Drelich: prosto w splot - Jakub Ćwiek - ebook + audiobook

Drelich: prosto w splot ebook i audiobook

Jakub Ćwiek

4,6

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Marek Drelich to zawodowy złodziej, doskonały w swoim fachu. Zawsze skupiony na zadaniu, dokładny, opanowany, a gdy trzeba – bezwzględny i bezlitosny. Sprawia wrażenie człowieka, którego nie da się zaskoczyć i który prędzej czy później osiąga cel. Ale Drelich ma też drugie oblicze. To rodzinny facet, który stara się utrzymywać jak najbliższe relacje z byłą żoną i dwójką dorastających dzieci. Do tej pory, dzięki starannie wyznaczanym granicom i konsekwencji, udawało mu się te dwa życia trzymać z dala od siebie.

Okazuje się jednak, że nie wszystko ma pod kontrolą. Na przedmieściach Gdańska pewien gangster odkrywa właśnie długo skrywany sekret swojej żony. Tajemnicę, która wiąże się z Drelichem i która wystawi zarówno złodzieja, jak i jego najbliższych na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Czy walcząc o rodzinę Drelich wykaże się zawodowym profesjonalizmem? Czy wypracowywane latami sztuczki pozwolą mu ocalić jedyne, na czym mu naprawdę zależy?

Jedno jest pewne: sytuacji nie da się rozwiązać pokojowo!

Drelich: prosto w splot to dynamiczna powieść sensacyjna z domieszką thrillera, trzymająca w napięciu i przełamująca zgrane schematy. Konsultowana z zawodowcami pod kątem realizmu. To książka czerpiąca z najlepszych amerykańskich wzorców, ale też mocno osadzona w trudnej polskiej rzeczywistości.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 564

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 30 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,6 (310 ocen)
216
72
20
1
1
Sortuj według:
Kachna_

Nie oderwiesz się od lektury

Gdy usłyszałam pierwsze wzmianki o "Drelichu", to pomyślałam że będzie to kawał bardzo "mięsistej", ociekającej testosteronem literatury. Jednak to, co finalnie trafiło w moje ręce, jest dużo lepsze. Sposób, w który autor opowiada historię, jest jak miód sączący się na moje czytelnicze serce. Bohaterowie przedstawieni tak, że nie ma się wątpliwości co do tego, że każdy z nich może istnieć w rzeczywistości. Ujęły mnie także relacje głównego bohatera z dziećmi i była żoną. Relacje pełne ciepła, troski. Zbudowane na wzajemnym szacunku, przyjaźni i otwarciu na drugą osobę. I jeszcze to, co sprawia, że jest to dla mnie książka wyjątkowa, czyli rola jaką pełnią w niej postaci kobiece. Kobiety, które nie są jedynie tłem, czy dodatkiem do całości. Kobiety wyraziste, silne, które dla dobra swoich najbliższych są w stanie przekroczyć własne ograniczenia i zwalczyć własne strachy.
40

Popularność




Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA MACIOS
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych, opracowanie graficzne MICHAŁ PAWŁOWSKI
Łamanie | manufaktu-ar.com
Grafika okładkowa jest inspirowana okładką płyty Vulgar Display of Power Pantery
Copyright © by Jakub Ćwiek Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021
Warszawa 2021 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66671-88-1
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Zabijanie nigdy nie było dobrym pomysłem, chyba że skończyły się inne.

Richard Stark, Backflash

1

Najstraszniejsze zdanie, jakie Milena kiedykolwiek przeczytała, zaczynało się od „kochanie” i składało z czterech słów. Ich autorem był jej mąż, Zygmunt Wójcik. Dwa dni wcześniej wyjechał służbowo i miał wrócić w sobotę. Ostatnio często jeździł i bardzo dużo pracował w domu, ale wreszcie zaplanował sobie urlop. Obiecał, że zaczną go z kopyta i w niedzielę zrobią sobie dzień rodzinny. Pójdą z dziećmi na jakiś film, zjedzą na mieście, może wybiorą się na długi spacer albo nawet wyjadą za miasto. A potem tradycyjnie do wesołego miasteczka.

„Niedługo dzieci zapomną, jak wyglądam” – powiedział ostatnio jej matce, choć Milena wątpiła, by to w ogóle było możliwe.

Złożone z czterech słów straszne zdanie Zygmunt Wójcik wysłał do żony wraz ze zdjęciem na WhatsAppie o godzinie piątej czterdzieści pięć, ona jednak odczytała je dopiero czterdzieści minut później, już po porannych ćwiczeniach i szybkim prysznicu. Dwa miesiące wcześniej obejrzała dokument o skutkach uzależnienia od internetu oraz smartfonów i przysięgła sobie solennie, że oduczy się rozpoczynania dnia od Instagrama czy Facebooka. Świat był w stanie poczekać z wiadomościami, zanim Milena Wójcik się ogarnie i zasiądzie do śniadania.

Tak też zrobiła tego dnia. Krzątając się po kuchni, nuciła refren jakiejś piosenki, kilka taktów, które chodziły za nią od wczoraj, choć nie potrafiła ich zidentyfikować. Towarzyszył jej pies, wiekowy, schorowany czarny labrador wabiący się Murzyn. Liczył, że załapie się na michę, i stał teraz na środku kuchni, między wyspą a zmywarką, tarasując przejście. Często tak robił, a gdy Milena się spieszyła, potrafiła na niego fuknąć albo wręcz trącić nogą. Tego dnia pogładziła go po łbie i poczęstowała smakołykiem w kształcie kostki ze słoiczka przy lodówce.

Z przygotowanym jedzeniem usiadła przy stole w jadalni, jak zawsze bokiem do przeszklonej ściany wychodzącej na taras i ogród, i dopiero wtedy z kieszeni szortów wyjęła telefon. Trzymała go w lewej ręce, prawą wznosząc łyżeczkę owsianki na mleku z truskawkami, gdy urządzenie rozpoznało jej twarz, odblokowało ekran i poinformowało, że na WhatsAppie ma jedną nową wiadomość.

Usłyszała dochodzące z góry klaskanie bosych stóp o płytki, a potem mocne uderzenie we włącznik światła – to przebudziła się sześcioletnia Wanesa. Kilka sekund później zabrzmiała piosenka otwierająca z Fineasza i Ferba, co znaczyło, że czteroletni synek Bartuś również wstał i jak zwykle, korzystając z nieobecności taty, od razu włączył telewizor w sypialni rodziców.

Milena wiedziała, że powinna przypomnieć Wanesie o kapciach. Oboje byli przeziębieni, dlatego zostali w domu. Wiedziała też, że powinna wejść na górę i kazać synowi najpierw włożyć przygotowane na krzesełku ciuszki, a potem dopilnować, by faktycznie to zrobił.

Za chwilę, postanowiła. Jeszcze przez pięć, może dziesięć minut miała czas dla siebie. Mogła w spokoju zjeść owsiankę, pobuszować w internecie, zobaczyć kilka ulubionych profili, stron. Pośmiać się z memów, które nie powinny już jej, prawie czterdziestoletniej baby, śmieszyć, a jednak śmieszyły czasem aż za bardzo. Ale najpierw wiadomość.

Kliknęła w powiadomienie, spojrzała na zdanie, a gdy zdjęcie się doczytało, zamarła. Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, zabiera ze sobą całe ciepło, paraliżuje każdy mięsień. Lodowaty chłód rozchodził się po ciele, rozgałęział jak kwiaty mrozu na szybach w styczniową noc i pełzł w stronę dekoltu, w stronę serca.

Wzdrygnęła się, gdy po kręgosłupie przeszedł jej impuls nie tyle bólu, ile ostrzeżenia przed nim. Jakby coś ostrym szponem przejechało od potylicy w dół pleców. Kilka razy w życiu już to czuła, ale nigdy nie potrafiła nazwać tego zjawiska, nie potrafiła go wytłumaczyć ani się z nim oswoić. Dziś poczuła to mocno, wyraźnie jak jeszcze nigdy.

Szumiało jej w uszach. Z oddali słyszała pełen pretensji krzyk Bartusia, brzdęk uderzającej o blat łyżeczki, mlaskanie Murzyna zlizującego z apetytem odrobinę owsianki, która spadła na podłogę.

Na zdjęciu, print screenie zrobionym z jej niedawnej messengerowej konwersacji, dobrze zbudowany mężczyzna stał na śródziemnomorskiej plaży. Był mokry, jakby dopiero wyszedł z wody. Miał na sobie tylko kąpielówki w pionowe czerwono-czarne paski i okulary przeciwsłoneczne typu Aviator, ze szkłami o niebieskim poblasku. Lewą dłonią przeczesywał włosy, w prawej trzymał papierową paczkę z churros obtoczonymi w cynamonie i cukrze. Szczerzył się w głupkowatym uśmiechu wyrośniętego dziecka.

Milena znała to zdjęcie bardzo dobrze. Wiedziała też, co w konwersacji, z której je wyrwano, znajdowało się powyżej i poniżej. Samo zdjęcie, w gruncie rzeczy niewinną fotkę znad morza, można by przecież jeszcze jakoś wytłumaczyć, nazwać wygłupem ze znajomym, może nawet omyłkową wrzutką, ale już rozmowy, fotografie i filmiki, które ona sama kręciła w łazience, czując się przy tym chcianą jak chyba nigdy wcześniej – nie, tego wyjaśnić już się nie dało.

„Kochanie, kto to jest?” – zapytał w swojej wiadomości Zygmunt. Mimo że z pewnością znał odpowiedź. Aż za dobrze.

A może nie?

Uczepiła się tej myśli. Wbiła weń hybrydowymi paznokciami, wgryzła równiutkimi bialutkimi zębami za kilkadziesiąt tysięcy. Może nie wie? Może dostał od kogoś tylko to jedno zdjęcie i teraz po prostu zarzuca przynętę? Bo tamten ktoś zażądał pieniędzy za więcej, a Zygmunt Wójcik nie lubił sięgać do kieszeni, skoro mógł mieć coś za darmo. Jeśli tak, była gotowa zapłacić temu komuś każdą cenę, byleby mąż nigdy się nie dowiedział. Każdą. Każdą, kurwa, cenę!

Nigdy mnie nie uderzył, uświadomiła sobie nagle. Słowa te zabrzmiały w jej głowie wypowiedziane głosem Mileny, ale obce, nienaturalne, jakby z syntezatora mowy. Nigdy mnie nie uderzył.

To prawda, nigdy. Nawet rzadko kiedy krzyczał. Był niczym pazur sunący po jej kręgosłupie.

„Kochanie, kto to jest?”

Wpatrywała się w tę wiadomość, a chaos myśli w głowie powoli cichł niczym muchy krążące nad truchłem, które poderwały się nagle, by znów wrócić na miejsce. Bo, czuła to coraz mocniej, Zygmunt nie zarzucał przynęty. On wiedział już wszystko. Jakimś cudem, mimo że od razu i starannie wszystko kasowała, zdobył całą tę rozmowę i wiedział...

– Nigdy mnie nie uderzył – szepnęła. – Nigdy.

Nie miała pojęcia, jak długo siedziała w tej pozycji, ale gdy wreszcie się ocknęła i uniosła głowę, zobaczyła, że Wanesa stoi przy schodach i z uwagą jej się przygląda. Śliczna mała blondyneczka o zadartym nosku i dużych jasnych oczach, teraz pełnych niepokoju.

Milena spróbowała się uśmiechnąć.

– Włóż kapcie, skarbie – poprosiła cicho, tym samym głosem, który słyszała we wnętrzu głowy. Jej własny syntezator mowy.

Telefon w ręce zawibrował. Aż podskoczyła ze strachu, ale nie krzyknęła ani nie upuściła aparatu. Spojrzała na ekran. Kolejna wiadomość od Zygmunta. Musiał zobaczyć, że odczytała poprzednią.

„Będę w południe. Nie szykuj obiadu”.

2

Drelich obudził się o siódmej dwadzieścia trzy, siedem minut przed sygnałem budzika. Przewrócił się na plecy, zaplótł ręce na karku, przymknął oczy i czekał. Gdy sygnał wreszcie rozbrzmiał, uciszył go po pierwszym dźwięku i poszedł do niewielkiej obskurnej łazienki. Tam się wysikał, wziął prysznic i umył zęby, odhaczając punkty na liście w głowie. Na koniec dwiema wodoodpornymi kredkami, cielistą i brązową, narysował sobie dwie blizny.

Pierwsza była krótka, ale szeroka i postrzępiona. Zaczynała się przy lewym oku i ciągnęła dwa centymetry w stronę ucha. Druga, długa i prosta, przecinała policzek pokryty dwutygodniowym zarostem. Obie utrwalił za pomocą kolodium rozprowadzonego pędzelkiem na naciągniętej skórze, a następnie odczekał cztery minuty, starając się nie poruszać mięśniami twarzy. Środek zastygł, tworząc efekt pomarszczonej zabliźnionej skóry. Wyszło równie dobrze jak wczoraj.

Spakował niewielką rolowaną kosmetyczkę, upewnił się, że o niczym nie zapomniał, i wyszedł, zostawiając ręczniki na podłodze pod umywalką.

W pokoju włożył przygotowane dzień wcześniej rzeczy – bieliznę, czarne dżinsy i grafitową koszulkę, stopy wcisnął w lekkie sportowe buty, które następnie zawiązał na podwójny węzeł. Na lewej ręce zapiął zegarek, jak zawsze umieszczając kopertę od wewnętrznej strony nadgarstka, tam gdzie zwykło się badać puls. Stryj Józef robił tak, bo wierzył, że w ten sposób wyczuwa czas podskórnie, w żyłach – coś jak nauka przez chowanie książki pod poduszkę. Drelich uważał po prostu, że tak jest wygodniej.

Zwinął ładowarkę, wrzucił ją do plecaka, po czym go zapiął i postawił między nogami. Telefon przysunął do krawędzi komody, przeczesał krótkie wilgotne włosy, rozluźnił mięśnie, wyrównał oddech i zamarł w oczekiwaniu na drugi dzwonek. Normalnie miałby teraz czas na szybki trening, ale nigdy nie ćwiczył w ten ostatni dzień. Wtedy każda zgromadzona energia mogła być na wagę złota.

Równo o ósmej wstał, zarzucił plecak na jedno ramię i schował masywnego smartfona do przedniej kieszeni spodni. W progu jeszcze raz omiótł spojrzeniem pokój, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Czterdzieści pięć minut później, już po śniadaniu złożonym z jajecznicy na boczku, dwóch frankfurterek i filiżanki kawy, wymeldował się z hotelu. Tym razem – inaczej niż w czterech pozostałych przybytkach z okolicznych miast, w których spędził ostatni tydzień – nie potrzebował faktury, więc tylko wrzucił klucz do skrzynki z przezroczystej pleksi obok kontuaru.

Gruba dziewczyna w wyblakłej koszulce z logo hotelowej sieci podniosła wzrok znad telefonu, a gdy ich spojrzenia się spotkały, znudzonym głosem podziękowała za wizytę i zaprosiła go ponownie. Drelich widział, że z całych sił stara się nie patrzeć na bliznę na policzku.

– Trzeba wymienić żarówkę w lampce przy łóżku – zauważył. – I w szafie chyba coś zdechło, przytrzaśnięte żelazkiem.

Dziewczyna westchnęła, niechętnie odłożyła telefon i przysunęła się do komputera. Poruszyła myszką, by obudzić ekran. Zauważył, że nie wpisała po tym żadnego hasła.

– Który pokój? – zapytała.

– Sto piętnaście. Naprawdę coś z tym zrobicie?

Uśmiechnęła się tak, że przez krótki moment wyglądała nawet ładnie.

– Od tygodnia szukamy żelazka – odparła.

***

Trzy minuty przed dziewiątą Drelich zaparkował skodę rapid pod Biedronką na obrzeżach miasta. Wybrał miejsce w czwartej alejce od sklepu, tak by nie znaleźć się w zasięgu kamer ani nie stanąć przy samym trawniku i drodze. Przeszedł się po bilecik, który następnie umieścił na desce rozdzielczej od strony kierowcy. Z bagażnika wziął szary zapinany polar, drugi, mniejszy plecak, podłużny rulon zawinięty w papier i czapkę z mocno wygiętym daszkiem. Tę ostatnią założył, a gdy okazała się za ciasna, wyregulował. Wszystkiemu, co robił, przyglądała się trzyletnia dziewczynka czekająca cierpliwie, aż jej mama znajdzie coś na tylnym siedzeniu samochodu. Mała miała krótkie kręcone włosy układające się nieomal w afro i sukienkę w czarno-białą kratę z eleganckim kołnierzykiem. Pod pachą ściskała pokracznego stworka o włosach jak sprężynki z – o ile Drelich dobrze pamiętał – telewizyjnej reklamy cukierków.

– Co się panu stało w buzię? – zapytała.

– Nie słuchałem mamy i upadłem na szkło – odparł.

Dziewczynka powoli, z rozmysłem pokiwała głową.

– Bolało?

– Bardzo – przyznał.

Kolejne pełne rozmysłu kiwnięcie.

– A mama kazała panu nie upadać?

Na to pytanie już nie zdążył odpowiedzieć, bo mama, która do tej pory była parą pośladków w spranych dżinsach wystających z tylnego siedzenia, stała się blondynką pod trzydziestkę, z prostym wąskim nosem, włosami przyciętymi do linii żuchwy i bardzo zmęczonymi oczami.

– Miśka, daj panu spokój! – rzuciła do córki, po czym przeniosła wzrok na Drelicha. – Przepraszam pana najmocniej, czasem trudno przewidzieć, co jej strzeli do głowy.

Uśmiechnął się lekko, uważając, by nie uszkodzić blizn.

– Na razie wygląda na to, że jest ciekawa i chce się uczyć na cudzych błędach – odparł. – To nie są takie znowu złe cechy.

Założył plecak i wyregulował paski, upewnił się, że zamknął samochód, po czym ruszył w stronę pobliskiego osiedla.

Białe sfatygowane renault kangoo stało tam, gdzie je wczoraj zostawił – vis-à-vis salonu fryzjerskiego Afrodyta, dwa miejsca od śmietnika. Odebrał je wczoraj z parkingu przy Castoramie koło szesnastej. Czekało na niego z kluczykami zamocowanymi do prawego przedniego nadkola i z kopertą na siedzeniu kierowcy informującą, że auto należy do drobnego przedsiębiorcy, który obecnie przebywa z rodziną na krótkich wakacjach w Hiszpanii. Dla Drelicha była to informacja zbędna. Dość konkretnie wyraził swoje zapotrzebowanie, ufał dostawcy, ale nie interesowały go zaśmiecające pamięć szczegóły. Upewnił się natomiast, czy w bagażniku są dodatkowe tablice rejestracyjne, po czym przeparkował auto we wcześniej zaplanowane miejsce.

Z osiedla wyjechał o dziewiątej piętnaście. Siedem minut poświęcił na korek wygenerowany przez dwa ronda znajdujące się zbyt blisko siebie na drodze przelotowej, a potem jeszcze trzy na wyjazd z miasta. O dziewiątej czterdzieści trzy skręcił z głównej drogi na wybrany przedwczoraj leśny parking, zaparkował za wiatą dla podróżnych i sprawnie wymienił tablice rejestracyjne. Z plecaka wyjął trzy tubki farby – białą, szarą oraz czarną – i za ich pomocą zaimprowizował kilka ptasich kup na dachu i przedniej szybie, ze szczególnym uwzględnieniem naklejki z hologramem i rejestracją. Mógł to zrobić wczoraj, ale z prognozy pogody wynikało, że w nocy możliwe są deszcze, więc wolał nie ryzykować. Z rulonu wyjął dwa zwinięte magnesy przedstawiające uproszczony przekrój domku jednorodzinnego z instalacją rozchodzącą się od słoneczka ukrytego w piwnicy. Jedna ze ścian domku stanowiła również literę I w napisie „InstalDom”.

Drelich umieścił magnesy na przednich drzwiach kangoo, następnie umył ręce wodą z małej butelki i środkiem odkażającym, po czym wsiadł do auta. Zrobił kilka kółek na pylistym parkingu, by magnesy przestały się wyróżniać czystością, i o dziesiątej cztery z powrotem był na drodze. Zgodnie z planem miał teraz co najmniej pięćdziesiąt sześć minut, z czego jedenaście na dojazd na miejsce. Nie musiał się spieszyć, a że nie jechał na lokalnych tablicach, utrzymywał prędkość poniżej dziesięciu kilometrów niż dozwolona.

3

Z tego wszystkiego wjechała w jednokierunkową pod prąd. Wyjeżdżający właśnie SUV zatrąbił i zahamował gwałtownie, a siedzący za kierownicą łysiejący mężczyzna zaczął krzyczeć, gestykulując energicznie. Iza uśmiechnęła się przepraszająco i obejrzała przez ramię, czy może wycofać.

– Dobra, Ewa, teraz naprawdę nie mogę – powiedziała, wyjeżdżając ostrożnie tyłem na główną drogę. Ktoś w niebieskim seacie mignął jej światłami, dając znać, że śmiało, on zaczeka. – A, i przez godzinę nie dzwoń, bo będę w szkole Nikodema... Nie wiem, co się stało. Wezwali mnie, więc zaraz się dowiem. W każdym razie daj znać, jak tylko przyjdzie... No to skoro masz nie dzwonić, to chyba esemesem, nie? I napisz mi, co z tymi eklerami. Cześć.

Rozłączyła się delikatnym puknięciem w bezprzewodową słuchawkę, wbiła jedynkę i ruszyła. Po paru metrach mignęła awaryjnymi, by podziękować kierowcy seata, ale zamiast tego mignęła temu z SUV-a, który zdążył się wcisnąć tuż za nią. Widziała w lusterku, że facet wciąż jest czerwony z wściekłości i ewidentnie mamrocze pod nosem. Mógł rzecz jasna, jak ona przed chwilą, rozmawiać przez słuchawki, ale raczej w to wątpiła. No ale cóż, kto jest bez winy... W jego sytuacji zachowałaby się pewnie podobnie.

Na następnym skrzyżowaniu skręciła już prawidłowo i po dwustu metrach zaparkowała pod szkołą. Przejrzała się w lusterku, złapała za torebkę i wysiadła.

Trwała akurat przerwa i na boisku panowała iście piknikowa atmosfera. Niektórzy uczniowie siedzieli na rozciągniętych na trawie kurtkach, inni wprost na ziemi, schodach albo oparciach ławek. Grupka starszych chłopców grała w piłkę na jedną bramkę, smukły nastolatek popisywał się przed siedzącymi na murku koleżankami, sprawnie podbijając skórzaną dwukolorową zośkę. Kto miał drugie śniadanie ze sobą, zajmował miejsce przy kamiennych stolikach; kto nie miał, ruszał w niezgodną z regulaminem pielgrzymkę do pobliskiej Biedronki.

Nikodem czekał na nią przy bramie, opierając się o siatkę, wyraźnie podenerwowany, ale nie jak wtedy, gdy faktycznie coś przeskrobał. Wyglądał teraz jak chłopięca wersja matki: szczupły, drobny, z ciemnymi włosami raz po raz przeczesywanymi nerwowym ruchem. Na jego coraz już mniej dziecięcej buzi malowała się wściekłość na niesprawiedliwość świata. Gdy zauważył Izę, ruszył w jej stronę.

– Cześć, mamo – mruknął

– Nawijaj. Tylko prawdę – zastrzegła, nawet nie zwalniając. – Do której trwa przerwa?

– Dopiero się zaczęła – odparł jeszcze normalnym głosem, by zaraz płynnie osiągnąć wyższy rejestr. – I to serio nie moja wina. To Kajetan zaczął!

Jego głos falował, jakby ktoś regulował to basy, to znów wysokie tony, trochę jak przy mutacji, na którą jako jedenastolatek był jeszcze za młody. To znaczy chyba. Iza nigdy nie pozowała na matkę roku i nie ukrywała, o jak wielu sprawach związanych z rodzicielstwem nie miała pojęcia.

Weszli na teren szkoły. Szeroki na osiem płyt chodnik wiódł do sześciu schodów prowadzących do głównego wejścia. Dzieciaki, zwłaszcza te młodsze, oglądały się na nich i komentowały coś cicho. Najstarsi chłopcy, kryjący się pod daszkiem wiaty po lewej, gapili się na jej opalone nogi. Jeden z nich powiedział coś do pozostałych i wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Mów całą prawdę i po kolei – poleciła, wyjmując słuchawki z uszu i chowając je do pudełeczka. – Tylko się skup, bo nie mamy za wiele czasu. Co zaczął Kajetan? I kto to w ogóle jest? Z twojej klasy? Jakiś nowy?

– On jest z c. No i powiedział... – Chłopiec zawahał się. – Powiedział, że klękasz i obciągasz za pieniądze.

Iza aż przystanęła.

– Co takiego?

– No, powiedział...

– Dobra, słyszałam – przerwała mu. – On w ogóle wie, co to znaczy?

Wzruszył ramionami.

– Pewnie gdzieś usłyszał. Ja wiem.

Spojrzała na niego i na widok jego zaciętej miny mało nie parsknęła śmiechem. Oczywiście, że wiesz, panie mały mądralo, pomyślała. Oczywiście, że, kurwa, wiesz!

Odkaszlnęła w zaciśniętą dłoń i w myślach policzyła do pięciu.

– Dobra, powiedział to, co powiedział. A co ty zrobiłeś?

– Walnąłem go. – Nikodem odparł takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – I chyba złamałem mu nos.

***

Schody wiodące na pierwsze piętro wyklejono angielskimi czasownikami nieregularnymi. Kończyły się na „do”, a Iza, prześlizgując się wzrokiem po trzech formach, mimowolnie próbowała sobie przypomnieć, ile ich wszystkich jest i czy w podstawówce jej syna wystarczy dla nich schodów. A może przeciwnie, było ich za mało i któreś schody świeciły pustkami? Albo wyklejono je czymś innym?

Zdała sobie sprawę, że ponieważ klasa Nikodema mieściła się na parterze, a wcześniej ta Zośki na pierwszym piętrze, niedaleko schodów, nigdy nie zapuszczała się w inne rejony szkoły. Czy to z jakiegoś powodu czyniło ją złą matką? A może bardziej to, że jedenastoletni syn właśnie złamał nos koledze w obronie jej honoru? Cóż, pomyślała, za to drugie jest chyba więcej ujemnych punktów.

Telefon w jej dłoni zawibrował. Spojrzała na ekran i odczytała esemesa od Ewy: „Przyszedł wreszcie. Ale pączki nie rosną. Choć zaczyn w porządku”.

Jak cholerne haiku, pomyślała Iza. Koślawe haiku o bardzo złym dniu.

Nikodem wlókł się pół kroku za nią, co zdawało się zaprzeczać prawom fizyki. No bo jak to było możliwe, że ona się spieszyła, niemal łamiąc na schodach obcasy, on się wlókł, a mimo to cały czas dzieliło ich tylko pół kroku? Wystarczyło lekko skręcić głowę i już go widziała – naburmuszoną minę, zaciśnięte piąstki, wicherek na czubku zwieszonej głowy. Czuł się wyraźnie skrzywdzony tym, że na niego krzyknęła, gdy powiedział, co zrobił i dlaczego. A może raczej zawstydzony, że zrobiła to przy kolegach i koleżankach.

Teraz, gdy tak szli, dzieciaki też się gapiły. Wszystkie. I te oparte o poręcze, i te siedzące na ławeczkach czy podłodze, stojące w kolejce do mikrego sklepiku – każde z nich poświęciło Nikodemowi i jego matce przynajmniej jedno przeciągłe spojrzenie pełne niechęci.

Ludzie patrzą tak czasem na bezdomnych, pomyślała Iza. Jakby ochronna maseczka z pogardy mogła ich ustrzec przed zarazkami biedy i życiowego niefartu.

Kajetan i jego tata czekali już na nich pod gabinetem dyrektora. Kajetan był chłopcem o wielkich tępych oczach cielaka i stanowczo za małych bladych ustach. Z postury podobny do Nikodema, choć nieco chudszy. Nos miał teraz nabrzmiały i opuchnięty, jednak z pewnością nie złamany, co Iza potraktowała jako mały, ale zawsze prezent od losu.

Ojciec Kajetana był natomiast naprawdę dużym mężczyzną. Przynajmniej metr osiemdziesiąt pięć, typ topornego klocka z dużą okrągłą głową, do której nie pasowała modna fryzura z wysoko podgolonymi bokami. Na podwójnym podbródku nosił krótki, równo przycięty zarost, a na nosie okulary od Hilfigera. Całkiem ładny garnitur leżał na nim swobodnie, choć marynarka była rozpięta raczej z konieczności niż przejawu nonszalancji. Trzy, cztery kilo temu pewnie jeszcze się dopinał.

Na widok Izy i Nikodema pochylił się i zwrócił do syna najpewniej z zapytaniem, a ten odpowiedział, kiwając głową. Mężczyzna wyprostował się, wyprężył i uśmiechnął paskudnie.

– Dzień dobry – powiedział głośno, gdy Izę dzieliły od niego jeszcze przynajmniej trzy metry. – Nie sądzi pani, że w takiej sprawie powinien się tu zjawić raczej ojciec chłopca?

Trzeba było poczekać z aferą do pieprzonego jutra, pomyślała, nie zwalniając kroku. Jeden cholerny dzień i miałbyś swoją męską pogawędkę, dupku. Przygryzła wargę, co facet, sądząc po jego minie, uznał za zakłopotanie. Szybko wyprowadziła go z błędu.

– Och, to zależy. Pana syn dostał podbródkowym czy prostym?

Facet zamrugał, odchrząknął nerwowo.

– Nie widzę związku – powiedział w końcu, gdy była już właściwie przy nim.

Zatrzymała się i uniosła lekko głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Gdyby to był podbródkowy, to miałby pan rację – odparła, siląc się na powagę. – Tego ciosu faktycznie nauczył się od ojca. Chodź, Nikodem.

Zapukała, otworzyła drzwi i weszła do sekretariatu.

4

Według informacji, jakie Drelich wyszukał w internecie, miasteczko miało obecnie około piętnastu tysięcy mieszkańców i zajmowało powierzchnię siedmiu i pół kilometra kwadratowego. Miejscowość w okresie międzywojennym uzdrowiskowo-wypoczynkowa w latach sześćdziesiątych została siłą wepchnięta w objęcia przemysłu, co zaowocowało fabryką armatury przemysłowej, zakładami odzieżowym i produkcji mebli. Za komuny miasteczko wychodziło na tym całkiem dobrze, ale na początku lat dziewięćdziesiątych mieszkańcy ciężko przeżyli zmianę ustrojową, reformę Balcerowicza i całe to przyspieszone gonienie Zachodu. W nowe tysiąclecie wchodzili z jednym z najwyższych współczynników bezrobocia, paskudną statystyką przestępstw drobnych i jednym z najwyższych współczynników spożycia alkoholu na mieszkańca.

Na prostą wyszli dopiero koło dwa tysiące siódmego za sprawą wysiłków młodego przedsiębiorczego burmistrza i przede wszystkim dużych, dobrze spożytkowanych dotacji z Unii. To dzięki nim i społecznemu zaangażowaniu udało się przywrócić miastu status uzdrowiska, odbudować okoliczne szlaki, ściągnąć turystów. Wciąż było jeszcze dużo do zrobienia, ale, co najważniejsze, ludzie zaczynali rozumieć, że opłaca się być miłym dla obcych.

Rzecz jasna nie wszystkich, ale szczęśliwie dla Drelicha rozróżnienia na dobrych i złych dokonywano zwykle po fakcie.

O dziesiątej szesnaście białe kangoo z logo InstalDomu wjechało na rynek miasteczka. Był to prostokątny plac złożony z dwóch porośniętych zielenią kwadratów z przekątnymi w postaci brukowanych chodników i rozdzielony szerokim deptakiem wiodącym z jednej strony prosto do kościoła parafialnego z zabytkowym portalem, z drugiej pod schody znajdującego się naprzeciwko domu kultury. Zgodnie z przepisami ruchu drogowego rynek stanowił skrzyżowanie o ruchu okrężnym. Wjeżdżało się jedną z trzech dróg, ale jedyną sensowną była ulica Jana Pawła II. Druga wiodła od strony granicy polsko-czeskiej, a trzecia prowadziła z plątaniny starych kamieniczek w najbardziej zaniedbanej części miasteczka.

Drelich wjechał od Jana Pawła i jeszcze raz, dla pewności, włączył stoper w komórce. Pokonał dwie trzecie pełnego objazdu i zerknął na cyfry. Wciąż mieścił się w przedziale między pięćdziesiąt sekund a minuta dziesięć. Oczywiście do czasu operacyjnego przyjmował najniższą wartość, ale wolał uwzględnić ewentualne konsekwencje tej najwyższej. Mówiąc krótko, bardziej gotowy już być nie mógł.

Objechał rynek i znalazł się na tej samej drodze. Pięćdziesiąt metrów dalej udało mu się zaparkować pod apteką, więc wysiadł i opłacił bilet parkingowy, choć musiał zrobić dwa podejścia, bo parkometr zażądał numerów rejestracyjnych, których nie znał.

O dziesiątej dwadzieścia siedem zajął miejsce w kawiarni Motyla Noga, złożywszy uprzednio przy barze zamówienie na cappuccino i szarlotkę z lodami. Obsłużył go młody chłopak o patykowatym ciele i nieproporcjonalnie dużej głowie. Ewidentnie chciał pogadać, najwyraźniej mu się nudziło – nic dziwnego, w kawiarni prócz nich dwóch nie było nikogo – ale Drelich nie miał ochoty na pogawędki. Przeprosił grzecznie i usiadł na kanapie przy okrągłym stoliku, mając za plecami ścianę i wiszący na niej plakat z planszą kolorowego komiksu, a przed sobą widok na całe pomieszczenie.

O dziesiątej czterdzieści dostał wiadomość, na którą czekał.

„Już”.

Szybko przeliczył w myślach i zakodował sobie przesunięcie czasu operacyjnego najwcześniej na jedenastą czterdzieści pięć. Kolejny raz pożałował, że nie może określić go precyzyjniej i ponownie przeanalizował wszystkie rozwiązania awaryjne, łącznie z tym ostatecznym. Jeśli do trzynastej nic się nie wydarzy, mimo wszystkich przygotowań i zainwestowanych środków, będzie zmuszony zrezygnować.

O jedenastej czterdzieści Drelich wyszedł z Motylej Nogi, wsiadł do samochodu, wykręcił i wrócił na rynek, objeżdżając dwie trzecie ronda. Za schodami wiodącymi do domu kultury wjechał całym pojazdem na szeroki chodnik, minął bankomat i zaparkował zaraz za nim, przy wejściu do, jak głosił szyld, Centrum Techniki Cieplno-Sanitarnej. Włączył światła awaryjne, włożył czapkę i zabrał plecak.

Zamknął kangoo, upewnił się, że piesi mają wystarczająco szerokie przejście obok auta, i zajął miejsce na pobliskiej ławce, tak by widzieć wjazd od Jana Pawła, po czym założył okulary przeciwsłoneczne.

Czuł, jak zegarek tyka mu na nadgarstku. W tym momencie miał wrażenie, że faktycznie zestraja się z pulsem.

5

Sekretarką wciąż była pani Basia, zbliżająca się do emerytury pogodna okularnica z platynową trwałą. Zmienił się za to dyrektor. Iza czytała coś na ten temat w ogłoszeniach w dzienniku elektronicznym. Szkoła Nikodema wchłonęła inną placówkę powstałą po reformie oświaty, jednak ta dość szybko okazała się za duża jak na lokalne zapotrzebowanie, więc szkoły połączono, uratowano część tamtejszej kadry, a wiekowy pan dyrektor Wnęk – noszący jakże adekwatne imię Sędziwój – dostał odgórnie przydzielonego zastępcę. Niedługo potem wylądował na rekonwalescencji z powodu powikłań po zapaleniu płuc. Dlatego to właśnie zastępca, dobrze zbudowany szpakowaty czterdziestolatek w sportowej marynarce, przywitał ich w sekretariacie, w progu swojego gabinetu.

– Waldemar Olszewski, dzień dobry państwu – powiedział, wyciągając rękę do Izy. – Dziękuję, że państwo przyszli. Pani Drelich, jak zgaduję?

– Lemańczyk – poprawiła. – Drelich to nazwisko syna. I byłego męża.

Za plecami usłyszała prychnięcie i nie musiała się odwracać, by domyślić się miny ojca Kajetana.

Olszewski natomiast taktownie skinął głową, nie przestając się uśmiechać.

– Rozumiem i przepraszam. Bardzo mi miło panią poznać.

Przesunął się lekko, by przepuścić Izę w progu i wyciągnąć rękę do stojącego za nią mężczyzny.

– W tym przypadku już raczej się nie pomylę, prawda? Pan Rawicz?

– Od urodzenia do śmierci – odparł tamten z dumą.

Gdyby Iza tylko chciała, spokojnie mogłaby się powstrzymać. Ale zdecydowanie nie chciała.

– Skąd ta pewność? Pan, przepraszam, właśnie umiera? – zapytała z udawaną troską.

Tym razem Olszewski parsknął, nieudolnie próbując zamaskować wesołość kaszlnięciem.

– Teraz to ja już się nie dziwię, skąd ta cała sytuacja – sapnął Rawicz.

– Tak, ja również nie – zgodziła się.

– Drodzy państwo, zapraszam do siebie – wtrącił się Olszewski. – Chłopcy może niech zaczekają przed sekretariatem, dobrze, chłopaki? Mogę na was liczyć? Nie pobijecie się?

Nikodem już otwierał usta, ale spiorunowany spojrzeniem matki zaraz je zamknął i tylko pokręcił głową.

– Nie, proszę pana – wymruczał ledwie zrozumiale Kajetan.

Gabinet wicedyrektora był urządzony dość skromnie. W kącie narożny stoliczek o trójkątnym blacie z baterią kubków i kapsułkowym ekspresem do kawy. Naprzeciwko okna nowiutkie regały z Ikei, stopniowo wypełniające się segregatorami, książkami o wychowaniu, rozporządzeniami ministra edukacji. Na jednej z niższych półek Iza zauważyła także kilka komiksów, dwie powieści Childa i pudełko jakiejś gry planszowej, a ponieważ nie były to przedmioty, które można skonfiskować uczniom podstawówki, poczuła do wicedyrektora cień sympatii.

Na ścianie na wprost wejścia znajdowało się godło, a po obu jego stronach, niczym dwóch biblijnych łotrów, wisiały duże antyramy – jedna z fotografią zamku w Ogrodzieńcu o wschodzie słońca, druga z kodeksem praw dziecka stylizowanym na stronicę średniowiecznej księgi. Pod godłem czyste biurko Olszewskiego i stolik z czterema krzesłami układały się w literę T. Iza zajęła miejsca po lewej stronie stołu, tak by mieć za plecami okno i nie musieć nieustannie mrużyć oczu. Rawicz, chcąc nie chcąc, usiadł naprzeciwko.

Czuła, jak jej się przygląda, i wnioskując z jego pełnego satysfakcji półuśmiechu, dość szybko była w stanie wywnioskować, jaki obraz stworzył sobie w głowie. Niemal wszyscy faceci zwracali uwagę na to samo: duże ciemne oczy, które w ich przeświadczeniu miały świadczyć o naiwności i uległości, prosty mały nos i pełne usta. Czasem zauważali też wyraźne kości policzkowe i to za ich sprawą przypisywali jej podobieństwo do różnych, zupełnie do siebie niepodobnych hollywoodzkich aktorek. Coś w każdym razie było w tym zestawie uroczo naiwnego i właśnie to dostrzegła w oczach i uśmieszku Rawicza.

– Komuś z państwa kawy? – zaproponował Olszewski, obchodząc stół. Gdy oboje podziękowali, zajął swoje miejsce, zamknął laptopa i oparłszy łokcie o blat, zaplótł dłonie w tę cholerną nieszczerą piramidkę, tracąc tym gestem niemal wszystkie punkty, jakie w oczach Izy zyskał komiksami i planszówką. – Zakładam, że oboje państwo wiedzą, dlaczego tu się spotykamy.

– Tak – powiedziała Iza. Odłożony na blat telefon zawibrował kolejnym esemesem od Ewy: „Jakieś sugestie, co robić?”. Wyłączyła wibracje.

Rawicz nie odpowiedział na zadane pytanie. Rozsiadł się za to wygodnie na swoim krześle, wyciągając nogi pod stołem i przerzucając niedbale prawą rękę przez poręcz, tak by zwrócić się w stronę biurka i całym sobą pokazać, że w zasadzie tylko wicedyrektor jest tu dla niego partnerem do rozmowy.

– To znaczy ja wiem – doprecyzowała Iza. – Za wiedzę obecnego tu pana...

– Och, dajmy już spokój! – wszedł jej w zdanie Rawicz. – To oczywiste, że wiemy, w czym problem. Wszyscy widzieliśmy twarz mojego syna.

Tym razem Iza nie powiedziała pierwszego, co przyszło jej na myśl. Skupiła natomiast wzrok na Rawiczu, zmuszając go niejako, by wreszcie na nią spojrzał. Gdy to zrobił, uśmiechnęła się.

– Nikodem uderzył Kajetana w twarz – powiedziała. – Uderzył go z pięści, na szkolnym boisku, i z tego, co powiedziała mi przez telefon pani Ślusarczyk, zaraz po tym, gdy to zrobił, poszedł do niej, żeby się przyznać.

– I co to niby zmienia?! – warknął Rawicz.

– Niczego to nie zmienia. Ja tylko ustalam fakty i upewniam się, że wszyscy wiemy to samo. Bo na razie wiemy to samo, prawda, panie dyrektorze?

Olszewski skinął głową.

– Pani Ślusarczyk skontaktowała się z wychowawczynią pana syna, panią... – Zawahała się.

– Kostrzewską – podpowiedział dyrektor. – Pani Kostrzewska uczy u nas matematyki i jest wychowawczynią piątej c. 

– Tak właśnie, dziękuję. Skontaktowały się ze sobą, zadzwoniły do pana, do mnie i zgłosiły panu dyrektorowi. Nie wiem, w jakiej kolejności. W tym czasie pana syn był, o ile się orientuję, u pielęgniarki. Zgadza się?

Rawicz ostentacyjnie zadarł lewą rękę, by spojrzeć na zegarek.

– Naprawdę będziemy marnować czas na te oczywistości? – zapytał Olszewskiego.

– Obawiam się, że po to właśnie się spotkaliśmy – odpowiedział dyrektor tonem, który znowu przysporzył mu kilka punktów.

– Pan zjawił się w szkole przede mną – kontynuowała Iza. – I tu mamy pierwszą nieścisłość. Czy najpierw straszył pan poprawczakiem mojego syna czy sądem panią...

– Kostrzewską – raz jeszcze uczynnie podpowiedział dyrektor. Widziała, że z całych sił próbuje ukryć, jak bardzo bawi go ta sytuacja, i w tych okolicznościach była mu nawet skłonna wybaczyć tę piramidkę.

Rawicz wyprostował się, poprawił i przyklepał krawat, a następnie oparł łokcie na biurku i nachylił się do niej.

– Pani syn to smarkaty bandzior, który zaatakował znienacka mojego. Za takie rzeczy...

– Znienacka? Naprawdę? Taka jest pana wersja? Znienacka?

Rawicz z miejsca poczerwieniał.

– Nie skończyłem! – warknął.

– Panie Rawicz, proszę – odezwał się Olszewski. – Rozumiem nerwy, to nie jest łatwa sytuacja, ale...

– O nie, to jest bardzo prosta sytuacja, panie dyrektorze – odparł Rawicz. – Sytuacja jest taka, że syn tej pani uderzył mojego syna. Bez powodu. I nie zamierzam tego tak zostawić! Ani zamiatać pod dywan!

– Nikt nie zamierza niczego zamiatać pod dywan, panie Rawicz – zapewnił dyrektor. – Właśnie dlatego tu wszyscy jesteśmy.

Iza zerknęła na telefon. Kolejny esemes od Ewy: „Stara mąka była. Dlatego nie rosły”. No, pomyślała, przynajmniej jedna sprawa mniej. Policzyła w głowie do pięciu i odezwała się najspokojniej jak potrafiła:

– Nikt nie zaprzecza, że mój syn uderzył pańskiego, ale nie wiem, czy Kajetan powiedział panu dlaczego. Wie pan, co pana syn powiedział na mój temat?

Rawicz machnął ręką.

– Słyszałem. To bzdura. Kajetan tak nie powiedział.

Iza wzruszyła ramionami.

– Skoro tak, to sprawa zamknięta. Bo mój go nie uderzył. Kajetan pewnie wpadł na ścianę.

Rawicz potrząsnął głową.

– Ta rozmowa robi się kuriozalna – stwierdził.

– Zgadzam się – potwierdziła.

– Ja rozumiem, że pani jako matka za wszelką cenę będzie próbowała bronić swojego syna...

– Nie, panie Rawicz. Nie za wszelką. Na przykład wbrew temu, co myśli i opowiada o mnie pana syn, nie zamierzam w tej sprawie nikomu obciągać.

Rawicz zamarł z otwartymi ustami. Zamrugał kilka razy, odchrząknął i spojrzał na nie mniej zaskoczonego Olszewskiego.

– Pan to słyszał? – upewnił się.

– Słyszał, bo to powiedziałam – odpowiedziała za dyrektora Iza. – I nawet powtórzę. Jeśli na takie rozwiązanie sprawy pan liczył, to bardzo mi przykro.

– Pani nie jest poważna!

Pokręciła głową.

– Nie, proszę pana, nie jestem. Ale też i trudno mi zachować powagę w obliczu kogoś, kto sugeruje, że podobne rozmowy powinny się odbywać wyłącznie w męskim gronie, kto wybiórczo zaprzecza faktom mimo świadków i kto wreszcie straszy w szkole małego chłopca, bo ten pobił się z kolegą... Nie skończyłam, więc proszę przestać łapać co chwilę powietrze jak karp! Jeśli pan chce, żebyśmy potraktowali tę sprawę poważnie, to możemy. Pan naśle prawnika na mojego syna i szkołę, ja na pana za zastraszanie mi dziecka. Do tego zgłoszę do szkolnego pedagoga, a także pewnie do opieki społecznej kwestię związaną ze słowami pana syna i wszystkim, co się z tym wiąże. Bo seks oralny to nie jest temat dla jedenastolatka. Zareagują albo nie, ale może mi pan wierzyć, sprawdzę to jeszcze dziś. I oczywiście, jeśli będzie taka potrzeba, Nikodem przeprosi pana syna publicznie, na apelu, przy całej szkole, ale zapewniam pana, że choćbym miała mu osobiście te przeprosiny napisać, choćby miał się tego uczyć jak wierszyka do pieprzonej recytacji, zrobi to tak, że koledzy nie przestaną Kajetanowi dokuczać do końca studiów!

Zapadła cisza.

– Pani mnie straszy? – zapytał w końcu Rawicz.

– Nie, proszę pana – odpowiedziała Iza. – Ja tylko tłumaczę, dlaczego wolałabym mimo wszystko nie traktować tu wszystkiego specjalnie poważnie.

Podniosła telefon i spojrzała na wyświetlacz.

– No dobrze, czy możemy wreszcie zacząć ustalać jakieś konkrety?

6

Zjawili się o jedenastej pięćdziesiąt trzy. Biały ford transit zatrzymał się na przejściu dla pieszych tuż przed wjazdem na rynek, by przepuścić kobietę pchającą głęboki wózek. Drelich był niemal pewien, że to oni, ale z tej odległości nie widział ani kierowcy, ani pasażera, więc w pełnej gotowości poczekał, aż pojazd wjedzie na rynek i ustawi się do niego bokiem. Gdy zobaczył czarno-czerwone logo Gwarant Security, włączył stoper, wstał i ruszył, zarzucając plecak. W lewej ręce trzymał zalaminowany kartonik podklejony dwustronną taśmą. Przekraczając próg Centrum Techniki Cieplno-Sanitarnej, przykleił go do zamkniętego skrzydła drzwi. Napis na kartoniku przepraszał potencjalnych klientów, informując jednocześnie, że właśnie trwa przyjęcie towaru.

W środku panował półmrok. Drelich zdjął okulary przeciwsłoneczne i wcisnął je do kieszeni. Minął drzwi po prawej wiodące do niewielkiej przybudówki na potrzeby obsługi bankomatu i szereg rozstawionych na paletach piecyków gazowych. Stojący za szeroką ladą starszy mężczyzna jeszcze się nie zorientował, że ktoś wszedł, i wciąż układał coś na środkowych półkach rozłożystego regału.

Drelich zerknął na zegarek. Czterdzieści sześć sekund od wstania z ławki. Bardzo sprawnie. Od lady dzieliło go już może z pięć kroków.

Wtedy facet go usłyszał i odwrócił się powoli.

Miał zmęczoną, pomarszczoną twarz, a niezdrowa żółtawa skóra wisiała na policzkach i pod brodą, jakby niedawno stracił sporo na wadze. Na zgrubieniu kartoflowatego nosa opierały się okulary połówkowe.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytał skrzekliwym głosem.

Drelich miał gotową odpowiedź na wypadek, gdyby mężczyzna – wiedział, że nazywa się Kazimierz Wolny, ma sześćdziesiąt siedem lat, jest żonaty i jako właściciel Centrum siedzi tu sam codziennie do trzynastej – zauważył go pośrodku sklepu. Teraz szkoda już było czasu na rozmowy. Przyspieszył, mijając ladę.

– Proszę pana, tu nie wolno...

Drelich wyciągnął rękę, złapał Wolnego za połę sztruksowej marynarki i mocno szarpnął, odwracając go tyłem do siebie. Nie wymagało to za wiele wysiłku. Był większy od sprzedawcy – przy wzroście metr osiemdziesiąt trzy ważył około dziewięćdziesięciu kilo – i w naprawdę dobrej kondycji, czego właściciel Centrum Techniki Cieplno-Sanitarnej na pewno nie mógł o sobie powiedzieć. No i dochodziły jeszcze element zaskoczenia oraz technika. Drelich nie robił tego pierwszy raz.

Przywarł do niego, kładąc mu lewy łokieć na ramieniu i obejmując go prawą ręką za szyję tak, żeby biceps uciskał tętnicę. Prawą dłoń położył na zgięciu lewej ręki, a lewą na karku Wolnego, przyciskając do niej twarz. Zacisnął i w ten sposób zablokował również tętnicę z drugiej strony.

Wzmocnił uścisk i liczył cicho, patrząc na drzwi i nie zważając na szarpanie i wierzganie starszego mężczyzny. Trzy sekundy, pięć, siedem. Gdy Wolny przestał się szarpać, Drelich zaciągnął bezwładnego na zaplecze. Z plecaka wyjął srebrną taśmę i dwie długie trytytki, po czym skrępował Wolnemu ręce i nogi oraz zakleił usta. Dopiero wtedy uniósł ofierze nogi, czekając, aż mężczyzna odzyska przytomność.

Zerknął na zegarek. Minuta trzydzieści siedem od wstania z ławeczki. Konwojenci powinni od co najmniej dwudziestu siedmiu sekund gramolić się już z auta. Pewnie ich kierowca przy okazji sklął na czym świat stoi tego kretyna z kangoo za parkowanie na chodniku, nie myśląc, że właśnie sam chciał zrobić dokładnie to samo.

Drelich zakładał, że opuszczenie pojazdu i przejście tych kilku metrów zajmie im przynajmniej półtorej minuty. Przy takim ostrożnym szacunku została mu minuta.

Właściciel sklepu przebudził się, zamrugał i szarpnął nerwowo. Drelich, wciąż trzymając w górze jego nogi, nachylił się do przodu, by spojrzeć mu w oczy.

– Nie zabiorę niczego z twojej kasy – zapewnił cicho. – Nie zrobię ci też większej krzywdy niż teraz, o ile nie będziesz się szarpał. W najgorszym przypadku za mniej więcej godzinę zjawi się tu twoja córka i cię uwolni, choć gdybym miał się zakładać, powiedziałbym, że poleżysz tak góra piętnaście minut. Jeżeli natomiast będziesz hałasował, będę musiał skrzywdzić naprawdę poważnie ciebie i jeszcze dwie osoby. Zrozumiałeś?

Kazimierz Wolny zamrugał raz i drugi, wreszcie powoli skinął głową.

– Świetnie.

Drelich opuścił jego nogi i znowu zerknął na stoper. Zostało trzydzieści sekund. Wstał, zdjął czapkę i przeczesał włosy. Z plecaka wyjął dwa tasery. Pierwszy wetknął za pasek spodni, drugi wziął do lewej ręki i zważył, upewniwszy się po raz nie wiadomo który, że dobrze leży. Do jednej tylnej kieszeni upchnął też kilka niespiętych trytytek, a do drugiej kilka szerokich pętli.

Na rączce tasera miał magnes, do którego teraz przymocował plastikową podkładkę do papieru z kilkoma kartkami wpiętymi pod klips – dzięki temu wyglądał, jakby sprawdzał z dokumentacją przyjęty towar, a w razie potrzeby wystarczyłby jeden szybki ruch i podkładka poleciałaby w kąt.

Tak przygotowany, wyszedł z zaplecza akurat w chwili, gdy konwojenci weszli do budynku.

Dwaj mężczyźni w kamizelkach, obaj postawni, choć jeden, ten asekurujący i w hełmie, zdecydowanie powinien popracować nad brzuchem. Drelich starał się nie patrzeć na broń uwieszoną na pasku. Wystarczyła mu świadomość, że tamci są uzbrojeni i pewnie w jakimś stopniu przeszkoleni do użycia broni.

Przynajmniej żaden z nich nie jest kobietą, pomyślał. Wiedział, że w ciągu najbliższej minuty wszystko się rozstrzygnie.

– W czymś panom pomóc? – zapytał głośno, widząc zdziwienie malujące się na ich twarzach. W takich sytuacjach liczyło się, kto pierwszy się odezwie, kto pierwszy pokaże, że ma prawo tu być – atak uprzedzający, który wywołuje dwukierunkowe zaskoczenie. A to, zamiast dzielić, łączy.

– Cholera, nikt mnie nie uprzedził o panów wizycie. Powinienem, nie wiem, zamknąć sklep albo coś?

Wyszedł zza kontuaru i ruszył w ich stronę, trzymając prawą rękę daleko od ciała, a lewą zgiętą w łokciu, tak by dłoń z podkładką znajdowała się blisko żeber. Konwojenci poruszali się wolno, pewnie przyzwyczajali oczy do półmroku. Brał to pod uwagę, choć nie zakładał, że tak będzie. Stryj Józef często powtarzał, żeby mieć nadzieję na najlepsze, ale liczyć się z najgorszym. Oczywiście sam tego nie wymyślił, tylko ukradł komuś i używał jak swojego. W tym zawsze był dobry.

– To znaczy i tak mamy zamknięte, przyjęcie towaru, ale zawsze może ktoś wejść z ulicy, karteczki nie zobaczyć...

– Nie trzeba zamykać – zapewnił ten gruby chropowatym niskim głosem, pasującym do spracowanej twarzy. Na krzywym nosie miał zgrubienie u nasady przypominające o złamaniu. – A w ogóle to pan Kazimierz gdzie?

– Wujek? Skoczył na moment do apteki, pewnie się zagadał. – Drelich cały czas skracał dystans. – Swoją drogą, nie widzieliście tam panowie naszego dostawcy? Już z dziesięć minut temu wyszedł pieniądze rozmienić.

– To ten kutas, co na chodniku stanął? – zapytał młodszy z konwojentów. Wyższy o pół głowy od tamtego i ogolony na łyso, na pewno dużo czasu spędzał na siłowni, ale wnioskując po ruchach, gładkiej buźce i tym, jak w pierwszej chwili się spiął, raczej nie był sprawdzony w boju. Teraz odzyskał rezon i cwaniakował.

– Kutas nie kutas, muszę się z nim rozliczyć, bo mi sklepu otworzyć nie wolno. – Drelich uniósł rękę z podkładką, ale ostrożnie, by nie pokazać tasera. – Noż cholera, gdzie on jest?

Przyspieszył nieznacznie i skręcił tak, by odnieśli wrażenie, że chce ich obejść szerokim łukiem. Poczekał, aż łysy otworzy drzwi i zrobi krok w głąb wnęki z bankomatem, a gruby ustawi się bokiem do niego i frontem do wejścia, by obserwować drzwi. Wtedy zaatakował.

Skoczył gwałtownie, machnięciem ręki odrzucił podkładkę i nim ta dotknęła ziemi, przysunął taser do szyi mężczyzny. Nacisnął przycisk. Rozległa się seria trzasków, a gruby spiął się, zesztywniał i ni to zacharczał, ni zabulgotał, przewracając oczami. Potem zwiotczał, osuwając się na kolana. Łysy, który właśnie przyklęknął, by otworzyć maszynę, zdążył się tylko obejrzeć. Drelich płynnie przeszedł za plecami grubego, wyrwał zza paska drugi taser i poraził go, gdy konwojent próbował uniknąć tego w lewej ręce, po czym korzystając z przewagi wysokości, kopnął go z kolana w twarz. Chrzęst i jęk zwiastowały złamanie nosa.

– Ręce, młody, przed siebie. Razem.

Drelich odrzucił jeden taser na bok sięgnął po trytytkową pętlę. Wysypały się wszystkie, ale to nie był problem, w przeciwieństwie do biernego oporu ze strony chłopaka.

– Naprawdę nie chcę cię zabijać, chłopcze – powiedział przerażająco spokojnie, głosem wyćwiczonym tak w teorii, jak i bojowej praktyce. – Ani szukać potem na podstawie twojego dowodu całej rodziny, by zrobić jej coś naprawdę paskudnego. Więc ręce, kurwa, przed siebie, razem. Liczę do trzech. Raz...

Na „dwa” zacisnął pętle na nadgarstkach łysego. Potem luźną trytytką spiął mu nogi, a następnie unieruchomił też grubasa.

Obejrzał się na drzwi, nagle pewien, że kogoś tam zobaczy. Przypadkowego gapia, człowieka, który nie zauważył kartki, kogokolwiek. Przez pięć dni, kiedy obserwował ten sklep, przyjeżdżając tu co rano z innego z okolicznych miast, widział tylko siedmiu klientów. Ale może właśnie teraz, właśnie w czasie tej jednej kluczowej minuty, przyszedł czas na klienta numer osiem?

W progu jednak nikogo nie było. Złapał kasetkę, którą przyniósł łysy. Nie wiedział, ile jest w środku, ale na liczenie łupu przyjdzie czas za chwilę, teraz musiał sprawnie się stąd wydostać.

Zebrał trytytki, podniósł drugi taser. Jeszcze raz zerknął w stronę drzwi, poderwał się i pognał na zaplecze, skąd zabrał swoje rzeczy. Z plecaka wyjął przygotowaną wcześniej pustą torbę z logo DHL-u i założył na ramiona, a kasetkę wpakował do torby, zakleił ją, po czym jak gdyby nigdy nic zaniósł oburącz do auta.

– Przepraszam pana bardzo – zaczepił przechodzącego obok mężczyznę. – Czy mógłby mi pan przytrzymać paczkę? Muszę wyjąć kluczyki, a nie chcę kłaść na ziemi.

Wysoki szesnasto-, może siedemnastolatek, wyraźnie doceniony potraktowaniem go jak dorosłego, ochoczo przejął przesyłkę.

– Ciężkie – stwierdził. – Co pan tam ma?

Drelich wzruszył ramionami.

– Trochę zbędnego kosztownego żelastwa – odparł. Otworzył drzwi do kangoo i przejął paczkę. Położył ją ostrożnie na przednim siedzeniu. – Dziękuję panu bardzo.

– Drobiazg – odparł chłopak.

Drelich bez pośpiechu obszedł auto, posyłając długie spojrzenie dziewczynie siedzącej za kółkiem transita konwojentów. Ładna, drobna, z zaciętą, skupioną miną. Złapał się na myśli, jakby mu poszło, gdyby to ona weszła do środka.

Na zegarek zerknął, dopiero gdy zjechał z rynku w Jana Pawła. Brakowało piętnastu sekund do dwunastej.

7

Tuż przed dwunastą otworzyła się brama i na teren posiadłości Wójcików wjechały trzy samochody marki BMW: dwa czarne SUV-y, a pomiędzy nimi lśniący metalicznie ametrynowy M8 gran coupe.

Milena znała dobrze model, markę i nazwę koloru ukochanego samochodu męża. Nie miała natomiast pojęcia, jakimi konkretnie modelami były te dwa SUV-y. Kiedyś w ogóle mówiła na takie auta jeepy, tak jak na wszystkie sportowe buty zwykła mówić adidasy. W niedużych miastach, jak jej rodzinny pobliski Udaniów, z którego nie wyściubiła nosa przez całe lata dziewięćdziesiąte, tak się po prostu mówiło. Jeepem było każde terenowe auto, nieważne jakiej firmy. Dopiero Zygmunt, śmiejąc się z niej pewnego razu, że nazwała tak ubłoconego land rovera, koło którego zaparkowali, wyprowadził ją z błędu.

Z SUV-ów wysiadło w sumie sześciu mężczyzn. Wszystkich znała. Jako pierwszy przejechał przez bramę Natan, najstarszy z całej grupy, żylasty typ średniego wzrostu z pociągłą twarzą, płaskim nosem z usuniętą chrząstką i wąsko rozstawionymi oczami. Mało się odzywał, nie pił kawy, tylko herbatę owocową. Za to lubił ich dzieci. Czasami bawił się z Bartusiem tak, że pozwalał mu naciskać swój miękki nos i wydawał przy tym dźwięki jak piszczałka. Za pasażerów miał Pumbę, rubasznego rudzielca o pucułowatych policzkach i z dołeczkiem w brodzie, który śmiał się jak samochodowy czujnik cofania, oraz Adasia, dwudziestoparolatka, który był kiedyś wicemistrzem świata w jakiejś sztuce walki, ale gangsterka kręciła go bardziej. Zanim trafił do Zygmunta i z jakiegoś powodu awansował do najbliższego grona, walczył w klatce na pipidówkowych galach i robił drobnicę jako szeregowy siepacz.

Drugi samochód prowadził Litwa, kiedyś zwany Ruskim. Niewiele starszy od Zygmunta, przedwcześnie posiwiał i niemal białe teraz włosy zaczesywał do tyłu jak włoski mafiozo. Zdaniem Mileny jego nos przypominał dziób drapieżnego ptaka, zwłaszcza z profilu. Powiedziała o tym nawet kiedyś Zygmuntowi, sugerując ze śmiechem, że powinni mu zmienić ksywkę na jakiegoś orła, sępa czy coś, ale on spojrzał na nią tak, że od razu straciła ochotę na żarty.

Wraz z Litwą przyjechali jeszcze Szary, burkliwy blady typek wygolony na rekruta i obwieszony tandetnymi ozdobami z białego złota, oraz wesoły, przystojny brodacz Stówka, który lata temu poznał ze sobą Wójcików na dyskotece. Milena była niemal pewna, że gdy ją wtedy zagadywał przy barze, robił to dla siebie. Przekierowanie jej zainteresowania na szefa nastąpiło dopiero jakoś w połowie wieczoru.

Stówka gramolił się z auta dłużej niż reszta, bo – jak się okazało – miał kilka opakowań sushi w cienkich foliowych torebkach z japońskimi napisami.

Cała szóstka zebrała się, rozmawiając swobodnie. Szary zapalił, Adaś mówił coś, gestykulując zawzięcie, Natan odwrócił się do reszty plecami, rozmawiał przez telefon. Milena patrzyła na nich z wysokości pierwszego piętra, przez okno sypialni, bezwiednie ssąc końcówkę kciuka. Rój much w jej głowie jazgotał niemiłosiernie, doprowadzając niemal do obłędu, a pośród wszystkich tych myśli ta jedna najważniejsza brzmiała: dlaczego on nie wysiada?!

Wyjaśniło się po minucie, gdy w coupe otworzyły się drzwi pasażera i wysiadła młoda dziewczyna, trochę w typie Dody z jej najlepszych czasów. Zgrabne długie nogi i jędrna dupka obciągnięta króciutką spódniczką, pod białą koszulką z wystrzępionym dekoltem duże cycki, całkiem możliwe, że naturalne, włosy do linii ramion, tak jak lubił, ładna, nienapompowana buzia. Milena zdała sobie sprawę, że nie ma siły czepiać się dziewczyny, szukać wad, nienawidzić. Co więcej, trochę ją nawet rozumiała, a trochę zazdrościła. Chciała być na jej miejscu. Chciała stać tam teraz na podjeździe, a potem wejść do domu jako ostatnie upokorzenie dla niewiernej żony. Chciałaby móc po prostu dać dupy w zamian za miły dzień, błyskotkę, przejażdżkę luksusowym autem. A potem, o tak, tego chciałaby najmocniej, wrócić do swojego szarego życia, nie mając nic więcej oprócz naturalnie ładnej buzi, nóg i cycków.

– Nigdy mnie nie uderzył – szepnęła jeszcze raz Milena, odsuwając się od okna. Co więcej, nic nie wskazywało na to, by miał zamiar zrobić to teraz. Raczej nie przy chłopakach, nie przy tej dziewczynie. Nie podniesie ręki, nie podniesie głosu. Pewnie zrobi coś dużo gorszego, ale na pewno nie pokaże, że w jakikolwiek sposób go to obeszło.

Była w połowie schodów, gdy weszli. Zygmunt jako pierwszy, niemal pod ramię z tą dziewczyną, niższy od niej o pół głowy, co wyjątkowo zdawało mu się nie przeszkadzać. Na co dzień mocno to przeżywał, nosił specjalne wkładki i zabraniał żonie chodzić na obcasach. Milena oczywiście stosowała się do tych wymogów, choć uważała, że mąż przesadza. Był bardzo dobrze zbudowanym mężczyzną, owszem, niskim, ale szerokim w ramionach, wyrzeźbionym ciężką pracą na siłowni. W ogóle nie było po nim widać zbliżającej się pięćdziesiątki.

Dziś natomiast wyglądało, jakby nie tylko jego metr siedemdziesiąt jeden przestał być problemem, ale wręcz napawał go dumą. Jakby nagle poczuł się cholernym Tomem Cruise’em.

– Kochanie, gdzie są dzieci? – zapytał. – Przyprowadziłem im opiekunkę na czas, kiedy będziemy rozmawiać.

Dziewczyna, słysząc to, zachichotała głupio i Milena zdała sobie sprawę, że właśnie zbliżyła się do granicy znienawidzenia tej młodej. Przełknęła ślinę.

– Poprosiłam mamę, by zabrała je do lekarza – powiedziała. – Tego swojego znajomego. Akurat udało się załatwić wizytę.

Ściągnął usta, zmrużył oczy, jakby usiłował upewnić się, że nie blefuje. Choć tak naprawdę wiedział, że to kłamstwo, że nie ma zbiegów okoliczności. W końcu najwyraźniej uznał to za drobiazg, bo wzruszył ramionami i wyszczerzył zęby.

– Dobra, Weronika, wygląda na to, że na razie masz wolne – zwrócił się do dziewczyny. – Idź teraz na górę, w sypialni jest telewizor, włącz sobie coś. My tu w salonie porozmawiamy.

– Dobrze – odparła i posłusznie ruszyła w stronę schodów, kręcąc dupką jak modelka.

Nie popisywała się, po prostu tak miała. Była zgrabna, ładniejsza niż Milena kiedykolwiek wcześniej, a że przy tym trochę głupiutka? Gdy przyjdzie czas, zapłaci za to z nawiązką.

Kiedy się mijały, dziewczyna uśmiechnęła się trochę jakby przepraszająco, niezręcznie. Milena odpowiedziała smutnym, gorzkim uśmiechem.

Nie zastępujesz mnie, kochanie, pomyślała. Nie zastępujesz, choć w tym momencie obie bardzo byśmy chciały, by tak było.

Zeszła na dół, z całych sił starając się zapanować nad drżeniem nóg.

– Cześć, chłopaki – rzuciła, starając się zabrzmieć beztrosko.

Żaden nie odpowiedział.

– Idźcie do salonu, ja zaraz przyjdę – polecił Zygmunt i zniknął w łazience.

Gdy wrócił, chłopcy zdążyli się już rozsiąść – Natan z Szarym na kanapie, Adaś, Litwa i Stówka przy stole, na którym stały teraz pudełka z sushi, a Pumba zajął miejsce na hokerze przy wyspie oddzielającej salon od kuchni. Chwilę wcześniej Milena zaproponowała im wszystkim coś do picia, ale żaden nie skorzystał.

– No dobra – powiedział Zygmunt, wycierając ręce w papierowy ręcznik. – To kto chce jeść, ten je. Kochanie, pozwolisz tu do nas? Tylko weź sobie taboret, dobrze?

Sam zajął ostatnie miejsce przy stole i sięgnął do pierwszego z pudełek. Milena zauważyła, że było ich łącznie dziewięć, z czego dwa kolorowe, wyraźnie dziecięce. To znaczyło, że ani jej, ani dziewczyny, z którą przyjechał, nie brali pod uwagę.

„Nie szykuj obiadu” przypomniała sobie. Kolejne z małych upokorzeń.

Wzięła taboret i ustawiła na środku salonu. Uznała, że nie ma co dłużej udawać, że to spotkanie jest czymś więcej niż pokazowym sądem. A skoro tak, usiądzie niczym oskarżona i po prostu się temu podda. Usiadła więc, splotła ręce, dociskając je do łona, i wtuliła głowę w ramiona.

Nigdy mnie nie uderzył, pomyślała. Mógłby, ale nigdy tego nie zrobił.

Przez dwie albo trzy minuty słychać było tylko odgłosy jedzenia i telewizor w sypialni na górze. Milena zaczęła się zastanawiać, jak długo to czekanie jeszcze potrwa. Aż zjedzą? Aż zapalą po wszystkim? Aż jej mąż pójdzie na górę i przeleci swoją małolatę w ich łóżku? Ile?!

Być może Zygmunt Wójcik usłyszał te myśli, a może po prostu uznał, że to już, bo nagle odwrócił się i wycelował w nią kawałkiem sushi trzymanym między pałeczkami.

– To co, powiesz mi, kto to w ogóle jest? – zapytał.

Drgnęła, po czym powiodła wzrokiem po zebranych.

Zauważył to.

– Spokojnie, chłopaki są zaznajomieni ze sprawą. Jeszcze bez szczegółów, bo nie chciałem ci tego odbierać. Wiesz, jak mawiają... – Przerwał, by zamoczyć kawałek sushi w sosie sojowym i nałożyć na nią odrobinkę wasabi. Pałeczkami uniósł otoczony glonem krążek na wysokość oczu i obejrzał. W końcu ponownie spojrzał na nią. – Każda kurwa ma swoją opowieść. Słucham.

Przełknęła ślinę, przypominając sobie, że Zygmunt nigdy jej nie uderzył. Ale syntezator we wnętrzu jej głowy tym razem zauważył, że owszem, nie uderzył, ale przecież nigdy nie musiał. Nigdy nie było powodu. A dziś co? Zresztą czy to właśnie nie aby pierwszy raz nazwał ją kurwą przy ludziach?

– Zygmunt, ja... ja...

Patrzył na nią wyczekująco. Świdrował tymi swoimi jasnymi oczami, takimi samymi jak oczy ich córki. Mała była do niego podobna, a Milena wiedziała, co mówią o dziewczynkach podobnych do ojców. Takie wyrosną na piękne kobiety. Najpiękniejsze.

– No – zachęcił, kręcąc młynka pałeczkami. – Wysłów się wreszcie. W rozmowach ze swoim pięknym jakoś nigdy nie brakowało ci słów. Nawet nie wiedziałem, że aż tyle ich znasz. Takie wyszukane. Aż muszę sprawdzić słownik, czy kartki nie lepią się od twojego śluzu.

Prawie wszyscy chłopcy zarechotali. Nie śmiał się tylko Natan. On patrzył na nią z powagą i nie umiała powiedzieć, czy nią gardzi, czy jej współczuje. Po nim w takich sytuacjach nigdy nie było widać. Jakby rozumiał się tylko z dziećmi.

Wójcik uniósł kolejny owinięty glonem krążek. W ostatniej chwili powstrzymał się przed włożeniem go do ust. Odłożył pałeczki, wyjął telefon, przejechał palcem po ekranie.

– W sumie to ja się nawet nie dziwię, że na niego poleciałaś – stwierdził, puszczając telefon w obieg. – Zobaczcie go sobie, chłopaki, bo chyba jeszcze nie pokazywałem. Niebrzydki, nie? Co prawda spodziewałem się, że raczej w młodych pójdziesz, co by dobrze zrobiło i tobie, i im. W końcu na starej piczy...

Znowu rechot. Znowu świdrujące spojrzenie Natana.

– Ale pomyślałaś, kochanie, jak to będzie wyglądało? – kontynuował Zygmunt. – Jak to wpłynie na mój wizerunek? No nie przed chłopakami akurat, bo oni są jak rodzina, zrozumieją. Rozumieli, jak kupiliśmy twoim rodzicom nowe meble, nawet je nosili, to rozumieli, pamiętasz? Albo jak twój brat dostał kredyt na firmę, choć bank nie chciał go udzielić. Stówka wtedy ładnie poprosił i było. Pamiętasz?

Pokiwała głową, wpatrzona we własne ręce splecione na podołku.

– No właśnie. W drugą stronę to też działa. Jak ta kurwa głupia chciała Pumbie zabrać dzieciaka i straszyła adwokatem, pamiętacie to? Pumba, jak ona się nazywała, ta twoja?

– Tak jak powiedziałeś, szefie – zaśmiał się grubas. – Kurwa głupia.

– Na pewno nie – stwierdził Litwa również ze śmiechem. – W urzędzie by nie przyklepali.

– Jakby mieli przyklepać, toby przyklepali – stwierdził Zygmunt. Spojrzał na Milenę, która akurat podniosła wzrok, i wzruszył ramionami. – No sama widzisz. Nawet w trudnej sytuacji potrafimy żartować. I zawsze trzymamy się razem, bo chłopaki są jak rodzina.

Sięgnął po pałeczki, podniósł kawałek sushi, obejrzał.

– Nie jak – poprawił się. – Są rodziną.

Wrzucił krążek do ust i przeżuwając, wstał. Podniósł ze stołu zwinięty w kulkę kawałek papierowego ręcznika, wytarł w niego opuszki palców, a następnie podszedł do żony, przykucnął i tymi samymi palcami ujął jej brodę. Uniósł lekko i uważnie popatrzył Milenie w oczy.

– Jeszcze nie zdecydowałem, co z tobą zrobię – powiedział cicho. – Jeszcze rozważam wszystkie opcje, ale możesz mi wierzyć, że w żadnej nie będziesz, kurwa, szczęśliwa, rozumiesz? Nie zdecydowałem nie dlatego, że mi na tobie zależy. Nie dlatego, że jesteś warta więcej niż to, za co sam zapłaciłem. Po prostu tak się niefortunnie złożyło, że moje dzieci przyzwyczaiły się mówić do ciebie „mamo”. Rozumiesz to, Milena?

Ścisnął jej podbródek, jeszcze nie naprawdę mocno, ale już zabolało.

– Rozumiesz?

– Tak – odpowiedziała. – Rozumiem.

Oczy zaszły jej łzami, za co nienawidziła się teraz najbardziej na świecie. Nigdy jej nie uderzył. Ale też nigdy, przenigdy nie powiedział wprost tego, co teraz. Nie wprost! Dziś był zatem dzień pierwszych razów.

Puścił jej brodę i wstał.

– W tych rozmowach, które mam, nie było adresu, a nie będę używał mocy przerobowych do znalezienia gacha mojej żony – oznajmił, przechodząc do kuchni. Nalał sobie wody z dzbanka z filtrem. – Dlatego za chwilę pójdziesz po swój telefon i podasz Natanowi wszystkie dane tego faceta. Jego numer, prawdziwe nazwisko, adres. Wszystko. Gdzie masz telefon?

– W sypialni.

– To najpierw zapukaj. Nie chcemy przecież naruszać prywatności Weroniki, prawda?

Pokręciła głową.

– Nie chcemy – wyszeptała.

– No to idź.

– Chyba nie będzie potrzeby, szefie – odezwał się nagle Adaś, podnosząc jego telefon. – Bo ja znam tego faceta.

– Serio? – zdziwił się Zygmunt.

Milena też spojrzała na Adasia zaskoczona. Ten jeszcze raz przyjrzał się zdjęciu i skwapliwie pokiwał głową.

– Na bank, szefie. Kilka TIR-ów razem zrobiliśmy ze cztery lata temu, moje pierwsze zresztą. Dla Kracha pracował, pracza takiego z Warszawy, co to czasem ogarnia jakieś mniejsze i większe robótki. Ten typ to wolny strzelec, nazywa się... – Pomyślał chwilę. – O, już wiem! Drelich. Właśnie tak! Drelich! Marcin albo Marek, jakoś tak. Krach będzie wiedział.

– No to świetnie – ucieszył się Wójcik. – Czekaj, prześlę ci tę fotkę tak na wszelki i zadzwonię do Freda, niech was zapowie. Weź ze sobą Szarego i Pumbę i przywieźcie mi tego Drelicha. Tylko wiecie, po cichu.

– Jasne, szefie – zgodził się Adaś. Szczeniacki entuzjazm aż z niego kipiał. – Weźmiemy mój wóz, nie rzuca się w oczy.

Wójcik przeciął pokój, ale zatrzymał się przy żonie. Znowu przykucnął, uśmiechnął się i przechylił głowę.

– Widzisz, kochanie, to po prostu kolejna rzecz, w której mogę bez trudu poradzić sobie bez ciebie.

8

Przy pierwszej okazji Drelich zjechał z drogi krajowej w boczną, prowadzącą przez wioski. Znał tę trasę, pokonał ją drugiego dnia, by upewnić się, czy jest przejezdna, bo mapa w każdej chwili mogła się zdezaktualizować, a GPS-om i wszelkim systemom wzajemnego wspierania kierowców nie ufał nawet na autostradach czy w dużych miastach, a co dopiero w przypadku dróg, które mogły liczyć jedynie na to, że w pewnym momencie chłopu skończy się cierpliwość i zasypie większe dziury tłuczniem bądź żwirem.

Przejazd kontrolny pozwolił mu zakwalifikować tę trasę jako ucieczkową, pod warunkiem że nie będzie obfitych deszczów. Szczęśliwie nie było, bo opcją B wlókłby się do celu półtorej godziny.

Gdy tylko minął pola i wjechał za pas drzew, zatrzymał się na poboczu, szybko zdjął magnesy i wymienił tablice. Jedno i drugie zawinął w papier, po czym ruszył dalej. To jeszcze nie był czas na główny postój. Następne dwanaście minut snuł się czterdziestką, a czasem i pięćdziesiątką, po wąskich tasiemkach podziurawionego asfaltu, dwujezdniowych tylko w teorii i na mapach.

Kiedy jechał tu za pierwszym razem, podziwiał eklektyzm współczesnej polskiej wsi: anteny satelitarne na wiekowych stodołach, sypiące się chatynki, a obok okolone żywopłotem wille i nowoczesne przeszklone klocki z kupionych w sieci projektów. Widział i obiecał sobie nawet zapamiętać – bo mierząc czas, nie mógł się przecież zatrzymać – jak przy popegeerowskich blokach krowy pasły się na placu zabaw. Kawałek dalej koza na postronku patrzyła z dezaprobatą na dzieciaki siedzące na oparciu ławki i łupiące słonecznik. Tu też, myślał wtedy, wyszłoby świetne zdjęcie.

Teraz jego umysł skupiony był na liczbach.

Na wyjazd z miasta potrzebował dwóch minut i trzydziestu sekund. Kolejne trzy minuty to dojazd do drzew, zdjęcie magnesów i wymiana tablic. Razem pięć. Jeżeli – na co z całego serca liczył – w tym czasie nikt przypadkowy nie wszedł do Centrum Techniki Cieplno-Sanitarnej, wciąż miał około siedmiu, ośmiu minut bezpiecznego zapasu, bo uzupełnianie kasetki rzadko trwa krócej niż dziesięć, piętnaście minut.

Potem wchodziła pierwsza kwestia nie do przewidzenia, czyli nerwowość dziewczyny za kierownicą. Ale tu Drelich był optymistą. Raczej nie była w branży nowa, bo agencje ochroniarskie i przewozowe to środowisko szowinistyczne, i to w ten przaśny, remizowy sposób. Żeby kobieta mogła usiąść za kierownicą i jeździć w konwoju, musiała zasłużyć. A skoro tak, nie powinna się zacząć niepokoić przez kolejne pięć, siedem minut. Mogłaby co najwyżej odezwać się przez radio, ale czy brak odpowiedzi wywoła natychmiastową reakcję? Wątpliwe.

Siedem plus pięć dawało dwanaście, czyli teoretycznie wszystko powinno się zacząć teraz. Dziewczyna za kierownicą wywołuje grubego przez radio, ten nie odpowiada, ona się niepokoi, próbuje jeszcze raz. Czy postępuje zgodnie z procedurami i kontaktuje się z bazą, czy opuszcza pojazd? Drelich pamiętał spór o to, czy kierowcy konwojów z przewozem pieniędzy również powinni być uzbrojeni, by w razie problemów wzmocnić drużynę siłą ognia, ale nawet jeśli postulat przeszedł w innych firmach, Gwarant – wiedział to na pewno – jeszcze ich nie wprowadził.

Czyli raczej baza. Zwarty raport, który tamci weryfikują telefonem do konwojenta. Dodatkowa minuta. Kontaktują się z policją, streszczają sprawę – od dwóch do czterech minut. Na tym etapie lokalna komenda powinna dostać markę auta, może nazwę InstalDom i, jeśli naprawdę wkurzył tamtych parkowaniem na ich zwyczajowym miejscu, pewnie także numery blach. Jak szybko ruszą do akcji i ile z trzech posiadanych radiowozów wypuszczą – tego już nie sposób było przewidzieć.

Zresztą, pomyślał Drelich, równie dobrze wszystko mogło się posypać zaraz po jego odjeździe. Ale cóż, pecha jak i szczęścia nie dało się uwzględnić w planie. Zdolność do działania po uświadomieniu sobie tej prawdy odróżniała ludzi czynu od wiecznych teoretyków. Kolejna pieprzona mądrość stryja. A może to już któregoś z jego synów? Wszyscy się mądrzyli, czasem trudno było rozróżnić.