Dom pachnący Tobą - Iza Maciejewska  - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Dom pachnący Tobą ebook i audiobook

Maciejewska Iza

4,5

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Każdy dzień jest jedyny. Drugi taki już się nie powtórzy.
Prokurator Paweł Wawro to mężczyzna do szpiku kości przekonany o tym, że na świecie nie ma miłości. Bo przecież gdyby było inaczej, gdyby ta miłość naprawdę istniała, matka nie zostawiłaby go zaraz po porodzie w szpitalu, a on nie trafiłby do domu dziecka.
Jego życie kręci się wokół pracy, zachwytów nad własną osobą i wieczorów spędzanych w towarzystwie kobiet. Uważa, że wie wszystko.
Otóż nie.
Otóż jest w błędzie.
Wyobraźcie sobie jego reakcję, kiedy dowie się o tym, że jest ojcem wcale nie takiej małej dziewczynki, gdyż jej matka postanowiła zachować tę informację dla siebie. Wyobraźcie sobie człowieka, który nie potrafi kochać, rozumieć i akceptować.
Wyobraźcie sobie to wszystko i zastanówcie się nad tym, czy zawsze trzeba postępować wedle utartych schematów i spełniać oczekiwania innych ludzi.
A na koniec, wyobraźcie sobie to, do czego mogą doprowadzić decyzje podejmowane w emocjach i strachu.
Na takiej „domówce” jeszcze nie byliście. Po lekturze książki „Dom pachnący Tobą” spojrzycie inaczej na otaczający Was świat!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 38 min

Lektor: Krzysztof Grabowski

Oceny
4,5 (1402 oceny)
980
269
101
39
13
Sortuj według:
alabomba

Nie oderwiesz się od lektury

Jak życie daje Ci cytryny , zrób lemoniadę, jak wyjdzie Ci cytrynówka zrób imprezę ! Bożenka i jej cenne rady 🥰 Fantastyczna książka , zabawna , pocieszna i wartościowa
52
MKWielgosz

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna, ryczalam że śmerchu i wzruszenia. Rewelacyjny humor i fabuła. Uwielbiam
21
orszi

Nie oderwiesz się od lektury

dawno nie czytałam czegoś tak pięknego i przejmujacego, raz płakałam ze wzruszenia, a raz ze śmiechu. No piękna książka od ktorej nie mogłam się oderwać
10
Monika309

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna książka
11
aga1420

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, polecam. Zostałam fanką Bożenki 😂
11

Popularność




Copyright © by Iza Maciejewska

Copyright © by Wydawnictwo Magnolia, Łódź 2022

REDAKCJA Anna Zygmanowska ǀannazygmanowska.pl

KOREKTA Katarzyna Litwinowicz Anna Zygmanowska ǀannazygmanowska.pl

ZDJĘCIE NA OKŁADCE depositphotos.com ǀwww.izamaciejewska.pl

PROJEKT OKŁADKI www.hotmedia.pl

ŁAMANIE I KONWERSJA Małgorzata Kazek-Baranowska

ISBN 978-83-960133-6-1

WYDAWNICTWO MAGNOLIA

ŁÓDŹ 2022

WYDANIE PIERWSZE

Dla mojej Mamy – gdy zaczynałam pisać tę książkę, jeszcze ze mną byłaś.

I dla wszystkich innych mam

Prolog

Możesz sobie zaplanować wiele rzeczy.

Długą kąpiel, menu na przyjęcie weselne, podróż. Nawet poród możesz sobie zaplanować – ten, w którym wykorzystuje się narzędzia do cesarskiego cięcia, bo poród naturalny, wiadomo, od zarania dziejów rządzi się swoimi prawami. Tak też było w przypadku dziewczynki, która miała przyjść na świat w konkretnym, wyznaczonym przez lekarza terminie, ale uznała, że nikt nie będzie jej mówił, jak ma żyć. Daty narodzin tym bardziej nikt nie będzie jej ustalał. Chyba że ona sama.

Róża Amelia Medycka, córka Anny i prokuratora Pawła Wawro, przyszła na świat w maju. Piątego. Zrobiła to szybko i głośno. Jej mama do dnia porodu wmawiała sobie, że ojcem dziecka jest jej tragicznie zmarły mąż, Borys. Kiedy jednak ujrzała kudłate, czarnowłose maleństwo, nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, kto maczał swojego penisa w pojawieniu się na świecie tego okruszka: największy dupek, babiarz i arogant, jakiego znała. Niemniej nie mogła mu odmówić, że dawcą spermy był doskonałym, a ich wspólne dzieło było idealne.

Według Anny – dość mocno też podobne do ojca.

Oczywiście nie miała zamiaru z tego powodu fundować córce operacji plastycznej. Za to Bożenka, która – gdyby tylko wiedziała, kto przyczynił się do powołania Róży na ten świat – tak właśnie by zrobiła i sprezentowała jej na komunię voucher na taki zabieg. Bo skoro została matką chrzestną tego maluszka, czuła się w obowiązku.

A zobowiązana Bożenka to nie byle co.

Ania początkowo bardzo chciała, aby chrzestną Róży została Karolina, jej siostrzenica. Widząc jednak, jak z dnia na dzień Bożena popada w coraz gorszy nastrój z powodu braku własnego potomstwa, wspólnie z Karolą doszły do wniosku, że będzie to bardzo dobry wybór. I tak oto spełniło się marzenie Bożenki z czasów, kiedy polowała na Daniela. Miała z nim dziecko. Chrzestne, bo chrzestne, ale ich wspólne.

Kiedy Róża skończyła rok, Ania uznała, że musi wyjechać z Traszek. Potrzebowała zmienić otoczenie. Wszystko przypominało jej Borysa – jej jedyną prawdziwą miłość. Nawet dom nim pachniał. Jednak nie tylko to było powodem tych zmian.

Prokurator Paweł Wawro.

To był powód numer dwa.

Jeszcze za życia Borysa ten człowiek ubzdurał sobie, że zaciągnie ją do łóżka, i wcale nie przeszkadzało mu to, że była mężatką. Bardzo szczęśliwą, trzeba dodać. Anna nie uległa jego wdziękom, chociaż musiała przyznać, że było na czym oko zawiesić, oj, było. A potem na jej posesję podjechał jego biały ford mustang i Wawro poinformował ją o tym, że Borys zginął w wypadku samochodowym. Do momentu, kiedy w asyście Bożenki wykonała test ciążowy, miała jakieś mgliste przebłyski z tego dnia. Gdy ujrzała dwie kreski, jakby coś ją trafiło i nagle wszystko sobie przypomniała.

Zaraz po tym, kiedy dowiedziała się o śmierci swojego męża, pieprzyła się z prokuratorem Wawro.

Pod ścianą.

Ostro.

Bez zabezpieczenia.

Przepis na dziecko gotowy i zdecydowanie skuteczny.

Od chwili potwierdzenia ciąży biła się z myślami i decyzją o wyjeździe. Wawro nie mógł się dowiedzieć, że ma z nią dziecko! Nikt nie mógł tego wiedzieć, absolutnie nikt. Dla wszystkich Róża była córką Borysa. Chociaż w taki sposób Anna mogła wynagrodzić zmarłemu mężowi swój czyn. Dlatego kiedy mała skończyła roczek, spakowała siebie i ją w kilka walizek i pojechała do Krakowa. Nieopodal Wawelu czekało na nią wynajęte mieszkanie. Klucze od swojego domu zostawiła Danielowi i Karolinie.

Ucieczka miała ją uwolnić od problemów.

Prolog

Możesz sobie zaplanować wiele rzeczy.

Długą kąpiel, menu na przyjęcie weselne, podróż. Nawet poród możesz sobie zaplanować – ten, w którym wykorzystuje się narzędzia do cesarskiego cięcia, bo poród naturalny, wiadomo, od zarania dziejów rządzi się swoimi prawami. Tak też było w przypadku dziewczynki, która miała przyjść na świat w konkretnym, wyznaczonym przez lekarza terminie, ale uznała, że nikt nie będzie jej mówił, jak ma żyć. Daty narodzin tym bardziej nikt nie będzie jej ustalał. Chyba że ona sama.

Róża Amelia Medycka, córka Anny i prokuratora Pawła Wawro, przyszła na świat w maju. Piątego. Zrobiła to szybko i głośno. Jej mama do dnia porodu wmawiała sobie, że ojcem dziecka jest jej tragicznie zmarły mąż, Borys. Kiedy jednak ujrzała kudłate, czarnowłose maleństwo, nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, kto maczał swojego penisa w pojawieniu się na świecie tego okruszka: największy dupek, babiarz i arogant, jakiego znała. Niemniej nie mogła mu odmówić, że dawcą spermy był doskonałym, a ich wspólne dzieło było idealne.

Według Anny – dość mocno też podobne do ojca.

Oczywiście nie miała zamiaru z tego powodu fundować córce operacji plastycznej. Za to Bożenka, która – gdyby tylko wiedziała, kto przyczynił się do powołania Róży na ten świat – tak właśnie by zrobiła i sprezentowała jej na komunię voucher na taki zabieg. Bo skoro została matką chrzestną tego maluszka, czuła się w obowiązku.

A zobowiązana Bożenka to nie byle co.

Ania początkowo bardzo chciała, aby chrzestną Róży została Karolina, jej siostrzenica. Widząc jednak, jak z dnia na dzień Bożena popada w coraz gorszy nastrój z powodu braku własnego potomstwa, wspólnie z Karolą doszły do wniosku, że będzie to bardzo dobry wybór. I tak oto spełniło się marzenie Bożenki z czasów, kiedy polowała na Daniela. Miała z nim dziecko. Chrzestne, bo chrzestne, ale ich wspólne.

Kiedy Róża skończyła rok, Ania uznała, że musi wyjechać z Traszek. Potrzebowała zmienić otoczenie. Wszystko przypominało jej Borysa – jej jedyną prawdziwą miłość. Nawet dom nim pachniał. Jednak nie tylko to było powodem tych zmian.

Prokurator Paweł Wawro.

To był powód numer dwa.

Jeszcze za życia Borysa ten człowiek ubzdurał sobie, że zaciągnie ją do łóżka, i wcale nie przeszkadzało mu to, że była mężatką. Bardzo szczęśliwą, trzeba dodać. Anna nie uległa jego wdziękom, chociaż musiała przyznać, że było na czym oko zawiesić, oj, było. A potem na jej posesję podjechał jego biały ford mustang i Wawro poinformował ją o tym, że Borys zginął w wypadku samochodowym. Do momentu, kiedy w asyście Bożenki wykonała test ciążowy, miała jakieś mgliste przebłyski z tego dnia. Gdy ujrzała dwie kreski, jakby coś ją trafiło i nagle wszystko sobie przypomniała.

Zaraz po tym, kiedy dowiedziała się o śmierci swojego męża, pieprzyła się z prokuratorem Wawro.

Pod ścianą.

Ostro.

Bez zabezpieczenia.

Przepis na dziecko gotowy i zdecydowanie skuteczny.

Od chwili potwierdzenia ciąży biła się z myślami i decyzją o wyjeździe. Wawro nie mógł się dowiedzieć, że ma z nią dziecko! Nikt nie mógł tego wiedzieć, absolutnie nikt. Dla wszystkich Róża była córką Borysa. Chociaż w taki sposób Anna mogła wynagrodzić zmarłemu mężowi swój czyn. Dlatego kiedy mała skończyła roczek, spakowała siebie i ją w kilka walizek i pojechała do Krakowa. Nieopodal Wawelu czekało na nią wynajęte mieszkanie. Klucze od swojego domu zostawiła Danielowi i Karolinie.

Ucieczka miała ją uwolnić od problemów.

Rozdział 1

Rok później

– Wszyscy mają dzieci. Wszyscy, tylko nie ja. Zaraz się okaże, że nawet Zbyszek będzie miał dziecko. – Bożena przechyliła butelkę. Uznała, że jej problem jest tak wielki, ale to tak wielki, że może go rozwiązać tylko półwytrawne wino pite z gwinta.

– Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Moim zdaniem za bardzo się tym przejmujesz. – Ania, z racji tego, że była matką dwuletniej, wyjątkowo ruchliwej istoty, ledwo zamoczyła usta w kieliszku. Jednym uchem słuchała Bożenki, częstotliwość drugiego nastawiła na piętro, drugie drzwi po lewej. Tam spała Róża. Od kiedy Anna została matką, jej wyobraźnia bardzo skutecznie utwierdzała ją w przekonaniu, że musi mieć oczy i uszy dookoła głowy. I w razie gdyby doszło do jakiegokolwiek pożaru, trzęsienia ziemi, katastrofy nuklearnej czy innej pożogi, nie powinna być pod wpływem alkoholu. Opieka społeczna mogłaby tego nie pochwalić.

– Łatwo ci mówić, masz dziecko kwiatka, a ja co? Co jest ze mną nie tak? Jestem zdrowa jak krowa, wyniki mam rewelacyjne, żrę suplementy, a ciąży jak nie było, tak nie ma. Czuję się przeklęta. To pewnie dlatego, że za mało dawałam w sklepie na kreskę – żachnęła się, podpierając brodę pięścią.

– A czy to przypadkiem nie twój lekarz powiedział, że zacytuję i nieco parafrazą polecę: „Miej wyjebane, a będzie ci dane”? – Do rozmowy wtrąciła się Hania, była żona Sebastiana Wilczyńskiego, brata Daniela. Kiedy Anna zamieszkała w Krakowie, Daniel poznał je ze sobą. Zaprzyjaźniły się od razu. Dziś natomiast całą trójką, a właściwie piątką, przebywały w domku letniskowym należącym do Hani i jej eks-męża. Zgodnie z sądowymi ustaleniami w lipcu dom był do jej dyspozycji.

– Mam wywalone. Mam tak bardzo wywalone, że ustanowiłam Zbyszka kierownikiem sklepu. A wiecie, czym jest dla mnie mój sklep? Świątynią! To miejsce jest dla mnie nic niewarte. Znaczy się bezwartościowe. Znaczy się bezcenne. – Język Bożenki plątał się w sposób mało poprawny. – Idę spać. Sama. Wy pójdziecie do swoich dzieci, a ja mam tylko to. – Pomachała pluszową maskotką należącą do Poli, pięcioletniej córki Hani.

– Ja ci mówię, Bożenka, będziesz w tej ciąży, tylko musisz ciut wyluzować i przestać się tak napinać. Skoro oboje jesteście zdrowi, to się uda. Możliwe, że to nie jest jeszcze wasz czas. – Anna pogłaskała ją po ramieniu.

– Wyluzowałam przecież. Nawet oddałam łóżeczko i wózek do sklepu.

– Przepraszam, co zrobiłaś? – Hania miała wrażenie, że się przesłyszała. Co prawda zdążyła już nieco poznać Bożenę i jej zdaniem była to osoba wyjątkowo oryginalna, ale żeby kupować wyprawkę, nim zajdzie się w ciążę? Patrząc na smutną twarz kobiety siedzącej naprzeciwko, uznała, że to musiał być krzyk rozpaczy.

Albo zaklinanie rzeczywistości.

– Oddałam wszystko. – Bożena ziewnęła i nie bacząc na nic, ani na nikogo, położyła się na kanapie i kilka minut później odpłynęła w objęcia Morfeusza. Nie miała pojęcia, że jej towarzyszki od wina udały się do swoich pokoi na piętrze i obie praktycznie w tym samym momencie nachyliły nad śpiącymi córeczkami i pocałowały je w główki, myśląc o tym, jak niebywałe mają szczęście, mogąc nazywać się ich matkami. Hania uznała, że mimo iż jej były mąż jest rozpustnym dupkiem, to córka wyszła im pierwszorzędna. Anna natomiast pomyślała, że gdyby nie pewien zadufany w sobie prokurator, nie miałaby Róży. Obie patrzyły z czułością na swoje śpiące królewny.

Pół godziny później cały dom pogrążył się w ciszy.

Bożena, która spała na dole, co rusz przekręcała się na kanapie.

Miała sen.

Była w ciąży, a jej brzuch okazał się być sklepem. Tym samym ona musiała wykupić z niego własne dziecko. Kosztowało milion nakrętek od coca-coli. Poszła do banku po swoje zaoszczędzone korki, ale niestety chwilę wcześniej okradli go Kowalik z Cichym, dwaj lokalni koneserzy tanich win.

Obudziła się bardzo spocona.

I bardzo skacowana.

Wyciągnęła dłoń po telefon. Godzina pierwsza trzydzieści. Z niemałym trudem wyplątała się spod koca, którym musiała ją przykryć któraś z dziewczyn. Poszła do kuchni po wodę. Ledwo upiła kilka łyków, usłyszała jakieś odgłosy.

Jakby ktoś trzasnął drzwiami od samochodu.

Jakby ktoś się zaśmiał.

Jakby ktoś zaczął grzebać przy zamku od drzwi.

Bożena prawie krzyknęła. Prawie, bo zdążyła zakryć usta dłonią. Była to reakcja na niewyraźne cienie widoczne na tarasie. I, o mój Boże, ktoś naprawdę próbował dostać się do domu!

Położyła dłonie na blacie kuchennym, chcąc się go przytrzymać, aby przypadkiem ze strachu nie zemdleć. Nie mogła sobie pozwolić na tego typu zachowania. Musiała walczyć, musiała się bronić, musiała być dzielna, groźna i gotowa na wszystko! Śmierci nie uwzględniała w tym wszystkim. Traf – można przyjąć, że bardzo szczęśliwy – chciał, iż natrafiła na deskę do krojenia. Solidną. Drewnianą. Ciężką. Idealny środek przymusu bezpośredniego. Chwyciła za trzon tego przedmiotu i zrobiła coś, czego nie robiła od dobrych piętnastu lat.

Padła na podłogę i zaczęła się czołgać.

Odległość z kuchni do drzwi wejściowych była tak długa, że czołgając się, zdążyła pomyśleć o tym, kto próbuje dostać się do domu. Wariantów miała kilka, a bezdomny kot był jednym z nich. Szybko jednak przekwalifikowała kota na bezwzględnego trójgłowego mordercę, który za chwilę ją zamorduje, a potem okradnie i może jeszcze sprzeda na części zamienne. W momencie, w którym drzwi się otworzyły i ktoś zapalił światło, stały się dwie rzeczy.

Po pierwsze, Bożenka zerwała się na równe nogi i zaczęła wrzeszczeć tak głośno, no tak głośno, że po chwili jej przyjaciółki zbiegały z piętra, żeby sprawdzić, co się stało. Po drugie, ta drewniana, solidna i bardzo trudna do utrzymania deska wylądowała na czyjejś głowie. Była to głowa prokuratora Sebastiana Wilczyńskiego. Prokurator Paweł Wawro stał pół metra dalej, dlatego mógł czuć się bezpieczny.

I bardzo mocno zdziwiony tym, co zobaczył.

– Co tu się...? – Zszokowana Hania wlepiła wzrok w swojego byłego już męża. Leżał jak długi na podłodze. – Sebastian! – Niewiele myśląc, a już na pewno nie zastanawiając się nad tym, że zaledwie tydzień temu z pełną premedytacją nadepnęła go dziesięciocentymetrową szpilką w bosą stopę, uklęknęła obok niego i sprawdzała, czy żyje.

– Boże… ja… ja… zabiłam go… – Dało się słyszeć jąkanie Bożenki. A potem coś z głuchym łoskotem upadło na podłogę. Muszę pozbyć się narzędzia zbrodni, myślała rozgorączkowana, ale na tyle świadoma swego niecnego czynu, że zaczęła stopą wsuwać leżącą na parkiecie deskę pod kanapę. Chwilę później uświadomiła sobie, że zapomniała zetrzeć z niej swoje odciski palców. I teraz deska musiała zostać wysunięta. W międzyczasie zdążyła jeszcze pomyśleć o zmianie nazwiska i płci, i o najważniejszym – kolor włosów też będzie musiał zostać zmieniony.

– Żyje. – Hania odetchnęła z ulgą i odchrząknęła, odsuwając się szybko od leżącego i jęczącego z bólu eks-męża. Wstała i pomaszerowała w kierunku lodówki. Wyjęła z zamrażalnika woreczek z lodem, owinęła go w ręcznik i łaskawie wręczyła Sebastianowi. – Co ty tutaj robisz? – zapytała mało przyjaznym tonem. Minęła chwila, nim usłyszała odpowiedź.

– Mieszkam. Mamy sierpień, więc to chyba ja powinienem zapytać o to samo ciebie. – Pokrzywdzony przez deskę kuchenną Sebastian przyciskał lód do czoła. Wstając, musiał się oprzeć o ścianę, żeby ponownie nie upaść. Gdyby miał powiedzieć, jak się czuje, określiłby to jednym słowem. Bardzo chujowym w wydźwięku.

– Mamy lipiec. W lipcu ja tutaj mieszkam.

– Jaki lipiec? Sierpień jest przecież. – Posłał jej nieprzytomne spojrzenie, z którego można było wyczytać, że on jest święcie przekonany o tym, że to drugi miesiąc wakacji, i niech ona przestanie pieprzyć głupoty.

– Nie, mój drogi. Mamy pierwszy lipca. – Popatrzyła na niego z dziwnym błyskiem w oku. – Nie masz prawa teraz tutaj przebywać.

– Złóż zawiadomienie do prokuratury. – Najwidoczniej jej słowa nie zrobiły na nim większego wrażenia, bo zamiast się zawstydzić, przeprosić i zrobić w tył zwrot, usiadł przy kuchennym stole, cały czas przyciskając zimny okład do czoła.

– Jasne, złożę zawiadomienie do ciebie na ciebie – sarknęła poirytowana.

– Pomogę ci wypełnić dokumenty. – Posłał jej wymuszony uśmiech. – Chyba że pomoże ci ten twój facet, Artur. Nudny jak flaki z olejem księgowy. Ze mną to przynajmniej jakichś atrakcji uświadczyłaś.

– Tak, Seba, zaserwowałeś mi niezapomniane atrakcje. Jedna miała rude włosy, druga blond. Aha, i dzięki tobie wiem, jak się pisze „rzeżączka”. Dla twojej wiadomości, ten mój nudny księgowy ma coś, czego ty nie masz. I nigdy nie będziesz miał.

– Małego fiuta?

– Kulturę.

– Od kiedy ty na kulturę lecisz?

– Od czasu, kiedy zrozumiałam, że ty jej nie masz. Co, swoją drogą, udowadniasz na każdym kroku. A teraz bardzo cię proszę, znikaj, zanim wezwę policję. W lipcu domek jest mój, a ty jesteś tutaj bardzo niemile widziany. Ty i twój kolega od wódki i dziwek też.

Wspomnianego kolegę tak naprawdę mało co obeszła kłótnia byłych małżonków, choć w sumie bardzo dobrze, że w starciu Seba kontra deska do krojenia obyło się bez ofiar śmiertelnych. Od momentu, kiedy ujrzał Annę Medycką, jakby stracił zdolności lingwistyczne. Ostatnim razem widział ją ponad dwa i pół roku temu, na pogrzebie jej męża. A może i trzy lata minęły od tego czasu. Nie wiedział, ile dokładnie, nie liczył przecież, ale ta kobieta nie mogła mu wyjść z głowy od chwili, kiedy ją poznał. Kilka razy nawet, tuż po śmierci Medyckiego, chciał ją odwiedzić, tyle tylko, że ilekroć mijał tabliczkę z napisem „Traszki”, wciskał hamulec i zawracał. Wróć. Raz podjechał pod sklep Bożeny Gmyrek, tej samej, która przed chwilą zdzieliła Sebastiana po łbie i wyglądała teraz tak, jakby za moment miała mieć planowany udar albo zabieg lobotomii bez znieczulenia.

Anna Medycka natomiast… właśnie przed nim stała.

Wyglądała tak świeżo. Tak ponętnie. Tak dobrze. Tak seksownie. Bardzo seksownie nawet. Jej koszulka nocna, na którą składała się króciutka czarna haleczka, rozbudziła jego fantazję do tego stopnia, że oczyma wyobraźni ujrzał jej nagie piersi w swoich dłoniach. A potem nawiązał kontakt z rzeczywistością, ponieważ zobaczył dziecko. Na schodach, za plecami wszystkich zgromadzonych, pojawiła się dziewczynka. Na oko dwuletnia. Miała burzę czarnych, gęstych włosów i bose stópki. Pod pachą trzymała pluszowego misia, a jej małe piąstki pocierały zaspane oczka.

– Mama. – Dało się słyszeć jej głosik. Jak na komendę wszyscy na nią spojrzeli.

Hania posłała Sebastianowi wkurzone spojrzenie i wysyczała, że w drugim pokoju śpi Pola i jeśli też się obudzi, to on będzie ją usypiał. Czerwonowłosa Bożena usiadła na kanapie, okryła się kocem i przytuliła leżącą obok maskotkę. Chwilę później sięgnęła po szklankę z wodą, która stała na ławie, i wlała w siebie całą zawartość. Była to duża szklanka. Anna natomiast gapiła się z przerażeniem na swoją córkę, myśląc intensywnie o tym, co ma teraz zrobić.

– Mama. – Dziewczynka wyciągnęła swoje rączki w jej kierunku, co zobligowało ją do bardzo szybkiego działania. Jakiegokolwiek w sumie, byleby w efekcie dobrego dla niej.

– Chodź. – Wzięła małą na ręce. – Zaprowadzę cię do mamy. – Wiedziała, że jedyną osobą, która w tym momencie może pełnić chwilową funkcję matki jej dziecka, jest Bożenka. Ufała, co swoją drogą było bardzo ryzykowne, że Bożena nie palnie żadnego głupstwa. Z szybko bijącym sercem odkleiła od siebie małe rączki i posadziła zdziwioną Różę na kolanach jej jeszcze bardziej zdziwionej matki chrzestnej. Zdążyła tylko szepnąć, aby tamta siedziała cicho. Sama natomiast odwróciła się w kierunku dwóch nieproszonych gości, złapała pod boki i poprosiła ich o opuszczenie domu. Prośba ta nie zachęcała do jakichkolwiek dyskusji. Tym bardziej odmowy. Miała oczywiście świadomość, że zarówno Hania, jak i Bożena zachodzą teraz w głowę, o co tutaj chodzi, a jeszcze bardziej pewna była tego, że jak tylko zamkną się drzwi za panami z prokuratury, ona będzie musiała wyjawić przyjaciółkom swój sekret.

Z dwojga złego wolała to niż konfrontację z Pawłem Wawro.

O dziwo, i Wawro, i Wilczyński bardzo sprawnie opuścili pomieszczenie. Ten pierwszy nawet jakby bardziej się spieszył, nad czym Anna wcale a wcale nie miała zamiaru się zastanawiać. Najważniejsze, że sobie poszedł. Gdy usłyszała silnik samochodu, odwróciła się w stronę przyjaciółek, które patrzyły na nią ni to pytająco, ni wyczekująco, ni nagląco. Róża natomiast zasnęła w ramionach swojej matki chrzestnej.

– Bardzo potrzebuję wsparcia. – Anna opadła na fotel.

– Znaczy się co? – zapytała Bożenka. – Mam przynieść wino?

– Przynieś dwa – powiedziała Hanka.

Rozdział 2

– Możesz tego nie komentować? – Sebastian cierpiał bardzo po męsku, czyli z co chwilę wypowiadanym głośnym „Kurwa mać, ja pierdolę, co to za baba była?!”. Guz, który wykwitł na jego czole, bardzo go bolał. Głupkowaty uśmieszek Pawła wcale nie pomagał w dojściu do siebie. Ale na co on, do cholery, liczył? Na współczucie? Na przytulenie? No cóż, siedzący obok niego Wawro daleki był od tego, aby z kimkolwiek łączyć się w bólu.

Kumpel po fachu nie był wyjątkiem.

– Stary, do momentu, aż się za tobą wieko trumny nie zamknie, będę ci o tym przypominał. Dawno nikt mi takich atrakcji nie zaserwował. Te giętkie Ukrainki sprzed tygodnia się nie liczą. – Wawro parsknął, zachowując się w tym momencie jak typowy „przyjaciel”, dla którego nieszczęście bliźniego jest niezłym dowcipem.

– Uważaj, żeby to wieko się wcześniej za tobą nie zamknęło – odburknął Sebastian. Wiedział jednak doskonale, że gdyby podobna sytuacja zdarzyła się Pawłowi, on sam zachowałby się dokładnie tak samo, czyli robił z tego wszystkiego podśmiechujki.

– Wysoki sądzie, zgłaszam sprzeciw. Pragnę też poinformować, że prokurator Wilczyński ma problemy z pamięcią i nie brałbym na poważnie jego argumentów. Nie mieszczą się one w ramach czasowych. – Paweł nie mógł sobie odmówić małych złośliwości.

– Pierdol się.

– Mocne słowa. Nie wiem, czy potrzebne. – Wawro nawet nie powstrzymywał śmiechu.

– Ja naprawdę byłem pewien, że jest sierpień. Za dużo pracuję, za dużo.

– Ty się lepiej módl, żeby twoja była nie zrobiła z tego afery. Ma podstawy. I ma świadków.

– Mam gdzieś ją i jej świadków. – Nie do końca była to prawda, ale przecież Paweł nie musiał tego wiedzieć.

– To dobrze. Co robimy? Zawieźć cię do domu czy jednak skoczymy na drinka?

– Ja to sobie zapodam drinka ze środkiem przeciwbólowym, więc odstaw mnie do domu. Swoją drogą, niezłymi kumpelami otacza się ta moja była żona. Ta czerwonowłosa to chyba ma problemy z agresją i leczy je za pomocą szklanki wody. Ta druga jest znowu jakaś przewrażliwiona. Ale ma fajne cycki.

– Faktycznie, niezłe. – Paweł nie miał zamiaru informować Sebastiana, że zna obie koleżanki jego byłej żony dość dobrze. A jedną z nich to nawet dogłębnie. To znaczy, na pewno mu o tym kiedyś powie, jednak nie zrobi tego dziś.

Odstawił Sebę i pojechał do siebie.

W Krakowie mieszkał od niecałych dwóch lat.

W końcu usiadł przy stole ze swoją żoną Dorotą i raz na zawsze postanowili zakończyć farsę zwaną małżeństwem. Zrobili to w sposób bardzo cywilizowany, przyjacielski nawet. Po rozprawie poszli na pożegnalny obiad. Paweł jeszcze przez jakiś czas mieszkał w Rzeszowie, ale coraz częściej pracowe zobowiązania ciągnęły go do stolicy Małopolski, dlatego bez żadnych sentymentów przeniósł się pod Wawel.

Lubił Kraków.

Lubił siadać w przytulnej restauracji usytuowanej w podcieniach rynku. Zamawiał lampkę koniaku i obserwował ludzi. Tutaj mieszało się ze sobą wiele języków, wiele kultur, statusów społecznych i jeszcze więcej emocji. Paweł widział rzeczy, których inni nie dostrzegali.

Bo nie mieli na to czasu.

Widział bezdomnych, którzy w reklamówkach znanego dyskontu nieśli cały dobytek swojego życia, co jakiś czas zatrzymując się obok tego czy tamtego kosza na śmieci w celu uzupełnienia zapasów. Widział, jak siadają na ławeczce, opierają się o siebie nawzajem i zasypiają.

Mijały go rodziny z marudnymi dziećmi. Rozwrzeszczane latorośle, znudzone zwiedzaniem, w ramach zabicia czasu wpadały na przechodniów, kopały gołębie i miały w głębokim poważaniu napominania ojca czy matki. Nie interesowała ich wieża Mariacka, a na hejnał mieli wyjebane. Ileż to razy Paweł słyszał, że jeśli się gówniarze jeden z drugim nie uspokoją i nie zaczną zachowywać, to będą mieli zabrane telefony. Zazwyczaj przez kilkanaście minut po strofowaniu „zachowywali się” jak należy.

Widział pokłócone pary, bo ten czy tamten mężczyzna raczył zaszczycić swoim wzrokiem inną kobietę. Paweł zdawał sobie sprawę z tego, że istnieją niewiasty, które uważają, że ich partnerzy nie mają prawa spojrzeć na przedstawicielkę płci pięknej w sposób inny niż obojętny, a nawet mała odraza byłaby tutaj wskazana. Fochy w wykonaniu tych kobiet były bardzo do siebie podobne. Wysoko uniesiona broda, mocno zaciśnięte usta, a czasem, gdy pozwoliła na to odległość, mógł nawet zobaczyć szybko poruszające się nozdrza. Na szczęście bez buchającej z nich pary. Nieodłącznym atrybutem było również splecenie ramion na piersi. Bywało też, że słyszał, o czym takie zwaśnione pary rozmawiają, i tutaj także powtarzał się pewien schemat. Ona mówiła, że jej towarzysz chciał przelecieć jakąś kobietę. Towarzysz ów zaprzeczał. Ona wymuszała wręcz, aby potwierdził, zapewniając go przy okazji, że i tak wszystko wie najlepiej i cokolwiek on powie, ona… wie lepiej. Wiadomo. Po kilku minutach wściekły facet krzyczał, że owszem, miałby ochotę na seks z tą czy też tamtą panną, a jej chuj do tego. Potem wkładał ręce do kieszeni, przybierał wkurwiony wyraz twarzy i parł do przodu. Do pierwszego monopolowego. Jego obrażona na cały świat partnerka szła w innym kierunku. Po pięciu, czasem dziecięciu sekundach zmieniała trasę i go goniła. Jak dogoniła, pluła do ucha swoje mądrości.

Były też pary, które emanowały światłem, pozytywną energią i radością. Ci ludzie patrzyli na siebie z miłością i zrozumieniem. Im Paweł poświęcał najmniej uwagi i czasu.

Kiedy tylko wysadził Sebastiana i został w samochodzie sam, jego myśli poszybowały w stronę czarnowłosej kobiety, o której ostatnimi czasy myślał bardzo dużo. Mało tego, kiedyś nawet miał wrażenie, że widział ją w jednym z krakowskich parków. Z dziecięcym wózkiem. Wtedy uznał, że musiało mu się to tylko wydawać. Teraz natomiast byłby skłonny założyć się sam ze sobą, że to była ona.

Stawiał swojego mustanga.

I właśnie wtedy pedał gazu w tym postawionym w zakład aucie wpadł w podłogę, bo w jego głowie pojawiła się bardzo dziwna myśl. Myśl, która nie chciała dać mu spokoju i motywowała go do zastanowienia się nad kilkoma ważnymi kwestiami.

– Ona skłamała. – Wypowiadając te słowa na głos, poczuł przeraźliwe zimno, które rozprzestrzeniło się po całym jego ciele. Czuł je wszędzie, a najbardziej w żołądku. Po chwili jego dłonie zrobiły się mokre, a koszula zaczęła się lepić do ciała. Serce łomotało w piersi, oddech przyśpieszył, w gardle mu zaschło, a przed oczyma pojawił się obraz małej dziewczynki. – Nie, kurwa, ja to sobie wmawiam. To nie jest możliwe. To jest wręcz niemożliwe. Nieprawdopodobne. Absurdalne. – Przetarł twarz dłońmi, nieco uspokoił targające nim emocje i zaczął liczyć, kiedy doszło do zbliżenia z Anną Medycką.

Dwa lata i jedenaście miesięcy temu.

Po odliczeniu od tego dziewięciu miesięcy ciąży, wychodziło dwa lata i dwa miesiące. Ta dziewczynka wyglądała na jakieś dwa latka. Plus minus.

– Odpierdala ci, człowieku. Weź się w garść. – Wawro wypuścił nadmiar powietrza zgromadzonego w płucach i kilka minut później wchodził do domu. Bardzo się starał, aby jego myśli dalekie były od analizowania i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. W staraniach tych miała mu pomóc butelka single malta.

Efekt był odwrotny, bo gdzieś tak przy trzeciej szklaneczce, z nogami opartymi na blacie ławy i co rusz pocierającą skronie lub czoło dłonią, doszedł do wniosku, że istnieje prawdopodobieństwo, iż dziecko, które widział, może być jego. Przez kilkadziesiąt minut prowadził wewnętrzny monolog, próbując przekonać siebie samego, że to jednak nie jest możliwe, żeby miał córkę. Tyle tylko, że kiedy uprawiał seks z Medycką, zrobili to bez prezerwatywy, czyli teoretycznie mógł być ojcem. Nie miał przecież pojęcia, czy ona się zabezpieczała w inny sposób.

Na samo wspomnienie tego dzikiego zbliżenia krew w nim zawrzała.

Miał wrażenie, że od momentu, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy, gdy towarzyszyła swojej roztrzęsionej siostrzenicy, a on na prośbę Sebastiana Wilczyńskiego udzielał tej młodziutkiej dziewczynie pomocy, jej ciotka wpadła mu nie tylko w oko. Wpadła w jego myśli i nie mogła ich opuścić. Nie przeszkadzało mu to oczywiście w uprawianiu seksu z innymi przedstawicielkami płci pięknej. Jednak za każdym razem, kiedy pomyślał o tym, jak pieprzył ją pod ścianą, mając w poważaniu to, że nazywała go wtedy imieniem swego zmarłego męża, działo się z nim coś nieprawdopodobnego.

Czuł błogość, jakiej nie doświadczył przy żadnej innej kobiecie. Czuł lekkość, która sprawiała, że na jego ustach błąkał się tak rzadko spotykany uśmiech. Czuł ekscytację, kiedy w wyobraźni ponownie się z nią pieprzył. Bo na żywo nie było już okazji.

A teraz?

Teraz się okazuje, że mogą mieć razem dziecko, o którym on nie miał pojęcia.

Pusta szklaneczka uderzyła z impetem o stół, a zataczający się Paweł udał się do swojej sypialni. Nim zasnął, obiecał sobie, że on się z tą Medycką rozmówi raz a porządnie. W tym momencie w jego żyłach, poza alkoholem, krążyła złość przeplatana z niezaspokojoną ciekawością. Jego intuicja, na której bardzo często polegał i która mało kiedy go zawodziła, podpowiadała mu, że ta mała istotka jest jego córką. Potrzebował tylko dowodów, a że był prokuratorem, i nieważne, że w tym momencie nawalonym jak szpadel, wiedział, że będzie potrafił je zdobyć.

Zasnął, przenosząc się do krainy wyuzdanej fantazji.

Znalazł się w swojej kuchni. Była z nim Anna. Miała na sobie czarne pończochy, kuse koronkowe majteczki i szpilki.

– Odwróć się do mnie tyłem – wydał polecenie, które wykonała powoli. Okrasiła to szelmowskim uśmiechem.

Stanął za nią, położył swoją ogromną dłoń na jej plecach i niejako przymusił do tego, aby oparła się tułowiem o blat stołu. Chwycił za krzesło i ustawił je tuż za nią.

– Jestem bardzo głodny. – Zaczął całować i równocześnie masować okrągłe niczym brzoskwinie pośladki.

Wypięła tyłek, dając mu nieograniczony dostęp do swojej kobiecości. Odchylił skrawek bielizny i wsunął w nią palec. Zrobił to powoli. Wysunął go jeszcze wolniej. Jej ciało zaczęło drżeć, co sprawiło, że powtórzył tę czynność kilka razy. Po chwili do pieszczot dołożył swój język.

– Jesteś taka soczysta. – Z trudem powstrzymywał się przed tym, aby nie zakończyć penetracji mokrej cipki, rozpiąć rozporek i się w nią wbić.

– Nie przestawaj mnie lizać. – Usłyszał jej błagalne jęki. Były to bardzo podniecające dźwięki, mobilizujące go do jeszcze wydajniejszej pracy językiem. Robiąc dobrze jej, robił też dobrze sobie. Świadomość tego, jak ona reaguje na jego pieszczoty, sprawiała mu mnóstwo rozkoszy. Bardzo szybko wyczuł, jak ma ją pieścić, żeby szalała z pożądania. Koniuszkiem języka wodził po nabrzmiałej cipce. Masował delikatnie opuszkami palców, ściskał za pośladki. Gdyby miał trzecią rękę, zrobiłby w tym momencie dobrze sam sobie.

Bardzo chciał dojść razem z nią. A najlepiej w niej.

Poczuł na języku wilgoć. Spuściła się w jego usta. Jej ciało zaczęło się trząść. Zaprzestał pieszczot, zerwał się z krzesła, przy okazji je przewracając. Rozpiął rozporek, zsunął spodnie i bokserki do połowy ud. Nim się w niej zanurzył, przejechał palcem po spojeniu pośladków. Chwycił penisa i naprowadził go na jej mokre wnętrze.

Z chwilą, kiedy w nią wszedł, wytrysnął.

Otworzył oczy. Trzymał w dłoni penisa. Po palcach ciekła mu sperma. Czuł się tak, jakby coś zostało mu zabrane.

Nie bardzo tylko wiedział co.

Rozdział 3

Trudno było stwierdzić, kto ma w tym momencie dziwniejszy wyraz twarzy. Bożena, która wyglądała jak ryba wyjęta z wody, dodatkowo z potężnym wytrzeszczem oczu, czy może jednak Hania, która na zmianę to nalewała sobie wina, to je wypijała. Czynność tę powtórzyła cztery razy. Gdyby nie śpiąca na górze małoletnia córka, zrobiłaby to dziesięć razy. Wszak nie co dzień człowiek słyszy takie rewelacje i nie pochodzą one z czeluści telewizyjnych.

– Czy ja dobrze zrozumiałam, że ty uprawiałaś z nim seks z nienawiści? – zapytała w końcu Bożenka, która nie potrafiła sobie wyobrazić tego, że Wawro jest ojcem Róży. Ten człowiek ją przerażał.

– Nie z nienawiści. Raczej z nieświadomości. Chwilowej niepoczytalności. Szoku. Traumy. Jakieś rozszczepienie jaźni mi się zrobiło w momencie, w którym przyjechał, żeby mi powiedzieć, że Borys zginął w wypadku. No cholera – rozłożyła dłonie w bezradnym geście – co ja mam wam jeszcze powiedzieć? Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

– Jedno trzeba mu przyznać. – Hania, która w końcu się odezwała, uśmiechnęła się łobuzersko. – Facet powala atrakcyjnością. Mój Sebastian też jest przystojny. Najwidoczniej prokuratorzy…

– Zaraz, zaraz… – Anna w odpowiedzi posłała jej kpiący uśmieszek. – Czy ja dobrze usłyszałam? Twój Sebastian? Nie dalej jak kilka godzin temu powiedziałaś, że gdyby był ostatnim żyjącym facetem na ziemi, nie dotknęłabyś go kijem uwalonym w gównie, a teraz to nagle jest twój Sebastian? Houston, mamy tutaj dość poważny problem.

– On nic dla mnie nie znaczy. – Hanka czknęła mało przekonująco.

– Taki kit to ty możesz w okno wciskać.

Hania wzruszyła ramionami.

Nigdy nie przestała kochać tego dupka, ale właśnie z racji tego, że był tak prymitywnym, skorym do romansów palantem, wiedziała, że powinna się wyleczyć z tej miłości. Przekonywała wszystkich dookoła i samą siebie też, że Sebastian nic jej nie obchodzi i że ona jest w stanie cieszyć się życiem nawet wtedy, kiedy wie, że on zmienia kobiety jak rękawiczki. Dziś, gdy zobaczyła go leżącego po trafieniu przez Bożenkę deską do krojenia, obchodził ją bardzo.

Za bardzo.

– Ty to może przestań się zajmować mną i skup się na sobie. – Posłała Annie wymowne spojrzenie. – Jesteś pewna, że to jego dziecko? Dasz sobie za to rękę obciąć?

– Tak, jestem tego pewna.

– Musicie uciekać! Dziś! Teraz! Natychmiast! Najlepiej na Ukrainę. Przeczekacie tam zimę, urosną ci włosy, może też trochę przytyjesz i przestaniesz golić nogi. Potrzebujecie paszportów! Oddam ci wszystkie moje oszczędności! Albo nie, nie wszystkie! Połowę! – Bożenka przemierzyła kilkukrotnie całą długość salonu, myśląc o planie ucieczki. Intensywność tych myśli wpłynęła bardzo mocno na kolor jej policzków.

– Nikt nie będzie uciekał. – Ania wyczekała momentu, aż Bożena przejdzie obok niej, złapała ją za rękę i posadziła obok siebie na kanapie. Wymagało to użycia siły.

– To co zrobisz, jak on przyjdzie i będzie ci chciał zabrać Różę? – Czerwonowłosa przyjaciółka zaczęła płakać, tworząc w głowie najgorsze scenariusze. Trzeba to przyznać, była mistrzynią przewidywania przyszłości. Tej złej.

– Uspokój się. Nikt nie zabierze mi Róży. Uważam, że nie ma jakichkolwiek podstaw ku temu, żeby on się czegokolwiek domyślił. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze i do jutra o nas zapomni. Kto wie, może przy odrobinie szczęścia zostanie porwany przez kosmitów, którzy wyczyszczą mu pamięć. – Zaczęła się śmiać. – Natomiast jego szanowny kolega, były mąż tej tutaj podchmielonej Hanki, ilekroć spojrzy na deskę do krojenia, pomyśli dwa razy, nim będzie chciał przekroczyć próg tego domostwa.

– A ja coś czuję, że teraz będzie omijał to miejsce szerokim łukiem. – Hania zaśmiała się złośliwie. – Zamiast podpisywać umowę z firmą ochroniarską, powinnam pomyśleć o zatrudnieniu Bożenki w tej roli, a hasłem reklamowym jej nowej działalności powinno być „Jeb w ten głupi prokuratorski łeb”.

Kiedy się rozeszły, zaczynało świtać.

Anna, z chwilą gdy zamknęła za sobą drzwi od pokoju, opadła na łóżko bez sił. W końcu mogła poluzować maskę, którą założyła dla przyjaciółek. Kiedy uspokajała Bożenę, próbowała dodać również otuchy samej sobie. Bezskutecznie. Bała się. Bała się bardzo. Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Zakryła usta dłonią, powstrzymując się przed wydaniem jakiegokolwiek dźwięku, który mógłby zdradzić jej prawdziwe uczucia i zaalarmować przyjaciółki. Położyła się obok Róży, przytuliła do małego ciałka i bezgłośnie modliła o cud.

Pewnie, że istniała szansa, że Wawro nie połączy faktów i w dalszym ciągu będzie żył w błogiej nieświadomości. Co oczywiście byłoby dla niego najlepsze. Dla niej i dla Róży tym bardziej. Ale co, jeśli wrócił do domu, myślał za dużo i coś wymyślił? Co jeśli pojawi się tutaj rano i będzie żądał wyjaśnień? Co jeśli będzie rościł sobie prawa do Róży?

W żołądku Anny zamieszkało tornado.

Z chwilą, kiedy dotarło do niej, że jest w ciąży, przed jej oczyma pojawiły się sceny rodem z filmu erotycznego, w którym udział brali ona i Paweł Wawro. Jakże się wstydziła tych obrazów. Jakże przed nimi uciekała. Przez dziewięć miesięcy codziennie rano patrzyła w lustro, głaskała się po coraz bardziej wypukłym brzuchu i wmawiała sobie z uporem maniaka, że nosi pod sercem prezent od Borysa. Na nic zdał się głos rozsądku, który próbował tłumaczyć, że to nie tak. Że ojcem tego maleństwa nie jest jej zmarły mąż, lecz mężczyzna, któremu oddała się w porywie chwili. Było to zarazem straszne, cudowne i przerażające, ponieważ Anna wiedziała, że gdyby ktoś cofnął czas i zapytał ją, czy zrobiłaby to po raz drugi, jej odpowiedź byłaby po stokroć twierdząca.

Pewnego wieczoru, parę tygodni po porodzie, gdy Róża spała, Anna pozwoliła sobie na mały rachunek sumienia. Chodziło między innymi o prokuratora Wawro. Nie lubiła go, więc miała świadomość, że może być mało obiektywna, niemniej spróbowała podejść do tematu na chłodno. Zadała sobie wtedy w myślach pytanie, które miało dać odpowiedź na to, co ma robić dalej. Zapytała siebie samą, czy ma mu powiedzieć o tym, że mają dziecko, czy może lepiej będzie zabrać tę tajemnicę do grobu. Ewentualnie wywieźć ją z Traszek i nigdy więcej tam nie wracać, co swoją drogą było straszną perspektywą.

Poniekąd chciała odciąć się od przeszłości.

Dom, w którym przez tyle lat mieszkała z Borysem, na każdym kroku przypominał o wszystkich cudownych chwilach, jakie w nim spędzili. Ufała, że jeśli zakończy ten etap, będzie jej łatwiej. Ale wiedziała też, że nie da się wyjść ze swojego życia i zamknąć za sobą drzwi. Nie można wziąć gumki do ścierania i wymazać wszystkiego co złe. Nie da się też na pstryknięcie palcem zapomnieć o przeszłości.

Przynajmniej ona tego nie potrafiła.

Tyle tylko, że Anna bardzo skutecznie uciekała od podjęcia decyzji. Kiedy więc coś sprowokowało ją do zastanowienia się nad swoim życiem i – o dziwo – nie przerywał jej w tym myśleniu płacz dziecka, uznała, że najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli Róża Medycka pozostanie Różą Medycką, a Paweł Wawro będzie żył w błogiej nieświadomości. Podejmując taką, a nie inną decyzję, nie miała tak naprawdę jakiegokolwiek argumentu za czy też przeciw. Uznała tylko, że nie będzie sobie komplikowała życia jeszcze bardziej, zapraszając do niego tego człowieka. Upłynęło jednak jeszcze trochę czasu, nim spakowała siebie i córeczkę i wyjechała do Krakowa. Mieszkała tutaj już ponad rok i musiała przyznać, że decyzja ta była jedną z najlepszych, jakie mogła podjąć.

Aż do momentu spotkania oko w oko z Pawłem Wawro.

– Może i dał mi ciebie, ale na pewno nie pozwolę mu cię zabrać. – Złożyła na główce śpiącej córeczki pocałunek i przymknęła powieki. Następnego dnia, mimo że na pozór zachowywała spokój, to jednak za każdym razem, gdy słyszała odgłos zbliżającego się auta, zasychało jej w gardle, a po plecach przebiegały niemiłe ciarki. Kiedy jednak do wieczora nie pojawił się żaden nieproszony gość z prokuratury, jakby odetchnęła z ulgą i poczuciem, że wszystko dobrze się skończyło.

Bożenka była podobnego zdania.

– Ten cały Wawro to jest półgłupek. Nie domyśli się, że ma taką śliczną córeczkę. Taką do cioci Bożenki podobną. Tak samo mądrą i ładną. Ciocia kupi ci sklep. – Połaskotała małą w stópkę.

– Bożena, może jak zajmujesz się Różą, nie maluj sobie w tym czasie paznokci, co?

– No coś ty, ja mam rozdwojenie jaźni przecież. Mogę robić kilka rzeczy naraz.

Ania pokręciła ze śmiechem głową. Dała sobie też spokój z tłumaczeniem, że tutaj raczej o podzielność uwagi chodzi. Trzy dni później wróciła do domu, a po kolejnych trzech spała już spokojnie, wierząc, że gdyby Wawro cokolwiek zwęszył, dawno złożyłby jej wizytę. Co prawda gdzieś w jej głowie pojawiła się myśl, że to tylko cisza przed burzą jest i lepiej niech rozłoży potężny parasol, żeby uchronić się przed zmoknięciem. A najlepiej to niech znajdzie sobie jakiś bunkier, który zabezpieczy ją przed rażeniem pioruna.

Zignorowała to uczucie.

W czwartek od samego rana Anna czuła dziwny niepokój, który udzielił się również małej Róży. Dziewczynka popłakiwała, grymasiła przy jedzeniu i wierciła się tak bardzo, że cały obiad wylądował na bluzce jej mamy. Rozczochrana, ubrudzona Ania, z zapłakaną córką plączącą się pod jej nogami, próbowała ogarnąć otaczający ją świat. W międzyczasie ktoś zadzwonił do drzwi. W ferworze dnia codziennego nie pomyślała o tym, żeby zerknąć przez wizjer, by sprawdzić, kto złożył jej wizytę, tylko od razu przekręciła zamek i nacisnęła na klamkę. Chwilę później pożałowała tego bardzo. Po drugiej stronie stał mężczyzna, który wyglądem przypominał rozjuszonego byka szykującego się do ataku. Anna z kolei zbaraniała. Róża tymczasem na kilka chwil zaprzestała płaczu, skupiając całą swoją uwagę na panu, który stał w drzwiach.

Paweł od ponad tygodnia zbierał się w sobie, żeby odbyć tę rozmowę. Następnego ranka po spotkaniu w domku letniskowym uruchomił swoje rzeszowskie znajomości. Dwie godziny później miał sto procent pewności, że jest ojcem Róży Amelii Medyckiej, urodzonej w maju dwa lata temu. Konkretnie piątego.

Był wkurwiony i wystraszony.

Był na swój sposób podekscytowany.

Był też wściekły na Medycką.

Wychowany w domu dziecka, gdyż zaraz po porodzie matka zostawiła go w szpitalu, zawsze obiecywał sobie, że będzie wspaniałym ojcem. Z Dorotą, byłą żoną, nie doczekali się potomstwa. Trzy ciąże skończyły się poronieniem, a Paweł nie chciał słyszeć o adopcji. Bał się wziąć na siebie odpowiedzialność za wychowanie dziecka takiego, jakim on sam był.

Niechcianego.

Z czasem pogodził się z tym, że nie będzie mu dane być ojcem, wmawiając sobie przy okazji, że taki ktoś jak on najwidoczniej na to nie zasłużył. A tu nagle jego poukładany świat legł w gruzach, bo on jednak został ojcem. Tyle tylko, że ktoś postanowił to przed nim zataić. Pożądanie, jakie czuł do Anny, zostało zastąpione bardzo silną niechęcią. Kiedy zobaczył ją w drzwiach, trzymającą na rękach dziecko, miał ochotę potrząsnąć nią mocno i wykrzyczeć wszystko to, co mu leżało na wątrobie. Powstrzymał się tylko przez wzgląd na tę małą dziewczynkę.

– Będziemy robić testy na ojcostwo czy oszczędzimy jej tej szopki? – Wskazał głową na Różę, a potem, nie czekając na zaproszenie, przekroczył próg mieszkania. Anna przytuliła do siebie córkę. Była zestresowana, zszokowana i gotowa walczyć jak lwica o swoje młode.

– Wyjdź stąd – powiedziała głosem cichym, ale spokojnym. Nawet nie zastanawiała się nad tym, skąd znalazła w sobie ten spokój. Najważniejsze było to, aby on sobie poszedł.

– Chyba zapominasz, z kim rozmawiasz. – Barwa jego głosu mogła w tym momencie przyprawić o dreszcz. I nie był to dreszcz podniecenia.

– Wyjdź stąd albo wezwę policję – powtórzyła, tuląc do siebie dziecko.

– Zapewniam cię, że nie chcesz, żeby pojawiła się tutaj policja. – Rozpiął marynarkę, usiadł przy stole w kuchni, wyciągnął przed siebie nogi, skrzyżował je w kostkach, dłonie splótł na piersiach i mierzył ją wzrokiem. Przez chwilę toczyli ze sobą wojnę na spojrzenia.

– Czego chcesz? – O dziwo, od kiedy się pojawił, Róża patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Wszelkie płacze i marudzenia ustały.

– Skoro to moja córka, to chyba powinnaś się domyślić, czego chcę.

– To nie jest twoja… – Nim Anna skończyła zdanie, wszedł jej w słowo.

– To jest tak samo moja, jak i twoja córka. Jeśli o mnie chodzi, możemy zrobić badania, które potwierdzą to, co oboje wiemy. Wydaje mi się jednak, że jest to zbędne. Ja chcę tylko usłyszeć od ciebie, że ona… – wskazał głową na Różę – …jest moja.

Anna patrzyła na niego tak, jakby błagała, aby wstał i opuścił jej mieszkanie. Kiedy jej niema prośba nie została wysłuchana, usiadła przy stole. Nie było sensu brnąć w to dalej.

– Po co ci to? – zapytała, nie patrząc mu w oczy. Swój wzrok skierowała na okno.

– Nie twoja sprawa. – Usłyszała.

Patrzyła jeszcze przez chwilę w okno, a potem spojrzała na niego.

– To twoja córka – powiedziała, a kiedy chciała coś jeszcze dodać, Róża sięgnęła swoją prędką rączką po papiery, które przed nią leżały. Pogniotła je szybciej, niż jej mama zdążyła o tym pomyśleć. – Jasna cholera! – Anna zamarła na ułamek sekundy, a potem złapała córkę pod pachy i wpakowała ją Pawłowi na kolana, mówiąc: – Jasna cholera, cały tydzień tłumaczyłam te papiery! Jasna cholera! – Zebrała to, co zostało z dokumentów, i wybiegła z kuchni.

Paweł jeszcze nigdy nie trzymał na rękach dziecka. Nie było ku temu okazji. Róża przez kilka chwil wpatrywała się w niego z ciekawością, aż w końcu nie tak bardzo nieśmiało sięgnęła małą rączką po krawat zawieszony na jego szyi. Na jej usteczkach pojawił się uśmiech. Nagle w wyobraźni Pawła zaczęły tworzyć się sceny rodem z ojcowskiego horroru. Nastoletnia córka, uzależniona od narkotyków, papierosów i alkoholu, ucieka z domu i baluje pośród szemranego towarzystwa. Ubiera się przy tym jak ostatnia nierządnica. Uprawia seks, a potem ginie pod kołami pociągu. Jej ciało jest tak zmasakrowane, że identyfikacja zwłok jest niemożliwa. Ojciec po wizycie w prosektorium umiera na zawał.

– Dobrze się czujesz? Jesteś bardzo blady. – Usłyszał głos Anny, która oszacowawszy straty w dokumentach, wróciła do kuchni. Wiedziała, że czeka ją poważna rozmowa. Wiedziała również, że najprawdopodobniej będzie musiała pójść na jakieś ustępstwa.

– Mam córkę i właśnie sobie uświadomiłem, że ona kiedyś zacznie się umawiać na randki.

– Jak rozumiem, pozwolenie na broń już masz? – Zupełnie niezamierzenie uśmiechnęła się pod nosem.

– Wystarczą mi działka samonaprowadzające.

– Ona ma dopiero dwa latka…

– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co porywacze robią z dwuletnimi dziewczynkami?! – krzyknął, co spowodowało, że wystraszona Róża zaczęła płakać i wyciągać ręce w kierunku swojej mamy.

– Pójdę ją uśpić, a ty się napij. Wody, wódki, cyjanku. Czym chata bogata.

Dwadzieścia minut później wróciła, a Paweł bębnił nerwowo palcami o blat stołu.

– Kiedy się domyśliłeś? – zapytała, unikając patrzenia mu w oczy.

– Jakieś pół godziny po tym, jak od was wyszliśmy. Może nawet szybciej. Stuprocentową pewność zdobyłem następnego dnia. W Rzeszowie w dalszym ciągu mieszka mnóstwo ludzi, którzy są mi życzliwi.

– Bo masz na nich haki. Cóż za staropolska życzliwość. – Wydęła usta pogardliwie.

– Nie przyszedłem tutaj po to, żeby prowadzić przyjacielskie pogawędki. Ona będzie nosiła moje nazwisko. Wszelkich formalności dopełnimy do końca miesiąca.

– A co, jeśli się nie zgodzę?

– Sprawdź, co się stanie. – Z jego oczu wyzierała wściekłość. Anna wolała nie sprawdzać, jaki byłby efekt niesubordynacji.

– Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?

– Skądś.

– No tak, od życzliwych ci ludzi. – Teatralnym gestem uderzyła się w czoło.

– Hanna Wilczyńska co prawda nie była mi tak bardzo życzliwa, jak bym tego oczekiwał, jednak po przedstawieniu jej odpowiednich argumentów uznała, że powinna podać mi adres zamieszkania mojej córki.

– Serio? Mam ci uwierzyć, że Hania mnie sprzedała? – Posłała mu wymowne spojrzenie.

– Cóż, do „sześćdziesiątki” jej daleko, ale tak, to ona mi powiedziała, gdzie mieszkasz. Dziwne, że cię nie uprzedziła. – Kpiąca piłeczka została odbita.

Anna na chwilę się zamyśliła, a potem poszła po telefon leżący na kanapie. Dźwięki były wyłączone, co zapewne zawdzięczała zwinnym paluszkom Róży. Na ekranie smartfona widniało kilka nieodebranych połączeń od Hani. Znalazł się też jeden SMS o treści:

Uwaga, nalot prokuratorski! Wawro w drodze. Nie bądź na mnie zła. Dzwoń po wszystkim. Mam butelkę wina w pogotowiu.

– Czy mamy do omówienia jeszcze jakieś sprawy? – zapytała tonem bardzo oficjalnym, sugerującym, że najlepiej by było, gdyby on już sobie poszedł. I nigdy więcej nie wracał.

– Na dziś wystarczy. No chyba że chcesz mnie przeprosić. Jeśli tak, to tylko w bieliźnie. – Nie byłby sobą, gdyby nie rzucił jej seksualnej aluzji.

– Tam jest wyjście. – Wskazała mu kierunek, w którym powinien się udać. Jego seksistowską uwagę zignorowała. Kiedy stanęła przy drzwiach wyjściowych, czekając, aż Wawro łaskawie podniesie swoje cztery prokuratorskie litery, w jej głowie kłębiło się całe mnóstwo pytań, a najważniejszym z nich było to, które nieśmiało nawoływało o zainteresowanie i odpowiedź na nie.

Co teraz?

Tak jakby nie potrafiła udzielić sobie satysfakcjonującej odpowiedzi.

Paweł ruszył w kierunku drzwi. Nim wyszedł, stanął naprzeciwko Anny. Ona, dużo od niego niższa, zadarła hardo głowę. Ręce splecione na piersiach miały dodać jej odwagi w potyczce z adwersarzem. On wsadził dłonie do kieszeni i spojrzał jej w oczy.

Przez dłuższą chwilę tylko na siebie patrzyli.

– Miej świadomość, że będzie mnie w waszym życiu bardzo dużo. – Zdanie to wypowiedział szeptem. Zabrzmiał groźnie.

Gdy zamknęła za nim drzwi, w końcu mogła odetchnąć.

Rozdział 4

Paweł wyszedł z mieszkania Anny, oparł się o swojego mustanga i wyciągnął z kieszeni marynarki papierosy. Wsadził jednego do ust, zaciągnął się, odchylił głowę do tyłu, wypuścił dym i potarł dłonią czoło. To spotkanie kosztowało go naprawdę wiele. Sięgnął po telefon i wybrał numer Sebastiana. Po pięciu długich sygnałach usłyszał zaspany głos przyjaciela.

– Czego?

– Mam córkę – powiedział do kumpla. Może powinien zacząć rozmowę od przywitania się, ale jakoś o tym nie pomyślał. Jakoś mu to z głowy wyleciało.

– Co masz? – padło w odpowiedzi. Takiej mocno niemrawej, bo jeszcze śpiącej.

– Córkę.

– Jaką córkę? O czym ty mówisz? Naćpałeś się na obiad zarekwirowanego towaru?

– Nie chce mi się tego tłumaczyć przez telefon. – Poczuł przeraźliwy ból głowy, musiał przykucnąć.

– Do rana siedziałem nad dokumentami i padam na twarz. Przyjedź do mnie o dwudziestej, zrobimy pępkowe. – Sebastian rozłączył się, nie mając świadomości, co dzieje się z Pawłem. Tak po prawdzie to uznał, że kumpel musi być pijany i pierdoli głupoty. Nim zdążył pomyśleć coś jeszcze, zasnął.

Papieros, który Wawro trzymał w dłoni, upadł na chodnik. Jego telefon także. Tak jak i bezwładne ciało Pawła. Kiedy się ocknął, stała nad nim grupka ludzi. Ktoś delikatnie nim potrząsał, ktoś zapytał go, jak się czuje.

– Proszę pana, słyszy mnie pan? – Z lewej strony dobiegł do niego gruby męski głos. Pokiwał głową, że tak, że docierają do niego dźwięki. Ledwo, bo ledwo, ale docierają. – Boli pana coś? – Słysząc to pytanie, zaprzeczył powolnym ruchem głowy. – Pogotowie już tutaj jedzie. – Chciał powiedzieć, że nie trzeba było wzywać karetki, ale stracił przytomność po raz drugi. Gdy ponownie otworzył oczy, leżał na łóżku. Nim jego wzrok odzyskał ostrość, upłynęło kilka chwil i kilka długich oddechów. Czuł się słabo, miał zdrętwiałe ręce i bolała go głowa. Kiedy jako tako doszedł do siebie, zaczął się rozglądać dookoła. Zewsząd otaczała go biel, parawany i mnóstwo dziwnych urządzeń. Zaczął sobie przypominać pewne rzeczy.

– Czy to jest szpital? – zadał to pytanie, nie licząc na jakąkolwiek odpowiedź.

– Tak. – Ta się jednak pojawiła, bo usłyszał kobiecy głos. – Przywieźli pana pół godziny temu. Stracił pan przytomność.

– Aha. – Opadł na poduszkę, nie wiedząc tak naprawdę, kto do niego mówi. Mało go to obchodziło.

– Zaraz przyjdzie do pana lekarz. – Znajomy głos dobiegł do niego jakby z góry. Po jego barwie wywnioskował, że należy do kobiety trzydziesto-, może czterdziestoletniej. Nawet nie chciało mu się otwierać oczu, żeby zobaczyć, jak ona wygląda. Domyślił się, że właśnie nad nim stoi i chyba oczekuje kontaktu wzrokowego. Chciał jej powiedzieć, żeby takowego poszukała w lustrze, ale nim otworzył usta, co przy ewidentnym braku sił było zadaniem niełatwym, usłyszał inny głos.

Beznamiętny, zimny, zdystansowany i nad wyraz profesjonalny.

– Czy pacjent się obudził? – Nowo przybyły zadał pytanie kobiecie.

– Tak, panie doktorze.

– Pobraliście pacjentowi krew?

– Tak, panie doktorze.

– Jak się pacjent czuje?

– Chujowo, panie doktorze. – Paweł, mimo chwilowej niedyspozycji i mimo tego, że pytanie to nie było skierowane do niego, postanowił włączyć się do dyskusji. Ewidentnie poirytował go głos lekarza i jego roszczeniowy ton. Otworzył oczy i spojrzał na mężczyznę. – Poczuję się lepiej, kiedy zostanę wypisany. Teraz.

– Pani Joanno. – Lekarz wziął w dłoń dokumentację medyczną i nim się z nią zapoznał, zwrócił się do pielęgniarki, traktując Pawła jak powietrze. – Pacjent zostanie w szpitalu na obserwacji. Proszę wykonać badanie krwi, EKG, tomografię komp… – Zapewne doktor wymieniałby dalej swe zalecenia, ale Wawro miał inny plan i postanowił wcielić go w życie.

– Pacjent nie zostanie w szpitalu na obserwacji. – Poczuł nagły przypływ siły, niemniej nie miał zamiaru za bardzo kozaczyć. Najpierw usiadł na łóżku, a kiedy uznał, że może wstać i najprawdopodobniej nie wywinie orła, bo pewności oczywiście nie miał żadnej, zrobił to. Później wsadził dłoń w wewnętrzną kieszeń marynarki. Była pusta. – Okradli mnie na ulicy czy u was?

– Nikt pana nie okradł. Potrzebowaliśmy pańskiego dowodu, a że miał go pan przy sobie, to tylko ułatwiło nam cały proces przyjęcia do szpitala. Mamy też pańskie kluczyki od auta i telefon. W depozycie – padło z ust pielęgniarki.

– Proszę mi to wszystko przynieść. – Jego ton nie znosił sprzeciwu. Pielęgniarka nie bardzo wiedziała, co ma robić. Spojrzała na doktora, licząc na pomoc. On z kolei studiował kartę pacjenta. Do tego stopnia go zaaferowała, że na jego czole pojawiły się pionowe zmarszczki.

– Proszę przynieść rzeczy pana Wawro – powiedział nagle. – Pacjent opuszcza szpital na własne życzenie. Wypis będzie do odebrania w recepcji. – Po tych słowach lekarz skierował się w stronę drzwi.

– Ale panie doktorze, przecież…

– Wykonać. – Po wypowiedzeniu tego rozkazu, bo inaczej nie można było nazwać tych słów, wyszedł z sali.

Pielęgniarka była w najprawdziwszym szoku i gdyby ktoś z personelu zmierzył jej teraz ciśnienie, zapewne wyszłoby podwyższone i kwalifikujące ją do przerwy w pracy. Doktor zachował się dziwnie. Bardzo dziwnie. No jak nie on.

– Przyniesie mi pani moje rzeczy czy może potrzebujecie mojego dowodu do kredytu? – Usłyszała poirytowany głos pacjenta.

– Przepraszam, już je przynoszę. – Chwilę później oddała mu wszystko, uznając, że to strasznie dziwna sytuacja. Przecież ten człowiek powinien zostać na obserwacji, co było początkowym zaleceniem lekarza. Nie dane było się jej jednak zastanawiać zbyt długo nad tą sprawą, ponieważ zadzwonił telefon dyżurny.

Paweł skorzystał z okazji, że kobieta odwróciła się do niego plecami, i wyszedł z sali. Co prawda jeszcze trochę kręciło mu się w głowie, ale bardzo, ale to bardzo chciał znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Miał też w nosie odbiór wypisu, jak dla niego mogli sobie nim podcierać tyłki. Pod szpitalem stały taksówki. Wsiadł do jednej z nich. Dopiero kiedy podjechał pod dom, przypomniał sobie, że jego własne auto zostało pod mieszkaniem Anny Medyckiej. Nie miał jednak ochoty tam jechać.

Wszedł do domu.

Stanął przed lustrem, wpatrując się intensywnie w swoje odbicie. Zobaczył w nim siebie sprzed kilkudziesięciu lat. Szczupłego i zgarbionego chłopaka, który walczył o akceptację swoich rówieśników – takich jak i on mieszkańców domu dziecka.

– Sierota. – Słyszał namolny głosik z tyłu głowy. – Jesteś sierotą. Pozbyli się ciebie, bo byłeś ciężarem. Nie chcieli mieć z tobą nic wspólnego. Bo jesteś nikim. Bo jesteś wyrzutkiem. Bo jesteś śmieciem.

Dłoń Pawła zacisnęła się w pięść i z całym impetem uderzyła w lustro. Jego oddech stał się głębszy, w gardle mu zaschło, w głowie pojawiła się pustka, a po poranionych kostkach zaczęła płynąć krew. Oparł czoło o ścianę i przez dłuższą chwilę stał w takiej pozycji. Gdy uspokoił oddech, wszedł do łazienki, obmył rękę, polał ją wodą utlenioną i owinął bandażem. Kiedy znalazł się na powrót na korytarzu, zdjął ze ściany popękane lustro, a potem posprzątał walające się po podłodze odłamki szkła.

Był zmęczony.

Był tak bardzo zmęczony, że zasnął w salonie na kanapie.

Rozdział 5

– Kocham cię. – Siedemnastoletnia Bogusia Wypych przytuliła się do swojego rówieśnika, Jurka Rajskiego. – I naprawdę chcę to z tobą zrobić. Ufam ci i wiem, że mnie nie skrzywdzisz.

– Ja ciebie też kocham – odpowiedź była gorliwa i współgrała z dłońmi chłopaka, które niezgrabnie próbowały dostać się pod sukienkę Bogusi.

Czy Jurek ją kochał? W tym momencie bardzo. No tak bardzo, że gotów był obiecać jej gwiazdkę z nieba, byleby tylko przestała gadać i pozwoliła mu się rozebrać.

– Może troszkę się boję. Ale tylko troszkę. – Bogusia bała się nie tylko troszkę, ale bardzo. Bała się bólu i tego, że jej rodzice dowiedzą się, że uprawiała seks w swoim pokoju, kiedy oni wyjechali na wycieczkę ze znajomymi. Miała im towarzyszyć, ale udała, że musi się uczyć do ważnego egzaminu, co poniekąd było prawdą. To, co chciała za chwilę zrobić, zdecydowanie kwalifikowało się do życiowego sprawdzianu. – Jesteś pewien, że nie zajdę w ciążę?

– Tak, jestem pewien. Wystarczy, że wyjdę z ciebie chwilę przed wytryskiem.

– A będziesz wiedział, kiedy masz to zrobić? – zapytała niedoświadczona siedemnastolatka, która wiedzę seksualną czerpała jedynie z opowieści koleżanek.

– Oczywiście. – Jurek odpowiedział z taką pewnością siebie, jakby robił to trzy razy w tygodniu. Nie robił tego jeszcze nigdy, ale miał kumpli od haratania w gałę, którzy, kiedy tylko mogli, przechwalali się swoimi miłosnymi podbojami. Pomyślał sobie, że on niebawem też będzie mógł się chwalić, tym samym jego notowania wśród kolegów poszybują mocno w górę.

– Zróbmy to więc – powiedziała i przytuliła się do niego. Była wręcz pewna, że za kilka lat wyjdzie za niego za mąż, zamieszkają razem i będą mieli dzieci. I właśnie ta pewność sprawiła, że postanowiła pójść na całość. Dodatkowo Jurek miał dziś urodziny, więc chciała ofiarować mu najwspanialszy prezent. Siebie i swoje dziewictwo.

Młody Jerzy Rajski, w przeciwieństwie do Bogusi, nie snuł żadnych matrymonialnych planów. Najbardziej interesowała go gra w piłkę i słuchanie muzyki. Jego marzeniem było zostać muzykiem, co nikogo, poza nim samym, nie interesowało, ponieważ zgodnie z wolą ojca, Zygmunta Rajskiego, zaraz po maturze miał iść na studia medyczne i poświęcić się im bez reszty. Wola ta nie podlegała żadnej dyskusji. Dziś, siedząc na łóżku swojej dziewczyny, nie myślał o muzyce, o bieganiu za piłką, o ojcu i jego dalekosiężnych planach. Dziś w jego głowie krążyła seksualna adrenalina. Jeszcze nigdy nie dotykał kobiecych piersi. Ba, nawet ich nie widział, bo chociaż spotykał się z Bogusią od pół roku, to ona skutecznie broniła mu dostępu do swoich wdzięków. I nagle, tydzień temu, powiedziała mu, że ma dla niego specjalny prezent z okazji urodzin. I że będzie mogła mu go wręczyć w łóżku.

No zatkało wtedy Jurka na kilka dobrych minut. Gdy się już odetkał i zapytał, czy ona ma na myśli to, o czym on myśli, a ona z rumieńcem na twarzy przytaknęła, pocałował ją i powiedział, że zrobi wszystko, aby było jej wspaniale. W ciągu tego tygodnia robił sobie dobrze minimum raz dziennie, bo kiedy tylko pomyślał o seksie z Bogusią, jego niedoświadczony penis upominał się o spełnienie. Jedyne, czego nie zrobił, to nie kupił prezerwatyw. Wstydził się. Oczywiście nie powiedział Bogusi prawdy, dlaczego nie zakupił kondomów. Powiedział, że gumki bardzo często pękają i tak naprawdę najlepiej będzie, jeśli on wyjdzie z niej, nim dojdzie.

Bogusia zgodziła się, bo go kochała i mu ufała.

W tym szczególnym dla nich obojga dniu założyła jedną ze swoich najlepszych sukienek. Dla Jurka najważniejsze było jednak to, co znajduje się pod nią. Kiedy chłopak zaczął wkładać swoje niecierpliwe dłonie pod jej ubranie, ona złapała je i czerwieniąc się, wyszeptała:

– A czy możesz na chwilę wyjść, żebym się rozebrała i poczekała na ciebie pod kołdrą?

Wyszedł. Wrócił, kiedy go zawołała. Leżała w łóżku, przykryta po sam czubek nosa. Gdy Jurek zaczął się rozbierać, zawstydzona odwróciła się do niego plecami. Kiedy wśliznął się do łóżka, zesztywniała.

– Mogę się do ciebie przytulić? – zapytał. Jego głos był nieco niecierpliwy, ale też niepewny. Po raz pierwszy był w takiej sytuacji.

– Tak – pojawiła się cichutka odpowiedź.

Przytulił się do jej nagich pleców i objął ją w pasie. Jego penis wbił się w jej pośladki. Oboje w tym samym momencie jęknęli. Dłoń Jurka powędrowała na piersi Bogusi. Jego usta wylądowały na jej szyi. I chociaż w jego ruchach brakowało pewności siebie, ona czuła się w tym momencie najszczęśliwsza na całym świecie. Instynktownie odwróciła się na plecy i nieśmiało spojrzała mu w oczy. Jego pożądliwy wzrok zatrzymał się na jej piersiach. I znowu zadziałał instynkt, tym razem u niego, bo ujął swoimi wargami jeden z jej sutków i zaczął go ssać. Dłonią ugniatał drugą pierś. Ależ było mu dobrze.

Ich gra wstępna trwała może pół minuty. Może minutę. Jurek nie dał rady dłużej wytrzymać.

Położył się na Bogusi i próbował w nią wejść. Szło opornie. Nie miał świadomości, że powinien ją zwilżyć śliną lub żelem. Bogusia natomiast wiedziała, że ten pierwszy raz będzie boles-ny, więc nie marudziła i czekała na rozwój sytuacji. Upłynęła chwila, nim penis Jurka się w nią wśliznął.

Bolało i piekło. Dodatkowo czuła bardzo nieprzyjemny ucisk w dole brzucha i zbierało się jej na mdłości. Jurka z kolei z każdym posuwistym ruchem, z każdym pocałunkiem złożonym na jej ustach ogarniała coraz większa przyjemność. Jego penis był wniebowzięty, jego mózg był wniebowzięty, jego ciało było wniebowzięte. Nie myślał o niczym innym tylko o tym, żeby było mu dobrze. Żeby to, co odczuwa, trwało już zawsze. Nagle poczuł uderzenie gorąca, mrowienie w pachwinie i błogość, która rozprzestrzeniła się po całym jego ciele.

A potem wszystko minęło.

– Było cudownie – wysapał i zszedł z niej. Oddychał ciężko i jakby zapomniał o tym, o czym miał pamiętać.

– Przecież miałeś wyskoczyć, nim dojdziesz. Nie doszedłeś? Nie doszedłeś, prawda? – Bogusia patrzyła na niego, przyciskając kołdrę do brody. Czuła się strasznie w trakcie całego aktu, a teraz, kiedy było już po wszystkim, było jej jeszcze gorzej.

– Ty myślisz, że to takie proste? – Uniósł głos i posłał jej karcące spojrzenie. Sprawiał w tym momencie wrażenie bardzo pewnego siebie.

– Ale przecież obiecałeś. – Głos Bogusi przepełniony był lękiem. – Co, jeśli będę w ciąży? – zapytała, ledwo panując nad tym, aby się nie rozpłakać.

– Nie będziesz. Za pierwszym razem nie zachodzi się w ciążę. – Bardzo chciał wierzyć w to, co przed chwilą powiedział. Ona też bardzo chciała zawierzyć tym słowom.

– To dobrze – odpowiedziała i przytuliła się do niego. Niezdarnie poklepał ją po plecach, a pół godziny później maszerował ulicą w stronę swojego domu, pogwizdując pod nosem wesołą melodię. Był spokojny, w przeciwieństwie do Bogusi, która gdy tylko została sama, zaczęła myśleć o tym, czy jest w ciąży, czy nie. Trzy tygodnie później okazało się, że jest przy nadziei. Nie miała co prawda stu procent pewności, ale mdłości, kłucie w dole brzucha i brak miesiączki, która pojawiała się zawsze niezwykle regularnie i której brak równie dobrze mógł być wynikiem stresu, mogły świadczyć o ciąży. Jurek zbladł, kiedy mu o tym wszystkim powiedziała. Nie był też zbyt rozmowny.

– Daj mi spokój, zajęty jestem. – Kiedy złożyła mu kolejną wizytę i chciała powiedzieć, że naprawdę spodziewa się dziecka, zatrzasnął jej drzwi przed nosem, wrócił do pokoju i włączył muzykę. – Kretynka – mamrotał, skutecznie zrzucając winę za zaistniałą sytuację na nią. No bo to przecież ona tego chciała. Ona to zaproponowała. To niech ona się teraz martwi.

I martwiła się Bogusia bardzo.

Tak bardzo, że straciła apetyt i chęć do nauki. A trzeba wiedzieć, że do tej pory uczyła się świetnie. Z tygodnia na tydzień wyglądała coraz gorzej, aż w końcu któregoś dnia, a było to w czwartym miesiącu ciąży, którą skutecznie ukrywała przed rodzicami, nauczycielami i koleżankami ze szkoły za pomocą obszernych swetrów, wszystko się wydało. Stres przyczynił się do tego, że zemdlała. Kiedy odzyskała przytomność, zobaczyła rodziców. Ojciec patrzył na nią z wściekłością. Mama szlochała.

– Córuś, jak mogłaś być taka nieodpowiedzialna? Jak mogłaś? – Płacz matki niósł się po pokoju. Bogusia uniosła głowę i spojrzała na swój brzuch. Był odkryty. Wypukła część ciała jasno wskazywała na jej stan.

– Urodzi i odda bachora. – Jej ojciec, Stanisław Wypych, był człowiekiem, który kiedy raz coś powiedział, zdania nie zmienił. Zatwardziały, uparty i nieznoszący sprzeciwu mężczyzna nie mógł znieść tego, że córka zhańbiła jego nazwisko. Duma i honor były dla niego najważniejsze.

– Stasiu, ale przecież to nasz wnuk. Albo wnuczka. – Maria Wypych, matka czwórki dzieci, pomimo że doznała szoku, odkrywając ciążę, nie potrafiła zrozumieć decyzji swojego męża. – Stasieńku najdroższy, przecież…

– Milcz, kobieto! Wywieziemy ją do twojego brata. Urodzi i wróci. I nigdy więcej nie chcę słyszeć… o tym. – Wskazał głową na brzuch, a w geście tym nie brakowało odrazy. – Z młodym Rajskim nie spotkasz się już nigdy, a jak tylko ten gnój wpadnie mi w łapy…

– Tato, nie możesz mnie zmusić…

– Mogę zrobić wszystko! – Twarz ojca poczerwieniała z wściekłości, a jego dłoń bezwiednie zatrzymała się na pasku od spodni. – Ty mnie jeszcze popamiętasz! Przyniosłaś rodzinie wstyd! Puszczalska ty! Rozpuściłaś ją jak dziadowski bicz! – Oskarżenie to wycelowane zostało w żonę. Stanisław wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Musiał się napić.

– Mamo… – Bogusia posłała matce błagalne spojrzenie. – Przecież ja i Jurek możemy wziąć ślub. Przecież to takie proste. Mamo, błagam, przekonaj tatę. Błagam cię… Ja nie chcę oddawać mojego dziecka. Mamo…

– Już, cicho... – Maria, mimo szoku, w jakim była, i wstydu, jaki odczuwała, przytuliła do siebie córkę. – Będzie dobrze, wszystko będzie dobrze.

Obie jednak doskonale wiedziały, że wcale nie będzie dobrze.

I nie było.

Następnego dnia Bogusia została wysłana do Warszawy, do mieszkającego tam czterdziestoletniego brata swojej matki. Nie miała nawet szansy zobaczyć się z Jurkiem. Tuż przed wyjazdem wybłagała swoją trzynastoletnią siostrę, Wandę, aby ta zaniosła mu list. Z relacji Wandzi wynikało, że Jurek po przeczytaniu wiadomości podarł kartkę i powiedział, że tak będzie najlepiej.

Bogusi pękło wtedy serce.

Spędziła u wuja pięć miesięcy. Rodzice nie odwiedzili jej ani razu. Im jej brzuch był większy, tym bardziej się bała. Nie, nie porodu. Bała się tego, że lada moment straci swoje dziecko. Że to maleństwo, które nosiła pod sercem, będzie skazane na samotność i odrzucenie. Że nikt go nie będzie chciał. Że już nigdy więcej go nie zobaczy. Zaczęła rodzić w nocy, pierwszego marca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku. Wuj wsadził ją do swojego dużego fiata i zawiózł do szpitala.

Bogusia lubiła wujka.

Gdyby jej ojciec był taki jak on, mogłaby zatrzymać przy sobie dziecko. Ojciec był jednak człowiekiem surowym, wymagał dyscypliny, potrafił wymierzyć też karę cielesną. Wuj był jego całkowitym przeciwieństwem. Był też starym kawalerem, niemającym pojęcia o wychowywaniu dzieci.

– Bogusiu – mówił do niej codziennie wieczorem, kiedy opowiadała mu o Jurku, a po jej policzkach spływały łzy. – Tak będzie najlepiej. Zaufaj mi. Ktoś pokocha to maleństwo. Znajdzie się ktoś, kto je pokocha. Znajdzie się ktoś, kto da mu dom.

– A nie możemy zostać u ciebie? Ja i dziecko? Wujku, proszę. Znajdę sobie pracę. Będę ci pomagała. – Patrzyła na niego w taki sposób, jakby stała pod ścianą i błagała o życie. Patrzyła na niego w taki sposób, jakby tylko od niego zależało to, czy i kiedy pociągnie za spust.

– Bardzo bym chciał, żebyś u mnie została, ale twój ojciec… Wiesz, jak jest… – Poklepał ją po plecach i wyszedł z pokoju. Nie chciał się przy niej rozkleić. I chociaż bardzo pragnął udzielić jej schronienia, strach przed szwagrem skutecznie odwodził go od takich myśli.

Stanisław był nieobliczalny, o czym wiedziała cała rodzina.

Kiedy jechali do szpitala, Bogusia dusiła w sobie ból – i ten fizyczny, i psychiczny.

– Czuję, że to będzie chłopiec. Chciałabym, żeby nazywał się tak jak ty. Chociaż tyle mogę dla niego teraz zrobić – powiedziała, trzymając się za brzuch i zaciskając zęby, gdyż skurcze były coraz silniejsze.

– Chcesz go później odnaleźć?

– Tak. Odnajdę moje dziecko. Odnajdę i będę je błagać o wybaczenie. I wynagrodzę mu wszystko. – Pomimo że cierpiała, była przekonana, że tak właśnie się stanie. Że gdy tylko odzyska siły, zawalczy o swoje maleństwo. Nawet gdyby miało się to odbyć kosztem wyparcia się jej przez najbliższą rodzinę.

Poród trwał pięć godzin. Bogusia wydała na świat ślicznego i zdrowego synka.

– Mogę… na chwilę… Błagam… tylko na chwilę… Ja chcę tylko zobaczyć swoje dziecko… – Wyciągnęła drżące ramiona do położnej.

Jej szept był ledwo słyszalny. Blada, zmęczona, z trzęsącą się brodą, ciężko oddychająca, prosiła o możliwość przytulenia swojego dziecka. Położna wiedziała, że chłopiec zostanie oddany do adopcji. Taką informację przekazał jej mężczyzna, który towarzyszył dziewczynie. Przedstawił się jako jej wuj. Nie wnikała, czy to prawda. Robiła swoje. Jednak widok tej roztrzęsionej nastolatki złamał jej serce. Podała Bogusi maluszka, a potem odwróciła się, aby otrzeć łzy.

– Mój synek… mój piękny synek. – Bogusia mówiła, a jej głos sprawiał, że wszyscy, którzy byli obecni na sali, dusili w sobie płacz. – Czy… czy mogę nadać mu imię? – zapytała kogoś, kto stał obok niej. Wiele siły kosztowało ją wypowiedzenie każdego jednego słowa.

– Tak. – Usłyszała w odpowiedzi.

– On się nazywa Paweł. Paweł Wawro.

– Dopełnimy formalności później, teraz proszę odpoczywać. – Usłyszała męski głos. Należał do lekarza. Dla Bogusi było to bez znaczenia.

– Pawełku… Tak bardzo cię kocham… Tak bardzo cię kocham… – Pocałowała synka w czoło, objęła go ramionami i przymknęła powieki. Oddychała powoli, teraz już spokojnie. Wdychała w nozdrza zapach swojego dziecka, chcąc czuć tę woń do końca życia.

I tak się właśnie stało.

Dziesięć minut później Bogumiła Wypych zmarła.

Nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że ta nastolatka umrze podczas porodu, wszak wszystko przebiegało książkowo. Wuj Paweł, który czekał na korytarzu, kiedy tylko dowiedział się o śmierci Bogusi, otworzył usta, chcąc coś powiedzieć. Chciał zapytać, co się stało, chciał wiedzieć dlaczego, chciał kogoś obwinić. Nie zrobił nic. Ukrył twarz w dłoniach i zaniósł się płaczem, wyrzucając sobie, że nie był w stanie jej uratować. A potem, gdy już mógł o własnych siłach opuścić szpital, nadał do siostry telegram, informując o tym, że Bogusia zmarła podczas porodu.

Tydzień później odbył się jej pogrzeb. Ludzie zachodzili w głowę, dlaczego zmarła. Jej ciąża była ukrywana bardzo skutecznie. Wiedziała o niej tylko najbliższa rodzina i Jurek Rajski. Ten niespełna osiemnastoletni chłopak nie potrafił sobie poradzić z emocjami, które nim targały. Na pogrzebie trzymał się z dala od wszystkich, a do grobu Bogusi podszedł dopiero, kiedy cała rodzina Wypychów się rozeszła. Usiadł na ławce przylegającej do sąsiedniej mogiły, spuścił głowę i płakał. Miał świadomość, że ponosi winę za jej śmierć. Był tchórzem. W myślach nazywał się też nieodpowiedzialnym gówniarzem.

– Ty jesteś Jurek? Jurek Rajski? – Usłyszał nagle męski głos. Podniósł głowę. Przed nim stał wysoki mężczyzna.

– Tak. A pan?

– Jestem wujem Bogusi. Opowiadała mi o tobie. Masz syna. Nazywa się Paweł Wawro. Tak jak ja. On trafił do domu małego dziecka, a nie powinien, bo ma ojca. – Posłał mu wymowne spojrzenie, a potem przeniósł swój wzrok na grób pokryty wieńcami. – Jesteś młody, ale to nie znaczy, że masz być nieodpowiedzialny.

– Ja… ja… ja mam szkołę… studia… Ojciec… Mój ojciec mnie zabije, jak się dowie… Oni nic nie wiedzą… Moi rodzice nic nie wiedzą… Mój ojciec ma plany…

– A czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jakie plany miała ona? – Wuj wskazał głową na grób dziewczyny.

– Ale mój ojciec… – powtórzył Jurek łamiącym się głosem. – Mój ojciec mnie zabije, jak… jak się dowie…

– Ojciec. – Wuj Paweł, nim odszedł, splunął pod nogi. – I ty, i jej ojciec… Na to miano nie zasługuje żaden z was. Żaden.

Tuż przed pogrzebem pojechał do rodzinnego domu Bogusi. Ledwo jego zapłakana siostra otwarła mu drzwi, on wparował do środka, chwycił swojego potężnego szwagra za poły marynarki i popchnął go na ścianę. Stanisław przyjął cios na twarz, brzuch i żebra. I znowu na twarz. Miał podbite oko i rozciętą wargę. Nie bronił się.

– Brzydzę się tobą – wysyczał Paweł, a potem omiótł wzrokiem pozostałych członków rodziny. – Brzydzę się wami wszystkimi. Brzydzę się sobą i swoim strachem. Przez twoją tyranię Bogusi już tutaj nie ma. Przez swój, pożal się Boże, honor, straciłeś córkę. Myślisz, że możesz wszystko?! Myślisz, że jesteś taki chojrak?! Jesteś morderca! Jesteś potwór!

– Bracie, na litość… – Maria złożyła dłonie jak do modlitwy. – Dajże spokój. Już wystarczy tego zła. Już wystarczy.

– Nie nazywaj mnie bratem. Nigdy.

Wyszedł ze swojego rodzinnego domu. Jurka wypatrzył w kościele. Tyle słyszał o nim od Bogusi, że od razu go rozpoznał. Chłopak wyglądał bardzo źle, pewnie czuł się winny. Dobrze, pomyślał rozgoryczony Paweł, bardzo dobrze. Może to sprawi, że pójdzie po rozum do głowy i dorośnie. Tak się jednak nie stało, chociaż wuj żywił nadzieję, że ten chłopak zmądrzeje. Że poczuje się do ojcostwa. Że potrzebuje trochę czasu, aby wszystko przetrawić. Nic z tych rzeczy. Młody Rajski wyparł ze świadomości to, że ma syna. Był tchórzem. Kiedy od śmierci Bogusi minął miesiąc, wuj Paweł, którego dławiło poczucie winy względem siostrzenicy, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaadoptować małego Pawełka. Odmówiono mu ze względu na starokawalerstwo. Podano też kilka innych powodów. Nie poddał się mimo to, wsiadł do auta, pojechał do siostry i powiedział jej, żeby to oni przygarnęli wnuka. Maria, matka Bogusi, odmówiła.

Paweł tego nie rozumiał.

– Przecież byłaś jej matką. To dziecko nie jest niczemu winne. Dlaczego go nie chcesz? Dlaczego nikt go nie chce?

– Ludzie będą gadali. Niepotrzebne mi to na starość. – Machnęła ręką i odwróciła wzrok od brata. Bardzo chciała, żeby już sobie poszedł. Żeby dał jej spokój. Żeby mogła cierpieć w samotności.

– Ale to twój wnuk. Mario! Przecież to syn twojej córki. Tylko on po niej pozostał. Tylko on.

Argumenty te nie przemówiły do Marii, czego Paweł nie potrafił pojąć, a gdy próbował skontaktować się z pozostałymi członkami rodziny, napotykał na opór w postaci zamkniętych drzwi. Brutalne zderzenie się z rzeczywistością sprawiło, że dostał udaru. Przestał mówić, cierpiał na niedowład prawej nogi, miał problemy z poruszaniem się i świadomość, że on sam wymaga opieki – jak miałby więc opiekować się malutkim dzieckiem? Powrót do względnej sprawności zajął mu dwa lata. Przez ten czas nie było dnia, aby nie pomyślał o małym Pawle. W tym czasie opiekowała się nim pewna młoda pielęgniarka, do której zapałał ogromną sympatią. Zresztą z wzajemnością.

Wzięli ślub.

Nie powiedział jej jednak o tragedii małego Pawełka. Wstydził się tego, że kiedy mógł, nie udzielił siostrzenicy pomocy. Wstydził się swojego zachowania, swojej słabości. Pękł, kiedy żona oznajmiła mu, że jest w ciąży. Maryla, bo tak miała na imię, ledwo dowiedziała się o całej historii, chciała biec do domu małego dziecka i zabrać chłopca do siebie. Okazało się jednak, że imiennik jej męża został już adoptowany. Dosłownie kilka tygodni wcześniej dopełniono wszelkich formalności. I ona, i jej mąż poczuli ulgę, wierząc, że skoro tak się stało, to najwidoczniej dobry Bóg czuwał nad chłopcem i znalazł mu kochających rodziców. Owszem, znalazł, ale zdecydowanie nie byli to rodzice kochający. Może na początku, pierwszego dnia, kiedy przywieźli czarnowłosego malca do domu, ich oczy błyszczały szczęściem, a serca przepełnione były radością i nadzieją, wszak tak długo marzyli o własnym dziecku. Dwa miesiące później chłopiec wrócił do placówki, ponieważ okazało się, że jego adopcyjna matka zaszła w ciążę.

Właśnie wtedy dotarło do niej, że nie jest w stanie pokochać tego obcego dzieciaka.

Tym oto sposobem Paweł Wawro, syn Bogumiły Wypych i Jerzego Rajskiego, spędził w placówce opiekuńczo-wychowawczej osiemnaście lat.

Rozdział 6

Od wizyty prokuratora Wawro minął tydzień.

Anna pocałowała śpiącą córeczkę i położyła się do łóżka. Trudno było jej jednak zasnąć, kiedy w głowie kotłowało się tysiąc myśli. Od siedmiu dni Wawro nie dał znaku życia, więc równie dobrze można było przyjąć, że cała sytuacja była tylko złym snem. Wytworem wyobraźni. Fantazyjnym psikusem.

Nic bardziej mylnego.

Zaraz po tym, jak zamknęła za nim drzwi i nieco się uspokoiła, zadzwoniła do Hani. W dalszym ciągu trudno było jej uwierzyć, że przyjaciółka świadomie wystawiła ją na celownik tego aroganta.

– Możesz mi to wszystko wyjaśnić? – zapytała, kiedy tylko usłyszała jej głos.

– Mogę – padło w odpowiedzi.

Hania powiedziała, że Wawro pojawił się u niej przed południem, bez jakiejkolwiek zapowiedzi. Adres znał, bo czasem przyjeżdżał z Sebastianem, gdy tamten odwoził Polę. Kiedy tylko go zobaczyła, domyśliła się, że on o wszystkim wie. Nie owijał w bawełnę, od razu przeszedł do sedna, mówiąc jej, że zaraz po porodzie matka zostawiła go w szpitalu. Podobno była nastolatką i podobno go nie chciała. Tak mu powiedziano w domu dziecka. Poinformował ją też, że chce być obecny w życiu swojej córki i byłby bardzo zobowiązany, gdyby ona mu w tym pomogła. Zasugerował również, że jeśli nie pomoże, to on i tak da sobie radę, tylko potrwa to nieco dłużej.