Dzień wagarowicza - Robert Ziębiński - ebook

Dzień wagarowicza ebook

Robert Ziębiński

3,5

Opis

Raz, dwa, trzy, w lesie zginiesz ty...

Chciał uciec i się ukryć, ale od zabijania nie ma ucieczki.

Dla byłego lekarza Armii Krajowej gęste mazurskie lasy są idealnym miejscem, aby nie rzucać się zanadto w oczy władzom nowej, komunistycznej Polski.

Mazury to też nowa ziemia obiecana dla polskich osadników. Pierwsi z nich zaczynają się osiedlać. Jednak coś wywołuje w nich ciągły lęk. COŚ niezwykle silnego i okrutnego rozszarpuje w puszczy kolejne ofiary…

Tymczasem w Moskwie referat Nikity Chruszczowa ujawnia bezmiar zbrodni Stalina. Zszokowany Bolesław Bierut umiera na miejscu. W Warszawie rozpoczyna się gra o władzę między „betonem partyjnym" a zwolennikami reform.

To wszystko jednak mało interesuje Ingę Ochab, córkę najważniejszego człowieka w państwie. Nastolatka wraz z przyjaciółmi planuje szalony wyjazd nad jezioro Śniardwy, aby uczcić Dzień wagarowicza.

Wilkołaki czy „ruskie” z pobliskiej tajnej bazy? Kto jest sprawcą krwawej masakry w mazurskich lasach? Tylko wyklęty Roman „Trop” Kielecki wie, że prawda jest jeszcze bardziej przerażająca. Aby ratować bananową komunistyczną młodzież, dzieci znienawidzonych wrogów, będzie musiał sobie przypomnieć wszystko, co wie o zabijaniu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 246

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
MariaWojtkowiak

Dobrze spędzony czas

W sumie mogę polecić. Szybko się czyta, niedługie, powiązane z drugą wojną i komunistami. Eksperymenty naukowe. I chwilowa pierwsza, wymuszona sytuacją, miłość.
00

Popularność




Pamięci George’a A. Romero

Kto jest niesprawiedliwy, niech nadal czyni nieprawość, Kto jest plugawy, niech nadal żyje plugawie. Johnny Cash, Man Comes Around

Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. Pierwszy List do Koryntian 15,21 Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2003

Ceną wolności jest śmierć. Malcolm X

Od Autora

Wszystko ma początek, więc również i ta książka, którą, Czytelniku, trzymasz w rękach. Pomysł na nią narodził się gdzieś około drugiej w nocy, późnym latem 2019 roku. W czasach, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o koronawirusie i pandemii. Co jakiś czas umawiam się z moim przyjacielem Pawłem Matuszkiem na oglądanie filmów. Siadamy i oglądamy. Im głupsze, tym lepsze. Tamtego wieczora nasz wybór padł na monster movies. Wygrzebałem z półki klasyczną Tarantulę Jacka Arnolda i patrzyliśmy, jak zmutowany pająk sieje zniszczenie w zapomnianym przez Boga miasteczku niedaleko pustyni w Arizonie. Dla przypomnienia, w filmie niejaki profesor Gerald Deemer pracuje nad miksturą, która umożliwia powiększanie zwierząt, co ma rozwiązać problem głodu na świecie. Pech chce, że przeprowadzając testy na pająkach, szalony naukowiec tworzy wielgachną tarantulę, a reszty można się domyślić.

Arnold nakręcił swój film w roku 1955. W Stanach fantastyka i horror biły rekordy popularności, a jedną z najbardziej lubianych odmian grozy tamtego okresu, która w Polsce nigdy się nie pojawiła, były opowieści o ingerencji obłąkanych naukowców w naturę, która w finale bierze odwet.

Polska kultura masowa w latach 50. ubiegłego wieku z przyczyn geopolitycznych została właściwie odcięta od rozwoju gatunku, jakim jest horror. Kiedy dotarły do nas te wszystkie cudowne filmy, kino na świecie zmierzało już w zupełnie inną stronę. Literatura także. I tym sposobem tak naprawdę monster movies nie zagościły u nas nigdy.

Kiedy kończyliśmy z Pawłem oglądać film, przyszedł mi do głowy pomysł: a gdyby tak opowiedzieć historię o potworze w realiach konającego socrealizmu? Znaleźć pomysł na opowieść zanurzoną po łokcie w polskiej rzeczywistości tamtego okresu, która będzie historią, jakiej wówczas nie można było opowiadać? Weźmy żołnierza wyklętego, który walczy z potworami. Dodajmy radzieckich naukowców. I milicjantów…

Kilka dni później zadzwonił do mnie Rafał Sonik z pytaniem, czy nie wpadłbym do niego na Mazury. Piękna pogoda, spokojne jezioro… Zabrałem siebie i psa i pojechałem. Pewnego dnia wypłynęliśmy na wycieczkę po jeziorze Śniardwy. Gdy wracaliśmy, Rafał chciał pokazać nam pewną plażę. Podpłynęliśmy i nagle poczułem się, jakbym dostał obuchem w łeb. Oto wylądowałem w miejscu, w którym czas się zatrzymał. Pensjonat jak sprzed siedmiu dekad, obok jedyny w okolicy sklep, żelazna brama i coś, co przypominało porzucone pozostałości po PGR-ze. Wypisz wymaluj lata 50. XX wieku, które ukryły się przed światem i zamieszkały na Mazurach.

Rafał nawet nie wie, ale dzięki niemu powstała ta książka. Gdyby wtedy nie popłynął na plażę, którą chciał nam pokazać, pewnie dalej szukałbym miejsca i pomysłu na fabułę. Więc, Rafał, dzięki.

Wracając do domu, układałem sobie w głowie, jak ta historia ma wyglądać, pamiętając o jednym – kluczowym – elemencie. Wszystkie kultowe serie i opowieści grozy odnoszą się do charakterystycznych i masowo rozpoznawalnych dat lub miejsc. Halloween (wiadomo), Piątek trzynastego, Koszmar z ulicy Wiązów (najpopularniejsza nazwa ulicy w USA), Krwawe walentynki itp. Pomyślałem, że w Polsce wolny jest chyba tylko dzień wagarowicza…

Nie należy, nie wolno wręcz traktować Dnia wagarowicza jako powieści historycznej. Ani jako książki, która próbuje z historii żartować. Nie. W moim założeniu ta powieść ma się odnosić do zasad rządzących horrorem w latach 50. ubiegłego wieku, będąc przy tym fabułą w pełni osadzoną w polskich realiach. Zabawną. Smutną. Straszną. Ale od początku do końca wymyśloną.

Pisząc ją, bawiłem się topografią – na przykład osada Pożegi owszem istniała, ale w zupełnie innej części Mazur, a dziś nie ma po niej śladu. Cały ten rejon zresztą składa się z ogromnej liczby miejsc, których już nie ma, a ja pożyczyłem sobie nazwę, bo mi się podobała. Bawiłem się chronologią zdarzeń i w zasadzie wszystkim, co przychodziło mi do głowy, a co było potrzebne do fabuły, na przykład przyspieszyłem odkrycie komórek macierzystych. Przepraszam, ale wiecie, jak to jest: jeżeli prawda jest niewygodna dla fikcji, tym gorzej dla prawdy. Jeśli więc znajdujecie tu prawdziwe nazwy miejsc czy historyczne nazwiska, to nie próbujcie układać ich w jakąś spiskową całość. Po prostu bawcie się opowieścią. Mam nadzieję, że jest zabawna. A Roman i jego nierówna walka z tym, co potężniejsze, was wciągnie.

A, i jeszcze jedno.

Wilkołaki istnieją.

PROLOG

Warszawa, październik 1944 roku

Czuł się tak, jakby ktoś wyłączył mu ciało, odciął dopływ energii. Wiedział, co się dzieje dookoła, ale nie mógł nic zrobić. Słyszał wokół głosy, ale nie potrafił odpowiedzieć. Czuł zapachy…

Zapach był najgorszy. Wydawało mu się, że przez ostatnie tygodnie walk przyzwyczaił się już do smrodu palonego ciała. Mylił się. Mdły, słodkawy zapach spalonych włosów i skóry wypełniał lej, w którym leżał. Widział palących się ludzi. Widział, jak uśmiechnięci Niemcy sprawdzają, czy jego koledzy żyją, wbijając bagnety w ich oczodoły. Widział to wszystko i nic nie mógł zrobić.

Zawsze wydawało mu się, że lepiej zginąć w walce, niż umrzeć zakopanym pod stertą gorących od ognia trupów.

Przez chwilę myślał, że to udar. Może w końcu mózg, przytłoczony gigantycznym stresem, razem z resztą ciała powiedział „nie”. Ale gdzieś w środku wiedział, że to nie choroba. Nie umierał. Po prostu siła wyższa chciała, aby tak leżał i patrzył. Obserwował śmierć i jej postępy. Śmierć, która rozkwitała przy wtórze wystrzałów, ognia i śmiechu oprawców w mundurach.

Kolejne ciało upadło tuż obok.

Bezwładna ręka uderzyła go w żebra. Nie mógł się ruszyć. Mógł tylko patrzeć.

Twarz chłopaka zawisła tuż nad jego głową. Z ust i nosa wydobywały się bąbelki krwi. Lewa część głowy była zmasakrowana. Z miejsca, gdzie powinno być ucho, spozierała na niego krwawa dziura. Widział przez nią kawałek szczęki. Kości. I krew, wraz z którą wypływały różowe drobinki. Znał je. Widział już wcześniej. Z głowy chłopca wyciekał mózg.

Spojrzał w jego oczy. Przestraszone jak u łani, którą kiedyś na polowaniu dobijał ze swoim przyjacielem Henrykiem. To było tuż przed wojną. Sierpień był upalny. Oni szli przez las, a łania sama wpadła im pod strzelby. To Henryk wystrzelił. Na początku myśleli, że chybił, że płochliwe zwierzę uciekło. Ale gdy doszli do miejsca, w którym stała w momencie wystrzału, zobaczyli, że się mylili. Na ściółce była krew. Dużo krwi. Łania była ranna. Uciekała w szoku. Ruszyli za nią w leśne chaszcze. Kilkanaście metrów dalej znaleźli ją, zaklinowaną między drzewami. Opadała z sił. Podszedł do niej od przodu, delikatnie chwycił za pysk. Zwierzę próbowało wyrwać się z pułapki. Jeszcze walczyło. Ale im bardziej się starało, tym szybciej traciło krew. Dotknął mokrego pyska łani. Spojrzał w oczy. Były przepełnione strachem. Łzami i strachem. Pamiętał, co wtedy pomyślał.

Nieważne, czy zwierzę, czy człowiek. W obliczu śmierci wszyscy płaczemy i wołamy o życie.

A potem Henryk dobił łanię. Ten sam Henryk, który jako jeden z pierwszych zginął w kampanii wrześniowej.

Teraz patrzył w oczy martwego chłopca, szkliste i przerażone. Chwilę później z lewego oczodołu buchnęła krew. To jakiś Niemiec upewniał się, że powstaniec nie żyje. Zobaczył krew i kawałek stali bagnetu.

Ciało wciąż nie pracowało. Wciąż leżał bez ruchu. Czekał, aż i jego ktoś przebije bagnetem albo strzeli mu w łeb. Ale mijały minuty, a nikt nie nadchodził. Kolejne ciała wpadały do leja, upadały obok niego. Wciąż słyszał śmiechy i urywki rozmów. Oprawców nudziło zabijanie. Mówili, że zabijanie Polaków jest nudne, bo padają jak muchy i sami pchają się pod lufy.

A potem zapadła ciemność. Sekundę wcześniej obiecał sobie. Obiecał sobie, że jeśli to przeżyje. Jeśli wyjdzie z tego dołu i dane będzie mu żyć, to już nigdy nikogo nie zabije. Wyjedzie stąd i będzie żył jak najdalej od śmierci.

Powtarzał to niczym mantrę. Modlitwę o życie.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ŚMIERĆ

12 marca 1956 roku

I

W ciemnościach las wyglądał groźnie. Nie żeby Michał się czegoś bał. Co to, to nie. Ale gdy stanął na rozstaju, zastanawiając się, którędy iść do domu, przez chwilę się zawahał. Jeśli pójdzie drogą, będzie szedł dłużej. Zasiedział się u Kwiatkowskiego. Stary cieśla wyjął ze spiżarni resztki bimbru, który był tak dobry, że Michał nawet nie zauważył, że zrobiło się strasznie późno. Do północy zostały ze dwie godziny. Obiecał, że wróci wcześniej, bo bziałka chciała, żeby w kuchni szafę naprawił. Ale teraz to już nic nie naprawi. No i nie miał co liczyć, że jej szlypfry zobaczy. A powinien, bo poszedł przedać cieśli ster meble po poprzednim gospodarzu. I przedał. W kieszeni upchał obwiązane gumką banknoty.

– Ćmok jak diabuł – powiedział do siebie, patrząc na las.

Ale decyzję już podjął. Jeśli przejdzie przez las i potem brzegiem jeziora, to w domu będzie za parę minut. A drogą to zejdzie z pół godziny.

Skręcił w wąską dróżkę wiodącą w mrok.

Księżyc na niebie wyglądał jak rogalik. Światła nie dawał. Chmury sytuacji nie poprawiały. Szedł przez ciemność, potykając się o wystające korzenie. Zaklął pod nosem. Mógł iść drogą. Zajęłoby mu to więcej czasu, ale zębów by nie wybił.

W głowie wciąż szumiał mu bimber. Słodkawy. Cieśla dodawał palonego cukru, co sprawiało, że ten zajzajer nieźle smakował. I był niebezpieczny. Niby takie słodkie, ale w łeb waliło.

Rozmyślając o smaku bimbru, nie zauważył gałęzi, która pojawiła się znikąd. Poczuł uderzenie w policzek.

– Szlag! – zaklął.

Przyłożył dłoń do twarzy. Nic nie widział, ale poczuł na palcach coś wilgotnego. Musiał dostać na tyle silno, że gałąź rozcięła skórę.

– W to mi bziałka nie uwierzy – roześmiał się głośno.

Michał miał opinię awanturnika. W gospodzie Pod Szczupakiem bił się tyle razy, że stracił rachubę. Mówili, że pobił więcej osób, niż tu zginęło podczas wojny. Przesada. Poza tym zawsze bił się o coś. I nigdy nie zaczynał. To zawsze ktoś a to chciał sprawdzić się na rękę, a potem oszukiwał i mówił, że pieniędzy nie ma, a to zaczepiał go, bo słyszał, że mocny w łapach jest. No był. Ale sam nie zaczynał nigdy. Choć lubił się bić, zawsze czekał na okazję. Kiedy rok temu poznał Danusię z Bergów, to mówili, że na złą drogę ją sprowadzi i dziewucha pożytku z niego nie będzie miała. A ona mimo to uznała, że tego wielkiego niedźwiedzia oswoi. I oswoiła. Wcale nie było to takie trudne, jak mogłoby się wydawać. Wystarczyło dać mu cel w życiu. Banalne, a jednak. Od roku Michał nie wdał się w żadną bójkę. Wieczory spędzał w domu. Popił, owszem, na weselu, ale nikogo nie uderzył. Kiedy sąsiadki pytały, jak to zrobiła, Danka się tylko uśmiechała.

Ale Michał wiedział.

Podobno miłość potrafi przenosić góry. A on Dankę kochał nad życie. I chciał dla niej to życie przeżyć. Nie włócząc się po aresztach, nie pijąc Pod Szczupakiem. Tylko obok niej. Jego rudej diablicy. Bo tylko diablica była w stanie uspokoić jego serce.

Poklepał się po kieszeni z pieniędzmi. Wyremontują za nie domki nad jeziorem. Danusia miała nosa do tych mebli. Znaleźli je, przewalając stare siano w stajni. Ktoś ukrył je po wojnie. Musiały być wartościowe, a Kwiatkowski ich w tym utwierdził. Skoro on tyle zapłacił, to muszą być warte jeszcze więcej. Ale to już nie jego zmartwienie. Potrzebowali pieniędzy teraz, a nie za miesiąc. Domki musiały być gotowe na przyjazd miastowych, a ci chcieli zjechać tu z końcem kwietnia.

Szedł przed siebie, myśląc o rzeczach, które muszą kupić, i o tym, co jeszcze trzeba wyremontować. Szafa dla bziałki może i nie była najważniejsza, ale on chciał to zrobić w pierwszej kolejności, bo obiecał. Poza tym kiedy był dobry dla Danusi, ona była dobra dla niego. Przed nią nie miał żadnej kobiety. Małgośka, córka starego Maślanego, się nie liczyła, bo się dotykać nie dała. Świeciła tylko cyckami, a potem uciekała. A Danka była diablicą. I za to kochał ją jeszcze mocniej.

Uśmiechnął się na myśl o tym, jak bziałka ściąga przed nim szlypfry. Jak jego ręka sięga włosów między jej nogami… Nagle usłyszał jakiś dźwięk.

Ktoś nadepnął na gałąź. Drewno pękło, a echo niosło ten odgłos przez mroczny las.

– Jest tu kto?! – krzyknął Michał.

Odpowiedziała mu cisza.

Rozejrzał się dookoła, ale niczego ani nikogo nie widział. Było ciemno. Zbyt ciemno. I choć oczy przyzwyczaiły się do mroku, niczego nie wypatrzył.

„Może dzik” – pomyślał.

Nie bał się dzików. Kiedyś jednego zadusił gołymi rękoma. Ale to było dawno temu, w czasach, kiedy jeszcze Danki nie było.

Po raz kolejny dotknął kieszeni, w której ukrył pieniądze. Były. Nie zniknęły. Ruszył dalej. Jeszcze kilka kroków i będzie nad jeziorem. Potem przebiegnie brzegiem te kilkaset metrów i wejdzie do domu, od strony domków dla letników.

W oddali w mroku zamigotała srebrna tafla wody. Szedł w jej kierunku, gdy znów to usłyszał. Jakby ktoś się za nim skradał.

„Cieśla? – pomyślał Michał. – Może to cieśla nasłał swoich zbirów…”

Nie. Szybko odrzucił tę myśl. Za dobrze się znali. Poza tym jaki byłby sens w okradaniu go, skoro jeszcze mebli nie odebrał…

Kolejny szelest.

Leśne echo znów niosło dźwięki.

– Kto to?! – krzyknął, ale nikt mu nie odpowiedział.

Próbował dojrzeć choćby zarys postaci, ale niczego nie dostrzegał. Czerń. Otaczała go czerń.

Poczuł, jak unoszą mu się włosy na karku, a ciało przeszył zimny dreszcz.

Jeszcze nigdy w życiu niczego się nie bał. A teraz, stojąc prawie u brzegu jeziora, pogrążony w niemal absolutnej ciemności, pierwszy raz to poczuł. Ukłucie strachu.

Ruszył przed siebie. Przyspieszył kroku.

Teraz to on hałasował. Ktokolwiek szedł za nim, musiał go słyszeć.

I usłyszał.

Coś w oddali wydało dziwny dźwięk. Jakby pomruk.

Michał się zatrzymał. Znów próbował wypatrzeć zarys sylwetek, ale nic nie dostrzegł.

– Szlag – mruknął.

I znów to usłyszał. Pomruk. Coś, co brzmiało jak sapanie połączone z warczeniem.

Szło za nim jakieś zwierzę.

Tylko jakie?

Lis? Zilk? Dzik? Cokolwiek to było, Michał nie chciał się z tym spotykać. Pomyślał o Dance, o pieniądzach i o tym, jak będzie wyglądało ich nowe życie.

Wtedy ruszył biegiem. Byle tylko wydostać się z lasu. Na piasku nikt go nie dogoni. Gdy tylko o tym pomyślał, potknął się o niewidoczny w ciemności korzeń. Upadł na ręce. Podnosząc się, znów to usłyszał. Tym razem nie było to mruczenie, a warkot. Dźwięk brzmiał groźnie. A jego źródło było blisko. Coś czaiło się w mroku. A potem z drugiej strony dobiegł go inny odgłos. Wyższy, mniej gardłowy.

Otaczali go. Cokolwiek czaiło się w ciemności, znajdowało się z dwóch stron.

Michał rzucił się do biegu.

W tym momencie warkot ucichł i zastąpił go trzask łamanych gałęzi. Coś biegło. I to biegło w jego stronę.

Próbował przyspieszyć, ale gałęzie okładały go po twarzy, a nogi plątały mu się w korzeniach i chaszczach. Od jeziora dzieliło go może sto metrów.

Dźwięk po lewej zbliżał się o wiele szybciej niż ten po prawej. Coś, co warczało, musiało być mniejsze i zwinniejsze. Nie próbował się odwracać. Wiedział, był o tym przekonany, że gonią go zwierzęta i nie mają pokojowych zamiarów.

Warczenie i charkot zbliżały się z każdą sekundą.

Od zejścia na piasek dzieliło go już kilka kroków. Dzięki światłu odbijającemu się od wody zobaczył gałąź na wysokości twarzy. Uchylił się. Pomyślał, że w razie czego wskoczy do wody. Pieniądze się wysuszy, a nie znał żadnego leśnego zwierzęcia, które dobrze polowałoby w wodzie. W głowie ułożył już plan.

I wtedy to usłyszał.

Po prawej stronie ktoś szeptał. Nie słyszał co, ale poznał ludzki głos.

A potem jakaś bestia wskoczyła mu na plecy.

„Zilk!” – pomyślał, zrzucając stworzenie.

Kiedy zwierzę upadło na ziemię, Michał poczuł, jak w jego ramię wbijają się pazury. Atakowała go druga bestia. Ta, która wydawała dźwięki jak człowiek.

Pazury wbiły się głęboko w mięśnie. Michał zawył z bólu. Drugą ręką wyprowadził cios, ale trafił w pustkę. Coś wyszarpnęło pazury z jego ramienia i rozpłynęło się w mroku.

– Ki diabuł! – krzyknął Michał, rzucając się przed siebie.

Oprawcy ukryli się w mroku, ale nie zniknęli. Nie mieli zamiaru. Poczuli krew i sprawiło im to przyjemność. Michał wiedział, że musi dobiec do wody. Jeśli to mu się nie uda, zginie w tym lesie, zabity przez coś, czego nawet nie widzi.

Mimo bólu w prawym ramieniu biegł najszybciej jak potrafił. Udało mu się wybiec z lasu. Teraz jeszcze tylko dostać się do wody.

W tym momencie zwierzę po raz wtóry wskoczyło mu na plecy. Tym razem z tak wielką siłą, że upadł na kolana.

„Byle nie na twarz. Byle nie stracić równowagi” – powtarzał w głowie Michał. Ale wiedział, że już za późno. Coś właśnie przewracało go na brzuch.

Upadł na piasek. Z całych sił próbował uderzyć napastnika łokciem, ale nie udało się. Za to bestia siedząca na nim wbiła zęby w jego bok.

Poczuł, jak kły ocierają się o kości.

Czuł, jak bestia z piekła rodem wyrywa z niego kawałek mięsa i zeskakuje.

Resztkami sił obrócił się na plecy. Chciał zobaczyć, co go napadło.

Gdy tylko spojrzał na swoich oprawców, od razu tego pożałował. Próbował zamknąć oczy i zapomnieć o koszmarze, jaki ujrzał. Chciał przed śmiercią przypomnieć sobie twarz Danki. Nadaremno.

II

Marmurowa sala miała świetną akustykę. Człowieka mówiącego półgłosem po jednej jej stronie doskonale było słychać po drugiej i nie trzeba było się specjalnie wsłuchiwać. Jednak trzech stojących przy marmurowym stole mężczyzn nawet nie próbowało mówić półgłosem. Dwóch z nich krzyczało, a trzeci słuchał. Mogłoby się wydawać, że ten milczący zbiera właśnie reprymendę swojego życia. Nic bardziej mylnego.

– Kiedy przyjadą zwłoki? – zapytał donośnym głosem pierwszy. Miał na sobie szary płaszcz z postawionym kołnierzem, którego nie zdjął, choć w pomieszczeniu było ciepło.

– Już jest w powietrzu, towarzyszu – odpowiedział drugi. Podobnie jak stojący obok mężczyzna, miał na sobie płaszcz, rękawiczki i ciepłą futrzaną czapę.

Obaj byli zdenerwowani i nie potrafili tego ukryć. Tylko trzeci mężczyzna zachowywał spokój. W milczeniu palił papierosa i przyglądał się swoim kolegom.

– Pierwsze, co musimy zrobić, towarzysze, to uciąć spekulacje – powiedział spokojnym głosem, gasząc papierosa w wielkiej popielniczce. – Nasi towarzysze ze Związku Radzieckiego poinformują o śmierci towarzysza Bieruta nad ranem…

– Towarzyszu se… – przerwał mu pierwszy mężczyzna.

– Wy mi tu, kurwa, nie towarzyszujcie. Wy się, kolego Werfel, nie wtrącajcie, tylko słuchajcie dyrektyw partii.

– Tak jest – odparł Roman Werfel. Niedawno został redaktorem naczelnym „Trybuny Ludu” i nie chciał tej pracy stracić.

– Wstrzymajcie druk. Nasze gazety muszą jak najwcześniej opublikować informację o śmierci towarzysza Bieruta. I tak Moskwa będzie pierwsza, ale działać. Działać. Towarzyszu Szymanowski – zwrócił się do drugiego mężczyzny. – Jakie działania przewidujecie w ramach uspokajania nastrojów społecznych?

– Yyy… To… Yyy… – Szef komitetu do spraw bezpieczeństwa zaczął się jąkać.

– Kurwa mać! – krzyknął Ochab, pierwszy raz podczas tej rozmowy wyraźnie wytrącony z równowagi. – Wy rządzicie tym krajem, wy mówicie ludziom, co mają myśleć, i się jąkacie?

Jeśli komuś wydawało się, że niepozorny, siwy mężczyzna w garniturze słuchał z pokorą dwóch większych od niego osobników, to teraz role się odwróciły.

– To ja wam powiem, towarzysze, co macie zrobić. Amerykanie już mówią, że Bieruta zabili. Trzeba pokazać Polakom spokojne oblicze wodza. Pokazać, że zmarł we śnie. Zorganizujecie narodowe czuwanie przy otwartej trumnie. Daty wymyślcie. Ciało będzie za kilka godzin. Przewieziemy je po cichu do Domu Partii. Parę godzin później zorganizujemy wielki wiec, niech warszawiacy popatrzą, jak z lotniska wiezie się ciało sekretarza.

– Ale ono już… – przerwał mu Werfel.

– Tak. Ono już będzie na miejscu. Nie bądźcie głupi, po prostu zorganizujcie przekazanie pustej trumny. Amerykanie i wszyscy nasi wrogowie muszą wiedzieć, że Polska na Związek Radziecki się nie gniewa. Że śmierć towarzysza Bieruta była naturalna, a przyjaźni między naszymi narodami nic nie zburzy…

Gdy skończył mówić, mężczyźni ruszyli w stronę drzwi. Edward Ochab został sam. Za kwadrans zjawią się wszyscy najważniejsi członkowie kierownictwa partii. Będzie musiał opowiedzieć im o kulisach śmierci Bieruta i to, co usłyszą, wcale im się nie spodoba. Przeczytał, a raczej przekartkował tajny referat „O kulcie jednostki i jego następstwach” spreparowany przez towarzysza Chruszczowa. Ten sam, który doprowadził starego Bolesława do zawału. Ochab wiedział dwie rzeczy. Po pierwsze, nie dziwiło go, że Bierut kopnął w kalendarz. Takiej porcji niebezpiecznej wiedzy nie wytrzymałoby wiele znacznie zdrowszych serc. Po drugie, muszą podjąć decyzję. Czy naród polski ma dowiedzieć się o katyńskiej zbrodni, czy nie. To będzie najtrudniejsza decyzja w ich życiu. Zły wybór może być końcem wszystkiego. Jeśli wybiorą źle, mogą stracić sojusznika, utracić państwo… Już raz liczyli na pomoc z zewnątrz… Od tamtej pory Warszawa wciąż pełna jest niewybuchów.

– Kurwa! – zaklął na głos. – Kurwa! Kurwa! Kurwa!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Text copyright © by Robert Ziębiński 2020

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2020

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Maja Strzeżek-Madej

Ilustracja na okładce: Rafał Szłapa

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Blik studio

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Dzień wagarowicza, wyd. I, Poznań 2020)

ISBN 978-83-8188-738-0

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer