Droga donikąd. Księga Bezimiennej Akuszerki - Meg Elison - ebook + audiobook

Droga donikąd. Księga Bezimiennej Akuszerki ebook i audiobook

Meg Elison

4,4

Opis

„Opowieść podręcznej” w świecie postapo.

Laureatka Nagrody im. Philipa K. Dicka w kategorii science fiction i Książka Roku według „Publishers Weekly”

Kiedy zasypiała, świat był skazany na zagładę. Gdy się obudziła, był już martwy.

Przetrwanie apokalipsy to jednak dopiero początek.

Na skutek tajemniczej gorączki na całym świecie umiera bardzo wielu mężczyzn oraz niemal wszystkie kobiety i dzieci. Ciąża i poród oznaczają wyrok śmierci – zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Samotna położna brnie przez cmentarzysko, jakim stał się świat, usiłując znaleźć dla siebie miejsce w nowej, groźnej rzeczywistości. Filary cywilizacji runęły, została tylko brutalna siła i ci, którzy ją mają.

Pozostałe przy życiu kobiety są prześladowane przez bandy mężczyzn, którzy je chwytają, trzymają w łańcuchach, używają ich i nimi handlują. Żeby zachować wolność, położna przebiera się za mężczyznę i unika ludzi. Wkrótce odkrywa jednak, że jej zadanie nie ogranicza się do chronienia smutnej namiastki własnej niezależności.

Jeśli ludzkość ma się odrodzić, będzie potrzebowała akuszerki.

Elison odmalowuje świat tak pozbawiony długoterminowej nadziei i napędzany wyłącznie krótkoterminową desperacją, że ten obraz będzie was nawiedzał, nawet gdy odłożycie książkę. A jednak choć najsłabsze światełko na horyzoncie będzie wam kazało podążać dalej. - Adrian Lang, „Amazon Book Review”

Wykreowana przez Elison przyszłość, w której jest o wiele więcej mężczyzn niż kobiet, jest przerażająca i brutalna głównie dlatego, że uświadamia nam, jak kruche są pozory traktowania kobiet jako jednostek ludzkich. - „Book Riot”

Elison z bezwzględną szczerością pokazuje nam, jak traktowane są kobiety, gdy znikają chroniące je prawa. I uświadamia, jak niewiele trzeba, by społeczeństwo pogrążyło się w regresie, a postęp okazał się tylko iluzją. - „Word After Word”

Trylogia «Droga donikąd» stawia ważne pytania na temat świata, który jest o wiele bardziej możliwy, niż nam się wydaje. To radykalny traktat na temat przyszłości płci. - LitReactor

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 6 min

Lektor: Laura Breszka

Oceny
4,4 (108 ocen)
54
40
12
2
0
Sortuj według:
Dotmagia

Całkiem niezła

Jestem pozytywnie zaskoczony obiema częściami tej serii. Szczerze powiem: nie spodziewałem się aż tak ciekawej lektury. Świat, bohaterowie i fabuła, wciągnęły mnie na tyle, że obie części przeczytałem od razu jedną po drugiej. Żeby nie było, że tylko chwalę, nie jest to dzieło wybitne, lecz na pewno warto po te książki sięgnąć. Odnoszę wrażenie, że cały pomysł na świat, w którym z jakichś powodów doszło do pewnych problemów z dzietnością, jest tylko pretekstem do snucia przez autorkę rozważań na temat tego, jak wiele istnieje możliwości przypisania i spełniania ról społecznych. Słowem: kto i jakiej płci może/nie może/powinien/nie powinien realizować się jako przywódczyni/przywódca/ojciec/matka/partner/kochanek/kapłanka/kapłan itd i co z tego wynika. Jaką rolę w świecie i społeczeństwie pełnią lub mogą pełnić kobiety? Co może zrobić kobieta w świecie mężczyzn? Czy płeć w ogóle determinuje realizację jakiejś roli społecznej? Czy społeczność rządzona przez kobiety ma szanse na przetrwa...
00

Popularność




Książka ta nie powsta­łaby bez wspar­cia całego mojego ple­mie­nia.

Nie­zmier­nie dzię­kuję moim piszą­cym przy­ja­cio­łom, któ­rzy tole­ro­wali moje prze­pi­sy­wa­nia i imper­ty­nenc­kie pyta­nia. Tam­tego lata, które zmie­niło nas wszyst­kich, każdy z SCWP miał w tym swój udział i za to im dzię­kuję. Pisa­rzom nie stam­tąd – Ste­pha­nie, Ashowi i Avery – dzię­kuję z głębi mojego atra­men­to­wego serca. Jeste­ście aku­sze­rami tej histo­rii.

Muszę też podzię­ko­wać Robin, praw­dzi­wej położ­nej, za wszyst­kie infor­ma­cje i naprawdę prze­ra­ża­jące obrazy medycz­nych oso­bli­wo­ści.

Muszę podzię­ko­wać Devi­nowi, który ni­gdy nie udaje zain­te­re­so­wa­nia, kiedy go nie odczuwa, za to sku­pia się niczym laser, gdy zacie­kawi go dany pro­jekt.

Muszę podzię­ko­wać mamie, która dała mi pomysł niczym pło­nącą pochod­nię w ciem­nym kącie tej książki, zanim prze­czy­tała choćby pierw­szą linijkę.

Muszę podzię­ko­wać Di – była jak test, który ta książka musiała zdać. Przede wszyst­kim jed­nak jak zawsze muszę podzię­ko­wać mojemu mężowi Joh­nowi. Mojemu pierw­szemu czy­tel­ni­kowi, naj­lep­szemu kry­ty­kowi, towa­rzy­szowi we wszyst­kim – to Tobie dedy­kuję tę pracę.

Pro­log

Matka Ina zastu­kała pal­cami w swój pusty drew­niany brzuch. Przy­mo­co­wany był na jej ramio­nach i nisko na ple­cach, two­rząc z przodu wybrzu­sze­nie suge­ru­jące dzie­wiąty mie­siąc ciąży. Matka Ina była bar­dzo stara, za stara na to, żeby naprawdę być w ciąży. Włosy miała siwe i tak krót­kie, że widać przez nie było czarną, lśniącą skórę głowy. Znów zastu­kała, jej cien­kie palce zabęb­niły, po sali poniósł się echem pusty dźwięk. Ryt­micz­nie poskro­bała paznok­ciami o drewno, skry­bo­wie pod­nie­śli na nią wzrok.

Sze­ściu chłop­ców, wszy­scy mniej wię­cej w wieku doj­rze­wa­nia. Twa­rze bez zaro­stu, oczy jasne w poran­nym świe­tle. Sala, w któ­rej sie­dzieli, była star­sza nawet od Iny. Budy­nek czę­ściowo się już zapadł. Naj­więk­sze pomiesz­cze­nia były kie­dyś salami gim­na­stycz­nymi, teatrami i audy­to­riami, ale przez te wszyst­kie lata stop­niowo nisz­czały, aż w końcu zupeł­nie się roz­pa­dły pod wpły­wem desz­czu lub śniegu. Dłu­gie kory­ta­rze biur stały puste. W sza­fach z doku­men­tami zagnieź­dziły się wie­wiórki, a przez okna wpeł­zły gałę­zie drzew.

Wieś Iny potrze­bo­wała tylko trzech klas, które zamia­tano i w któ­rych zawsze utrzy­my­wano porzą­dek. Tablice i drew­niane ławki. Naj­trud­niej było napra­wić okna. Co zdol­niejsi rze­mieśl­nicy nauczyli się wyj­mo­wać dobre szyby z innych budyn­ków i ponow­nie je wyko­rzy­sty­wać, ale ni­gdy nie miały tego roz­miaru co trzeba. Do klasy wpa­dało słońce, choć więk­szość docie­rała tu przez stare płachty pla­stiku i akrylu. Świa­tła było dość.

Skry­bo­wie mieli dobre pióra. Szko­lili się od dziecka, naj­pierw uży­wa­jąc atra­mentu z orze­cha wło­skiego i z jagód, aż w końcu pod­ra­stali na tyle, że można im było powie­rzyć cenny atra­ment z kal­ma­rów lub mątew. Poła­wia­nie ich było trudne, kosz­towne i cza­so­chłonne. Każdy chło­piec miał sto­sik równo przy­cię­tego papieru z konopi i szklany kała­marz z gra­na­to­wym atra­mentem. Każdy miał rysik i wąską sta­lówkę. Każdy był dosko­nale wyszko­lony: równe pismo, ide­alne linie na każ­dej stro­nie. Pra­co­wali ostroż­nie, wydaj­nie. Stuk, stuk, stuk, palce Matki Iny bęb­niły po jej drew­nia­nym cią­żo­wym brzu­chu.

– Jeste­ście gotowi, chłopcy?

Odpo­wie­działa jej pełna sku­pie­nia cisza. Był to ich sygnał.

– Dobrze. Zosta­li­ście w tym roku wybrani do wyjąt­ko­wego pro­jektu. Wszy­scy kopio­wa­li­ście już frag­menty Księgi Bez­i­mien­nej Aku­szerki, prawda?

Kiwa­nie gło­wami.

Pode­szła do dużego drew­nia­nego biurka i ścią­gnęła z niego lekki mate­riał. Pod nim leżało dzie­więt­na­ście opra­wio­nych w skórę note­sów róż­nej wiel­ko­ści i gru­bo­ści. Nie­które były bar­dzo znisz­czone. Jeden był napuch­nięty i pomarsz­czony jakby po nasiąk­nię­ciu wodą. Po obu stro­nach widać było zadra­pa­nia na skó­rze. Chłopcy wycią­gali szyje, żeby na nie spoj­rzeć, ale nie wstali z miejsc.

Matka Ina ostroż­nie pod­nio­sła jeden z tomów, a chłopcy zoba­czyli irchę pod spodem. Matka Ina unio­sła tom tak, żeby mogli go dobrze widzieć. W dol­nym rogu okładki zło­tymi cyframi wytło­czony był rok.

Chłopcy wie­dzieli, jak stara jest Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki. Stu­dio­wali ją już, a histo­rie z niej opo­wia­dano im przez całe życie. Ta księga była o cztery lata star­sza niż te, które znali.

– Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki to tak naprawdę te dzie­więt­na­ście pamięt­ni­ków – zaczęła Matka Ina. – To, czego dotąd się uczy­li­ście, to tak zwany kanon. Zawiera opo­wieść umie­ra­ją­cych. Księgę umie­ra­ją­cych bar­dzo trudno się czyta, dzieją się w niej okropne rze­czy. Nie­któ­rzy z was mogą pła­kać, może wam być nie­do­brze. To nor­malne. Mnie także było słabo, kiedy ją czy­ta­łam. Nie­mal wszyst­kie matki czuły to samo. Wy, chłopcy, jeste­ście tak samo silni jak my i też może­cie się tak czuć. Uczy­li­ście się już o rojach i zna­cie Księgę Honusa. Ta część waszej nauki zakoń­czy się na Księ­dze bez­sen­nych. – Wska­zała do tyłu na sterty leżą­cych na biurku ksią­żek. – Oto reszta jej histo­rii. Kanon jest krótki, ale cała histo­ria jest dłuż­sza, bar­dziej skom­pli­ko­wana. Każ­dego roku zostaje wybrana grupa skry­bów, żeby sko­pio­wać cały cykl. W tym roku to wy jeste­ście tą grupą.

W sali zapa­no­wało oży­wie­nie. Chłopcy byli dumni, że to ich wybrano, i prze­jęci tym, że dowie­dzą się o wiele wię­cej, niż dotąd ich nauczono. Ich twa­rze drżały niczym pyszczki kró­li­ków. Byli jed­nak całe życie uczeni, że przy mat­kach mają być posłuszni i cisi, więc w sali sły­chać było led­wie szmer.

Matka Ina była z nich zado­wo­lona.

– Zacznie­cie dzi­siaj. Oto ory­gi­nały. Ludzie aż tak nam ufają. Nie możemy ich zawieść. To ozna­cza czę­ste mycie rąk. Posłańcy przy­niosą pod­grzaną wodę i czy­ste ręcz­niki. Ozna­cza to rów­nież, że będziemy musieli opu­ścić żalu­zje. Tak stary papier nie może być cały dzień nara­żony na dzia­ła­nie świa­tła sło­necz­nego. Będziemy pra­co­wać bar­dzo ostroż­nie i chro­nić te księgi, rozu­miemy się?

– Tak, Matko Ino – odpo­wie­dzieli jed­nym gło­sem.

Ski­nęła głową.

– Dobierz­cie się w pary. Każdy skryba musi roz­po­cząć wła­sną kopię, ale będzie­cie sobie poma­gać w opiece nad książką.

Zanio­sła pierw­szy tom dwóm chłop­com, któ­rzy pospiesz­nie zsu­nęli ławki. Cze­kali z dłońmi na bla­cie. Poło­żyła książkę na ławce, a oni przy­warli do niej wzro­kiem. Kiedy unio­sła okładkę, na pierw­szej stro­nie leżał luźny arku­sik papieru z konopi.

– Może­cie zaczy­nać.

Roz­dział 1

Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki Tom pierw­szy Księga umie­ra­ją­cych

15 stycz­nia

30 stycz­nia

Wię­cej pacjen­tów z gorączką, w więk­szo­ści kobiety. Przez chwilę mówiło się nawet, że to jakieś masowe zatru­cie pokar­mowe, ale >>> Dal­las, więc to nie tylko u nas. Jack już od wielu dni sie­dzi z tym w labo­ra­to­rium, a ja śpię w dyżurce i pra­wie go nie widuję. Wykoń­czona. Od tygo­dnia pra­cuję na dwie zmiany, połowa pie­lę­gnia­rek się pocho­ro­wała. Od dzie­się­ciu dni nie byłam przy żad­nym poro­dzie. Gorączka 1, dzieci 0. Prze­gry­wamy.

31 stycz­nia

2 lutego

Cho­lera. Bra­ko­wało mi poro­dów, ale jesz­cze ni­gdy aż tak.

Już nawet nie wiem, co mówić o odsetku zaka­żeń. Nie potra­fię ująć w słowa wskaź­nika uro­dzeń mar­twych dzieci. Co. Jest. Kurwa? Cały szpi­tal objęty kwa­ran­tanną, ale co to da? Dostaję ese­mesy od Pilar z kli­niki i pisze mi, że z bez­dom­nymi jest rów­nie źle. Na ulicy. Wszę­dzie, do cho­lery. A tym­cza­sem labo­ra­to­rium niczego nie zna­la­zło.

4 lutego

Cen­tra Kon­troli i Pre­wen­cji Cho­rób w całym San Fran­ci­sco. Wia­do­mo­ści są straszne. To, co poka­zują z Nowego Jorku, to po pro­stu nie może być prawda. Metro prze­stało dzia­łać. Nie, żebym się gdzieś wybie­rała, ale… cho­lera. Na dwo­rze kazno­dzieje z mega­fo­nami. Głu­pio im życzyć śmierci, kiedy wokół umiera tylu ludzi, ale już lepiej, żeby to spo­tkało ich niż nowo­rodki.

Jack mówi, że to coś auto­im­mu­no­lo­gicz­nego. Żałuję nie­mal, że zapy­ta­łam, bo miał taką prze­ra­żoną minę, kiedy to powie­dział. Myślę, że to głów­nie dla­tego, że nie wie. Ani anty­bio­tyki, ani inter­fe­rony, ani leki prze­ciw­za­palne, ani uspo­ka­ja­jące, ani eme­tyki… Nic. Nic na to nie działa, jeśli już się zacznie. Wszy­scy jeste­śmy poowi­jani w pla­stik, ale to chyba nie pomaga. Marianne pocho­ro­wała się dwa dni temu. Shir­ley wyglą­dała jak śmierć na cho­rą­gwi, więc ją wysłali do domu. Dr Kauf­mann – omdle­nie pod­czas kon­sul­ta­cji. Budzą mnie krzyki i dźwięki ostrze­ga­jące o asy­sto­liach.

6 lutego

Czuję się bez­na­dziej­nie. Gorączka 1, ja 0.

7 lutego

Wiem, że też jestem chora, ale nikogo to nie obcho­dzi. Wszy­scy są cho­rzy. Jack przy­szedł, posie­dział przy mnie, dotknął mojego czoła. Wyglą­dał, jakby sam chciał już umrzeć. Powie­dział, że nie­któ­rzy męż­czyźni z tego wycho­dzą, ale kobiety i dzieci nie. Powie­dział, że naj­wię­cej przy­pad­ków gorączki odno­to­wano wśród kobiet w ciąży. Mamy stu­pro­cen­tową śmier­tel­ność dzieci pod­czas porodu i nie­mal rów­nie wysoką śmier­tel­ność matek. Usnę­łam w jego ramio­nach. Chyba nie dam rady jutro pra­co­wać.

Chyba to już nie ma zna­cze­nia.

W tam­tych dniach, gdy świat jesz­cze nie upadł, bez ustanku zawo­dziły syreny. Struk­tury, które na­dal się trzy­mały, były stwo­rzone po to, żeby radzić sobie w nagłych wypad­kach i z kata­stro­fami, ale nic nie może dzia­łać wiecz­nie. Roz­pacz roz­prze­strze­niała się ulica za ulicą, ludzie wal­czyli i ucie­kali.

Umie­rali od plagi i umie­rali od bli­sko­ści dru­giego czło­wieka. Kiedy zabra­kło już ludzi, żeby pil­no­wać oświe­tle­nia, mia­sta ogar­nął mrok. Kiedy umil­kły syreny, znik­nęły reguły. Byli tacy, któ­rzy całe życie cze­kali na to, żeby żyć poza pra­wem, i to oni pierwsi wyszli na ulice. Byli tacy, któ­rzy wie­dzieli, co się sta­nie. Wie­dzieli, że lepiej nie otwie­rać drzwi, gdy sły­szy się woła­nie o pomoc. Inni tego nie wie­dzieli. Czego nie zdo­łała doko­nać cho­roba, z zaska­ku­jącą łatwo­ścią osią­gnęli ludzie.

Obu­dziła się w szpi­talu, w dyżurce pie­lę­gnia­rek. Na jej łóżku nie było żad­nej karty pacjenta, nawet nazwi­ska. Kobieta wie­działa, kim jest i gdzie jest, ale poza tym wszystko znik­nęło.

Usta i gar­dło miała tak suche, jakby od wielu dni nie piła wody. Chwilę zajęło jej zorien­to­wa­nie się w sytu­acji. Pró­bo­wała włą­czyć świa­tło i oszo­ło­miona wpa­try­wała się długo w maszyny, które upar­cie odma­wiały posłu­szeń­stwa. Przy pierw­szym ciele przy­sta­nęła, spraw­dziła puls. Przy­sta­nęła jesz­cze przy dru­gim i trze­cim. W końcu zro­zu­miała. Wypa­dła z budynku przez wyj­ście awa­ryjne. Nie roz­legł się żaden alarm.

Świe­ciło jasne słońce, odbi­jało się od zstę­pu­ją­cej wła­śnie na zatokę mgły. Z nara­sta­jącą paniką prze­szła te kilka prze­cznic mię­dzy szpi­ta­lem a miesz­ka­niem. Nie spo­tkała nikogo. Nie jeź­dziły żadne auto­busy, na uli­cach nie było samo­cho­dów. Nie dzia­łały świa­tła. Pamię­tała, jak zaj­mo­wała się ofia­rami plagi. Te wszyst­kie nie­stwo­rzone plotki. Pamię­tała, jak umie­rali jej przy­ja­ciele, nim w końcu i ona zacho­ro­wała. Wie­działa, co się stało, a jed­nak na­dal to nie miało sensu.

Dotarła do miesz­ka­nia i zdjęła szpi­talny far­tuch. Był brudny, po dyżu­rze zawsze był brudny od krwi, wód pło­do­wych, moczu i wszyst­kiego, co może wycie­kać z ciała. Tym razem był aż sztywny z brudu. Nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, jak długo miała go na sobie. Zdjęła bie­li­znę i weszła pod prysz­nic, sta­ra­jąc się zebrać myśli. Try­snęła lodo­wata woda, zaczęła więc roz­pacz­li­wie krę­cić kur­kiem. Spa­dło ciśnie­nie i po chwili woda zupeł­nie prze­stała lecieć. Naci­skała, cią­gnęła i krę­ciła w każdą stronę. Odkrę­ciła kran nad umy­walką. Nic.

Zzięb­nięta i naga weszła do kuchni. Banany były czarne, a chleb zie­lony. Zna­la­zła pudełko kra­ker­sów i usia­dła na kana­pie. Wci­snęła guzik na pilo­cie, ale tele­wi­zor się nie włą­czył. I tak przez chwilę się w niego wga­piała, pała­szu­jąc kra­kersy, aż nie mogła już znieść nad­miaru soli.

W cie­płej lodówce zna­la­zła butelkę gato­rade’u. Wypiła go, sto­jąc tak na bosaka.

Wyszła z kuchni i sta­nęła w salo­nie. Jej miesz­ka­nie znaj­do­wało się pod pozio­mem ulicy. Przez dłu­gie, wąskie okna wpa­dało słabe świa­tło. Stała, tępo wpa­tru­jąc się w pod­łogę, cisza ata­ko­wała jej uszy.

– Co jest, kurwa? Co jest, kurwa?

Pyta­nie wra­cało przez długi czas. Odpo­wiedź nie nastę­po­wała.

Wło­żyła majtki i jakiś stary T-shirt i poszła do łóżka. Zako­pała się we wła­snym zapa­chu, w naj­bez­piecz­niej­szym i naj­bar­dziej pocie­sza­ją­cym miej­scu na całym świe­cie. Posta­no­wiła w ogóle nie myśleć. Spała pra­wie cały dzień. Obu­dził ją godzinę czy dwie przed świ­tem. Był w jej łóżku. Jego cię­żar na mate­racu prze­su­nął ją na bok. Drgnęła i przez sekundę myślała, że to Jack wró­cił do domu. Usia­dła z uśmie­chem, na tę jedną cudowną sekundę zapo­mi­na­jąc o wszyst­kim. Potem wró­ciła świa­do­mość.

Pchnął ją, przy­ci­snął jej ramiona i oddy­chał ciężko. Od razu zro­zu­miała wszystko, każdy okropny ele­ment.

Wszy­scy nie żyją. To nie jest Jack. Jest sama.

Puścił jedno jej ramię, żeby roz­piąć roz­po­rek. Prze­su­nął dłoń, którą ją trzy­mał, na jej szyję, drugą odcią­ga­jąc jej majtki. Przy­ci­skał jej gar­dło, wyko­rzy­stu­jąc swój cię­żar w taki spo­sób, żeby nie mogła się pod­nieść ani zła­pać tchu. Kop­nęła raz, drugi, jej stopy zaplą­tały się w pościel. Wie­działa, że to nic nie da. Wbi­jała mu paznok­cie w twarz, ale chyba tego nie zauwa­żał. W pół­mroku wła­ści­wie go nie widziała. Był tylko kształ­tem, cię­żarem, agre­sją, na którą nic nie mogła pora­dzić.

Natarł, pró­bu­jąc wepchnąć się do środka. Prze­krę­ciła bio­dra, poru­szała nimi na lewo i prawo, zaci­snęła kolana. Prze­kli­nał i wal­czył z nią, roz­py­cha­jąc jej nogi kola­nami i pochy­la­jąc się moc­niej na jej szyi. Wal­czyła już o oddech, przed oczami ciem­ność i jakieś wybu­chy. Puściła go i poczuła, że jej ręce opa­dają bez­wład­nie. Szarp­nęła całym cia­łem, sta­ra­jąc się skrę­cić na bok, pod­cią­gnąć kolana pod sie­bie. Wyczuł, że zwija się jak kot, i nagle zaczął z nią współ­pra­co­wać. Prze­wró­cił ją na brzuch i przy­ci­snął jej plecy.

Jed­nym ruchem prze­rzu­cił nogi tak, że były teraz po obu jej stro­nach, rzu­cił się na nią ciężko, przy­ci­ska­jąc ją mocno. Poczuła jego oddech na karku i fru­stru­jącą go nie­pełną erek­cję. Pchnął swoją nie­moc w jej suche, zaci­śnięte wargi. Zsu­nął ręce z ple­ców na jej tyłek, żeby siłą roz­su­nąć pośladki.

Gdy tylko z niej opadł, roz­pacz­li­wie się­gnęła do noc­nego sto­lika. Bły­ska­wicz­nym ruchem otwo­rzyła szu­fladę i ude­rza­jąc się o jej kra­wędź, się­gnęła do środka. Prawą ręką zna­la­zła scy­zo­ryk. Otwo­rzyła go kciu­kiem, kiedy męż­czy­zna usi­ło­wał roz­su­nąć jej uda. Ode­pchnęła nocny sto­lik, prze­wró­cił się. Zamach­nęła się wypro­sto­waną ręką, wciąż wła­ści­wie go nie widząc. Trzę­sąc się w panice i na­dal na wpół ślepa po pod­du­sze­niu, nie tra­fiła tam, gdzie chciała, i nóż ude­rzył w jego brodę, roz­ci­na­jąc ją głę­boko.

Zła­pał się rękoma za ranę. Widziała jasność jego twa­rzy i dłoni w ciem­no­ści. Jęk­nął głu­cho i ude­rzył ją nagle prawą ręką, tra­fia­jąc w kość policz­kową. Cios ześli­zgnął się, ale i tak głowa pole­ciała jej do tyłu. Zauwa­żył to i się­gnął po nią oby­dwoma rękoma, z jego brody cie­kła cienka strużka krwi. Kiedy miał obie dło­nie spusz­czone, zadała kolejny cios i tym razem tra­fiła. Ostrze wbiło się w szyję. Pocią­gnęła je jak sza­lona, aż jej ramię wygięło się pod sze­ro­kim kątem. Nóż prze­ciął skórę, roz­dzie­ra­jąc i szar­piąc ciało, gdy go wyrwała. Męż­czy­zna uniósł dło­nie do szyi, a ona zoba­czyła jego krew, czarną w tym sła­bym świe­tle, pul­su­jącą przez jego palce.

Zabeł­ko­tał. Patrzyła.

Teraz, kiedy już jej nie ata­ko­wał, wró­ciły jej nawyki medyczne. Zaczęła odru­chowo myśleć, jak obwią­zać mu ranę prze­ście­ra­dłem. Tym­cza­sem krew ryt­micz­nie zale­wała jej i jego ręce. W jego twa­rzy dwie czarne, wpa­tru­jące się w nią dziury. Ciemna krew pla­miła jej łóżko. Była cała w tej krwi. Scy­zo­ryk spadł na pod­łogę. Pomy­ślała o tele­fo­nie i uświa­do­miła sobie, że pole­ciał przez pokój, kiedy prze­wró­ciła nocny sto­lik. Potem przy­po­mniała sobie, że i tak jest już bez­u­ży­teczny.

Znów spoj­rzała na męż­czy­znę. Stru­mień krwi słabł. Jego ramiona opa­dły bez­sil­nie, odgłosy krztu­sze­nia się usta­wały. Uci­snęła moc­niej ranę i przy­po­mniała sobie, jak on ją przed chwilą przy­ci­skał, zupeł­nie tak samo.

Szybko było po wszyst­kim. Jego ręce się roz­luź­niły i zsu­nęły z szyi. Wtedy go puściła, patrząc, jak wiot­czeje. Na jego szyi widziała dziurę, poszar­pany rów, z któ­rego cie­kła powolna ciem­ność.

Kiedy pró­bo­wała się wydo­stać z łóżka, zaplą­tały jej się stopy. Wypa­dła z niego ciężko. Usi­ło­wała wstać, ale tra­fiła kola­nem na leżący na pod­ło­dze, wciąż otwarty scy­zo­ryk. Zacięła się. Auto­ma­tycz­nie poszła do łazienki, po omacku zna­la­zła w szafce wodę utle­nioną. Odkrę­ciła białą zakrętkę brą­zo­wej butelki i lała na małe ska­le­cze­nie na kola­nie, aż butelka była pusta. Spie­niona, zimna ciecz pocie­kła jej po łydce aż na kafle pod­łogi.

– Pato­geny prze­no­szone przez krew – powie­działa zupeł­nie neu­tral­nym tonem.

Spo­koj­nie wyrzu­ca­jąc inne rze­czy na pod­łogę, zaczęła szu­kać pod zle­wem kolej­nej bute­leczki. Kiedy zna­la­zła, otwo­rzyła ją i potrzą­snęła nią nad pier­sią. Zapo­mniała zdjąć folię zabez­pie­cza­jącą, więc nic się nie polało.

– Aha.

Pal­cami pra­wej dłoni chwy­ciła pla­sti­kowe pół­kole i pocią­gnęła. Chlu­snęła woda utle­niona. Lała ją po ramio­nach i szyi, zmy­wa­jąc z ciała krew. Polała majtki, aż były zupeł­nie mokre w kro­czu. Na pod­ło­dze utwo­rzyła się różowa spie­niona kałuża. Namókł dywa­nik przy drzwiach do łazienki. Kiedy skoń­czyła, zakrę­ciła butelkę i sta­ran­nie wrzu­ciła do kosza w łazience.

Zzięb­nięta i oszo­ło­miona poszła do sypialni i sta­rała się nie patrzeć na trupa. Wło­żyła dżinsy, które zna­la­zła na krze­śle. Mokrą koszulkę cisnęła na pod­łogę, a z szafy wycią­gnęła inną. Wło­żyła bluzę z kap­tu­rem, potem zna­la­zła skar­petki i zasznu­ro­wała buty. Pode­szła do łóżka i zasło­niła prze­ście­ra­dłem twarz, któ­rej wła­ści­wie ni­gdy nie widziała. Jej ręce zna­la­zły komórkę na pod­ło­dze i wsu­nęły ją do tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Zamknęła ostroż­nie scy­zo­ryk i scho­wała w kie­szeni z przodu. Z potrza­ska­nego sto­lika noc­nego wyjęła dzien­nik i wepchnęła do przed­niej kie­szeni bluzy. Zamknęła drzwi na klucz i wyszła z pustymi rękami.

Samotna kobieta wyszła na ulicę i zoba­czyła poma­rań­czowy róż na wscho­dzie, który ozna­czał, że nie­długo wzej­dzie słońce. Szła stro­mymi wzgó­rzami San Fran­ci­sco, nie czu­jąc się sobą i nie myśląc. Dotarła do miej­sca, które znała. Do kawiarni, w któ­rej była kilka razy. Weszła do środka, zzięb­nięta i otę­piała. Usia­dła na sta­rej skó­rza­nej sofie.

Na uli­cach nie było nikogo, kto usły­szałby jej wycie. Łkała i tak się trzę­sła, że myślała, że pęk­nie. W gło­wie jej huczało, roz­bo­lało ją gar­dło. Pię­ściami waliła się w pierś. Cho­wała twarz w dło­niach i krzy­czała. Zada­wała pyta­nia bez odpo­wie­dzi. Bła­gała. Prze­pra­szała. Wście­kała się.

Kiedy nie miała już nic wię­cej do powie­dze­nia, umil­kła i sku­liła się w rogu sofy. Pod­cią­gnęła kolana, złą­czone. Objęła się ramio­nami i nacią­gnęła kap­tur na twarz. Myślała, że zaśnie, ale zamiast tego patrzyła na wschód słońca, nagi, surowy. Kiedy było już zupeł­nie jasno, wstała sztywno i wyszła. Dotarła do dziel­nicy Mis­sion, choć nie miała poję­cia, dokąd zmie­rza. Chod­niki pokryte były potłu­czo­nym szkłem i śmie­ciami, poje­dyn­czymi butami i nie­bo­tycz­nymi ster­tami miej­skich odpad­ków. Na uli­cach stały samo­chody, w nie­któ­rych miej­scach sta­ran­nie zapar­ko­wane, w innych wdzie­rały się na chod­niki. Kilka ulic było zablo­ko­wa­nych z powodu mniej­szych i więk­szych wypad­ków. Zoba­czyła samo­chody z cia­łami w środku, także ciało na moto­cy­klu zgnie­cio­nym mię­dzy dwoma mniej­szymi samo­cho­dami. Potem sta­rała się już nie patrzeć.

Mis­sion zawsze była brudną dziel­nicą, zawsze wyglą­dała na opusz­czoną, ale tak naprawdę dotąd tęt­niła życiem. Teraz była pusta i prze­ra­ża­jąca. Szyby w skle­pach i restau­ra­cjach były powy­bi­jane. Nie było żad­nego ruchu. W oknach miesz­kań nad skle­pami wisiały koce i flagi zamiast zasłon, wyglą­dały nie­chluj­nie jak zwy­kle, tylko śmier­tel­nie spo­koj­nie. W chłod­nym poran­nym powie­trzu sły­szała jedy­nie trze­po­ta­nie i gru­cha­nie gołębi oraz oka­zjo­nalne okrzyki mew. W mie­ście nie było tram­wa­jów ani tłu­mów ludzi, szcze­ka­nia psów ani muzyki wyle­wa­ją­cej się z okien i małych rady­jek noszo­nych przez bez­dom­nych. Czuć było zapach morza, słodki smród gni­ją­cego jedze­nia i tru­pów. Zaułki cuch­nęły sikami, może zresztą zawsze tak było. Przy­sta­wała przed każdą kolejną prze­cznicą, odru­chowo myśląc o samo­cho­dach, świa­tłach i bez­pie­czeń­stwie. Powinna zmu­sić się do tego, żeby prze­stać się mar­twić, czy nie roz­je­dzie jej samo­chód, a zacząć się zasta­na­wiać, co zrobi, jeśli spo­tka żywego czło­wieka. Nor­mal­nie spa­cer w tej dziel­nicy ozna­czał zapach trawki, który snuł się z okien i od co odważ­niej­szych prze­chod­niów. Jej zmy­sły pani­ko­wały. Mia­sto było mar­twe.

Zaczął ją kusić inny zapach. Gdy zbli­żyła się do węgła, usły­szała ciche odgłosy. Skryła się w odrzwiach teatru, pod mar­kizą. Nasłu­chi­wała. Gdzieś po dru­giej stro­nie skrzy­żo­wa­nia ktoś goto­wał. I śpie­wał.

Przy­cza­iła się tam, bo zapach stał się sil­niej­szy. Czuła czo­snek i grzyby, była tego pewna. Docie­rały do niej tylko urywki pio­senki, ale głos wydał jej się wysoki. Uznała, że powinna zawró­cić i pójść inną drogą. Długo ze sobą wal­czyła. W końcu wygrały głód i zwy­kła cie­ka­wość. Wysu­nęła się ostroż­nie i pode­szła do skrzy­żo­wa­nia. Rozej­rzała się i prze­cięła je na ukos, wymi­ja­jąc sklep alko­ho­lowy, który śmier­dział tak, jakby ktoś roz­bił w nim wszyst­kie butelki. Zmie­nił się wiatr i znów poczuła zapach. Czo­snek, kuku­ry­dza i ser. Zabur­czało jej w brzu­chu.

Zbli­żyła się do sta­rej mek­sy­kań­skiej restau­ra­cji z wybi­tymi oknami i spło­wia­łym szyl­dem. Drzwi były otwarte na oścież. Nikogo nie zoba­czyła. Weszła do środka, wycią­ga­jąc szyję w stronę dźwięku. Teraz lepiej sły­szała pio­senkę. Była stara, z hisz­pań­skimi sło­wami. Śpie­wa­jąca ją osoba nie­źle uda­wała nie­ży­ją­cego pio­sen­ka­rza. Kobieta prze­szła do kuchni.

Przy gazo­wym grillu stał wysoki ciem­no­skóry męż­czy­zna. Piekł pupusy i się pocił. Odwró­cił się w jej stronę z uśmie­chem, ale natych­miast wyba­łu­szył oczy i roz­dzia­wił gębę.

– A ty kim jesteś, do cho­lery? – Miał dziwny akcent.

– Ja… Ja… Pięk­nie pach­nie. Nie chcia­łam tak cię zasko­czyć. Czy ty…? – Stała w drzwiach, usi­łu­jąc się zde­cy­do­wać: ucie­kać czy nie. Nie wie­działa, o co ma go zapy­tać. Czy jesteś nie­bez­pieczny? Czy będziesz to jadł? Strach i cie­ka­wość wal­czyły z gło­dem i zdez­o­rien­to­wa­niem. Stała, nie potra­fiąc pod­po­rząd­ko­wać się żad­nemu z nich.

Powoli odło­żył szpa­tułkę.

– Słu­chaj, chcia­łem tylko zro­bić coś do jedze­nia. Nie chcę żad­nych kło­po­tów. Cze­kam na kum­pla. Jeśli to twoje miej­sce, to prze­pra­szam.

– Nie, nie moje. Jestem z innej czę­ści mia­sta. Nie widzia­łam nikogo innego na ulicy.

– To tak jak ja, laska. Myśmy już z Chic­ke­nem myśleli, że jeste­śmy dwoma ostat­nimi dup­kami na całej ziemi.

Przyj­rzała mu się. Wie­działa, że jest gejem. Było to widać w każ­dym jego ruchu. W tym, jak stał lekko podany bio­drami w stronę pie­kar­nika, w tym, jak uło­żył usta, gdy nazwał ją laską. W tym, jak deli­kat­nie i zręcz­nie prze­rzu­cał pupusy. W tym, jak jej nie zlu­stro­wał spoj­rze­niem ani nie sku­pił wzroku na niczym poza jej twa­rzą. Wie­działa i natych­miast go poznała. Była to szybka decy­zja, ale prze­cież miesz­kała i pra­co­wała z gejami z San Fran­ci­sco całe swoje życie. Pra­wie wszy­scy jej przy­ja­ciele byli gejami, szcze­gól­nie że gdzieś po jej dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzi­nach więk­szość jej przy­ja­ció­łek prze­pa­dła w kró­li­czej norze zwa­nej mał­żeń­stwem, po czym wyło­niły się z niej już jako matki. Roz­luź­niła się nieco i weszła do środka.

– Nie wyglą­dasz mi na sza­brow­niczkę – powie­dział, znów sku­pia­jąc się na jedze­niu.

– Bo nią nie jestem. Byłam chora na to samo gówno co wszy­scy, a potem obu­dzi­łam się w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim. Gdzie się wszy­scy podziali?

– Byłaś w szpi­talu, powia­dasz? W wia­do­mo­ściach mówili, że wszy­scy umie­rają, a w szcze­gól­no­ści kobiety. Jakiś mądrala powie­dział, że grozi nam wymar­cie i że wszyst­kie kobiety umrą.

Oparła się o ścianę, wpa­tru­jąc się w jedze­nie.

– To było bar­dzo zaraź­liwe. Roz­no­siło się drogą kro­pel­kową. Poja­wiło się wszę­dzie naraz. Niby wie­dzia­łam, że to śmier­telna cho­roba, ale ni­gdzie nikogo nie ma. To do mnie jakoś nie dociera.

Wyłą­czył gaz i prze­ło­żył pupusy na papie­rowe tale­rzyki. Tale­rzyki były z tych tanich, więc musiał wziąć kilka, żeby utrzy­mały cię­żar jedze­nia.

– Jestem Joe. Mój kum­pel Chic­ken poszedł po wodę. W kra­nach jej nie ma. Wie­rzyć mi się, kurwa, nie chce, że gaz jakimś cudem działa.

Zaniósł tale­rze do jadalni. Zmiótł ze stołu szkło i zmięte ser­wetki.

– To może sia­daj, zjedz coś.

Usia­dła naprze­ciwko niego na jed­nym z nie­pa­su­ją­cych do sie­bie krze­seł.

– Jestem Karen – powie­działa, pla­sti­ko­wym widel­cem prze­su­wa­jąc pupusy na swój talerz.

Nie wycią­gnął do niej ręki i ona też nie zro­biła tego gestu. Wró­cił do kuchni i przy­niósł cztery rodzaje ostrych sosów.

Resztę grzecz­no­ści pomi­nęli, bo chciało im się jeść. Umie­rała z głodu, ślina jej cie­kła na widok gorą­cych plac­ków na tale­rzu. Odgry­zała wiel­kie kęsy, roz­to­piony ser parzył jej pod­nie­bie­nie.

Nie miała na imię Karen. Karen zmarła tydzień temu, jesz­cze z iden­ty­fi­ka­to­rem. Facet nie poprosi jej prze­cież o dowód toż­sa­mo­ści. Póki co posta­no­wiła być Karen. Pokro­pił swoją stertę plac­ków jasno­czer­wo­nym sosem i pochło­nął ją rów­nie szybko jak ona. Kiedy ich tale­rze były puste, zwol­nili. Ona wzięła jesz­cze jeden pla­cek, on dwa.

Polała swój zie­lo­nym sosem.

– Aż mi się nie chce wie­rzyć, że to wszystko wciąż jest dobre. Całe moje świeże jedze­nie się zepsuło. Wydaje mi się, że byłam w szpi­talu z dzie­sięć dni, może dłu­żej.

– Tu pra­wie wszystko też się zepsuło. – Mówił z peł­nymi ustami, ale zasła­niał przy tym usta prawą ręką. – Całe mięso zgniło, więk­szość sera. Kie­dyś tu pra­co­wa­łem. Mają tu starą chłod­nię, w któ­rej trzy­mali grzyby, cebulę, czo­snek. Była dobrze zamknięta. Tak myśla­łem, że warzywa mogą być okej, ale było też tro­chę cia­sta na tor­tille i sera. Nic się nie zepsuło, bo ser jest dobrze wysu­szony. Mam dziś fuksa. Wie­dzia­łem, że gaz działa, bo mija­li­śmy kilka prze­cie­ków przy Van Ness Ave­nue.

– Ja też mam dziś fuksa. Żyję.

Bolało ją przy prze­ły­ka­niu, ale powie­działa to szcze­rze. Roz­legł się jakiś hałas na tyłach kuchni i Joe zerwał się z krze­sła.

– Chic­ken?

– Joe, ratuj! Zła­pało mnie!

Joe pobiegł do kuchni, a Karen za nim. Chic­ken oka­zał się wyso­kim czar­nym mło­dym męż­czy­zną. Nie mógł mieć wię­cej jak dwa­dzie­ścia lat. Wyglą­dał na prze­stra­szo­nego. Oczy miał wiel­kie, jego sze­ro­kie dło­nie zda­wały się pod­trzy­my­wać go w drzwiach. Lewą nogę miał zaplą­taną w drut ostrzowy. Owi­jał mu się wokół spodni, a dżins nasiąkł już w kilku miej­scach krwią.

– Cho­lera – jęk­nął Joe.

Karen ode­pchnęła go z drogi. Pod­su­nęła się pod Chic­kena i zarzu­ciła sobie jego dłu­gie, umię­śnione ramię na barki. Razem prze­kuś­ty­kali z kuchni do jadalni. Pomo­gła mu usiąść na bla­cie i pod­cią­gnąć nogi. Się­gnął w stronę tej ran­nej, ale go powstrzy­mała.

– Nie cią­gnij, bo tylko pogor­szysz sytu­ację. Daj sobie pomóc.

– Jesteś pie­lę­gniarką? Co to za laska, Joe?

– Karen. Wła­śnie przy­szła.

– Jestem pie­lę­gniarką. Pra­co­wa­łam w cen­trum medycz­nym. Mogę ci pomóc. – Odwró­ciła się do Joego. – Na tej ulicy jest apteka, prawda?

Wyj­rzał nie­pew­nie na dwór.

– Tak mi się wydaje.

Spoj­rzała znowu na Chic­kena.

– Bez­piecz­nie będzie wyjść?

– Nikt mnie nie gonił. – Zaci­snął zęby i spoj­rzał na nogę.

– Dobra, Joe. Bie­gnij do apteki, ale naprawdę pędem. Przy­nieś mi wodę utle­nioną, taka brą­zowa butelka. Wiesz, jak wygląda?

– Jezu, wiem prze­cież, jak wygląda woda utle­niona. – Wyda­wał się bar­dziej znie­cier­pli­wiony niż prze­stra­szony.

– Dobra. Woda utle­niona, gaza i ban­daż ela­styczny. Szybko.

Wypadł na dwór bez słowa.

Wycią­gnęła z kie­szeni scy­zo­ryk i otwo­rzyła go, nie patrząc. Nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć, czy go umyła czy nie. Uznała, że to nie ma zna­cze­nia, i zaczęła roz­ci­nać dżinsy ran­nego. Przy­szło jej do głowy, żeby spró­bo­wać wyciąć drut, ale doszła do wnio­sku, że to bez sensu, i obcięła całą nogawkę poni­żej kolana. Nie spusz­cza­jąc oka z chło­paka, pocią­gnęła za mate­riał. Gdyby ostrza wbiły się głę­boko w skórę, pod­ska­ki­wałby przy każ­dym ich ruchu. Nie zro­bił tego, więc pocią­gnęła moc­niej.

Było sporo krwi, ale ska­le­cze­nia nie były duże. Kilka nacięć mię­śnia brzu­cha­tego łydki i jedno na goleni, gdzie ode­rwał się i zwi­sał długi skra­wek skóry. Pocią­gnęła go mocno i ode­rwała. Chic­ken wrza­snął.

– Prze­pra­szam, coś się tu przy­kle­iło. – Z doświad­cze­nia wie­działa, że lepiej nie tłu­ma­czyć, że ode­rwała mu wła­śnie kawa­łek skóry. – Gdzie byłeś?

– W miesz­ka­niach z pół­tora kilo­me­tra stąd. Szu­ka­łem wody.

Zdjęła mu zakrwa­wiony but i skar­petkę.

– Tak, Joe mi mówił. I co się stało?

– Byłem w bloku, spraw­dza­łem w miesz­ka­niach, czy nie ma wody w butel­kach. Dotar­łem do tego w środku i drzwi były otwarte. Posze­dłem pro­sto do kuchni i zna­la­złem kilka szkla­nych bute­lek z pel­le­grino, więc zaczą­łem je łado­wać. A tu z sypialni wysko­czył na mnie taki roz­wrzesz­czany typek. Był cały we krwi i wyglą­dał jak jakiś popie­przony. Trzy­mał łopatę czy co, może małą szu­flę. Nie mam poję­cia, co to było, ale prze­stra­szył mnie jak cho­lera. Blo­ko­wał mi drzwi, więc wysko­czyłem oknem. Ucze­pi­łem się kli­ma­ty­za­cji i chcia­łem opaść na mar­kizę pod spodem. Nie tra­fi­łem i wal­ną­łem w para­pet, a potem zaplą­ta­łem się w to gówno. Prze­to­czy­łem się po mar­ki­zie i spa­dłem w końcu na zie­mię. To było jak jakaś pie­przona ścieżka zdro­wia w pie­kle. Bie­głem całą drogę z powro­tem.

Joe już wró­cił z apteki.

– Macie! Zna­la­złem, zna­la­złem! – Cisnął pla­sti­kową siatkę na blat. Ude­rzyła gło­śno.

Kobieta wyjęła z niej wodę utle­nioną i odkrę­ciła.

– Nic mu nie będzie, Joe – powie­działa bez­na­mięt­nym gło­sem. – Wygląda to kiep­sko, ale więk­szość zadra­pań jest powierz­chowna. Byle tylko nie wdało się zaka­że­nie, a nic mu nie będzie.

Polała wodą miej­sce bez skóry, a Chic­ken pisnął przez zaci­śnięte zęby. Joe pod­szedł i chwy­cił jego dłoń.

– Wiem, że pie­cze. Wiem. – Polała mu nogę, odsu­wa­jąc mię­sień, żeby otwo­rzyć ranę i nalać do środka. – Pamię­taj tylko, że jak pie­cze, to zna­czy, że coś chciało cię zabić. Pie­cze­nie jest dobre. Pie­cze­nie cię ura­tuje.

Chic­ken mocno ści­snął dłoń Joego.

– Czyli nie zdo­by­łeś wody?

– Nie, nie zdo­by­łem żad­nej wody, suko. Wró­ci­łem żywy. Kurwa.

– Okej. Prze­pra­szam. Tak tylko pytam. Znaj­dziemy wodę.

– I chcę też nowe dżinsy. I buty. I, kurwa, jak to boli!

– Wiem, wiem. Już pra­wie po wszyst­kim.

Znów zalała ranę, a potem otwo­rzyła opa­ko­wa­nie z gazą i zaczęła nią wycie­rać krew z wodą. Roz­pa­ko­wała kolejną i owi­nęła nią udo mocno, ale nie za mocno, żeby Chic­ken mógł cho­dzić. Potem owi­nęła wszystko ban­da­żem ela­stycz­nym i spięła zapinką.

– Laska, teraz to mnie nakarm – rzu­cił Chic­ken.

Karen spięła się odru­chowo, ale Joe pognał do stołu i przy­niósł stertę wysty­gnię­tych pupu­sów i butelkę ostrego sosu.

Chic­ken poło­żył to sobie na kola­nach i zaczął jeść.

Stali obok, kiedy jadł. Joe patrzył na Chic­kena. Karen w zamy­śle­niu wyglą­dała przez drzwi na ulicę.

Chic­ken skoń­czył i odsta­wił talerz.

– Dzięki, kocha­nie. – Wycią­gnął szyję i poca­ło­wał Joego w poli­czek. Joe się uśmiech­nął. – Musimy zna­leźć jakieś miej­sce z wodą i tam prze­no­co­wać. I zdo­być jakieś ciu­chy. Idziesz z nami?

Spoj­rzeli na nią obaj.

– Jasne – powie­działa. Uznała, że lepiej jej będzie z nimi niż samej. – Oszczę­dzaj tę nogę – pora­dziła Chic­ke­nowi. – Możemy iść powoli.

Prze­wró­cił oczami i zesko­czył z blatu. Skrzy­wił się.

– No dobra – zgo­dził się w końcu. – Póki co możemy iść powoli.

Szli jego tem­pem, w prze­ciw­nym kie­runku niż ten, z któ­rego przy­szła Karen. Spraw­dzili aptekę, w któ­rej był Joe. Zna­leźli w niej po puszce jakie­goś napoju, ale wody nie było. Zaj­rzeli do her­ba­ciarni sprze­da­ją­cej kie­dyś bub­ble tea i do kilku innych restau­ra­cji. Syropy, polewy, keczup i sos sojowy. Żad­nej wody. Do połu­dnia mgła ustą­piła. Pra­gnie­nie nara­stało.

– Jakim cudem ni­gdzie nie ma wody? – Czuła, że gdera.

– Przez panikę – odpo­wie­dział Joe po pro­stu.

– Przez panikę?

– No – potwier­dził Chic­ken. – Ludzie wpa­dają w panikę, kiedy sły­szą złe wia­do­mo­ści. Jak są w skle­pie, to kupują papier toa­le­towy, wodę i broń, cho­ciaż broni to nie ma za wiele w San Fran­ci­sco. Odkąd skoń­czyła się woda w kra­nach, codzien­nie szu­kamy wody.

Pró­bo­wała to prze­li­czyć. Ile dni w szpi­talu? Ile dni była chora i nie­przy­tomna? Ile dni minęło, nim mia­sto wpa­dło w panikę? Ile dni minęło, odkąd nie ma prądu i wody? Ostat­nie, co pamię­tała, to że obu­dziła się w swoim miesz­ka­niu, świa­tła były zapa­lone, i poje­chała auto­bu­sem do pracy. To było w lutym.

– Który dziś jest?

– Hę? – Joe spoj­rzał na nią jak na wariatkę.

– Wie­cie, któ­rego dziś mamy? Zna­czy jaką mamy datę?

– A co? Umó­wi­łaś się z kimś? – prych­nął Chic­ken. – Chodź­cie, tu spró­bujmy.

Stali pod drzwiami jakie­goś biu­rowca. Były lekko uchy­lone.

– Dla­czego tu? – spy­tała.

– Mam pomysł.

Wspi­nali się ciemną, pozba­wioną okien klatką scho­dową. Dotarli na pierw­sze pię­tro, gdzie znaj­do­wała się duża sala pełna biu­rek. Świa­tło sło­neczne wle­wało się przez szklane ściany. Chic­ken ruszył w jedną stronę sali. Joe i Karen w inne. Karen roz­glą­dała się po biur­kach, licząc na jakąś butelkę z wodą. Z doni­czek zwi­sały zwięd­nięte rośliny. Na biur­kach stały zdję­cia dzieci. Doszła do ściany. Z dru­giej strony sali usły­szała okrzyk Joego:

– Mam!

Potruch­tała w jego stronę. Joe stał przy toa­le­tach. Na kory­ta­rzu przed nimi wid­niał nie­bie­ski dozow­nik z wiel­kim, nie­mal peł­nym zbior­ni­kiem wody. Joe padł na pod­łogę i już napeł­niał papie­rowy kube­czek. Karen chwy­ciła następny i odsu­nęła się, gdy Chic­ken wypadł zza biurka. Sie­dzieli i pili kubek za kub­kiem.

– Dla­czego nazy­wasz się Chic­ken? – spy­tała, gdy cisza trwała już zbyt długo.

– No, Chic­ken jak cykor. Wygra­łem kie­dyś tę grę – wyja­śnił.

– W cykora?

– Yhm. – Wpa­try­wał się w swój kube­czek.

– A ten drugi zgi­nął?

Spoj­rzał na nią natych­miast.

– Nie! Zje­chał mi z drogi. Wygra­łem jego samo­chód. Powtó­rzy­łem to kilka razy, a potem sprze­da­łem te samo­chody. Zaro­bi­łem tro­chę kasy.

– Aha. A ty co robi­łeś, Joe?

– Głów­nie pra­co­wa­łem w restau­ra­cjach. Goto­wa­nie i sprzą­ta­nie. Cza­sami przy oświe­tle­niu w teatrach. Tak pozna­łem Chic­kena.

– No, robi­łem przy dźwięku. Cho­dzi­li­śmy ze sobą może ze trzy mie­siące, zanim zamknięto wszyst­kie teatry. Kurwa, ale się wście­kłem! Ale wszy­scy byli już zbyt cho­rzy, żeby dalej to cią­gnąć.

Przy­po­mniała sobie, że teatry zostały zamknięte jakiś mie­siąc wcze­śniej. Tym­cza­sowo, jak ogło­siły wła­dze mia­sta. Żeby wal­czyć z naj­gor­szym sezo­nem gry­po­wym w histo­rii. Trudno było sobie nawet wyobra­zić, że nie rozu­miała wtedy, co to ozna­cza, ale nie rozu­miała.

– Widzie­li­ście wielu ludzi po tym, jak już minęła panika? Poza tym od łopaty?

– Paru – powie­dział Joe. – Wygląda na to, że więk­szość umarła albo ucie­kła z mia­sta. Poza tym wszyst­kim jakby odbiło.

Chic­ken poki­wał głową.

– Każdy dupek ma broń albo jakieś gówno. Wszy­scy zacho­wują się tak, jakby chcieli cię zabić albo jak­byś ty ich chciał zabić. Nie mogłem uwie­rzyć, że Joe cię wpu­ścił. – Nie uśmie­chał się.

– No tak, ale… – Joe miał nie­wy­raźną minę.

– Ale co? – drą­żyła.

– Nie widzia­łem dotąd żad­nych lasek. Żad­nych kobiet. Cero muje­res. Jesteś pierw­szą żywą kobietą, odkąd zosta­wi­łem mamę, a wiem, że umie­rała. Zosta­wi­łem ją w Sacra­mento, bo musia­łem dotrzeć do domu. Musia­łem zna­leźć Chic­kena. – Oparł głowę na jego ramie­niu.

– Zosta­nie­cie w mie­ście? Będzie­cie dalej szu­kać wody?

Chic­ken wzru­szył ramio­nami, a Joe uniósł głowę.

– Dla­czego nie? To nasze mia­sto. Jest w więk­szo­ści opu­sto­szałe. Może znaj­dziemy jakiś duży dom z mnó­stwem wody i jedze­nia.

– I co wtedy?

– Co masz na myśli? – Chic­ken patrzył na nią nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

– Żad­nych innych ludzi. Żad­nych dzieci. Żad­nej pracy do wyko­na­nia. Tylko co? Prze­trwa­nie?

Chic­ken roze­śmiał się cicho i nalał sobie jesz­cze jeden kubek wody.

– Nie potrze­bu­jemy innych ludzi. Nie pla­no­wa­li­śmy dzieci. Życie to wystar­cza­jąca praca. Zawsze cho­dziło tylko o prze­trwa­nie. Może to wygląda ina­czej, jak się idzie na stu­dia, kupuje dom i robi te wszyst­kie rze­czy, ale jak dla nas zawsze cho­dziło o prze­trwa­nie. Nic się nie zmie­niło. Tylko kon­ku­ren­cja jest teraz mniej­sza. – Opróż­nił kube­czek.

Poki­wała głową. Tak, to prawda. Nie, nie­prawda. Tak nie było. Nie będzie. To za mało. Czy mogę tu zostać? Z nimi albo obok nich? Bli­sko domu, żeby Jack mógł mnie zna­leźć.

Zasnęli, gdy tylko zaszło słońce, zwi­nięci na twar­dej biu­ro­wej wykła­dzi­nie. W żołąd­kach chlu­pała im woda.

Rano weszli pię­tro wyżej. W jed­nym z biur była kuch­nia pełna suchych prze­ką­sek, same jaskrawe kolory i kon­ser­wanty. Zje­dli je na śnia­da­nie i wypili pół kolej­nego zbior­nika z wodą.

Mimo że nie dzia­łała hydrau­lika, i tak sko­rzy­stali z łazie­nek. Karen sie­działa w swo­jej kabi­nie w sła­bym świe­tle, które wpa­dało tu przez uchy­lone drzwi i przez szparę przy pod­ło­dze zale­wało jej stopy. Myślała o tym, że już ni­gdy wię­cej nie będzie musiała stać w kolejce do toa­lety, i czuła pustkę.

Nie­zręcz­nie napeł­nili butelki po sokach i kilka ter­mo­sów czy­stą wodą ze zbior­nika, a po połu­dniu wyszli z budynku. Potrze­bo­wali nowych ubrań, ale nie potra­fili się zde­cy­do­wać, dokąd iść.

– Z dzie­sięć prze­cznic w tę stronę jest cen­trum han­dlowe. Możemy po pro­stu iść torami – powie­działa Karen, wska­zu­jąc im drogę.

– Tu zaraz są chiń­skie sklepy z pod­rób­kami – upie­rał się Joe, wska­zu­jąc prze­ciwny kie­ru­nek.

– No tak, ale mogą nie mieć wszyst­kiego, co by się nam przy­dało.

– Będą mieli wszystko – orzekł Chic­ken.

Ja sobie, a oni sobie. Nie potrze­buję ich, ale…

– Dobra – powie­działa, odwra­ca­jąc się. – To może się spo­tkamy…

Wybuch powa­lił ich wszyst­kich na zie­mię. Chic­ken upadł na twarz i kiedy się pod­niósł, miał zakrwa­wione wargi. Joe miał poodzie­rane ręce i nogi, bo otarł je o chod­nik. Karen pod­nio­sła się na rękach i poczuła falę cie­pła na twa­rzy.

Joe wrzesz­czał, ale nie sły­szała nic poza wyso­kim piskiem.

– Pie­przony gaz! – wrzesz­czał w kółko, ale musiała czy­tać z ruchu warg, żeby zro­zu­mieć.

Chic­ken chwy­cił Joego i pobiegł, cią­gnąc go za sobą, poty­ka­jąc się, ale wiel­kimi kro­kami ucie­ka­jąc przed ogniem.

Karen obej­rzała się i zoba­czyła ścianę ognia zakry­wa­jącą jeden z budyn­ków. Pło­mie­nie wyła­niały się z niż­szych okien, gdzie pew­nie zebrał się gaz, nim zapa­liła go iskra. Zerwała się z ziemi i pobie­gła za nimi, w ostat­niej chwili łapiąc jesz­cze swoją butelkę wody. Zna­la­zła ich scho­wa­nych po chłod­nej stro­nie cegla­nego budynku. Oparła się ple­cami o ścianę i długo piła z butelki. Kiedy ją odsta­wiła, zoba­czyła, że pró­bują roz­ma­wiać, ale się nie sły­szą. Zre­zy­gno­wali z gestów na rzecz pisa­nia po cegłach kamy­kiem.

Kłó­cili się o to, czy bez­piecz­niej będzie w środku czy na zewnątrz, czy kie­ro­wać się w stronę nabrzeża czy na pół­noc pół­wy­spu. Chic­ken napi­sał „Gaz śmier­dzi” dwa razy, a potem jesz­cze to pod­kre­ślił. Był prze­ko­nany, że jeśli tylko nie będą czuli zapa­chu gazu, będą bez­pieczni. Tylko że wtedy na ulicy też go nie poczuli.

„Lepiej być w środku” – napi­sała Karen. A potem jesz­cze: „Cen­trum han­dlowe? Tam pew­nie nie ma gazu”.

Wzru­szyli ramio­nami i poszli za nią. Do końca dnia byli w szoku i tak ogłu­szeni, że nie sły­szeli się nawza­jem.

Cen­trum han­dlowe zostało zabite deskami, ale już wcze­śniej ode­rwali je inni sza­brow­nicy. Do środka wpa­dało przez świe­tliki tro­chę świa­tła, które nie docie­rało jed­nak do skle­pów. Sfru­stro­wani i zmę­czeni wrzesz­cze­niem i poka­zy­wa­niem sobie wszyst­kiego na migi roz­dzie­lili się, żeby poszu­kać ubrań.

„Nie zgub się” – wydra­pał Joe na wiszą­cym na ścia­nie pla­ka­cie fil­mo­wym. Unio­sła kciuki w odpo­wie­dzi i sobie poszła.

W skle­pie z ciu­chami dla nasto­la­tek zna­la­zła solidny ple­cak. Gdy mijała mane­kiny o spi­cza­stych, małych pier­siach, odsło­nię­tych brzu­chach i udach, ści­snęło jej się serce. Z żalu czy roz­cza­ro­wa­nia, nie potra­fi­łaby tego powie­dzieć. Wyszła ze sklepu i prze­szła do następ­nego. Żadne dam­skie ubra­nia nie wyda­wały się wystar­cza­jąco wytrzy­małe. Było jej wszystko jedno, jak będzie wyglą­dać. Potrze­bo­wała jedy­nie czy­stych ciu­chów, które wytrzy­mają to, co będzie musiała robić. Przy­po­mniały jej się szpi­talne far­tu­chy – zawsze gotowe – ale one też nie nada­wały się w teren. Zabrała zapas czy­stych maj­tek w odpo­wied­nim roz­mia­rze i kilka spor­to­wych sta­ni­ków. Jeden wło­żyła, a resztę zapa­ko­wała do ple­caka. Od kilku dni nie miała na sobie sta­nika i przy­jem­nie było znów czuć się scho­waną i bez­pieczną.

W końcu wylą­do­wała w skle­pie dla mło­dych męż­czyzn, gdzie zna­la­zła spodnie i koszule, które na nią paso­wały. Wło­żyła z powro­tem swoją bluzę z kap­tu­rem, ale potem się roz­my­śliła i zdjęła z wystawy grub­szą. Usia­dła i przy stole z akce­so­riami roz­cze­sała włosy, a póź­niej splo­tła je w długi war­kocz, który spły­wał jej po ple­cach. Do pracy zawsze nosiła włosy sple­cione w war­koczyki, tak że szpi­talni zna­jomi byli zszo­ko­wani, gdy widzieli ją na przy­ję­ciach z roz­pusz­czo­nymi wło­sami. Były dłu­gie, ciemne i zawsze pofa­lo­wane, a w wil­gotny dzień wręcz krę­cone. Wło­żyła na nie bejs­bo­lówkę w taki spo­sób, że war­kocz wycho­dził nad zapię­ciem z tyłu. Spoj­rzała w lustro i wzdry­gnęła się lekko.

Jej odbi­cie wyglą­dało na prze­ra­ża­jąco zmę­czone. Wysta­wały jej oboj­czyki, skóra pod oczami wyda­wała się zbyt cienka. Dotknęła miej­sca po ude­rze­niu. Było chyba lekko opuch­nięte. Bolało, ale nie było widać siniaka. Od dawna nie robiła maki­jażu i zdu­miało ją, jak nie­ko­bieco wygląda. Odwod­nie­nie widać było po ustach, więc przy kasie zgar­nęła garść poma­dek ochron­nych. Naj­bar­dziej nie­po­ko­iły ją oczy. Jej małe, brą­zowe oczy. Dotąd zawsze była prze­ko­nana, że wystar­czy, iż ktoś wpa­trzy się w nie wystar­cza­jąco dokład­nie, a będzie wie­dział, kim ona jest. Teraz wyda­wały się prze­stra­szone. Wyglą­dała na bladą, chorą, skrzyw­dzoną i prze­ra­żoną. Wypro­sto­wała się. Patrzyła, jak jej odbi­cie się pro­stuje. Pró­bo­wała się uśmiech­nąć. Wcale nie wypa­dło to tak, jak powinno. Wyglą­dała jak ofiara, jak cykor. Znała już tę minę. Widziała ją u kobiet, które tra­fiały na izbę przy­jęć, krwa­wiąc z tej lub innej strony. Nikt nie wybiera roli ofiary, ale po całym życiu prak­tyki, to się po pro­stu samo dzieje. Chciała się teraz pozbyć tej miny. Musi się tro­chę posta­rać. Przez sekundę myślała o swoim codzien­nym maki­jażu do pracy, szybko nało­żona mascara, korek­tor. Jed­nak to byłoby zbyt absur­dalne. Nało­żyła tylko grubą war­stwę pomadki ochron­nej i roz­cią­gnęła wargi, żeby popę­kały w suchych miej­scach i wpu­ściły bal­sam.

Wyszła z lep­szym samo­po­czu­ciem. Prze­rzu­ciła sobie ple­cak przez ramię.

Ruszyła na drugi koniec budynku i przy zabi­tych dechami drzwiach zoba­czyła Star­bucksa. Idąc w tę stronę, strze­liła pal­cami przy uchu. Pra­wym na­dal nic nie sły­szała, ale lewym wychwy­ty­wała dźwięk, jakby dobie­gał spod wody. Miała nadzieję, że uraz jest chwi­lowy.

Lodówka z napo­jami stała nie­tknięta. Usia­dła i wypiła całą butelkę wody i jeden napój kawowy z dłu­gim ter­mi­nem waż­no­ści. Nie był zimny, ale sma­ko­wał wspa­niale. Nie umó­wili się, gdzie się spo­tkają, więc cze­kała. Po jakimś cza­sie zapa­ko­wała do ple­caka leżące przy kasie bato­niki z owo­cami i orze­chami oraz cia­steczka, wzięła całą wodę i jesz­cze jedną kawę i wyszła z kawiarni. Sta­nęła na głów­nych scho­dach i się obej­rzała. Zasta­na­wiała się wła­śnie, czy nie zapa­ko­wać też apteczki pierw­szej pomocy, kiedy zoba­czyła ich kątem oka. To mogli być Joe i Chic­ken.

Obró­ciła się i zoba­czyła, że jest ich czte­rech zamiast dwóch. Zamarła, gdy ją zauwa­żyli. Jeden z nich wska­zał ją ręką i klep­nął dru­giego w pierś, żeby mu ją poka­zać. Nie sły­szała ani słowa, ale ich usta się poru­szały. Facet polu­zo­wał łań­cuch, który miał owi­nięty wokół ręki. Rzu­cili się bie­giem w jej kie­runku.

Nie wie­działa, co wła­ści­wie widzi, ale instynkt kazał jej ucie­kać. Znaj­do­wała się na naj­niż­szym pię­trze gale­rii. Drzwi stąd pro­wa­dziły do metra. Par­ter był dwa pię­tra wyżej. Popę­dziła po krę­co­nych scho­dach, prze­ska­ku­jąc po dwa, trzy stop­nie naraz i nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Na trze­cim pię­trze skrę­ciła przy kio­sku w stronę wyj­ścia. Wie­działa, że tam będzie się musiała zatrzy­mać, żeby zerwać deskę z drzwi. Obej­rzała się przez ramię i zoba­czyła, że za nią pędzą Joe i Chic­ken. Na wpół usły­szała ich wrzask:

– Ucie­kaj!

Dwa razy wal­nęła bar­kiem w sklejkę, nim odsko­czyły gwoź­dzie. Wybie­gli w trójkę, a za nimi czte­rech męż­czyzn. Razem skrę­cili za budy­nek i Chic­ken otwo­rzył kubeł na śmieci. Joe i Karen wła­do­wali się do środka, a za nimi zwin­nie wsko­czył Chic­ken, który zasu­nął przy­krywę. Cze­kali.

Nie spo­sób oddy­chać cicho, jeśli się sie­bie nie sły­szy. Karen stłu­miła odruch, żeby otrzeć twarz z potu i popra­wić pozy­cję. Chic­ken trzy­mał Joego obiema rękoma, jakby pró­bo­wał go uspo­koić. Joe zasła­niał sobie usta.

Długo sie­dzieli tak, przy­cup­nięci, nie mając odwagi się ruszyć. W końcu Chic­ken pod­niósł się odro­binę i głową odsu­nął lekko pokrywę. Powoli odwró­cił głowę, żeby się rozej­rzeć. W końcu odsu­nął pokrywę i wstał.

– Poszli sobie. Nikogo tu nie ma. – Nie sły­szeli go, ale widzieli to w jego roz­luź­nia­ją­cych się ramio­nach.

Joe cały się trząsł od adre­na­liny. Kiedy wstał, strzyk­nęło mu w kola­nach. Wylazł z kubła i sta­nął przy Chic­ke­nie. Karen wyszła sama.

– O co im w ogóle, kurwa, cho­dziło?! – ryk­nęła do nich, wyma­chu­jąc rękami i patrząc na nich w osłu­pie­niu.

Chic­ken natych­miast obej­rzał się w jej stronę, jego twarz była wykrzy­wiona brzydko ze zło­ści.

– O cie­bie. Chcieli cie­bie. Zoba­czyli dziew­czynę, to chcieli ją sobie wziąć, więc zaczęli cię gonić. Usły­sze­li­śmy hałas i popę­dzi­li­śmy w twoją stronę. Uznali, że cię bro­nimy, więc chcieli nas zabić. Na kija nam coś takiego?

– Co? O czym ty mówisz?

Joe chciał coś powie­dzieć, ale Chic­ken go uci­szył.

– To, że gaz wybuchł, to, kurwa, nie twoja wina. I nie twoja wina, że jesteś kobietą. Ale będziemy mieli przez cie­bie kło­poty i cię nie potrze­bu­jemy. Od razu, kurwa, wie­dzia­łem, że tak będzie, jak się poła­pa­łem, że nie ma kobiet. Nie zamie­rzam umie­rać w two­jej obro­nie. Musisz sobie radzić sama.

– Słu­chaj, prze­cież ja potra­fię się bro­nić. Nie musi­cie…

– Ci goście na pewno nie byliby mili. Wywa­li­liby nas z cen­trum han­dlo­wego. Ale nie byłoby żad­nego zagro­że­nia, gdyby cię nie zoba­czyli. Jesteś za dużą rzad­ko­ścią. Nie możemy się w to pako­wać. Przy­kro mi. Musisz iść w swoją stronę, my w swoją. Razem nie damy rady.

Ledwo co ich pozna­łam, więc jak to moż­liwe, że łamią mi serce? Dla­czego czuję się jak opusz­czone dziecko?

– Chic­ken, prze­cież praw­do­po­dob­nie ura­to­wa­łam ci życie. Gdyby doszło do zaka­że­nia…

– My praw­do­po­dob­nie też ura­to­wa­li­śmy ci życie. Jeste­śmy kwita.

Już się odwra­cał. Joe wzru­szył ramio­nami, jakby chciał jej dać do zro­zu­mie­nia, że nie on tu decy­duje. Odwró­cił się za Chic­ke­nem, który poło­żył mu rękę na karku, i ode­szli.

Została sama. Rozej­rzała się we wszyst­kie strony, ale nie było żad­nego powodu, żeby wybrać któ­rą­kol­wiek. Nikt na nią nie cze­kał na końcu żad­nej z tych ulic. Przy wybo­rze drogi nie przy­świe­cał jej żaden cel ani żadne obcią­że­nie. Czuła się tak, jakby wpa­dała w coś bez dna.

W końcu wybrała jakąś ulicę i ruszyła przed sie­bie. Nad­sta­wiała uszu, w któ­rych wciąż jej huczało, ale i tak oglą­dała się co kilka kro­ków, żeby spraw­dzić, czy nikogo za nią nie ma. Myślała o tym, jak wyglą­dali Joe i Chic­ken w swo­ich ciu­chach. O tym, jak się od nich róż­niła. Pro­ste róż­nice, małe zmiany. Był to począ­tek planu.

Roz­dział 2

1 maja

Nie mam poję­cia, jaki dziś mamy dzień. Tak tu po pro­stu sie­dzia­łam chwilę, zasta­na­wia­jąc się nad tym, aż w końcu stwier­dzi­łam, że to chrza­nię. Jestem pra­wie pewna, że jest maj. Jesz­cze jest dość zimno, ale poja­wiły się już kwiaty. Jesz­cze nie jest cie­pło. Wię­cej mgły niż przed­tem. Ogła­szam, że to maj.

Miesz­kam w piw­nicy jakiejś rudery na Capp Street. Jestem tu, odkąd zaczęły się pożary w Mis­sion. Mam apteczkę, scy­zo­ryk i nie­zły zapas żar­cia w pusz­kach. Zdo­by­wa­nie jedze­nia to praw­dziwe pie­kło i pew­nie w końcu tak wła­śnie zginę. Więk­szość tego, co mam, zna­la­złam w innych domach. Dwa dni temu natknę­łam się w sza­fie na rewol­wer. Przy­naj­mniej jest to broń, którą potra­fię się posłu­gi­wać. Roz­ło­ży­łam go, wyczy­ści­łam, spę­dzi­łam tro­chę czasu na przy­zwy­cza­ja­niu się do tego uczu­cia, gdy się go trzyma w dłoni. Zna­jo­mego uczu­cia. Daję radę prze­szu­ki­wać domy i biura. Po tam­tej gale­rii han­dlo­wej prze­ra­stają mnie wszel­kie sklepy. Zbyt otwarta prze­strzeń, za dużo kry­jó­wek.

Wczo­raj mała grupka. Tak bli­sko, że mnie zbu­dzili. W pierw­szej chwili spa­ni­ko­wa­łam, myśla­łam, że dostali się do domu. Szli mię­dzy budyn­kami, w końcu zatrzy­mali się w tym naprze­ciwko. Wzię­łam się w garść, pod­słu­cha­łam roz­mowę na zewnątrz.

– Na połu­dnie, na San Diego. Podobno w Mek­syku nie jest źle. Może mogli­by­śmy żyć sobie na plaży w Baja, cho­dzić na ryby.

– Może, stary. Ale musimy zna­leźć auto. Mam dość łaże­nia wszę­dzie pie­chotą, kurwa. Może na 101. znaj­dziemy coś, co jesz­cze będzie jeź­dziło.

Trzeci par­sk­nął śmie­chem.

– Nawet jakby jeź­dziło, nie dałoby się jechać. Wszystko jest zablo­ko­wane. Ale może sko­ło­wa­li­by­śmy jakieś motory. Tylko trzeba by aż pięć.

– Cztery. Suka może jechać z tyłu.

Znów śmiech. Wsłu­chi­wa­łam się w ich cich­nące kroki, wła­sne walące serce. Czyli było ich czte­rech.

Suka. Pamię­tać, żeby tak mówić. Suka jedzie. Daj żar­cie, suko. Nie gadać jak baba.

Tylko mocne słowa.

Syl­wetka i postawa. Śmiech. Luz. Tylko żar­tem. Suka.

Czer­wiec

Nie było łatwo. Zdo­by­łam bojówki i woj­skowe buty, do tego kilka luź­nych koszul i jesz­cze bluza z kap­tu­rem. Brody nie wycza­ruję. Nie zna­la­złam żad­nej w skle­pie z prze­bra­niami ani nic. Uzna­łam, że trzeba poprze­stać na bru­dze­niu jej co rano. Przed lustrem w bla­sku świecy. Łatwo nie jest.

Wyglą­dam jak młody, znie­wie­ściały facet. Ktoś w typie Joego. Muszę zacząć robić wię­cej pom­pek.

Wypro­sto­wać się, bio­dra sztywno. Nie koły­sać nimi. Stopy pła­sko. Lekko się zgar­bić. Ręce zwi­sają luźno. Nie gesty­ku­lo­wać. Wzrok wbić w zie­mię. Dło­nie zaci­skać w pię­ści. Sia­dać z roz­sta­wio­nymi kola­nami. Dosto­so­wać się. Nie prze­chy­lać głowy. Nie przy­gry­zać wargi. Prze­ry­wać. Wypra­co­wać sobie niski śmiech.

Zanim zna­la­zła żaglówkę, która nie byłaby znisz­czona ani zupeł­nie zaplą­tana, było już dobrze po wscho­dzie słońca. Czuła się okrop­nie odsło­nięta, tak nagle na zewnątrz. Myślała, że tak będzie lepiej, bo nie będzie musiała ska­kać do wody. Łódka nazy­wała się Circe i to nie brzmiało dobrze, ale nie mogła sobie przy­po­mnieć dla­czego. Obej­rzała ją uważ­nie, żeby się upew­nić, że trzyma ją tylko lina. Polu­zo­wała cumę i weszła na pokład, żeby ode­pchnąć się od nabrzeża dłu­gim kijem. Odpływ zaczął ją odda­lać od brzegu. Szło jej nie­źle.

Jasna cho­lera. To się może udać. Może to roz­pra­cuję i uda mi się poże­glo­wać wzdłuż brzegu.

To uczu­cie znik­nęło jed­nak po kilku minu­tach, kiedy stało się jasne, że nie ma poję­cia o żeglu­dze. Pokrę­ciła jakąś korbą i z prze­ję­ciem patrzyła, jak pod­nosi się żagiel. Zła­pał wiatr i pocią­gnął łódkę do tyłu. Wcią­gnęła drugi żagiel, ale zaczął tylko bez sensu łopo­tać, wcale nie przy­spie­sza­jąc sprawy. Mało jej nie wal­nął roz­pę­dzony bom i musiała mocno pokom­bi­no­wać, żeby go do cze­goś przy­wią­zać. O tym, że łódki mają stery, przy­po­mniała sobie, dopiero kiedy była na środku zatoki, dry­fu­jąc po niej bez celu. Kiedy zna­la­zła rum­pel, pró­bo­wała skrę­cić na wschód. Nawet dzia­łało, ale potem prze­stało wiać. Zaczęła się poważ­nie zasta­na­wiać nad tym, czy reszty trasy nie powinna poko­nać wpław. Łódka prze­pły­nęła pod mostem Rich­mond, sunąc rów­no­le­gle do brzegu z jakimś prą­dem. Zagu­biona na morzu.

Usły­szała wysoki jęk motoru.

Odwró­ciła się natych­miast. W jej stronę pędziła mała moto­rówka z nie­wiel­kim sil­ni­kiem zabur­to­wym. Był w niej tylko jeden męż­czy­zna. Spięła się cała.

Pod­pły­nął do jej burty.

– Hej, dokąd to niby zabie­rasz?

Wzru­szyła ramio­nami i sta­ra­jąc się mówić jak naj­niż­szym gło­sem, rzu­ciła:

– Tylko prze­pły­wam zatokę, stary.

– Trzeba było przejść przez tunel. Po co to wszystko uru­cha­miać?

Zasta­na­wiała się nawet nad tym, czy nie ruszyć tune­lem metra. Ale nie mogła znieść myśli, że się zgubi gdzieś tam pod zie­mią. Zlu­stro­wała go, kiedy jego łódź się zbli­żyła. Był drobny i schludny. Jego dło­nie na wio­słach były dłu­gie, smu­kłe, z ele­ganc­kimi pal­cami. Nie wyglą­dał groź­nie. Nawet nie pró­bo­wał.

– Myśla­łem, że będzie łatwiej. Ale pora­dzę sobie.

– Może lepiej cię prze­wiozę?

– Nie mam nic na wymianę.

Jeśli spró­buje przejść na jej łódź, zwy­czaj­nie zepchnie go za burtę. Pro­ste. Niech sobie radzi, gdy ona odpły­nie.

Zapach soli uno­sił się nad cie­płą powierzch­nią wody, ale wiatr był zimny, przej­mu­jący. Nie chciała pły­nąć wpław.

– E, spoko. Od kilku dni nie widzia­łem tu nikogo. Zwy­czaj­nie bra­kuje mi ludzi.

Zasta­na­wiała się kilka sekund i w końcu uznała, że jeśli będzie musiała się go pozbyć, rów­nie dobrze może się to stać w lep­szej łodzi. Wolała nie ryzy­ko­wać, więc nie prze­rzu­ciła ple­caka, tylko nie­zgrab­nie zeszła razem z nim po dra­bince. Łódka zachy­bo­tała się nie­po­ko­jąco. Usia­dła szybko, usi­łu­jąc ją uspo­koić.

Wycią­gnął dłoń.

– Cur­tis.

Uści­snęła ją naj­moc­niej jak potra­fiła.

– Andrew. Dokąd się wybie­rasz?

Cur­tis usiadł i znów włą­czył motor. Łódeczka pomknęła w stronę brzegu.

– Bo ja wiem? Wszy­scy zni­kają z mia­sta. W cen­trum pełno tru­pów. Niby dokąd można się wybrać?

– Ja na połu­dnie, w stronę San Diego – skła­mała. – Sły­sza­łem, że tam nie jest źle. No i mają fajne plaże.

– No. Brzmi nie­źle. – Uśmiech­nął się bez­bron­nie.

Jest nie­szko­dliwy.

Odwró­ciła twarz do wia­tru, a tym­cza­sem Oakland sta­wało się coraz więk­sze, czarne, roz­rzu­cone po nabrzeżu.

– Hej, a może popłyńmy na pół­noc w stronę mariny w Ber­ke­ley? Oakland wygląda stąd zupeł­nie do dupy.

– Jasne. – Skrę­cił na pół­noc. – To co pora­bia­łeś? Przed­tem?

Bez zasta­no­wie­nia odpo­wie­działa tak jak zawsze:

– Jestem pie­lę­gniarką.

– Serio?! Już myśla­łem, że ni­gdy w życiu nie spo­tkam pie­lę­gnia­rza.

– No tak. Trauma. Przed­tem pra­co­wa­łem jako sani­ta­riusz woj­skowy w Afga­ni­sta­nie. – Wymy­śliła to na pocze­ka­niu, spa­ni­ko­waw­szy, że tak się przed­tem zdra­dziła. Sama była pod wra­że­niem swo­jego kłam­stwa.

– O, faj­nie. Jak znaj­dziesz jakichś ludzi, przy­naj­mniej możesz powie­dzieć, że się im do cze­goś przy­dasz. Ja kodo­wa­łem dla Face­bo­oka, więc kiedy już zjem wszyst­kie puszki z żar­ciem, jakie zostały w San Fran­ci­sco, będzie po mnie.

Spoj­rzała na jego niby to dzielną minę. Naprawdę się sta­rał, ale nie uda­wało mu się ukryć prze­ra­że­nia.

– Ludzie się adap­tują – powie­działa.

– Zoba­czymy, czy mnie się uda. Tego wła­śnie szu­kasz? Ludzi?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Nie wiem, czy to naj­lep­szy pomysł.

Zamilkł. Uznała to za znak, że podziela jej zda­nie w tej kwe­stii.

Po minu­cie wresz­cie to wydu­kał:

– Słu­chaj… a może mógł­bym pójść z tobą? Zawsze we dwóch raź­niej. Mogę stać na war­cie i poma­gać ci szu­kać jedze­nia. Znam się na maszy­nach i kie­run­kach. Co ty na to?

Cho­lera. Powin­nam była to prze­wi­dzieć.

Dotąd była zupeł­nie opa­no­wana i gotowa spo­koj­nie olać tego faceta, a jed­nak to pyta­nie tra­fiło ją w samo serce. Przy­po­mniało jej się, jak Chic­ken ją odtrą­cił. Nie potra­fiła spoj­rzeć mu w twarz. Zer­k­nęła na niego kątem oka. Miał minę małego chłopca, który bar­dzo się stara nie roz­pła­kać.

– To chyba nie naj­lep­szy pomysł. Ale znaj­dziesz jakichś ludzi. Na pewno.

Już nie­mal byli w mari­nie. Zarzu­ciła ple­cak na plecy, a on pod­pły­nął bli­sko dra­binki wiel­kiej żaglówki, żeby mogła się po niej wspiąć. Zro­biła to i spoj­rzała na niego z góry.

– Dobra. W takim razie będę już wra­cał.

Coś się w niej zała­mało. Zdjęła ple­cak i zaczęła szu­kać w nim cze­goś, co mogłaby dać Cur­ti­sowi, skoro nie chciała pozwo­lić, by do niej dołą­czył.

– Masz. – Rzu­ciła mu spięty recep­turką zapas anty­bio­ty­ków. – Nie zgub. Mogą ura­to­wać ci życie.

Zła­pał je i na nią spoj­rzał.

– Hej, dzięki. Powo­dze­nia!

Odpły­nął. Nie potra­fiła sobie wyja­śnić, dla­czego mu je dała. Po pro­stu musiała mu coś dać. Przy­po­mniały jej się te jego dłu­gie, smu­kłe dło­nie i nie­winna twarz. Był nie­szko­dliwy.

Mogła mu pomóc, adop­to­wać go, ale nie zdo­łała się zmu­sić do pod­ję­cia tego ryzyka. Miała nadzieję, że znaj­dzie kogoś, kto go przy­gar­nie. Kto go ura­tuje.

Powo­dze­nia.

Prze­spała się w ładowni żaglówki, w któ­rej nie było jedze­nia, za to sześć kilo mari­hu­any. Czuła jej ole­isty smród i zasta­na­wiała się, czy tro­chę sobie nie wziąć. Mogłaby się przy­dać na wymianę, choć naćpa­nie się było teraz bez­na­dziej­nym pomy­słem. Kiedy zro­biło się ciemno, stwier­dziła, że ma dość tego smrodu, i wyszła, żeby dotrzeć na uni­wer­sy­tet. Obej­rzała się na łódź ze świa­do­mo­ścią, że już ni­gdy na nią nie wróci. Mogłaby ją pod­pa­lić. Mogłaby spa­lić całą marinę. Noc była jasna, chłodna. Myśl poja­wiła się i znik­nęła.

Nie miała latarki, ale księ­życ był pra­wie w pełni. Cen­trum wyglą­dało w więk­szo­ści na nie­na­ru­szone, a uni­wer­sy­tet spra­wiał wra­że­nie, jakby cał­kiem długo się trzy­mał, kiedy wszystko inne się waliło. W aka­de­miku okna były ciemne, z wielu zwi­sały trans­pa­renty ze slo­ga­nami pro­te­stu­ją­cymi prze­ciwko zamknię­ciu uczelni i kwa­ran­tan­nie. Na jed­nym ktoś dopi­sał: „3 w środku. Pro­simy o pomoc”. Cie­kawe, czy na­dal tam są, czy też może pomoc nade­szła. Na pię­trze nad sta­rym cegla­nym pubem zami­go­tały świa­tełka. Odda­liła się od niego ostroż­nie, obe­szła go sąsied­nią ulicą. Cof­nęła się i w końcu dotarła do głów­nej bramy uczelni, a potem skrę­ciła. Budy­nek, któ­rego szu­kała, był zabity deskami, ale pod­wa­żyła je i weszła do środka.

W Ber­ke­ley

Teraz w kli­nice uni­wer­sy­tec­kiej. Od kilku dni. Paleta bute­lek z wodą plus całe pudła bato­ni­ków z musli i baka­liami. A do tego wię­cej środ­ków anty­kon­cep­cyj­nych, niż kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

Czer­wiec

Naprawdę się udało. Nie byłam pewna, czy coś z tego będzie, ale dziś to zro­bi­łam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: The Book of the Unna­med Midwife

Text copy­ri­ght © 2014, 2016 by Meg Eli­son

All rights rese­rved

This edi­tion is made possi­ble under a license arran­ge­ment ori­gi­na­ting with Ama­zon Publi­shing, www.apub.com, in col­la­bo­ra­tion with Graal, SP. Z.O.O.

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2019

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Agnieszka Horzow­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii, pro­jekt okładki oraz ilu­stra­cji: Michał Paw­łow­ski / www.kre­ska­ikropka

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Księga Bez­i­mien­nej Aku­szerki, wyd. I, Poznań 2020)

ISBN 978-83-8188-739-7

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer