Droga, którą przeszłam - Agata Przybyłek - ebook

Droga, którą przeszłam ebook

Agata Przybyłek

4,2

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Każda jej książka niesie ogromny ładunek emocjonalny. Agata Przybyłek kolejny raz udowadnia, jak zaskakujące scenariusze potrafi napisać życie.

Alicja i Dawid są młodym małżeństwem, które cierpi po stracie dziecka. By poradzić sobie z bolesnymi wspomnieniami, wyprowadzają się za miasto. W pobliżu urokliwej zieleni, stawów i starych drzew, Alicja zaczyna odzyskiwać spokój ducha. Zamierza cieszyć się nowym życiem, lecz niespodziewanie wszystko, przed czym uciekała, powróci. Czy uda jej się przegonić duchy przeszłości?

Stefania niczego nie pragnęła w życiu bardziej niż matczynej miłości. Co stało się z małą dziewczynką dorastającą w domu pozbawionym ciepła? Kim jest dziś ta kobieta? I w jaki sposób jej losy splotą się z życiem Dawida i Alicji?

Każdego z nas prześladują jakieś koszmary. Ta poruszająca historia pokazuje, że ucieczka nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Zwłaszcza jeśli uciekamy przez miłością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
agnieszka9215

Nie oderwiesz się od lektury

Piekna, wzruszająca i pelna emocji historia dwóch kobiet.. Z zapartym tchem i szklacymi oczami sledzilam losy małej Stefanii, a zakończenie złamało mo serce
00
tyrkacollins877

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita , wzruszająca historia dwóch kobiet... Polecam bardzo serdecznie Ocenia 10/10
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Agata Przybyłek-Sienkiewicz, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel, Aleksandra Wolska

Redakcja: Ewelina Chodakowska

Korekta: Agata Tondera, Karolina Borowiec-Pieniak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: BALAZS KOVACS / Arcangel

Fotografia autorki:

Agnieszka Werecha-Osinska /

Foto Do Kwadratu

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-10-8

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nad każdą dziecięcą kołyską

unoszą się duchy przeszłości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dedykuję tę książkę S. Spoczywaj w pokoju.

I każdej mamie, której nie dane było

przytulić swojego maleństwa.

 

 

 

 

 

 

 

 

Alicja

 

 

 

 

Alicja otworzyła drzwi od samochodu i postawiła stopy na soczyście zielonej trawie. Kilka źdźbeł od razu połaskotało ją w kostki, o czym mogła tylko pomarzyć, spacerując po miejskich chodnikach. Miała na sobie zwiewną sukienkę, która zafalowała, gdy zamknęła za sobą drzwi auta. Jej kasztanowe włosy rozwiał lekki, niosący wilgotne powietrze podmuch wiatru. Między ciemnozielonymi koronami drzew ganiały się ptaki.

– Wzięłaś swoją torebkę? – zapytał Dawid, mąż Alicji.

Skinęła głową i dla potwierdzenia zacisnęła palce na czarnym pasku. Dawid zamknął samochód, a ona utkwiła wzrok w długim parterowym budynku, znajdującym się na posesji otoczonej z trzech stron drzewami. Pierwszy raz przyjechali tutaj jako pełnoprawni właściciele tej nieruchomości. Alicja już dawno nie była tak szczęśliwa.

Był koniec kwietnia i nastała piękna pogoda. Poprzedniego dnia długo padało – na podwórku widać było jeszcze kałuże, a prowadząca tutaj polna droga tak rozmiękła, że momentami wydawała się nieprzejezdna, ale dziś nic nie zwiastowało deszczu. Niebo było bezchmurne, świeciło słońce. I dobrze. Wyglądało na to, że los zamierzał sprzyjać nowym właścicielom domu.

Alicja odwróciła się do Dawida i mimowolnie zerknęła na jeden ze stawów po drugiej stronie polnej drogi, którą przyjechali. W lustrzanej tafli odbijała się głęboka zieleń koron starych dębów, buków i grabów, a gdzieniegdzie przebijał błękit nieba. W porastających brzegi szuwarach chowały się kaczki. Alicja przez chwilę patrzyła, jak trzepocząc skrzydłami, poruszają pałkami i trzciną. Już teraz wiedziała, że w przyszłości często będzie im rzucała ziarna. Uwielbiała te ptaki. Mogłaby patrzeć na nie godzinami.

Kiedy kilka tygodni temu znajomy Dawida powiedział im o tym domu, nic nie wskazywało na to, że zdecydują się na zakup. Nie spełniał prawie żadnych kryteriów, które brali pod uwagę, przeglądając oferty. Nie znajdował się na obrzeżach Płocka, ale kilkadziesiąt kilometrów za miastem, w dodatku w głuszy. Działka leżała schowana w starym parku z kompleksem stawów i bagien, z dala od innych zabudowań. Poza długim parterowym domem, w którym przed laty mieściły się mieszkania dla nauczycieli, stał na niej także drewniany budynek, będący niegdyś szkołą.

– Oczywiście możecie go rozebrać – oznajmił pośrednik podczas pierwszych oględzin działki. – Nie jest w najlepszym stanie.

Alicja popatrzyła wtedy na zawalony drewniany dach nad gankiem budynku. Choć rzeczywiście był w fatalnej kondycji, wydało jej się, że bez niego działka straciłaby część uroku. Porośnięte bluszczem drewniane ściany idealnie komponowały się z głęboką, ciemną zielenią okolicy, licznymi stawami oraz powyginanymi konarami starych drzew. Tak samo jak rzeźbione okiennice, z których część wisiała krzywo albo podpierała ściany. Wyglądały jak z poprzedniej epoki, ale miały w sobie jakąś magię. Może i ten drewniany budynek mogliby kiedyś wyremontować?

Kątem oka zerknęła na Dawida. Podobnie jak ona przyglądał się posiadłości i wydało jej się, że myśli w tej chwili dokładnie to samo co ona. Wodził wzrokiem w zamyśleniu po ruinach i deskach i pewnie zastanawiał się, czy kiedykolwiek uzbierają dość pieniędzy, by przywrócić temu miejscu dawną świetność.

Dawid miał na sobie ulubiony czarny golf, który wystawał spod ciemnobrązowej kurtki, i dobrze skrojone spodnie w podobnym kolorze. Przypominał modela, który właśnie zszedł z wybiegu, choć tak naprawdę nigdy nie przywiązywał wagi do wyglądu. Wkładał to, w czym było mu wygodnie, a potem zupełnie ignorował pełne podziwu spojrzenia mijających go na ulicy kobiet. Patrząc teraz na męża, Alicja pomyślała, że lubi go w czerni. W tym swoim golfie i z zamyśloną miną wyglądał niezwykle dostojnie i elegancko, a ciemny kolor podkreślał głębię jego spojrzenia.

– Od jak dawna nikt tu nie mieszka? – Dawid zerknął na pośrednika. Stojąca obok Alicja opatuliła się szczelniej beżowym płaszczem i również przeniosła wzrok na mężczyznę.

– Lekcji nikt tu nie prowadzi już od kilkudziesięciu lat – odparł pośrednik.

W przeciwieństwie do nich ubrany był na sportowo, a na nogach miał przybrudzone adidasy. Alicja pomyślała, że to nie najlepszy wybór dla osoby, która ma robić dobre wrażenie na klientach i sprzedawać im jakiekolwiek nieruchomości. Nie zdobyła się jednak na żaden komentarz. Zamiast tego, nie kryjąc zainteresowania, spytała:

– Dlaczego szkoła przestała działać?

– Okolica się wyludniła. Kiedyś znajdowało się w tym parku kilka zabudowań, ale żadne z nich nie przetrwało próby czasu. Dawni właściciele odeszli z tego świata, a ich dzieci czy wnuki ani myślały wracać w rodzinne strony gdzieś na końcu świata. Młodych ciągnie do miasta.

Dawid skrzyżował ręce.

– A w tym budynku, w którym mieściły się mieszkania nauczycielskie?

– Jeszcze rok temu pomieszkiwała tutaj właścicielka, ostatnia profesorka z dawnej kadry. Niestety podupadła na zdrowiu i dzieci zabrały ją do siebie, do miasta. Pewnie nie powinienem o tym opowiadać, ale na stare lata zaczęła mieć problemy z pamięcią. Zapominała o wzięciu lekarstw albo rozpaleniu w piecu. Zaczynała sama dla siebie stanowić niebezpieczeństwo.

– Nic dziwnego, że dzieci zabrały ją do siebie – stwierdziła Alicja.

– Później czasem ją tu jeszcze przywozili. Upierała się, że chce jechać do domu, i nie było na nią mocnych. Zimą jednak przestała chodzić o własnych siłach i syn zdecydował się sprzedać ten kompleks. Nie stać go było, żeby przyjeżdżać tutaj i dogrzewać dom matki. Węgiel i paliwo kosztują, a inaczej budynek by niszczał. Na co komu ruina?

Dawid pokiwał głową i w zamyśleniu ruszył w stronę parterowego domu. W przeciwieństwie do starej szkoły był w całkiem niezłym stanie, choć gdyby zdecydowali się w nim zamieszkać, na pewno wymagałby remontu. Tynkowa elewacja gdzieniegdzie się kruszyła i pewnie trzeba by wymienić dach. Był dziurawy w kilku miejscach, na suficie na pewno wyszła już wilgoć. To spory wydatek, a wnętrza też musieliby odświeżyć, przede wszystkim zerwać albo chociaż odnowić podłogi. Dawid zauważył, że parkiet w kącie przedpokoju zaczął gnić. Pewnie od tej wszechobecnej wilgoci.

Podczas gdy Dawid myślał o ewentualnych naprawach, Alicja rozejrzała się wokół posesji. Pierwszy raz widziała stary park na żywo, a nie na zdjęciach w internecie, i musiała przyznać, że wyglądał o wiele lepiej, niż się spodziewała. Na wykonanych wczesną zimą fotografiach wszystko było szare i nieco przygnębiające, ale teraz, w marcowym słońcu, park był dobrze oświetlony i sprawiał inne wrażenie. Nadal wydawał się mroczny, ale stawy ukryte między starymi drzewami niezaprzeczalnie miały swój urok. Alicja najchętniej zostawiłaby Dawida z pośrednikiem i oddaliła się jedną ze ścieżek, by pospacerować po okolicy.

Zamiast tego wsunęła zziębnięte ręce do kieszeni płaszcza i wskazała na podwórko.

– Aż trudno uwierzyć, że nikt tutaj nie mieszka – zagadnęła pośrednika, gdy Dawid nadal oglądał wnętrze domu.

– Cóż mogę powiedzieć… Nie wszyscy są miłośnikami natury. Ale poza tym budynkiem, który oglądacie, w pobliżu zachował się jeszcze jeden.

– Jest zamieszkały?

– Od dawna. Co prawda leży na skraju parku, ale zawsze to jakaś namiastka sąsiadów.

– Gdzie to jest?

– Na końcu polnej drogi, jakiś kilometr stąd. – Pośrednik wskazał ręką kierunek. – Z tego, co mi wiadomo, mieszka w nim jakieś starsze małżeństwo. Ale nie robiłbym sobie nadziei, że uda się z nimi zaprzyjaźnić. Wiem od syna tej nauczycielki, która tu mieszkała, że ci ludzie nie są zbyt towarzyscy. Raczej się izolują.

– Szkoda. A najbliższa miejscowość?

– Trzeba wrócić do głównej drogi i pojechać ze trzy kilometry na północ. Są tam dwa sklepy spożywcze i skrzynka pocztowa. Resztę spraw, na przykład urzędowych czy związanych z pomocą medyczną, trzeba załatwiać w sąsiednim mieście albo w Płocku.

– Na szczęście to nie aż tak daleko.

– W dzisiejszych czasach, gdy wszyscy mamy samochody, rzeczywiście taka odległość nie stanowi problemu. A tutaj przynajmniej panuje cisza i spokój zamiast miejskiego gwaru. No i powietrze jest czyste, świeże, a nie zanieczyszczone. Ta płocka rafineria to niejednego wykończy rakiem płuc. – Pośrednik próbował ją chyba w ten sposób zachęcić do kupna, ale marnie mu wyszło. Nie był najlepszym mówcą i ewidentnie brakowało mu charyzmy.

Alicja już miała coś odpowiedzieć, gdy pojawił się jej mąż.

– A ma pan klucze do tego budynku gospodarczego, który stoi pod płotem? – Dawid zerknął na podwórko. – Chciałbym zajrzeć do środka.

– Pewnie, że mam. Nauczyciele trzymali tam swoje niepotrzebne sprzęty, jakieś zapasy, opał. Uprzedzając pana kolejne pytanie: jest w całkiem niezłym stanie. Przepraszam panią na moment – zwrócił się do Alicji, po czym oddalił się z Dawidem.

Alicja jeszcze raz zlustrowała wzrokiem zabudowania, po czym przeszła przez polną drogę i stanęła nad stawem. Ponieważ był wtedy początek marca i temperatury oscylowały jeszcze wokół zera, jej płuca wypełniało mroźne powietrze. Skuta lodem tafla wody skrzyła się w promieniach słońca sączącego się przez pozbawione liści gałęzie drzew.

Alicja objęła ramiona dłońmi i lekko je roztarła. Nie przygotowała się na chodzenie wokół domu, raczej po jego wnętrzu, dlatego zdążyła już nieco zmarznąć. Jej nos oraz policzki były zaczerwienione. Kilkukrotnie poruszyła palcami u stóp, żałując, że zamiast grubych kozaków włożyła tylko lekko ocieplane botki. Mogła przecież przewidzieć, że będzie jej zimno.

Mimo wszystko stary park i zabudowania, które oglądali, zrobiły na niej wrażenie. Nigdy nie mieszkała z dala od miasta, urodziła się i dorastała w Płocku, ale gdy patrzyła na ten staw, a wcześniej drewnianą szkołę, przez jej głowę przemknęła szalona myśl, że skoro naprawdę chcą z Dawidem zmienić coś w swoim życiu, może nie powinni ograniczać się do zamiany mieszkania w bloku na zadbany ogród na płockich przedmieściach, lecz właśnie przenieść się tutaj. Z dala od wielkiego świata i jego problemów. Może i będzie to skok na głęboką wodę, bo żadne z nich nie ma pojęcia o życiu na wsi, ale czy nie tego właśnie potrzebowali: zmiany swojego życia i zupełnego odcięcia od złych wspomnień?

Stojąc samotnie nad oblodzonym stawem i wsłuchując się w ciszę, Alicja pierwszy raz od dawna poczuła spokój. W dodatku nie jego marną namiastkę, lecz pełnię. Zdawało się jej, że każdy kolejny oddech czystym, wilgotnym powietrzem jedynie potęguje to uczucie, i na chwilę aż przymknęła powieki. Dopiero po kilku minutach znowu potarła wychłodzone ramiona i popatrzyła w błękitne niebo. Już zawsze chciała czuć się w ten sposób. Pragnęła na dobre uporać się z trudną przeszłością.

 

 

 

 

 

 

 

 

Stefania

 

 

 

 

Moja mama bardzo chciała urodzić chłopca. Podobno gdy tylko odkryła, że jest w ciąży, od razu zaczęło towarzyszyć jej przeczucie, że nosi pod sercem syna. Nie umiała tego racjonalnie wytłumaczyć, lecz było to tak silne, że nie brała pod uwagę innej możliwości i z zapałem opowiadała wszystkim przyjaciółkom, że na pewno nie jestem dziewczynką. Jako dziecko bardzo często wyobrażałam sobie, jak siedząc przy kuchennym stole, z radością gładzi się po brzuchu, jej rozpuszczone włosy opadają miękko na plecy, a ciało przyobleka kwiecista sukienka…

– To będzie chłopak – powtarzała w tych moich fantazjach i uśmiechała się tak czule, jak nigdy nie uśmiechała się do mnie.

W jej policzkach powstawały maleńkie dołeczki, których, choć bardzo bym chciała, nie odziedziczyłam, a oczy błyszczały w słońcu. Była szczęśliwa, jak to kobiety w stanie błogosławionym. Tryskała optymizmem, nadzieją i radością, zwłaszcza że już od dawna pragnęła potomka.

Pewnie gdyby działo się to w dzisiejszych czasach, dodawałaby w rozmowach z przyjaciółkami, że jej syn na pewno zostanie piłkarzem i będzie kiedyś biegał po boiskach jak Robert Lewandowski. Wtedy jednak nie było jeszcze na świecie naszej narodowej gwiazdy piłki nożnej, ani nawet sprzętu do wykonywania USG, by przewidzieć płeć dziecka. Mama przez całe dziewięć miesięcy żyła więc w przekonaniu, że urodzi się jej zdrowy, rumiany chłopiec. I że da mu na imię Stefan.

– Po dziadku – wytłumaczyła mojemu ojcu, piejąc nad tym imieniem.

A tata, z tego, co wiem, ani myślał zaprotestować; pewien Stefan mieszkał wtedy po sąsiedzku i był bardzo robotnym, zaradnym mężczyzną. Nieraz pomagał ojcu w jakichś pracach domowych i ogólnie służył dobrą radą, tata zawsze mógł na niego liczyć. W dodatku w historii Kościoła zapisało się wielu świętych o tym imieniu, a przecież syn powinien nazywać się na cześć jakiegoś prawego człowieka.

– Stefek… Stefcio… – szeptała ponoć do brzucha rozradowana matka.

Pewnie gdyby spodziewała się dziecka w dwudziestym pierwszym wieku, szybko wpadłaby w szał związany z kompletowaniem wyprawki i urządzaniem pokoiku dziecięcego. Byłaby jedną z tych zbzikowanych mamuś, które zaraz po zrobieniu testu ciążowego zaczynają bieganinę po sklepach z akcesoriami dla dzieci i godzinami przeglądają w internecie strony z artykułami dla niemowląt. Na pewno gorączkowo zastanawiałaby się, jaką kupić butelkę, jaki wózek, a jakie nosidełko, i na jaki kolor pomalować pokoik. Wybierałaby między błękitnymi a zielonymi czapeczkami i myślała o tym, czy po porodzie szczepić dziecko czy go nie szczepić. Ponieważ jednak żyła w innych czasach, przygotowania do moich narodzin ograniczyły się do przytaszczeni od sąsiadki worka z ubrankami i innymi potrzebnymi rzeczami do pielęgnacji niemowlęcia oraz do nakłonienia męża do zbicia kołyski.

– Tylko pamiętaj, ma być ładna! – mówiła mama do ojca w moich wyobrażeniach. – Nasz Stefcio musi mieć wszystko, co najlepsze. W końcu w przyszłości będzie kimś. Może ta kołyska wyląduje kiedyś w jakimś muzeum?

Wymarzyła sobie, że będę chłopcem, a do tego pianistą. Jej tata jeszcze przed wojną dostał od kogoś piękne, bogato rzeźbione pianino, które mama otrzymała później w prezencie ślubnym. Mama już jako dziecko zdobyła solidną edukację muzyczną i bardzo często swoją grą umilała popołudnia rodzicom oraz ich znajomym. Jej długie palce płynęły po klawiszach, jak gdyby były właśnie do tego stworzone. Wygrywała najpiękniejsze melodie, sonaty i walce, które niosły się po domu oraz okolicy, idealnie komponując się z trelami ptaków. To nie zmieniło się nawet, gdy wyszła za mąż. Mama nie zamierzała nigdy zrezygnować z muzyki. Miała ją we krwi.

Jak byłam mała, czasem obserwowałam rodziców przez uchylone drzwi do salonu. Zmęczony po pracy ojciec prosił mamę, by dla niego pograła.

– Nic nie relaksuje mnie bardziej od twojej muzyki, kochanie – mówił, rozsiadając się na kanapie.

Matka zalotnie zerkała mu w oczy. Nawet gdy była bardzo zmęczona, nie odmawiała. Całowała go w usta i zaplatała włosy w warkocz, by żadne niesforne pasma nie opadły jej na twarz, gdy w pełni odda się swojej pasji. Siadała na okrągłym stołku, podnosiła klapę pianina, a potem unosiła smukłe dłonie i z gracją układała je nad klawiszami, w głowie planując już pewnie pierwsze ruchy. Brała głęboki wdech i jakby z czcią zaczynała przesuwać palcami po klawiaturze. Czasem widziałam nawet, jak podczas gry przymykała oczy, stawała się nieobecna, jakby uciekała do innego, równoległego świata, w którym liczą się tylko dźwięki. Kochała się w nich zatracać. Nic więc dziwnego, że chciała swojego ukochanego pierworodnego syna nauczyć tej majestatycznej sztuki. Stefcio miał być idealny.

Tata również miał wobec mnie konkretne plany. Pracował jako lekarz w pobliskim szpitalu i marzył, że pierwsze dziecko pójdzie w jego ślady. Specjalnie nie wyrzucał swoich notatek ze studiów, by jego syn mógł się wykształcić, korzystając z solidnie przygotowanych materiałów. Planował, że gdy dorosnę, otworzymy własną prywatną praktykę gdzieś w okolicy. Na pewno nie moglibyśmy się opędzić od pacjentów. Ludzie zawsze chorowali i zawsze będą chorować. To jedno nigdy się nie zmieni.

– Gdy będzie miał kilka lat, nauczę go, jak prawidłowo wkłuwać igłę w żyły – tak w moich fantazjach żartował tata, przesiadując z mamą w salonie.

Mama zaśmiewała się melodyjnie i delikatnie gładziła swój okrągły brzuszek.

– Może uszyję mu maleńki biały fartuszek z podszewki. Niech oswaja się z lekarskim kitlem już od pierwszych dni.

– Dobry pomysł.

W mojej głowie ojciec przygarniał wtedy mamę do siebie i całował ją w czoło. Może zaparzali sobie potem herbatę i siadali z nią na schodach przed domem? A może razem sadowili się na kanapie w salonie i każde czytało inną książkę?

Często wyobrażałam sobie, jakimi byli ludźmi, zanim się urodziłam, i zwykle rysował się w mojej głowie obraz szczęśliwej, zakochanej parki. Po moim przyjściu na świat długo mieli kryzys, ale później zawsze okazywali sobie uczucia. Podejrzewam, że byli jeszcze bardziej wylewni, zanim pojawiłam się na świecie. Oczyma wyobraźni widziałam, jak wieczorami mama czule gładzi tatę po szyi, a on szepcze jej do ucha słodkie słówka. Pewnie często spacerowali po okolicy, trzymając się za rękę, i robili do siebie maślane oczy, czego zazdrościły im wszystkie napotkane po drodze kobiety. Ojciec był bardzo przystojnym, eleganckim mężczyzną, a mama zadbaną, drobną dziewczyną o magnetyzującym spojrzeniu. Ja sama nigdy nie mogłam oderwać wzroku od ich fotografii z tamtego okresu. I za każdym razem czułam się winna, że ośmieliłam się odebrać im to szczęście. Przynajmniej na jakiś czas.

Poród zaczął się upalnego czerwcowego popołudnia. Z opowieści rodziców i krewnych wiem, że mama już dzień wcześniej odczuwała skurcze przepowiadające, ale sądziła, że urodzi dopiero następnego dnia, dlatego nie zamierzała jeszcze wzywać położnej.

– Kochana, sporo czasu minie, zanim wezmę Stefka na ręce! – powiedziała do ciotki, która zostawała z mamą, gdy ojciec szedł do pracy. – Może usmażymy pączki, żeby było czym poczęstować gości, jak przyjdą później obejrzeć Stefcia?

Ciotka nie zamierzała protestować i dzień przed moimi narodzinami mama przygotowała dwie blachy pączków z różaną konfiturą.

– Czy ty aby nie przesadzasz, kochanie? – spytał tata po powrocie z pracy, zdziwiony tym widokiem, ale z chęcią skubnął jednego z nich.

– Przecież mamy co świętować – odparła ponoć.

Wody odeszły mamie następnego dnia, akurat gdy tata wrócił po pracy do domu. Osobiście przyjął mój poród, jeszcze nim przybiegła położna, która mieszkała na drugim końcu wsi. Matka była potwornie zmęczona kilkugodzinnymi zmaganiami, ale równie szczęśliwa – do momentu, gdy w pokoju rozległ się mój krzyk i wyciągnęła po mnie ręce.

– Pokaż mi tego naszego kawalera – wydusiła, z trudem łapiąc powietrze. – Niech no ucałuję naszego Stefcia.

– Ale kochanie…

Mama dobrze znała swojego męża i wiedziała, że ten ton nie zwiastuje niczego dobrego.

– O co chodzi? Coś z nim nie tak?

– Nie, tylko… – Ojciec patrzył to na trzymane w dłoniach niemowlę, to na zmęczoną żonę.

– Czesław, na litość boską! Czy ty musisz teraz mnie straszyć?

– Wcale cię nie straszę, kochanie. Po prostu…

– Podaj mi Stefcia.

– Regino, mamy córkę.

Na dźwięk jego słów mama zamarła.

– Słucham?

– To dziewczynka. Zobacz, jaka jest śliczna! – Ojciec uśmiechnął się lekko i podał mamie zawiniątko.

Podobno z miejsca zakochał się w moich wielkich, ciemnych oczach i pyzatych policzkach. Ale mama wcale nie chciała na mnie patrzeć. Zamiast wziąć mnie na ręce i przytulić do serca, by ukoić mój strach przed otaczającym światem, odwróciła twarz w drugą stronę, a po jej policzkach pociekły słone łzy.

– To miał być syn. To miał być Stefan – zapłakała mama.

I tak właśnie zostałam Stefanią.

 

 

 

 

 

 

 

 

Alicja

 

 

 

 

Alicja wniosła do salonu ostatni worek z ubraniami i otarła pot z czoła. Była wykończona. Dawid zostawił ją samą z dziesięcioma takimi, a sam wrócił do mieszkania po kolejne rzeczy. Może gdyby nie była taka zawzięta i trafniej oceniła swoje siły, czułaby się lepiej. Niestety od zawsze straszny był z niej uparciuch.

– Na pewno dasz radę sama przenieść to wszystko do środka? – spytał dwie godziny wcześniej Dawid, mrużąc oczy przed popołudniowym słońcem. Alicja stała przed domem, a on właśnie wypakował worki z samochodu. – Może jednak ja to pozanoszę, a dopiero potem wrócę do Płocka po resztę rzeczy?

Alicja spojrzała na niego wymownie.

– Słonko, nie jestem typem atletki, przyznaję, ale nie przesadzaj, dobrze?

– Po prostu się o ciebie martwię. Jesteś drobna. Nie powinnaś nosić takich ciężarów.

– Poradzę sobie z kilkoma workami – zapewniła. – Zresztą nie są takie ciężkie. Sama pakowałam te rzeczy i wiem, ile ważą.

Dawid przyciągnął ją do siebie i pocałował w skroń.

– Ale uważaj na siebie, dobrze?

– Doskonale wiesz, że będę.

– Wrócę za jakąś godzinę. No, góra półtorej.

Alicja czule pogłaskała Dawida po plecach. Dziś też miał na sobie czarny golf, który dodawał mu elegancji. Wyglądał poważnie. Nie to co ona, ubrana w różowe legginsy, sportową koszulkę i adidasy.

– Nie musisz się o mnie martwić – zapewniła, zerkając mu w oczy. – Przecież to nasz nowy dom. Co może mi się tu stać?

– Miałem raczej na myśli, że od dźwigania ciężarów możesz nabawić się przepukliny albo coś sobie naderwać.

– Wiesz co? – Alicja dała mu łokciem kuksańca. – Lepiej już jedź. A kiedy wrócisz, wszystkie worki będą leżały w salonie. Zobaczysz!

Dawid zaśmiał się melodyjnie i tym razem cmoknął ją w usta.

– Będę niedługo – zapewnił i wrócił do auta.

Silnik zawył, gdy przekręcił kluczyk w stacyjce. Dawid odwrócił się przez ramię. Sprawnie wykręcił samochodem na pustym podwórku i ruszył błotnistą drogą w stronę szosy. Alicja patrzyła za nim przez chwilę, aż w końcu związała włosy w niski kucyk i wzięła głęboki oddech. Jej płuca wypełniło wilgotne, ciepłe powietrze.

– No to zaczynamy – mruknęła sama do siebie i energicznie chwyciła jeden z worków.

Nie wydawał się wcale taki ciężki. Bez problemu przeniosła go po dwóch schodkach, a potem przez próg. Ustawiła go pod oknem w salonie i wróciła po kolejny. Z nim też poszło jej dość sprawnie. Aż się zdziwiła.

Dopiero teraz, gdy wniosła już wszystkie, zabrakło jej energii i animuszu. Dawid miał rację, mówiąc, że to ponad jej siły, chociaż nie zamierzała mu się do tego przyznać. Ostatnie dwa worki z trudem przeciągnęła po podłodze, nie mówiąc o tym, że po przeniesieniu ośmiu zaczął ją boleć kręgosłup. Rozbolały ją też mięśnie przedramion. Alicja potarła je dłońmi i dmuchnęła na kilka pasm włosów, które wymknęły się z kitki i opadły jej na czoło. Po jej plecach spływała cienka strużka potu, a sportowa koszulka, którą miała na sobie, miejscami była mokra. Alicja z dumą popatrzyła jednak na stertę niebieskich worków leżących pod oknem.

– Nigdy więcej takich ciężarów – szepnęła sama do siebie, choć w jej głosie nie słychać było złości. Raczej rozbawienie całą tą sytuacją.

Nie pierwszy raz przeceniła swoje możliwości, a Dawid ostrzegał, że sama nie da rady. Ale lubiła ten swój niezłomny charakter. Pewnie gdyby nie on, nie stałaby teraz w swoim nowym salonie, lecz nadal pogrążała się w rozpaczy w dawnym mieszkaniu.

Wzięła kilka głębokich wdechów, by uspokoić tętno, po czym ruszyła w stronę połączonej z salonem kuchni. Zwozili tutaj z Dawidem swoje rzeczy od trzech dni, więc na kuchennym blacie stał już czajnik elektryczny i słoiczki z cukrem, kawą i herbatą. Po długotrwałym wysiłku potrzebowali napić się czegoś ciepłego i odpocząć. Alicja wstawiła wodę na kawę i rozejrzała się wokół. Zamierzali wymienić z Dawidem stare meble kuchenne, które zostały po poprzedniej właścicielce, choć wbrew pozorom nie były w takim złym stanie. Jedynie drzwiczki nieco skrzypiały, ale powoli się do tego przyzwyczajali.

Czekając, aż zagotuje się woda, Alicja podeszła do okna w salonie i zapatrzyła się na lśniący staw za rozjeżdżoną drogą. Okno z kuchni wychodziło na podwórko, więc ten widok był o niebo ładniejszy. Właściwie to już teraz wiedziała, że nie zasłoni go grubymi, ciężkimi firanami. Zielonkawa tafla stawu, choć zdawała się mroczna, przyciągała ją jak magnes. Miała w sobie coś hipnotycznego, co sprawiało, że trudno jej było oderwać wzrok. Alicja mogłaby patrzeć na nią godzinami. Teraz też oparła dłonie o parapet i pochyliła się lekko do przodu. Wpatrując się w krajobraz, wyobraziła sobie, jak Dawid znosi właśnie do samochodu kolejne kartony z rzeczami, które wczoraj zapakowała bibelotami. Odkąd zostali małżeństwem, zajmowali trzypokojowe mieszkanie w jednym z bloków niedaleko centrum Płocka. Alicja do tej pory pamiętała, jak cieszyła się, że w końcu zamieszkają razem, i jak Dawid w przypływie emocji porwał ją na ręce i przeniósł przez próg jeszcze tego samego dnia, gdy odebrali klucze.

– Będziemy tutaj najszczęśliwsi, zobaczysz – wyszeptał jej do ucha, gdy przytulali się na korytarzu. I wtedy wszystko wskazywało na to, że Dawid ma rację.

Oboje skończyli studia na płockich uczelniach i znaleźli dobrą pracę. Dawid ukończył kierunek techniczny w płockiej filii Politechniki Warszawskiej. Podczas praktyk w rafinerii tak spodobał się przełożonym, że zatrudnili go właściwie od ręki. Co prawda przed awansem nie zarabiał kokosów, ale jego zarobki wystarczyły, by się usamodzielnił, a nawet odłożył pieniądze na wesele. Alicja natomiast ukończyła zarządzanie w Wyższej Szkole im. Pawła Włodkowica. Od zawsze interesowała się sztuką, więc po studiach rozpoczęła poszukiwania pracy, zanosząc CV do różnych instytucji związanych z kulturą. Nie od razu została zatrudniona. Właściwie to po kilku miesiącach poszukiwań zaczęła już nawet tracić nadzieję i gdyby nie odezwał się do niej dyrektor niewielkiego osiedlowego centrum kultury, zaczęłaby rozważać, czy tymczasowo nie zatrudnić się w branży gastronomicznej.

– Może po prostu powinnam zostać kelnerką – lamentowała przyjaciółkom. – Widać w tym mieście nie ma pracy dla ludzi takich jak ja.

Na szczęście nie musiała zmieniać planów. Już następnego dnia dostała telefon z centrum kultury, że została przyjęta jako młodszy specjalista do działu marketingu, i przez następne kilka lat zajmowała się tam organizacją i promocją. Razem z ekipą młodych, kreatywnych ludzi wyszukiwała sponsorów i przygotowywała osiedlowe festyny, konkursy piosenki dla młodzieży czy wyjścia do teatru dla pań z osiedlowego koła seniora.

Alicja uwielbiała tę pracę. Fakt faktem często musiała zostawać po godzinach i miała nienormowany czas pracy, ale organizacja tych wszystkich wydarzeń kulturalnych, kontakt z ludźmi oraz mediami sprawiały jej ogromną przyjemność i napawały satysfakcją. Lubiła stać za sceną i pilnować, czy zaplanowane przez nią występy przebiegają zgodnie z planem, albo chodzić wieczorami na biznesowe kolacje ze sponsorami czy lokalnymi władzami. Czuła się w tym małym centrum jak ryba w wodzie, a przełożeni często chwalili jej zaangażowanie i ciężką pracę.

– Pewnie nie powinnam o tym paplać, ale jesteś najmocniejszą kandydatką na zastępcę dyrektora – szepnęła jej któregoś dnia na ucho Ania, sekretarka.

– No coś ty! – Alicja omal nie zakrztusiła się herbatą, którą popijała, przyglądając się przez uchylone drzwi dzieciom uczestniczącym w warsztatach garncarskich. Jednemu chłopcu glina spadła na podłogę i właśnie zanosił się płaczem.

Na dźwięk słów Anki odwróciła od niego spojrzenie i wbiła wzrok w sekretarkę.

– Dyrektor jest tak zadowolony z twojej pracy, że kazał mi ostatnio przejrzeć oferty studiów podyplomowych z administracji. Rozważa, czy by ci ich nie opłacić.

– Jak to?

– No wiesz, jeśli miałabyś objąć ten stołek, na pewno przydałby ci się dyplom ukończenia takich studiów. Albo chociaż jakiegoś kursu.

– Zaczynam się bać. Czy ty czasem mnie z kimś nie pomyliłaś?

Ania zaśmiała się w głos.

– Jestem w stu procentach pewna, że chodziło o ciebie. – Poklepała Alicję po plecach. – Ale gdyby coś, to pamiętaj, że nic o tym nie wiesz. A już na pewno nie ode mnie.

– Gdyby co? – spytała ją jeszcze Alicja, ale nie doczekała się odpowiedzi.

W spokoju dokończyła pić herbatę, jednocześnie przypatrując się, jak dzieciaki z zaangażowaniem produkują gliniane wazony, kubki i miski. Na radość pozwoliła sobie dopiero wieczorem, gdy zasiedli z Dawidem do kolacji. Aż otworzyli z tego wszystkiego butelkę wina, którą trzymali na specjalną okazję.

– Moja przyszła pani dyrektor. – Dawid wzniósł toast, po czym dokończyli jedzenie i dali upust swojej radości w sypialni.

Ale los nie dał Alicji skorzystać z tej szansy. I zamiast awansować, porzuciła swoją posadę.

Teraz jednak nie myślała o pracy, lecz o Dawidzie, który opróżniał ich mieszkanie. Swego czasu bardzo je lubiła. Ponieważ zaraz po ślubie mieli mnóstwo energii i zapału do remontowania, sporo w nie zainwestowali. Całkowicie wyremontowali staromodną łazienkę i, choć zdawałoby się to niemożliwe ze względu na mały metraż, wstawili do niej nawet dużą wannę ze szklaną kabiną.

– Wolę nie wiedzieć, na co wam ona – żartowała Maja, młodsza siostra Alicji, której chłopak pomagał wtedy Dawidowi wnieść kabinę po schodach.

Alicja zbyła wtedy Majkę rozbawionym spojrzeniem i zaprosiła do stołu, który kupili z Dawidem parę dni wcześniej. Jasne drewno idealnie komponowało się z przestronnym pokojem utrzymanym w nowoczesnym stylu, a przez ozdobione zwiewnymi zasłonami okna wpadały promienie popołudniowego słońca. Alicja z przyjemnością buszowała po sklepach z wyposażeniem wnętrz w poszukiwaniu ciekawych dodatków. Na parapetach ustawiła maleńkie sukulenty w białych doniczkach, a nad prostą komodą powiesiła kilka ramek do zdjęć. Ciemną kanapę przyozdobiła poduszkami w azteckie wzory, a obok postawiła wysoki szklany wazon, do którego regularnie wkładała soczysto zielone liście palmy albo eukaliptusa, a wiosną – kwitnące, oprószone kwieciem gałęzie.

Właścicielka kwiaciarni, do której Alicja wpadała przynajmniej raz w tygodniu po pracy, śmiała się, że specjalnie dla niej pomyśli o karcie stałego klienta. Jednak Alicji nie zależało na rabatach i zniżkach. Była w stanie zapłacić każdą cenę, byleby wnieść do mieszkania więcej życia. Uwielbiała zieloną roślinność, chyba nawet bardziej niż kwiaty. Dzięki wszystkim tym dodatkom i dekoracjom Alicji udało się stworzyć w płockim mieszkaniu przyjemny, sprzyjający dobremu samopoczuciu klimat. Oboje z Dawidem uwielbiali relaksować się na kanapie i wieczorami oglądać filmy, a w weekendy do późna wylegiwać się na łóżku w sypialni. Prawdę mówiąc, mimo wszystkich przykrych rzeczy, które spotkały ich w tamtym mieszkaniu, Alicja chwilami czuła żal, kiedy mieli je na dobre opuścić. Sądziła, że będzie jej brakowało tych wnętrz. Parapetu, na którym uwielbiała siadać z książką, czy dębowego parkietu w salonie, którego nigdy nie przykryła dywanem. Albo ciasnego przedpokoju, w którym zwykle namiętnie całowali się z Dawidem w biegu do pracy…

Do pierwszego własnego kąta zawsze ma się sentyment, niezależnie od tego, jaki by był. Nawet jeśli w łazience bez przerwy przecieka kran, a drzwiczki ścian w kuchni odpadają od zawiasów, to jednak bezpieczna przystań i symbol prawdziwej wolności. W końcu to nie ściany i meble tworzą dom, ale ludzie, którzy w nim mieszkają, i wszystkie pozytywne emocje, którymi jest wypełniony. Z każdą wyprowadzką związany jest jakiś smutek. Nawet jeśli za zakrętem czeka upragnione nowe, lepsze, nieznane.

Z rozmyślań przywołał Alicję do rzeczywistości dźwięk oznajmiający, że w czajniku zagotowała się woda. Energicznie oderwała dłonie od parapetu i przeszła do kuchni. Zalała kawę wrzątkiem, a potem zabrała kubek na podwórko. Zamierzała nacieszyć się świeżym powietrzem i ciszą. W bloku nieczęsto miała taką przyjemność.

Kilka desek zaskrzypiało, gdy szła korytarzem. Nie przywieźli tu jeszcze z Dawidem swoich mebli, a większość tych po byłej właścicielce oddali albo wywieźli, Alicja przysiadła na progu domu i wyciągnęła przed siebie nogi. Mięśnie powoli zapominały o wzmożonym wysiłku, a delikatny wiatr, który muskał jej twarz, pomagał się zrelaksować. Zielone źdźbła trawy kołysały się miarowo, a złociste promienie słońca odbijały się w oknie budynku gospodarczego, który zamierzali z Dawidem przerobić na składzik i garaż. Pogoda była piękna. Napawała entuzjazmem i energią.

Alicja upiła łyk kawy i wsłuchała się w trele ptaków ganiających się nad podwórkiem. Nie znała nazw tych gatunków, ale wiedziała, że niedługo się w tym podszkoli. Podobnie jak w nazwach roślin, które porastały jej działkę. Jakiś czas temu zabrała tutaj rodziców i jej mama, Jolanta, nie mogła wyjść z podziwu nad ilością ziół, które znalazła pośród traw.

– Koniecznie musisz ususzyć trochę krwawnika. – Klęknęła obok jakiejś rośliny podczas obchodu działki. – Pomaga na dolegliwości układu trawiennego, w walce z migreną i działa przeciwzapalnie.

– Nie miałam o tym pojęcia. – Alicja zerknęła jej przez ramię, by zapamiętać kształt tej roślinki.

– Człowiek uczy się całe życie. Ale poczekaj z tym suszeniem, aż w wakacje zakwitnie. Możesz go wtedy ściąć i poukładać na słońcu.

– Robi się z niego jakieś herbatki?

– Ziołowe napary. Ususzony krwawnik trzeba rozdrobnić. W razie potrzeby wystarczy zalać ze dwie łyżeczki gorącą wodą i masz gotowe lekarstwo.

– Skąd ty to wszystko wiesz, skoro przez całe życie mieszasz w bloku?

Jolanta podniosła się z kolan.

– Twój ojciec sprezentował mi kiedyś książkę o ziołach. Nie pamiętam tytułu, ale gdzieś ją mam, mogę ci pożyczyć. Pamiętasz, jak ojciec miał manię robienia nalewek?

– Tego się nie da zapomnieć. Karafki zajmowały chyba wszystkie szafki w salonie.

– Złościłam się wtedy na niego i bałam się, że popadnie w alkoholizm. Wtedy ten mądrala wymyślił sobie, że kupi mi książkę o ziołach, by przekonać mnie, że robi te wszystkie nalewki dla zdrowotności.

Alicja uśmiechnęła się szeroko na to wspomnienie i znowu upiła łyk kawy. Obiecała rodzinie, że gdy tylko urządzą się już z Dawidem w nowym domu, zorganizują grilla na świeżym powietrzu, i już nie mogła się tego doczekać. Wyobrażała sobie, jak wraz z najbliższymi siedzą w białym namiocie, stół jest obficie zastawiony jedzeniem, a z wystawionych na dwór głośników dopływa cicha, spokojna muzyka. Właściwie to miała tyle planów i nadziei związanych z tym nowym domem, że trudno by je było zliczyć.

Tylko czasem paraliżował ją z tego powodu strach. W końcu w życiu nie powinno się niczego planować – już raz boleśnie się o tym przekonała. I naprawdę nie chciałaby tego przeżywać po raz drugi.

 

 

 

 

 

 

 

 

Stefania

 

 

 

 

Mama mnie odtrąciła i wydaje mi się, że nigdy nie udało jej się mnie pokochać. Chciałabym powiedzieć, że próbowała, ale nigdy nie wykazała ku temu najmniejszych chęci. Zawiodłam wszystkie jej oczekiwania już na starcie i od początku byłam na straconej pozycji. Mama odseparowała się ode mnie i odmówiła mi swojej miłości. Mimo próśb i nacisków ze strony taty nie chciała mnie brać na ręce, pielęgnować, a nawet karmić, przez co przez pierwsze tygodnie życia prawie nie przybierałam na wadze. Ponoć dużo płakałam. Być może z głodu, a być może z powodu dystansu matki i bijącego od niej zimna. Wydaje mi się, że zawsze to czułam. A tym swoim płaczem tylko bardziej ją do siebie zniechęcałam.

– I czego beczysz?! – W moich wyobrażeniach wściekła kopała w kołyskę, w której leżałam, i z satysfakcją przyglądała się mojej czerwonej twarzy i spuchniętym oczom. – Nie możesz się chociaż na chwilę zamknąć?! Nie masz co wołać o pomoc. Nikt się nad tobą nie zlituje, bo tak naprawdę nikt cię tu nie chce!

Z powodu depresji mamy to tata przejął na siebie wszystkie obowiązki domowe, zwłaszcza te związane z opieką nad dzieckiem. Opowiadali mi, że już drugiego dnia po moich narodzinach poprosił o urlop w szpitalu, by móc zajmować się żoną i dzieckiem. Później wiele razy zastanawiałam się, jaka była jego główna motywacja. Czy naprawdę tak bardzo się o mnie troszczył, czy może bał się, że mama w końcu nie wytrzyma i gotowa będzie coś mi zrobić? Cóż. Choć bardzo bym chciała, niestety już nigdy się tego nie dowiem.

Jakkolwiek by było, to tacie zawdzięczam fakt, że przeżyłam okres niemowlęctwa. Podczas gdy mama bez życia snuła się po domu i narzekała, on mnie przewijał, on prał pieluchy i to on gotował mleko, bym nie była głodna.

– Cichutko. – Gładził mnie po głowie, kołysząc w ramionach. – Wszystko będzie dobrze.

Ale nic nie wskazywało na to, by miało być dobrze. Wbrew temu, co zwykło się mówić o leczniczej mocy czasu, z upływem kolejnych tygodni stan mamy nie tylko się nie poprawiał, ale wręcz się pogarszał. Potrafiła znikać z domu na całe dnie i Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie przebywała, gdy tata gotował, sprzątał i starał się okiełznać całe domowe gospodarstwo. Udawał twardego, ale powoli zaczynało mu brakować sił. Czuł się przeciążony natłokiem zajęć, a w dodatku jego współpracownicy naciskali, by wrócił w końcu do pracy, bo inaczej przyjmą kogoś na jego miejsce.

– Jeszcze tylko jeden tydzień, słowo – zapewniał swojego przełożonego z nadzieją, że mama poczuje się lepiej.

Prawdę mówiąc, za każdym razem, gdy myślę o skali jego poświęceń w tych pierwszych miesiącach mojego życia, czuję niewyobrażalną wdzięczność i delikatne ukłucie w klatce piersiowej. Jakby moje serce mówiło, że ono też o tym pamięta. Obawiam się, że niewielu ojców byłoby w stanie zająć się niemowlęciem tak, jak on to zrobił, i obdarzyć je taką miłością, jaką on mnie obdarzył. Na rzecz opieki nade mną zrezygnował z niemal wszystkich kontaktów towarzyskich, prawie porzucił pracę i dobrowolnie zamknął się w domu. Z tego powodu już zawsze będzie moim bohaterem.

Dzięki tacie udało mi się przetrwać mimo odrzucenia ze strony mamy. Nie podzieliłam losu tych samotnych dzieci, które umierają z braku miłości, w końcu zaczęłam rosnąć i się rozwijać. Stopniowo nauczyłam się siadać, raczkować, a potem stawiać pierwsze kroki. Tata z radością oprowadzał mnie po domu i zabierał na długie spacery po okolicy. Bym nie wyrosła na samotnika, chadzał ze mną w odwiedziny do sąsiadów, którzy mieli dzieci. Najbliżej mieszkała pani Edyta, która urodziła chłopca niemal w tym samym czasie, kiedy ja przyszłam na świat, i to właśnie z jej synem, w jej salonie, na dywanie, który do dziś pamiętam, stawiałam swoje pierwsze, chwiejne kroki.

– A jak się trzyma Regina? – pytała ściszonym głosem mojego tatę, jednocześnie pilnując, by nic nam się nie stało.

Ten wzdychał ciężko i smutniał jeszcze bardziej. Co miał jej odpowiedzieć? Że Regina odtrąciła swoje dziecko? Że jego żona jest najgorszą matką na świecie?

W ciągu pierwszego roku mojego życia tata osiwiał niemal całkowicie, a jego twarz zorały zmarszczki, choć był jeszcze całkiem młody. Wcześniej miał ciemną czuprynę, ale wystarczyło kilka miesięcy, by nie pozostało po niej śladu. Bardzo też wychudł. Choć starał się nie tracić hartu ducha, natłok stresów i obowiązków sprawił, że uleciała gdzieś jego młodzieńcza radość i energia. Kiedyś powiedział mi, że gdybym nie wynagradzała mu tego trudu uśmiechami i radosnym wołaniem słowa „tata”, sam popadłby w depresję i skończyłby jak mama.

– Byłaś wtedy jedynym jasnym promykiem w moim życiu – powiedział wiele lat później, wracając pamięcią do tamtych czasów, a w jego oczach zebrały się łzy.

Z trudem zwalczyłam chęć, by otoczyć go ramieniem i przytulić, bo wtedy rozkleilibyśmy się oboje. Nie chciałam tego. I tak każde z nas w przeszłości porządnie wypłakało już sobie oczy.

Mimo osamotnienia i przemęczenia tata był dobrym ojcem. Ale tak naprawdę przetrwaliśmy dzięki pomocy pani Edyty, mamy mojego pierwszego towarzysza zabaw. Zresztą całe życie zwracałam się do niej „ciociu”. Podpowiadała tacie, jak zajmować się niemowlęciem. Kupowała podwójnie pieluchy, a czasem nawet podrzucała dla mnie obiadki, by oszczędzić tacie roboty.

Moja mama nadal trzymała się na uboczu. Z tego smutku przestała nawet grać na pianinie. W dodatku wyżywała się na tacie za to, że otoczył troską dziecko, którego tak bardzo nie chciała. Ciocia Edyta opowiedziała mi kiedyś, że niechcący natknęła się na taką awanturę i omal nie pękło jej serce, gdy słuchała, co wygadywała na mój temat mama:

– To nie jest moje dziecko! – wrzeszczała podobno, rzucając się po kuchni. – Przebrzydły bachor, ktoś podrzucił mi go w szpitalu! – krzyczała. I za nic nie docierały do niej słowa taty, że przecież urodziła mnie w domu.

– Nie mogłam urodzić kogoś takiego! – płakała. – Po prostu nie mogłam!

Choć podobno czas leczy rany, ta niechęć mamy do mnie, to jej poczucie niesprawiedliwości i pretensje do losu nigdy nie osłabły. Zamknęła się w sobie, a żeby nie musieć przebywać w moim towarzystwie, wciąż znikała z domu na całe dnie. Wychodziła bladym świtem, gdy jeszcze spaliśmy, bez słowa wyjaśnienia. Z początku tata próbował jej szukać i biegał do sąsiadek z obawy, że coś stało się mamie, ale zawsze przepadała na amen.

– Jakby diabeł ogonem ją nakrył! – żalił się ponoć cioci Edycie, u której zostawiał mnie na czas poszukiwań.

– Na pewno obskoczyłeś wszystkich sąsiadów? Przecież niemożliwe, żeby zapadła się pod ziemię. – Ciocia zawsze próbowała go uspokoić.

– Wszystkich, co do jednego. U nikogo jej nie ma i nikt jej nie widział! A to przecież dorosła kobieta. Nie mogła zniknąć niezauważona. Przeczesałem całą okolicę. Każdy pomost i każdy zakątek. Wołałem, szukałem… I za Chiny nie mogę jej znaleźć! Oby tylko nic jej się…

– … nawet tak nie mów. Jestem pewna, że wróci do domu cała i zdrowa. W końcu to Regina. Może i bywa porywcza, ale nie nieodpowiedzialna. Nie będzie się błąkać po nocach. Wejdziesz na herbatę? Wyglądasz na zmęczonego. Przyda ci się odrobina wytchnienia.

– Nie chcę przeszkadzać. Zabiorę Stefanię do domu. Wstyd, żebym obciążał panią swoimi problemami.

– Wstyd to jest kraść, mój drogi, a nie przyznawać się do problemów. I skończmy już z tym paniowaniem. Edyta jestem.

– Czesiek. – Tata ukłonił się nisko.

I podobno tego dnia zrodziła się między nimi przyjaźń.

Tata był zdesperowany. Bardzo kochał mamę, ale coraz ciężej mu było ją zrozumieć. Jak jego ukochana, czuła i wiecznie roześmiana żona mogła odwrócić się od własnego dziecka? No jak? Nie mieściło mu się to w głowie. Tak bardzo cieszyli się na wieść, że będą mieli potomstwo. Godzinami snuli plany odnośnie do przyszłej rodziny i dzielili się marzeniami. Żadnemu z nich przez myśl nie przeszło, że to wszystko tak się pokomplikuje…

 

 

 

 

 

 

 

 

Alicja

 

 

 

 

Nim Alicja dopiła kawę, przyjechał Dawid. Gdy sunął błotnistą ścieżką, słyszała już warkot silnika, więc wstała i niecierpliwie wypatrywała męża.

– No w końcu! – zawołała, kiedy otworzył drzwi samochodu. – Już myślałam, że do mnie nie wrócisz i zostanę z tymi wszystkimi rzeczami do rozpakowania sama.

– Przecież dobrze wiesz, że nie mógłbym cię zostawić.

– Może i wiem, ale tak naprawdę w życiu niczego nie można być pewnym.

– Ale nie ciesz się tak z mojego powrotu. – Dawid ruszył w jej stronę, ignorując tę jej ostatnią refleksję. – Przywiozłem jeszcze więcej pudeł i kartonów. – Pocałował ją w skroń. – Nie wiem, gdzie to wszystko się zmieści.

Alicja otoczyła go ręką i zadarła głowę do góry. Ciemna czupryna Dawida kontrastowała z jasnym błękitem nieba.

– Wszystkie pudła zmieściły się do samochodu?

– Z trudem zamknąłem klapę od bagażnika i już się bałem, że będę musiał prosić o pomoc któregoś z sąsiadów, ale: tak, udało mi się upchnąć je wszystkie.

Alicja popatrzyła na niego z czułością.

– Mój ty bohaterze.

Dawid wygładził dłonią swój czarny golf.

– Zeszło mi z tym wszystkim tak długo, bo musiałem zajrzeć do sklepu, w którym zamawialiśmy płytki do łazienki.

– Przyszło już nasze zamówienie?

– Tak. Umówiłem się, że dostarczą je nam dzisiaj około dziewiętnastej.

– Gdzie na razie położymy te pudła? Powoli kończy nam się wolna przestrzeń – zażartowała Alicja.

Na samą myśl o wszystkich kartonach, torbach, wiadrach i workach, którymi chwilowo zawalony był niemal każdy kąt w ich nowym domu, czuła się zagubiona. Czasami traciła nadzieję, że to wszystko się tutaj zmieści. Na szczęście wiele z tych rzeczy stanowiły artykuły do wykończenia wnętrz, takie jak farby, kleje czy worki z gipsem. No i części mebli, które będą musieli poskręcać.

– Pomyślałem o składziku. – Dawid spojrzał przez ramię w stronę budynku, który zamierzali przerobić na garaż. – Jest prawie pusty.

Alicja powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem. W oknach składziku odbijały się promienie słońca, które chwilami raziły ją w oczy.

– Podoba mi się ten pomysł. Już i tak miejscami trudno przecisnąć się między tymi wszystkimi pudłami. Korytarz i salon przypominają labirynt. Bogu dzięki, że jesteśmy chudzielce, w przeciwnym razie nietrudno byłoby między nimi utknąć.

Dawid roześmiał się i spojrzał w błyszczące oczy Alicji.

– Jest coś do jedzenia? Trochę zgłodniałem przez to noszenie ciężarów po schodach, a trzeba jeszcze je rozpakować.

Alicja odsunęła się nieco.

– Chodź do środka, zrobię ci jakieś kanapki. – Przeskoczyła przez próg.

– Nie ma już pierogów z paczki?

– Przykro mi, zjedliśmy już wszystkie.

– Szkoda. – Dawid pokręcił nosem, ale posłusznie ruszył za żoną. – A ty poradziłaś sobie jakoś z tymi workami?

Alicja uśmiechnęła się w duchu, ale nie dała po sobie niczego poznać. Postanowiła nie zdradzać przebiegu swojej pracy i nie przyznawać się do tego, że ostatnie worki z trudem przeciągnęła po podłodze z przysłowiowym wywieszonym językiem.

– Nie były takie znów ciężkie – odparła swobodnie, z niewzruszonym wyrazem twarzy.