Dorosłe dziewczynki z rodzin dysfunkcyjnych - Eugenia Herzyk - ebook + książka

Dorosłe dziewczynki z rodzin dysfunkcyjnych ebook

Eugenia Herzyk

4,3

Opis

Posiadanie wewnętrznej mocy powoduje, że nie musimy dostosowywać się do świata, nie oczekujemy też, że świat dostosuje się do nas. Jesteśmy wolne od konieczności bezustannego udowadniania swojej wartości – innym i sobie. Przestajemy też zajmować się przekonywaniem innych ludzi, że mamy rację. Im większa nasza wewnętrzna moc, tym bardziej jesteśmy odporne na krytykę, zranienia, stosowane przez innych manipulacje. Nasza wewnętrzna moc powoduje, że nie mamy potrzeby krytykować, ranić i manipulować innymi ludźmi. Zyskujemy za to poczucie, że jesteśmy na tym świecie po coś, że mamy do spełnienia misję zapisaną w prawdziwym „ja”, a naszym zadaniem jest jedynie ją odkryć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 191

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PRZEDMOWA DO NOWEGO WYDANIA

Pisanie pierwszej wersji tej książki zakończyłam w 2012 roku, została ona wydana dwa lata później. Nakład rozszedł się nadspodziewanie szybko, ale ówczesne wydawnictwo po wejściu w fazę przekształceń własnościowych nie było zainteresowane dodrukiem. Tylko że – niestety – dysponowało prawem do wyłącznego korzystania z mojego utworu. Książka wpadła w próżnię, ale moim zdaniem była to „płodna próżnia”. Gdy umowa licencyjna wygasła i zdecydowałam się na zlecenie innemu wydawcy kolejnego wydania, przygotowując książkę do druku miałam okazję zweryfikować, czy to, co napisałam kiedyś, przetrwało próbę czasu.

Mój światopogląd, również w kwestii podejścia do psychicznego dobrostanu człowieka, nieustannie ewoluuje. Z jednej strony mnie to cieszy, bo oznacza, że ciągle się rozwijam. Z drugiej napawa niepokojem, bo z racji wykonywanego zawodu psychoterapeutki czuję odpowiedzialność wobec klientek za jakość udzielanej im pomocy. Źle bym się czuła w sytuacji, w której bym odkryła, że to, co kiedyś uważałam za słuszne i właściwe w podejściu psychoterapeutycznym, teraz odrzucam.

Wszystko wskazuje jednak na to, że stworzona przeze mnie koncepcja deficytów rozwojowych u Dorosłych Dziewczynek oraz ich konsekwencji, jest uniwersalna. Weryfikowałam to na bieżąco, prowadząc kolejne edycje grup terapeutycznych DDD – dla Dorosłych Dziewczynek z domów Dysfunkcyjnych. Przygotowując obecne wydanie tej książki, uważnie obserwowałam dokonywane przeze mnie zmiany w tekście – nie było ich dużo i miały charakter bardziej kosmetyczny niż merytoryczny.

Widzę, jak ważna jest dla mnie precyzja nadawania znaczeń różnym słowom – przede wszystkim dlatego, że bez niej nie wyobrażam sobie skutecznej komunikacji międzyludzkiej. Do takich ważnych słów należy „miłość”, i stąd na przykład, aby uniknąć nieporozumień, używam w tym wydaniu książki określenia „deficyt poczucia bezwarunkowej miłości” zamiast „deficyt poczucia miłości”. Zamieniłam też określenie „kobieta uległa” na „kobieta podporządkowana”, podkreślając hierarchiczność jej pozycji w relacji. Uległymi natomiast nazywam zachowania przeciwstawne do agresywnych, ale niebędące asertywnymi.

Przygotowując obecne wydanie książki, spostrzegłam, jak ważne jest dla mnie opieranie pomocy psychoterapeutycznej na solidnych fundamentach. Jednym z nich jest dla mnie wiedza naukowa dotycząca funkcjonowania ludzkiej psychiki, a ponieważ neuronauki burzliwie się rozwijają, wiedza ta staje się coraz bogatsza. W pracy psychoterapeutycznej można bazować na Freudowskich wizjach id, ego i superego oraz współbrzmiącej z nimi, przestarzałej, a wciąż powielanej koncepcji istnienia trzech mózgów: gadziego, ssaczego i kory mózgowej albo na współczesnych badaniach naukowych dotyczących choćby szybkiej i wolnej drogi powstawania emocji, których pionierem jest Joseph LeDoux. Redagując to wydanie książki, zauważyłam, że pogłębienie mojej wiedzy neurofizjologicznej wpłynęło na to, że przestałam używać pewnych określeń jako niemających naukowego uzasadnienia. Takim określeniem są na przykład „zablokowane emocje”. To wyjaśnia, dlaczego sporo poprawek i uzupełnień znalazło się w rozdziale o zarządzaniu emocjami.

Drugim fundamentem udzielanej przeze mnie pomocy psychoterapeutycznej jest medycyna chińska, którą studiuję już od paru lat. To spójny, zamknięty system, traktujący organizm człowieka całościowo, bez sztucznego podziału na zdrowie psychiczne oraz fizyczne. Wśród przyczyn chorób wymienia się tam też przyczyny natury emocjonalnej. Dorosłe Dziewczynki często mają problemy zdrowotne, od których moim zdaniem nie można abstrahować, prowadząc psychoterapię. Moja poszerzona wiedza z zakresu medycyny chińskiej znalazła oddźwięk przy redagowaniu rozdziału dotyczącego deficytu poczucia kobiecości.

Wzbogacam też swoją wiedzę o psychoterapii – jej różnych nurtów, założeń i podejść. Coraz wyraźniej dostrzegam rozdźwięk między psychoterapeutą humanistycznym, dla którego osoba po drugiej stronie jest klientem, a psychoterapeutą innych nurtów, który nazywa ją pacjentem. Zauważam też różnicę między nazwaniem procesu psychoterapeutycznego „leczeniem” a „pomaganiem” i kolosalnych konsekwencji, jakie się z tym wiążą. Z tego powodu wyraźnie zmodyfikowałam rozdział ostatni, traktujący o psychoterapii dla Dorosłych Dziewczynek.

To, że kolejne wydanie tej książki nie mogło się przez długi czas ukazać, odbieram jako służące mi zrządzenie losu. Pozwala mi ono ujrzeć, jaki szmat drogi przebyłam. Co więcej, że tempo, w jakim podążam ścieżką osobistego rozwoju, jest coraz szybsze. Siedem lat, które upłynęły od napisania pierwszej wersji tekstu, to siedem najbardziej owocnych lat mojego życia. Głęboko wierzę, że mój rozwój przyczynia się do coraz efektywniejszego pomagania klientkom.

 

Eugenia Herzyk

Marzec, 2019 rok

PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA

Długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego pisanie tej książki przychodziło mi z takim trudem. Poprzednią – „Nałogową miłość” – udało mi się skończyć w trzy miesiące. Ta – o Dorosłych Dziewczynkach z rodzin Dysfunkcyjnych – rodziła się w bólach. Gdy zbliżał się termin złożenia książki u wydawcy, poprosiłam o więcej czasu, nie przyznając się, że gotowy mam tylko wstęp. Po kolejnym bezowocnym dniu, kiedy to udało mi się sklecić zaledwie kilka zdań pierwszego rozdziału, nie mogłam w nocy zasnąć, sfrustrowana niepowodzeniem i zaniepokojona całkowitym marazmem twórczym. Około trzeciej nad ranem przypomniało mi się, że Janet G. Woititz w przedmowie do swojej znakomitej książki „Lęk przed bliskością” przyznała się przed czytelniczkami do podobnego oporu, jaki towarzyszył jej w pisaniu. Odkryła jego przyczynę – wynikał on z obawy, że tym razem, po sukcesie dwóch wcześniejszych poradników, nie będzie mogła swoim czytelniczkom pomóc. I wówczas doznałam olśnienia. Jakże adekwatne do planowanego przeze mnie poradnika dla Dorosłych Dziewczynek z domów Dysfunkcyjnych było jej stwierdzenie: „Uważam, że książka ta może wiele wyjaśnić, ale nie mam pewności, czy was uzdrowi”.

„Nałogowa miłość” zawierała opis, czym jest uzależnienie od miłości, i wskazówki, jak się z niego wyzwolić. Do uporania się z każdym nałogiem wystarczą dwie rzeczy – uznanie, że jest się osobą uzależnioną, i zaprzestanie nałogowych zachowań, czyli decyzja o abstynencji. Alkoholicy, z których mądrości wiele skorzystałam, wiedzą jednak, że tak naprawdę przestać pić jest bardzo łatwo. Trudności pojawiają się dopiero potem – w utrzymaniu trzeźwości. Bo to nie alkohol jest ich problemem, lecz to, że nie radzą sobie z życiem. A to, że sobie nie radzą, wynika najczęściej z faktu, że wyrastali w dysfunkcyjnych domach i są emocjonalnie niedojrzali.

Udało mi się uporać z nałogiem miłości i rozpoczęłam naukę trzeźwego życia. Mam większą świadomość siebie, znam swoje słabości, weszłam na ścieżkę osobistego rozwoju. Wciąż jednak jestem „dorosłą dziewczynką”. Nie mogę się z Wami podzielić tym, jak jest po drugiej stronie, kiedy zniwelowane zostaną wszelkie wyniesione z dzieciństwa deficyty, ba – nawet nie jestem w stanie obiecać, że da się na tę drugą stronę przejść, bo mnie tam jeszcze nie było. Wiem jedno – już sama świadomość moich deficytów pomaga mi lepiej żyć. W chwili, kiedy to piszę, wierzę, że owa świadomość pomoże mi także ukończyć tę książkę, poradzić sobie z lękami mojej małej wewnętrznej dziewczynki, wyzbyć się przekonania, że nie będąc doskonałą, nie mam do tego prawa.

 

Eugenia Herzyk

Kwiecień, 2011 rok

WSTĘP

Celem książki jest uświadomienie kobietom wpływu ich dzieciństwa, rodzin, w których się wychowywały, relacji z rodzicami, innymi ważnymi dla nich osobami, rodzeństwem i rówieśnikami na ich dorosłe życie – na mechanizmy zachowań, wybory, których dokonują, i emocje, które im towarzyszą, oraz na sposoby radzenia sobie z nimi. Przesłaniem książki jest także zachęcenie kobiet do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Choć nie są one w stanie zmienić dzieciństwa ani bagażu deficytów, które z niego wyniosły, przez swój rozwój osobisty mogą się tego bagażu stopniowo pozbywać – z korzyścią dla siebie i swoich bliskich. Dotyczy to szczególnie wychowywanych przez nie dzieci, bo tylko dzięki własnemu rozwojowi można przerwać ciąg przenoszonych z pokolenia na pokolenie dysfunkcji rodzinnych.

Zainteresowanie wpływem dzieciństwa na osobowość człowieka datuje się od Freuda, który na przełomie XIX i XX wieku stworzył podwaliny współczesnej psychoterapii. Wzrost popularności tego tematu i odmienne do niego podejście zapoczątkowało stworzenie ruchu DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików (lata 70. ubiegłego wieku). W Polsce problematykę DDA upublicznił dziesięć lat później Jerzy Mellibruda. Obecnie w ośrodkach leczenia uzależnień od alkoholu pomoc terapeutyczną znaleźć mogą nie tylko nałogowi alkoholicy, ale również członkowie ich rodzin – tak zwani współuzależnieni, a wśród nich ci, którzy jako dzieci wzrastali w rodzinach dotkniętym problemem alkoholizmu.

Okazało się jednak, że z podobnymi problemami jak DDA borykają się także osoby, które w dzieciństwie doświadczyły innych dysfunkcji niż te wynikające z alkoholizmu rodzica. Przemoc fizyczna lub psychiczna, nadużycia seksualne, brak wystarczającej opieki lub nadopiekuńczość, niestawianie dziecku żadnych granic albo poddawanie go surowej dyscyplinie, choroba lub śmierć w rodzinie, rozwód rodziców – to tylko niektóre z czynników wpływających na rozwój syndromu DDD, czyli Dorosłego Dziecka z rodziny Dysfunkcyjnej.

DDD – to ktoś, kto wszedł w życie dorosłe z deficytami utrudniającymi mu zdrowe relacje ze sobą, z innymi ludźmi i ze światem. Uświadomienie sobie istnienia tych deficytów, ich nazwanie, a także zrozumienie przyczyn ich powstania – to nieodzowne kroki na drodze do dojrzałości. Rozwój osobisty w istocie jest dojrzewaniem, czyli stawaniem się w pełni ukształtowaną, autonomiczną jednostką, świadomą swojej wyjątkowości, w pełni wykorzystującą swój potencjał i potrafiącą funkcjonować w świecie takim, jaki on jest. Osobą umiejącą zadbać o swoje potrzeby, ale nierobiącą tego kosztem innych, a zarazem osobą dbającą o potrzeby innych, ale nie kosztem siebie.

Ponieważ między kobiecą a męską psychiką występują istotne różnice, wynikające nie tylko z przyczyn fizjologicznych, ale także z istniejących wzorców kulturowych, warto przyjrzeć się problematyce DDD odrębnie dla obu płci. Ta książka poświęcona jest żeńskiej odmianie syndromu DDD – czyli skierowana jest do Dorosłych Dziewczynek z domów Dysfunkcyjnych. Pisząc ją, korzystałam z trudnych, ale rozwojowych lekcji, które zafundował mi los, z tego, co zyskałam dzięki własnej psychoterapii, a także z doświadczenia zdobytego w pracy w zawodzie psychoterapeutki w założonej przeze mnie Fundacji Kobiece Serca.

1DOROSŁA DZIEWCZYNKA – DEFICYTY I EMOCJE

KIM JEST DOROSŁA DZIEWCZYNKA Z RODZINY DYSFUNKCYJNEJ?

Alkoholizm rodzica lub rodziców jest jedną z częstszych dysfunkcji rodzinnych, a zarazem dysfunkcją łatwo rozpoznawalną. Rozbudowana sieć państwowych ośrodków leczenia uzależnienia od alkoholu i współuzależnienia, a także nagłośnienie społecznych skutków alkoholizmu dotykających nie tylko osobę uzależnioną, lecz także członków jej rodziny powodują, że dzieci pochodzące z rodzin alkoholowych są otoczone specjalną uwagą i troską. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. Z jednej strony DDA, Dorosłe Dzieci z rodzin Alkoholowych, mają dostęp do bezpłatnej pomocy terapeutycznej, z drugiej jednak ich wyróżnienie marginalizuje problemy innych Dorosłych Dzieci, wyrastających w rodzinach o odmiennych od alkoholizmu dysfunkcjach. DDD – Dorosłe Dziecko z rodziny Dysfunkcyjnej, które nie jest DDA, nie ma co liczyć na bezpłatną pomoc. Ponadto wysunięcie na plan pierwszy problematyki DDA stwarza niebezpieczną pułapkę zaprzeczania jakimkolwiek dysfunkcjom dzieciństwa u tych, których rodzic czy rodzice alkoholikami nie byli. Czy jednak każde DDA lub DDD potrzebuje pomocy terapeutycznej? Dlaczego w ogóle ludzie po taką pomoc się zwracają?

W bogatej literaturze na temat DDA spotkać można różnorakie charakterystyki osób wychowanych w rodzinach z problemem alkoholowym. Podkreśla się, że ciągły stres, w jakim dorastały, przy jednoczesnym braku więzi emocjonalnych z rodzicami spowodował wypracowanie przez nie mechanizmów przystosowawczych, służących przetrwaniu. Mechanizmy te zależą od pełnionej przez dziecko roli (bohater rodzinny, kozioł ofiarny, maskotka, dziecko niewidzialne) i są przenoszone w dorosłe życie, w którym, mimo że znika konieczność ich stosowania, wykorzystywane są nadal. Obniża to jakość życia, czyni podatnym na różne emocjonalne zaburzenia i uzależnienia, uniemożliwia tworzenie zdrowych relacji. Niektórzy specjaliści podkreślają, że aby się z tych mechanizmów wyzwolić, konieczna jest trudna, głęboka i długoletnia psychoterapia, która w dodatku wcale nie gwarantuje pozytywnych rezultatów. Nie jest to moim zdaniem prawda.

Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) w Polsce obecnie trzy czwarte dzieci żyje w domach, w których przynajmniej jeden rodzic jest alkoholikiem. Biorąc pod uwagę, że rodzinne dysfunkcje, narażające dziecko na długotrwały stres oraz uniemożliwiające tworzenie więzi emocjonalnych, są efektem nie tylko alkoholizmu rodziców, można wyciągnąć wniosek, że niedługo gabinety psychoterapeutyczne rozmnożą się jak grzyby po deszczu, a klienci z syndromem DDA/DDD będą się do nich cisnąć drzwiami i oknami. To, że tak się dotąd nie działo i dziś tak się nie dzieje, może wynikać albo z faktu, że kiedyś rodziny były idealne, a ich dysfunkcje są zmorą naszych czasów i rezultatem upadku wartości moralnych, albo z nieuświadamiania sobie przez DDA/DDD ich problemu. Ów brak świadomości jest wynikiem typowego dla DDA/DDD mechanizmu zaprzeczania rzeczywistości. Rozważmy zatem obie możliwości.

Pierwsze wytłumaczenie wydaje się mało przekonujące – wystarczy sięgnąć do źródeł historycznych i zapoznać się z drastycznymi sposobami, w jaki dzieci były kiedyś traktowane przez dorosłych. Drugie też jest wątpliwe, ponieważ obecnie DDA, a w ślad za tym DDD, stały się popularnymi etykietkami, pozwalającymi usprawiedliwić życiowe kłopoty – zarówno własne, jak i osób bliskich. Odnoszę wrażenie, że rozpowszechnienie problematyki DDA/DDD wywarło odwrotny od zamierzonego skutek. Zamiast zachęcić do rozwoju osobistego i wzięcia odpowiedzialności za własne życie, spowodowało, że wiele Dorosłych Dzieci utkwiło w błędnym kole poczucia krzywdy i znalazło wygodną wymówkę, aby nic z tym nie robić. Nasuwa się również wątpliwość – skoro tak wielu ludzi jest DDA/DDD, to dlaczego jedni radzą sobie życiem i są szczęśliwi, a inni nie? Oczywiście zależy to od tego, jakie przyjmujemy kryteria radzenia sobie z życiem, jakimi normami się kierujemy i czym jest dla nas szczęście.

Szukając odpowiedzi, zapoznajmy się najpierw z klasycznymi objawami występującymi u osób z syndromem DDA/DDD, opisywanymi w różnych źródłach:

niechęć do zmian,

trudności w kontaktach z innymi ludźmi,

niezdolność do tworzenia trwałych związków uczuciowych,

niskie poczucie własnej wartości,

wrażenie izolacji i niedostosowania.

Jeśli zatem, kobieto, jesteś przebojowa i towarzyska, masz męża i dzieci, a osiągnięte przez ciebie sukcesy powodują, że czujesz się wartościowa i podążasz za aktualnymi trendami, powinnaś być szczęśliwa. Gdy natomiast wolisz spokojny tryb życia, jesteś introwertyczką, osobą samotną, nie masz się czym pochwalić i trudno ci znaleźć coś dla siebie w ofercie kultury masowej, to jesteś z góry skazana na nieszczęście. Ale nie martw się, wystarczy dostosować się do obowiązujących norm kobiety szczęśliwej – i sprawa załatwiona. A jeśli będziesz miała z tym problem, udaj się do psychologa po poradę, jak to zrobić, albo na terapię (na której tylko wzmocnisz swoje przekonanie, że coś jest z tobą nie tak).

Ten nieco szyderczy ton ma na celu wykazanie, że to nie bycie DDA/DDD, ale uznanie wzorców kulturowych za obowiązujące i chęć dostosowania się do nich często czynią ludzi nieszczęśliwymi. Powoduje, że zamiast żyć własnym życiem, w zgodzie ze sobą, i utożsamiać szczęście z poczuciem spełnienia, próbują odgrywać role według napisanego przez innych scenariusza.

My, kobiety, stoimy przed szczególnie trudnym zadaniem, bowiem scenariusz na nasze życie został utrwalony przez tysiąclecia patriarchatu. Dopiero od niedawna, mając te same prawa co mężczyźni, jesteśmy w stanie go zmieniać, sięgnąć do swojego potencjału i go realizować, same decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Pytanie: czy mamy odwagę to zrobić? Zazwyczaj miotamy się pomiędzy dwoma ekstremami – albo powielamy patriarchalny model kobiety, podporządkowanej mężczyźnie opiekunki domowego ogniska, całkowicie poświęcającej się rodzinie i dzieciom, albo przejmujemy męskie scenariusze, stajemy się kobietami niezależnymi, skupionymi na swoich karierach zawodowych, skłonnymi do podporządkowania sobie partnera i nazywania go „ojcem swoich dzieci”.

Rodzice byli dla nas pierwszymi i najważniejszymi autorytetami. To, jakie wzorce nam przekazali, jak nauczyli radzić sobie z trudnościami, jakie metody wychowawcze stosowali, decyduje o tym, w jakim stopniu stałyśmy się kobietami dojrzałymi, w pełni odpowiedzialnymi za własne wybory i dokonującymi ich świadomie. Dzieciństwo to niezwykle ważny dla każdego człowieka okres, przygotowujący go do dorosłego życia. Nasze dojrzewanie do dorosłości przebiega kilkuetapowo. Od momentu przyjścia na świat rozwijamy się po kolei w następujących obszarach:

poczucia bezpieczeństwa,

poczucia kobiecości,

poczucia własnej wartości,

poczucia bezwarunkowej miłości.

Jako niemowlęta, a potem małe dzieci nabywamy umiejętność przetrwania, w wieku przedszkolnym i szkolnym uczymy się funkcjonowania w relacjach z osobami tej samej i przeciwnej płci. Będąc nastolatkami, zaczynamy budować swoją wartość na bazie własnej indywidualności i wreszcie, w dorosłości, otwieramy się na doświadczanie bezwarunkowej miłości. Tak się dzieje, jeśli nasz rozwój przebiega prawidłowo. Jeśli nie – w obszarach tych mamy deficyty.

Ponieważ nie ma idealnych rodziców, każda z nas miała w mniejszym lub większym stopniu dysfunkcyjne dzieciństwo. Nie ma też idealnych warunków, żyjemy w świecie obfitującym w różnorakie wydarzenia i sytuacje, na które, jako dziewczynki, nie miałyśmy wpływu. Reakcją na nie były nasze emocje. Jeśli miałyśmy możliwość wyrażenia ich, jeżeli rodzice je zaakceptowali i wsparli nas w ich przeżywaniu, jeśli nie obarczyli nas odpowiedzialnością za to, co sami czują – otrzymałyśmy podstawową lekcję zarządzania emocjami. A gdy tego zabrakło, gdy nasze emocje – albo niektóre z nich – spotykały się z naganą rodziców, karami przez nich wymierzanymi, gdy nie uzyskałyśmy od nich emocjonalnego wsparcia, gdy zostałyśmy przez rodziców wpędzone w poczucie winy za ich własne nieszczęście, upokorzone lub zawstydzone albo całkowicie zostawione same sobie w trudnych dla nas chwilach, jeśli nasi rodzice nie potrafili zarządzać swoimi emocjami, to w jakimś obszarze jesteśmy niedojrzałe. I na tym tak naprawdę polega istota syndromu DDA/DDD – na braku umiejętności zarządzania emocjami.

Dorosłe Dziewczynkiz domów Dysfunkcyjnych nie potrafią zarządzać:

lękiem – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia bezpieczeństwa,

popędem seksualnym – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia kobiecości,

złością – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia własnej wartości,

smutkiem – jeśli mają deficyty w obszarze poczucia bezwarunkowej miłości.

Tu ważna dygresja: słowa „emocje” używam w szerokim kontekście tego, co czujemy – pozwala mi to używać popularnych, niekoniecznie ścisłych określeń emocji. W precyzyjnym ujęciu wyróżniamy emocje podstawowe, które są bezpośrednimi reakcjami na konkretne bodźce, oraz uczucia, będące stanami emocjonalnymi utrwalonymi w czasie. Obok emocji podstawowych i uczuć istnieją też popędy – z seksualnym na czele – instynkty, do których zalicza się choćby instynkt samozachowawczy, oraz nastroje – tło emocjonalne tego, co na bieżąco przeżywamy. Lęk jest uczuciem, emocją podstawową jest strach. Złość jest uczuciem, emocją podstawową jest gniew. Smutek to zarówno emocja podstawowa, jak i uczucie. Dla jasności wywodu w dalszej części książki będę używać szerokiego kontekstu znaczenia emocji, strach i lęk nazywając po prostu lękiem, a gniew i złość – złością, i obejmując pojęciem emocji także popęd seksualny.

Ponieważ nie ma idealnego dzieciństwa, każda z nas wyniosła z tego okresu bagaż deficytów, niedojrzałości w poszczególnych sferach i trudności w zarządzaniu emocjami. Bagaż ten utrudnia nam życie. Tylko od nas jednak zależy, co z nim zrobimy – czy będziemy go nieść, cierpiąc, czy poszukamy tragarza, który nam w tym pomoże, czy zastosujemy środek przeciwbólowy, by nie czuć jego ciężaru, czy też zechcemy się go pozbyć. Trud rozwoju osobistego polega właśnie na tym, aby ten worek bagażu rozwiązać i zobaczyć, co w nim jest. Powrócić do swego dzieciństwa, przypomnieć sobie krzywdy, które świadomie czy nieświadomie nam wyrządzono, traumatyczne sytuacje, których doświadczyłyśmy, poczuć emocje z tym związane i je świadomie przeżyć. W tym procesie potrzebujemy kogoś, kto okaże współczucie i zrozumienie dla naszych emocji, zaakceptuje je i wesprze nas w ich przeżywaniu – psychoterapeuty, który sam wcześniej odkłamał własne dzieciństwo (płeć jest dowolna, dla uproszczenia używam męskiej formy językowej). Potrzebujemy – jak to zgrabnie ujęła Alice Miller, światowej sławy psychoterapeutka, autorka wielu książek – empatycznego świadka. Następny krok to przyjrzenie się, jaki wpływ na nasze życie mają powstałe wskutek dysfunkcyjnego dzieciństwa deficyty. Jakie wyuczone w dzieciństwie zachowania, zwane mechanizmami przystosowawczymi, stosujemy, choć dawno już mogłybyśmy z nich zrezygnować. I dlaczego nie zrezygnowałyśmy – jakie korzyści odnosimy, używając ich? Szczere odpowiedzi na te pytania ujawnią nasz opór przed zmianami. Kolejny krok to dostrzeżenie, że ów bagaż deficytów zawiera w sobie olbrzymi potencjał rozwojowy, że krzywdy i traumatyczne doświadczenia można przekształcić w piękne jakości. Gdy nam się to uda, pozostaje ostatni etap – wybaczenie tym, którzy nas skrzywdzili, losowi, że nas tak srogo potraktował, a także sobie. Nie chodzi o zanegowanie tego, co się stało, zapomnienie o tym czy też zbagatelizowanie tego. Wybaczamy dla własnego dobra – po to, aby uwolnić się od naszej przeszłości, od dysfunkcji naszego dzieciństwa, a tym samym ostatecznie pozbyć się wyniesionych z tego okresu deficytów.

Brak umiejętności zarządzania emocjami to efekt dorastania w dysfunkcyjnych domach. Często impulsem, by się tego nauczyć, jest dopiero jakiś życiowy kryzys. Problemy w związku lub jego rozpad, odejście, zdrada partnera lub jego nałogi, choroba (nasza lub kogoś z rodziny), przemoc, której doświadczamy, utrata pracy lub stabilności finansowej, wypalenie zawodowe – to tylko niektóre z nich. Kryzysy życiowe i związane z nimi emocje są olbrzymią szansą, aby odkryć swoje deficyty i zacząć je niwelować, ale – znów – tylko od nas zależy, czy z tej szansy skorzystamy. Takiego impulsu, takiej szansy, nie mają te Dorosłe Dziewczynki, którym wszystko się układa, które wiodą ustabilizowane, w ich odbiorze szczęśliwe życie. Tym bardziej trzeba doceniać odwagę tych, które z własnej woli zdecydowały się podążać drogą – jak to pięknie określił M. Scott Peck – „rzadziej wędrowaną”, drogą osobistego rozwoju, która wcale nie jest łatwa.

Po pomoc psychoterapeutyczną sięgają zazwyczaj kobiety przeżywające problemy natury psychicznej – depresję, stany lękowe, przewlekły stres. W powszechnej opinii to one właśnie cierpią na syndrom DDA/DDD. W wielu przypadkach szukanie przez nie pomocy u specjalistów jest kolejną próbą zdjęcia z siebie odpowiedzialności za swoje życie. Oczekują od terapeuty rad, wskazania właściwych wyborów, cudownego lekarstwa, które rozwiąże ich problemy. Zadaniem dobrego psychoterapeuty jest pomoc w poszerzeniu świadomości klienta, aby mógł on dostrzec, że cały potencjał rozwojowy tkwi w nim samym. Aby mógł poznać swoje mechanizmy zachowań utrwalające jego deficyty i dokonać wyboru, czy chce się ich pozbyć. Jeśli tak – dobry terapeuta jest po prostu empatycznym świadkiem towarzyszącym klientowi w tym procesie. Nie jest to jednak świadek bierny, bo z jednej strony udziela wsparcia, gdy klient tego potrzebuje, a z drugiej – stawia przed nim rozwojowe wyzwania. Nieskuteczność wielu terapii, ich długotrwałość bez widocznych efektów bierze się przede wszystkim z nieuświadomionego oporu klienta przed wzięciem na siebie odpowiedzialności za rozwiązanie swoich problemów oraz z nieumiejętności dostrzeżenia tego oporu przez terapeutę. A także – niestety – z przejęcia odpowiedzialności przez terapeutę za rozwiązanie problemu klienta lub też z ustawienia się wobec niego w roli wszystko wiedzącego guru.

BEZPIECZNE I RYZYKOWNE SPOSOBY RADZENIA SOBIE Z EMOCJAMI

Wszelkie nasze problemy w dorosłym życiu wcale nie są skutkiem tego, co nam się na bieżąco przytrafia, wydarzeń, które oceniamy jako dobre czy złe, słusznych czy błędnych decyzji ani losu, który albo jest dla nas łaskawy, albo zadaje kolejne ciosy. Problemy wynikają z tego, że nie potrafimy zarządzać powstałymi wówczas emocjami. Przyjęło się dzielić emocje na pozytywne i negatywne. Przyjęło się też, że szczęście polega na odczuwaniu wyłącznie tych pierwszych i nieobecności drugich. Tymczasem emocje są, jakie są, każda jest potrzebna i każda czemuś służy – cała sztuka polega na umiejętności zarządzania nimi. Niestety, tej sztuki zazwyczaj nie nauczono nas w dzieciństwie. Co więcej, rodzice – albo inni dorośli – w procesie wychowania często obdarzali nas niefortunnymi wzorcami i szkodliwymi przekazami na temat emocji. W szkole wtłaczano nam do głowy wiedzę z różnych przedmiotów, ale pominięto tę najbardziej przydatną – wiedzę o tym, czym są emocje i jak się z nimi obchodzić, czyli o czymś, z czym będziemy miały do czynienia przez całe życie.

Jednym z objawów braku umiejętności zarządzania emocjami jest podatność na stan tak zwanego porwania emocjonalnego, określany też jako zalanie się emocjami. To stan, w którym emocje osiągają bardzo wysokie natężenie i zaczynają rządzić naszymi zachowaniami oraz myślami. Pozbawione możliwości racjonalnego decydowania o tym, jak się zachowujemy i jak myślimy, tracimy kontrolę nad tym, co się z nami dzieje. Zalanie się lękiem to atak paniki, zalanie się popędem seksualnym to utrata kontroli w obszarze seksualnych zachowań, zalanie się złością to wybuch wściekłości połączony z agresją, a zalanie się smutkiem – depresja. Co ciekawe, można się również zalać radością – stan taki nazywany jest manią. Wymieniam tu stany ekstremalne, zalanie emocjami może wystąpić w mniejszym nasileniu, mówimy wówczas „lęk mnie paraliżuje”, „straciłam dla niego głowę”, „poniosło mnie” albo „jestem kompletnie zdołowana”. Albo też, tak jak w stanie zakochania, widzimy świat przez różowe okulary.

Ponieważ boimy