Domek nad morzem - Maria Ulatowska - ebook + książka

Domek nad morzem ebook

Maria Ulatowska

4,2

Opis

Opowieść o tym, że mimo przeciwności losu, marzenia się spełniają. Czasami nawet, a może właśnie wtedy, gdy już przestajesz w nie wierzyć. Pięćdziesiąt lat życia Ewy i jej przyjaciół obfituje w wydarzenia wspaniałe i dramatyczne. Są narodziny, śmierć, małżeństwa, zdrady, miłości, przyjaźnie, zwątpienia, osobiste tragedie, pragnienia... Warszawa, Bydgoszcz, Trójmiasto – tam dzieje się wszystko. To historia o tym, jak los przejmuje inicjatywę, czasem wystarczy mu tylko pomóc, mocno wierzyć i bardzo chcieć, by wszystko się udało. „Domek nad morzem” to moja trzecia książka, ale można powiedzieć, że od niej wszystko się zaczęło. Bo losy pewnej dziewczynki, jej marzenia i dążenie do ich realizacji… coś mi dziwnie przypominają. Gdyby nie było tej dziewczynki, nie byłoby mnie i moich książek. Gdyby nie moje umiłowanie Trójmiasta, a najbardziej – Klifu Orłowskiego; poezji K. I. Gałczyńskiego oraz zwierząt – nie byłoby tej książki. Maria Ulatowska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

Maria Ulatowska

Domek nad morzem

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Barbarze – mojej ukochanej szwagierce i przyjaciółce

Pewne wydarzenia dzieją się bez naszego wpływu na bieg rzeczy.

Ale gdyby się nie stały, nie wydarzyłyby się także te następne…

Rozdział 1

– Zdobyłem dwa kilogramy huby. Jednak co Bazar Różyckiego, to bazar. Może tam i drogo, ale za to kupić można wszystko – zawołał od progu Władek, bratanek dziadka Ewy, zdejmując płaszcz i otrzepując go z kropli deszczu padającego przez cały dzień.

– O, wujek! – ucieszyła się Ewunia. – Co mi przyniosłeś?

– Tym razem, słoneczko, nic ci nie przyniosłem, przepraszam, poprawię się jutro – odpowiedział Władek, który takim prawdziwym wujkiem Ewy właściwie nie był. Był stryjecznym bratem Ewy mamy, więc kim był dla Ewy?

Roztrząsać tego zagadnienia nie chciało się nawet babci Rozalii, toteż cała rodzina przyjęła, że status wujka jest najlepszym rozwiązaniem i nikt w ogóle nie zamierzał tego zmieniać.

Czterdziestosiedmioletni Władek mieszkał przy Nowogrodzkiej z całą swoją warszawską rodziną, bo po rozwodzie z żoną – gdy honorowo się wyprowadził – nie miał się gdzie podziać. A do tej jego warszawskiej rodziny należeli: Rozalia i Wacław Dunińscy, dziadkowie Ewuni; Krystyna i Jerzy Brzozowscy – rodzice Ewuni; no i sama Ewunia, oczywiście najpiękniejsze i najmądrzejsze dziecko świata. Jednak, niestety, nie najszczęśliwsze, bo – choć o tym nie wiedziała – jej mama była bardzo, bardzo chora.

Babcia Rozalia gwałtownie wyrwała Władkowi torbę z ręki i krusząc kawałki huby drzewnej prawie na trociny, wsypała odmierzoną porcję do garnka. Zalała ją wodą i stała przy kuchni, czekając, aż się zagotuje. Wtedy zdjęła garnek z ognia, dołożyła kilka fajerek i postawiła wywar z powrotem. Stała przy nim i pilnowała, żeby się nie gotował, tylko zaparzał. Miał się tak parzyć przez kwadrans, a potem trzeba go było zdjąć z ognia i trzymać jeszcze piętnaście minut pod ściśle przylegającą przykrywką.

– Babuniu, a co to będzie? – spytała Ewunia, zainteresowana całą tą procedurą.

– Lekarstwo dla mamy, dziecko – odpowiedziała z roztargnieniem babcia, ocierając dyskretnie łzy.

Mama Ewuni była umierająca. Chorowała na raka. Nowotwór dwa lata temu zaatakował jej pierś. Lekarze robili, co mogli, najpierw przeprowadzono amputację, potem zastosowano – jak to się wówczas nazywało – naświetlanie radem. Trochę pomogło, lekarze dawali nadzieję przynajmniej na kilka lat życia, pod warunkiem stałej kontroli i powtarzania naświetlań co jakiś czas.

Dla Krystyny każdy przeżyty dzień był ważny, bo jej córeczka w momencie ujawnienia się choroby miała zaledwie siedem lat. Ojciec Ewy, historyk, wykładowca uniwersytecki, nie nadawał się na męża, a tym bardziej na ojca, ponieważ żył i istniał tylko i wyłącznie dla swojej pasji, która szczęśliwie dawała mu zatrudnienie i zarobek, niezbyt duży zresztą. Reszta świata, w tym także rodzina, istniała gdzieś tam obok, równolegle, niezależnie i niezobowiązująco. Krystyna podejrzewała nawet, że gdyby małżonek przeszedł na ulicy obok swojej córeczki, zapewne w ogóle by jej nie zauważył ani nie poznał.

Ewunia, jak każde dziecko, spragniona była miłości i akceptacji – nie tylko matki, ale i ojca. Gdy była malutka, nie czuła, że od ojca jej nie dostaje, a teraz już zaczynało jej trochę tego brakować. Mama przytulała ją, całowała i chwaliła, rozmawiała z nią, a tata? Tata tylko czytał książki. O ile, oczywiście, był w domu.

Jedyną rzeczą, którą wpoił jej ojciec i która ich łączyła, była właśnie miłość do słowa pisanego.

– Poczytaj mi, tatusiu – prosiła Ewa.

I Jerzy czytał jej książkę, którą akurat miał pod ręką. A że umiłował historię starożytną, Ewa znała prawie na pamięć wszystkie mity greckie, rzymskie, hebrajskie i egipskie, czyli te, które najbardziej fascynowały ojca. Ale czytywał jej też baśnie Andersena, wiersze Brzechwy, „Akademię Pana Kleksa”, „Kubusia Puchatka” i inną klasykę dziecięcą – bo te książki też lubił. Zresztą sam w zasadzie był dużym dzieckiem.

Owo wspólne wieczorne czytanie stało się tradycją, której przestrzegali obydwoje – ojciec i córka – nawet gdy Ewa umiała już sama czytać. Stanowiło to w zasadzie jedyną więź, jaka między nimi istniała. Nie dlatego, że Jerzy był złym człowiekiem.

On był po prostu… dysfunkcyjny.

Krystyna i jej rodzice mieszkający razem z nimi przyzwyczaili się do Jerzego i zaakceptowali go takim, jaki był. Nie mieli zresztą innego wyjścia – nie, nie, inaczej – inne wyjście nie przyszłoby im w ogóle do głowy.

Jednak według Ewy tata czytał jej za rzadko. Nie znaczy to, że za rzadko z nią był. Za rzadko jej czytał.

Krystyna chciała więc żyć jak najdłużej, bo wiedziała przecież, że Jerzy dziecka nie wychowa. A jak długo będą żyli jej rodzice… Gdy zdiagnozowano u niej nowotwór, jej matka miała już sześćdziesiąt sześć lat, a ojciec siedemdziesiąt pięć i obydwoje nie byli najzdrowsi.

Córeczkę kochała wprost nieprzytomnie, urodziła ją w wieku trzydziestu czterech lat, po dziesięciu latach czekania na dziecko. Ciąża – i wymarzona dziewczynka – to było dla niej największe szczęście. Rak, który zaatakował Krystynę po siedmiu szczęśliwych latach, niezakłóconych nawet tym, że męża ma, ale jakoby go nie miała, był strasznym ciosem nie tylko dla niej, ale i dla jej rodziców. A także dla Jerzego, oczywiście wówczas, gdy zdawał sobie z tego sprawę, a więc kiedy przebywał w domu. Czyli raczej rzadko…

Jednak nie dla Ewuni, która – jako siedmiolatka – niestety, a może na szczęście – nie zdawała sobie z niczego sprawy. Dla Ewy nawet chwile po zdiagnozowaniu nowotworu u matki, po jej powrocie ze szpitala, były najszczęśliwsze w życiu. Prowadzenie gospodarstwa domowego przejęła bowiem w całości babcia Rozalia, a Krystyna, która otrzymała rentę inwalidzką, nie musiała więc pracować (a zresztą nie mogła, nawet gdyby chciała), cały swój czas poświęcała dziecku. Razem chodziły na spacery, niezbyt dalekie wprawdzie, bo mama szybko się męczyła, jednak Ewa miała ją teraz dla siebie częściej i dłużej niż przedtem. Razem odrabiały lekcje, bo choć dziewczynka nie potrzebowała żadnej pomocy, polubiła obecność matki i jej pochwały za wszystko, co zrobiła.

Ewa nauczyła się czytać w piątym roku życia, wypytując, co jest napisane na każdym szyldzie sklepowym, który dostrzegła. I po pewnym czasie zaczęła kojarzyć litery, które same układały jej się w słowa.

Któregoś dnia, w kościele, babcia Rozalia spostrzegła, że dziewczynka przewraca kartki książki do nabożeństwa, poruszając leciutko ustami. Nie chciała rozmawiać w trakcie mszy, ale gdy tylko wyszły z kościoła, spytała:

– Ewuniu, a czemu tak odwracałaś kartki książeczki?

– No, bo ja, babuniu, czytałam modlitwę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Nie rozumiem tam wielu słów, ale czytałam to, co rozumiałam.

– Co ty, dziecko, opowiadasz? – zdziwiła się babcia. – Jak to: czytałaś? Przecież nie umiesz czytać.

– Babuniu! – obraziła się pięcioletnia Ewunia. – Mówię ci przecież, że czytałam tylko to, co potrafiłam przeczytać. Ale umiem czytać. Coraz lepiej umiem.

W oczach Ewy błyszczały łzy. Jej ukochana babunia – Ewa nigdy nie mówiła „babcia”; pani Rozalia zawsze była dla niej babunią (tak jak pan Wacław był dziadziusiem) nie wierzy, że ona umie czytać. Opuściła głowę, nie chcąc pokazać, jak bardzo jej przykro. A babcia jak najszybciej ciągnęła ją za rączkę do domu, chciała bowiem oznajmić wszystkim, że Ewa umie czytać. Uwierzyła jej oczywiście, bo dziewczynka nigdy nie kłamała i nie miała skłonności do fantazjowania, jak większość dzieci. Do głowy jej nie przyszło, że Ewa wzięła jej słowa za niedowierzanie i że popłakała trochę z tego powodu.

– Krysiu – zawołała od progu pani Rozalia – czy wiesz, że to dziecko umie już czytać?

Krystyna, która właśnie wychodziła z Jerzym i panem Wacławem do kościoła (babcia wolała wcześniejszą mszę, a Ewunia raz szła z babunią, raz z rodzicami), roześmiała się tylko.

– Pewnie, że wiem, przecież to dziecko Jerzego, prawda?

A Jerzy czytał tak, jak oddychał, odruchowo i bezwiednie, więc nikt w rodzinie nie powinien się dziwić, że jego dziecko będzie tak samo się zachowywać. Zresztą, prawdę mówiąc, cała rodzina kochała książki.

– Ewuniu – babcia Rozalia ukucnęła przed nią – przepraszam, że nie wierzyłam, że ty umiesz czytać. Po prostu nie wiedziałam. Ale teraz już wiem i jestem z ciebie bardzo, bardzo dumna.

No i wszystko już było w porządku.

Ewa lubiła, jak wszystko było w porządku. W sumie była cichym i spokojnym dzieckiem. Jedyny kłopot, jaki sprawiała rodzinie, stanowiła jej niechęć do jedzenia. Wszystko było niedobre – to za tłuste, to miało wstrętne żyły, a w tym, o zgrozo, była cebula. Na cebulę reagowała wręcz histerycznie, tolerowała tylko surową, do pomidora albo do śledzia – bo śledzie, o dziwo, lubiła. Dodanie cebuli w innej postaci do jakiejkolwiek potrawy czyniło to danie dla Ewy niejadalnym. Wyczuwała nawet cebulę zmieloną w maszynce i od razu odstawiała talerz. Nie można jej było oszukać. Cała rodzina – chcąc nie chcąc – nauczyła się więc jeść potrawy z czosnkiem, zamiast z cebulą. Czosnek Ewa tolerowała.

Jako dwu-, trzyletnie dziecko nie chciała jeść prawie nic, co jej mamę wprawiało po prostu w rozpacz. W końcu Jerzy przypadkiem znalazł na to lekarstwo. Siadał obok córeczki i dopóki jadła, czytał jej książkę. Ewa jadła więc, choć powolutku. Potem to czytanie przy posiłkach wymuszała na innych członkach rodziny, bo Jerzy, wiadomo, czasem był w domu, ale częściej go nie było.

Ewa zawsze była więc drobniutka i szczuplutka, a jej największy urok stanowiła ogromna masa włosów, jasnobrązowych, długich, bardzo mocnych i gęstych, z miłością splatanych przez mamę w dwa grube warkocze. Oczy miała zwyczajne, niebieskie, ale czasami robiły się prawie granatowe – gdy dziewczynka się złościła. Rzecz w tym, że Ewa nie złościła się prawie nigdy.

Jako jedynaczka, sama pośród pięciorga dorosłych osób w domu, nauczyła się nie absorbować otoczenia. Z wyjątkiem próśb o czytanie, ale te w zasadzie spełniali wszyscy chętnie, kto akurat miał czas. Dopóki nie nauczyła się sama czytać, w chwilach, w których nikt się nią nie zajmował, najchętniej siadywała sobie w ulubionym kąciku w kuchni, sadzała obok siebie ukochanego misia i opowiadała mu różne bajeczki. Te, które czytał jej tata, albo te, które same układały jej się w głowie. Ewunia bowiem od zawsze wiedziała, że kiedyś w życiu będzie pisać książki. Lalkami nie lubiła się bawić. Miś, o imieniu Miś, był jej najwierniejszym i najstarszym przyjacielem. Kiedyś nawet, ponieważ Miś był już wiekowy, powycierany i brudny, babunia, myśląc, że sprawi wnuczce przyjemność, kupiła jej nowego misia, a starego wyrzuciła do kubła ze śmieciami. Ewie ten nowy wcale się nie spodobał, a gdy na pytanie, gdzie jest jej Miś, usłyszała, że został wyrzucony, wpadła po prostu w histerię. Łkała i zanosiła się tak gwałtownym płaczem, że babunia natychmiast wyciągnęła starego Misia z kubła; wyczyściła, jak można było, i powiedziała Ewie, że Miś się odnalazł. Dziewczynka uspokoiła się natychmiast, przytuliła Misia, a temu nowemu powiedziała, żeby się nie martwił, bo też może z nią mieszkać, ale spać będzie na krzesełku obok półki z książkami. Z Ewą spał bowiem tylko jej stary najukochańszy Miś. Był powycierany i nie najczyściejszy, co jej wcale nie przeszkadzało. Już nigdy nikomu w całej rodzinie nie przyszło do głowy, żeby Ewuni kupić jakiegoś nowego pluszaka. Ona swojego ukochanego już miała. Od zawsze. I tak miało pozostać. Od zawsze miała również swoich rodziców oraz dziadków – i według niej, Ewy, też tak miało być.

*

Gdy Ewa nauczyła się pisać, poprosiła mamę, żeby kupiła jej jak najgrubszy zeszyt w twardej okładce.

– Mamuniu, przecież wiesz, że będę pisarką – odpowiedziała, zapytana, po co jej taki zeszyt. – Więc muszę się wprawiać, prawda? Wobec tego postanowiłam pisać pamiętnik.

Zeszyt oczywiście dostała.

*

Nazywam się Ewa Brzozowska i kiedyś chcę być pisarką. Mieszkam w Warszawie, stolicy naszego kraju. To najpiękniejsze miasto świata, chociaż jeszcze bardzo zniszczone. Tak mówią moi rodzice, a ja im wierzę. Sama jeszcze żadnego innego miasta nie widziałam, ale jak zostanę sławną pisarką, to pojadę wszędzie.

Mieszkam z mamą i tatą, babunią i dziadziusiem oraz wujkiem Władkiem. To moja rodzina.

Mam też Misia, który jest moim najlepszym przyjacielem, i jemu najpierw opowiadam te wszystkie bajki i inne historie, które kiedyś napiszę. Dopiero potem mamie, ale jak Miś powie, że coś mu się nie podoba, to mamie już tego nie opowiadam. To właśnie powiedziała mi mama: ze zdaniem Misia należy się liczyć, bo on jest już bardzo stary i w związku z tym ogromnie mądry.

Bardzo chciałabym mieć psa, ale mama mówi, że nie mamy warunków. Nie bardzo rozumiem, co to znaczy, domyślam się tylko, że to znaczy NIE. Trudno, psa będę miała, jak już będę duża.

Mam osiem lat, pisać umiem już od dwóch lat, ale do tej pory jeszcze nie prowadziłam pamiętnika. Mamusia powiedziała mi, że mam tu zapisywać wszystkie wydarzenia z mojego życia, bo to pomoże mi zostać kiedyś pisarką. Będę więc tak robić.

Moja mama mówi, że Miś jest mądry, bo jest stary, ale czy tylko ktoś stary może być mądry? Ja uważam, że najmądrzejsza jest moja mama. A ona wcale nie jest stara. Ja też jestem mądra, tata mówi, że to po nim, ale ja myślę, że raczej po mamie i po babuni. W szkole mam same piątki, ale w szkole wszystko jest łatwe i każdy może mieć piątki, chyba że mu się nie chce jak temu rudemu Markowi, który siedzi w drugiej ławce. On tylko lubi gadać i wiercić się, nie słucha pani i nie uważa. I prawie nie umie czytać, a ja tego w ogóle nie rozumiem.

Taki był pierwszy wpis w pamiętniku Ewy. Potem pisała prawie codziennie, skrupulatnie pokazując swoje notatki mamie, która zawsze ją chwaliła.

Ale od pewnego czasu mama już tylko leżała w łóżku i czasami w ogóle nie mogła czytać.

– Córeczko, kochanie, bardzo mnie boli głowa i nie dam rady czytać – mówiła. A na propozycję, że w takim razie Ewa jej głośno poczyta, mówiła: – Idź, malutka, poczytaj babuni, bo ja słuchać też nie dam rady.

Dziewczynka szła więc do babuni i płakała, a babunia płakała razem z nią.

Ja jestem mądra, bo wiem, że trzeba słuchać starszych, którzy żyją tak długo, że wszystko wiedzą lepiej. Jak na przykład moja babunia, którą kocham najbardziej zaraz po mojej mamie. Babunia wytłumaczyła mi, dlaczego teraz mama już nie bawi się ze mną tak często, jak dawniej. Kiedyś codziennie chodziłyśmy do parku, na huśtawki i na zjeżdżalnię, a teraz mamusia najczęściej leży w łóżku i ma taką smutną minę. Chociaż jak wracam ze szkoły i opowiadam, co robiłam przez cały dzień, to cieszy się i śmieje razem ze mną. Ale nie zawsze, czasami mówi, że się źle czuje. I kiedyś widziałam, że bardzo płakała. Babunia mówi, że mama jest bardzo chora i płacze, bo się martwi, że nie może się ze mną bawić.

Więc jak poszłam z babunią do kościoła, to się modliłam do Najświętszej Panienki o zdrowie dla mamy. Babunia mi powiedziała, że mam się jak najczęściej o to modlić, a ja zawsze robię, co mi mówi babunia.

Modliłam się najlepiej, jak umiałam, i bardzo chcę, żeby to pomogło.

*

Życie jednak, jak wiadomo, na ogół nie stosuje się do naszych życzeń.

Nowotwór, który najpierw zaatakował pierś Krystyny, po dwóch latach dał przerzuty do jamy brzusznej, na trzustkę i wątrobę. Mamę Ewy wypisano ze szpitala z diagnozą: „nic już więcej dla chorej zrobić nie można”. Rodzina jednak – jak to rodzina – czepiała się wszystkich zasłyszanych rad i przesądów. Ostatnio najmodniejszym środkiem na raka była huba drzewna, toteż wszystkie znajome i sąsiadki przychodziły po kolei do mieszkania Brzozowskich, przynosząc przepisy na wywar z huby, który pity codziennie podobno miał czynić cuda. Zdobycie huby w Warszawie było dość trudne, ale nie niemożliwe. Jak zawsze była to jedynie kwestia ceny. Kto jednak zważa na koszty, gdy w grę wchodzi życie najbliższych osób?

Niestety, bez względu na skuteczność wywaru z huby drzewnej, dla Krystyny Brzozowskiej było już za późno.

Z Bydgoszczy przyjechała druga córka babci Rozalii, Alicja Kotwiczowa, z mężem, Aleksandrem. Była to już wtedy kwestia dni, a może nawet godzin.

– Alu, tak się martwię o swoje dziecko… – wyszeptała Krystyna, leżąc bezwładnie w łóżku i trzymając siostrę za rękę. – Jestem pewna, że dopóki żyje mama, Ewusia będzie miała dobrą opiekę, ale co potem? Wiesz, jaki jest Jerzy… Nie interesuje go nic poza jego ukochaną historią, książkami i studentami.

– Krysieńko, nie martw się o to – odrzekła Alicja, łykając łzy. – Przysięgam ci, że zaopiekuję się Ewą, gdyby to było konieczne.

We wtorek, gdy Ewa wróciła ze szkoły, a chodziła już do trzeciej klasy, na krześle przed drzwiami do pokoju mamy siedział dziadek Wacław.

– Przepraszam, dziadziusiu, odsuń się, muszę wejść do mamusi – poprosiła Ewa. – Czeka już na mnie i muszę jej opowiedzieć, co było w szkole.

Zza drzwi, przed którymi siedział dziadek, rozległ się nagle rozpaczliwy krzyk:

– Co pani robi? Przecież pani ją okropnie poparzy!

A po chwili do uszu Ewy i jej dziadka dobiegł głos Alicji:

– No, cicho, mamo, cicho, uspokój się, przecież ona już nic nie czuje.

– Dziadziusiu, wpuść mnie, natychmiast, babunia krzyczy, coś się tam dzieje – zaczęła płakać Ewa.

Dziadek nie ruszył się jednak ze swego miejsca, choć sam był ogromnie zdenerwowany i też chciał wiedzieć, co się stało. Kazano mu jednak siedzieć na krześle i za nic nie wpuścić Ewy do matki, więc siedział.

A stało się to, że wreszcie nastąpił kres męczarni Krystyny. Zmarła przed godziną; młoda lekarka z pogotowia chciała mieć stuprocentową pewność, że osoba, do której ją wezwano, na pewno nie żyje. Poprosiła więc o świecę, zapaliła ją i gdy zebrało się już trochę gorącej stopionej stearyny, polała nią brzuch zmarłej. Innego sposobu na absolutnie pewne stwierdzenie śmierci nie mogła wymyślić.

Tak więc ów swoisty test potwierdził, że Krystyna Brzozowska z całą pewnością odeszła z tego świata.

Chociaż lekarka z pogotowia i towarzyszący jej sanitariusz już wyszli, Ewy w dalszym ciągu do pokoju zmarłej nie wpuszczano. Krystynę trzeba było umyć, uczesać, a potem przywieźć trumnę, słowem – załatwić wszystkie te ostatnie posługi, jakie rodzina mogła zmarłej oddać. Dziewczynkę zaprowadzono do drugiego pokoju, gdzie babcia Rozalia i ciocia Alicja wytłumaczyły jej, jak umiały, że ona, Ewa, już nie ma mamy. Miała dziewięć lat i wiele już rozumiała, choć do tej pory nigdy bezpośrednio ze śmiercią się nie zetknęła.

Był rok 1957.

*

Babunia powiedziała mi, że mama umarła. Ja tego nie rozumiem. Dlaczego ludzie muszą umierać? Dlaczego Najświętsza Panienka nie spełniła mojej prośby? Przecież modliłam się o to codziennie. I byłam grzeczna.

I co teraz będzie? Jak ja będę żyć bez mamy?

Dobrze, że mam Misia. On płacze razem ze mną.

Płacze też babunia. Dobrze, że mam babunię. Mam nadzieję, że ona nie umrze. Chociaż jest już przecież bardzo stara.

Tatuś powiedział, że nie wie, dlaczego mama umarła. To znaczy powiedział, że umarła, bo była bardzo chora. Ale nie wytłumaczył mi, dlaczego akurat moja mama musiała być tak bardzo chora, żeby umrzeć.

Jaka szkoda, że ja nie jestem w ogóle podobna do mamy. Wszyscy mówią, że jestem wykapany ojciec. Chyba to znaczy, że jestem podobna do taty. Ale wolałabym być podobna do mamy, bo moja mamusia była piękna. Miała czarne włosy i brązowe oczy. I zawsze miała taką miłą minę.

Tu wklejam zdjęcie mamusi. I tutaj będzie zawsze ze mną.

Ja uważam, że jestem brzydka. Włosy mam takie jakieś nijakie, a oczy zwyczajne, niebieskie. Nudne, prawda? Jestem mała i chuda. Mam cienkie nogi i ręce.

Mama mówiła, że jestem śliczna, a jak urosnę, to będę najśliczniejsza. Ale teraz mamy nie ma, więc kto mi to będzie mówił? Babunia, jak kiedyś spytałam, czy uważa, że jestem ładna, powiedziała, że ludzie dzielą się na głupich i mądrych, a nie na ładnych i brzydkich. No i nie wiem, co ona myśli. Tata na każde moje pytanie odpowiada: „tak, tak, kochanie”, więc już przestałam go o cokolwiek pytać.

Dlaczego moja mama umarła? Dlaczego umarła teraz, a nie za sto lat?

*

Po pogrzebie, który odbył się na warszawskich Powązkach, Alicja i Aleksander Kotwiczowie wrócili do Bydgoszczy, gdzie mąż Alicji był znanym i poważanym stomatologiem. Mieli bardzo ładne spore mieszkanie przy alei Adama Mickiewicza, w centrum miasta, niedaleko pięknego parku. Aleksander prowadził prywatną praktykę dentystyczną, pracował także w szpitalu jako specjalista chirurgii szczękowej. Alicja natomiast była zatrudniona na pół etatu w bibliotece miejskiej, chociaż właściwie pracowała jedynie dla przyjemności.

Ewa została z ojcem i z dziadkami w Warszawie.

Jej ojciec, z wykształcenia historyk z tytułem docenta, wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Wprawdzie nieco trudno byłoby mu uczyć historii współczesnej, z której znał trochę inne fakty niż te w obowiązujących podręcznikach, ale ponieważ jego pasją i konikiem była starożytność, więc na szczęście z historią współczesną nie musiał mieć nic do czynienia. Uczył studentów tej swojej umiłowanej historii starożytnej, a poza tym każdą wolną chwilę spędzał w bibliotekach i antykwariatach.

Tak szczerze mówiąc, śmierci żony prawie nie odczuł. Krystyna chorowała dwa lata i w tym czasie ich życie małżeńskie w ogóle nie istniało. Jerzy wracał do domu, zjadał jakąś kolację, z roztargnieniem głaskał Ewę po głowie i zaszywał się w swoim kącie za parawanem w kuchni, gdzie wstawił sobie wąski tapczan i przykręcił do ściany lampkę. A właściwie to lampkę przykręcił mu teść, bo Jerzy sam nie umiałby sobie z tym poradzić. Prawie wszystkie „dzienne sprawy” go przerastały. Dość powiedzieć, że każdego ranka przed pójściem na uniwersytet wstępował do fryzjera, który golił go w zamian za korepetycje z polskiego udzielane jego dwunastoletniemu synowi. Gdyby ktoś powiedział Jerzemu, że samodzielne ogolenie się – szczególnie od chwili wynalezienia żyletki – jest bardzo proste, ogromnie by się zdziwił. I w ogóle by nie uwierzył. W dalszym ciągu chodził więc do swojego fryzjera.

Jego teściową, babcię Ewy, szalenie denerwował taki tryb życia. Nie rozumiała, jak można żyć, będąc tak oderwanym od rzeczywistości. Czytać – owszem, sama też czytała – ale nie tak obłąkańczo, jak jej zięć. Najchętniej wziąłby też jakąś książkę na pogrzeb żony, myślała z przekąsem. I złość ją ogarniała, gdy patrzyła, jak Jerzy żyje „obok” swojego dziecka. A Ewie przecież tylko on został.

Jednak to dziadkowie, nie ojciec, byli najbliższą rodziną dziewczynki. Ewa dzielnie i w milczeniu starała się znosić swoją żałobę. Pani Rozalia znała jej mantrę, która brzmiała: „zawsze jestem silna i dzielna”. Babcię to martwiło, bo tak małe dziecko powinno być bardziej otwarte, płakać, skarżyć się, pytać, okazywać ból, buntować się, szukać pociechy. Dla jej wnuczki pociechą był tylko Miś – i książki.

A Ewa od małego była w istocie silna i dzielna. Oraz samodzielna. „Mama, Ewunia siama!” – krzyczała, gdy Krystyna chciała jej pomóc przy wkładaniu bucików. „Ewunia siama” – upierała się kategorycznie, gdy dziadek chciał jej pokroić jedzenie na talerzu. „Babuniu, ja sama” – mówiła, gdy babci kiedyś wpadło do głowy, żeby odprowadzić dziewczynkę do szkoły.

Mimo wszystko babcia Rozalia postanowiła porozmawiać z Jerzym, wytłumaczyć mu, że powinien teraz w sposób bardziej szczególny zająć się córką, poświęcać jej więcej uwagi, czasu i uczucia.

– Mamo, nie rozumiem, o czym mama mówi. – Jerzy był autentycznie zdumiony. – Przecież czytam Ewuni prawie codziennie wieczorem, choć ona doskonale potrafi to robić sama. Ale czytam właśnie, żeby widziała, iż przy niej jestem i że ją bardzo kocham.

Po takiej odpowiedzi babcia zaprzestała wszelkich dyskusji ze swoim zięciem.

A Jerzy, widać zmotywowany słowami teściowej, postanowił udowodnić swoje przywiązanie do Ewy i powrócił do domu wieczorem z… kolejną książką.

– Ewuniu – powiedział po kolacji, wyciągając prostokątny pakunek z kieszeni płaszcza. – Kupiłem ci zbiór wierszy mojego ulubionego i najbardziej przeze mnie, a zresztą nie tylko przeze mnie podziwianego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Chodź, kochanie – wstał i przeszedł za parawan, za którym stał jego tapczan. – Usiądź tu koło mnie, poczytamy sobie razem.

Pani Rozalia spojrzała na męża i wzniosła oczy ku niebu. A jej mąż pokiwał tylko głową i mruknął pod nosem:

– A niby czego ty się spodziewałaś, kobieto?

A Ewa zakochała się – już na zawsze – w wierszach Gałczyńskiego.

Rodzina Ewy mieszkała w starym, ocalałym z wojny budynku przy Nowogrodzkiej. Kamienica była przeznaczona do rozbiórki, stwarzała bowiem zagrożenie dla życia mieszkańców, a poza tym przecież cały naród odbudowywał swoją stolicę i takie domy, jak ta rudera, powoli znikały z ulic miasta.

Zatem w roku 1959 i ten dom rozebrano, a jego mieszkańcy otrzymali lokale komunalne na krańcach Warszawy. Jerzy Brzozowski z córką i jego teściowie dostali dwa pokoje na warszawskich Bielanach, niedaleko Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego. Władysław Duniński otrzymał kawalerkę w pobliżu.

Ewa nie mogła zrozumieć, dlaczego muszą się wyprowadzić z miejsca, w którym mieszkała przez całe swoje – już jedenastoletnie – życie. Dla niej ten dom był ładny, a do jej świadomości w ogóle nie docierało niebezpieczeństwo jakiejś katastrofy budowlanej. Lubiła te swoje stare kąty, lubiła całe Śródmieście, a nade wszystko – Pałac Kultury i Nauki, gdzie uczęszczała na różne zajęcia do Pałacu Młodzieży, nawet uczyła się tam angielskiego. Chodziła sama, bo z Nowogrodzkiej było tam blisko, zresztą po prostu od małego musiała być samodzielna. I była.

Teraz mieli zamieszkać strasznie daleko od Pałacu Kultury, więc tym bardziej nie chciała się przeprowadzać. Rzecz w tym, że nie od niej to zależało…

*

Mamy nowe mieszkanie, ale nie podoba mi się, bo jest bardzo małe. Składa się tylko z dwóch pokoi i malutkiej kuchni. Łazienka też jest mikroskopijna (nauczyłam się nowego słowa – „mikroskopijny” – i bardzo je lubię!). Na Nowogrodzkiej mieliśmy trzy pokoje: w jednym mieszkała babunia z dziadziusiem, w drugim mama, tata i ja, a w trzecim, takim najmniejszym (mikroskopijnym), wujek Władek. Była też duża kuchnia, taka duża, że nawet stał tam tapczan, na którym spał tata, gdy mamusia była już bardzo chora. I w tej kuchni mieścił się jeszcze duży stół z sześcioma krzesłami. Tu, w tym nowym mieszkaniu, jest bardzo ciasno. Ja mieszkam w jednym pokoju z tatą, a w drugim babunia z dziadziusiem. Wujek Władek dostał swoje mieszkanie, pokój z kuchnią, w innym domu. Tu na taki dom mówi się „blok”. Czyli wujek Władek mieszka w innym bloku.

W naszych pokojach jest tak mało miejsca, że tata musi spać na wąziutkim tapczanie, a dla mnie babunia kupiła rozkładany fotel. Nazywa się tak śmiesznie – amerykanka, nie wiadomo dlaczego. Jak mi ją ktoś rozłoży na noc, to po pokoju prawie nie można już chodzić, bo brakuje miejsca.

W kuchni nic się nie chce zmieścić, są tam tylko dwie szafki, ale nie ma żadnego stołu. Malutki stół stoi w pokoju babuni i dziadziusia. Babunia cieszy się tylko z tego, że w kuchni jest gaz, a w całym mieszkaniu centralne ogrzewanie. Mówi, że nareszcie, na stare lata, nie trzeba nosić węgla i palić w piecach.

Nikogo tu nie znam na podwórku, chociaż właściwie na podwórko i tak nie wolno mi wychodzić. A poza tym, tak naprawdę, to tu żadnego podwórka nie ma. Te bloki stoją sobie na dużej przestrzeni, a między nimi są trawniki i w niektórych miejscach ławeczki. No i są takie alejki między tymi blokami.

Czasem wychodzimy razem z babunią i siedzimy sobie na ławce, ale nie poznałam tu jeszcze żadnych dzieci. Na Nowogrodzkiej miałam jedną koleżankę, Kazię, która chciała, żeby do niej mówić Kasia. To mówiłam, dlaczego nie? W tym nowym miejscu jeszcze nie poznałam żadnej koleżanki, na razie koleżanki mam tylko w szkole, te stare, ale one wszystkie mieszkają w Śródmieściu i po lekcjach każda idzie do siebie, do domu, a ja muszę wracać na Bielany. Ta dzielnica, gdzie obecnie mieszkamy, tak się nazywa.

Teraz do szkoły jeżdżę tramwajem, więc muszę wcześniej wstawać. Ale nie przeszkadza mi to. I bardzo lubię jeździć tramwajem, bo zawsze sobie czytam książkę. Martwię się tylko tym, że nie chodzę już do Pałacu Młodzieży. Prosiłam babunię, żeby pozwoliła mi się uczyć dalej angielskiego, ale babunia powiedziała, że na razie to niemożliwe. Nie wytłumaczyła mi dlaczego, ale usłyszałam kiedyś, jak mówiła do dziadziusia, że wszystko teraz takie okropnie drogie, że ona już nie wie, co robić. A ten Jerzy (to pewnie o tatusiu) nie chce dawać więcej pieniędzy, bo mówi, że nie ma.

Dzisiaj byłyśmy z babunią u mamusi na cmentarzu i ja wszystko mamie opowiedziałam o tym nowym mieszkaniu. A babunia myślała, że się modlę, i nawet pochwaliła mnie za to. Ale ja już się nie modlę, bo pogniewałam się na Pana Boga. Tylko babuni tego nie mówię, żeby się nie martwiła.

*

Ni z tego, ni z owego Jerzy oznajmił, że się żeni – z panią Ireną Zielińską, rozwódką, matką Maćka, o rok starszego od Ewy. Chłopiec mieszkał z matką, ojciec w ogóle z nimi nie utrzymywał kontaktu. Oczywiście żadnych alimentów też nie płacił. Pani Zielińska miała budkę z pasmanterią na Bazarze Różyckiego. Co przyszło do głowy Jerzemu, wykładowcy uniwersyteckiemu, docentowi doktorowi habilitowanemu, żeby ożenić się z taką kobietą, nikt nie mógł zrozumieć. Gdzie i w jakich okolicznościach ją poznał – to także było owiane tajemnicą. Podobno zaznajomił ich ze sobą ojciec chrzestny Ewy, przyjaciel Jerzego z dawnych czasów, który z rodziną Brzozowskich od dawna jednak żadnych kontaktów nie utrzymywał, bo… nikt nie czuł takiej potrzeby. Ale panowie spotkali się kiedyś przypadkiem na ulicy i poszli na kielicha, co dla Jerzego było ewenementem. Rozczulił się więc i wyżalił dawnemu przyjacielowi, opowiadając o śmierci żony. Przyjaciel namówił go na następną zakrapianą kolację, na którą zaprosił także swoją daleką kuzynkę, właśnie panią Irenę Zielińską. Była osobą o walorach umysłowych dość mizernych, natomiast inne walory zachwyciły Jerzego, który obywał się bez żony już kilka lat, bo w zasadzie ich małżeństwo jako takie skończyło się w 1955 roku, kiedy Krystyna zachorowała.

Pani Irenie zaimponowało, że zwrócił na nią uwagę tak wielce wykształcony pan docent, i potrafiła zachęcić Jerzego do małżeństwa. Akurat z mężczyzną takim jak on szczególnie trudne to nie było. Tym bardziej że pani Irena wiedziała, jak to zrobić…

Taka była wersja nieoficjalna o drugim małżeństwie zięcia, poznana przez babunię przypadkiem – opowiedziała jej o tym żona owego przyjaciela Jerzego, bo tamci oboje oczywiście byli na ślubie. Jerzy swojej wersji nikomu z rodziny nie przedstawił, bo nigdy nie był zbyt otwarty. Zapytywany o to, gdzie poznał panią Irenę i dlaczego aż się musiał z nią żenić, odpowiadał: „A, tak jakoś” – i wszystko było jasne.

Pani Irena dla reszty rodziny szczególnie serdeczna nie była. I żadnych kontaktów z dziadkami Ewy nie miała zamiaru utrzymywać, co zresztą zbytnio ich nie martwiło, starsi państwo bowiem także nie zapałali do niej sympatią.

Nie do końca było jasne, czy Jerzy sam rozumiał, co zrobił. W każdym razie wprowadził się do swojej nowej żony i jej dwunastoletniego syna, do ich mieszkania przy Stalowej, na Pradze. Ewę radośnie zostawił dziadkom, bo babcia Rozalia powiedziała, że odda dziecko tylko „po swoim trupie”.

*

Tata ma nową żonę. Nie wiedziałam, że tak można, bo przecież żoną taty była moja mamusia. Ale babunia wytłumaczyła mi, że jak jedno z małżonków umrze, to drugie może znowu się ożenić. Myślałam, że ludzie się żenią, kiedy się kochają. Czy tata nie kocha już mojej mamy, tylko tę drugą żonę? Babunia mówi, że tego nie rozumiem, i rzeczywiście nie rozumiem. W ogóle nie mogę pojąć, po co mu ta nowa żona? Czy z nami mu było źle? Może Maciek mi to wytłumaczy. Maciek to syn tej pani, z którą tata teraz się ożenił. Jest ode mnie starszy, więc może wie więcej. Któregoś dnia muszę z nim o tym porozmawiać. Na razie jeszcze za dobrze go nie znam. Nie mam nic przeciwko niemu, jest w porządku. Ta druga żona taty właściwie też jest w porządku. Powiedzieli, że mam do niej mówić „ciociu”, więc tak mówię, chociaż moja prawdziwa ciocia mieszka w Bydgoszczy. Bardzo kocham ciocię Alę z Bydgoszczy, jest podobna do mamusi, też ma czarne włosy i brązowe oczy. Szkoda, że tak rzadko do nas przyjeżdża. Ale słyszałam, że mam do niej pojechać na wakacje. Cieszę się bardzo.

A ta nowa żona taty mieszka na Pradze i tata tam się przeprowadził. Ja zostałam z babunią i z dziadziusiem. Mam teraz własny pokój i więcej miejsca na książki, bo tata swoje zabrał, zostały więc puste półki. Tyle tylko że niestety nikt mi już tak często nowych książek nie kupuje, bo nie mamy dużo pieniędzy.

Zawsze w niedzielę, nawet jak pada deszcz, jeżdżę na Pragę na obiad. Dwoma tramwajami, z przesiadką, ale ja umiem wszędzie trafić. Lubię jeździć sama, czuję się wtedy dorosła. Tak naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem dorosła, ale nie wiem, czy bardzo by mi na tym zależało, żeby już być. Dorośli czasami są bardzo dziwni. Nawet mój tata. Kocham go, chociaż rzadko go widuję. Ale jak mieszkał z nami, to też częściej go nie widziałam. Nigdy go nie było w domu. Nawet jak mama już ciężko chorowała. Teraz widocznie nie bardzo chciał z nami mieszkać, skoro znalazł sobie nowe mieszkanie.

Ja nawet nie wiem, czy tata mnie lubi. Może teraz będzie bardziej lubił tego Maćka?

I chyba tata w ogóle mnie nie chce, skoro zostawił mnie dziadkom. Ja się tym wcale nie martwię, bo bardzo kocham babunię i dziadziusia i tak sobie myślę, że oni mnie chcą bardziej niż mój tata.

Kiedy tata mieszkał z nami, to od czasu do czasu mnie całował i przytulał, ale tak jakoś, jakby musiał – nie tak, jak mama. A teraz czasami w ogóle nawet zapomina się ze mną porządnie pożegnać, jak już jadę do domu po tym obiedzie na Pradze. Mówi tylko: „Pa, pa, córeczko”, ale nie widzi, że stoję przed nim i czekam, żeby mnie przytulił. Zawsze coś czyta.

*

Tak więc Ewa mieszkała z dziadkami na Bielanach i codziennie jeździła tramwajem prawie przez całą Warszawę – do szkoły podstawowej numer 40, przy Hożej, tam gdzie chodziła od początku swojej kariery szkolnej, czyli od września 1955 roku. Dziadkom do głowy nie przyszło, żeby ją przepisać do jakiejś szkoły na Bielanach. Ale ponieważ, po pierwsze, Ewa swoją szkołę, koleżanki i panią wychowawczynię uwielbiała, a po drugie, zawsze była bardzo samodzielna, w ogóle nie narzekała na długą drogę do szkoły. Wsiadała po prostu w tramwaj, zaszywała się w jakimś kątku, otwierała książkę i znikała dla świata na te trzy kwadranse spędzane w tramwaju. Czytać przecież potrafiła, odkąd pamiętała, i bez książki nie wyobrażała sobie życia. Największą karą, jaka mogła ją spotkać, byłby zakaz czytania. Kiedyś nawet do tego doszło, ponieważ Ewa, poza odrabianiem lekcji, nie chciała się zajmować niczym innym – bo przecież „musiała” czytać. Babcia Rozalia zapowiedziała jej wówczas, że koniec z tym ciągłym czytaniem. Owszem, czytać może, ale jak po sobie posprząta, pomoże w kuchni – czego Ewa nie cierpiała – zaceruje pończochy i wykona wszystkie te obowiązki, które miała wyznaczone.

– Babuniu, ale ja muszę przecież czytać lektury do szkoły – zaprotestowała Ewa.

– Dobrze, oczywiście, lektury możesz i powinnaś czytać, ale na razie inne książki ograniczamy.

Wobec tego sprytna Ewunia każdą książkę, którą czytała, nazywała lekturą, aż w końcu babcia, zdziwiona trochę zarówno ilością owej lektury, jak i jej doborem (Ewa bowiem czytała wszystko, co jej w ręce wpadło, i babcia jakoś nie bardzo mogła uwierzyć, że na przykład powieści Agathy Christie są w wykazie książek przerabianych w klasie czwartej) poszła do szkoły i poprosiła o wykaz lektur.

Po powrocie Ewa usłyszała odpowiednie kazanie, ale ponieważ babcia zobaczyła, że zabranianie czytania na nic się nie zda, a ponadto w sumie bardzo się cieszyła, że dziewczynka kocha książki, bo sama też chętnie czytała, zawarła więc z wnuczką umowę. Odebrała jej trochę obowiązków i pozwoliła czytać, a Ewa przyrzekła, że już więcej nigdy babuni nie oszuka.

No i jakoś się ułożyło. Tramwajowe wyprawy Ewy do szkoły i z powrotem nikomu nie przeszkadzały, a w niedziele Jerzy i jego nowa żona zapraszali ją na obiad. Nawet polubiła te niedzielne wizyty na Pradze, bo była zadowolona, że może spotykać się z tatą choć raz w tygodniu. W sumie przez te kilka niedzielnych godzin więcej czasu spędzała z ojcem właśnie teraz, niż wówczas gdy mieszkali razem, bo wtedy Jerzy wracał do domu, jak ona już spała, a wychodził, gdy jeszcze spała. W niedziele też znikał z domu, bo nie chciał wysłuchiwać tego, co pod jego adresem mamrotała pod nosem teściowa. A jak było przed chorobą mamy, Ewa już nie pamiętała.

Żonę taty, „ciocię” Irenę, tolerowała – nie było zresztą innego wyjścia. Swojego starszego „brata”, czyli Maćka Zielińskiego, dość lubiła, nie miała jednak z nim wiele wspólnego. Ot, spędzali w niedziele razem kilka godzin wraz z jego mamą i jej tatą.

Początkowo Ewa próbowała jakoś zainteresować ojca swoją osobą, opowiadała mu, co się działo w szkole, mówiła o pochwałach nauczycieli, przywoziła nawet ze sobą zeszyty i usiłowała czytać wypracowania.

– Tak, tak, córeczko – mówił zawsze ojciec. – Bardzo ładnie.

I z powrotem wsadzał nos w książkę. Więc z czasem Ewa dała sobie spokój i nie starała się już nawet z ojcem rozmawiać. Zamknęła przed nim także swoje serce, spragnione miłości, której nie mogła uzyskać już od żadnego z rodziców. Nie mogła też liczyć, oczywiście, na miłość „cioci” Ireny.

Powoli stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie i w głębi duszy pielęgnowała postanowienie, że będzie „dzielna i silna”. Przyjęła je za swoje życiowe motto.

Jednak czasami w nocy, przytulona do swojego Misia, zwierzała mu się ze swoich trosk i cichutko płakała w poduszkę. Ciężko było tak codziennie być „dzielną i silną”.

W końcu miała dopiero jedenaście lat.

*

Dostałam od taty zbiorowe wydanie wierszy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Mam tę książkę już chyba dwa lata i czytam te wiersze prawie codziennie. Podobają mi się bardzo, są takie śpiewne, melodyjne. Takich dla mnie najpiękniejszych to już nawet nie muszę czytać, bo umiem je na pamięć – w całości lub duże fragmenty. Większością jestem po prostu zachwycona. Ale niektórych nie rozumiem. Na przykład:

Ja Konstanty, syn Konstantego,

zwany w Hiszpanii mistrzem Ildefonsem,

będąc niespełna rozumu,

piszę testament przy świecach.

Potem jest opis tego, co komu pan Konstanty zapisuje, a na końcu:

Wierszom moim fosforyczne furie

blaskiem w wertep ciemny i zły,

a mojej Smagłej, mojej Smukłej,

mojej Pochmurnej łzy.

Chciałam porozmawiać o tym z tatą, bo bardzo mnie ten wiersz poruszył. Wiem, oczywiście, co to jest testament, ale dlaczego pan Konstanty zaznacza, że jest niespełna rozumu? Czy to warunek spisania testamentu? Tak myślałam po pierwszym przeczytaniu tego wiersza, teraz myślę raczej, że to taki żart.

Zawsze bardzo mi smutno, gdy czytam o zapisywaniu łez. Moja mama była smagła i smukła. Ale czy pochmurna? Przy mnie nigdy, a tak w ogóle? No przecież była bardzo chora. Czasami płakała, widziałam. Wiem, że ten wiersz nie jest o mojej mamie, jakoś zawsze jednak o niej myślę, gdy to czytam.

Kto mi wytłumaczy, co to są „fosforyczne furie”? Pytałam panią od polskiego w szkole. Spojrzała na mnie dziwnie i powiedziała, że to taka przenośnia literacka, i co ja w ogóle czytam? Jakoś wyraźnie nie była zadowolona z mojej odpowiedzi, że to przecież Gałczyński. Wyglądało na to, że nie miała pojęcia, więc była zła. Teraz już wiem, że raczej o nic w szkole nie będę pytać.

A taty nie ma przecież. Tam, na Pradze, gdzie teraz mieszka, nie mam szans na żadną rozmowę z nim, bo zawsze obok jest ta ciocia Irena, a przy niej jakoś nie chcę.

*

Pani Irena Zielińska, obecnie – Brzozowska – nie była zbytnio zadowolona ze swojego drugiego małżeństwa. Spodziewała się, że docent, wykładowca na uniwersytecie, musi świetnie zarabiać, a poza tym jest kimś, kto ją wprowadzi na warszawskie salony.

Tymczasem okazało się, że zarobki nowego małżonka są mniej niż mizerne, a na dodatek dużą część tych zarobków wydawał na jakieś stare szpargały, którymi zapełniał jej mieszkanie (o tym, że to teraz również jego mieszkanie, nie pomyślała). O żadnych salonach mowy być nie mogło, bo dla Jerzego kontakty towarzyskie prawie nie istniały. Każdą wolną chwilę spędzał bądź to ze swoimi studentami, bądź w bibliotekach, bądź też buszując po antykwariatach.

Irena więc, rozgoryczona coraz bardziej, wróciła do swoich ugruntowanych rozrywek, niestety, dość powszechnych na popularnym Różycu, to jest do topienia smutków i rozterek w alkoholu. Jerzy nawet tego prawie nie zauważał, bo gdy wracał wieczorem, żona albo już spała, albo jeszcze nie było jej w domu.

Rozdział 2

Na te niedzielne obiady Ewa jeździła na Pragę sama. Jej ojcu nigdy nawet do głowy nie przyszło, żeby wybrać się po swoje jedenastoletnie dziecko na Bielany. Rano więc jechały z babunią na plac Komuny Paryskiej, szły tam do kościoła, następnie babcia wracała do domu, a Ewa podjeżdżała na plac Dzierżyńskiego, u wylotu Trasy W-Z przesiadała się w czwórkę, swoim sposobem zapadała w jakiś kącik i czytała książkę. Nie bała się, że przegapi przystanek, na którym musiała wysiąść, bo jechała do samego końca trasy.

Dom, w którym obecnie mieszkał jej tata z „ciocią” Ireną, znajdował się bliziutko ostatniego przystanku, taka podróż nigdy więc nie sprawiała dziewczynce najmniejszego kłopotu.

Pewnego dnia jednak, gdy wysiadła z tramwaju, zaczepiło ją dwóch wyrostków, mniej więcej czternastoletnich.

– Hej, mała, co masz w tej torbie?

– Książkę – odpowiedziała grzecznie.

– Książkę, he, he, he, zobacz jaka mądrala! – zaśmiał się jeden z chłopaków. – Dawaj no tę torbę, zobaczymy. – I próbował ją Ewie wyrwać.

Zaczęła krzyczeć i raptem obok niej, jak spod ziemi, pojawił się Maciek.

– Ty, Zenek, odczep się od niej, dobrze?

– To ty się odczep, smarkaczu, znajdź sobie jakąś inną zdobycz – wrzasnął do Maćka ów Zenek, a jego kolega podszedł z tyłu i walnął Maćka otwartą dłonią w głowę. Maciek odwinął się i przyłożył tamtemu w nos, aż poleciała krew.

To wszystko odwróciło trochę uwagę Zenka od Ewy, która wyrwała mu swoją torbę i walnęła nią napastnika w kolano. Musiało zaboleć, bo aż przysiadł.

– Czyście zgłupieli? – krzyknął Maciek. – To moja siostra. Zapamiętajcie to sobie i wara wam od niej.

– Dobra, stary, w porządku. Nie wiedzieliśmy. – Chłopcy z Pragi mieli swój kodeks honorowy, zgodnie z którym nigdy nie zaczepiało się „swojaków”. – Nic się nie stało, może być? – usiłowali przeprosić, jak umieli.

– Nic ci nie jest? – spytał Maciek Ewę, oglądając ją ze wszystkich stron.

– Nie, nic, a tobie?

– Mnie też nic, więc nie mówmy nic starym, bo będzie więcej gadania niż to warte, dobrze?

– Ale skąd się tu wziąłeś, akurat w tej chwili? – spytała Ewa.

– No, przecież wiem, kiedy przyjeżdżasz, to sobie z domu wyszedłem – odpowiedział Maciek. – I tak nie miałem nic do roboty.

– Cieszę się. – Ewa go uściskała. – Jak to dobrze. Dziękuję ci za obronę.

– No co ty. – Maciek się zaczerwienił.

Od tej pory Ewa z Maćkiem stali się prawie nierozłączni. Po zjedzeniu obiadu wybiegali z domu i zwiedzali Pragę, dzielnicę, która cieszyła się raczej złą sławą, ale Ewa w zasadzie o tym nie wiedziała. Prawie w ogóle nie znała tej części Warszawy, bo do tej pory jej chodzenie po Pradze ograniczało się do spaceru do domu „cioci” Ireny i na przystanek tramwajowy.

Maciek był typowym chłopcem wychowywanym na ulicy, ojciec zniknął z jego życia niedługo po jego urodzeniu, a matka ograniczała się do karmienia go i kupowania mu niezbędnych rzeczy, zawsze zresztą jak najtańszych. Matczynej miłości nie zaznał prawie wcale – no, może trochę w najmłodszych latach. Generalnie musiał sobie radzić sam i tylko jakimś cudem nie stał się typowym „chłopakiem z Pragi”. Był normalnym chłopcem, trochę rozrabiaką, ale jakoś udawało mu się omijać takich chuliganów, jak Zenek i jego towarzystwo. W szkole kłopotów z nim nie było żadnych, uczył się dobrze i chętnie, tak więc, mimo że jego matka dość często nie przychodziła na wywiadówki, nauczyciele dawali jej spokój.

Był szczupły i zwinny, proporcjonalnie zbudowany, z długimi nogami. Miał jasnobrązowe włosy i szaroniebieskie oczy. Jego otwarta i szczera twarz budziła ogólną sympatię. Mimo niezbyt szczęśliwego dzieciństwa zawsze miał w oczach uśmiech. A co do dzieciństwa – było, jakie było. Tego, że nie miał ojca, w ogóle nie uważał za dziwne. Nie tylko on żył w niepełnej rodzinie. Inni chłopcy z Pragi mieli o wiele gorzej. Niektórzy z tych, co mieli ojców, woleliby ich w ogóle nie widywać… Ale na Pradze nikt się nie skarżył. I nikt o swoim dzieciństwie nie opowiadał.

Maciek miał jedno ukryte marzenie – postanowił, że będzie najlepszym na świecie prokuratorem. Albo sędzią, co do tego jeszcze się nie zdecydował. W każdym razie wiedział na pewno, że będzie studiował prawo. Choćby nie wiem co.

Ewa, którą początkowo traktował z pewną nieufnością, po jakimś czasie podbiła jego serce, bo zawsze z wielką uwagą słuchała tego, co do niej mówił, i zapamiętywała jego opowieści.

Teraz, gdy obronił ją przed „bandą zbójców” i został przez dziewczynkę uznany za dzielnego rycerza, tym bardziej czuł, że musi ją otaczać opieką i naprawdę być dla niej starszym bratem.

Na razie oprowadzał ją po swojej dzielnicy, a Ewunia z wielką ochotą biegała z nim po starych praskich podwórkach, przyglądając się wiekowym kapliczkom, przedwojennym budynkom, wybrukowanym ulicom. Potem wracała do domu. Na pytania babuni: „Jak było u taty?” – zawsze odpowiadała: „Dobrze”.

*

W listopadzie 1959 roku zmarł dziadek Wacław. Miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Umarł cichutko, we śnie, okazało się później, że była to niewydolność krążeniowo-płucna. Tak więc Ewa została sama z babcią. Pomagała w robieniu zakupów, pomagała – jak umiała – w domu. Była naprawdę dobrą, odpowiedzialną i samodzielną dziewczynką. W dalszym ciągu w jej życiu nic się nie zmieniło – poza tym, że bardzo brakowało jej dziadka. Mamy zresztą też – cały czas. Za każdym razem, kiedy była w kościele, pytała Pana Boga, dlaczego zabrał jej mamę, a teraz jeszcze dziadka. Nigdy jednak nie uzyskała odpowiedzi. Odpowiedzi takiej nie umiał Ewie udzielić także żaden ksiądz, któremu zadawała to pytanie.

Tłumaczenie: „Bóg tak chciał, moje dziecko” – nie zadowalało Ewy i następnym jej pytaniem było: „A dlaczego? Za co?”. Zazwyczaj jednak to już był koniec dyskusji.

Ewa miała więc coraz większy żal do Pana Boga, ale poza nocnym płaczem w poduszkę nic innego nie mogła zrobić. Opisała tylko dziadziusia w swoim pamiętniku, tak jak go pamiętała, i wkleiła jego zdjęcie, które wyżebrała od babuni. Zdjęcie mamy było na początku.

Obecnie odwiedzały więc z babunią na cmentarzu dwa groby, a Ewa opowiadała teraz o wszystkim, co się działo w jej życiu, nie tylko mamusi, ale i dziadziusiowi. Pani Rozalia w dalszym ciągu myślała, że dziewczynka się modli, a ona nie wyprowadzała babuni z błędu.

Świat jednak istniał nadal, życie toczyło się dalej, Ewa zaczynała coraz bardziej rozumieć, że ludzie są śmiertelni. Dziewczynka, która teraz spała sama w pokoju, czasami budziła się w nocy i cichutko szła do babci sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Martwiła się bardzo o staruszkę, która ostatnio nie czuła się najlepiej, a śmierć męża, z którym spędziła prawie pięćdziesiąt lat, mocno ją przygnębiła. Bardziej niż śmierć córki, bo śmierci Krystyny spodziewano się już od paru lat, mąż natomiast zmarł nagle i w zasadzie wcześniej nie chorował. To znaczy po prostu nikt nie wiedział o jego chorobie. Jakoś rzadko chodziło się w tamtych czasach do lekarza, chyba że już bardzo było trzeba. I na ogół okazywało się wtedy, że już za późno.

Te święta Bożego Narodzenia były bardzo smutne.

Przyszedł, oczywiście, jak co roku wujek Władek, który do tej pory nie ożenił się ponownie i żył samotnie, całkiem sobie tę sytuację chwaląc. Pracował w Klinice Położnictwa i Ginekologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego przy placu Starynkiewicza; był bardzo dobrym lekarzem.

Wprawdzie z Bydgoszczy przyjechała ciocia Ala z wujkiem Olkiem i jak zwykle przywieźli Ewie mnóstwo prezentów, głównie wyczekiwanych nowych książek; wprawdzie prezenty dostała też babcia Rozalia – mimo to jednak nastrój był zgoła nieświąteczny.

W Wigilię przyszli także, zaproszeni przez babunię, tata Ewy z żoną i Maćkiem, było jednak dość sztywno, bo co tu dużo mówić, za panią Ireną nikt nie przepadał. Jerzy w ogóle tego nie dostrzegał, więc się nie przejmował. Jego małżonka czuła to doskonale, ale też się nie przejmowała, bo całą rodzinę męża miała głęboko… gdzieś. Przyszła, bo były święta i ktoś za nią przyrządził wigilijne potrawy, reszta się nie liczyła. Ze spotkania ucieszyli się tylko – jak zwykle – Ewa i Maciek. Maciek dostał chińczyka, grę planszową, w prezencie od państwa Kotwiczów z Bydgoszczy, którzy wiedzieli, że Jerzy z nową rodziną będzie na Bielanach na Wigilii. Ponieważ wiadome im było, że Jerzy ma pasierba, kupili chłopcu prezent; byli przecież kulturalnymi i sympatycznymi ludźmi.

Kiedy już można było wstać od stołu, dzieci poszły do małego pokoju i grały sobie w tego chińczyka. To było ich najmilsze wspomnienie z tych świąt.

*

W tym roku znowu mieliśmy smutne święta. Tym razem nie było z nami jeszcze dziadziusia. Babunia postawiła na stole dodatkowe nakrycie – jak mówiła – dla zbłąkanego wędrowca, ale ja wiedziałam, że to nakrycie jest dla dziadziusia i kiedy wszyscy dzielili się opłatkiem, położyłam kawałek dziadziusiowi na tym pustym talerzyku. Babunia to zobaczyła i jakoś dziwnie na mnie spojrzała, ale nic nie powiedziała. Ale widziałam, że się odwróciła i wycierała oczy chusteczką.

Cieszyłam się, że są święta, bo zawsze je uwielbiam. I cieszyłam się, że wszyscy jesteśmy razem, choć bez mamy i bez dziadziusia, ale rozumiem już, że ludzie umierają. Tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego umierają ci, których tak bardzo kochamy. Czy nie mogłoby tak być, że skoro ktoś musi umrzeć, niechby był to ktoś, kto nie ma żadnej rodziny, za kim nikt nie będzie tęsknił?

Zapytałam nawet o to Pana Boga, bo wszyscy poszliśmy razem na pasterkę i postanowiłam, że przynajmniej w Boże Narodzenie przestanę się na Niego gniewać. Nikt mi oczywiście nie odpowiedział, ale jestem już na tyle duża, żeby to zrozumieć. Wierzę jednak, że moje pytanie do Pana Boga dotarło i postanowiłam, że teraz codziennie będę się modlić, żeby wziął moją propozycję pod uwagę, układając plany dla każdego człowieka.

Wstydzę się do tego przyznać, ale chyba mniej kocham tatę. Ja go przecież w ogóle nie obchodzę. Spytałam Maćka, czy chociaż nim się zajmuje, ale Maciek zaśmiał się tylko. „Mną się nikt nigdy nie zajmował”, powiedział i zrobiło mi się go bardzo żal. No, bo jak to? Ma przecież mamę, nie? Ale już go o nic nie pytałam, bo wydawało mi się, że nie powinnam. Zaproponowałam mu tylko, że my oboje – on i ja – będziemy się sobą zawsze zajmować, aż do śmierci. Chyba się ucieszył.

*

Zasada niezawracania głowy lekarzom niepotrzebnie niestety dotyczyła też babci Rozalii.

Tak gdzieś w połowie lutego 1960 roku Ewa znalazła rano babunię na podłodze. Nie wiedząc, co robić, pobiegła do sąsiadów. W bloku mieszkał pewien towarzysz partyjny, który miał telefon, sąsiadka pognała więc do niego i zadzwonili po pogotowie. Babcię zabrano natychmiast do Szpitala Bielańskiego, gdzie po zrobieniu serii niezbędnych badań okazało się, że to ostatnie stadium nieoperowalnego raka trzustki. Ewę zabrał ojciec, powiadomiony telefonicznie przez tę samą sąsiadkę, a do Warszawy natychmiast przyjechała ciocia Ala z Bydgoszczy. Niestety, babcia Rozalia umarła po trzech dniach.

Alicja, która obiecała umierającej Krystynie, że w razie potrzeby zaopiekuje się Ewunią, pojechała na rozmowę do Jerzego i Ireny. Zapytała, czy dadzą sobie radę z opieką nad dziewczynką i są gotowi wziąć za nią odpowiedzialność. Irena, obruszona do żywego kwestionowaniem jej umiejętności matczynych i opiekuńczych, oświadczyła, że skoro zajmuje się już własnym dzieckiem – Maćkiem – i to z dobrym rezultatem, zaopiekuje się także Ewą. Dodała jednak, że niestety ich dochody nie są duże, więc poziom życia dziewczynki z pewnością się obniży. Alicja obiecała więc, że co miesiąc będzie przysyłać pewną kwotę na potrzeby siostrzenicy.

Był luty, ciocia Ala postanowiła więc sobie, że zobaczy, jak sprawdzać się będzie ta „opieka” do końca roku szkolnego, nie chciała bowiem teraz wnosić w życie dziecka większego zamieszania, niż to było konieczne. Ewunię natomiast uroczyście zobowiązała do cotygodniowych sprawozdań listownych. Wiedziała, że dziewczynka lubi pisać, zawsze w szkole wychwalano jej wypracowania – nic zresztą dziwnego, skoro Ewa połykała książki i chciała kiedyś zostać pisarką. Alicja Kotwiczowa miała więc pewność, że wszystkie szczegóły tego praskiego życia siostrzenicy będą co tydzień dokładnie opisane.