Dziennik hipopotama - Krzysztof Varga - ebook

Dziennik hipopotama ebook

Krzysztof Varga

4,5

Opis

„Wychowany w cieniu traum narodowych, przygnieciony szantażem emocjonalnym, że mam się nieustannie utożsamiać, przeżywać, współodczuwać, identyfikować ze swoim krajem, coraz bardziej zmęczony byłem Polską i jej histerycznością, emocjonalnym rozwibrowaniem, deficytem trwałości. Nic tu nie mogło się zakorzenić i wrosnąć na dekady, stulecia. Nawet jak już zaborcy, okupanci, najeźdźcy nie rozwalają wszystkiego, to demolują moi rodacy, ponieważ wyłącznie zaniechanie bądź destrukcja są im przynależne.

Zazdrościłem Francuzom ich dobrego samopoczucia, Niemcom ich samozadowolenia, dziedzictwa kulturowego Włochom, a oceanu Portugalczykom. Gdybym dziś był dwudziestoparolatkiem, to chciałbym na zawsze stąd wyjechać i rozumiem każdego, kto pragnie porzucić ten kraj, odciąć się od niego i stać się kimś innym. Za późno, za wiele lat tu żyję, na stałe już nie wyjadę, ale po raz pierwszy w życiu wyobrażam sobie, co by się stało, gdybym w 1988 roku został we Francji i nie wrócił do Polski na studia. Zapewne nie zostałbym pisarzem, redaktorem, felietonistą, nie poznałbym ludzi, których tutaj pokochałem i którzy stworzyli moje życie, ale przynajmniej nie byłbym już Polakiem”.

Krzysztof Varga

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 776

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja i opracowanie indeksu: Tadeusz Nowakowski

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Zdjęcie autora na obwolucie: Lucjan Fogiel/FORUM

Copyright © by Krzysztof Varga

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1075-0 (EPUB), 978-83-244-1075-0 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Oto hipopotam – jak ciebie go stworzyłem –

jak wół on trawą się żywi.

Oto jego siła jest w biodrach,

a moc – w mięśniach brzucha.

Ogonem wywija jak cedrem,

ścięgna ud jego silnie powiązane,

jego kości to rury z brązu,

jego nogi jak sztaby żelazne.

On jest początkiem dróg Boga.

Stwórca obdarzył go mieczem.

       KSIĘGA HIOBA 40, 15–19

25 kwietnia

Obudziwszy się w stanie niezrozumiałej euforii połączonej z bezdenną rozpaczą, postanowiłem rozpocząć wreszcie te zapiski dziennikowe. Rzecz chodziła mi po głowie od dawna, od lat dopadały mnie obsesyjne myśli o diarystyce, rozsądnie odkładałem te ciągoty na bok, powstrzymywałem się niczym nałogowiec przed kielichem. Doszedłszy jednak wreszcie do symbolicznego wieku, uznałem, że czas stanąć w prawdzie i zderzyć się z rzeczywistością.

Mój nastrój między bezrozumną radością a studzienną depresją nie był jedynie wykwitem cyklofrenicznej natury, ale naturalną reakcją na poprzedni wieczór spędzony na gali wręczania nagród branży muzycznej – Fryderyków. Gdybym nie został przymuszony do wybrania się na ulicę Karasia, by wstąpić w dostojne progi Teatru Polskiego, to nigdy bym na Fryderyki nie poszedł. W Teatrze Polskim bywam sporadycznie, zazwyczaj na przedstawieniach Pożaru w Burdelu albo na galach przyznawania nagród, choć w tej chwili nie pamiętam, na jakich galach byłem, aczkolwiek byłem bezapelacyjnie. Przymuszony zostałem przez Arka Jakubika, bo płyta Zmartwychwstaniemy zespołu Dr Misio, na którego czele Arkadiusz stoi, została nominowana do nagrody. Naturalnie nikt by mnie nie przekonał do tego, by wybrać się na galę Fryderyków, ale nikt to jest zupełnie nic przy Arkadiuszu, który wymógł mą na Fryderykach obecność, a też obecność Ewy, swej żony Agnieszki i nawet matki. Oczywiste było, że Dr Misio żadnej nagrody nie dostanie, więcej niż pewne było, że za płytę roku nagrodzony zostanie zespół Hey z tej przyczyny, że ogłosił zawieszenie działalności, jasne jak koniec świata było to, że zespół Hey dostanie swojego trzydziestego szóstego Fryderyka, zaś zespół Dr Misio nie dostanie pierwszego. A jednak Arek sprawę przeżywał, rozpierała go złudna nadzieja, wciąż wierzył i zdawało się, że byłby gotów oddać wszystkie nagrody filmowe, wymazać z filmografii epokowe role w filmach Smarzowskiego, byleby dostać powszechnie lekceważonego Fryderyka. Nosowska nie przyszła odebrać trzydziestego szóstego Fryderyka, bowiem w pewnym momencie nie chce się już odbierać trzydziestych szóstych nagród, Arek przyszedł i przeżywał, ponieważ nie miał ani jednego Fryderyka, mimo czterech płyt na koncie. Na takie gale przychodzą artyści aspirujący nie do sławy nawet, ale uznania. Uznanie jest kluczowe: w aktorstwie Jakubik ma markę ustaloną, w muzyce wciąż mogą go uznawać za śpiewającego aktora, za aktora, który założył zespół rockowy, ale muzykiem rockowym nie jest. Na liście największych obelg w świecie kultury „śpiewający aktor” plasuje się wysoko, żaden „śpiewający aktor” nie będzie nigdy poważany jak sam „aktor”, „śpiewający aktor” nie będzie traktowany poważnie jak „piosenkarz”. Podobnie „piszący dziennikarz” nie zostanie uznany za „pisarza”, do końca życia będzie „piszącym dziennikarzem”, inwalidą w zawodzie pisarskim, do śmierci przedstawiany jako „pisarz i dziennikarz”, ale nigdy nie zostanie namaszczony na „pisarza”.

Zadziwiające, jak „piszący dziennikarz” jest dyskredytującym określeniem, choć i Vargas Llosa i García Márquez byli dziennikarzami, nim zostali noblistami. Im zostało wybaczone, zaś tym, którzy sukcesu nie odnieśli, wybaczone nie zostanie? Pozostaną „piszącymi dziennikarzami”, niczym kurwa zostanie kurwą, nawet jak kurewski proceder przestanie uprawiać i odda się anielskim działalnościom? Byli wśród wielkich urzędnicy ubezpieczeniowi jak Kafka, pracownicy banków jak Gombrowicz, lekarze jak Céline czy Bułhakow, im wybaczone zostało? „Piszący agent ubezpieczeniowy” o Kafce się mówi? „Piszący lekarz” o Bułhakowie? Wiadomo, skąd to się bierze – zawód dziennikarza tak sprostytuowany jest, że w istocie prawdziwa prostytutka, nie mówiąc o złodzieju i oszuście, ma lepsze w społeczeństwie notowania. Ale kiedyś dziennikarstwo w swej całości święte było, a dziś całe skurwione?

Obudziłem się zatem w pomieszaniu entuzjazmu i rozpaczy – rozpacz była spowodowana kontaktem z tym światem, entuzjazm tym, że do tego świata nie przynależę, bo to świat mi obcy, a wszystko, co robię, dalekosiężne ma perspektywy, sens tego, co tworzę, przerasta wielokrotnie to, co prezentowali goście gali. Rozpierany przez entuzjazm, górę biorący nad rozpaczą, rzuciłem się sprawdzać w internecie, kim są Honorata Skarbek oraz Agnieszka Hyży, gwiazdy, z którymi miałem niemal cielesny kontakt przed wejściem do budynku Teatru Polskiego. Mój kontakt z Hyży i Skarbek nie był ścisłym kontaktem z tymi gwiazdami, bowiem był ścisłym i dosłownym kontaktem z paparazzi, fotografującymi obie gwiazdy na niebie polskiej kultury popularnej. Kontakt polegał na tym, że w przypadku Hyży zostałem stratowany przez stado fotografów pędzących ku Hyży i jej mężowi Hyżemu, którzy szli akurat za mną, zatem paparazzi musieli mnie stratować, żeby sfotografować w całej okazałości Hyżą z Hyżym. W drugim przypadku zostałem odepchnięty brutalnie i bezceremonialnie przez fotografów pędzących ku Honoracie Skarbek, ponieważ stałem na drodze nadciągającej od strony Oboźnej w całej swojej nieznanej mi krasie Skarbek.

Rzuciłem się więc do komputera, by sprawdzać, kim są Hyży i Skarbek – jedna jest prezenterką programów ślubnych w rozrywkowej stacji telewizyjnej, druga blogerką modową i piosenkarką, obie sławami mizernej konduity, sławami trzeciej ligi, ale z braku sław pierwszoligowych, z dojmującego braku na Fryderykach sław z Ligi Mistrzów, stały się najsławniejszymi sławami tego wieczoru. To, że nic o nich nie wiedziałem, mnie nie dyskredytuje, jako ich nie dyskredytuje, że nigdy nie słyszały o mnie, podobnie jak fotografowie, tratujący mnie, po twarzy ni nazwisku nie kojarzą, za to kojarzą twarze i nazwiska Skarbek i Hyży – wyższość moja na tym polega, że mnie nigdy żaden fotograf nie potraktował tak, jak tamci traktowali Skarbek i Hyży, każąc im się ustawiać, w prawo, w lewo, mówiąc do nich po imieniu, rozkazując im, a te posłusznie i z tępymi, sztucznymi uśmiechami polecenia wykonywały, łudząc się, iż to one nadają ton wieczorowi, to w ich rękach jest władza nad ludem zgromadzonym w Teatrze Polskim.

Dlaczego Skarbek i Hyży nie krzyczały do paparazzich: – Opanujcie się, nie jesteśmy warte tego wszystkiego! W kulturze, sztuce, myśli ludzkiej nie dokonałyśmy niczego! Przeminiemy bez śladu, jesteśmy falsyfikatem rzeczywistości, niczego sobą nie reprezentujemy! Nasze ciała się zestarzeją i pomarszczą, przestaniemy być pożądane, a że nie mamy żadnych przewag umysłowych, świat o nas zapomni niebawem!

Dlaczego nie ma w Skarbek i Hyży rozpaczy, że nic nie znaczą, są hologramami, pięknym może, ale pustym naczyniem, do którego demiurg nie wlał oleju refleksji, cierpkiego wina talentu, przecież rozsądny człowiek widząc, jak jest ostrzeliwany fleszami aparatów fotograficznych, musi pomyśleć o tym, że za chwilę stanie się dla tych padlinożerców wyłącznie stertą ogryzionych kości, do których nie warto się nawet zbliżać, by obwąchać, bo żadnego pożywienia się tam już nie znajdzie.

26 kwietnia

Wczoraj promocja Sonnenbergu w Barze Studio w Pałacu Kultury. Czytał Więckiewicz i to była niepodważalna atrakcja tego spotkania, ponieważ Więcol czytał wybitnie, Więcol nie tyle czytał, ile grał, monodram odstawiał, swój wybitny kunszt aktorski zaprzągł do czytania trzech fragmentów mojej powieści, co więcej – Więcol się przygotował. Nie jest to nagminna przypadłość aktorów, widziałem już aktorów czytających a vista, z marszu, zapoznających się z czytanym tekstem dopiero w trakcie czytania, co zapewne jest nowoczesną metodą aktorską, ale do mnie te rewolucjonizujące sztukę sceniczną zabiegi nie przemawiają, ja lubię aktorów przygotowanych do pracy. Więcol był więcej niż przygotowany, Więcol był obkuty. Miał węgierskie słowa w tekście podkreślone na żółto i nad nimi zapisywał fonetyczną wymowę. Czytał po węgiersku niemal perfekcyjnie, jeśli nawet z akcentem, to daj Boże każdemu niewęgierskojęzycznemu aktorowi taki akcent. Można by uznać, że włada Więcol węgierskim swobodnie, owszem, nie jest rodowitym Węgrem, ale węgierszczyzna przed nim żadnych tajemnic nie ma.

Jeśli zatem mogę powiedzieć, że byłem ostatnio czymś zaszczycony, to byłem. Wciąż jestem, a nawet długo pozostanę zaszczycony tym, że fragmenty mojej książki przeczytał Więcol, aktor, który z największą powagą traktuje aktorskie powinności. Czy gra role pierwszoplanową, czy drugo-, czy trzecioplanową, podchodzi do niej z największą powagą i sumiennością. Czy gra w komedii, tragedii, czy w kryminale, w filmie niszowym czy komercyjnym – gra do końca, gra po całości i nie odpuszcza. Nie odpuszczać! Oto jedyna zasada, jaka powinna kierować każdym, kto się ze sztuką zmaga – aktorem, pisarzem, muzykiem. Nie odpuszczać, trwać i walczyć, z materią, z bylejakością, z chałturą i z „jakoś to będzie”. Trwać, by móc na łożu śmierci w ostatnim tchnieniu powiedzieć: Trwałem i walczyłem!

27 kwietnia

Redakcja francuskiego magazynu sportowego „France Football” przeprosiła hiszpańskiego piłkarza Andrésa Iniestę za to, że nigdy nie dostał najbardziej prestiżowej nagrody w świecie futbolu – Złotej Piłki. Iniesta kończy poważną karierę, odchodząc z Barcelony i przechodząc do jakiegoś chińskiego zespołu, co oznacza, że będzie pobierał nieziemską emeryturę, udając, że gra jeszcze naprawdę.

To niebywale szlachetne zachowanie francuskiej gazety, futbolowego odpowiednika Akademii Szwedzkiej przyznającej literackie Noble, tyle że w innej dziedzinie artystycznej, jaką jest gra w piłkę. Akademia Szwedzka mogłaby zainspirowana redakcją „France Football” przeprosić tych, którym nie dała Nobla, mogliby Szwedzi ukorzyć się, że kierowały nimi oportunistyczne i polityczne kryteria przy wręczaniu nagrody, pomijali ostentacyjnie tych, którym bezapelacyjnie Nobel się należał, z tchórzostwa, zachowawczości, kierując się obłudą albo głupotą – za głupotę też warto przeprosić.

Zwłaszcza że okazja nadarza się niepowtarzalna, mianowicie wizerunkowy skandal w Akademii, a wraz z nim informacje, że w tym roku Nobel może nie być przyznany. Lista pominiętych przy Noblu pisarzy nie tylko jest imponująca, ale ciekawsza niż lista Noblem uhonorowanych. Byłoby kogo przepraszać, choć większość pokrzywdzonych już by przeprosin nie usłyszała, skoro leżą po cmentarzach całego świata. Czekać na Nobla i nie doczekać się, czekać na każdą inną nagrodę i jej też nie doczekać, łudzić się nieustannie, że zacne grono (często składające się z nierozumiejących istoty pisania urzędników od literatury, ograniczonych politruków, pozbawionych wyobraźni obłudników) nagrodzi cię wreszcie – największa zgroza w życiu pisarza, osobliwie pisarza niesprzedającego stutysięcznych nakładów, a tymi przynajmniej mógłby się pocieszyć. Nigdy niczego oczekiwać nie należy, zawsze pozostać nieufnym w stosunku nie tylko do werdyktów jurorskich, ale i własnych szans. Nie ufać, jeśli nawet cię do nagrody nominują, i żyć w przekonaniu, że nominowali jedynie, aby cię jeszcze bardziej pognębić, upokorzyć, wręczając statuetki, dyplomy, a nade wszystko czeki na konkretne sumy autorom książek nielepszych wcale od twojej książki. Każde jury zawsze będzie przeciwko twojej książce – tego przekonania trzymać się trzeba.

28 kwietnia

„Plus Minus”, sobotnie wydanie „Rzeczpospolitej”, przynosi intrygujące materiały. Samej „Rzepy” od lat czytać się nie daje, śmiertelna nuda płynie gęstym potokiem przez jej kolumny, deklarowana sumienność i bezstronność zamieniły się w zabójczą nieciekawość. „Rzepa” nawet o wojnie, śmierci czy seksie pisze tak, jakby z produkcji melasy zdawała relację. Ten numer „Plusa Minusa” jednak przyciągnął mnie tematem okładkowym tak bardzo, że natychmiast wysupłałem 5.30. „Plus Minus” bowiem pół wydania poświęcił fenomenowi disco polo. Przewodnią myślą numeru jest to, że mamy do czynienia z ostatecznym upadkiem wszystkiego, co tylko upaść może, a, jak wiadomo, upadanie najlepiej wychodzi kulturze. Wniosek taki, że disco polo nie umarło i nie zmartwychwstało, że jego rozprzestrzenianie się, niezwykła zdolność przetrwania jest emanacją naszego gustu narodowego, że próby wybicia się kultury wysokiej wyłącznie próbami były, albowiem predestynowani jesteśmy do ludowości w najgorszym przebraniu, lecz co istotne tutaj – nie mają te masywne materiały wokół disco polo wydźwięku potępienia czy głębokiej troski. Raczej pobrzmiewa w nich eleganckie wypominanie inteligentom, pięknoduchom, snobom i wysoko nosy noszącym elitarystom, że lud ma swoją prawdę i wciskanie mu zamiast prostackich piosnek symfonii wielkich kompozytorów nie tyle mija się z celem, ile jest niegodne. Nie lud powinien przepraszać za to, że słucha Ona tańczy dla mnie czyPrzez twe oczy zielone, ale wyobcowane z ludu elity kajać się winny za domaganie się słuchania Bacha z Haendlem i Brahmsa z Schubertem. Zadziwiająca chłopomania się rozprzestrzenia, wygotowane popłuczyny po chłopomanii młodopolskiej, współczesne karykatury Wyspiańskiego się w sukmany przebierają i hołubce wycinają. Ma się rozumieć nie teraz nagle chłopomania wybuchła, ludowi – w którym i tak prawdziwych chłopów coraz mniej – podlizywali się wszyscy. Kwaśniewski szokujące wygibasy na scenie do discopolowego przeboju wykonywał, nikt kto chciał władzy zakosztować w Polsce nie mógł sobie pozwolić na odcinanie się od owej „kultury discopolowej”. Ciekawe niezwykle, acz rozczarowująco przewidywalne wyniki badań podaje autor okładkowego artykułu Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o disco polo, ale boicie się zapytać: najchętniej disco polo słuchali wyborcy PSL (84 proc.), SLD (74 proc.), AWS (71 proc.). Jak widać, nie są to najnowsze badania, skoro zaznacza się w nich AWS; pochodzą sprzed ponad dziesięciu lat. Spodziewam się jednak, że notowania disco polo nie spadły drastycznie, mogły za to wzrosnąć słupki popularności innej muzyki targającej trzewia i rozdzierającej serce – pieśni patriotycznych, wojskowych, godnościowych, martyrologicznych. W owych badaniach grupa, która najmniej chętnie słuchała disco polo, to byli wyborcy Unii Wolności. I gdzie jest teraz ta inteligencka, zatroskana sprawami państwa partia? Być może teza, że do upadku Unii Wolności przyczyniło się niesłuchanie przez jej polityków i wyborców disco polo jest lekką nadinterpretacją, ale nie lekceważyłbym tego tropu.

Pośród lizusowskich wobec disco polo tekstów w „Plusie i Minusie” pojawia się pryncypialny, jednoznaczny i heroiczny tekst profesora Andrzeja Szahaja Kapitalizm i szmira. Zapewne nieprzypadkowo wstawiony na koniec numeru, choć powinien być tekstem otwierającym wydanie. „Trzeba powiedzieć głośno, że większość książek, które trafiają do księgarń, to kicz, że większość telewizyjnych programów rozrywkowych to rzeczy głupie i szkodliwe, że muzyka, której słuchają miliony, to wyrób muzykopodobny, a wiele budowli nie trzyma żadnych standardów estetycznych”. Och, banał ma się rozumieć, zawsze tak było – powiedzą chłopomani, kultura wysoka była zawsze dla elity, lud miał proste rozrywki, ale one były i są prawdziwe. Prawda, nie umiem zaprzeczyć, nawet dużo kawałków Haendla to jest czysta rozrywka przecież, a nie kultura wysoka tamtych czasów. Wiadomo, że Szekspir też pisał swe sztuki dla czystej rozrywki, że legion jest pisarzy piszących dla kasy i popularności, że taki Dickens tłukł swe powieścidła nie dla wzniosłych wzruszeń, ale dla wzruszeń najniższych, tych, jakimi żywią się dzisiaj brukowce. A jednak nigdy jeszcze nie doświadczaliśmy takiej inwazji produktów zamiast powieści. Co ja mówię – półproduktów, ćwierćproduktów i w sumie nie byłoby aż takiego problemu, gdyby owe półprodukty nie wyniesione zostały na piedestał jako prawda najprawdziwsza i promowane przez speców od marketingu jako realne arcydzieła, a lansowane później przez dyspozycyjnych recenzentów. Szahaj te słowa o telewizji pisze, ale i do czegoś, co się wciąż na wyrost literaturą nazywa, pasuje: „Wynika to z przyjęcia założenia, że odbiorcy są głupi, co powoduje masowy wysyp głupich programów, a te z kolei przyczyniają się do tego, że odbiorca faktycznie głupieje. To z kolei daje asumpt do jeszcze głupszych programów, mających zaspokoić oczekiwania owego wcześniej ogłupionego odbiorcy. W ten sposób krąg zidiocenia się zamyka i wszyscy podróżujemy na intelektualne, etyczne i estetyczne dno, czemu bardziej są winni producenci niż odbiorcy, albowiem to na nich spoczywa odpowiedzialność za jakość przekazu”. Frazy te dotyczą skretynienia telewizji, z którą mi nie po drodze, nie tylko z przyczyny, że nie mam telewizora i do niczego mi nie jest potrzebny, bo jak się chcę ogłupić, to mnóstwo innych możliwości ogłupienia się znajdę. Telewizją ogłupiać się mogą już tylko szlachetni starcy, telewizja jest ogłupiaczem staroświeckim, niemal sprzed epoki elektryczności, a na pewno sprzed epoki internetowej, skoro ludzie w moim wieku niemal telewizji nie oglądają, to co mówić o młodszych. Moi rówieśni mają dorastające dzieci i te akurat ogłupiają się, śledząc wykwity skretyniałej aktywności sławnych gwiazdorów na YouTube.

Na rynku książki nie mniejsze skretynienie się panoszy, choć oczywiście zawsze się panoszyło, od kiedy druk wynaleziono, a jeszcze bardziej od kiedy zwalczono analfabetyzm. Najbardziej zaś skretynienie panoszy się, od kiedy kontrreformacja pokonała w Polsce zryw protestancki i staliśmy się krajem jednolicie katolickim.

Przecież to, że się Polska w zbiorowe zdziecinnienie polityczne osuwa, a zarazem w radykalizm nacjonalistyczny, podobnie jak cała Europa czy Ameryka, bierze się z faktu, że coraz gorzej napisanymi powieściami jesteśmy zarzucani i coraz idiotyczniejsze, choć technicznie coraz lepiej robione filmy oglądamy, coraz banalniejszej muzyki słuchamy. Nie to, że Polacy nie czytają książek bądź że czytają ich coraz mniej, jest problemem – to problem niewielki przy tym, że czytają książki kretyńskie. A największy problem w tym, że czytają książki prostacko, źle napisane, z użyciem jak najmniejszego zasobu słów.

29 kwietnia

Napisało się książkę o Węgrzech, powieść dziejącą się w Budapeszcie, mającą węgierskich bohaterów, przeżywających węgierskie zachwyty z węgierskimi kobietami, a autora pytają o to, jak się Węgry rymują z Polską. Czy węgierska polityka czymś się różni od polskiej, czy węgierska mentalność skoligacona jest z polską i jak bardzo jest jej siostrzana. Nikt nie zwraca uwagi na to, że w istocie, jeśli już jest w Sonnenbergu braterstwo i siostrzeństwo, to objawia się ono w kazirodczym związku dwójki głównych bohaterów. Politykę widzą wszyscy – istoty miłości, a nawet pożądania nie widzą. Orbána z Kaczyńskim widzą – kazirodztwa nie wychwytują, tego że się brat z siostrą zespalają, bo nie jest to eksplicytnie opisane. Trzeba czytać uważnie oraz inteligentnie, a to przerasta nawet nie czytelników, ale recenzentów na pewno. Trzeba by pamiętać, a nawet widzieć, co się w Człowieku bez właściwości Musila działo, że tam bohater główny o imieniu Ulrich żył w związku z siostrą. Ale i Musila przecież nie trzeba znać – wystarczy Sonnenberg czytać uważnie. Uważność czytania jednak zupełnie zanikła w nadmiarze produktów książkowych, które czyta się pobieżnie, w pośpiechu, byle zaliczyć.

I co z tą Polską, pytają znowu przy okazji rozmów o powieści dziejącej się w Budapeszcie. Polska jest jak dziecko nieustannie domagające się uwagi i uwielbienia, wrzeszczy, płacze, tupie, tarza się po podłodze, rozrzuca zabawki po całym pokoju, kota ciągnie za ogon, chomika dusi, jedzenie ze stołu zrzuca, frykasy z poświęceniem w jego buzię wpychane wypluwa z wściekłością, byleby ktoś jego niepowtarzalną i wyjątkową obecność zauważył. Obecność i ważność, arcyważność! Jak o Polsce przez chwilę choć nie mówisz, to zaraz Polska przyleci w swych ufajdanych śpiochach i zacznie wrzeszczeć bezzębną paszczą dziecięcą, że nikt się nią nie zajmuje, nikt nie dopieszcza, nie karmi, nie bierze na ręce, nie całuje, nikt grzechotką nie macha, o jej wyjątkowości szczebiocąc. O Polsce trzeba koniecznie i nieustannie rozmawiać, bo jak się nagle zacznie rozmawiać o czymś innym, to Polska umrze na śmierć łóżeczkową, udławi się plastikową piłeczką, bo nikt nie przypilnował, żeby piłeczki do buzi nie brała.

30 kwietnia

Jakub Ćwiek, popularny autor kryminałów, choć nie tak popularny jak Remigiusz Mróz, napisał tekst pod bezsilnym tytułem Remku, zalał mnie wkurw. To tekst o fenomenie Mroza, który niebawem ma wydać czwartą w tym roku powieść, tym razem traktującą o ludziach zbyt dużo czasu spędzających przed komputerem. Powieść nosi tytuł Hasztag, co właściwie jest bez znaczenia, bo nie ma znaczenia, o czym napisze powieść Mróz ani pod jakim tytułem, ważne to, by się wybitnie sprzedawała, a ponieważ napisał ją Mróz – będzie się sprzedawała lepiej niż znakomicie, jak na tutejsze warunki oczywiście. Każdy produkt podpisany nazwiskiem Mroza sprzedaje się fenomenalnie i nie ma znaczenia, co zawiera, jak jest napisany, co sobą prezentuje literacko i umysłowo. A ściślej – ma kolosalne i kluczowe znaczenie, co zawiera, jak jest napisany i co sobą prezentuje. Jest Mróz bowiem producentem produktów książkowych wypuszczającym na rynek grubą powieść co dwa miesiące, to daje statystycznie sześć powieści rocznie oraz konkretny przychód. I mniej istotne jest, czy to sam Mróz napisał te książki, ważne, że są podpisane nazwiskiem Mroza.

Ćwiek pisze: „Skoro już wiemy, że jesteś Królem, a ja nie życzę Ci źle, a konkurencją jestem ja, pomniejszy autor humorystycznej fantastyki, mniej więcej taką, jaką błazen królewski również noszący koronę, berło i płaszcz z gronostajem jest dla władcy, powiem coś, co właściwie tylko błazen może: to już nie jest, kurwa, śmieszne! Przestało być takie całkiem niedawno. Do tej pory nawet mnie bawiło to, jak ludzie przecierają oczy z zaskoczeniem, że piszesz sześć książek rocznie, że przeskakujesz z tematu na temat, z gatunku na gatunek. Śmiałem się zawsze, gdy na kolejnych fotosach, plakatach, billboardach na pół budynku pisano o tym, że Remigiusz Mróz powraca! Stary, jestem pewien, że Tobie również uniósł się kącik ust, gdy zdałeś sobie sprawę, że to tak, jakby fanfarami odtrąbiono każdy Twój powrót z łazienki. Sześć książek rocznie, jedna na dwa miesiące – prenumeruję magazyny wychodzące z mniejszą częstotliwością”.

Niektórzy od dawna podejrzewają, że Mróz jest jedynie nazwiskiem, pod którym ukrywa się grupa producentów pulpy sensacyjnej, względnie Mróz napisał parę książek, a pozostałe napisali ghostwriterzy, że Mróz może i pisze co trzecią swoją książkę, ale resztę piszą wynajęci ludzie, co najwyżej Mróz nadaje ton, wymyśla fabułę, szkicuje akcję i bohaterów, a wypełnianiem tła, pisaniem dialogów zajmują się podwykonawcy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, praktyka znana od zawsze, rozpowszechniona w malarstwie renesansowym, w pisarstwie dziwiętnastowiecznym utwardzona przez Aleksandra Dumasa, który stał na czele manufaktury pisarskiej i wymyślając muszkieterów, wicehrabiów de Bragelonne i hrabiów Monte Christo, firmował produkt wystrugany przez wynajętych rzemieślników, tak jak dziś projektant projektuje w londyńskiej czy paryskiej pracowni ubranie, a potem krawcy z Bangladeszu to szyją za grosze, by mógł dyktator mody sprzedać ometkowany towar na rynku londyńskim i paryskim, tyle że za pieniądz stukrotnie większy.

Może tak jest w przypadku Mroza, może nie, choć wolałbym, żeby Mróz okazał się wielką mistyfikacją i został zdemaskowany jako twarz produktów tłuczonych przez wynajętych podwykonawców. Ale jeśli jednak naprawdę Mróz sam pisze sześć powieści rocznie, to nic nie zmienia, ponieważ czytelnikom Mroza nie zależy nawet na tym, żeby to prawdziwy Mróz pisał, ale by dostawali produkt firmy Mróz, napisany językiem prostackim, przejrzystym, bez właściwości, bez smaku, zapachu, konsystencji. Mnie przezroczysty język nadzwyczaj męczy i nie umiem się przebić przez prozę, w której żadnych zabiegów stylistycznych się nie stosuje, słownictwo ogranicza się do tysiąca słów zrozumiałych dla każdego, kto skończył podstawówkę, nawet jeśli jest immanentnie ograniczonym intelektualnie mułem.

Po tekście Ćwieka odezwał się inny autor kryminałów, Marcin Wroński, pisarz niewielki ciałem, ale waleczny i potężnego ducha, dając publicystykę internetową Mroźny pesymizm, podbijając zarzuty Ćwieka, a nawet Ćwieka krytykując za miękkość, za zbytnie obłaskawianie i pieszczenie Mroza. Wroński – zawsze mi się kojarzył posturą, urodą i odzieniem ze starym subiektem Rzeckim z Lalki – uderza w splot słoneczny problemu, bo w język Mroza, a nie metodę polegającą na braniu dowolnie aktualnego tematu społecznego, robieniu szybkiej kwerendy i klepaniu sztampy. Celnie trafia Wroński w Mrozowy język, nazywając go Basic Polish, wieszcząc, że ten język Mróz jeszcze uprości z 850 słów do 150, ponieważ niczym populistyczny polityk stara się docierać językiem zrozumiałym przez wszystkich wyborców. Przytomnie przypomina Wroński, że błędne jest mniemanie, jakoby lud czytając cokolwiek, czyli Mroza, wybijał się na niepodległość intelektualną, i że cieszyć się należy z tego, że czyta się cokolwiek, albowiem badania czytelnictwa pomijają jego jakość, „a ta jaka ma być, skoro reformy szkolnictwa skutecznie oduczyły czytania ze zrozumieniem i problem z tym mają nie tylko dzieciaki, także studenci?”.

Bezpośrednio do Ćwieka zwraca się Wroński, bo zwracanie się do Mroza mija się z celem, to jakby się zwracać do kserokopiarki: „Chodzi o to, że Ty jesteś sobą, a on swoim garniturem. Nie masz więc racji, że Mróz potrzebuje redaktora. Mróz nie potrzebuje nikogo poza swoimi fanami, dlatego idealnie odnalazł się w roli producenta fabuł w Basic Polish. Nie masz też racji, że gdyby robił dokumentację, jak np. Katarzyna Bonda – która ze swego researchu uczyniła wręcz religię – Mróz zamiast treści płaskich i powierzchownych tworzyłby głębsze i być może ważkie. Nie rozumiesz tego i nigdy nie zrozumiesz, bo siedzi w Tobie społecznik, a w Mrozie coś na kształt polityka. Społecznik jest w stanie powiedzieć swojej publiczności: «Nie macie racji. Pozwólcie, że wam to wytłumaczę», polityk jest zakładnikiem swoich wyborców i nigdy nie powie im czegoś, czego oni nie chcą usłyszeć”.

Pęka solidarność pisarzy branżowych, pęka i łamie się zasada wzajemnego lizania po lędźwiach, choć przyczyna tego pękania i łamania też czysto rynkowa, bo Mróz wymiótł z rynku niemal wszystkich autorów kryminalnych: Miłoszewski rzucił kryminalistykę i pisze powieści obyczajowe, choć z wątkiem science-fiction; Bonda się kryguje, że nie pisała nigdy kryminałów, a jedynie powieści obyczajowe i psychologiczne z wątkiem kryminalnym. Niedługo przyznanie się do tego, że się jest autorem powieści kryminalnych nie będzie już nobilitować, dzięki Bogu i Mrozowi. Paradoksalnie wielką szansę Mróz daje pisarzom kryminalnym, żeby się ze swych gatunkowych dybów wyzwolili. Bo tak się stało, że narodziła się kasta czytelnicza, która wyłącznie już Mroza czyta, jeśli ma już coś koniecznie czytać. A że Mróz co dwa miesiące nową opasłą powieść dostarcza, nie ma konieczności szukania innych autorów, którzy mogliby się bardziej wyrafinowanym językiem posługiwać i nazbyt zaprzątać organy percepcji czytelniczej.

1 maja

Dzień Święta Pracy miast świętować, a więc oddawać się bogobojnemu lenistwu i wspominaniu patrona tego dnia świętego Józefa Rzemieślnika, poświęcam pracy oczywiście. Prasa zarzucona artykułami, wypowiedziami i polemikami wokół Karola Marksa, który akurat w tych dniach obchodził będzie dwusetlecie urodzin – wyłącznie skrajności wokół tej postaci, jedynie radykalne odrzucenie wszystkiego, co z Marksem związane oraz ślepa apologia z drugiej. Żarliwi prawicowi patrioci emanują swą do Marksa nienawiścią, zapominając, że był oszalałym orędownikiem polskiej niepodległości i betonowym polonofilem, w Polakach znajdując naród heroiczny, o mesjanistycznych, ale i rewolucyjnych powinnościach. Młodzi lewicowcy zaś oraz starzy postkomuniści w Marksie widzą wyłącznie profetę, który półtora wieku temu przewidział zgrozę współczesnego wolnego rynku i tragiczne konsekwencje reform Balcerowicza. Wszyscy w narcystycznej hałaśliwości nie umieją na spokojnie wypośrodkować i obdzielić Marksa zasługami i połajankami jednocześnie, albowiem nie ma już skomplikowanych postaci historycznych, nie ma umysłów pokrętnych, figur paradoksalnych, a jedynie wrogowie i sprzymierzeńcy, bohaterowie i zdrajcy, geniusze i kretyni, święci i potępieni. Czyściec został relegowany z publicznej rozmowy i wyrzucony ze świadomości. Jest tylko Niebo i Piekło. Co znamienne, Czyściec występuje wyłącznie w teologii katolickiej, inne wyznania chrześcijańskie istnienia Czyśćca są pozbawione. Czyżbyśmy – w sferze dyskursu publicznego, polemik prasowych, debaty historycznej – odchodzili od katolicyzmu i dryfowali ku protestantyzmowi? Osobiście rozpaczam, że w Polsce w złotym wieku XVI zwyciężyła kontrreformacja, Polska nie jest dziś krajem luterańskim bądź kalwińskim, ale nie spodziewałem się, że zarzucenie dogmatów katolickich akurat w ten sposób się zrealizuje – anihilacją Czyśćca i postawieniem wyłącznie na dychotomię piekielno-niebiańską. Dziw, że w z Boskiej Komedii Dantego w nowych wydaniach nie wycinają środkowej części, jako nieciekawej, niejasnej, niekonkretnej.

W czasach peerelowskich 1 maja był dniem obowiązkowego odpoczynku od pracy, choć jedynie hipotetycznie, bo wszyscy, których zagonić się dało do prac społecznych, do szykowania pochodów majowych, urządzania akademii, musieli ciężko tyrać. Istotą systemu było odwrócenie znaczeń, jako i w dzisiejszej prawicowej polityce, publicystyce, mentalności wszystko opiera się na odwróceniu znaczeń. Między komuną a narodową prawicą różnice są kosmetyczne, ograniczające się do kroju pisma i preferowanych kolorów, powierzchownego sztafażu, trochę retoryki – reszta z gruntu jest ta sama.

Zatem 1 maja, w komunistyczne święto pracy, w chrześcijański dzień świętego Józefa Rzemieślnika, męża Maryi, ojczyma Jezusa Chrystusa, dla niepoznaki zwanego Opiekunem Świętej Rodziny, od rana oddawałem się ciężkim zajęciom intelektualno-fizycznym, mianowicie porządkowaniu księgozbioru i płytoteki. Cała filmoteka, pakiety filmowe i pojedyncze filmy na DVD schowane w czeluściach komody czekają na inny dzień stworzony do porządkowania.

Po zakończonym remoncie mieszkania największym wyzwaniem okazało się porządkowanie książek. Jest to czynność nie tylko wymagająca skupienia, determinacji, zachwytu połączonego z wyczerpującą pracą fizyczną, ale nade wszystko jest to czynność nigdy się niekończąca. Ustawianie książek na półkach w choćby szkicowo nakreślonym porządku, nie tyle jest zajęciem Syzyfa, ile czynnością metafizyczną poprzez niewidoczny jej kres. Tym się układanie książek różni od życia wiecznego, że to drugie nie ma żadnych ograniczeń czasowych, bez względu na to, czy znajdziemy się w infernalnej smażalni, czy też w niebiańskich bezkresach. Będziemy tam się smażyć, dusić, gotować albo też wylegiwać w błogostanie przez nieskończoność, tymczasem układanie książek ma swój kres, lecz jest to kres zależny wyłącznie od momentu zgonu układającego. Książki układa się do śmierci, podobnie jak żyje się aż, i tylko, do śmierci. Albowiem układanie książek jest życiem, a życie to nic innego niż ciągłe układanie w nowym porządku książek i płyt.

Przez długi czas po zakończeniu remontu i wstawieniu książek na półki zajmowałem się przede wszystkim brutalną selekcją, odstawiając na bok książki niekonieczne i ustawiając je w słupki, w stosy, w szeregi, a następnie wynosiłem z domu w wielkiej torbie do Big Book Café na Dąbrowskiego, testując cierpliwość Ani Król, która odbierała te kilogramy papieru, choć czasami widziałem na jej twarzy pomieszanie zgrozy z niechęcią. Zanosiłem zatem do Big Book Café, miejsca mi więcej niż bliskiego, nie tylko z przyczyny, że zawiadywanego przez Anię Król i Paulinę Wilk, ale też dlatego, że znajdującego się w obrębie mego mokotowskiego rewiru sentymentalnego, kilkaset metrów od mieszkania na Racławickiej, w którym się wychowywałem, pięć minut spacerem od mojej podstawówki, od mojej syjamsko zrośniętej z podstawówką szkoły muzycznej pierwszego stopnia i od przedszkola, w którym przeżywałem pierwsze świadome uniesienia. Czy kochałem się wówczas w którejś z przedszkolnych wychowawczyń nie jest jasne, czy czułem nieprzeparty pociąg do rówieśniczek z grupy maluchów bądź krasnali – nie da się tego dziś stwierdzić. Niewątpliwie jednak budziły się we mnie wielkie emocje, rozkwitały bukiety wyobraźni, przyszłość zdawała się nieopisywalnie wspaniała, żadnej śmierci w planach nie było.

Układanie książek jest zajęciem dożywotnim i ja w tej chwili, w dniu świętego Józefa Rzemieślnika, spoglądam na półki z ulgą, że tyle książek udało mi się ułożyć autorami, ale i spoglądam z trwogą, że tyle jeszcze nieułożonych i że trzeba będzie nawet te ułożone autorami przenosić z półek na półki. Owszem, udało mi się zgromadzić w jednym miejscu dzieła antropologiczne o śmierci, o diable, o zaświatach, leksykony mitologii Słowian oraz mitologii Greków, osobno opracowania historii Węgier i kultury węgierskiej, osobno biografie wielkich pisarzy (biografia Flauberta obok Faulknera, Andrzejewski obok Iwaszkiewicza), a także w jednym rzędzie wszystkie komiksy oraz powieści graficzne.

Natomiast sąsiedztwa w obrębie prozy, która jest siłą przewodnią mej biblioteki, są dziwaczne, niewygodne, acz intrygujące: obok siebie wszystko Pilcha i wszystko Houellebecqa. Niżej cały Gombrowicz, nie wiedzieć czemu obok niecałego, ale pokaźnie zebranego Aleksandra Krawczuka – jak się ostały te opowieści Krawczuka o starożytnych Grekach i Rzymianach nie wiem, nie jestem pewny, czy chcę wiedzieć, ale trzymam je siłą sentymentu. Dalej Marek Nowakowski obok Michała Choromańskiego, Knausgård ramię w ramię z Musilem, García Márquez ma po swojej lewej ręce całego Joyce’a, Joyce na lewo od siebie ma Kafkę, a ten z kolei sąsiaduje z całym Henrym Millerem. Vargas Llosa ma w parze Witkacego, zaś Andrzejewski wcisnął się między Kunderę a Stefana Chwina. Kolega Chwina z Gdańska – Paweł Huelle obok Güntera Grassa i smakowita para – Prus obok Prousta. Choć Stasiuk miażdżony z jednej strony przez masywne dzieła Stanisława Lema, a z drugiej przez Sławomira Mrożka też ma towarzystwo nietypowe, choć nie takie jak Virginia Woolf między Paulem Austerem a markizem de Sade, zaś Olga Tokarczuk koło Kurta Vonneguta, na którego z boku napiera całą mocą Thomas Bernhard. W zasadzie wszyscy wielcy zostali uporządkowani w tym sensie, że ich książki stoją obok siebie, choć nie w alfabetycznym porządku względem innych autorów, co początkowo mnie irytowało, a teraz stanowi zadziwiająco uspokajający system. Z pewnością nastąpią zmiany i przeprowadzki, do końca życia zajmował się będę przenoszeniem poszczególnych geniuszy w inne towarzystwo, ale zaskakująco przemawia do mnie system odrzucający alfabetyczne zestawienie książek, w którym Borges będzie obok Bułhakowa, a Céline obok Cortázara.

2 maja

Wyprawa na Grochów – już nie rytuał, ale przyzwyczajenie, konieczność podróży w okolice ronda Wiatraczna, placu Szembeka. Najczęściej przeze mnie nawiedzana dzielnica miasta, bo pomijam mój ekosystem mokotowski, środowisko naturalne. Lecz jeśli z Mokotowa intensywnie ruszam do innych dzielnic i jest to ruszanie naznaczone silną emocjonalnością, to jest Grochów właśnie. Nieustające, choć nieregularne wyprawy na Grochów odbywam w największym sentymentalnym podnieceniu. Przez rok woziłem Roberta do szpitala na Szaserów, na jego coraz rozpaczliwsze chemioterapie, a potem go z nich zabierałem i byłem zdruzgotany, że muszę go tam wozić, i byłem szczęśliwy, że tam jeżdżę, zanim mnie ktoś zacznie wozić. Aż przyszedł czas, gdy zawiozłem go i już nie odebrałem, nie odwiozłem do domu na róg Niepodległości i Ursynowskiej, albowiem pojechał tam po raz ostateczny. Wcześniej jeździłem na Szaserów do matki leżącej na ortopedii po upadku we własnym domu; stał się w pewnym momencie szpital na Szaserów miejscem niemal najistotniejszym, a na pewno najkonieczniejszym w życiu, a ja zostałem wiernym klientem szpitalnej kawiarni, przesiadywałem nad herbatą i gazetą, oswajając nieuchronność.

Ale jeżdżę na Grochów także do Antykwariatu Grochowskiego od kilku lat wypełniającego podziemia i parter jednego z akademików na Kickiego, po tym jak przeniósł się z placu Szembeka, gdzie na tamtejszym, nieistniejącym już bazarze tworzył z kilku połączonych ze sobą odstręczających bud labirynt, w którym i Minotaur by się pogubił. Jeżdżę zatem na Kickiego, kupuję po więcej niż okazyjnych cenach stare wydania klasyków, uzupełniam braki z literatury młodzieżowej Peerelu, wypełniam dziury w zbiorach, daję się ponieść niezrozumiałej fantazji czytelniczej, graniczącej z perwersją, gdy wynoszę stamtąd naręcza Żeromskiego tylko po to, by mieć w domu stare wydania jego powieści i roić, że kiedyś całość przeczytam i masywny tekst o Żeromskim napiszę. Za ladą kantorka stoi przemiły mężczyzna, łysiejący, z wyraźną nadwagą, w bluzie z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny”, w koszulce sławiącej Narodowe Siły Zbrojne, w strojach epatujących miłością do ONR-u, a jednocześnie emanuje z niego taka sympatyczność, jest tak uczynny, każdej książki szuka z takim poświęceniem! Jeśli trzeba przejść do drugiego pomieszczenia antykwariatu, tego piwnicznego, sam pójdzie po Śmierć Wergilego Brocha, byleby się klient, czyli ja, nie musiał fatygować. Wstrząsający dysonans poznawczy odczuwam, zawstydzające uczucie sympatii do skrajnego nacjonalisty, ledwo dającą się powtrzymać potrzebę zaprzyjaźnienia się z nim, tym większą, że widzę w nim żarliwość nie tylko polityczną, ale żar bibliofilski, rozpalający mu oczy, prawdziwą książkową manię.

Tym razem jednak nie do Antykwariatu Grochowskiego jechałem, ale do antykwariatu Gelber na Grochowskiej, kawałek za Szembekiem, skąd odbierałem zamówione Bajki i baśnie Brzechwy (Nasza Księgarnia 1954) oraz Faraona Prusa w edycji PIW, rzeczy niby niekonieczne, a jednak niezbędne, bo z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Prusa posiadam wszystko, ale z rysunkami Szancera to coś więcej, niż po prostu mieć Faraona. Podobnie jest z Brzechwą. Brzechwa nauczył mnie czytać, Szancer nauczył oglądać obrazy, bo jego kolorowe plansze nie były jedynie ilustracjami, ale malarstwem w swej najgłębszej, immanentnej malarskości. Gdybym w dzieciństwie z gorączkowym zachwytem nie oglądał, pożerał łapczywie, a zarazem uważnie kontemplował tych obrazów Szancera, to bym w dorosłości nie zachwycał się malarstwem.

Brzechwa był moim sąsiadem, chociaż umarł jeszcze przed moimi narodzinami. Mieszkał na Opoczyńskiej, ulicę obok, w samym jądrze piękności Starego Mokotowa, na kamienicy jest stosowna tablica pamiątkowa. Wedle zeznań Janka Gondowicza, mieszkającego w domu naprzeciw, Brzechwa chadzał nago po mieszkaniu, co mogło zwichnąć małego Jasia, ale chyba nie zwichnęło, a jeśli zwichnęło, to zwichnęło pozytywnie, skoro zajął się zawodowo literaturą. Brzechwa chodził nago po mieszkaniu, nie dbając o zasłanianie okien, chodził nie w celach ekshibicjonistycznych, ale dla większego komfortu fizycznego, choć nie jest wykluczone, że chodził nago z przyczyn ściśle narcystycznych, bo mu się osobiście jego własna nagość podobała.

Brzechwa nie pisał dla dzieci dlatego, że dzieci tak bliskie były jego sercu, nie pisał z miłości do dzieci, a nawet nie pisał z sympatii dla dzieci, bo dzieci nie znosił. Co niczym nadzwyczajnym w kaście piszących bajki i baśnie dla dzieci. Zapewne im bardziej nie lubi się dzieci, tym większe są szanse, że zostanie się wybitnym autorem literatury dziecięcej. Andersen patologicznie nie cierpiał bachorów, z największym wstrętem myślał o nieletnich – nieszczęśliwie dla niego stał się najważniejszym pisarzem dziecięcym w dziejach. Ferenc Molnár nie planował napisania Chłopców z Placu Broni, oddawał się wzniosłej sztuce dramaturgicznej, ale był nałogowym karciarzem, a jak wiadomo nałogowcy mają wyjątkową skłonność do przegrywania z nałogiem i popadania w rozliczne kłopoty, jako i Molnár popadł w poważny dług karciany i Chłopców z Placu Broni napisał na zamówienie, wyłącznie po to, aby spłacić wierzycieli. Nic go los Nemeczka nie obchodził, a jedynie wyplątanie się z długów.

Grzegorz Kasdepke – polski gigant literatury dziecięcej – powiada, że nikt nie chce być pisarzem dla dzieci. Sam pragnął być autorem powieści fantasy, ale nie szło mu w tym sporcie, a że urodził mu się syn Kasper, to zaczął pisać dla niego. I proszę – jest sława, są pieniądze, jest uznanie. Podobnie u Brzechwy – ten z kolei wziął się za pisanie dla dzieci, by omamić zakochaną w dzieciach wychowawczynię przedszkolną. Wychowawczyni z przedszkola zakochana była w dzieciach, Brzechwa zakochany był w wychowawczyni – nie było innego wyjścia, jak tylko dla dziatwy pisać wierszyki. Pragnął Brzechwa tworzyć wysokopienne wiersze dla dorosłych, jak jego przesławny kuzyn Bolesław Leśmian. Pragnął, ale pragnienie to nawet nie jest połowa sukcesu, to nie ćwierć, jedna ósma sukcesu, pragnienie to jest nic, kiedy umiejętności nie starcza. Wiersze dla dorosłych mu nie wychodziły, zaczęły mu za to wychodzić fenomenalne wiersze dla dzieci – wszystko z tej przyczyny, że był zajadłym kobieciarzem. Być może bycie zajadłym kobieciarzem łączy się z tym, że przechadzał się nago po mieszkaniu na Opoczyńskiej, tego stwierdzić się w tej chwili nie da. W każdym razie mnie nauczył czytać. Więcej – uruchomił we mnie wyobraźnię, uruchomił zgubny, acz piękny pociąg do literatury.

Jeśli jest dla mnie książka kompletna, formacyjna, która otworzyła mi oczy i na literaturę i malarstwo, to Pan Kleks Brzechwy z rysunkami i obrazami Szancera. Wydanie zbiorcze trzech części – Akademia Pana Kleksa, Podróże Pana Kleksa, Tryumf Pana Kleksa – pierwszą było książką, którą samodzielnie przeczytałem, jeszcze przed pójściem do podstawówki. Mój egzemplarz pochodzi z roku 1972, wówczas musiał być zakupiony przez mą przewidującą matkę. Od tego czasu przeczytałem tę Księgę z piętnaście razy, a im jestem starszy, tym sięgam po nią częściej. Nie wynika to z postępującego zdziecinnienia starczego, wręcz przeciwnie – z galopującej dojrzałości, z rozpędzającej się dorosłości, z coraz większej świadomości, po co znalazłem się na świecie. Tę świadomość zawdzięczam Brzechwie i Szancerowi. Aby nie zużywać egzemplarza z 1972 roku, posiadam reprint z roku 2012 i ten poddaję lekturze, zaś po oryginał sięgam wyłącznie w chwilach najwyższego wzruszenia, z jakim kolekcjoner wchodzi do tajnego pomieszczenia, gdzie przechowuje bezcenny obraz van Gogha, Moneta, El Greca czy Caravaggia.

Teraz przekładam ostrożnie grube, szlachetnie pożółkłe stronice Bajek i baśni Brzechwy, kontempluję grafiki Szancera, aż wreszcie biorę się do powolnej, pełnej namaszczenia lektury Baśni o korsarzu Palemonie. Faraona odstawiłem na półkę, stanął obok dwóch tomów Kronik tegoż Prusa – tom trzeci i czwarty, wydane w latach 1954 i 1955. Faraona nie planuję teraz czytać, nie planuję czytać ani jutro, ani pojutrze, ale już jest więcej niż pewne, że nadciąga z całą stanowczością ten moment, gdy sięgnę po to oszałamiające, potężne formatem, na grubym papierze i z ilustracjami Szancera wydanie z 1970 roku. Sięgnę i będę się pławił w Prusie, ponieważ moje czytanie Prusa nigdy nie jest czytaniem, ale zawsze jest pławieniem się w Prusie. A Faraona nie czytałem od lat szkolnych, mimo iż Lalkę czytałem wielokroć, mimo iż kilka lat temu znów przeczytałem Emancypantki, Dzieci i dwa tomy nowel, to Faraon mnie nijak nie kusił. Po to jednak kupiłem wydanie z Szancerem, aby zostać powiedzionym na pokuszenie i Faraona znów, po długich latach przeczytać. Jedynie, po rytualnym przekartkowaniu i nasyceniu wzroku kreską i pastelowymi barwami ilustracji, zajrzałem na ostatnią stronę, by pod końcowym zdaniem powieści („Ale mędrzec ze czcią zbliża się do tych figur i ogarnąwszy je spojrzeniem czyta w nich historie dawnych czasów albo tajemnice mądrości”) zobaczyć datę, którą po ostatniej kropce postawił Prus: „2 V 1895, godz. 3 po południu”. 2 maja 1895 roku Prus skończył pisać Faraona, a dziś jako żywo 2 maja, choć akurat roku 2018. Prus skończył Faraona dokładnie 123 lata temu o godzinie 15, a ja akurat wracam z Grochowa około 15. 123 lata temu, o godzinie 15 Prus stawia ostatnią kropkę i odkłada pióro, 123 lata po tym historycznym geście wielkiego pisarza ja kupuję w antykwariacie za placem Szembeka jego powieść.

3 maja

Legia wygrała finał Pucharu Polski z Arką Gdynia, Liverpool przegrał rewanż z Romą, ale w dwumeczu wygrał 7:6, zatem awansował do finału Ligi Mistrzów, gdzie zmierzy się z Realem Madryt. Są to wydarzenia doniosłe w skali kraju i świata, choć w moim życiu zmieniające niewiele, mimo iż od niecałego miesiąca jestem kibicem Romy.

Kibicem Romy zostałem, dla wzmocnienia oryginalności tej decyzji, w Rzymie, gdzie spędzaliśmy z Ewą beztroski tydzień w roli turystów. Akurat wtedy, gdy Roma wygrała z Barceloną, wyrzucając ją z Ligi Mistrzów, co należy do zdarzeń przechodzących do historii, niczym zwycięstwo Rzymian pod Zamą czy Alezją. Dla Barcelony zaś klęska na stadionie olimpijskim była tym, czym Las Teutoburski albo Kanny dla starożytnych legionów. Kibicem zostać postanowiłem, bo uznałem, że potrzebuję sportowej identyfikacji, pobyt w Rzymie w czasie wiktorii rzymskiego klubu stał się dogodną okazją. Z tego też powodu zakupiłem w oficjalnym sklepie na Piazza Colonna gustowną i nieepatującą klubowymi barwami czapkę, z czarnym godłem klubu w postaci wilczycy kapitolińskiej na czarnym tle. Gdybym został neofickim maniakiem niewątpliwie obnosiłbym się nie tylko w czerwonej czapce, w czerwonym czy też w niepokojąco buraczkowego koloru trykocie, ale w mieszkaniu paradowałbym w buraczkowo-żółtym szlafroku, jaki można było nabyć przy Piazza Colonna, i we wszelkich możliwych buraczkowo-żółtych strojach, akcesoriach, niewielkie swe mieszkanie bym pomalował na buraczkowo-żółto, broniłbym buraczkowo-żółtych barw do krwi ostatniej, jako bronić powinien każdy kibic. Zadziwiająca jest ta atawistyczna potrzeba identyfikacji zbiorowej, zadziwiająca, choć zrozumiała, niepojęta, ale przecież logiczna jak rzut karny. Myślenie magiczne jest nieusuwalne z naszego umysłu. Jeśli coś nas łączy z przodkami z odległych epok, to siła myślenia magicznego, oddanie namysłu krytycznego za przynależność do zbiorowości, w której owo myślenie krytyczne, umiejętność wyciągania trzeźwych wniosków zostają unieważnione, a w zamian dostaje się wsparcie grupy, umiejącej zracjonalizować najbardziej niedorzeczne zdarzenia i poglądy.

Pablopavo, człowiek uprzejmy, otwarty, samodzielnie myślący, jak na muzyka nieprawdopodobnie wręcz oczytany, mający do literatury wielką inklinację i szacunek, pacyfista, piewca pokoju i miłości, gdy sprawy dotyczą Legii Warszawa, zmienia się w zabetonowanego dogmatyka odrzucającego racjonalne argumenty przeciw maniackiemu kibicowaniu. Naturalnie zespoły futbolowe mają fanatycznych kibiców wśród pisarzy, muzyków, profesorów uniwersyteckich, artystów, księży, rzecz to oczywista, ale za każdym razem zadziwia mnie, jak Pablopavo potrafi racjonalizować nie tylko klęski Legii, ale nawet zachowanie troglodytów mieniących się jej miłośnikami, mimo iż sam jest człowiekiem najwyższej kultury. Kibicowanie łączy – można być z przekonania żarliwym socjalistą, przeciwnikiem nacjonalizmu, faszyzmu, przemocy, a zarazem siedzieć na trybunach z wrogami ideologicznymi, mieć taki sam jak oni szalik, taką samą koszulkę, takie same pieśni śpiewać, te same radości i rozpacze przeżywać, czuć z nimi braterską jedność, której nic nie złamie, i prędzej śmierć rozdzieli zakochanych w tej samej drużynie faszystę i antyfaszystę.

Mój akces kibicowski jest z gruntu miękki, pozbawiony fundamentalizmu, niemęski, albowiem kibicowanie Romie nie jest ograniczone wiedzą na temat dziejów tego klubu, składów drużyn, nazwisk wielkich napastników, heroicznych obrońców czy straceńczych bramkarzy. Rymuje mi się to kibicowanie z daniami kuchni rzymskiej, jadanymi w trattorii Tonnarello na Zatybrzu, obok Bazyliki Najświętszej Marii Panny. Kojarzy mi się nie z dawnymi popisami Tottiego i Bońka w buraczkowo-żółtych barwach, ale z niebiańskimi pulpetto cacio a pepe podawanymi z cykorią i ziemniaczkami, a także z przednią saltimboccą oraz orgazmem przy tiramisu, podczas którego zrozumiałem, na czym w istocie powinien polegać dantejski Raj. Kibicuję Romie, ponieważ kelnerzy z Tonnarello kibicowali Romie, w dniu meczu z Barceloną widziałem, jak urywali się z pracy, by zdążyć na stadion, a wcześniej obsługiwali nas z życzliwością i uśmiechem. Kibicuję Romie, ponieważ ma w swym herbie wilczycę kapitolińską, karmiącą Romulusa i Remusa, a zatem kibicuję Romie, bo Romie kibicowałby Horacy, a kibicowanie Romie jest horacjańskim złotym środkiem, być może Romie kibicowaliby też Cyceron i Owidiusz. To są zasadnicze powody mojego wstąpienia w szeregi kibiców Romy.

4 maja

WczorajPrawdziwa historia Polańskiego – wychodziłem z filmu rozczarowany, a dziś od rana o nim myślę, szczególnie o zakończeniu. Sztampa od początku, schemat bolesny: oto na targach książki do umęczonej śmiertelnie wpisywaniem dedykacji autorki bestsellerów podchodzi wielbicielka, która – mimo iż pisarka zerwała podpisywanie – prosi o autograf. Jest tak przekonująca, intrygująca, podniecająca, piękna i tajemnicza – bo jaka może być Eva Green – że pisarka kreśli kilka słów na stronie tytułowej. I wpada w sidła psychofanki, która stopniowo i brutalnie przejmuje władzę nad jej życiem, po paru dniach wprowadzając się do pisarki (Emmanuelle Seigner). Agresywna wariatka, choć wyjątkowo sprytna i umiejąca omamić ofiarę, wkracza w życie rozbitej emocjonalnie pisarki, cierpiącej nad pustym plikiem Worda, niebędącej w stanie napisać pierwszego zdania nowej książki. Straszliwa klisza, bo pierwsze zdanie zawsze da się napisać, nawet dwa, trzy pierwsze zdania, później dopiero jest gorzej, przychodzą męczarnie, wątpliwości, załamania bądź maniackie euforie.

Pytanie zasadnicze: czy można oddać się we władanie psychopatycznej wielbicielce, nawet gdy widać, że to psychopatka? Tym bardziej że nie ma tu kontekstu seksualnego, nie jest to lesbijska intryga zakładająca, że pisarka chciałaby zmysłową, demoniczną czytelniczkę posiąść lub dać się pięknej czytelniczce sponiewierać seksualnie. Idzie o czyste psychiczne wsparcie, emocjonalne pogotowie ratunkowe w postaci boskiej pielęgniarki, która wielbi, rozumie, troszczy się, ale od pewnego momentu nie xanax już podaje, ale do jedzenia swej ukochanej ofierze dosypuje trutkę na szczury. Zatem – czy pisarka/pisarz może wejść w relację, która od początku jest klarownie nienormalna, toksyczna, śmiertelnie groźna? I nie jest to fatalne zauroczenie erotyczne, choć przez ułamek sekundy zdać się może, że w tę stronę rzecz pójdzie, lecz to mgnienie tylko i później już śladów takich nie ma. Owszem, wizja, że się zostaje ofiarą seksualnej dominacji ze strony Evy Green, jest pociągająca, a jednak przecież gdybym zetknął się z ewidentną agresywną świruską, choćby i w powłoce Evy Green, uciekałbym w popłochu. Zdaje mi się, że pisarz z zasady jest czujny w tych kwestiach, nęci go zawsze wizja bycia uwielbianym, pociąga zalanie melasą komplementów, ale jednakowoż, o ile nie jest skrajnie zadufanym palantem, ma w sobie czujność i radar wychwytujący obłąkańców. Jakby szaleńczo pociągająca była wariatka – pozostaje niebezpieczną wariatką, jakby kochała twoje książki – nade wszystko kocha swoje tych książek wyobrażenie, jakby kochała ciebie – siebie kocha u twego boku i ciebie chce zniszczyć. Doskonale rozumiem potrzebę bycia zniszczonym, nieprzepartą żądzę upadku w najgłębsze czeluści, ale jednak upadanie wspólnie z maniaczką? Pisarka owszem, wyczerpana jest swoimi czytelnikami i czytelniczkami, wykończona lawiną uwielbienia ze strony fanów, a także wydawców, w tym zagranicznych, przeczołgana przez samą literaturę, obrzydzenie czuje do praktyki pisarskiej, a tymczasem błyskawicznie daje się osiodłać kobiecie, która mówi jej, co ta ma pisać, czego nie pisać, czym się zająć, czym się nie zajmować. Kobiecie, która wprowadza się do jej mieszkania i dyktatorskie rządy rozpoczyna. Pytanie do pisarza: wpuściłbyś maniacką wielbicielkę do mieszkania, wielbicielkę z pokaźną kolekcją walizek, wypełnionych jej całym dobytkiem? Nawet gdyby to była maniaczka o lucyferycznych oczach Evy Green?

Koniec filmu sugeruje jednak, że być może psychopatka nie istniała, będąc wyłącznie wytworem schizofrenicznej wyobraźni pisarki – nie pierwszy raz ten patent Polański prezentuje, jest to wszak przebiegły i wnikliwy obserwator diabelskich ingerencji, szatańskich manifestacji oraz koneser lucyferyczności. Dziecko Rosemary przecież na tym się opierało, że może był diabeł, a może była schizofrenia, może depresja poporodowa, może miały tam używanie siły nieczyste, a może jeszcze bardziej nieczysta rzecz szalała, mózg bohaterki mianowicie. Tak jest i w Prawdziwej historii. Pisarka albo klinicznie oszalała, albo też sama wymyśliła prześladowczynię, jako element pracy pisarskiej. Wówczas jest Prawdziwa historia opowieścią o tragicznym losie pisarskim, ilustracją tego, co się w głowie pisarza dzieje, gdy wymyśla historię, skleja fabułę, kiedy musi do życia demony powołać, aby one mu w pisaniu pomagały i musi przy tym mieć umiejętność poskramiania tych demonów, aby z jednej strony, wykonując w jego imieniu pracę twórczą, zarazem go nie pożarły, nie wpędziły do grobu za pomocą wszystkich swych znanych zabiegów.

5 maja

W tym roku nie będzie przyznany literacki Nobel – bledną przy tej wiadomości wszelkie polityczne doniesienia, choć jest to zarazem wiadomość jak najbardziej polityczna. Akademia Szwedzka znajdowała się od miesięcy w stanie spektakularnego upadku, obecnie kompromitacja ta sięgnęła apogeum. Odczuwam przyjemne mrowienie satysfakcji, sprawiedliwość wróciła bumerangiem – nie daliście Nobla Philipowi Rothowi, uważając, iż jest mizoginem i źle traktuje kobiety w swoich powieściach, no to macie, zgrajo specjalistów od słuszności światopoglądowej literatury. Mąż waszej jurorki jeszcze gorzej traktował kobiety, tyle że nie w powieściach, ale w rzeczywistości jak najbardziej namacalnej, bo zajmował się, prócz krytyki literackiej, zajadłym macaniem kobiet wcale niepowieściowych. Reżyser, fotograf i animator kultury Jean-Claude Arnault, będąc mężem członkini Akademii przyznającej Noble, nie tylko w mieszkaniach sztokholmskich i paryskich, należących do Akademii, emablował nachalnie młode kobiety. Emablował nachalnie nawet w klubie literackim Forum, sponsorowanym przez samą Akademię. Przy okazji Arnault dawał do prasy przecieki z obrad, suflował nazwisko laureata zakolegowanym dziennikarzom, przekręty finansowe od niechcenia robił. Mało co mnie tak uradowało ostatnio jak obłuda szwedzkich akademików, którzy zasiadają w jury dożywotnio i nawet, jak kilkoro z nich w geście protestu opuściło fotele jurorskie, to i tak nic z tym zrobić nie można – całkowity paraliż nastąpił. Wystarczył jeden nieopanowany francuski jebaka, żeby wielka Akademia się wywróciła na plecy, ukazując w całej dorodności swój brzuch wzdęty, ohydny, cuchnący, z którego roje robactwa zaczynają wypełzać.

A wyście obłudnicy nie chcieli dać Rothowi, bo mizogin i seksista? Nie daliście Rushdiemu, żeby się islamiści nie pogniewali? Nie daliście Kunderze, bo za mało lewicowy? Daliście Dario Fo, chociaż jego zasługi są dla światowej literatury mniej istotne niż każdego z brzegu autora poczytnych kolejowych kryminałów? Daliście drętwusom i nudziarzom w rodzaju Patricka Modiano i Le Clézio, ale wstrzymaliście rękę, gdy trzeba było dać pół wieku temu Gombrowiczowi? Nie wspominam nawet o tym, że w 1974 daliście swoim szwedzkim, choć na świecie nieznanym kumplom Johnsonowi i Martinsonowi, biorącym przy okazji udział w noblowskich obradach, bo wszak nagrody literackie też po to wymyślono, żeby je kumplom dawać.

Jako że laureat lub laureatka za rok 2018 nie zostanie ogłoszony, ogłosi się go razem z laureatem czy laureatką za rok 2019 w roku 2019 – zatem dwóch, dwie bądź dwoje geniuszy lub geniuszek wstąpi na podium, zapewne żaden lub żadne czy też żadna nie będzie do końca zadowolony, zadowolona lub zadowolone, bo zawsze dzielenie się zwycięstwem jest po prawdzie klęską.

Kamień spadł z serca setkom, tysiącom pisarzy, którzy nie będą musieli wpadać w stany depresyjne, że to nie oni dostaną nagrodę, zyskają nieśmiertelną sławę, choć sława wielu noblistów jak najbardziej była śmiertelna, w przeciwieństwie do sławy tych, którym Szwedzi nagrody nie dali. Zastępy żelaznych kandydatów każdej jesieni nadstawiający ucha na przecieki idące ze Sztokholmu mogą już odpuścić, nie spinać się, nie denerwować, mają rok spokoju. Legendarne oczekiwanie Adama Zagajewskiego na Nobla rozciągnie się znów w czasie, ale w tym roku Zagajewski nie musi w nerwach czuwać przy radioodbiorniku, może zacząć czuwać dopiero za rok.

O tym, jak haniebne bywały wyroki sztokholmskich akademików napisano proustowskich objętości elaboraty. Tak jest akurat ze wszystkimi nagrodami, świat kultury składa się nade wszystko z pisarzy, filmowców, kompozytorów, którym nie dano nagród, choć zasługiwali, szafując bez umiaru laurami dla jednosezonowych sensacji, dla działaczy raczej politycznych niż artystycznych; składy jurorskie strzelały ślepakami i to w dodatku obok tarczy.

6 maja

Wczorajszy wieczór spędzony w Iluzjonie z Magdą i Borysem Lankoszami na opętańczej rozmowie o filmach i serialach. Borys skończył zdjęcia do Ciemno, prawie noc według Joanny Bator i prezentuje kolekcję projektów, jakie ma w głowie, a ma pomysł na serial według Limes inferior Zajdla, pomysł na film o fatalnym końcu życia Dagny Przybyszewskiej w Tyflisie, zwanym dziś Tbilisi. Magda opowiada o komiksach, do których pisze scenariusze, ja oczywiście o serialach, które maniacko oglądam. Oni wypijają trzy karafki czerwonego wina, ja trzy imbryki zielonej herbaty, wszyscy jesteśmy nienaturalnie podnieceni, zapewne dlatego, że rozmawiamy o sztuce.

Po raz kolejny uświadamiam sobie, że mógłbym zajmować się wyłącznie oglądaniem seriali, inne aktywności potrafiłbym odpuścić, że miast prowadzić dziennik, pisać felietony, powieści, powinienem skupić się na serialach i każdy odcinek każdego serialu skrupulatnie opisywać w grubych zeszytach – to pozostawię potomności, by wiedziała, czym żyli ludzi początków XXI wieku. Czyż formą laickiego zbawienia siebie nie byłoby całkowite odcięcie się od wszystkich innych sztuk, aktywności kulturalnych i poświęcenie wyłącznie oglądaniu seriali i zapisywaniu wrażeń, recenzji, subtelnym frazowaniem o serialach gangsterskich i kryminalnych, a także o horrorach umiejscowionych w epoce wiktoriańskiej? Anglicy zrobili z czasów wiktoriańskich prawdziwą fermę, gdzie hodują kury znoszące wielkie popkulturowe jaja. To ucieczkowe, coraz więcej czysto eskapistycznych projektów mi się roi, ten mi się nadzwyczaj podoba, może dlatego, że w przeciwieństwie do kina i teatru nie wymaga wychodzenia z domu. Można odciąć się i oglądać, oglądać i zapisywać, zapisywać i prowadzić na przekór technologii te zapiski w grubych zeszytach stawianych w równym rzędzie na półce, najlepiej nad półką z komiksami i powieściami graficznymi.

Enumeruję w głowie litanię tytułów serialowych, które zaaplikowałem w ciągu ostatnich tygodni, bo w takiej perspektywie trzeba rozmawiać. W realiach kultury nie galopującej nawet, ale szarżującej, perspektywa półroczna, roczna w ogóle nie wchodzi w rachubę. Film, który wszedł na ekrany rok temu, jest archiwalnym materiałem, powieść wydana rok temu gnić powinna w zakurzonym antykwariacie, serial mający premierę trzy sezony temu jest starszy niż komedie z Busterem Keatonem. Moja najnowsza książka ukazała się miesiąc temu – dziś to rzecz schodząca z rynku, kto miał kupić, to kupił, kto chciał przeczytać – przeczytał, reszta nie kupi i nie przeczyta, wszyscy mogą już o Sonnenbergu zapomnieć, żeby nie zaśmiecać sobie głowy. Och, przesadzam oczywiście – książka nie żyje na rynku miesiąca. Ci, którzy się na tym znają, mówią, że książka żyje aż trzy miesiące, dopiero po upływie kwartału staje się ramotą, starociem, towarem niewartym zainteresowania.

Borys wyraźnie popada w zobojętnienie. Borys, który nie potrafi interesować się serialami i każdy serial nudzi go po trzech odcinkach, zwraca uwagę na to, że ostatnie filmy Polańskiego to wszystko ekranizacje książek, powieści, sztuk teatralnych: Dziewiąte wrota, Śmierć i dziewczyna, Gorzkie gody, Oliver Twist, Pianista, Autor widmo, Rzeź, Wenus w futrze, Prawdziwa historia – to ekranizacje literatury, żadnego własnego scenariusza Polański od czasów Frantica nie sfilmował, choć oczywiście pisze scenariusze, ale podpiera się wyłącznie historiami sprokurowanymi przez innych, jakby potrzebował protezy.

Co wy byście filmowcy, reżyserzy, scenarzyści, aktorzy zrobili bez literatury, bez pisarzy? Nic byście nie zrobili, film i serial od początku żerują na literaturze i nie mogą się bez niej obejść, gdy tymczasem literatura zawsze poradzi sobie bez przemysłu filmowego, tak jak radziła sobie przez ostatnie trzy tysiące lat, od czasów Homera.

I rozmawiamy potem o filmach Patryka Vegi – oni po trzech karafkach czerwonego wina, ja po trzech imbrykach zielonej herbaty. Filmach Vegi, które pokazują Polskę jako kraj zamieszkany wyłącznie przez bandytów, policjantów będących też bandytami, lekarzy będących bandytami i mordercami, łapówkarzy, skorumpowanych urzędników. W filmach Vegi nie ma żadnych postaci pozytywnych, a świat ukazany jest jako walka zła ze złem, zwalczanym przez jeszcze większe zło, wszystko jest brutalne, chamskie, prostackie. Po trzy miliony widzów melduje się na każdym prostackim filmie Vegi czy też dwugodzinnym chaotycznym teledysku o kurewstwie, złodziejstwie i przemocy. Vega zrozumiał polskie społeczeństwo, żyjące w przekonaniu, że wszystko, co mu się nie udało, jest wynikiem działalności złodziei. Być może to Vega pozostanie za pięćdziesiąt lat obowiązującym obrazem polskiego kina, zastanawia się Borys, zaś filmy Borysa i kolegów przepadną w niepamięci.

Ja mam bardziej sprecyzowaną myśl – wszystko przepadnie. Wszystkie nasze filmy, książki, płyty, wszystko zostanie przykryte przez gęste błoto niepamięci. Przepadnie Vega, ale my wraz z Vegą przepadniemy, jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo o tym przekonany. I dziwnie mnie to uspokaja.

7 maja

Tomek Dostatni przysłał mi wiadomość, że czytał mój felieton o książce prymasa Polski Wojciecha Polaka – jak ma się nazywać zresztą prymas Polski, jak nie Polak? W tym jego polskim nazwisku objawia się zresztą ciekawa twarz polskiego Kościoła – ani ta otwarta, ani ta inkwizycyjna, ale twarz Piłata umywającego ręce. Piłata, który nawet do historii nie przejdzie, bo tak bezwyrazowego, pozbawionego właściwości, charakteru, odwagi, własnego zdania prymasa Polski jak Polak sobie nie przypominam.

Wynika z wiadomości Dostatniego, że na tle polskiego Kościoła Polak jest niczym rak na bezrybiu. Słowem nie narzekajmy na Polaka, bo mogliśmy mieć o wiele gorszego. Och, oczywiście że mogliśmy, możemy i będziemy mogli mieć gorszego. Tomek podpisuje swoje wiadomości „Lubelska inkwizycja”, to taki żart oczywiście, jak wiadomo dominikanie bardzo się do pracy inkwizycyjnej przykładali – Torquemada był dominikaninem. Dziś są mniej krwiożerczy, a Tomek szczególnie jest dobrym człowiekiem, tolerancyjnym, otwartym, przyjaznym. Nie powiem o nim „ojciec Dostatni”, bo do zakonników nie zwracam się per „ojcze”, miałem jednego ojca, miał na imię Béla i już nie żyje. Lecz rzecz dziwna – do zakonnic mówię „siostro”. Może to, że sam nie mam siostry, ułatwia mi tak nazywanie obcej kobiety, zwłaszcza że czuję do tych niewolnic Kościoła współczucie, cenię ich poświęcenie, a nade wszystko cierpienie, samotność, odosobnienie. Wiem, że są zakonnice radosne, spełnione w swej posłudze, zakonnice zakochane w Chrystusie, którym nikt jeszcze nie uświadomił, że to miłość bez wzajemności. Zakonnice pełne poświęcenia i realizujące się w tym poświęceniu, choć są i zakonnice sadystki, maniaczki i zakonnice zboczone, jak pamiętna Bernadetta od boromeuszek, znęcająca się nad dziećmi oddanymi jej w opiekę. To znęcanie wychodziło poza zwykły sadyzm nieobcy wielu wychowawcom sierot czy trudnej młodzieży. Właśnie – jak nazwać kobietę zboczoną, tak jak nazywa się mężczyznę „zboczeńcem”? „Zboczonka”? „Zboczenica”? „Zboczeńka”? Wzmożone feministki na siłę wymyślające żeńskie wersje nazw stanowisk, tytułów, w rodzaju „premierka” zamiast „pani premier” czy „ministra”, „ministerka” miast „pani minister” chyba nie pomyślały o tym, że skoro ingerujemy już w język, sterując nim w kierunku wymuszonego równouprawnienia, to trzeba byłoby też wymyśleć żeńską wersję „zboczeńca”, tak jak jest „morderczyni”, „zabójczyni”, „złodziejka”.

Jutro jadę do Lublina występować w Teatrze Starym, po spotkaniu pójdziemy z Tomkiem na kolację. Już szykuję dla niego prezenty: paczkę książek, a w niej dwa tomy wywiadów z fundamentalistycznym księdzem Glasem, egzorcystą mającym obsesje obecności Szatana w każdej, prócz nieustającej modlitwy, ludzkiej aktywności. Także podręcznik dla egzorcystów napisany przez francuskiego księdza, wielką wiarę pokładającego w skuteczność szamańskich zaklęć i czarów, wydany przez dominikańską oficynę, co szczególnie smakowite. Zabieram też wywiad rzekę z arcybiskupem Michalikiem i najnowszy z prymasem Polakiem, niech Tomek zapozna się z tą mało sobie znaną twarzą Kościoła. Kościoła głęboko pogańskiego, pełnego zabobonów, uprzedzeń, nietolerancji, obsesji seksualnych, manii prześladowczych, podskórnego uwielbienia Szatana, bo jak się na jedno wypowiedziane imię Boga wypowiada sto razy słowo „Szatan”, to znaczy, że ma się inny cel swych działań niż głoszenie Ewangelii!

8 maja

Prawda o kulturze jest z grubsza taka, że liczy się ten, kto śpiewa tekst piosenki, a nie ten, kto go napisał. Liczy się ten, kto firmuje książkę, a nie ten, kto ją wymyślił i napisał. Liczy się wyłącznie wizerunek, fasada, nachalna promocja, brutalna reklama, ważne jest przebranie, makijaż, dodatki i kamuflaże. Liczą się liczby sprzedanych egzemplarzy, nie zaś naga i przerażająca w swej nagości prawda. Liczy się błysk słońca na powierzchni morskiej fali, nie zaś ciemne głębiny oceanu. Niby spóźnione i żałosne odkrycia, ale jednak za każdym razem, gdy to sobie uświadamiam, a uświadamiam codziennie, wpadam w ciężką melancholię. Ale czym tu się melancholizować, czemu nurzać się w zwątpieniu, skoro właśnie tak to ma wyglądać – pozór miast rzeczywistości, powierzchnia miast głębi, podróbka zamiast oryginału. Zawsze żyliśmy jako ludzkość w podłych i fałszywych czasach. Może o różnym natężeniu podłości i fałszu, ale nigdy nie żyliśmy w czasach, gdy kultura jest tak sfałszowana, gdzie brylanty są plastikowe, złoto – tombakowe, perły – plastelinowe. Wielką metaforą, a może wcale nie metaforą, ale prostą jak uderzenie łopatą w głowę definicją tego świata są billboardy w metrze, reklamujące nowe powieści, kryminalne, sensacyjne i romanse. Zazwyczaj bełkot promocyjny o wyjątkowości, nowości, kopernikańskiej odkrywczości wzmocniony jest deklaracją: „Nowy bestseller, już wkrótce w księgarniach!”.

9 maja

Pobyt w Lublinie setny czy tysięczny w moim życiu? A może dopiero trzydziesty? W samym Teatrze Starym występowałem ze dwadzieścia pięć razy, najczęściej jako prowadzący rozmowy o kulturze, zdarzało się, że i jako gość, tak jak teraz byłem gościem rozmowy o Sonnenbergu, ale i literaturze węgierskiej, Budapeszcie i tym, co zawsze. Prowadzący, Łukasz Drewniak, wyrastał ponad średnią ze swoją sumiennością, przygotowaniem, powagą i drążeniem w głąb, a nie ślizganiem się po powierzchni. Publiczność więcej niż emerycka, nie spodziewam się, bym dożył wieku większości słuchaczy mych wczorajszych występów. Obserwuję od dawna, że moja publiczność starzeje się nie tyle ze mną, ale o wiele szybciej niż ja, niedługo powinienem pomyśleć o jakimś tournée po sanatoriach: Ciechocinek, Nałęczów, Kudowa, Goczałkowice, Rabka – sporo tego jest, byłoby dokąd jeździć, starcy i staruszki bardzo lubią o Węgrzech słuchać. Ja zaś na młodą publiczność już nie mam co liczyć, z bardzo rzadkimi wyjątkami, ale wszak zasada wyjątku właśnie na tym polega, że jest rzadki.

Wieczorem w pokoju gościnnym nad restauracją Magia oglądam w TVN program Kuby Wojewódzkiego, którego gościem jest Stasiuk. Oglądam i robi mi się niewymownie smutno, oglądam i wstydzę się za Stasiuka i za siebie się wstydzę, że to oglądam. Oczywiście Wojewódzki w formie, pajacuje, nie przestaje gadać bez ładu i składu, w swym mniemaniu jadowicie dowcipnie. Jak zawsze robi z siebie idiotę, a że jest inteligentny, to wie, jak zrobić z siebie idiotę skutecznie, jak z idioty w sobie wycisnąć jak najwięcej korzyści. Ale nade wszystko robi idiotę z gościa, bo na tym polega jego program – udający kompletnego idiotę Wojewódzki robi idiotów z gości, którzy akurat nie są idiotami, ale na idiotów wychodzą, podporządkowując się udawanemu idiotyzmowi Wojewódzkiego. W tym przypadku robi idiotę ze Stasiuka, człowieka, który nie lubi gadać po próżnicy, który nawet jak mejle pisze, to często równoważnikami zdań. Ideą tego programu jest zarzucanie gości potokiem zdań absurdalnych i pytań kretyńskich z taką szybkością, by nie zdążyli zareagować i sensownie odpowiedzieć. Stasiuk poszedł tam – mimo że mu odradzałem – aby pomóc Haydamakom, z którymi nagrał płytę, gdzie melodeklamuje Mickiewicza do folkowej ukraińskiej muzyki. Jeden nieszczęsny Ukrainiec z tego zespołu siedzi obok niego z miną szczęśliwego kretyna, a Stasiuk się ośmiesza z pełną determinacją i swoistą brawurą. Próbuje dotrzymać kroku Wojewódzkiemu w kąśliwości, a zarazem chce zostać sobą, ale przecież nie da się. U Wojewódzkiego nie można być ani sobą, ani kimś innym też nie można, można być tylko obnażoną ofiarą. Andrzej niezbornie wstaje, daje Wojewódzkiemu koszulkę pamiątkową, na niej – jeśli dobrze widzę – kościotrup na rowerze, fajna koszulka, szkoda jej dla Wojewódzkiego. Jakaś nieporadność Stasiuka, nieprzystawalność i żal się robi, jakby ktoś dziecko krzywdził. Ale cóż – Andrzej jest dorosły, a dorosłych mi zazwyczaj nie żal, jeśli są pełnosprawni umysłowo. Ale odwracam wzrok, udaję sam przed sobą, że nie słyszę tego, co mówi Andrzej, nie umiem jednak wyłączyć telewizora. Musi być coś kuszącego nieprzeparcie w przyjęciu zaproszenia do tak upadlającego programu. Andrzej, idąc tam, stawia się w tym samym szeregu, co gwiazdki seriali, królewny parkietów, ludzie bez właściwości, ale z popularnością, którzy śmiało mogą się tam ośmieszać, bo nie posiadają autorytetu literackiego, jaki ma Stasiuk. Nie obchodzą mnie jego tłumaczenia, że poszedł tam dla dobra braci Ukraińców, bo być może poszedł tam dla siebie najbardziej, by wyzwolić się z uwielbienia czytelników literatury i wreszcie zacząć być uwielbiany przez nieczytający naród. Gość w tym programie podaje tylko kamienie, z których budowany jest pomnik prowadzącego. Telewidzowie mają kochać, nienawidzić, uwielbiać Wojewódzkiego albo nim gardzić, a gość jest im do niczego niepotrzebny i mają go w studziennej pogardzie, ponieważ program ten, prowadzony przez inteligentnego cynika, jest z gruntu antyintelektualny. Jest doskonałą emanacją tego, co robi telewizja, żerująca na emancypacji ludzi, którzy odrzucili ciężar samodzielności myślowej.

Potem wkracza modelka Sandra Kubicka i opowiada coś o swoim nieznanym powszechnie narzeczonym oraz o Instagramie, na który wrzuca zdjęcia, swoje i tego narzeczonego. Stasiuk i Ukrainiec siedzą jak sieroty, nic nie mówią, bo co mają mówić. Wojewódzki Stasiuka pyta o to, czy Sandra fajna, ten coś niezbornie odpowiada. Sandra promuje zdrowy koktajl z jarmużu i szpinaku, Stasiuk próbuje, mówi, że przydałoby się w nim mięso, Sandra chyba obruszona, z pewnością jest wegetarianką. Wojewódzki wcześniej cytuje cynicznie i wybiórczo wypowiedzi Stasiuka, że ludzie w telewizji wyglądają, jakby byli po kokainie czy amfetaminie. Tak uważa Stasiuk, jednocześnie deklarując, że od wielu lat nie ogląda telewizji. Wojewódzki znów cytuje, że wedle Stasiuka kobiety nie mogą być chude, muszą mieć ciało, Andrzej się plącze w swych ripostach, rzeka żenady rozlewa się po ekranie, wpływa do mojego hotelowego pokoju, wypływa przez okno i zatapia cały Lublin.

Zapewne znajdujemy się już w tak upokarzającej sytuacji rynkowej, że jesteśmy gotowi na daleko idące ustępstwa wobec masowej rozrywki, skłonni pójść do najdurniejszego programu telewizyjnego w dziecięcej, naiwnej wierze, że to spowoduje wzrost sprzedaży naszej książki, i wmawiamy sobie, że nie robimy tego dla siebie, ale dla naszej powieści, albo dla płyty, którą właśnie nagraliśmy. Grzecznie odpowiadamy na najbardziej niedorzeczne pytania, przyjmujemy żałosne pozy, wyginamy się, uśmiechamy, byleby ktoś się nami zainteresował, bo przecież widzimy wyraźnie, jak spada ciekawość wobec tego, co napisaliśmy. Jak powoli, a nawet coraz szybciej przesuwamy się na margines, jak stajemy się zbędni. Jest w tym nasza głupota czy rozpacz bardziej? Bezmyślność czy desperacja? Walczymy o nieśmiertelność czy też o szybką, gwałtowną śmierć bez długich cierpień?

10 maja

Przeczytałem nową książkę Masłowskiej Inni ludzie. Przeczytałem i nie zachwyciłem się, co z kolei wzbudziło we mnie podejrzenia, że z pewnością za moim niezachwyceniem się musi iść zazdrość, wręcz zawiść. Mam w ręku dzieło autorki, która nieustannie dowodzi swego geniuszu, każda jej produkcja witana jest fanfarami. Widząc geniusz Masłowskiej, tym bardziej widzę swoją mierność, niezachwycenie się Masłowską nosi znamiona wyjątkowej podłości, małości, wredności. Wszelkie wątpliwości co do doskonałości nowej książki Masłowskiej muszą być zatem przejawem zawiści, głupoty, niezrozumienia jej arcydzielnego projektu, a może nawet stoi za tym jakiś konserwatyzm, prawicowość, mizoginia w parze z patriarchatem?

Cóż zrobić jednak z tym, że mimo iż wszystkich nowa Masłowska zachwyca, to mnie jednak nie zachwyca? Cóż począć, że ów poemat przecież, a nie powieść, i to poemat w rytmie rap, opowiadający tę samą historię, którą Masłowska już opowiadała wielokroć, zdaje mi się jałowy i wtórny?

Masłowska cokolwiek by opublikowała, to spotka się z aplauzem, gdyby nawet wydała przysłowiowe „kwity z pralni” (dziś nikt tak chyba nie mówi), spotkałoby się to z jękiem orgazmu. Profesor Czapliński by wysmażył przejmujący esej o doniosłości kwitów z pralni Masłowskiej, wiodące tygodniki opinii by zrobiły masywne wywiady z Masłowską, w których by powtarzała znane od lat rozpoznania, jury nagród literackich natychmiast by kwity z pralni nominowały do nagród, jeśli nie w dziedzinie prozy czy poezji, to by stworzyły nową kategorię – „kwity z pralni”. A jeszcze lepiej eseju, tak jak felietonowa książka Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu została nominowana do nagrody Gdynia w dziedzinie ni mniej, ni więcej jak eseju.

„Felieton to nie jest gatunek godny nagród literackich. Być może to ryzykowne stwierdzenie, ale mimo wszystko będę się go trzymać. Jednak w wykonaniu Masłowskiej wszystko jest inaczej. Ona z tego gatunku uczyniła literaturę” – tłumaczył w prasie juror Gdyni Aleksander Nawarecki. Felieton nie zasługuje na bycie literaturą, felieton nie zasługuje na nagrody, ale felieton Masłowskiej jest literaturą i zasługuje na nagrody, ponieważ to Masłowska pierwsza uczyniła z felietonu literaturę. Zastępy gryzipiórków, legiony dziennikarzy, armie miernot wcześniej pisały felietony, które literacko nic nie były warte, dopiero Wielka Masło przyszła i z podrzędnego gatunku uczyniła prawdziwą literaturę. Kimkolwiek jest juror Nawarecki, wiedza jego o historii felietonu jest mierna, ale za to wiedza o Masłowskiej duża.

Znudzony się poczułem, czytając Innych ludzi, znudzony powtarzalnością (ja to mówię, który z redundantności uczynił naczelną metodę) tematów i patentów. Nudzą mnie niepomiernie postaci figur kulawych społecznie, posługujących się językiem połamanym, choć w wielkiej mierze wykreowanym przez Dorotę. Coraz mniej mnie nęcą przygody i rozterki dziewczyny z Rossmanna i nieudacznego rapera, polujących na wyprzedaże z Biedronki. Nie o moją społeczną ślepotę tu idzie, brak wyczucia na mentalność, język i pragnienia ludu z blokowisk i biedoty z obszczanych kamienic, idzie tu o moje znużenie tą samą melodią, jakże sprawnie wygrywaną i wykrzykiwaną, wyrecytowaną przez Masłowską.

Zdaje się, że wszyscy traktują Masłowską protekcjonalnie, wciąż uważając ją za dotkniętą ręką Boga nastolatkę, nie zauważając jej dorosłego już wieku. Wciąż odkrywają, że właśnie się objawiła w całej potężnej poświacie swego nieosiągalnego przez nas, zwykłych skrybów, talentu.

Geniusz językowy Masłowskiej jest jej ograniczeniem, bo nie potrafi ona poza ten język wyjść, jest swego języka niewolnicą. Tak jak Joyce umarł jako pisarz, tworząc Finnegans Wake, tak Masłowska jako pisarka nie wkracza na coraz to wyższe stopnie Parnasu, jej pisanie jest regresywne. Ma świadomość, że klasyczna proza, regularna powieść jest terenem jej obcym, jedyna forma czysto niemal powieściowa, na jaką się targnęła, Kochanie, zabiłam nasze koty, była porażką przecież. Inteligencja Masłowskiej podpowiedziała jej, że musi się trzymać terytorium swego języka, jeśli chce nadal budzić czytelnicze pożądanie. Sięga zatem do skrzynki z narzędziami, którymi zbudowała wcześniej swą markę. Może najzwyczajniej Masłowska nie jest prozaiczką, ale performerką językową, artystką sztuk wizualnych czy też sztuk słuchalnych. Twórczynią literatury nie tyle pisanej, ile oralnej, jest wreszcie poetką, bo Inni ludzie są poematem, i chyba prawda jest taka, że Masłowska to najpopularniejsza poetka w Polsce. Żaden z poetów i żadna z poetek nie może marzyć o takiej sławie i kontrowersji, jaką Masłowska budzi wśród nie tylko czytających, ale wszystkich tych, którzy znają jej nazwisko – nie na jedno przecież wychodzi. Przynależy ona do tej ekskluzywnej kompanii twórców, których nazwiska są znane także analfabetom i ci analfabeci mają wyrobione zdanie na temat pisarstwa Masłowskiej. Może być dla poety, pisarza, eseisty, felietonisty większa nagroda niż popularność wśród analfabetów?

11 maja

Nie nadążam za czasem – budzę się w poniedziałek rano, po południu jest już środa, a wieczorem piątek.

Moje kompulsywne oglądanie seriali, które uprawiam z takim zacięciem, jak inni biegają, ćwiczą na siłowni czy nerwowo jeżdżą po świecie, przesiadając się z jednej taniej linii lotniczej do drugiej, ma u podłoża to samo – strach przed uciekającym czasem. To pozorny paradoks – tracić czas na oglądanie seriali, a zarazem uważać, że w ten sposób ratuje się przed uciekającym czasem. Ale może tyle mi zostanie po życiu: przeczytane książki, obejrzane filmy i wielka kulturowa kompetencja w postaci osobistej encyklopedii sztuki serialowej. Łatwiej zgromadzić w szafie wspomnień pamięć tysiąca odcinków obejrzanych seriali niźli dokładną pamięć książek, które czytać trzeba z uwagą, skrupulatnie, bez nerwowego pośpiechu. Coraz rzadziej książki stanowią wspólną platformę porozumienia z innymi ludźmi, jedni czytają tylko kryminały, inni tylko reportażowe, jeszcze inni najnowsze przeboje anglosaskie. Rzucać się na seriale jest łatwiej niż na nowości książkowe, do których zresztą czuję coraz większą odrazę. Więcej – oglądając te seriale, po kilka odcinków dziennie, czuję zarazem, że jestem bardziej na bieżąco ze światem kultury wysokiej, niż tracąc życie na brutalnie promowane powieści zagranicznych autorów. Serialu nigdy nie nakręcę, nikt rozsądny mi nie zaproponuje, bym do serialu napisał scenariusz, w oglądaniu przeze mnie seriali nie ma pierwiastka frustracji, wściekłości, rozczarowania, poczucia niesprawiedliwości, że mnie tam nie chcą, jak jest przy czytaniu książek, które są – widzę to z zabójczym obiektywizmem – gorsze od moich książek pięciokroć, a przez otumaniony reklamą i snobizmem tłum czytelniczy wielbione. Z publicznością serialową czuję mocne porozumienie, wspólnotę, czytelnicy literatury zaś zaczynają mi być wstrętni.

Ciąg dalszy wizyty Stasiuka u Wojewódzkiego. Niezawodna Maja Staśko, nieznana szerzej, ale zajadła, agresywna i radykalnie mizoandryczna autorka nienawistnych tekstów o Świetlickim, nadzwyczaj chętnie publikowanych przez „Krytykę Polityczną”, wypowiedziała się w kwestii tego programu. Naturalnie jej wywód – w założeniu słuszny – w swej wymowie jest pełen bełkotliwych inwektyw pod adresem Stasiuka. Spośród wszystkich oskarżeń, jak zwykle u Staśko podawanych w rewolucyjnej gorączce, najciekawszy jest ten, że Stasiuk ma swój dom, w którym może pisać. Staśko nie może wiedzieć, że Stasiuk u progu sławy pisarskiej niemal odżywiał się korzonkami, żył w nędzy, że dom, samochód, wszystko, co ma, wypracował swymi rękami, jak prawdziwy przedstawiciel klasy robotniczej – pisanie też jest robotą. Staśko i pozostali oraz pozostałe publicyści i publicystki lewicowi i lewicowe (trzymam się językowej poprawności politycznej) nieustannie zawodzą, że pisarze i pisarki nie mogą się utrzymać ze swojego pisania, ale dotyczy to wyłącznie pisarzy i pisarek znajomych, koleżanek i kolegów, jak zaś pisarz niebędący ich kolegą potrafi utrzymać się z pisania i jeszcze sobie dom zbuduje, uznają za haniebne. Lewica musi zajmować się walką o godność pracownika (pisarza), ale jak już ten pisarz (pracownik) potrafi się nieźle utrzymać, a nawet zbudować dom – staje się wrogiem. Sama walka bowiem, same postulaty, a nie ich zrealizowanie jest ważne.

Lewica