Drugie dno - Jolanta Kosowska - ebook + książka

Drugie dno ebook

Jolanta Kosowska

3,3

Opis

Wojtek, oburzony decyzją Karoliny, wraca do Polski. Karo zostaje sama w Toskanii, gdzie nie tak dawno przeżyła piekło. Ciekawość jest jednak silniejsza od zdrowego rozsądku. Za sprawą listu Enrica dziewczyna znów trafia w sam środek nieujawnionej wcześniej tajemnicy. Prawda ma drugie, trzecie, a może i czwarte dno. Cienka linia oddziela mistyfikację od rzeczywistości, teatr od życia, prawdziwe emocje od tych udawanych. Toskania czaruje, przyciąga i przeraża. Wabi tajemnicą, namiętnością, miłością, szaleństwem i zbrodnią. Ale przede wszystkim miłością…

Jolanta Kosowska mistrzowsko połączyła piękne pejzaże, zagadkę kryminalną i zawiłe życiowe ścieżki kobiety oraz mężczyzny. O Toskanii można mówić tak jak wszyscy lub wybrać powieść „Drugie dno”, by spojrzeć na nią z całkiem nowej perspektywy.
Katarzyna Pessel, takijestswiat.blogspot.com

Historia Karoliny drażni i intryguje, wciąga i kusi. Ta książka to gra pozorów, opowieść pełna kłamstw, intryg, niedopowiedzeń i pomyłek. Ale także historia o miłości, nadziei, zmysłowości, pasji i prawdzie. A wszystko okryte aurą tajemniczej Toskanii.
Patrycja Nadziak, czytanie-chwile-rozkoszy.blogspot.de

Niebanalna powieść obyczajowa ze zgrabnie wplecionymi elementami sensacyjnymi, misternie utkaną intrygą i pełną niedopowiedzeń fabułą. To osnuta tajemnicą, niezwykle absorbująca i pełna emocji opowieść o tym, że granica oddzielająca rzeczywistość od iluzji jest bardzo cienka, a każda historia ma swoje Drugie dno. Wystarczy tylko lepiej się przyjrzeć.
Karolina Galewska, przychylnym-okiem.blog.pl

Romantyczna Toskania to nie tylko idealne tło dla romansów, ale też... kryminalnej intrygi. „Drugie dno" ponownie przenosi nas do słonecznych Włoch, równie pięknych, co niebezpiecznych.
Dominika Róg-Górecka, przepisynawidelcu.blogspot.com

Jolanta Kosowska
urodzona na Opolszczyźnie, całe życie związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych na Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od paru lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Na co dzień przyjmuje pacjentów w poradni przyjaznej cudzoziemcom. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Debiutowała powieścią obyczajową „Niepamięć” (2012, Wydawnictwo Bukowy Las). Nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazały się jej powieści „Déjà vu”, „Niemoralna gra”, „Nie ma nieba”, „W labiryncie obłędu” oraz „Niepamięć”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 408

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

Wróciłam zmęczona do domu. Myślałam już tylko o miękkości mojego łóżka i przytulności koca. Zajęcia ze studentami nie były moją pasją. Wernisaż zbliżał się ogromnymi krokami. Dzień gonił za dniem. Czas kurczył się coraz bardziej. W nocy chciałam malować, musiałam dokończyć jeszcze obraz. Po południu postanowiłam odpocząć. Nagle rozdzwonił się telefon.

– Chciałem cię tylko usłyszeć. – Męski głos w słuchawce wydał mi się znajomy. Głęboki, ciepły, miękki, z charakterystycznym obcym akcentem. „To niemożliwe – pomyślałam – cholerna wyobraźnia kolejny już raz kpi sobie ze mnie. To tylko mój mózg płata mi figle”.

Minęło już kilka miesięcy. Wszystko oddaliło się i wyblakło, zastąpione szarą, grzeczną, poukładaną codziennością. Zapanowała poprawna nuda zamiast szalonych emocji, nieznanej wcześniej namiętności, ciepłych szeptów, nieprzespanych nocy… Poukładany świat zastąpił: chaos, niepewność, szaleństwo i obłęd. Wyważona codzienność zastąpiła dziesiątki nieokiełznanych emocji, wykrzyczanych marzeń, śmiało stawianych celów. Niby lepiej. Niby stabilniej. Na pewno bezpieczniej. Nie wiem tylko, dlaczego z dnia na dzień wraca coraz więcej i więcej wspomnień.

– Chciałem cię tylko usłyszeć. – Głos dotarł do mnie jak z zaświatów. – Chciałem tylko zapytać, czy u ciebie wszystko w porządku.

Głos mężczyzny w słuchawce był cichszy od bicia mojego serca. „Głupie serce – pomyślałam – ono niczego nie rozumie”. Coś ścisnęło mnie za gardło. Nagle zaczęło brakować mi powietrza. Ściany pokoju zawirowały jak szalone. Możliwe? Niemożliwe? Głos z zaświatów, jakby z innej czasoprzestrzeni. „Bzdura – pomyślałam – to tylko jakaś pomyłka, to jakiś inny facet zadzwonił do jakiejś zupełnie innej kobiety. Kretyn pomylił się, wybierając numer telefonu”.

– Słyszysz mnie? Odpowiedz! – Głos w słuchawce nie pozwalał mi się skupić.

– To pomyłka – powiedziałam powoli. Słowa z trudem przechodziły mi przez gardło. Mój głos wydał mi się obcy. – To pomyłka – powtórzyłam głośniej, odkładając słuchawkę.

***

Sukces, dziwne słowo, które bardziej się czuje, niż rozumie. Pochlebne opinie krytyków, tłumy na wernisażu, wywiady, konferencje prasowe, zdjęcia… Przed paroma miesiącami sukces we Florencji, teraz w Pradze. Inne spojrzenie na sztukę, coś zupełnie nowego. Nie kształt, lecz kolor, nie perspektywa, tylko barwa, nie cienie, lecz cała paleta odcieni. Świat emocji i uczuć zaklęty tylko w kolory. Szalony pomysł, który udało się zrealizować. Stworzyliśmy z Markiem niepowtarzalną wystawę. Jego kolory – fioletowy, pomarańczowy, seledynowy, brązowy i złoty, moje – czerń, biel, zieleń, czerwień, błękit i żółty. Uczucia zaklęte w każdym płótnie. Powietrze aż gęste od emocji. W końcu życiem rządzą emocje, tylko one się liczą. Nadają życiu barw, dodają smaku, powodują, że serce bije szybciej, oddech się pogłębia, myśli szybują wysoko, jest po co wstawać rano i po co kłaść się wieczorem. Wszystko inne nie ma znaczenia. Nasze płótna to czyste emocje. Każdy widzi inaczej, każdy czuje coś zupełnie innego. Liczy się magia chwili, ulotność wszystkiego, zmienność nastrojów. W powietrzu unoszą się wykrzykniki, znaki zapytania, zachwyty, okrzyki oburzenia, groza, złość, miłość i bezwstydna namiętność obok chłodnego wyrachowania, agresji i oziębłości. Można płakać, śmiać się i kląć. Można pławić się w emocjach do woli. Zanurzyć się w nich zupełnie bezkarnie. Dać im się porwać bez konsekwencji, bez narażania się na straty moralne. Można przeżyć wiele, nie ryzykując niczego. To tak jak oglądanie dobrego filmu w kinie, czytanie porywającej książki. Przez chwilę można się pożywić emocjami innych, ukryć się za cudzymi plecami i przeżywać wzloty i upadki, nie ryzykując własnego spokoju. Sztukę wymyślono chyba tylko po to, żeby emocje stały się dostępne dla każdego. Wystawę kończy obraz samotnie wiszący na ścianie. Oddalony od innych, wyraźnie niepasujący do całości, powieszony tuż przy wyjściu, jakby był za karę postawiony do kąta. To płótno jest zapowiedzią cyklu, którego jeszcze nie ma, który na razie jest tylko we mnie, a właściwie w moich wspomnieniach. Emocje zaklęte w taniec. Cała gama uczuć, namiętności i pożądania zaklęta w ruch na parkiecie. Kilka pozornie bezładnie porozrzucanych linii, plam i kresek załamujących biel płótna. Niby nic, ale pobudza wyobraźnię. Nie widziałam nikogo, kto by się przy nim nie zatrzymał. Ten obraz to wspomnienie pewnego wieczoru, pewnego tańca, pewnej chwili, której nie mogę zapomnieć. Pamiętam dobrze tamten taniec. Lubię tańczyć. On też lubił. I nasze ciała bardzo się lubiły. Zarówno w nocy, jak i w tańcu nasze ciała stanowiły jedność. Czułam jego oddech, napięte mięśnie, ślizgające się po moim ciele dłonie. Pamiętam aromat wody kolońskiej mieszający się z zapachem moich perfum. Odurzające połączenie zapachu cedru z zapachem drzewa sandałowego i piżma. Pamiętam, że w moim brzuchu tańczyły setki motyli. Moje nogi były przy jego nogach, moja głowa przy jego ramieniu, moje włosy muskały jego twarz, moje ciało próbowało z jego ciałem stworzyć jedność… Świat wirował dookoła coraz szybciej i szybciej. Wydawało mi się, że nic nie dzieje się naprawdę, że nie ma żadnego tu i teraz, że tańczymy w odrealnionym świecie, bez określonego miejsca i w nieokreślonym czasie, jakbyśmy tańczyli w nieskończoności. Jakiś krytyk napisał, że niebywałą sztuką jest stworzyć za pomocą paru kresek tak wysublimowane złudzenie ruchu. Pomylił się, patrzył nieuważnie, widział tylko to, co jest powierzchowne. Dał się zwieść swoim zmysłom. Widział tylko pierwsze dno, tylko pierwszą odsłonę. W tym obrazie nie chodzi o ruch, lecz o ukryte za tym ruchem emocje – zauroczenie, nieśmiałość, zdziwienie, lęk i niepokój w okolicach serca. W tym tańcu zaklęte są niepewność, ciekawość, radość i rodząca się namiętność. Ten taniec to preludium nocy, cichych szeptów, głośnych krzyków, pomruków rozkoszy… To historia rodzącego się pożądania. A może historia rodzącej się miłości? Nazwałam ten obraz Niespełnieniem. Ponoć sztuka to odzwierciedlenie duszy.W takim razie moja dusza jest niespełniona i spragniona od paru miesięcy. Przyłapałam się na tym, że stoję i gapię się na ten obraz. Nie widzę bieli płótna, nie widzę czarnych kresek ani położonych gdzieniegdzie czarnych nieregularnych plam, tylko ciemne włosy Enrica, brązowe oczy wpatrzone we mnie, czuję ciepło jego ciała, dotyk dłoni przesuwających się po mojej sukience, czuję ciepły podmuch jego oddechu, słyszę wyszeptane tuż przy moim uchu słowa: „Chyba nasze ciała się lubią…”.

– Odwieźć cię do domu? – Głos Marka zadudnił tuż za moimi plecami. Podskoczyłam jak oparzona. Teraźniejszość wdarła się brutalnie w świat wspomnień. Postać Enrica rozmyła się wśród czarnych linii i plam. Znowu było tylko płótno wiszące samotnie na ścianie, którego biel złamałam gdzieniegdzie nieregularną czernią.

– Nie. Dziękuję – powiedziałam pospiesznie. – Zostanę tu jeszcze chwilę. Chcę się nacieszyć. W końcu nie codziennie otwieramy nową wystawę. Ten dzień to swoiste święto.

– Jeszcze ci mało? – spytał zdziwiony. – Tłumy zwiedzających, dziennikarze, wywiady, zachwyty… A to dopiero początek. Jeszcze się nacieszysz. W końcu to dopiero wernisaż. Chodź, odwiozę cię. Jest już późno.

– Chcę zostać na chwilę sama – powiedziałam głośniej. Zabrzmiało to zapewne odrobinę niegrzecznie. – Chcę się nacieszyć po swojemu – dodałam przyjaźniej.

– Jak uważasz – powiedział niepewnie.

Stał niezdecydowany. Przestępował niecierpliwie z nogi na nogę. Spieszyło mu się, bo miał odwieźć żonę na lotnisko. Anna musiała jeszcze dzisiaj wrócić do Krakowa. Jutro czekało ją jakieś ważne spotkanie, którego nie dało się przełożyć. Przyjechała tylko na dzisiejszy wieczór, tylko na wernisaż.

– Późno już. – Marek nie dawał za wygraną. – Wolałbym cię odwieźć. Praga to duże miasto… Duże miasta bywają nocą niebezpieczne.

– Pojadę taksówką – powiedziałam pospiesznie, bojąc się, że mimo wszystko zechce na mnie poczekać. Zabrzmiało zdecydowanie. Zrozumiał, w końcu znamy się bardzo dobrze. Kiedyś był jednym z moich nauczycieli w ASP. Wtedy wydawał mi się sztywny, drętwy, nadęty i stary, wypalony wewnętrznie i pozbawiony duszy. Taki człowiek bez wyrazu, którego najlepszy czas już minął i któremu na ziemi pozostała tylko nudna i spokojna, pozbawiona wzlotów i upadków wegetacja. Pozory myliły. Od ponad dwóch lat razem tworzymy wystawy. Nasze drogi życia splotła z sobą sztuka. Mamy wspólną pasję, podobne podejście do malarstwa, taką samą wrażliwość, jesteśmy tak samo szaleni, podobnie nieprzewidywalni. Kochamy emocje. Ja przy nim odrobinę spoważniałam, on przy mnie sporo odmłodniał. Nawet jego żona twierdzi, że odkąd razem tworzymy wystawy, ubyło mu lat. Nagle w jego życiu pojawiły się: nowa energia, nowe marzenia, nowe cele, mniej dekadencji, więcej radości. Odrodził się jak Feniks z popiołów. Anna mówi, że rozbudziłam w nim nieodkryte wcześniej obszary wrażliwości, że w pewnym sensie stworzyłam go jako artystę na nowo. Ja też wiele Markowi zawdzięczam. Wiarę w to, że mam talent. Wystawa goni za wystawą, sukces pędzi za sukcesem. Złapaliśmy wiatr w żagle i w ciągu dwóch lat urosły nam u ramion skrzydła. Czasami złości się na mnie, czasami złorzeczy, twierdzi, że go zmuszam do tworzenia rzeczy niewykonalnych. Klnie, miota się, ale mnie lubi. Odnosimy razem coraz większe sukcesy. Wystawy swą innością przyciągają tłumy, krytycy już dawno przestali nas atakować, koneserzy sztuki kupują nasze obrazy, galerie proponują nam kolejne wystawy. Sukces! Już od paru miesięcy czuję się jak odurzona, jakby mnie ktoś odmienił i zaczarował. Sukces ma w sobie coś magicznego.

– W takim razie cześć, Karo, do jutra! – Słowa Marka dotarły do mnie jak z zaświatów. – Nie siedź tutaj za długo! Nie podrywaj taksówkarza! Nie tańcz dzisiejszej nocy! Wyśpij się sama w swoim łóżku! Ubierz się jutro porządnie! Żadnych ciuchów od Franceski! Nie spóźnij się na wywiad do czeskiej telewizji! Pamiętaj jutro, że Czesi są konserwatywni… – Powietrze aż zadrżało od wykrzykników.

– Zgred! – burknęłam pod nosem.

Roześmiał się. Machnął mi ręką. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi. Zostałam sama. W starych piwnicach panował półmrok, kręgi ostrzejszego światła padały tylko na obrazy, cienie kładły się po kątach, ciemność kuliła się za filarami, w dużych lampionach poustawianych na ceglanej podłodze dopalały się powoli ogarki świec. Tajemnicze otoczenie dodawało mocy naszym obrazom. Niesamowita jest ta wystawa w Pradze. Ma magiczną atmosferę. Wszystko wydaje się ulotne, niedopowiedziane, tajemnicze, trochę jak marzenia, trochę jak sen. Dziwny jest ten dzisiejszy wieczór. „Głupi wieczór – przemknęło mi przez myśl. – Przez jedno pytanie wróciło tyle wspomnień”. Pytanie padło w trakcie konferencji prasowej. Zadał je mężczyzna stojący z tyłu sali. Przedstawił się, ale nie dosłyszałam. Ważniejsze od nazwiska i reprezentowanej gazety było jego pytanie.

– Nagrodzony obraz jest zapowiedzią kolejnego cyklu i zapewne kolejnej wystawy. Obraz przedstawia tańczącą parę. Zatytułowała go pani Niespełnienie. Czym jest taniec?

Zaskoczył mnie tym pytaniem, zdziwił, wprawił w konsternację. Widać nie tylko mnie, bo parę osób odwróciło głowy w jego stronę.

– Taniec? – powtórzyłam automatycznie jego pytanie, z przerażeniem szukając w myślach jakiejś sensownej odpowiedzi. – Jako dziecko chodziłam na balet. To była taka głupia fanaberia moich rodziców. Takie drobnomieszczańskie przekonanie, że dziewczynka z dobrego domu powinna chodzić na balet. Uczono mnie wtedy, że taniec to forma sztuki performance, składająca się z celowo wybranych sekwencji ludzkiego ruchu. Ruch ten ma wartość estetyczną i symboliczną. Była to dla mnie wtedy czysta abstrakcja, jak czystą abstrakcją był ten cały balet – mówiłam coraz pewniej, coraz spokojniej. Gdzieś w zakamarkach mojego mózgu odnalazłam hasło „taniec”. – Taniec to bodaj najstarszy rodzaj sztuki i najwcześniejszy przejaw artystycznej działalności człowieka. Zrodził się z potrzeby uzewnętrzniania swoich uczuć za pomocą gestów, ruchu, mimiki. Uważany jest za pierwszy środek komunikacji międzyludzkiej, za swoisty przekaz myśli i emocji za pośrednictwem ruchów, za szczególny, uniwersalny, ponadkulturowy język, umożliwiający porozumiewanie się bez słów…

– Ja nie o to pytam – dobiegł do mnie głos z końca sali. W głosie mężczyzny wyczułam nutę rozbawienia. – Ja pytam, czym dla pani jest taniec.

– Czym dla mnie jest taniec? – powtórzyłam pytanie, żeby się upewnić, że rozumiem jego sens. Zrozumiałam.

„Wścibski facet – pomyślałam. – Próbuje mnie zmusić do tego, żebym nie oddzielała siebie od sztuki, prywatności od profesji, własnych uczuć od tych malowanych, żebym się obnażyła przed innymi ludźmi, odsłoniła swoje wnętrze. Głupi palant nie wie, że mnie stać na odrobinę szczerości. Sądzi, że się przestraszę”.

– Dla mnie taniec to coś wyjątkowego, to swoiste misterium. To zaklęte w ruchu emocje – mówiłam spokojne. – To cała gama uczuć, tych skrywanych i tych krzyczanych głośno… Zauroczenie, zaciekawienie, niepewność, dziesiątki motyli tańczących w brzuchu i niepokój w okolicach serca. To potęgująca się z minuty na minutę radość, rodząca się namiętność i pożądanie. Taniec to preludium tego, co się dopiero wydarzy, czegoś z pogranicza marzeń i snów… To początek pewnej historii, którą dopiero zaczyna pisać życie…

Szepty w sali ucichły. Dziesiątki oczu skierowało się na mnie. Zapewne w myślach próbowano oddzielić naiwną szczerość od artystycznej maniery.

– Kiedy pani ostatnio tańczyła? – dopadło mnie kolejne pytanie z końca sali. Wyglądało na to, że mężczyzna nie ma zamiaru się ode mnie odczepić.

– Parę miesięcy temu – odpowiedziałam bez zastanowienia.

– Tak rzadko pani tańczy? – W jego głosie usłyszałam ciekawość, a może ironię.

– Może i rzadko. Nie tańczę z każdym – palnęłam.

Nie widziałam twarzy pytającego. Słyszałam tylko jego głos. Przez moment ten głos wydał mi się znajomy. W półmroku panującym w końcu sali dostrzegałam tylko zarys postaci opartej o filar. Parę osób parsknęło śmiechem. Ktoś zaczął bić brawo.

– Ten, z kim tańczę, musi być kimś wyjątkowym. Jak wspomniałam, dla mnie taniec to swoiste misterium.

Z końca sali nie padło już więcej żadne pytanie. Konferencja prasowa powoli dobiegała końca. Jeszcze pojedyncze pytania, jeszcze błysk fleszy, jeszcze zapowiedzi następnych wystaw, pamiątkowe zdjęcia, uściski dłoni, kwiaty, terminy wywiadów. Mój wzrok mimo woli raz po raz wędrował w kierunku tamtego filara. Facet stał bez ruchu. Jego postać zlewała się z szarą kamienną bryłą. Wyszedł tuż przed końcem konferencji prasowej. Już go nie było, kiedy rozbłysły górne światła, ponad rozmowy wzbił się hałas odsuwanych krzeseł, przerzedził się tłum. „No i dobrze” – pomyślałam. Facet wzbudził we mnie dziwny niepokój, uwolnił przez przypadek całą lawinę niepotrzebnych wspomnień. Przyłapałam się na tym, że stoję i gapię się nadal na ten obraz wiszący w końcu sali. Na tę moją burzę emocji zaklętą w taniec. Powiedziałam, że nie tańczę z każdym. To prawda, ale przecież mogę zatańczyć sama. Głosy zwiedzających wystawę ludzi się oddalały. Z sal wystawowych przeniosły się na korytarz, później do szatni. Z czasem zupełnie ucichły. Byłam sama, w każdym razie w tym pomieszczeniu poza mną nie było nikogo. Spojrzałam jeszcze raz na Niespełnienie. „Nie tańczę z każdym, ale przecież sama mogę zatańczyć” – powtórzyłam w myślach. Zaczęłam się poruszać w rytm tylko dla mnie słyszalnej muzyki. Pamiętam, że już kiedyś tańczyłam sama. To było parę miesięcy temu we Florencji. To było zaledwie przed kilkoma miesiącami, a mnie wydaje się, że minęły wieki. Tyle rzeczy wydarzyło się tymczasem. Pamiętam, że wyszliśmy z Enrikiem z kawiarni od Filippa. Jeszcze pięć minut wcześniej dekorowałam z Amelią ostatnią kawę, słuchałam muzyki ze starych winylowych płyt, jadłam panna cottę z truskawkami, przysłuchiwałam się cichym rozmowom na zupełnie nieznane mi tematy i czułam się na swój sposób bezpieczna i szczęśliwa. Spędzałam spokojne toskańskie popołudnie. Przez parę godzin liczyły się tylko: dobra kawa, dobre ciasto, dobre wino i czas, który na to popołudnie postanowił na chwilę zwolnić. Wyszłam stamtąd oszołomiona, zaskoczona, zdziwiona, zauroczona tym leniwym popołudniem. Enrico zaprosił mnie do klubu. On został przy barze. Ja poszłam tańczyć. Obserwował mnie, kiedy wtopiłam się w tłum na parkiecie, kiedy zaczęłam się poruszać w takt muzyki. Nie odrywał ode mnie wzroku. Wtedy to jego spojrzenie z minuty na minutę podniecało mnie coraz bardziej. Było wspomnieniem nocy, czułych szeptów, głośnych krzyków, bezwstydnych pocałunków, wyuzdanych pieszczot, rozkoszy. Miałam wtedy na sobie czarną sukienkę. Była zbyt obcisła i odważnie za krótka. Wyróżniała mnie z tłumu. Przyciągała wzrok nie tylko Enrica. Czułam na sobie spojrzenia wielu mężczyzn. Tę sukienkę włożyłam tamtego wieczoru specjalnie dla niego. Zwykle się tak nie ubieram. To nie mój styl. Tylko narzucona na ramiona chusta była w moim stylu. Delikatna jak mgiełka, ozdobiona moimi ulubionymi motylami, próbującymi się oderwać od trzymającej je pajęczyny cienkich nitek, starającymi się odfrunąć w kierunku słońca, nieba, nieograniczonej przestrzeni, wolności. Kiedyś robiłam dziesiątki takich chust na sprzedaż. Rozchodziły się jak świeże bułeczki. Pozwoliły mi przetrwać pierwszy okres mojego pobytu w Toskanii. Zostawiłam sobie tylko tę jedną. Wydawała mi się najpiękniejsza. Motyle na niej są karminowoczerwone. Przeraźliwie czerwone motyle rzucone na delikatną pajęczynę czarnych nitek pasowały do karminowych szpilek i mocnego makijażu, były przewrotne i grzeczne w tej całej niegrzecznej całości. Mój strój drażnił, podniecał, przykuwał wzrok, zniewalał myśli, rozbudzał męską wyobraźnię. Zupełnie niespodziewanie odkryłam wtedy swoją kobiecość i nagle chciałam się nią bawić. Dzisiaj jestem ubrana inaczej. Ale czy aby do końca? Mam na sobie kremową sukienkę, pozornie grzeczną i elegancką, opinającą biust i talię, podkreślającą biodra, kończącą się na wysokości kolan, ale odważnym rozcięciem obnażającą przy każdym kroku uda. Na ramiona mam narzuconą czarną chustę. Krem i czerń. Elegancja i pozorny chłód, a we wnętrzu kipiący wulkan. Jak cudownie jest tańczyć. Świat wokoło zaczął wirować wraz ze mną. Chusta krępowała mi ruchy. Przewiązałam się nią w pasie. Opięła się na biodrach, pokreśliła talię. Zrzuciłam buty. Przeszkadzały mi w tańcu. Tańczyłam jak szalona. Wtedy tańczyłam dla niego, chociaż sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać. Teraz tylko dla siebie. Dziwny wieczór, nagle jedno głupie pytanie uwolniło całą burzę wspomnień. Raptem z zakamarków pamięci wypełzało na światło dzienne coś, o czym starałam się od paru miesięcy zapomnieć. Znowu emocje i uczucie, uczucie i emocje bez końca. Takie nieustające emocjonalne forte! Tańczyłam jak szalona. Wyjęłam spinki z włosów. Pozwoliłam kosmykom opaść na ramiona. Bose stopy, rozpuszczone włosy, przyspieszony oddech, krew płynąca w naczyniach w rytm niesłyszalnej muzyki. Ściany pomieszczenia wirowały coraz szybciej i szybciej. Nagle wszystko zlało się w jeden kolorowy tunel, który oddzielał mnie od rzeczywistości.

***

Enrico, dziesięć miesięcy wcześniej

*

Rzuciłem mu na biurko tę listę. Roberto omiótł ją uważnym spojrzeniem. Na chwilę zatrzymał wzrok na początku listy. Zaczął czytać. Po twarzy przebiegł mu dziwny grymas.

– Chyba żartujesz! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ciebie pokopało już do reszty. Wygląda na to, że coś ci się stało w głowę.

Nie poczułem się rozczarowany, w każdym razie nie w tym momencie. Nie można rozczarować mnie dwa razy. Należę do tych, którzy uczą się na błędach, wyciągają wnioski z odniesionych ran, dwa razy nie wstępują w to samo gówno. Rozczarował mnie przed dwoma laty. Nie obiecywałem sobie za dużo po tym naszym dzisiejszym spotkaniu. Ludzie się nie zmieniają, tchórz pozostaje na zawsze tchórzem. Przed dwoma laty skorumpowany polityk oskarżył mnie o korupcję. Moi przełożeni uwierzyli jemu. Roberto był moim bezpośrednim zwierzchnikiem, znał mnie dobrze, a jednak uwierzył w te brednie. Ma żonę, dwójkę dzieci, całe jego być albo nie być jest uzależnione od tej posady w policji. Nie wiem, co wtedy myślał, wiem tylko, że bał się mnie poprzeć. To wtedy mnie zawiódł. Wcześniej wierzyłem mu jak ojcu, ufałem bezgranicznie, uważałem go za dobrego glinę i równego faceta, budził mój szacunek, był dla mnie wzorem, spędzałem z jego rodziną popołudnia… Raptem mnie zdradził, oddał na pastwę innym. To wtedy poczułem się nim rozczarowany. Przestał dla mnie istnieć. Drugi raz nie mógł mnie już rozczarować. Przed dwoma laty zarzucono mi korupcję. Moje słowo przeciwko słowu skorumpowanego burmistrza. Słowa jakiegoś tam młodego podoficera kontra słowa najwyżej postawionego urzędnika miasta. Nie ta waga. Do tego tak apolitycznie… Nie miałem szans, ale jeszcze wtedy wierzyłem w sprawiedliwość. Byłem naiwny jak dziecko. Nagle przestało się liczyć, ilu przestępców wcześniej wysłałem za kratki. Raptem nic nie miało już żadnego znaczenia. Z dnia na dzień zawieszono mnie w obowiązkach służbowych, do czasu wyjaśnienia zostałem odsunięty od wszystkich spraw. Dostałem na komendzie tekturowe pudło, do którego zapakowałem swoje rzeczy. Zabrano mi legitymację służbową i broń. Zostałem bez pracy i bez kasy. Staczałem się i nikt nie chciał, a może nie mógł, mi pomóc. Nawet moi najbliżsi patrzyli na mnie podejrzliwie. Zrobiłem się mistrzem w osiąganiu dna i mistrzem w radzeniu sobie w życiu. Pracowałem jako fotoreporter, startowałem w The Voice of Italy, pozowałem jako model, prowadziłem kronikę towarzyską w miejscowej gazecie i cykliczny program poświęcony włoskiej muzyce w lokalnej telewizji. W przeciągu kilkunastu miesięcy stałem się zupełnie innym człowiekiem. Zmieniło się we mnie wszystko. No, prawie wszystko – pozostały niechęć i niepohamowana nienawiść do cwaniactwa, brudnych rąk i korupcji. Postępowanie wyjaśniające w mojej sprawie trwało dwa lata, w sumie aż do następnych wyborów. Po wyborach do głosu doszła inna opcja polityczna, przeproszono mnie i zaproponowano powrót do pracy w policji. W pierwszej chwili nie chciałem. Świat pełen jest dupków bojących się własnego cienia, zdalnie sterowanych, pozbawionych mózgu marionetek, miernot zajmujących wysokie stanowiska w zamian za szeroko pojętą lojalność, skorumpowanych sędziów i nieuczciwych urzędników. Pomyślałem, że mam gdzieś tak rozumiane prawo, w dupie mam skorumpowaną sprawiedliwość. Szuja jest szują, przestępca jest przestępcą i należy go dopaść bez względu na to, w czyich rękach jest w danym momencie władza. Łajdactwa nie mogą pozostać bezkarne. Roberto dzwonił do mnie wiele razy, przepraszał, wyjaśniał, namawiał, mówił, że wszystko się zmieniło. W ostatnim czasie coraz częściej nękał mnie telefonami. W końcu zdecydowałem się z nim spotkać. Postanowiłem wrócić do policji na własnych zasadach. Jak widać, te zasady były dla mojego byłego szefa nie do przyjęcia.

– Weź z mojego biurka ten zasrany papier! – syczał Roberto. – Nikt nie może u mnie zobaczyć tego gówna. W co ty chcesz mnie wrobić?! Oszalałeś? Chęć zemsty zabrała ci resztki rozumu?! – miotał się. – Chcesz mnie za sobą pociągnąć w to szambo? Widocznie te dwa lata to było dla ciebie za krótko, nie nauczyłeś się niczego, nie przybyło ci ani odrobinę rozsądku. Jesteś jeszcze bardziej popierdolony niż przed dwoma laty.

„Głupi palant uważający się za glinę! – pomyślałem. – Jaja mu obcięli, kiedy mu przypinali do pagonów gwiazdki”. Kiedyś był ponoć dobrym gliną. A może tylko tak mówią? Może zawsze był obślizgłą gnidą, podszytym tchórzem pajacem, pozbawioną własnego zdania marionetką, tańczącą tak, jak za sznurki pociągali inni? Może ja tylko o tym wcześniej nie wiedziałem?

– Ciebie też nie zmieniły te dwa lata – powiedziałem spokojnie. – Nie zmieniłeś się zupełnie, nadal boisz się własnego cienia – wycedziłem powoli. – Nie zmieniłeś się ty i nie zmieniło się nic. Wszystko jest po staremu… Po wyborach pojawili się tylko nowi nietykalni.

– Jesteś kopnięty! – wrzasnął. – Wynoś się! Jak ty ze mną rozmawiasz!

Powoli i starannie złożyłem listę. Schowałem ją do portfela. Nie spojrzałem już nawet w jego stronę. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku drzwi. Głupi palant!

– Enrico, poczekaj! – usłyszałem za plecami. – Porozmawiajmy! To nie jest tak, jak myślisz… Jest zupełnie inaczej, niż wygląda…

Wyszedłem. Być może odrobinę za mocno trzasnąłem drzwiami, bo tynk posypał się znad futryny. Funkcjonariuszka siedząca w sekretariacie obrzuciła mnie wzrokiem pełnym lęku. Jej ręka powędrowała w kierunku alarmu.

– Pani Adelo, spokojnie. Wychodzę i już nie wrócę.

Moje kroki zadudniły po pustym korytarzu komendy, odbiły się od szarych i zimnych ścian, wróciły do mnie echem. „Gdzieś mam Roberta i tę robotę – pomyślałem. – Frustrujące, mało opłacalne, do tego pozbawiające godności zajęcie”.

***

Roberto zadzwonił do mnie parę dni później i zaproponował spotkanie. Umówił się ze mną w jakimś domu położonym kilkanaście kilometrów od Volterry. Na spotkanie wybrał miejsce, którego nie można było znaleźć na mapie. Zaintrygował mnie. Nawigację ustawiłem na współrzędne geograficzne. Dom położony był na zupełnym odludziu. Na pięć kilometrów przed nim kończyła się asfaltowa szosa. Ostrym łukiem skręcało się w wyboistą, wysypaną drobnym kamieniem polną drożynę. Tuż za pierwszym zakrętem minąłem gospodarstwo. Nieopodal stało w polu zbite w grupę stado owiec. Dwa duże białe psy wylegiwały się leniwie w promieniach nieśmiałego jeszcze wiosennego słońca. Droga ponownie skręcała gwałtownie, a później wiła się zakolami po wzgórzach. Ostry podjazd w górę, ostry zjazd w dół i tak znowu, i znowu bez końca. Raz po raz mijałem puste domy. Zapewne latem jest tutaj zupełnie inaczej. Latem Toskania jest pełna turystów. Turyści lubią odludne, romantyczne miejsca i porozrzucane na wzgórzach samotne domy. Taką właśnie Toskanię kochają. Okolice Volterry należą do ulubionych. To najbardziej malownicza część Toskanii, najbardziej toskańska z toskańskich. Teraz było tu cicho, odludnie i pusto. Domy straszyły zamkniętymi na głucho okiennicami i ciężkimi kłódkami wiszącymi u skrzętnie pozamykanych bram. Cisza aż dzwoniła w uszach. Mąciły ją tylko uderzenia drobnych kamieni o podwozie samochodu i moje przekleństwa. Szutrowa nawierzchnia się skończyła. Dalej wiodła już tylko ziemna polna droga, wyboista i pełna kałuż. Koła raz po raz buksowały, raz po raz ciszę mącił ryk silnika. Szlag by trafił tego Roberta! Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Pomyślałem, że za chwilę zapanuje ciemność, a ja jak kretyn ugrzęznę na tym totalnym zadupiu. Auto pięło się coraz wyżej i wyżej. Zakręty stawały się coraz bardziej ostre. Stojące w rzędzie wysmukłe cyprysy wyznaczały brzeg drogi. Znowu pojawił się ostry wiraż, a za nim jeszcze jeden i jeszcze jeden. Wydawało mi się, że te serpentyny nie będą miały końca. Wspiąłem się już wysoko. Z tego miejsca widać było ciągnące się aż po horyzont pasma wzgórz oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Nieoczekiwanie za kolejnym łukiem drożyny pojawiła się brama. Samotna brama bez płotu, takie symboliczne zaznaczenie terytorium. Minąłem ją i moim oczom ukazał się samochód Roberta stojący na podjeździe przed zbudowanym z kamienia starym domem.

– Dziwne miejsce na spotkanie – rzuciłem na powitanie.

– Bezpieczne – odpowiedział sceptycznie. – Nikt nas tu nie usłyszy. Tu ściany nie mają uszu. Ten dom to taka rodzinna pamiątka wynajmowana latem turystom.

Kamienny stary dom wiał pustką i chłodem. Roberto posadził mnie przy stole w kuchni. Rozpalił w kominku. Postawił przede mną kubek z gorącą kawą. Usiadł po drugiej stronie potężnego dębowego stołu i milczał. Zmęczyła mnie ta droga. Nie przeszkadzało mi milczenie.

– Kupiłeś ten dom? – spytałem po chwili.

– Nie da się kupić domu z pensji gliny – powiedział z przekąsem. – Wiesz o tym. To mój dom rodzinny. Urodziłem się tutaj. Rodzice na starość wyprowadzili się do Florencji. Tu zimą żyje się ciężko. Kiedy spadnie śnieg, jest się więźniem tego domu. Czasami nie można stąd wyjechać przez parę tygodni. To już nie dla nich. Mieszkają w mieście, a dom jest pamiątką.

Zamilkł. Piłem kawę i rozkoszowałem się ciepłem buchającym z kominka. Coś powoli w tym roku przychodziła wiosna do Toskanii. Zwykle o tym czasie już była. Dzisiaj na wzgórzach leżały jeszcze gdzieniegdzie łaty śniegu, a koła samochodu ślizgały się na oblodzonych kamieniach i po części zamarzniętych kałużach.

– Masz z sobą tę listę? – spytał Roberto.

Miałem. Nie rozstawałem się z nią. Zawsze nosiłem ją w portfelu. Wziął ją do rąk. Wlepił wzrok w kartkę. Od czasu do czasu pomrukiwał pod nosem. Parę razy coś na kształt uśmiechu przebiegło mu po twarzy. Przeczytał, odłożył papier, wyciągnął przed siebie nogi, przymknął oczy, wyglądał, jakby drzemał.

– Jesteś pewny? – Spojrzał na mnie spod przymkniętych powiek.

– Jestem – potwierdziłem.

– Ponad trzydzieści nazwisk… – powiedział powoli. – Dużo.

– Myślę, że jest ich więcej. Może znacznie więcej.

– Zapewne.

Wyprostował się i jeszcze raz spojrzał na listę. Nie odrywał od niej wzroku, jakby próbował się tych nazwisk nauczyć na pamięć.

– Alberto Accardi – przeczytał pierwsze nazwisko z listy. – Wpływowy właściciel jednego z codziennych dzienników wychodzących we Florencji. Właściciel jednego z największych wydawnictw we Włoszech. Współwłaściciel stacji radiowej i szalenie popularnego kanału telewizyjnego. Facet ma w ręku wszystkie media. Ma ogromny wpływ na kształtowanie opinii publicznej. Jest powszechnie szanowany. Liczą się z nim wszyscy… – punktował spokojnym głosem.

– Alberto Accardi zdobył swój majątek, sprzedając narkotyki dzieciakom na ulicy – przerwałem mu. – Nigdy mu nic nie udowodniono. Nigdy nie złapano go z towarem w ręku. Jest odpowiedzialny za sprzedanie prochów skażonych bakteriami gronkowca złocistego opornego na metycylinę. Zanim się zorientowano, że to zakażenia MRSA, to już kilkunastu narkomanów zmarło z powodu sepsy bakteryjnej…

– Jesteś pewny? – przerwał mi. – To poważne zarzuty.

– Jestem.

– Wiesz, co by było, gdybyś się pomylił? – spytał.

Skupił wzrok na mojej twarzy. Nie odrywał ode mnie oczu. Czekał na odpowiedź. Była dla niego bardzo ważna.

– Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę – odpowiedziałem pewnie.

– Antonio Rogozie – przeczytał na głos kolejne nazwisko z mojej listy. – Właściciel sieci marketów spożywczych rozrzuconych po całej Toskanii. Bierze udział w licznych akcjach charytatywnych. Organizuje wysyłki żywności do regionów dotkniętych katastrofami. Ostatnio było o nim głośno w związku z budową hospicjum. Jest jednym ze sponsorów budowy hospicjum dla dzieci dotkniętych dystrofią mięśniową postępującą. Człowiek o nieskazitelnej reputacji. Cieszy się ogólnym szacunkiem społecznym…

– Antonio Rogozie zabił przed pięciu laty swoją żonę – wszedłem mu w słowo. – Chciała od niego odejść. Nie mógł jej na to pozwolić. Bez jej pieniędzy i wpływów był nikim… Odziedziczonym majątkiem potrafił sprytnie obracać. Udziałem w akcjach charytatywnych ucisza wyrzuty sumienia.

– Jesteś w stanie to udowodnić?

– W pewnym sensie.

– Vittoria Romani – przeczytał kolejne nazwisko Roberto. – Vittoria Romani jest świecką dyrektorką ekskluzywnej prywatnej szkoły prowadzonej przez zakonnice. Szkoła ma ogromny prestiż społeczny. Każdy rodzic chciałby posłać dziecko do tej szkoły.

– Vittoria Romani to tak naprawdę Lucija Nedo, ścigana listem gończym za zbrodnie wojenne w Czarnogórze. Jest odpowiedzialna za pacyfikację muzułmańskiej wioski. Zginęło tam wtedy ponad stu chłopców i młodych mężczyzn. Ma na rękach krew wielu niewinnych ludzi…

– Posiadasz dziwną wiedzę… – Spojrzał na mnie uważnie. – Momentami mnie przerażasz… Agostino Espositano – przeczytał kolejne nazwisko z mojej listy, nie czekając na to, co odpowiem. – Agostino Espositano jest bardzo znaną postacią świata muzycznego. Dyrektor filharmonii, dyrygent, założyciel chóru dziecięcego, który odnosi sukcesy w całej Europie… Ostatnio byli w Stanach. Podbili swym śpiewem Amerykę.

– Agostino Espositano to pedofil, morderca, zabójca ośmioletniego Adamo Rovri – przerwałem mu.

– Wiesz to na pewno? – Spojrzał na mnie uważnie.

– Nie mam cienia wątpliwości – potwierdziłem.

– Jesteś w stanie to udowodnić?

– Nie do końca. W każdym razie dowodów jest za mało, żeby wygrać tę sprawę w sądzie.

– I tak jest w każdym z tych przypadków? – zapytał, świdrując mnie wzrokiem.

– W każdym – potwierdziłem.

– To znaczy, że nie masz nic! – warknął. – Bez dowodów guzik można zrobić. Nic nam po tej twojej wiedzy. Wiedza dla wiedzy, sztuka dla sztuki. – Napędzał się z minuty na minutę coraz bardziej. – Para w gwizdek. Klapa. Gówniana wiedza dla gównianej wiedzy…

Raptem zamilkł. Odłożył listę na stół. Odchylił się do tyłu. Przymknął oczy. Zaczął się huśtać na tylnych nogach krzesła. Zawsze tak robił, kiedy nad czymś myślał.

– Trzeba odpuścić! – powiedział po chwili. – Bez mocnych dowodów nic z tego nie będzie. Już na początku poniesiemy totalną klęskę. Zniszczą nas, zmiażdżą.

– Niezupełnie – powiedziałem powoli.

– Niezupełnie?! – powtórzył odruchowo. – Brednie! To będzie masakra. Wolę sobie tego nawet nie wyobrażać. Rozerwą nas na strzępy. Rozetrą nas na pył. Wdepczą w glebę. Zrobią sobie z nas worki treningowe. Gazety obrzucą nas błotem. Media nie zostawią na nas suchej nitki. Nie będziemy mieli czego szukać nie tylko w Toskanii, ale i w całych Włoszech…

– Mam pewien pomysł – przerwałem mu.

– Na to nie można mieć pomysłu. – Spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek. – Bredzisz…

– Mam jeden pomysł na te wszystkie przypadki – powtórzyłem.

– Chyba żartujesz?! – Nerwowy grymas przebiegł mu po twarzy. – Uważasz mnie chyba za idiotę.

Wstał i zaczął się przechadzać po kuchni. Chodził tam i z powrotem. Na koniec zatrzymał się przy oknie. Wbił wzrok w panującą na zewnątrz ciemność.

– Jesteś popierdolony – stwierdził po chwili. – Zawsze byłeś. Teraz tylko stopień popierdolenia się zwiększył.

– Mam to przemyślane – powiedziałem spokojnie.

– Przemyślane, mówisz? A ja mam wrażenie, że wpuszczasz mnie w maliny, że chcesz się na mnie zemścić.

Zamilkł. Usiadł i zaczął bębnić bezmyślnie palcami po blacie dębowego stołu. Pięć uderzeń i przerwa, pięć uderzeń i przerwa. Denerwowały mnie te dźwięki. Musiałem je przerwać.

– Zrobię to z tobą albo bez ciebie – rzuciłem w jego stronę.

Bębnienie ucichło jak ucięte nożem. Wbił we mnie wzrok i nie odrywał go od mojej twarzy.

– Jesteś aż tak zdesperowany? – spytał.

– Jestem.

– Sfabrykujesz dowody? – zapytał z ironią w głosie. – Posuniesz się do tego?

– Nie.

– To co w takim razie chcesz zrobić?

Miałem wrażenie, że próbuje przeszyć mnie wzrokiem na wylot.

– Posłużę się szantażem – powiedziałem krótko. – Obrzydliwe, ale skuteczne.

– Szantaż? – Zaniósł się śmiechem. Jego rechot został spotęgowany przez kamienne ściany i podłogę. – Mówiłem, że tobie coś się stało w głowę. To, co mówisz, jest niedorzeczne, niezrozumiałe, idiotyczne, niewykonalne. Kto, twoim zdaniem, ma szantażować tych ludzi? Policja?

– Ktoś zupełnie inny. Ktoś, kogo można wciągnąć w tę grę. Ktoś, kto zrobi to spontanicznie i z pełnym zaangażowaniem…

– Bredzisz! Nie znajdziesz nikogo takiego…

– Znajdę – uciąłem krótko. – Wiem, co mówię. Pracuję u Alberta Accardiego. Alberto Accardi to numer jeden na mojej liście. Kiedy straciłem pracę w policji, zostałem bez środków do życia. Wystartowałem w The Voice of Italy. Dopisało mi szczęście, doszedłem do finału, przez krótką chwilę byłem na fali. Nagrałem płytę, nakręciłem parę wideoklipów. Miałem swoje pięć minut. To pobudziło wyobraźnię Alberta. Zaprosił mnie na rozmowę. Zaproponował mi prowadzenie kroniki towarzyskiej w swojej gazecie i programu To się śpiewa we Włoszech w swojej telewizji. Już wtedy sporo o nim wiedziałem. Jemu zależało na mnie. Mnie zależało na tej pracy. Ta praca otwierała przede mną niesamowite możliwości. Najbardziej nęciła mnie kronika towarzyska. Niby nic – zgony, urodzenia, śluby, zdrady, rozwody i zaręczyny, przyjęcia, festyny, wystawy… Niby nic, a jakże niezwykłe możliwości. Zacząłem bywać. W sumie bardzo ciekawa praca. Kopalnia pomysłów.

– Myślałem, że to nuda – wtrącił Roberto.

– To zależy od podejścia. Mnie wciągnęło od pierwszej chwili. Pochłonęło bez reszty. Tylko pomyśl, powiązania rodzinne i towarzyskie, przyjaźnie, oddanie, lojalność i zdrady. Pod krótką informacją ukryte dziesiątki niedopowiedzeń i mnóstwo emocji. Z czasem zrozumiałem, że nieważne jest to, co napisałem, że znacznie ważniejsze jest to, czego nie napisałem, co zostało przemilczane.

– Nie do końca rozumiem.

– Mój szef zarabia dużo więcej na tym, co zostało w informacji pominięte, niż na tym, co zostało napisane – próbowałem mu wytłumaczyć. – Ludzie są skorzy zapłacić o wiele więcej za milczenie niż za informację.

– Nadal nie rozumiem – powtórzył kolejny już raz.

– Zaraz zrozumiesz. – W kółko powtarzał to swoje „nie rozumiem”, jakby długoletnia praca w policji pozbawiła go zdolności samodzielnego myślenia, jakby spowodowała zanik połączeń między synapsami w istocie szarej mózgu. – To część mojego pomysłu. Zaraz dopowiem ci resztę. Stawiam na Alberta. On to kupi. Kupi wszystko, co może się przełożyć na duże pieniądze, a ten pomysł może mu przynieść niewyobrażalną kasę. Zaproponuję Albertowi wydanie przewodnika po Toskanii…

– Co mu zaproponujesz?! Wydanie przewodnika po Toskanii? – Roberto wpadł w bezdech. – I on to kupi? To jakieś brednie. Mówiłem, że ciebie popierdoliło. Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem przewodników po Toskanii. Są ich dziesiątki, a może i setki.

– Uwierz mi, taki przewodnik to rewelacyjny pomysł – próbowałem go przekonać. – Alberto jest pazerny. Nawet bardzo pazerny. Słynie z chciwości. Mój pomysł mu się spodoba. Koncepcja jest genialna. Pomyśl, to wszystko brzmi pozornie tak bardzo niewinnie. Wydawnictwo Aventura postanawia wydać nowy przewodnik po Toskanii. Ten przewodnik ma być inny niż wszystkie dotychczas wydane. Jego inność ma polegać na ciekawostkach, informacjach, które jeszcze nie były publikowane, na przedstawianiu nowego oblicza starych i znanych miejsc. Przewodnik ma informować o miejscach i związanych z tymi miejscami ludziach. Dodatkowo może być na przykład bogato ilustrowany. Już z tego pomysłu można byłoby wyżyć. Wydawnictwo jest dość znane. Jeśli dobrze rozpuści się wieści, to zgłosi się wielu sponsorów, wielu ludzi, którym zależy na reklamie.

– Ale to nie jest jeszcze ten twój pomysł? – dopytywał niecierpliwie Roberto.

– To jest część pomysłu. Druga część jest o wiele ciekawsza. Wielu ludzi chce, żeby o nich coś wiedzieć, ale jeszcze więcej ludzi wolałoby, żeby pewne informacje o nich przemilczano…

– Chyba powoli zaczynam rozumieć.

– No widzisz, to jest całkiem logiczne i proste. Weźmy na przykład jednego z facetów z końca naszej listy. Mierna, nic nieznacząca płotka. To Marco Morani. Marco Morani prowadzi największy sklep rowerowy w Toskanii. Zapłaci wiele za wzmiankę o swoim sklepie w nowym przewodniku, ale jeszcze więcej za to, żeby nikt nie wspomniał, że fortuny dorobił się jako alfons. Teraz jest szacowną głową rodziny, ma piękną żonę i dwójkę udanych dzieci, wychowywanych na dzieci z dobrego domu. Chodzą do prywatnej szkoły. Ze szkoły odbiera je bona. Rodzina cieszy się wielkim szacunkiem. Facet jest jednym ze sponsorów odnowy miejscowego kościoła. A tu raptem informacja, że on był alfonsem. Taka wiadomość z przeszłości zrujnuje mu życie rodzinne. Może go zniszczyć zawodowo. Wykurzy go z miasteczka, w którym mieszka… Facet zapłaci za pominięcie tej informacji każdą cenę.

– Czyli ile? – spróbował doprecyzować Roberto.

– Nie wiem – odpowiedziałem szczerze. – Wyznaczenie ceny zostawię Albertowi. On zna się na tym bardzo dobrze. W każdym razie zostawiłbym mu w tej materii wolną rękę. Myślę, że świetnie da sobie radę. Nikt nie wyważy ceny lepiej od niego.

– O jakich pieniądzach rozmawiamy? – naciskał inspektor Brossi.

Nie huśtał się już na krześle. Nie przymykał oczu. Wbił we mnie wzrok i chłonął całym sobą każdą wypowiadaną przeze mnie informację.

– Nie wiem dokładnie.

– A tak mniej więcej? – padło pospieszne pytanie. Przez chwilę poczułem się jak na przesłuchaniu.

– Myślę, że po cyfrze będzie kilka zer – powiedziałem spokojnie. – Cena będzie zależna od kalibru przemilczanej informacji. Inna cena za paserstwo, inna za prostytucję, inna za morderstwo… Liczba zer zależna od rodzaju przestępstwa, od tego, co należy przemilczeć.

– A w przypadku Marca Moraniego? – dopytywał Roberto. – Jak myślisz?

– Marco Morani to płotka w porównaniu z innymi. Nędzny alfons. Nic wielkiego. Myślę, że jakieś kilkadziesiąt tysięcy euro za milczenie. Do tego z dziesięć tysięcy za informację o sklepie…

– Chyba żartujesz… – wysapał Roberto.

Zbliżył krzesło do stołu. Siedział i gapił się na mnie. Od dłuższej chwili nie odrywał już oczu od mojej twarzy. Świdrował mnie wzrokiem na wylot. Zapewne byłoby mu wygodniej, gdybym żartował. Nie czułby się tak dociskany do muru.

– Chyba żartujesz – powtórzył przerażony.

– Nie żartuję – odparłem spokojnie. – Ostateczna cena będzie zapewne uwzględniała także zasobność czyjegoś portfela. Nie można zarżnąć kury, która ma znosić złote jajka.

– Oszalałeś! – wybuchnął niespodziewanie. – Chęć zemsty pomieszała ci zmysły! – mówił głośno. Prawie krzyczał. – To wszystko jest chore. Szantaż jest czymś brudnym, nieetycznym, potwornym.

– To zbrodnia jest chora, nieetyczna i potworna – przerwałem mu. – System ścigania przestępców jest niedoskonały. Policja skorumpowana. Sądownictwo zależne od polityki. Przecież wiesz, że tu nie chodzi o te pieniądze. One same w sobie nie mają żadnego znaczenia. Tu chodzi o fakt zapłacenia za milczenie.

– To pomysł z piekła rodem! – stwierdził wzburzony Roberto.

– Może i z piekła. Co z tego…? Pomyśl, powstanie lista, a obok nazwisk pojawią się ceny. Powstanie cennik – mówiłem powoli. Dobitnie artykułowałem każde słowo. Musiał mnie zrozumieć. – Będzie to swoisty cennik. Będzie można się z niego dowiedzieć, ile trzeba zapłacić za milczenie w sprawie zabójstwa, kradzieży, pobicia, sutenerstwa, gwałtu… Swoiste uzupełnienie brakujących dowodów.

Nareszcie zrozumiał. Wstał gwałtownie. Odepchnięte przez niego krzesło runęło na podłogę. Stanął tuż przede mną, jakby sądził, że szerokość stołu utrudnia komunikację.

– Ten pomysł to szaleństwo! Ciebie coś popierdoliło! Opętało cię! Przestałeś myśleć rozsądnie. Chęć zemsty przyćmiła ci wszystko. Nie masz instynktu samozachowawczego. Pchasz nas w jakieś gówno!

Jego głos zadudnił po kuchni. Odbił się od kamiennych ścian i kamiennej posadzki. Wrócił do mnie zwielokrotniony.

– Nikt się na to nie zgodzi! – mówił Roberto podniesionym głosem. – Wybij to sobie z głowy! Zapomnij o tym!

Wrzeszczał do mnie, jakby dotyczyło go to osobiście, jakby poczuł się moim pomysłem osobiście zagrożony.

– Ja się na to nigdy nie zgodzę! – Poczerwieniał na twarzy. Nie panował nad nerwami. Krzyczał, jakby jego podniesiony głos był dodatkowym argumentem w naszej rozmowie. Jakby rację miał ten, kto mówi głośniej. – Nie ma mowy! To wbrew zasadom! Wbrew procedurom! Wbrew etyce zawodowej!

– Ja cię nie pytam o zgodę – powiedziałem spokojnie. Chyba przypadkiem dolałem oliwy do ognia.

– Nie pytasz?! – Wpadł w bezdech z wściekłości. – Jak to, nie pytasz mnie o zgodę?

– Ja już nie pracuję w policji – stwierdziłem obojętnym głosem. Próbowałem spokojem uciszyć jego emocje. – Ty nie jesteś już moim szefem – wycedziłem powoli. – Rozmawiamy zupełnie prywatnie, jak dwóch starych znajomych, którzy spotkali się przy kawie, a których łączyło kiedyś podobne poczucie przyzwoitości.

Myślałem, że wpadnie w furię, a on zamilkł. Zaczął spacerować po kuchni. Jego buty miarowo stukały po nierównej posadzce. Odbijały się echem od ścian. Wracały, by huczeć w mojej głowie. To nie Roberto spacerował po kuchni, to oddział wojska ćwiczył przed defiladą. Chodził naokoło dębowego stołu, miotał się jak zwierzę w klatce. Denerwował mnie z minuty na minutę coraz bardziej. Próbowałem zająć myśli czym innym. Dziwne są te stare domy, pomyślałem. Ten jest wybitnie surowy. Fasada ułożona z grubo ciosanych kamieni. Dach pokryty czerwoną zmurszałą dachówką. Kamienna podłoga, kamienne ściany, parę starych mebli, biało-niebieskie kafle na ścianach w kuchni, na stole duży gliniany dzban malowany w polne kwiaty. Prowincja… Tajemnicze słowo, które kojarzy mi się z odpoczynkiem, lenistwem i wakacjami. Może i mógłbym się na chwilę wyciszyć, gdyby nie te miarowe kroki Roberta. Nagle zatrzymał się tuż przy mnie.

– To jest szalone, ale genialne.

Znowu wyruszył w swoją wędrówkę. Trzy kroki w przód, trzy kroki w tył. W głowie huczały mi te jego kroki. Nagle zapadła cisza. Stanął tuż obok mnie, pochylił się nade mną.

– Kto będzie się kontaktował z ludźmi z listy? Alberto? – zapytał.

– Mało prawdopodobne. Nie będzie ryzykował. To cwany lis.

– Więc kto?

– Ja – odpowiedziałem spokojnie.

– Ty? Bzdura! – warknął. – To idiotyczny pomysł. Trzeba w to ubrać kogoś innego…

– Idealnie pasuję do tego zadania – przerwałem mu.

– A niby dlaczego?

– Nie mam nic do stracenia. Nie mam żony, dzieci, nie posiadam majątku. Nie mogą mi niczego zabrać. Nie mogą mnie niczym zastraszyć.

Usiadł tuż obok mnie. Na chwilę zapanowała cisza. Zamknął oczy i znowu zaczął się huśtać na tym krześle. Paskudny zwyczaj. Cały czas mam wrażenie, że on upadnie i uderzy głową o posadzkę. Zabije się na tym zadupiu, a ja się nigdy z tego nie wytłumaczę.

– Zwiększy ci się znacznie grono wrogów – odezwał się po chwili. – Zastanawiałeś się nad tym?

– Każdy ma wrogów – odpowiedziałem obojętnie.

– Tak, tylko twoi wrogowie zaczną się nagle mnożyć. Będziesz musiał po tej akcji opuścić Toskanię, być może nawet Włochy.

***

Alberto kupił mój pomysł. Na przemyślenie wszystkiego potrzebował tylko jednego wieczoru. Zadzwonił do mnie następnego dnia rano. Nie mówiłem nic o liście. Mówiłem o pomyśle i możliwościach. On był numerem jeden na mojej liście. Moja prywatna krucjata zaczynała się właśnie od niego. Jego telefon wyciągnął mnie spod prysznica.

– Przespałem się z tym, co mówiłeś. Na swój sposób genialne. Wchodzę – poinformował mnie krótko. – Skąd u byłego gliny takie kreatywne pomysły? – zapytał.

– Marnowałem się w policji – palnąłem bez zastanowienia. Przełknął to gładko.

– Udoskonaliłem twój pomysł. Czegoś mi w nim jeszcze brakowało. Każdego roku będzie się ukazywać nowe wydanie. Zmienione i zaktualizowane. Nowe wydania to nowe ceny za aktualizację informacji i za milczenie. Takie swoiste przedłużenie umowy. Niekończące się pasmo dochodów… – mówił podekscytowany. – Przewodnik musi mieć atrakcyjny wygląd. Powinien mieć wyjątkową szatę graficzną. To musi być coś niespotykanego. Twoje zdjęcia i coś jeszcze. Postarasz się o jakieś niepowtarzalne fotografie. Coś wyjątkowego, zupełnie nowe spojrzenie na powszechnie znane i wyświechtane tematy. Kiedyś zrobiłeś takie zdjęcie. Pojawiło się w mojej gazecie. Tęcza nad Ponte Vecchio we Florencji, która opierała się o dwa skrajne filary mostu. To jest właśnie to, czego potrzebujemy. Inne spojrzenie na znany powszechnie temat. – Myślał na głos, kombinował. – Ty potrafisz robić ciekawe zdjęcia. Pamiętam to, które wysłałeś do „National Geographic”…

Tamto zdjęcie było wyjątkowe. Zrobiłem je, lecąc o świcie na lotni. Wieże w San Gimignano wynurzały się z gęstej mgły otulającej całe miasto. Wyglądało to tak, jakby pięły się ku górze, ku szarości nieba stopniowo przechodzącej w błękit i ku powoli wschodzącej kuli słońca.

– To było bardzo dobre zdjęcie – przerwał moje rozmyślania głos Alberta. – Zapewne masz jeszcze parę takich w zanadrzu. Zawsze chodzisz z aparatem… Poza zdjęciami ten przewodnik musi mieć wyjątkową okładkę. Coś, co przykuje wzrok, zmusi do sięgnięcia po tę książkę, do wygrzebania jej ze stosu innych przewodników po Toskanii. Do tego jakiś szokujący tytuł. Przewrotny i przyciągający, bulwersujący, niemieszczący się w żadnych ramach, bijący w drobnomieszczańską pruderię. Coś w stylu: Mam cię w dupie, Toskanio… To muszę jeszcze przemyśleć – zawahał się. – Ten tytuł nie byłby może najlepszy, ale myślę, że rozumiesz, o co chodzi. Chodzi nie o ten tytuł, lecz o ideę. Trzeba szokować, zaskakiwać, bić w konwenanse, zapadać w pamięć – mówił szybko, ze zdania na zdanie coraz szybciej. – Mam w wydawnictwie paru grafików, ale oni się do tego nie nadają. To starzy wyjadacze, którzy nie wymyślą nic nowego, nie wyjdą poza konwencjonalne projekty, poza powielane od lat pomysły. Na szaleństwo są już za starzy, już nie ta wyobraźnia, nie ta wrażliwość, nie te możliwości. To musi być coś innego. Jakiś powiew świeżego powietrza, coś, czego jeszcze nie było. – Napędzał się coraz bardziej. Przyszło mi na myśl, że on już chyba w wyobraźni liczył pieniądze. – To musi być coś wyjątkowego. To nie może być żadne powielanie starych, wyświechtanych graficznych tematów. Musimy wzbudzić zainteresowanie, podniecać, bulwersować, zachwycać, przyciągać, powalać na kolana. Im więcej ludzi kupi ten przewodnik, tym dla nas lepiej – spekulował. – Przewodnik będzie się rozchodził w wielotysięcznym nakładzie. Trzeba będzie pomyśleć o tłumaczeniach. Wielotysięczne nakłady w wielu językach. Niekończące się źródło dochodów…

Kiedy myślałem już, że ten jego monolog nigdy się nie skończy, on nieoczekiwanie zamilkł. Gdyby nie oddech, który słyszałem w słuchawce, pomyślałbym, że coś przerwało połączenie. Swoją drogą ciekawe, dlaczego on zawsze tak głośno oddycha. Może jego płuca są za małe w stosunku do powierzchni ciała.

– Mam jedno pytanie – wyrwał mnie z zamyślenia ostry głos. Był tak wyraźny, jakby Alberto stał tuż za moimi plecami. – Czego w zamian oczekujesz?

Spodziewałem się tego pytania. Byłem na nie przygotowany. W końcu gra szła o pieniądze. Odpowiedź miałem dobrze przemyślaną.

– Przyzwoitego wynagrodzenia – odparłem spokojnie. – Dużo ryzykuję, więc muszę wiedzieć za co. Każdego dnia będzie mi przybywało wrogów…

– Nie tylko tobie – przerwał mi.

– Pan to zupełnie co innego. Pan będzie bezpieczny. Wystarczy, że stworzy pan listę z nazwiskami, obok nazwisk napisze wpłacone kwoty i zostawi kilka kopii tej listy na przechowanie u paru zaufanych notariuszy. Wystarczy tylko zastrzec, że dokumenty mają być opublikowane w przypadku pana nieoczekiwanej i nienaturalnej śmierci. – Podsuwałem mu gotowe rozwiązanie. – Poinformuje się o tym zainteresowanych. Ręczę, że włos nie spadnie panu z głowy, to będzie swoista polisa na życie. Pana śmierć stałaby się katastrofą dla wielu wysoko postawionych ludzi. Nikogo nie stać na taki skandal. Stanie się pan najbardziej strzeżoną osobą w Toskanii…

– Ile chcesz? – przerwał mi gwałtownie.

– Dwadzieścia procent od pana zysków i zwrot kosztów.

– Wysoko się cenisz – wycedził przez zaciśnięte zęby.

***

Poznałem Alberta z Francescą. Chciałem, żeby między nimi zaiskrzyło. Francescę znałem od paru miesięcy. Ubierała uczestników konkursu The Voice of Italy. Dobierała ciuchy pasujące do ludzi, w pewnym sensie stworzyła nasz image. Dwa lata wcześniej ukończyła wydział malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych we Florencji, ale nie chciała malować. Nie bawiły ją wystawy, wernisaże i plenery. Czuła niechęć do rąk umazanych farbą i nudziły ją godziny spędzane przy sztalugach. Męczyło ją mozolne tworzenie dzieła. Została projektantką mody. Szokującą, prowokującą, bulwersującą i kontrowersyjną. Projektowane przez nią ciuchy ubierają ludzi, eksponując ich naturę. Są niepowtarzalne, jak każdy z nas jest niepowtarzalny. Podkreślają osobowość, wyróżniają z szarości, zapadają w pamięć. Francesca projektuje ubrania, które niby przypadkiem dookreślają człowieka, dopowiadają szczegóły, przyczyniają się do stworzenia zamkniętej i ekscytującej całości. Potrafi projektować także ubrania, które zmieniają ludzką naturę. Według Franceski moda ma być wyzywająca, ma być elementem gry wstępnej, kończącej się wcześniej czy później okrzykami rozkoszy w łóżku. Według niej całe życie kręci się wokół zmysłowości, pożądania i seksu. Każdy element ubioru ma podkreślać zmysłowość, być dobrze dobranym szczegółem, idealnie pasującym do całości. Makijaż i fryzura muszą dokładnie pasować do sukienki, butów, lakieru na paznokciach oraz perfekcyjnie przemyślanych dodatków. Tak wymodelowana postać potrafi, według Franceski, całą sobą wykrzyczeć swoje potrzeby, chęci, marzenia, oczekiwania i erotyczne fantazje. Mnie też stworzyła po swojemu, uformowała na swoją modłę. Ludzie to kupili. Przybyło mi raptem fanów, gorących e-maili, rozhisteryzowanych fanek, przeciskających się z piskiem po autografy. Nie da się ukryć, że Francesca ma talent, chociaż zapewne projektowanie mody nie należy do wielkiej, wiekopomnej sztuki.

– Jesteś rozmazany, rozmyty i bez wyrazu. Jesteś za miękki – powiedziała, kiedy zobaczyła mnie po raz pierwszy. – Wszystko jest u ciebie pozornie w porządku, ale mdłe i nijakie. Jesteś jakiś taki rozciapany. Masz wszystko, co powinien mieć facet, a jednak, patrząc na ciebie, nie mam ochoty się z tobą kochać. Masz głos, ale głos to zdecydowanie za mało, żebyś mógł wygrać ten konkurs. Ludzie chcą cię nie tylko słyszeć. Dziewczyny chcą cię też widzieć, chcą zasypiać z twoim obrazem przed oczami, chcą erotycznie fantazjować, myśląc o twoim ciele, chcą pisać do ciebie płomienne listy, czekać na twoje spojrzenia, kochać się z jakimś dupkiem, mając ciebie przed oczami… Rozumiesz? Jesteś za mdły, za nijaki. Musimy to zmienić.

I zaczęła to zmieniać. Stworzyła ze mnie na potrzeby The Voice of Italy zupełnie innego faceta. Według Franceski pasowały do mnie powycierane dżinsy, białe T-shirty z długimi, niechlujnie zawiniętymi rękawami, tatuaż przedstawiający smoka na lewym przedramieniu, odrobinę za długie włosy, przeczesane tylko niedbale palcami, sterczące we wszystkie strony w artystycznym nieładzie, dwudniowy zarost kładący się cieniem na policzkach, mocno opalone ciało, szelki, zapach mięty i cedru… Według niej zapachy były częścią ubioru, były podkreśleniem i dopełnieniem wszystkiego. Mówiła, że ludzi ubierają ciuchy i zapachy, że zapachy potrafią okryć nawet nagość. Zdaniem Franceski najlepiej do mnie pasował zapach cedru złamany nutą mięty. Według niej tak pachnie seks. Pamiętam, kiedyś przyszła na próbę przed kolejnym koncertem, usiadła w pierwszym rzędzie, przyglądała mi się prowokująco i nachalnie. Przez całą próbę nie spuszczała ze mnie oczu. Złapałem się na tym, że śpiewam dla niej. Zaczepiła mnie, kiedy po próbie wychodziłem z szatni. Zaproponowała wspólną kolację. Nie spieszyłem się wtedy nigdzie, nie miałem żadnych planów. Czekało na mnie puste mieszkanie. Zjedliśmy kolację. Noc spędziliśmy u niej. I tak już zostało. W dzień pracowaliśmy przy TheVoice of Italy, noce spędzaliśmy razem. Skończyła się moja przygoda z muzyką, a między nami już tak zostało. Ja nie szukałem miłości. Niczego od Franceski nie oczekiwałem. Ona też na nic nie liczyła. Chciała tylko się ze mną kochać. Połączyło nas czyste pożądanie. W łóżku była odważna i szalona, w życiu nie do wytrzymania. Denerwowała mnie i drażniła, była pusta i zaborcza, pewna siebie i zarozumiała. Jej przeświadczenie, że jest centrum świata, doprowadzało mnie do frustracji. Według niej świat stworzono tylko po to, żeby mógł się wokół niej kręcić. Prowadziła się swobodnie, sypiała z wieloma. Często musiałem się nią dzielić z innymi. Nie przeszkadzało mi to. Mogłem dzielić się nią z każdym. Mogłem i z Albertem. Chciałem mieć nad nim kontrolę. Wiedziałem, że przypadną sobie z Albertem do gustu. On miał słabość do pięknych kobiet, a dla niej nie było na świecie nic bardziej podniecającego od pieniędzy.

***

To