie będę patrzył, mogę nawet się odwrócić tyłem.

– Wiadomo, że nie przodem się pan odwróci!

– Pani wie, jakie ja tu rzeczy widziałem? – spytał, wykręcając żarówkę jedną ręką, a drugą trzymając się za szczyt drabiny.

– Wolę nie wiedzieć.

– I gotowe! – Zszedł z drabiny. – Teraz to dopiero będzie porządne światło, żeby lekarz wszystko tam dobrze sobie zobaczył, tak że się pani nie martwi. Do widzenia, co złego to nie ja.

I wyszedł sobie. Tak po prostu. Chwilę po nim w drzwiach zobaczyłam Piotrka, mojego męża, który trzymał w rękach wielką torbę.

– Gdzieś ty był?! – wrzasnęłam na jego widok, masując sobie brzuch.

– No jak to gdzie? – odpowiedział zbaraniały. – Do samochodu poszedłem przynieść z bagażnika tę torbę szpitalną, co to ją spakowałaś już pół roku temu. Co ty, nie pamiętasz…?

– Mam wrażenie, jakby film mi się urwał – jęknęłam. – I przysięgam, że wolałabym, żeby to był tylko sen…

– Ale co się stało, kochanie…?

– Facet tu był. – Wzięłam głębszy oddech, bo czułam, że skurcz się zbliża.

– Jaki facet? Chyba lekarz?

– Oj, chyba nie, na pewno nie. Widzisz to? – Pokazałam palcem na żarówkę pod sufitem. – Widzisz, jak świeci?

– No, widzę. Słuchaj, tu jest szpital i wszędzie są takie jarzeniówki.

– On ją wymieniał, bo jakoś tak mrugała wcześniej, a teraz nie mruga, widzisz?

– Kochanie, połóż głowę na poduszce i postaraj się zrelaksować.

– Ty mi nie wierzysz?

– Ależ wierzę. Chcesz wody?

– Chcę, żebyś poszukał położnej, bo chyba się zaczęło…

– Już idę. Zaraz kogoś przyprowadzę. – Odwrócił się w stronę drzwi i już chciał wyjść na korytarz, kiedy zawołałam za nim:

– Stój! Nie zostawiaj mnie tu samej, bo ja się boję, że on znowu tu wróci, bo patrz, ta druga żarówka też jakby zaczęła mrugać. Widzisz to?

– Uspokój się, Sylwia, nic nie mruga.

– Nie wychodź stąd, słyszysz! Nie zostawiaj mnie tu samej!

I wtedy poczułam taki ból w dole brzucha, że w ciągu dosłownie jednej sekundy zmieniłam zdanie i krzyknęłam do męża:

– Leć! Natychmiast, słyszysz! I jeśli nie wrócisz mi tu natychmiast z jakąś położną, to przysięgam, że umrę i będziesz miał mnie na sumieniu!

– Dobrze, kochanie! Tylko spokojnie…

Bolało tak, że miałam ochotę wbić zęby w parapet.

Gwiazda idzie rodzić w szpilkach

Po porodzie córki, który trwał wiele godzin, ledwo żywą ze zmęczenia przewieziono mnie na salę poporodową. Leżałam tam z innymi matkami. Spać nie mogłam, chociaż już właściwie nic mnie nie bolało. Nerwy i emocje nie pozwoliły mi zmrużyć oka, poza tym był dzień i jak miałam spać, kiedy słońce świeciło przez okno? Helena, w przeciwieństwie do mnie, spała smacznie i spokojnie.

Leżąc, słuchałam opowieści innych matek, które przewijając swoje maleństwa, nadawały tak, że radio nie było potrzebne.

– O matko, jak dobrze, że już po wszystkim! – powiedziała jedna z kobiet. – Tak krzyczałam w czasie porodu, tak mi było głupio, no ale co miałam zrobić, skoro ból rozrywał mi plecy?

– Niech się pani nie przejmuje – uspokajała ją druga. – Tutaj wszystkie krzyczą, tylko nie wszystkie się potem do tego przyznają.

– A ja to mojego tak zwyzywałam, że powiedział mi potem, że w życiu się nie spodziewał, że ja tak w ogóle potrafię! A ja nic nie pamiętam, tak mnie nafaszerowali tym głupim Jasiem, że było mi wszystko jedno. No i teraz mi niezręcznie, że tak do niego mówiłam.

– Kobieta w czasie porodu może powiedzieć wszystko. Takie ma prawo. A chłop niech się nie obraża, bo pojęcia nie ma, przez co my tutaj musimy przechodzić. Dlatego ja mojego tu nie zapraszałam. Jeszcze by mi zemdlał. Zresztą ja przy nim bym się tylko krępowała, a tak to szast-prast i mam z głowy. Teraz niech się wykaże, niech mi przy dziecku pomaga. Chłop na porodówce to same kłopoty.

– Tak pani myśli? – zapytała kobieta leżąca na łóżku pod oknem. – A ja mam inne odczucia. Nie wyobrażam sobie, żeby mojego męża nie było przy mnie w takiej chwili. I bardzo się przydał.

– No, ale teraz go nie ma, bo odsypia, co?

– Ale zaraz przyjdzie. Smoczki ma przynieść, bo za duże kupiliśmy.

Około południa moje powieki zrobiły się tak ciężkie, że w końcu zasnęłam.

Obudził mnie płacz Heli. I tak już miało zostać przez kolejne miesiące.

Leżałam na sali poporodowej jeszcze przez kilka dni, nie wiedząc właściwie, w co ręce włożyć. Pewnego razu pani z łóżka obok dzwoni do męża:

– Ty, weź mi lokówkę przywieź, jak będziesz się do nas wybierał, bo popatrz, zapomniałam do torby szpitalnej spakować! Wyobrażasz to sobie? Co? Pieluchy…? A pieluchy, tak, tak, pieluchy też przywieź. Tylko nie zapomnij o tej lokówce! Błagam cię, nie zapomnij. Aha, i jeszcze maskarę. Jak to, co to jest?! Tusz do rzęs, kretynie!

Tak sobie pomyślałam, tak mi przyszło do głowy, że ta młoda mama musiała naczytać się różnych gazet kolorowych, w których drukują zdjęcia gwiazd wychodzących ze szpitali po porodzie. Gwiazdy zawsze opuszczają porodówkę w szpilkach i w spódnicach ledwie tyłek zakrywających. Są takie, co to nawet zimą wychodzą ze szpitala z gołymi nogami, ale za to w wysokich skórzanych kozakach, doskonale uczesane i umalowane. Aż dziw bierze, że dziecka nie zapomniały ze sobą wziąć, skoro mają tyle na głowie!

Mamusia nikomu cię nie odda…

Kiedy na świat przyszło moje pierwsze dziecko, cały świat jakby się zatrzymał. Z rozmów z innymi mamami wiem, że podobne wrażenie odnoszą wszystkie kobiety, które mają szczęście zostać matkami. Oczywiście, kiedy leży się w szpitalu z obolałym kroczem i dzidzią domagająca się cyca non stop, kiedy po nogach sączy się krew, bo podpaski nie dają rady…, wtedy nie myśli się o takich sprawach. Wtedy liczy się tylko przetrwanie. Tego typu wiekopomne chwile i przemyślenia dopadają matkę już po wyjściu ze szpitala, czasem nawet kilka tygodni po porodzie albo nawet po kilku latach.

Mnie naszło akurat w chwili, gdy rozpakowywałam swoją torbę ze szpitala, czyli jakieś kilka dni po porodzie. Wyjmowałam z niej pieluszki, zasypkę i inne drobiazgi, kiedy uświadomiłam sobie, że ten niezwykły moment wydania na świat kolejnego człowieka przytrafił się właśnie mnie samej. Że to mnie spotkało, choć nadal nie mogłam w to właściwie uwierzyć. Przypomniało mi się, jak dzień po porodzie zobaczyłam w szpitalnym oknie odbicie twarzy jakiejś matki. Ta twarz była bardzo zmęczona i wyglądała, jakby czołg po niej przejechał. Już miałam się odwrócić i ją pocieszyć, powiedzieć, żeby tak się tym wszystkim nie przejmowała, że wszystkie musimy dać radę, jakoś! I właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że obok mnie nikt nie stał. A ta w oknie to byłam ja. Poród i wszystkie związane z tym przeżyciem przygody sprawiły, że sama siebie nie poznawałam. Jakbym schudła w godzinę o dziesięć kilo, a następnego dnia obudziła się o dwadzieścia kilo cięższa. Powieki same mi się zamykały, bez względu na porę dnia, i bez przerwy chciało mi się pić. Złapałam się na tym, że ręce mi drżały bez powodu, a łzy leciały, też bez przyczyny. Wystarczyło, że salowa zamknęła mi drzwi przed nosem albo podała kubek z zimną herbatą, a już byłam cała we łzach, których za cholerę nie umiałam powstrzymać. Normalnie to bym jej sama kazała wypić taką zimną lurę, która obok herbaty nawet nie stała. W normalnych okolicznościach olałabym to równo! Ale nie wtedy, kiedy leżała obok mnie maciupeńka córeczka, która wyglądała wówczas jak Cypisek, czyli dziecko zbójnika Rumcajsa. Nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się ta przedpotopowa bajka, której już od dawna nie puszczali w telewizji, a którą pamiętałam jeszcze z dzieciństwa. To nie była wprawdzie moja bajka, ale bajka moich rodziców, ale ponieważ czasem o niej opowiadali, wspominając dawne, socjalistyczne czasy, to jakoś w naszym domu ten Cypisek nadal funkcjonował. Mama mówiła nawet, że był taki proszek do prania ciuszków dziecięcych, który nazwali Cypisek, na cześć tej właśnie dobranocki. W sklepach zamiast Cypiska można było teraz kupić inne środki o obco brzmiących nazwach, ale mi było wszystko jedno, bo miałam na własność swojego Cypiska, który teraz leżał obok mnie i spokojnie oddychał przez sen.

Przyznaję, nie mogłam się na nią napatrzeć. Nie mogłam oczu oderwać od tych jej malutkich paluszków i uszu, i noska maleńkiego, a równocześnie doskonałego w swojej formie.

– A więc to właśnie ja wydałam na świat coś tak doskonałego…? – zapytałam na głos z niedowierzaniem.

– Nie zapominaj, że to ja jestem twórcą tego dzieła – dodał Piotrek, nie kryjąc dumy, która też go rozpierała.

– Razem stworzyliśmy to dzieło. To jest niesamowite…

– Nigdy dotąd nie byłem bardziej z nas dumny.

– Piotrek, przestań, bo znowu się rozpłaczę.

A potem nasz Cypisek otwierał oczy i trzeba było go nakarmić i zmienić pieluchę, i to natychmiast!

– Tak jest, szefowo! – powiedział Piotrek, biorąc ją na ręce. – Już się nie denerwuj, zaraz wszystko będzie tak, jak sobie życzysz.

W szpitalu musiałam zostać z małą jeszcze przez kilka dni, bo, po pierwsze, miała dziecięcą żółtaczkę, którą trzeba było wyleczyć, a po drugie, musiała jej się temperatura unormować.

Pewnego dnia, kiedy czekałam na Piotrka i cała aż lepiłam się od potu i brudu, do naszej sali przyszła położna i zaproponowała, że popilnuje małej.

– Niech pani idzie spokojnie pod prysznic – powiedziała. – Ja będę miała na malutką oko.

– Nie, nie trzeba. Mąż zaraz przyjdzie.