Dyktator - Mariusz Zielke - ebook + książka

Dyktator ebook

Mariusz Zielke

0,0
29,79 zł

lub
Opis

Tak mocnej powieści o polskich elitach jeszcze nie było!

Prezes partii rządzącej jest już zmęczony nieustającym pasmem wyborczych zwycięstw. W skromnym domu na warszawskich peryferiach, u boku ukochanego kota, zmęczony, samotny i osaczony wspomina wzloty i upadki.

Dyktator” to pełna spisków i intryg, na przemian zabawna i przerażająca historia o tym, do czego prowadzi szerzenie nienawiści i kult jednostki. Powieść została zamówiona przez wydawcę, który zalecał, by promowała sukcesy polskiego rządu. Autorowi wyszło coś innego i powieść trzeba było opublikować poza oficjalnym rynkiem wydawniczym.

O autorze:

Mariusz Zielke jest byłym dziennikarzem śledczym, trzykrotnie nominowanym do najważniejszej polskiej nagrody dziennikarskiej Grand Press i jej zdobywcą w 2005 r. Od ośmiu lat bezrobotny, z wilczym biletem w mediach. Pisze obiektywnie, odważnie i krytycznie o każdej władzy. Autor 10 powieści wydanych przez renomowane oficyny, takie jak Czarna Owca czy Muza.

„Nie popieram żadnej partii politycznej, jestem niezależny, nikt mnie nie finansuje i zawsze piszę uczciwie. Przez lata krytykowałem kolejno działania rządów SLD, PiS, PO. Zawsze stoję po stronie obywatela. Nigdy nie przegrałem procesu sądowego, nie miałem wpadek dziennikarskich, wielokrotnie nieskutecznie mnie straszono i próbowano skorumpować.”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 297




Od Autora

„Dyktator” nie opowiada o jakimkolwiek istniejącym polityku. Wszystkie postaci i wydarzenia są wymyślone, ewentualna zbieżność przypadkowa. Przygotowując się do napisania powieści przeczytałem masę wywiadów, książek i biografii prawdziwych polityków, jednak starałem się wymyślić swojego, oryginalnego bohatera. To utwór o człowieku uwikłanym w politykę, o grze człowieka z władzą, wreszcie o wielkim ryzyku, jakie się wiąże z dążeniem do panowania nad ludźmi i kultem jednostki. „Dyktator” jest pierwszą częścią trylogii traktującej o polskiej transformacji.

Kulisy powstania powieści

W 2017 r. jeden z wydawców sympatyzujący z prawicowymi mediami (i pieniędzmi skarbu państwa) zamówił u mnie powieść sensacyjną, która miała być wykorzystana w celach propagandowych do sławienia sukcesów polskiego rządu w walce z korupcją i przestępstwami gospodarczymi. Początkowo chciałem spełnić jego oczekiwania (w końcu taki mam zawód; wielu pisarzy realizuje zamówienia wydawców). Gdy jednak pooglądałem trochę telewizji publicznej i różnych debat, uznałem, że to nie jest temat na powieść sensacyjną (a tym bardziej propagandową) i tak powstał „Dyktator”, uczciwa powieść o człowieku uwikłanym w polskie realia. Wydawca był już przerażony samym jej tytułem. No bo cóż, takiej książki nie będzie promować ani telewizja, ani nie będą jej sponsorować państwowe koncerny. Zamówił przecież coś, co miało mu przynieść pieniądze oraz przychylność władzy. A tu, za przeproszeniem, dupa. Czmychnął jak kot nadepnięty na ogon i drży pewnie tak do teraz, czy go ujawnię i czy zostanie odcięty od źródełek. Spokojnie, tacy jak pan zawsze lądują na cztery łapy.

„Z władzą nie można flirtować, trzeba ją poślubić.”

André Malraux

„Czymże jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i sromem bolesnym. I tymże powinien być człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem i wstydem bolesnym.”

Friedrich Nietzsche, „Tako rzecze Zaratustra”

Rozdział 1

„Władzo! Światłości mego życia. Płomieniu mych lędźwi. Mój grzechu, moja duszo…”

To moja ulubiona powieść, choć niespecjalnie wierzę, że Vladimir napisał ją z inspiracji czy też urzeczony osobowością Władzy, jak twierdzą usłużni zausznicy. Sądzę nawet, że miał na myśli kobietę, nie kota. Zapytać nie mogę, bo Vladimir nie żyje, zmarł zanim zdążyłem mu osobiście podziękować, uścisnąć dłoń i pogratulować książki. Sama Władza, szczerze mówiąc, ma to wszystko gdzieś, choć wyraźnie lubi, gdy czytam na głos, deklamuję jej imię i kolejne poetyckie frazy z prologu. Ale ona w ogóle lubi głośne czytanie, im dłużej, tym lepiej. Kładzie się wtedy na nocnym stoliku przy łóżku, wyciągnięta, rozluźniona, tuż przy moich ustach i… mruczy. Ja szepczę niespiesznie, powolnym, głębokim tonem, ona odpowiada cicho, leniwie, dostojnie…

„Wła–dza. Czubek języka schodzący w dwóch stąpnięciach wzdłuż podniebienia, aby na dwa trącić o zęby. Wła. Dza.”

Czy jest lepszy dowód na miłość, nawet jeśli zdaniem Mirki, jest to miłość perwersyjna?

Władza, jak się pewnie domyślacie, to mój kot, a raczej kotka, dziewczyna, piętnastoletnia dzika lolitka, nieco chłodna w uczuciach błękitno–szara brytyjka o oczach zielonych jak morska toń i sierści aksamitnej w dotyku niczym jedwabny szal.

Dostałem ją w prezencie od córki mojego brata w rocznicę śmierci Marcela, jej da(u)chowego poprzednika. Początkowo na imię miała Liwia, ale dawno temu, jeszcze zanim przejąłem rządy ostatecznie i bezapelacyjnie, sztab wyborczy postanowił arogancko zakpić z krytyków, którzy z kolei drwili ze mnie i z niej, wołając:

„Prezes ma tylko jedną miłość: kota”.

„Miłością Prezesa jest Władza” – odpowiedzieliśmy im internetowym memem, który pozornie miał mnie krytykować, lekceważyć i ośmieszać, a zamiast tego przyniósł dwuprocentowy wzrost poparcia. Ludzie lubią koty i dystans do siebie, także jeśli jest nieprawdziwy i wydumany.

Tak Liwia stała się Władzą, moją miłością, a ja przekonałem się do Internetu, choć jak wiecie, nienawidzę nowości, szczególnie tych zachodnich, bo zachód to zło, samo zło. Jednocześnie jednak musiałem przyznać (jestem sprawiedliwy w sądach, w końcu ja to też sprawiedliwość): nie ma lepszego narzędzia do manipulowania ludźmi.

Mirka, tak naprawdę Mirosława (jakże ja nienawidzę zdrobnień), jest z kolei asystentką, najbliższą współpracownicą, strażniczką, doradczynią, powiernicą, kapciową, wierną jeszcze dłużej. Ufam jej bezgranicznie, choć jest córką byłej asystentki samego Bieruta (i nieznanego ojca, co w tym wypadku wydawać się może jeszcze bardziej podejrzane).

Ma lat pięćdziesiąt pięć, wzrost metr pięćdziesiąt pięć, waży też pięćdziesiąt pięć. Kilogramów – sama skromnie gubi pierwsze sylaby i uwodzicielsko szepcze:

– Gramów.

Śmieje się, że jest dziewczyną na piątkę i mimo postępującego wieku wciąż się w tej piątce utrzymuje. W istocie jest chodzącą doskonałością, zna języki, zasady savoir–vivre, dzięki plotkarskim pisemkom lepiej orientuje się w rodzinach królewskich niż większość moich ministrów, z tym od zagranicy na czele. Nosi duże okulary, modne w latach siedemdziesiątych, które upodabniają ją do ówczesnych bogiń i przywołują wspomnienia z młodości, przez co każdy mój rówieśnik popada w coś na kształt rozrzewnienia.

Zawsze sumienna, świetnie zorganizowana, układa mi dnie, tygodnie, miesiące. Na lata potrafi zapamiętać terminarz i dostosować go do potrzeb, w każdej chwili i miejscu, z kalendarzem, który ma zapisany w głowie i może się go codziennie uczy na pamięć, jak ja chłonę vladimirową „Władzę”.

Mirka ponadto ma tę jedną, rzadką, a może wręcz niepowtarzalną, niezwykłą cechę, której nie da się nauczyć – intuicję. Dosłownie czyta w moich myślach.

Przewiduje moje przyszłe słowa, decyzje, gesty. Wie, z kim chcę się spotkać, a kogo unikam. Wyczuwa, gdy mam refleksyjny nastrój, a kiedy pragnę wybuchnąć, bo przecież wybuchnąć czasem trzeba, odreagować, wyrzucić z siebie to całe nagromadzone, zakumulowane zło, przelane na nas przez ludzi podłych i brzydkich. Trzeba czasem pokazać siebie, takim, jakim się jest naprawdę!

Sam jestem brzydki, sam jestem zły.

Tak wołają i mają rację, ale moje zło jest kumulacją wszystkich zeł, zła, które rodzi się w ludziach za dnia, by w nocy jeszcze się podsycić, naładować i wybuchnąć rankiem lub kolejnym wieczorem, jak to bywa.

Gdy kiedyś postraszyłem przyszłego premiera bronią i opowiedziałem Mirce, że miałem ochotę nacisnąć spust choć raz (zawsze pierwszą komorę trzymam pustą, bez pocisku), a może zamierzałem nacisnąć dwa razy, odparła:

– Mógł prezes i trzy. Wyjęłam tego dnia naboje. Tak na wszelki wypadek.

„Podobno to twój brat groził premierowi bronią, nie ty” – odzywa się w mojej głowie głos Waldemara.

Siedzimy razem w niewielkim, skromnie urządzonym gabinecie w Zamku. Nie ma w nim obrazów, rzeźb, starych waz, mieczy i halabard, tarcz, zbroi czy innych drogich pamiątek. Tylko moje biurko (bez komputera), na nim jedynie notes, zegar i kalendarz; z tyłu, pod ścianą dwa regały z książkami, encyklopediami i słownikami (tak naprawdę dla pozorów, bo książki, które czytam, trzymam w sypialni), kanapa i fotele dla gości.

On i ja. Ale mówię tylko ja, on milczy na razie. Ja peroruję o czymś innym, ale jednocześnie myślę na kilku ścieżkach, jak nowoczesny rejestrator dźwięku. Tu opowieść o miłości do Władzy, tam duma z osiągnięć, jeszcze gdzie indziej odległe, trudne do odrzucenia, mimo najszczerszych chęci, wspomnienie Joanny, a na następnym kanale tylko szumy.

Waldemar ma wypełnić właśnie tę ostatnią ścieżkę. Jest od wytłumienia zakłóceń i wymyślenia czegoś nowego, kolejnej pokrętnej narracji, która uśmierzy społeczne niezadowolenie i przyniesie nam następne zwycięstwo, jeszcze jedno do kolekcji nieustających wygranych, bo zwyciężać się w końcu nauczyliśmy; osiągnęliśmy w tej kwestii swoiste mistrzostwo.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy – mam ochotę zakrzyknąć za towarzyszem Wiesławem. Jednocześnie wiem, jak potrzebna jest jego praca, inwencja i pomysłowość, jak ważne zaangażowanie i serce, bo człowiek przyzwyczajony do wygrywania traci czujność i może coś zlekceważyć, a ja nie chcę niczego zaniedbać, chcę znów wygrać, uczciwie, cieszyć się radością tłumów, a nie korzystać z innych… metod.

Macham ręką trochę zły, trochę rozczulony, jak zawsze na wspomnienie Grzegorza. Mylono nas od dziecka, choć mój brat, zwany przez złośliwych Gregorym (tak, oni też wiedzą, jak nienawidzę zdrobnień i udziwnień), a przez przyjaciół Gregoresku (taki nasz żart, o którym opowiem później), nie był do mnie wcale podobny. Był światłem, podczas gdy ja jestem cieniem, był nadzieją, gdy ja pozostaję wyrzutem, był radością, kiedy ja jestem smutkiem, był słodką rozkoszą, a ja smakuję gorzko, z goryczką, która zostaje w pamięci na długo, może nawet na zawsze.

– Fizyczne podobieństwo jest w gruncie rzeczy mało istotne, powierzchowne i ulotne. To jak z Murzynami, Hindusami czy Azjatami. Wszyscy wydają się być tacy sami, a przecież wystarczy odrobinę dłużej z nimi przebywać, przyjrzeć się, zrozumieć, a nie będziemy mieli żadnego kłopotu z rozpoznaniem – tłumaczyłem mu już wcześniej. – Dokładnie tak było z moim bratem Grzegorzem i ze mną. Pozornie tacy sami dla bywalców i przechodniów, niemal jak bliźniacy, którymi przecież nie byliśmy. Zupełnie inni dla bardziej wnikliwych, uważniejszych obserwatorów. Premier nie należał do zbyt spostrzegawczych. Prawdę mówiąc to był zwykły głupiec, chłopiec na posyłki, pętak i leń, który nic nie osiągnął, a zamiast zająć się żoną oraz dzieckiem chodził po balangach i grał w gałę. Uważał nas za jedno i to samo zło. Nie rozróżniał. Nie potrafił zrozumieć, że to ja jestem jego prawdziwym koszmarem. Dopiero po śmierci Grzegorza zmienił front. Z tą samą determinacją, z jaką go niszczył, zaczął mojego brata gloryfikować, usiłując na mnie zrzucić winę za to, co się wydarzyło. Jakbym to ja zorganizował zamach, a nie on wspólnie… sami wiecie z kim.

Na mnie! Rozumiecie!? Na mnie!

Waldemar to mój drugi najważniejszy współpracownik, przyjaciel wręcz, równie wierny jak Mirka, ostatni z zakonu Muszkieterów, który został przy moim boku, zawsze gotów do walki na śmierć i życie za sprawę.

Jest wysoki, chudy, kościsty i silny zarazem. Z charakteru i mocy mięśni. Dla przyjaciół szczery, szczodry, wspaniałomyślny. Godzien zaufania. Dla wrogów ostry, nieugięty, bezwzględny, zawzięty.

Twardy jak skała. Gdy stawał wiele razy w mojej obronie przypominał kolosa, giganta odstraszającego najodważniejszych przeciwników. Prawdziwy Goliat.

Ma białe, nieco za długie włosy, pociągłą twarz z szeroką, mocną szczęką, dołeczkami w policzkach i głęboko osadzonymi oczami, które otaczają grube bruzdy mądrości, doświadczenia i nieugiętej siły woli. Przypomina aktora z amerykańskich filmów, w których bohaterowie są herosami, cedzą słowa i złym ludziom wybijają zęby albo strzelają między oczy.

Ciągle dopytuje o to zdarzenie z pistoletem, o incydent, którego nikt poza nami (mną i tym Sabaką) nie widział, bo byliśmy sami, bez świadków, i gdyby strachliwy Pies milczał, jak na mężczyznę przystało, ludzie nigdy by się nie dowiedzieli. Ale tchórz musiał popuścić, nie potrafił inaczej, długo pielęgnował w sobie tę złośliwą potrzebę zwymiotowania na mnie, czy na mojego brata, ukarania nas za to, o ile go przewyższamy.

– Więc, jak to było? Naprawdę powiedziałeś, że dla ciebie zabić liberała to jak splunąć?

Szczerze mnie bawi to wspomnienie, jego mina i późniejszy przekaz, bo przecież ludzie z minimalnym potencjałem intelektualnym powinni znać się na żartach (szczególnie wystrzałowych).

Waldemar zaś prosi o szczegóły, okoliczności, uzasadnienia. Uważa, że są istotne w kontekście mojej osobowości. Że w zależności od tego, jak opisze czyny i reakcje w książce, czytelnicy odbiorą je dobrze lub źle, będą postrzegać mnie jako odważnego męża stanu, przekornego kpiarza albo wezmą za nieobliczalnego, groźnego furiata.

– Kłopot w tym, by uwieść i jednych, i drugich, i trzecich. Bo przecież taki mąż stanu nie może skupiać się tylko na poplecznikach. Trzeba wciąż zdobywać nowych. Szanować wiernych, łechtać ich próżność, ale zapraszać tych z drugiej strony barykady oraz niezdecydowanych, do nich też wysyłać sygnały, poszerzać wpływy. Jak Łukaszenka.

Jego idol. Prawdziwy profesor w zdobywaniu ludzkich dusz. Waldemar uwielbia opowiadać anegdotę, że Łukaszenka rzeczywiście musiał fałszować wybory, chcąc uniknąć zarzutów o niewiarygodność. Fałszował tak, żeby mieć tylko osiemdziesiąt pięć procent poparcia, gdyż w rzeczywistości zyskiwał grubo ponad dziewięćdziesiąt, bliżej stu, a w to przecież trudno uwierzyć, szczególnie tym wysłanym w dobrej wierze obserwatorom z godnych pożałowania zachodnich demokracji, które siebie nie potrafią obronić, a próbują zawsze innych, z takim samym, opłakanym skutkiem.

W prawdę uwierzyć najtrudniej, podobnie jak w prawdziwą miłość, a kult jednostki rozbudza miłość jak żaden inny narkotyk. Nawet Wowka Władimirowicz się od poczciwego Sani „Baćki” uczył.

– Jest pomiędzy wami wiele podobieństw – mówi Waldemar. – Też miał trudne stosunki z ojcem, a wręcz chyba go nie znał, też był w młodości wyśmiewany, musiał walczyć ciągle z przeciwnościami, bić się o swoje dobre imię…

„I tak jak ty, Naczelniku, Baćko nie szanował innych, nie znosił czasów spokoju i bezpieczeństwa, musiał szukać konfliktów i sporów, stosował terror wobec podwładnych i przyjaźnił się jedynie ze zwierzęciem, bo ludzie zbyt często zawodzili” – rechocze mi w głowie niedopowiedziana przez Waldemara puenta, którą zdradza jego osobliwa mina, więc już nie prostuję tego zdania o ojcu, bo przecież nie jest prawdą, że moje stosunki z nim były złe, a jeśli były, to co Waldemar może o nich wiedzieć, co wiedzieć o nich powinni obcy?

Ponadto Baćko kochał nie kota, tylko krowę. A czy krowę można uznać za obiekt miłości? Ludzi miłujących koty lub psy jest bez liku, a takich, co kochają krowy? Uważa się ich raczej za dziwaków, odszczepieńców, zwariowanych zwyrodnialców, podczas gdy miłośników kotów posądza się co najwyżej o zniewieściałość, a zwykle po prostu zalicza w poczet romantyków.

Tak czy inaczej, przez swoją szczególną atencję do roli i krów, Sania stał się w całej Europie pośmiewiskiem jeszcze większym niż ja.

Zadrżałem na wspomnienie okładki Spiegela, na której zestawiono nasze zdjęcia: Baćki z marchewką w dłoni i krową o imieniu Milka u boku, i moje z kocicą Liwią (nie wiedzieli, że zwie się już Władzą) na kolanach.

„Ostatni dyktatorzy nowoczesnej Europy” – tak brzmiał tytuł w sposób „skandaliczny i niezasłużony porównujący zwykłego watażkę z wielkim mężem stanu” – komentowali wiarygodni publicyści z Publicznej Telewizji Niezależnej.

Jaka ona nowoczesna, ta Europa? – dopowiadałem sam w myślach. Pełna brudnych Arabusów, kobiet z brodami, czarnych gwałcicieli, dwupłciowych pederastów i bezpłodnych leniów w tęczowych, piętrowych autobusach.

Zepsuta, nie nowoczesna.

No ale czego można spodziewać się po Niemcach, skoro nawet obozów koncentracyjnych zrzekają się na naszą rzecz, jakby masowe mordowanie Żydów, Polaków, Cyganów, kobiet i dzieci można było tak po prostu zapomnieć, spalić w silnikach ich nowoczesnych samochodów i motocykli, zagryźć ekologicznymi frankfurterkami, przepić doskonałym bawarskim weizenbierem i kubkiem aromatycznego grzańca na berlińskim jarmarku?

Arbeit macht frei, Angela, really?

Waldemar dziś jest moim biografem, spędzamy z sobą dużo czasu, a ostatnie tygodnie przesiaduje niemal u mnie, na Zamku, non stop, z mocnym postanowieniem zakończenia prac nad pisaną od lat Wielką Księgą Naczelnika, jak roboczo tytułuje moją biografię.

– Nieautoryzowaną – dodaje, bo uważa, że taka lepiej się sprzeda, a jednak to dość istotne, żebyśmy osiągnęli też komercyjny sukces. Nie dla pieniędzy, bo one nie mają i nigdy nie miały znaczenia. Ale jakim byłbym władcą, jeśli lud nie chciałby czytać mojej książki? A dać za darmo czy nakazać sponsorowany zakup wazeliniarzom, urzędnikom i państwowym spółkom, to nie sztuka.

Siedzi zatem Waldemar ze mną do samego wieczora, punkt dwudziesta wychodzi, bo wieczór i noc są zawsze moje, moje i Władzy. Tylko we dwoje potem zostajemy i czytamy. Ehrlicha, Sienkiewicza, Piłsudskiego. I na koniec Vladimira, na sam koniec, bo Liwia (mam jednak sentyment do starego imienia i czasem doń wracam, w myślach częściej niż czasem) lubi kończyć noc wyciszeniem, prawdziwie dobrą literaturą, w której każde zdanie, słowo, jak również przecinek mają sens, w której sylaby układają się jak nuty, głoski dźwięczą wpadając do ucha, a literki zostają gdzieś pod językiem, niczym smak mocnego, miętowego dropsa.

Ta vladimirowa poetycka proza właśnie taka jest, najlepsza, najbardziej przejmująca i naprawdę nie przeszkadza nam to, że autor pochodził z Petersburga (w końcu jednak obrabowany przez komuchów dysydent) i do tego nosi to samo imię, co mój największy wróg.

No chyba, że kończymy noc listami.

– O Ministerstwie Listów opowiesz? – pyta Waldemar pewnego ranka, jakby tak dla rozluźnienia po ciężkich tematach, bo właśnie rozmawialiśmy o wojsku. A wojsko to nie jest prosta kwestia, szczególnie jeśli przy okazji zahaczamy o Toniego, o którym później.

Lubię listy, zawsze lubiłem. Szczególnie te papierowe i pisane ręcznie (mówiłem już, jak nienawidzę tej całej nowoczesności). Czytałem je czasem całymi nocami. Listy są autentyczne, opowiadają prawdziwe historie, nawet gdy kłamią, gdy ich autorzy próbują zwieść czytelnika, oszukać, nakłonić do określonego działania sugestią, manipulacją, podstępem. Tak naprawdę między słowami czają się emocje i przekaz, który wnikliwy, uważny odbiorca jest w stanie bezbłędnie odczytać.

Tak łatwo poznać intencje ludzi, ich podejście, możliwości, nastawienie, patologie. Z listów wyziera szczera prawda. Liwia też tak uważa. Poza Vladimirem, to właśnie listy szczególnie ją zajmują. Może dlatego w końcu postanowiłem utworzyć to ministerstwo. Dla niej. Dla mojej Władzy, mojej najukochańszej Liwii.

– Władza musi być blisko ludzi. Jej obowiązkiem jest słuchać ich głosu. Dać im szanse i możliwości, bez względu na to, czy mają internet, komórki, są biedni i pokrzywdzeni. W listach wszyscy są równi. Mogą napisać, co tylko chcą i do kogo chcą, choćby z błędami, a ktoś winien to przeczytać i jeśli trzeba zareagować…

– Ale takiego odzewu się chyba nie spodziewałeś?

Prawdę mówiąc oczekiwałem jeszcze większego. Jakkolwiek nieskromnie to zabrzmi, miałem nie tylko dar prognozowania politycznych reakcji, ale również odgadywania ludzkich pragnień, dlatego moje analizy tak często się sprawdzały. Ponadto… nikomu się nie przyznaję, ale tym pomysłem z Ministerstwem Listów zostałem zainspirowany przez jeden z kalifatów, gdzie władca utworzył taki resort w celu kontroli nastrojów społecznych i uzyskał znakomite efekty. Jego ministerstwo zatrudniało więcej urzędników niż cały pion bezpieczeństwa. I było skuteczniejsze.

W pierwszych miesiącach Ministerstwo Listów otrzymało prawie trzysta tysięcy pism. Potem było już tylko lepiej (dla urzędników gorzej). Obywatele chcieli komunikować się z władzą. Pragnęli pisać do władzy, dzielić się z nią swoimi emocjami, potrzebami, obserwacjami, złośliwościami. Pisali zatem… Donosy (zjadliwe), pochwały (gorące), zawiadomienia (skrupulatne), skargi (uprzejme), ale przede wszystkim (oczywiste i nieśmiałe) prośby.

Chcieli pisać do mnie, do Prezesa, Naczelnika, ich wodza, dobrodzieja, władcy dusz i najwyższego powiernika. Wierzyli, że ów załatwi ich sprawy, pomoże, byli przekonani, że wcześniej czy później…

– Starałem się przeczytać jak najwięcej. Do dziś czytam. Czasem trafiam na list sprzed dziesięciu, dwunastu lat i zastanawiam się, czy jeszcze w czymś mógłbym pomóc. Pamiętasz, mój Waldku, była taka historia. Kobieta napisała, że odebrano jej dziecko z powodu otyłości. Ktoś jej pomógł (jakiś podejrzany typ), przyjechała telewizja, zrobili wielki reportaż, ale potem i tak stało się, jak się stało. Dzieci trafiły do domu dziecka, a ona walczyła, jak lwica, aż ten list napisała i na okrągło o tym mówiła: „Prezes przeczyta jej list i się ułoży”. Nie przeczytałem wtedy. Kobieta jednak tak mnie kochała, tak we mnie wierzyła, że była pewna, że po prostu sama się wygłupiła i jeśli nie weźmie się do roboty, to nikt za niej sprawy nie rozwiąże. No i wyobraź sobie, że brak odpowiedzi ją zdopingował jeszcze bardziej, odchudziła się, wzięła w garść, zdobyła pracę, lecz dzieci nie chciały już jej widzieć. Myślały, że ona je oddała, porzuciła. To był brat i siostra, oboje odmówili powrotu do domu, nie chcieli z mamą rozmawiać. Strasznie ją to przybiło, więc napisała do mnie drugi list, powtarzając część historii, opisując nowe rzeczy i puentując, że w zasadzie ona niczego nie oczekuje, rozumie, że sama jest sobie winna, nikt jej nie może pomóc, ale strasznie się cieszy, że może mi to napisać, że może podziękować za spokój, który dzięki naszej (jednostronnej wszak) korespondencji, zyskała, może komuś opowiedzieć o swojej tragedii. Szczęśliwie Miłosz znalazł ten list, wyłowił i wyczuł szansę. Obaj rzewnie płakaliśmy w trakcie czytania. Wiem, nie uwierzysz, że Miłosz płakał, Miłosz przecież nigdy nie płacze, Miłosz nie ma uczuć, nie ma serca, ale… tak było. No i pojechaliśmy do tych dzieci, opowiedzieliśmy im całą historię, powiedzieliśmy, że chcemy im przywrócić mamę, w świetle kamer zrobić gwiazdami, odwrócić zło, przywrócić ich dawne życie. Płakały jak norki. Przygotowaliśmy całość tak, żeby zrobić niespodziankę. Mama dostała informację, że wygrała weekend w luksusowym domu na przedmieściach, tam były kamery, no i oni.

– Znam dalszy ciąg, nie mów dalej – Waldemar otarł łzę z policzka, ja też już płakałem, ale mówić nie mogłem przestać.

– Jak zacząłem, to już muszę… Jak wiesz, wszystko było świetnie przygotowane, dopracowane, ale gdy stanęli naprzeciwko siebie, matka… po prostu szlag ją trafił, zawał czy coś, padła trupem niespodziewanie, bez żadnego znaku, wprawiając obserwatorów, dzieci, ukrytych kamerzystów i dziennikarzy w osłupienie i nic nie było w stanie jej uratować.

– Pamiętam.

Milczeliśmy dłużej, w końcu Waldemar szepnął:

– Nie napiszę o tym.

– No tak.

– Ale jedno chciałbym wiedzieć.

– Co takiego?

– Ty zdecydowałeś, żeby te dzieciaki przekupić? Ty pozwoliłeś, by ukryć śmierć matki i relację zmontować tak, jakby się udało, a śmierć nastąpiła potem…

– Śmierć była jej przeznaczona, tak to przedstawiono. Naczelnik łączy rodzinę, zapewnia w szczególnych okolicznościach wizytę dzieci u umierającej matki.

– A że nie umierała.

– Tego nie wie nikt.

– No więc jak, klepnąłeś to czy po prostu się stało?

Nie odpowiadam. Na wiele pytań nie odpowiadam. Czasem zwyczajnie nie znam odpowiedzi, nie pamiętam, a może nigdy nie znałem. Jestem w końcu szefem państwa, dużego, dumnego państwa z bogatą historią, szczytnymi tradycjami i jeszcze większymi ambicjami, nie jakiejś fasadowej przybudówki, marionetkowego księstewka, nie muszę wszystkiego pamiętać.

Ufam Waldemarowi najbardziej na świecie, bardziej niż Miłoszowi dawniej, ale może właśnie przez owo zapomniane już uwielbienie dla Miłosza i przez pamięć dla jego zdrady, nie jestem w stanie się odciąć i dać Waldemarowi siebie w całej okazałości i wspaniałomyślnej szczerości.

Przez Miłosza mamy dziś do siebie ograniczone zaufanie. Zostaliśmy na zawsze skażeni i żadna lustracja, żadne oczyszczenie nie pomoże.

Pamięć. Bywa taka okrutnie bezwzględna…

Jak jesteśmy przy Miłoszu, to musicie wiedzieć, że polecił mi go wspomniany wyżej Toni Bródka, na długo przed tym, zanim okazał się ruskim agentem.

Wiem, trudno uwierzyć, ale to właśnie Toni powiedział: jeśli chcesz mieć dobrze zorganizowany lobbing, skutecznie kontrolować strony i graczy, weź Miłosza. To człowiek bez serca, bez sumienia, prawdziwy wij. Tylko interesy. Zawsze będzie szedł z tym, który zapewni najlepiej realizację jego spraw. Dopóki będziesz go odpowiednio prowadził, nagradzał i udowadniał, że masz szansę wziąć wszystko (bo Miłosza interesuje „wszystko”), dopóty cię nie zdradzi. Mały błąd i przemieni się w jakiegoś typowego Miśka i szybko ucieknie tam, gdzie będzie odrobinę cieplej, z szansami na gorąco.

– Tylko pamiętaj, by nie stracić go z oczu, gdy już dość urośnie i stanie się niebezpieczny – powiedział wówczas mój najważniejszy minister. – Trzeba wtedy wyciąć do grzybni jak prawdziwka, żeby się nie odrodził i nikt inny nie skorzystał. Potem będzie gorzki, trujący niczym szatan.

Toni Bródka, draniu, gdzie dziś jesteś? Gdzie są dziś te twoje mądrości, wizje, proroctwa, zapowiedzi o dozgonnej przyjaźni, o twojej miłości do mnie i narodu? Do czystej rasy i tradycji? Do Boga i honoru? No gdzie? W jeden piątek wyparowały, stały się tylko wiecznym koszmarem, jak niechciany sen po przedawkowanej heroinie!

Z Miłosza najbardziej pamiętam zęby. Duże, białe, jakby nienaturalne (bo pewnie kupione). Pamiętam też zarost, (taki męski, gęsty, trochę zwierzęcy), oliwkową skórę i odrobinę mdlący zapach japońskiej nori, który zawierał w sobie jakiś seksualny przekaz.

Nawet ja go czułem, choć przeznaczony był przecież dla kobiet, bo Miłosz, jeśli się nie mylę, sypiał z mężczyznami tylko w interesach, zdecydowanie preferował płeć przeciwną, zwaną piękną. Ciało Miłosza robiło co należy, żeby ją uwieść, przekonać, zdobyć. Ale miało też nutę tego czegoś, co nie wyzwala w innych mężczyznach agresji czy zawiści, tylko podziw.

Wielbiłem Miłosza, skrycie, rzecz jasna. Nie przeszkadzało mi, że tuż przed przejściem do mnie pracował dla Huberta Wolskiego, słynnego Cesarza. W końcu to nieostrożność i głupota tego szemranego biznesmena pozwoliła nam wygrać tak naprawdę, a w konsekwencji ostatecznie przejąć władzę.

Przymykam oczy i znów to czuję. Pierwsze wielkie, spektakularne zwycięstwo, pierwsza owacja na stojąco, niosące się daleko, po horyzont, okrzyki, wspaniałe, wypełniające całą pierś uczucie wszechmocy. Tak budujące, że i wrogom się przebacza, choćby przebaczało się nieszczerze. Serce podchodzące do gardła i bijące mocno, po męsku, patriotycznie. Podpowiadające: potrafisz zbudować nową Polskę. Oto twoja szansa.

Wła.Dza. Czubek języka w dwóch stąpnięciach, na dwa uderza o białe miłoszowe zęby…

Widzisz, mamo. Dałem radę. Zdobyłem świat. Spójrz, co osiągnąłem. Jak przegoniłem także twojego ukochanego Grega, choć oczywiście, masz rację, to też jego zwycięstwo, bez niego by się nie udało. Nic nie jest do końca białe, tak jak nie jest do końca czarne. I nikt nam nie wmówi, że jest inaczej.

A już szczególnie Lew Dawidowicz.

Przez jedną krótką sekundę twarz tego nieszczęśnika przebiega mi przed oczami, surrealistyczna, jak samotny wielbłąd bez jeźdźca na pustynnym szlaku. Przystaje, spogląda prosto w oczy i z sarkazmem oddaje honor, mówiąc coś o „dobrym człowieku”, którym wciąż dla niego pozostaję, mimo że to ja odpowiadam wręcz bezpośrednio za jego cierpienia, a pośrednio za to, co zrobiliśmy jego dziecku i żonie.

– Wróćmy do początków? Jak to się zaczęło?

Chrząknięcie Waldemara. Widzi we mnie przemianę, widzi, że się wzruszam, czuje, że jestem na granicy załamania. Nie może pozwolić mi na to, bo z pracy nici, no i dla mojego zdrowia. Lekarz wyraźnie zakazał zbyt mocnej gry na emocjach. Muszę coś powiedzieć. Muszę opowiedzieć o swoim żalu i nadziejach, jak najszybciej, by zaraz przejść z upadków do wzlotów. Muszę.

– No właśnie, jak to się zaczęło…

Rozdział 2

Najlepszą rozrywką było rzucanie kamieniami. Grzegorz, mimo że niższy i miał krótsze ręce, rzucał najdalej z chłopaków z podwórka i bardzo celnie. W powojennej Warszawie zalegało więcej gruzu niż całych budynków, amunicji nigdy nie brakowało.

Dzieci zbierały się w bandach i wywoływały wojny pomiędzy sobą, chyba że trafiał się jakiś zewnętrzny wróg. Grzegorz był asem. Gdy nie mieliśmy naturalnych przeciwników z sąsiedztwa lub innej dzielnicy, dzieliliśmy się na połowę i Grzegorza zawsze wybierano jako pierwszego, a z czasem, mimo że należeliśmy do młodszych, został przywódcą i to on wybierał.

Zazdrościłem mu, lecz nie chciałem zająć jego miejsca. Nie rzucałem tak dobrze. Poza tym wolałem stać w jego cieniu i szeptać do ucha, jak powinien postępować, w którego z przeciwników celować najpierw i jaką siłę wkładać w każdy rzut.

W zasadzie nie potrafiłem rzucać kamieniami w ogóle. Brakowało mi skupienia, precyzji, a głównie wiary. Nie uważałem kamieni za skuteczną broń. Wolałem bezpośrednie starcia, które przy nabraniu wprawy stawały się mniej nieprzewidywalne. Gdy Grzegorz trafiał jakiegoś chojraka zbyt celnie, za dotkliwie i ten chciał się zemścić wyskakując z pięściami, ja byłem już gotów i ochoczo zastępowałem mu drogę.

Szybko nauczyłem się, że wygrana jest kwestią psychologii, a nie siły ciosu czy postury, których także szczęśliwie mi nie brakowało.

Wygrywałem dzięki dwóm żelaznym zasadom. Patrzyłem prosto w oczy i biłem zawsze pierwszy, zupełnie zaskakując przeciwnika i pokazując mu, że ma do czynienia z kimś naprawdę groźnym i zdeterminowanym, komu nie należy stawać na drodze.

„Pierwszy błąd już popełniłeś, dzieciaku” – przekazywały moje oczy, a zaraz potem przemawiały mocniejszymi argumentami pięści. „Masz szansę nie zrobić drugiego.”

A gdy ktoś robił i okazał się równie zdeterminowany albo silniejszy, wkraczał Greg. We dwóch potrafiliśmy pokonać każdego, osiągnąć założony cel. Honorowo lub nie; w walkach ulicznych honor nie miał wielkiego znaczenia, szczególnie jak się biło komunistów, a wtedy prawie każdy na ulicy był komunistą z zamiłowania, niewiedzy lub przezwiska.

Grzegorz nie zazdrościł mi umiejętności bicia, co odrobinę mnie drażniło. Uważam, że fair byłoby, gdyby trochę się postarał i chciał być jak ja choć w jednej, mało istotnej kategorii, mógłby udawać. Uważał jednak, że skoro ja lepiej walczyłem wręcz, należy zostawić mi takie konfrontacje, no chyba że trzeba było pomóc. Zresztą w ogóle mi ustępował, czego nie znosiłem. Jeśli chciałbym za niego rzucać kamieniami, też by mi je zostawił, mimo że byłem w tej dyscyplinie zwyczajnym nieudacznikiem.

Grzegorz już taki był. Zupełnie nie chciał być mną.

* * *

Staram się nie wracać zbyt często do czasów młodości. Nie, nie z powodu tych bzdur, że mój ojciec rzekomo wysługiwał się komunistom, był posłusznym, zapatrzonym w naukę, pogodzonym z losem, spacyfikowanym konformistą, miał romans (albo i wiele romansów), a matka kochała bardziej brata niż mnie (bzdura).

To podłe kłamstwa, wymyślone tylko po to, żeby mnie sprowokować do wybuchu, podszczypać, znieważyć, urazić, wywołać jakiś rodzaj samobiczowania i poczucia winy.

Wymodelowane w pracowitych, bezdusznych głowach piarowców, tych podłych miłośników Bachusa i sztuk wszetecznych, dziwki zwykłe mówiąc wprost, kurwy zawzięte, nieczyste, zdradzieckie.

Kanalie!

Agresja i nienawiść – myślicie, że tak wygracie?

Mógłbym (pewnie powinienem) odpowiedzieć im dosadnie, powiedzieć wprost, co myślę, jak się mylą, ale przecież to byłby ich sukces. Prowokacja przyniosła efekt. Spowodowała wybuch Naczelnika. Dała nam pretekst do protestów i demonstracji, donosów i telewizyjnych rozpaczań. Tego chcecie!

Ale nie ze mną.

Jeśli chcesz ich wkurzyć, po prostu się uśmiechaj (rada Miłosza). Zachowaj wstrzemięźliwą wyższość, pokaż, że nie zasługują na twój wybuch.

Ojciec był wspaniałym mężczyzną, prawdziwym patriotą, rannym w walkach, bohaterskim, zresztą odznaczonym za wojenne zasługi przez dwa niezależne rządy (emigracyjny i stołeczny), co również w tamtych czasach miało swoją wagę. Jednocześnie człowiekiem skromnym i zasadniczym, a przecież znaczy to wiele szczególnie dziś, gdy wszyscy chcą być gwiazdami, mieć coś swojego, własną przestrzeń, choćby w tym całym nieszczęsnym internecie.

Jego dziad walczył w powstaniu, a któryś z pradziadów nosił z dumą tarczę z dwugłowym orłem o złotych szponach pod Grunwaldem. Często śniłem w młodości o tym pradziadku. Widziałem go siedzącego za grubym, dębowym stołem w zbroi i potężną dłonią unoszącego do ust większy od głowy udziec albo galopującego na koniu na wprost hord barbarzyńców z uniesionym nad głową zerwikapturem, mieczem zdolnym obciąć naraz i trzy tatarskie, ruskie, szwedzkie czy krzyżackie łby.

Wielu krytyków mojego ojca powinno zamiatać podłogę przed jego stopami.

Owszem, lubił flirtować, może nawet odrobinę uwodził koleżanki i obce kobiety, przez co mama miewała złe dni, chwile gorsze i rozdarte, ale w gruncie rzeczy nigdy nie dał jej powodów do prawdziwej zazdrości, a już na pewno nie płaczu.

Moja mama była twardą kobietą, potrafiła sobie poradzić z tym dupkiem (wykreślić). A te zamykanie się z asystentką, a te późne powroty, a te nagłe wyjazdy – zapytacie? (nie zapytacie – wykreślić). Jak odpowiedzieć na kłamstwa? Chyba tylko milcząc lub innym kłamstwem. Albo… pistoletem.

Waldemar sądzi, że to dlatego tak lubię broń. Daje mi poczucie przewagi nad ludźmi, którzy uważają, że bydlaki kłamać mogą zupełnie bezkarnie, obrażać innych, rzucać kalumnie, pluć i chlapać śmierdzącymi wydzielinami, nie czekając na swoją kolej przed drzwiami w toalecie.

Ale innym broni nie dam, bo przecież wiem, co to by znaczyło. Broń jest dobra tylko, jeśli mają do niej dostęp odpowiedni ludzie.

Wedle jednej z teorii sprzedajnych lewacko–liberalnych analityków i historyków zajmujących się moją skromną osobą, w młodości i stosunkach z rodzicami kryje się także źródło mego rzekomego homoseksualizmu i uwielbienia dla zwierząt.

Wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze: nie jestem homoseksualistą. Brzydzę się mężczyznami w sensie uczuciowym, a co mówić o cielesnym. Może nie pociągają mnie kobiety (dziś, a może nigdy mnie nie pociągały, z wyjątkiem Joanny rzecz jasna), ale czy to jest równoznaczne z uranizmem. Na myśl, że coś mogłoby łączyć mnie fizycznie czy choćby platonicznie z jakimś spoconym, włochatym, pachnącym czosnkiem i przeciągającym samogłoski osobnikiem, robi mi się zwyczajnie niedobrze.

Tak więc zwalczając homoseksualistów, zamykając ich w obozach koncentracyjnych, poddając operacjom i przymusowemu (ale jakże skutecznemu) leczeniu, nie odnoszę tego w żaden sposób do siebie i do swojej osoby, nie robię zasłony dymnej, ani nie próbuję zemścić się na Bogu za to, że uczynił mnie tym, kim uczynił.

Wszelkie sugestie, że zdrady mojego ojca i oziębłość mamy wywołały u mnie taką, a nie inną potrzebę odreagowania, traktuję jako poważne oszczerstwo, zasługujące na najwyższą karę. Jednocześnie stanowczo zaprzeczam, że to dlatego przywróciłem jej wykonywanie.

Przestępców zwyczajnie trzeba karać srogo, sprawiedliwie, nieuchronnie, a tych najgorszych… nieodwracalnie. Jak to lubił żartować Marcel:

– Jeśli komuś obetniesz głowę, trudno będzie mu apelować do Brukseli.

Władza powinna być skuteczna i sroga dla patologii, empatyczna i wyrozumiała dla ofiar i wiernych.

Co innego ze zwierzętami.

Fakt, że nie było w naszym domu miejsca dla zwierząt, a mama nie zgadzała się na pieska, kotka czy choćby świnkę morską, istotnie spowodował u mnie braki, poczucie krzywdy i wielką potrzebę naprawy, którą z roku na rok w sobie podsycałem. Pamiętam też z młodości wiele okrucieństw, jakie moi rówieśnicy czynili zwierzętom, krojąc żaby, przyczepiając psom puszki do ogonów, strzelając do nich z proc, wrzucając małe koty do wody, rozczłonkowując ślimaki, raki, dżdżownice i myślę, że to podbudowywało we mnie poczucie winy, domagające się reakcji.

Jedna sytuacja szczególnie mnie uderzyła. Na moim osiedlu mieszkał chłopak (syn robotnika, palacza w szkole) zadziorny i prostolinijny, o ksywce Piącha, który za pieniądze pozbywał się niechcianych zwierząt w sposób niezwykle okrutny, tworząc dla łaknącej krwi widowni pełne barbarzyńskich praktyk przedstawienia.

Chłopak ten zabijał zwierzęta na opuszczonym lotnisku za miastem. Chętni mogli oglądać egzekucje za pieniądze. Na jeden z takich spektakli zaciągnął mnie sąsiad, założył za mnie za bilet, bo sam bał się pójść, gdyż bywalcami byli głównie chłopcy starsi i czasem po znęcaniu na zwierzętach, mieli ochotę przenieść swoje rozbudzone emocje na młodszych. Ja byłem już wówczas dość rosły i silny, umiałem się bić i nie schodziłem z drogi także sporo starszym i czasem większym, więc byłem pozornie dobrym zabezpieczeniem.

W tym dniu Piącha przywiózł wózkiem podłączonym do roweru trzy klatki ze zwierzętami. Były tam dwa koty oraz pies, tak wychudzony i wymęczony, że pewnie i tak nie przeżyłby jednego dnia dłużej. Nie jestem w stanie teraz, po latach, opisać tego, co się działo. Mimo że przecież oglądałem wiele egzekucji, potworności, tortur, ta jedna chwila w tamtym dniu na opuszczonym lotnisku pozostaje momentem skrytym w cieniu, niewidzialnym, nieistniejącym, częścią rzeczywistości, którą wykluczam, wyrzucam z umysłu z całym bagażem towarzyszących jej emocji.

W każdym razie, gdy się zaczęło, zamknąłem oczy i wyobrażałem sobie, że kiedyś zrobię z Piąchą to samo, co on z tymi zwierzakami, ale w tym dniu nie czułem się na tyle silny, by protestować. Za to mój sąsiad następnego popołudnia postanowił, że nie tylko pójdzie jeszcze raz na lotnisko, ale też zaniesie tam swojego ukochanego chomika, a mamie powie, że zwierzę jakimś cudem uciekło, wypadło z okna czy coś podobnego.

Po tych wydarzeniach do dziś mam poczucie winy oraz przeświadczenie, że muszę to odpokutować, choć przecież nie przyłożyłem palca do krzywdy tych biedaków (ale Waldemar uważa, że samo patrzenie było takim przyłożeniem). Może też dlatego podwyższyłem kary dla dręczycieli zwierząt i zrównałem je z tymi, które nałożyłem na homoseksualistów. Nie zrobiłem tego dla poklasku, tylko ze szczerej potrzeby, rzekłbym: dla przyzwoitości.

Bo tak naprawdę trudno się nie zgodzić z tym psychopatą, który pociął nauczycielkę angielskiego na kawałki: czym człowiek różni się od zwierzęcia?

Wracając jednak do mojej skromnej osoby, w żaden sposób nie chciałem także przenieść na zwierzęta miłości i odreagować preferowania przez mamę brata, co zwyczajnie nie miało miejsca. Mama kochała mnie równie mocno jak Grzegorza, a czasem mocniej. Trudno ponadto winić ją za słowa wypowiedziane pod wpływem emocji zaraz po jego śmierci. Każda matka po utracie dziecka ma prawo do takich słów.

I nie, mój ojciec nigdy nie wypowiedział zdania:

– Dobry Boże, strzeż naszą ojczyznę przed moimi synami narwańcami.

To powiedział zupełnie inny ojciec o zupełnie innych synach.

* * *

Mieliśmy jednak rozmawiać o politycznych początkach, a nie mojej młodości.

– Ludzie lubią poznać władzę – tłumaczy Waldemar. Czuje, że się zdenerwowałem, że jestem wybuchowo nieswój, że lepiej odpuścić. Wciąż liczy, że dowie się o mnie czegoś więcej, że się bardziej otworzę, uzewnętrznię, bo on przecież chciałby dogłębnie mnie poznać, swojego idola, człowieka, w którego jest autentycznie, szczerze zapatrzony. Którego podziwia i kocha całym czystym sercem. Ale jest też dobrym psychologiem, więc wie, że dotarł do granicy, której nawet jemu nie wolno przekroczyć, za którą kryją się najgorsze demony.

– Widzą ją czasem w oknie Zamku – żartuję, by trochę rozładować atmosferę. Władza lubi przesiadywać w oknie i patrzeć na demonstrantów, bez względu na to, czy przychodzą mnie poprzeć, czy protestować, a przychodzą co miesiąc, zawsze dziesiątego. Dla niej jest obojętne, jakie mają intencje. Ona lubi tłum, pod warunkiem, że jest za oknem, a nie w domu. Tu akceptuje tylko mnie. Koty już tak mają, że są nieufne w stosunku do obcych. Cenię u Władzy te zachowania. Również jestem nieufny.

– O twojej miłości do Joanny też nie opowiemy? Moglibyśmy… sam wiesz…

Wiem, zadać ostateczny kłam tym homoplotkom. Pokazać na przykładzie, że są wymysłami nie mającymi nic wspólnego z prawdą. Widzę po Waldemarze, do czego zmierza i dlatego mówię:

– Nie zamieścisz jej zdjęcia.

Tego jednego nie wolno ci zrobić!

Kiwa głową, ale jakoś tak niepewnie. Czyżby też chciał mnie zdradzić, oszukać?

Zamykam oczy i widzę ją. Joannę. Taką, jaką zachowałem w pamięci i jaką mam na tym jednym jedynym zdjęciu w szufladzie, schowanym głęboko przed podłymi medialnymi krwiopijcami.

Ma na tym zdjęciu piętnaście lat, jak dziś Władza. Warkocz białych włosów błyszczy w pełnym słońcu, odbija promienie, mieni się barwami. Trzyma mnie za rękę i prowadzi przez pola pszenicy w las. Nie jest zmyślona, nie jest wytworem mojej wyobraźni ani żadnego innego stratega. Spędzamy ze sobą noc i cały dzień, a potem wracam do domu, szczęśliwy jak nigdy i mam nadzieję, że wszyscy będą się dopytywać, gdzie byłem i z kim, będą się martwić i nagabywać, a oni… zwyczajnie nie zauważyli, że zniknąłem, że mnie nie było.

Nie pytają, nie mają do mnie żadnych uwag, nie chcą strofować, narzekać czy chwalić. Mama patrzy tylko na mojego brata i głaszcze go po głowie. Oto jej syn umiłowany właśnie dostał się na studia, będzie kimś ważnym, radcą a może doktorem Grzegorzem, może i profesorem, odgrzebie szlacheckie korzenie, przywróci rodowi należne miejsce. I jej wzrok, a w nim pytanie: A ty, nieszczęsny nieudaczniku bez ambicji, który nie potrafi zdać z klasy do klasy? Kim ty chcesz zostać?

Czy gdybym powiedział jej: właśnie się zakochałem, zyskałbym choć cząstkę jej szacunku, jak wtedy, gdy wiele lat wcześniej także zniknąłem i gdy mnie szukali. Wówczas byłem ważny, byłem ich oczkiem w głowie, chronionym, wychuchanym, obłaskawianym, wówczas naprawdę się cieszyli, że mnie znaleźli. A dziś?

Powrót, szybki powrót. Już, natychmiast. Pokój, gabinet, Zamek, Waldemar. Nie ma wspomnień, nie istnieją. Jest tylko dziś i teraz. Przeszłość po prostu była, nie ma do niej powrotu, nie da jej się naprawić, wyprostować, po co więc tłumaczyć? Jakie ona ma znaczenie poza historycznym? Całą przeszłość najlepiej wyciąć, wspomnienia to zło, co było jest złe.

– Może później – ucinam.

Waldemar chrząka, nie jest zadowolony. Patrzy na zegarek, mamy jeszcze trochę czasu w tej sesji.

– Dobrze, o czym zatem porozmawiamy? – Pyta, a ja mam wrażenie, że na końcu języka ma dwa słowa, których nie wolno w mojej obecności dziś wypowiadać. Trzynaście głosek, pięć sylab.

Lew Dawidowicz.

* * *

Według gazet i części podań sprzed przełomu, do polityki wciągnął mnie Grzegorz, co jest kolejnym kłamstwem rozpowszechnianym przez moich przeciwników i krytyków. Owszem, on osiągnął początkowo znacznie mocniejszą pozycję polityczną, miał więcej szczęścia i możliwości, w końcu był starszy. Jednak tak naprawdę to ja byłem pierwszy. Ja go namówiłem do udziału w konspiracji, ja pociągałem za sznurki.

JA. JA. JA. Rozumiecie?

Grzegorz, mówię to z bólem, początkowo zupełnie nie wierzył w sens walki i możliwość zwycięstwa.

– Jak niby można wygrać z komunizmem? Jak walczyć bez broni? Jak w końcu walczyć z tak potężnym przeciwnikiem jak Sowieci? – Pytał i przekonywał: – Jeśli nam się uda lokalnie coś osiągnąć, to tylko sprowokujemy Rosjan, jak to już było na Węgrzech czy w Czechach. Nie mamy żadnych szans.

Wierzył za to w możliwość ewolucji systemu w kierunku przez nas pożądanym i to wykorzystałem, by go namówić do reprezentacji „naszych” postulatów. Gdyby nie moje podszepty, do dziś byśmy tkwili w mrokach komunizmu.

Nie wierzcie więc tym wszystkim „publicystom”, że to Grzegorz był większym opozycjonistą niż ja.

Mój brat był umiarkowanym, wyważonym człowiekiem kompromisu. Walecznym, jednak dość przewidywalnym i dlatego łatwym do manipulowania. Owszem, potrafił się postawić, zaskoczyć stanowczą postawą, jednak to negocjacje były jego główną bronią; primary weapon – jak to po latach, trafnie zresztą, oceniał Miłosz.

W przeciwieństwie do mnie widział we wszystkich dobro. Uważał, że człowiek rodzi się dobry i nabiera złych cech przez otoczenie, a nie jest nimi obciążony genetycznie przez przodków.

– Wystarczy, że dostrzeżemy w nich dobro i je wydobędziemy na wierzch – mawiał.

Ufny i głupi (wykreślić).

Beze mnie nic by nie osiągnął. Beze mnie i Marcela, bo to spotkanie z nim tak naprawdę uświadomiło mi możliwości i kierunki, w których należy podążać. Marcel. Jakiż to był niezwykły człowiek. Jakie dawał nadzieje na przyszłość.

Pamiętam jak dziś nasze pierwsze spotkanie na zebraniu jednego z zarządów studenckiej opozycji z robotnikami. Siedział z tyłu, cichy i posłuszny, a w oczach aż wrzało od buntu i agresji. Inni rozmawiali o rokowaniach, fortelach, podstępach, pili i jedli, mówili i znów pili, a on knuł swoją intrygę, modlił się o krew, bo to krew daje przemianę, gniew jest silniejszy od słów, pięść mocniejsza od uśmiechów i uścisków.

Rewolucja wymaga ofiar. Rewolucja jest prawdziwą zmianą. To do niej trzeba dążyć. W sposób ewolucyjny można się tylko zestarzeć i zorientować po czasie, że przegraliśmy naszą szansę, nasz czas. Pokój to łatwy kompromis, zgoda na układ, konserwowanie politycznej dyspozycyjności. Tłum porusza agresja i nienawiść. A przecież to jest nasza szansa. Niedźwiedź przysnął, jest słaby, wymęczony, za tłusty i nażarty. Nie będzie walczył, nie będzie mu się chciało przebudzić.

Miał oczy wojownika, ciemne, mroczne, uważne, przenikliwe. Oczy prawdziwego, zdolnego do największych wyzwań walczaka. One nie chciały układów, życzyły nam niepowodzenia, bo wtedy będzie mógł zrealizować swoją wizję. Takie były te oczy. Takie jak moje, tyle że ja potrafiłem skrywać prawdziwe uczucia. Marcel musiał się tego dopiero nauczyć, a i tak chyba nie do końca mu się udało, bo też trudno nauczyć wilka bycia owcą.

Gdy spytałem o niego Grzegorza, mój brat powiedział: