Dzień sznura - Adam Podlewski - ebook

Dzień sznura ebook

Adam Podlewski

2,0

Opis

Upalne lato 1831. Wojska powstańcze cofają się na wszystkich frontach, a korpus Paskiewicza przekracza Wisłę, aby zaatakować Warszawę od zachodu. W wojsku rosyjskim szaleje zaraza, ale pierwsi chorzy padają też pośród powstańców, a także mieszkańców stolicy.

Porucznik Jacek Olszowski, weteran wojen napoleońskich i pierwszy prywatny detektyw Warszawy, znów zaciąga się do wojska i walczy w obronie kraju. Zostaje jednak aresztowany pod zarzutem zabójstwa towarzysza broni.

Wrzucony do więzienia razem z oskarżonymi o zdradę sprawy narodowej agentami tajnej policji, czeka na proces. Uratować go musi Natalia Piotrowska, jego kochanka, poetka i muza powstańcza. Nie zostało jej wiele czasu – epidemia cholery zbiera krwawe żniwo, a warszawska ulica domaga się powieszenia oskarżonych o zdradę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




RedakcjaPaweł Wielopolski
KorektaAnna Surendra
Projekt graficzny okładkiMariusz Banachowicz
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
Zdjęcia wykorzystane na okładce©Mariya Goncharova/Shutterstock ©Somchai Som/Shutterstockh
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2020 © Copyright by Adam Podlewski, Warszawa 2020
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66644-46-5
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 81redakcja@skarpawarszawska.plwww.skarpawarszawska.pl
Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG:DZIEŃ CHWAŁY

Zmierzchało.

Stary, gęsty las pod Mińskiem miał chronić ich przed skwarem dnia, ale tak naprawdę niewiele pomagał. Na polu było wciąż gorąco, mimo że dzień zbliżał się już ku końcowi. Za to między drzewami ciągnęło chłodem wręcz zadziwiającym jak na środek lipca. Słońce jeszcze nie dotykało horyzontu, ale w ciemności boru czuło się już zimno nocy, zapowiedź wilgotnego koca, bzyczących nad głową komarów i koszmarnych snów.

„To znaczy: ja czuję” – pomyślał porucznik Jacek Olszowski. – „Inni może nie. Jestem starym człowiekiem, zbyt słabym na tę wojnę i na życie w ogóle”.

Stał w długim szeregu kawalerzystów na skraju lasu, otoczony przez sprawdzonych towarzyszy boju. Pierwszy Ochotniczy Pułk Miasta Warszawy, jeszcze kilka miesięcy temu kolorowa zbieranina mazowieckich paniczyków, zamienionych generalskim rozkazem w ułanów, nie kryłaby się po lasach. Ale te miesiące, ponad dwie setki upadłych kawalerzystów, osiem szarży w wielkich bitwach i nieustanna gonitwa z idącymi w żelaznych kolumnach Moskalami nauczyły ich moresu.

„Jestem starcem i mógłbym być ojcem niemal wszystkich. Ba, być może dziadkiem kilku” – myślał leciwy żołnierz. – „Ale teraz wszyscy jesteśmy sobie podobni, w brudnych mundurach, postarzeni widokiem ruskich armat i dźwiękiem kozackich szarż. Niemal tu pasuję”.

Jako weteran kampanii jeszcze przy Napoleonie był kimś w rodzaju doradcy i błazna pułku. W początkowych tygodniach walk sklejał tę bandę przypadkowych ochotników w coś na kształt siły zbrojnej, ale teraz nie mógł ich już niczego nauczyć. Pułkownik Mariusz Ząbkowski i major Hubert Olkowski – dwaj młodzicy uczący się kawalerskiego fachu, przeżywając kolejne szarże, traktowali go jak kogoś pomiędzy generałem a świeckim kapelanem jednostki. Wierzyli, że warto ciągnąć ze sobą pięćdziesięcioletniego weterana, który spokojem, doświadczeniem i potęgą sędziwego jak na kawalerzystę wieku rozbije każdy czworobok jegrów.

Zorganizowana naprędce pułapka na pewno miała zadziałać – nie wiadomo tylko, na kogo: awangardę generała Gołowina czy dzielnych warszawskich ułanów. Osłaniająca Rosjan kawaleria wracała być może do Mińska albo ruszała na zwiad, co mogło w każdej chwili obrócić chaotyczne zwycięstwo Polaków w kolejną porażkę. Ale pięćset szabel („Trzysta osiemdziesiąt dwa, do diaska!” – myślał Jacek. – „Tylu nas zostało!”) mogło zaskoczyć odsiecz Gołowina i dać generałowi Chrzanowskiemu czas na ufortyfikowanie Mińska. Albo na bezpieczny odwrót – Jacek nie wiedział, czy ta druga opcja nie jest dla powstańców jedyna.

– Pułkowniku... – powiedział Olszowski do Ząbkowskiego. – Mariuszu... Szykuj się. Dziesięć zdrowasiek i ich zobaczymy.

Zwierzchnik skinął głową i spojrzał na pola. Za chwilę wróg mógł się wyłonić zza niewielkich pagórków w stronę Szczytnika. Zagubieni, zapewne oślepieni przez promienie rozpalającego zachodnią cześć nieba słońca. Też przestraszeni. Za to liczni, być może znacznie liczniejsi niż ludzie pułkownika. Blisko czterystu ułanów trzymało nerwy na wodzy tylko dzięki pozornemu spokojowi dowództwa. Porządek na wojnie jest wszystkim, zwłaszcza dla przegrywającej armii. Nic nie powinno było zburzyć budowanej pieczołowicie iluzji siły. Zrobił to Hubert, ale nie ze swojej winy.

– Panie pułkowniku...

– Kurwa, ciszej – syknął na zastępcę Ząbkowski. – Czego chcesz, Olkowski?

– Z Warszawy, kapitan żandarmerii, Harcik niejaki. Mówi, że musi zabrać Jacka... wiesz...

– Chuj, nie damy. Powiedz tak, będzie na mnie.

– Mariuszu, oni będą nalegać, a z tego się zrobi chryja. Niech Jacek z nim porozmawia i zdecyduje.

– O czym?

– No... czy się kapitanowi Harcikowi nie przytrafi moskiewska kula – szepnął Olkowski tak cicho, aby tylko jego zwierzchnik i Olszowski słyszeli.

– Kurwa! – syknął Ząbkowski.

Wokół Jacka ginęli ludzie. W czasach pokoju w sposób naturalny, gdyż dawny żandarm cesarza Napoleona zajmował się w Warszawie sprawami trudnymi i związanymi z mrocznymi zaułkami miasta. Ale ginęli też na wojnie, i to nie tylko Moskale. Podczas bitwy pod Grochowem w bohaterskiej szarży na moskiewskich kirasjerów księcia Alberta padł od kuli Paweł Wiślicz. Niestety, ktoś się potem dopatrzył, że kula, która nie przypominała pocisku z pistoletów wroga, dopadła dzielnego kawalerzystę od strony pleców, nie piersi. I od tej pory plotka o strasznej zemście starego i szalonego weterana żyła własnym życiem. Właśnie się okazało, że dotarła w Warszawie do nieodpowiednich uszu.

– Bój się Boga, Hubercie! – zawołał Olszowski. – Żadnego zabijania!

– Dobrze – odparł Olkowski, po czym spojrzał na pole przyszłej bitwy. – Może Bóg łaskawy wyręczy nas w potrzebie... – Odjechał na tyły, a pułkownik zapytał ściszonym głosem:

– Panie Jacku, zrobił pan to?

– Bóg mi świadkiem, że jeśli będzie na to czas, wytłumaczę dlaczego.

Olkowski wrócił z Harcikiem. Jacek znał przybysza od dawna, to jest od czasów nieszczęsnej kabały z pojedynkiem pięć lat wcześniej. Ale wtedy porucznik Janusz Harcik był zielonym młokosem, drżącym na każde huknięcie Jacka. Przez ostatnie lata zmężniał, i choć drobnej budowy, o dziecięcej twarzy, osłanianej przez nieco śmieszny blond wąsik, był innym człowiekiem. Spojrzał na Jacka, a ten pojął w jednej chwili, że te wciąż młode oczy widziały już śmierć, ogień i ból. Kiedy kapitan Harcik się odezwał, jego głos, wciąż dość wysoki, nie brzmiał strachem, ale determinacją.

– Dzień dobry, poruczniku. Nie prosiłem o to zadanie, ale je wykonam. Po bitwie aresztuję pana i doprowadzę przed komisję.

– Szarżujesz pan z nami, żandarmie – polecił Ząbkowski. – Już Moskale wyjeżdżają na wschodzie.

Faktycznie, zza pagórków zaczęły się wyłaniać sylwetki koni i jeźdźców. Szli stępem, na pewno nieświadomi zasadzki. Za to szli i szli. Na pewno setka, a przecież to tylko jedna kolumna. Ilu? Ilu?

– Pojadę z panem, o ile zwolni mnie pułkownik Ząbkowski – odparł Jacek. – Panie Harcik, słowo daję, że godzę się z panem pojechać i do czorta, aby tę sprawę wyjaśnić. Ale to potem. Prowadzi pan?

Harcik spojrzał wymownie na olster przy pasie Olszowskiego, potem w oczy weterana. Myśli całej czwórki stojących tam mężczyzn pobiegły w tym samym kierunku – ku hukowi bitwy, chaosowi szarży i brzydkiemu strzałowi w plecy.

– Kapitanie, byłbym ostatnim głupcem, zabijając pana w takich okolicznościach. Ryzyko paniki w naszym szyku, oczywiste ślady, skoro miałem motyw i sposobność...

– Pojadę za panem – odparł żandarm. – Jeśli pamięta pan Stoczek, wie, że to nie ze strachu, bo swoje jużem się zaszarżował. Ale ja nie mam w zwyczaju strzelać do towarzyszy broni.

– Ale może chce pan zacząć? – zapytał Jacek, wspominając zdarzenia sprzed pięciu lat. – To byłby niezwykły zbieg okoliczności, że człowiek, który zasiekł pana przyjaciela, padł w bohaterskiej szarży, tuż obok, a pan zdobył laury chwały...

– Na litość boską, za trzy zdrowaśki ruszamy! – huknął pułkownik.

– Ja nie strzelę do swojego – odparł Harcik. – Chyba mierzy pan innych swoją miarą...

– Nie – powiedział Olszowski. – Jeśli dożyje pan mojego wieku, odkryje, że to mierzenie innych własną miarą to niebezpieczny luksus.

– Dożyję? A coś mi grozi?

– Panowie, spokój w szeregu! – warknął pułkownik.

Spojrzenia Harcika i Olszowskiego się skrzyżowały. Po dwóch uderzeniach serca wiedzieli już wszystko, co trzeba. Harcik: że Olszowski strzelił wtedy, a na pewno nie strzeli teraz. Olszowski: że Harcik bardzo chciałby widzieć Olszowskiego martwym, ale ręki do tego zgonu nie przyłoży.

– No to jadziem? – zapytał Jacek.

– Niech cię kule biją, Olszowski!

– Nie uprzedzajmy faktów – odparł porucznik, a wtedy trębacz zadął hejnał. Ruszyli.

„Jak to było w tym wierszu? Oto dzień dziś krwi i chwały...” – pomyślał Olszowski.

Zza pagórków wyjechali ostatni – chyba! – jeźdźcy Gołowina. Jacek skupił myśli na zagrożeniu przed sobą, a nie z boku. Wraz z Harcikiem ruszyli dostojnego stępa. Niemal cztery setki ułanów wynurzyły się z lasu.

„Być może to się wszystko skończy tu i teraz” – pomyślał weteran. – „Nie będę narzekać, było ciekawie”.

„WARSZAWSKIE NOWINY”,14 LIPCA AD 1831

Z niezmierną przykrością redakcja zawiadamia o śmierci naszego zacnego Kolegi, Mateusza Drewniaka, autora od lat współpracującego z „Warszawskimi Nowinami”. Świętej pamięci redaktor Drewniak odszedł do Chwały Pana w nocy z 12 na 13 lipca, w domu, otoczony przez najbliższych. Padł on ofiarą udaru sercowego, przypadłości jakże częstej podczas obecnej pogody, której gorąc znacznie osłabia siły organizmów, nawet ludzi w sile wieku, takich jak Mateusz Drewniak.

W tym miejscu chcielibyśmy z całą mocą zdementować plotki, jakoby nasz zacny Kolega padł ofiarą strasznej Zarazy, pustoszącej miasta i wsie Królestwa. Plotki te są rozpowszechniane przez naszą konkurencję, która nie cofnie się przed podłością, aby odciąć Warszawian od rzetelnych informacji dostarczanych na naszych łamach. Zaraza Cholery nie przenosi się przez druk i czytanie naszego pisma nie naraża w żaden sposób szanownych Czytelników na niebezpieczeństwo. Poza tym zapewniamy, że Redaktor Drewniak nie pracował przy ostatnich wydaniach.

W imieniu pogrążonej w żałobie Redakcji

NN

I. DZIEŃ HAŃBY

Ów dzień był przyjemny przez może godzinę. Potem żar lejący się z nieba zamienił lipcowe przedpołudnie w zapowiedź ogni piekielnych. Nie dość tego, gdzieś w chmurach wisiała burza, a samo powietrze było ciężkie od wilgoci. Spociłby się nawet rozmodlony i ubrany w turban ojciec pustynny, a co dopiero zapięte na ostatni guzik w dzienne suknie damy z Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet.

Siedziba towarzystwa nie pomagała w zachowaniu świeżości – pałac Teppera był jednym z intensywniej wykorzystywanych dla wysiłku wojennego obiektów Warszawy. Sąsiadem dzielnych kobiet, łączących powołanie aniołów miłosierdzia z bojowym duchem nordyckich walkirii, byli ludzi hałaśliwi. Punkt poborowy, umieszczony na parterze budynku, w teorii powinien świecić pustkami – kto miał się zaciągnąć, ten już się zaciągnął. W praktyce było to biuro urlopowe, kancelaria zażaleń oraz ostatnie źródełko nadziei dla rodzin zaginionych żołnierzy. Potencjalni żałobnicy stali w tej samej kolejce co ranni żołnierze chcący odwlec swój powrót na front oraz potencjalni liweranci, którzy szukali jakiejkolwiek protekcji przy zawarciu kontraktu dostawczego dla wojska. Te grupy bardzo do siebie nie pasowały, więc i o kłótnie nie było trudno.

Drugie skrzydło parteru zajmowała dziura, a właściwie „Dziurka”, czasem zwana „Dziurką Marysi”, choć ta ostatnia nazwa pojawiała się częściej w dawnych, szczęśliwszych czasach. Od zawsze było to ulubione miejsce radykałów tak zaciekłych, że wyrzucanych za polityczne burdy z Honoratki. W czasie wojny przychodziła tam ta sama grupa młodzieży, przerzedzona tylko o tych walczących akurat na froncie.

Przed powstaniem Natalia chadzała tam często, z własnej woli, ba!, zwykle bardzo ciekawa fascynujących ją amatorów ludowego gminowładztwa, poezji i absyntu. Po czterech miesiącach służby tuż nad deliberującymi radykałami coraz częściej, w chwilach słabości, tęskniła za księciem Konstantym, który pojawiłby się w asyście roty kozaków i kazał wypłazować wszystkich obecnych w kawiarni. Potem wstydziła się tych myśli, ale złość na złoty kwiat Klubu Patriotycznego kipiała gdzieś w jej sercu.

„Tacy odważni! Gonili innych na wojnę, a sami siedzą z kawą i gorzałką. A mój najdroższy Jacuś gdzieś na froncie walczy za nich!”

Gwoli ścisłości można dodać, że sąd pięknej wiceprzewodniczącej warszawskiego oddziału Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet, panny Natalii Piotrowskiej, był w dużej mierze niesprawiedliwy. Owszem, dekownicy się zdarzali, ale większość gości restauracji stanowiły mumie, a przynajmniej tak nazywał ich Jacek. Gdy Olszowski był w stolicy po raz ostatni, wpadł odwiedzić kochankę na posterunku jej dobroczynnego przydziału. Zwrócił wtedy uwagę, że większość słuchaczy patriotycznych mów w „Dziurce” to rekonwalescenci, często wciąż owinięci w bandaże i wyglądający jak zabalsamowane na egipską modłę zwłoki. Natalia przyznała mu rację.

Pomysł utworzenia Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet był, przynajmniej z początku, dziwaczną fantazją Lelewela i Mochnackiego, którzy mówili o doniosłej roli niewiast w narodowym przebudzeniu, ale skrycie szukali tylko zajęcia dla panien, pań i wdów, zbyt rozemocjonowanych rozgorzałą wojną. A potem stało się to, co zwykle się dzieje na wojnach, to znaczy: ubyło mężczyzn, a śmieszny salonik towarzyski sióstr, żon i kochanek powstańczej elity nagle został obciążony prawdziwą pracą. Towarzyszki miłosierdzia faktycznie zaczęły opiekować się rannymi, jak w tych najstraszniejszych dniach tuż przed Grochowem i tuż po nim, ale także wyręczać wojskowych kwatermistrzów w zbieraniu jedzenia i leków, a ostatnio przejęły cześć obowiązków Rady Lekarskiej księdza Łubieńskiego, jeśli chodzi o śledzenie objawów zakażonych cholerą.

„Jezu, nie myśl o tym, nie myśl!” – szepnęła w duchu Natalia. Zwykle potrafiła szybko zamknąć te najmroczniejsze strachy w ciemny kąt umysłu. Cholera szalała w Warszawie, nie było sensu tego ukrywać. Ale niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że wiceprzewodnicząca warszawskiego oddziału towarzystwa jeszcze nie widziała chorego z odległości mniejszej niż dwa sążnie. Nie chciała prowadzić tej, jak się wydawało z początku, śmiesznej organizacji, ale ponieważ nalegał na nią Mochnacki, hrabina Wacławska, a nawet pani Darcepska, zgodziła się. Dlatego kiedy przyszła taka potrzeba, siedziała w biurze na pierwszym piętrze pałacu Teppera, zamiast chodzić po domach cholerycznych z felczerem, księdzem i grabarzem. Gdyby mogła, spaliłaby wszystkie kopie napisanego dwa lata wcześniej poematu Samotnia powietrzna i napisała o zarazie prawdę. A prawda była taka, że śmierć od krwawej gorączki, w samotności i smrodzie biegunki, nie miała z piękną poezją nic wspólnego.

„Nie zasłużyłam na ten przywilej” – myślała, wyobrażając sobie szeregowe towarzyszki więdnące i gnijące od śmiertelnej choroby. Musiała zepchnąć te myśli na bok, inaczej ogarniała ją mroczna, zwierzęca panika, pierś odmawiała oddechu, a serce stawało.

Zazdrościła tym nielicznym młodym, głupim chłopcom, którzy nadal zgłaszali się na werbunek, a jeszcze bardziej tym zabandażowanym mumiom, które wierzyły, że wracają na front z własnej woli. Mężczyźni posiadali jakiś niewiarygodny talent do niemyślenia o konsekwencjach swoich działań, dlatego tak chętnie działali. Ale przez to byli wolni, przynajmniej od lęku.

„To niezwykłe doświadczenie – żyć w strachu. Teraz wiem, jak czuje się niewolnik!” – Natalia mimowolnie powtórzyła zasłyszane od Jacka powiedzenie.

– Kochanie... to znaczy panno wiceprzewodnicząca, czy wszystko w porządku? – zapytała Marta Wacławska, stara, zasuszona wdowa po hrabim Wacławskim, a jednocześnie formalna zwierzchniczka Piotrowskiej.

– Przepraszam, słabo mi się zrobiło od tego upału...

– Chcesz się odświeżyć? – zapytała hrabina, a Natalia roześmiała się w duchu. Funkcję buduaru dla wszystkich obecnych w centrali towarzyszek pełnił mały pokoik obok schodów, wyposażony w niewielką gotowalnię z lustrem, starymi ręcznikami i miednicą niemal czystej wody – oczywiście rano, gdyż po południu woda przypominała tę wiślaną, a ręczniki zużyte bandaże z polowego lazaretu.

– Dam radę... chyba. Bardzo widać?

– Nie, moja droga, w tych warunkach wyglądasz niczym skowronek. Po prostu myślałem, że... sama wiesz. Ponoć pułk pana porucznika walczył wczoraj i...

– Wygrali – przerwała jej Natalia, dla której myśl, że Jacek może nie wrócić, stanowiła udrękę. Kiedy był obok, miała go dosyć. Coraz częściej zauważała, jak te kilka miesięcy wojny postarzyły jej kochanka. Ale kiedy Olszowski znikał, z każdym dniem zamieniał się w pamięci Natalii w Marsa, Apolla i Aleksandra Macedońskiego w jednym. Czasem w chwilach słabości rozważała nawet, czy nie przyjąć by jego zaręczyn.

– Tak, wygrali, wygrali, Mińsk ponownie wzięty... Ale...

Piotrowska jednak jej nie słuchała. Zamarła ze spojrzeniem wbitym w prowadzące z dołu schody. Stanął w nich osobnik doskonale jej znany, ktoś, kogo w normalnych warunkach traktowałaby za przyjaciela. Ale jeśli przyszedł do niej osobiście, mógł być wrogiem, nosicielem najstraszniejszych wieści. Doktor Piotr Kądziela.

Rosły młodzieniec rozglądał się niepewnie po piętrze. Na pewno szukał Natalii, ale od czasu jego ostatnich odwiedzin w pałacu Teppera lokalizacja biura towarzystwa się zmieniła. Piotrowska czuła, że powinna wstać, zawołać, pomachać do dawnego przyjaciela Jacka. Ale przecież nie mogła. Radca Nadzwyczajny Rady Lekarskiej mógł prosić, ba, nawet coś rozkazać Natalii Piotrowskiej, wiceprzewodniczącej towarzystwa. Ale nie zrobił tego przez kuriera, nie wysłał pisma. Skoro więc tu był, musiał przynieść wieści tylko dla niej.

– Panno Piotrowska – zawołał oficjalnym głosem, dostrzegając Natalię.

– Ja... Boże... – szepnęła Natalia. – Marto, nie mogę z nim rozmawiać... – szepnęła do hrabiny.

– Przecież to pan doktor z rady... – zaczęła Wacławska, widząc, jak jej towarzyszka drży, patrząc na zbliżającego się lekarza.

– Dzień dobry, szanowna hrabino, dzień dobry, Natalio – powiedział Kądziela poważnym tonem. – Natalio, czy możemy porozmawiać na osobności?

– Nie... – szepnęła blada Piotrowska.

– Spokojnie, Natalio, Jacek żyje. Przyszedłem ze sprawą służbową – dodał od razu. – Nie będę kłopotał hrabiny. Na pewno mi pomożesz, prawda?

– Tak, oczywiście... – odparła Natalia, słysząc w tych słowach coś w rodzaju groźby. – Pani hrabino, czy mogłaby pani...

– Oczywiście, dziecko. To sprawy służby – odparła Wacławska.

Piotrowska wstała i podeszła do Kądzieli. Ten wysoki, niegdyś chudy jak szczapa młodzieniec wyglądał tego dnia straszliwie. Niedawne szczęście: zdany egzamin eksternistyczny na chirurga, mianowanie do Rady Lekarskiej oraz ślub z młodą wdową Heleną Kłosowską wywróciły jego życie na tę szczęśliwszą stronę. Natalia pamiętała, jak przez kilka tygodni ten kruchy choleryk zmienił się nie do poznania, nabrał ciała, nieokreślone brzemię znikło z jego karku. Ale ostatnie tygodnie wpędziły go w melancholię jeszcze głębszą niż poprzednio. Piotrowska domyślała się powodów.

– Idź! – szepnął jej do ucha Piotr. – Zaprowadź mnie gdzieś w spokojne miejsce. Nikt nie może nas słyszeć.

– Jacek...

– Mówiłem, że żyje. I nie jest ranny. Ale prowadź, masz mało czasu, jeśli chcesz go uratować.

Natalia nie wiedziała, kto przykładał ostrze do jej szyi, była za to pewna, że od katastrofy dzieli ją jeden krok. Ruszyła schodami na drugie piętro pałacu, mijając niosących składowane na strychu bandaże i koce tragarzy. Odruchowo pozdrawiała swoje towarzyszki i służących w pałacu żołnierzy z punktu werbunkowego. Z trudem skupiała wzrok przed sobą, uważając, aby nie zaplatać się w tę może lekką, ale znacznie za długą jak na tę pogodę suknię. Gdy dotarła na górę, rozejrzała się w poszukiwaniu ciekawskich oczu, a że nie było nikogo, ruszyła do drzwi prowadzących do wnętrza piętra. Kądziela podążał za nią jak zły duch, bez pytań i postojów. Dotarli wąskim korytarzem do wschodniej ściany budynku, a tam weszli na boczne schody prowadzące do galeryjki na dachu.

Wspinaczka wąską klatką trwała kilka zdrowasiek, Natalia pociła się i ze strachu, i z wysiłku. Kądziela pozostał niewzruszony, wyglądał jak trup. Odezwał się dopiero, kiedy dotarli do galeryjki na szczycie:

– Nie tu, na dach. Nikt nie może usłyszeć. – Gdy Piotrowska zawahała się na kilka uderzeń serca, dodał zimnym tonem. – Od tego będzie zależało ich życie, uwierz mi.

„Ich. Jacka i Heleny” – pomyślała Natalia, otwierając okno galeryjki. Mogła już złożyć w głowie kilka najważniejszych elementów tej układanki. Niecały rok wcześniej była świadkiem krwawych zalotów Piotra Kądzieli do pani Heleny Kłosowskiej. To, co z początku było zemstą Kazimierza Żelatowskiego, szalonego skazańca, dawnego przyjaciela Kądzieli, zamieniło się w dziwaczną grę o życie Jerzego Kłosowskiego, męża Heleny. Piotr zdołał wykorzystać ślepą furię dawnego towarzysza do wywarcia własnej zemsty – sprawił, że Helena została wdową, a nawet cień podejrzenia nie padł na młodego lekarza. Jedynym, który poniewczasie przejrzał intencje Kądzieli, był Jacek Olszowski.

Jeszcze pół roku wcześniej Natalia zastanawiała się, czy ze strony lekarza nie grozi Jackowi niebezpieczeństwo. Ale tyle się od tego czasu zdarzyło... Rozgorzała wojna z Rosją. Kądziela zdobył uczucie Heleny i doprowadził do ślubu mimo żałoby wdowy. Potem Kądzielę powołano do Rady Lekarskiej, choć nie miał doświadczenia (Natalia podejrzewała, że był to wyraz wdzięczności anonimowego członka rządu za jego domniemaną rolę podczas Nocy Listopadowej). Przecież wszystko... no może prócz wojennego szczęścia polskiej armii, składało się na fortunę Piotra. Ale tylko do czasu.

Towarzystwo Dobroczynności Patriotycznej Kobiet utworzono jako budzącą patriotyczne uczucia kobiet ozdobę. Potem organizacja warszawskich dam zmieniła się w prawdziwą służbę pomocniczą armii, ku zgorszeniu wielu tradycjonalistów i zachwytowi białogłów myślących jak Natalia. Ale potem przyszła zaraza i towarzyszki zostały posłane na pierwszą linię walki. Nie z Moskalem, jeszcze nie. Za to zwerbowano je na wojnę z wrogiem po stokroć straszniejszym: cholerą. Z punktu widzenia uśmiechających się za biurkami urzędniczek (Natalia nie mogła zignorować myśli, że gdyby nie smutne następstwo epidemii, jakim było realne zagrożenie śmiercią w męczarniach, wywołana przez mężczyzn wojna przyniosła tyle swobód i przywilejów kobietom, że dawna, zadziorna Piotrowska nie wierzyła, że doczeka ich za swojego życia), ale kobiety pełniące pomocniczą służbę sanitarną znalazły się w piekle.

A Helena musiała wstąpić do Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet. Skoro jej nowego męża obdarzono zaszczytem rządowym... Poza tym trzeba było czymś zagłuszyć wstyd po ślubie w czasie żałoby. Piotr myślał, że załatwi to w sposób prosty: zgłaszając się do służby w pierwszej linii. Ale na tej wojnie nic nie było proste: męża zwierzchność wysłała na tyłu, a honor skierował żonę na śmiertelne zmagania. Tyle Natalia widziała lub się domyślała. Piotr tylko potwierdził jej obawy.

– Natalio, moja przyjaciółko – powiedział, wychodząc na dach pałacu.

Budynek składał się z dwóch nie do końca dobranych części: skrzydła południowego o spadzistym dachu oraz skrzydła północnego, zwieńczonego płaskim sklepieniem. To na nim dostawiono kilka lat temu trzy niewielkie galeryjki, wykorzystywane w celu podziwiania widoku na Wisłę (zdaniem Piotrowskiej: niezbyt imponującego) i pobierania danych meteorologicznych, jak mawiał szalony naturalista, Chryzostom Wieczorek, który czasem wspinał się na różne warszawskie gmachy z termometrami, wiatrołapami i barometrami. Zwykle po takich eksperymentach padało, ale gdy jeden z kelnerów „Dziury” poprosił Wieczorka, aby ten nie mierzył nieba, gdyż bardzo nie życzy sobie następnego dnia deszczu, bardzo blisko było do tragedii – wierzący w magiczną moc przyrodnika sługa prawie został zrzucony z dachu przed domniemanego władcę pogody.

Piotr podszedł do krawędzi dachu od Miodowej i gestem wskazał Natalii, by podeszła. Piotrowska zdziwiła się, jaki gwar dobiega z ulicy, nawet o tej przedpołudniowej godzinie. Zrozumiała, że było to dobre miejsce na rozmowę, gdyż szum od Miodowej topił niemal wszystko oprócz krzyku. Kądziela nie chciał być słyszany. To zwiastowało poważne kłopoty.

„Raczej mnie nie zrzuci” – pomyślała, podchodząc do krawędzi i patrząc cztery kondygnacje w dół.

– Domyślą się, jeśli coś mi się stanie – powiedziała.

– Ależ Natalio, przyjaciółko moja, nie chcę cię skrzywdzić. Raz, ze względu na naszą przyjaźń, dwa, ponieważ oboje jesteśmy sobie potrzebni. Natalio, ja śmiertelnie chcę z tobą dobić targu.

– Co takiego?!

– Nie udawaj głupiej – powiedział Kądziela, wciąż patrząc na ulicę. – Nasi wygrali pod Mińskiem, a Jacek nawet wsławił się w szarży. Ale w tej chwili zapewne wiozą go w kajdanach do Warszawy. No co, nie wiedziałaś? – zapytał z nutą satysfakcji w głosie. – Nawet sama panna Piotrowska, polska Laskarina, Atena warszawskich salonów, nie wiedziała, że swojego ukochanego nie obroni? Twoi przyjaciele jedno ci mówią, drugie robią. Żandarmeria wniosła o aresztowanie pod zarzutem morderstwa Pawła Wiślicza.

– To była moskiewska kula w bitwie – odparła Natalia wyuczonym odruchem. Powtarzała tak setki razy przed każdym znajomym z rządu i dziennikarzem piszącym o śmierci Wiślicza. Ich mogła przekonać, Piotra nie. Kądziela wiedział, że Wiślicz został zastrzelony z pistoletu Jacka, domyślał się nawet, że na tę śmierć zasłużył. Ale liczyły się fakty: porucznik Olszowski zabił towarzysza broni.

– Oszczędźmy sobie tej komedii. Jacek ubił Pawła, a w innych okolicznościach bym mu to wybaczył. Ba, może i teraz wybaczę. Wiozą go tu i pewnie zamkną w więzieniu w piwnicach Domu pracy razem ze szpiclami i dezerterami. Przykre, tym bardziej że porucznik źle znosi kraty.

– Nie dopuszczę do tego... – przerwała mu Natalia.

– Wiele od ciebie zależało w sprzysiężeniu, gdy uwodziłaś swoimi wierszami młodych gniewnych. Ale teraz wróciła męska władza. Szarże, tytuły, urzędowy rozsądek. W tym świecie to ja jestem mocniejszy.

– I co niby byś zrobił?

– Wyciągnę go z tej kabały. Przekonam przyjaciół, aby zakończyli śledztwo albo wysłali Jacka na front. Jeśli będzie bardzo źle i będziemy potrzebowali czasu, wymuszę, aby przydzielili go do moich służb sanitarnych, wiesz, komisja powietrzna.

– Jesteś chirurgiem...

– Jestem najmłodszym stażem członkiem rady, więc mnie zlecono badanie rozwoju cholery. Jak mówi Pismo: ostatni będą pierwszymi. Ja jestem pierwszy, aby uratować twojego Jacka.

– A w zamian?

– Ty uratujesz Helenę...

Jego głos wciąż zachowywał pozory spokoju, ale gdzieś w głębi łamał się i bulgotał. Piotr spojrzał na Natalię, a ta zobaczyła w jego oczach rozpacz, taką, jaką zdradzają tylko szaleńcy i ludzie doprowadzeni do desperacji. Mógł ją zrzucić z dachu, roztrzaskać jej czaszkę o komin, wykłuć oczy, udusić, wyrwać język, jeśli to uratowałoby Helenę.

– Ją nawet przekonałem – mówił teraz ciszej, tak, że ledwo go było słychać pośród ulicznego gwaru. – Jeślibym znalazł sposób na przeniesienie albo awans. Ona też już zaczęła się bać. Coraz więcej trupów, coraz więcej ciał. Ten smród, którego nie jest w stanie z siebie zmyć, kiedy przychodzi do domu. Jestem przewodniczącym komisji, siedzę za biurkiem i nie mogę jej osłonić, kiedy ona wchodzi do zakażonych domów i pielęgnuje chorych... te żywe trupy, gnijące i broczące ropą... Czy ty wiesz, czym jest cholera? – Spojrzał w oczy Natalii. – Może widziałaś jakieś ciało z daleka, ale czy byłaś świadkiem, jak chory wylewa z siebie krew i wnętrzności? Jak z jego trzewi uchodzi życie, już nadgniłe od zarazy? Ja się budzę w nocy z krzykiem, widząc siebie obok tych trupów. A Helena? Ona jest tak przerażona, że niemal się do mnie nie odzywa. Wie, że każdego dnia igra z wyrokiem śmierci. Musimy ją stąd zabrać! Nawet lazaret polowy byłby lepszy. Zabierz ją z Warszawy albo zwolnij ze służby.

– Służby? Piotrze, jesteśmy ochotniczkami...

– Tak sądzisz? Co się więc stanie z Heleną, jeśli nie stawi się na powietrzny patrol? Czy twoje towarzyszki nie przyjdą do naszego domu i nie zażądają, aby razem z nimi narażała życie?

– Nie wywleką jej siłą...

– Nie muszą. Kobiecej spojrzenie jest ostre jak bagnet żandarmerii. Ona nie jest w stanie uciec. Musisz ją zwolnić ze służby. Jesteś wiceprzewodniczącą towarzystwa...

– Rozdzielam bandaże i liczę rannych! Jestem kobietą i nie zarządzam. Asystuję twojej komisji, planuję trasy obchodów...

– Przenieś ją na Żoliborz, a potem znajdź sposób, aby zabrać z miasta.

– Jak?!

– Znajdziesz sposób.

– Nie znajdę.

Kądziela westchnął. Wyciągnął z kieszeni kamizelki chusteczkę i przetarł czoło. Spojrzał na dół, na ulicę, potem ukradkiem dotknął wiszącego na szyi medalika.

„Czy ma tam portrecik Heleny?” – pomyślała Natalia, ale wtedy znów musiała się w całości skupić na słowach Piotra.

– Bóg mi świadkiem, że tego nie chciałem – powiedział Kądziela. – Nie zamierzałem cię przekupywać, szantażować, straszyć. Ale muszę. Tak, jak powiedziałem, za życie Heleny oferuję życie Jacka. Jeśli Helena zachoruje, osobiście go zabiję.

– Raczej poznają cięcie twojego skalpela – odruchowo odpowiedziała Piotrowska, od razu żałując, że dała się sprowokować.

– Twoje towarzyszki dobroczynności to jedyna instytucja w Warszawie, w której nie mam władzy. Przysięgam, że zabiję Jacka, choć jeszcze nie wiem, jakim sposobem.

Piotr złapał Natalię za ramię i pchnął ku skrajowi dachu. Kobieta niemal zawisła na silnej ręce lekarza, z trudem balansując nogami na krawędzi.

– Nie wierzysz mi? Natalio, przyjaciółko droga, przecież mnie znasz. Trzy lata temu chciałem mordować księcia Konstantego. Rok temu patrzyłem na śmierć moich towarzyszy i pomogłem co najmniej jednemu z nich przenieść się na tamten świat. I zrobiłem to dla Heleny, zdradziłem mojego jedynego prawdziwego przyjaciela. Pomyśl, błagam, pomyśl, co zrobię z Jackiem, którego ledwo lubię?

– Wierzę! – syknęła Piotrowska, wyrzucając resztę powietrza z płuc.

Kądziela pociągnął ją ku sobie, a potem puścił. Straciła równowagę i upadła, na szczęście już na solidną i stabilną dachówkę. Oddychała głęboko przez kilkadziesiąt uderzeń serca, usiłując zebrać godność i siły. Ten pokaz nie był konieczny, ale na pewno pomógł docenić determinację Piotra. Znali się od lat, nim poznał Helenę, być może nawet podkochiwał się w Natalii. Na pewno cenił ją jako poetkę i patriotkę. Do owego dnia nigdy nie przypuszczała, że mógłby użyć wobec niej przemocy, nie mówiąc już o zabójstwie.

„Swoją drogą, pięknie by to wyglądało. Ja, w tej białej sukni i z szarfą towarzystwa leżałabym we krwi na bruku Miodowej. Piękno i niewinność na zaschniętym łajnie końskim. Poezja!”

– Czy się rozumiemy? – zapytał w końcu Piotr.

– Nie musiałeś tego robić...

– Musiałem. Wszystko, co zbliża mnie do uratowania Heleny, jest konieczne. No nie dąsaj się, wstań... – Podszedł, wyciągnął rękę i podniósł ją. Nie delikatnym gestem młodego panicza, pomagającego pięknej damie, ale z gwałtowną siłą, jak wojskowy dowódca, który podnosi rannego żołnierza. – I jeszcze jedno: ani słowa Jackowi. Może zrobić coś... nierozważnego, a tego byśmy nie chcieli.

– Wiesz, że gdybym zleciała z tego dachu, szanse na przeniesienie Heleny spadłyby wraz ze mną?

– To by była tragedia dla Heleny. I dla Jacka. Dlatego zakładam, że od teraz oboje walczymy o życie drogich nam osób. Posłuchaj, jesteś niezwykłą kobietą, przenikliwszą niż chyba wszyscy, których znam. Sama wymyślisz, jak te sprawę załatwić. Ja tylko radzę: powiedz hrabinie, że przez najbliższe dni będziesz się zajmowała sprawami chorych i musisz wizytować patrole powietrzne. Jednocześnie przekonasz tę starą sowę, że przeniesienie Heleny to jej pomysł. W nagrodę ja pomyślę, jak zorganizować ci spotkanie z Jackiem.

– Tak szybko, mój generale? – zapytała z trudem utrzymująca na wodzy furię Natalia.

– Nie mamy wiele czasu. – Nachylił się ku twarzy Piotrowskiej. – Niebawem przegramy. Ostrołęka to był dopiero początek. Przyszły raporty z Torunia i Osieka: Prusacy przepuszczą korpus Paskiewicza. Wybudowali im nawet mosty łyżwowe. Lada dzień Moskale zaczną przeprawy. A kiedy ruszą z północy i odetną Warszawę od zachodu, to już nikt miasta nie opuści. Zginiemy tu wszyscy.

– Za takie desperackie słowa mogą cię skazać za zdradę.

– Owszem, ale raczej nie zawisnę przed Jackiem – odparł Kądziela i ruszył ku oknu galeryjki. – Chodź, Natalio. Prowadź, to ty tu jesteś gospodynią.

Bez słowa zeszli na drugie piętro. Tam pożegnała Kądzielę w prostych słowach, wygłoszonych na pokaz świadków. Potem odczekała jeszcze kwadrans, wymówiła się z przerwy na kawę i ciasto, po czym jeszcze raz wspięła się na górę. Wyszła na dach, przymknęła za sobą okno. Dopiero wtedy wybuchnęła płaczem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki