Dolina mgieł i róż - Agnieszka Krawczyk - ebook + książka

Dolina mgieł i róż ebook

Agnieszka Krawczyk

4,4

Opis

Pewnego wieczoru pod koniec lata Sabina Południewska stanęła w drzwiach pałacyku „Pod Graalem i Różą”. Potrzebowała natchnienia, które pozwoli jej skończyć kolejną powieść. Gospodynią pensjonatu okazała się sympatyczna Mila Mossakowska, a jego gośćmi, ekscentryczna kuzynka Carmen, profesor Niewiara, wyjątkowy oryginał, oraz pułkownik Janicki, leciwy mężczyzna, który nie stracił młodzieńczego wigoru.

Sabina poddała się urokowi pięknej doliny i czarowi jej mieszkańców. Dzień po dniu otwierała się na nowe doznania, a świat stawał się piękniejszy.
Zawiązała przyjaźń z Teklą Tyczyńską, hrabiną, która stworzyła oszałamiające różane kosmetyki. Spotkała przyjaciela, lekarza, wdowca, który samotnie wychowywał córeczkę, Julinkę.

Sabina znalazła więcej, niż mogła by marzyć. Ale przyszedł dzień wyboru. Czy piękna pisarka posłucha głosu serca?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność



Podobne


 

 

 

 

 

 

1.

 

 

Był upalny sierpniowy wieczór, gdy Sabina Południewska zjechała z głównej szosy prowadzącej w kierunku Brzózek Wielkich na bitą gruntową drogę do Idy. „Ida, 14 kilometrów” – taki drogowskaz zobaczyła przed zjazdem, zanim posłusznie skręciła na wyboisty i pokryty kurzem trakt. Samochodem szarpało i podrzucało, kiedy lawirowała w koleinach wyżłobionych przez cięższe auta i maszyny rolnicze.

Pójdzie mi zawieszenie – pomyślała i jakby w odpowiedzi niewielki samochodzik zakrztusił się i wyraźnie stracił na mocy. Przejechała jeszcze ze dwa kilometry, walcząc ze słabnącym silnikiem, aż wreszcie auto skapitulowało i zatrzymało się na środku drogi, w malowniczym zagłębieniu, najprawdopodobniej wydrążonym przez wodę. Spróbowała zapalić silnik, ale nie udało się. Starter chwilę rzęził, dając jej złudną nadzieję, ale zaraz potem zamilkł zupełnie.

Wysiadła z pojazdu, a jej eleganckie zamszowe buty natychmiast utonęły w kurzu. Wyciągnęła telefon – brak zasięgu. W sumie na co mogła liczyć w tej zapomnianej przez Boga głuszy? Rozejrzała się, obliczając w myślach przejechaną odległość. Nie udało jej się pokonać więcej niż dziewięć kilometrów, zatem od Idy dzieliło ją jeszcze pięć. Raczej wątpliwe, że ktoś ją tutaj znajdzie, zwłaszcza iż zbliżała się noc. Jeżeli ma się jakoś stąd wydostać, musi sobie poradzić – zamknąć samochód, zabrać bagaż i ruszyć pieszo, co zajmie jej zapewne ponad godzinę. Sabina nigdy nie użalała się nad sobą, tylko natychmiast i w sposób zdecydowany rozwiązywała problem. Działała jak żołnierz, z tą jedyną różnicą, że rozkazy wydawała sobie sama.

Teraz wyciągnęła z rozmachem torbę z bagażnika i postawiła ją na ziemi. Walizka była bardzo ciężka, więc szanse, że będzie ją w stanie nieść przez pięć kilometrów – żadne. Również nie wchodziło w grę, że pociągnie ją na rachitycznie wyglądających kółkach. Oczyma wyobraźni ujrzała ten obrazek – siebie wlekącą w kurzu i pyle elegancki bagaż w nietypowym kolorze fuksji. Aż wzdrygnęła się, myśląc o śmieszności tej sytuacji.

Brakowałoby mi jeszcze tylko futra i już można powiedzieć „głupia niunia” – pomyślała z charakterystycznym dla siebie sarkazmem.

Należało zatem posegregować rzeczy na te pierwszej potrzeby oraz zbędne, a potem zabrać ze sobą tylko najważniejsze. Nachyliła się nad walizką i zaczęła przeglądać jej zawartość, gdy nagle coś zaszeleściło w krzakach po drugiej stronie drogi. Nie była strachliwa, ale wpatrzyła się w chaszcze z uwagą – mogło to być jakieś zwierzę: wałęsający się pies nie stanowił raczej zagrożenia, podobnie jak zagubiona krowa, gorzej gdyby z krzaków wyłonił się wilk, choć nie była pewna, czy one w ogóle występują w tej okolicy. Na wszelki wypadek otwarła drzwi samochodu i postawiła nogę na progu, by szybko wskoczyć do środka, jeśli w zaroślach pojawi się coś budzącego niepokój. Ku jej zdumieniu z krzaków wyszła dziewczynka.

Mogła liczyć dziesięć, góra jedenaście lat. Była bardzo szczupła, wręcz chuda, miała patykowate niezgrabne nogi i ręce. Pociągła twarzyczka o bardzo regularnych rysach ginęła w burzy jasnych jak słoma włosów, wijących się w setkach sprężynkowatych loków. Patrzyła bystro ogromnymi niebieskimi oczami, które zdawały się zajmować połowę jej twarzy. Niezbyt ładne dziecko, ale zapowiadające się na piękną kobietę.

Odgarnęła włosy z twarzy podrapaną ręką – najwyraźniej świeże siniaki i strupki były pamiątką po innych wyprawach odkrywczych – zatrzymała się i zerknęła w kierunku Sabiny. Nie patrzyła jednak bezpośrednio na nią, ale gdzieś w bok, tuż nad jej ramieniem, jakby unikając kontaktu wzrokowego. Południewska nic nie mówiła, czekając, aż mała się do niej odezwie, powie choć „dzień dobry”. Sama nie miała zwyczaju zagadywania dzieci, które raczej lekceważyła.

Dziewczynka milczała. Przeniosła wzrok na Sabinę i wpatrzyła się w nią szeroko otwartymi oczami. Kobieta zmieszała się pod tym spojrzeniem, bo rzadko kiedy przyglądano się jej w tak bezceremonialny sposób.

– Dobry wieczór – powiedziała więc z wahaniem, zastanawiając się, czy podejść do małej. W końcu się jednak na to nie zdecydowała. Nieznajoma dalej nie odzywała się ani słowem, spoglądając wciąż badawczo. Sabina postanowiła nic sobie z tego nie robić. Uznała, że dziewczynka to niewychowana dzikuska, więc przeszła nad tym do porządku dziennego. Mało co ją obchodziło poza nią samą.

– Zepsuł mi się samochód. – Pokazała małe autko, które, tkwiące w koleinie, prezentowało naprawdę smutny obrazek. – Czy mogłabyś mi pomóc?… – Sabina znów się zawahała, bo w sumie nie wiedziała, czego oczekuje od tego dziwnego dziecka. Czy powinna ją poprosić o sprowadzenie odsieczy? Zawiadomienie kogoś, by po nią przyjechał? Tylko kogo? Miała wynajęty pokój w pensjonacie Pod Graalem i Różą, znajdującym się w Idzie, co najmniej na miesiąc, ale wątpiła, by właściciele przybytku o tak pretensjonalnej nazwie byli skłonni wieczorami ratować swoich gości z kłopotów.

Choć na pewno powinni – podsumowała w myślach z typowym dla siebie rozdrażnieniem. Było to jej naturalne zachowanie: gdy coś nie szło po jej myśli, złościła się i denerwowała, obwiniając cały świat za swoje niepowodzenie.

Tymczasem dziewczynka zbliżyła się do samochodu jakimś zwierzęcym, skradającym się krokiem i niespodziewanie się odezwała:

– Krzyś ci pomoże.

Zanim jednak Sabina zdołała o cokolwiek zapytać, na przykład, kim jest ten Krzyś i czy szybko się tu zjawi, mała zniknęła w listowiu.

Południewska oparła się o samochód i wpatrywała w chaszcze, licząc na to, że jeszcze zobaczy dziewczynkę. Niestety, blondynka znikła i najwyraźniej nie miała się już pojawić.

Dziwna sprawa – pomyślała więc Sabina i wzruszyła ramionami. Jak zwykle była zdana na siebie. Zaczęła zastanawiać się, co najlepiej zrobić. Rozsądek podpowiadał jej, że powinna zabrać kilka najpotrzebniejszych rzeczy i ruszać jak najszybciej w drogę. Z drugiej strony nieznajoma dziewczynka dała jej nadzieję, że sprowadzi pomoc. Tylko czy ów Krzyś naprawdę mógł coś zrobić? Kobieta była pewna, że to jakiś kolega tej małej, który ani nie uruchomi samochodu, ani też nie dojedzie tu swoim autem, bo niby jak? Rozzłościła się na dziecko, uznając je za złośliwą istotę, która chciała z niej zakpić, i szybko zaczęła wciskać do przepastnej torebki wybrane z walizki przedmioty. Po chwili nie mogła już dopiąć zamka, więc z westchnieniem odłożyła sweter i zaciągnęła suwak. Walizkę z resztą rzeczy wrzuciła do bagażnika i zamknęła samochód. Był zawalidrogą na środku traktu, ale Sabina wątpiła, żeby ktoś tu się pojawił. Skoro przez ostatnią godzinę nie przejechała tędy żywa dusza…

Ruszyła przed siebie, brnąc w kurzu i piasku pokrywającym drogę. Wiedziała, że w takim tempie może nie zdążyć do Idy przed nocą.

Zapadał zmierzch. Sabina była mało wrażliwa na uroki natury, ale tym razem musiała przyznać, że jest to najładniejszy wieczór, jaki było jej dane oglądać. Upał zelżał już jakiś czas temu, powietrze się ochłodziło i na niebie pojawiły się szarawe chmury. Zachodzące słońce oświetliło je w ten sposób, że nabrały niezwykłego lekko fioletowego odcienia. Niebo z kolei było całe w różowych smugach, wyglądających jak niedbałe maźnięcia temperą. Sabina nigdy nie widziała czegoś podobnego. Przystanęła i z uniesioną głową wpatrywała się w górę.

Ależ tu pięknie – westchnęła i była to myśl, która jej się wymknęła wbrew woli. Południewska wiele wymagała od innych, ale również od siebie, więc starannie cenzurowała własne uczucia. Nie chciała doznawać wzruszeń, obce jej były „romantyczne paciajstwa” – jak to nazywała, ale teraz nagle uwolniła na chwilę swe serce i myśli. Poddała się im. A może pomysł wydawcy z przyjazdem tutaj nie był aż taki zły, jak na początku podejrzewała? Może czeka ją tu coś niezwykłego (ale co mogłoby to być – nie miała pojęcia i nie chciała się nawet domyślać)? Może wszystko się odmieni? W tym momencie do głosu doszła trzeźwa natura Sabiny, która w mgnieniu oka rozprawiła się z tą uczuciową słabością.

– Jedyne, co mnie może spotkać na tej drodze, to że nogę sobie złamię lub wilcy mnie zjedzą – mruknęła złośliwie, nie zauważając, iż kolejny raz żartuje z siebie.

Przeszła spory kawałek, bo liliowe niebo pokryło się już mrokiem, gdy zdała sobie sprawę, że nie zabrała z samochodu latarki. Kiedy zapadnie noc, trudno będzie cokolwiek dostrzec i wtedy sytuacja naprawdę zrobi się groźna. Przestraszyła się i przystanęła na skraju drogi. Znacznie się oddaliła od samochodu i powrót do niego nie miał sensu, musiała iść naprzód. Jedyna nadzieja, że noc będzie księżycowa i wzejdą gwiazdy.

Noc istotnie była księżycowa – a sam księżyc wyglądał jak wielka złota kula – lecz zamiast gwiazd pojawiło się coś innego. Sabina początkowo myślała, że widzi świetliki, ale to zbliżały się reflektory samochodu. Stanęła na poboczu, by pojazd nie potrącił jej po ciemku i na wszelki wypadek zaczęła machać rękami. Auto zatrzymało się tuż przy niej i męski głos zawołał:

– Pani Południewska? Przysłano mnie, żebym zawiózł panią do hotelu.

Sabina odetchnęła z ulgą i otwarła drzwi od strony pasażera. W środku siedział mężczyzna około czterdziestki o ogorzałej od słońca twarzy i szczerym, wesołym uśmiechu, a na tylnej kanapie tkwiła poznana dzisiaj dziewczynka. Kobieta skinęła jej głową i powiedziała niespodziewanie przyjaznym głosem:

– Dziękuję za pomoc. A gdzie jest Krzyś?

Dziwne dziecko nie odpowiedziało, tylko uśmiechnęło się tajemniczo i zapatrzyło w okno.

Mężczyzna roześmiał się.

– To ja jestem Krzyś. Krzysztof Dolecki, a to moja córka Julina.

Sabina wyciągnęła rękę, darując sobie uwagę na temat dorosłych mężczyzn, do których córki mówią po imieniu.

– Bardzo mi miło – wymamrotała, bo nic sensowniejszego nie przychodziło jej do głowy.

Kierowca kontynuował:

– Odwieziemy panią do hotelu, musi pani trochę odpocząć. Jutro przyjadę po samochód. Proszę mi dać kluczyki. Jeżeli da się go naprawić na miejscu, zrobię to, a w przypadku gdy awaria jest poważniejsza, doholuję go do Idy i tam naprawię.

– Wspaniale – powiedziała Sabina, sięgając do torebki. – Pan jest mechanikiem?

– Niezupełnie, madame – Krzysztof się zaśmiał. – Choć jednak w sumie tak, naprawiam to, co zepsute. Jestem tutejszym lekarzem.

Południewska spojrzała na niego zdumiona. Na końcu języka miała uwagę, że nie tak wyobrażała sobie miejscowego medyka, ale właściwie skąd miała wiedzieć, jak powinien wyglądać wiejski doktor. Gdzieś na granicach podświadomości majaczył jej obraz starszawego jegomościa ze skórzaną walizeczką, w niemodnym garniturze i kapeluszu, ale chyba wzięła go z jakiegoś dawnego filmu. Nie odezwała się zatem i tylko kątem oka spojrzała na swego wybawiciela. Pogwizdywał wesoło i widać było, że cieszy się każdą chwilą.

To głupie i niepoważne – pomyślała z niesmakiem Sabina, która uważała takie entuzjastyczne podejście do życia za podejrzane. Nie ufała zbytnio wesołym ludziom. Nie rozumiała, skąd biorą tę radość i zawsze sądziła, że nie mogą być szczerzy.

– Proszę zobaczyć – powiedział tymczasem lekarz, bo właśnie zjechali z piaszczystej drogi pomiędzy małe domki. – Tam na wzgórzu widać pałac.

Spojrzała przed siebie. Z prospektu reklamowego, który pokazał jej wydawca, wiedziała, że hotel został urządzony w starym odrestaurowanym budynku. Kolorowy folder zachwalał uroki okolicy i piękno samego obiektu. Musiała przyznać, że nie były to pochwały przesadzone. Na nieodległym wzniesieniu widać było solidną, ciężką bryłę domostwa, zwieńczoną wysoką wieżą, świetnie prezentującą się na tle rozświetlonego księżycem nieba. Do pałacu prowadziła wysadzana starymi drzewami aleja, oświetlona lampami solarnymi, rzucającymi lekko przytłumione srebrne światło, które nadawało całej okolicy magiczny wygląd. Sabina poddała się przez chwilę urokowi tego miejsca, odnosząc wrażenie, że zbliża się do siedziby czarodzieja.

– Właśnie mijamy Upiorną Kapliczkę – rzucił wesoło Dolecki, gdy wjechali w aleję starodrzewu. Czar niezwykłego widoku prysnął, a Sabina obejrzała się z ciekawością za siebie.

– Upiorna Kapliczka? Dlaczego tak się nazywa?

Krzysztof przyspieszył i roześmiał się.

– Ludzie we wsi przez całe lata myśleli, że w niej straszy. Proszę sobie wyobrazić, że pojawiała się przy niej dziwna zjawa, jakby duch, i snuła się nad parkiem. Potem, gdy właściciel pałacu, Witold Mossakowski, zaczął robić remont, okazało się, że kapliczka jest połączona z budynkiem podziemnym przejściem…

– Żartuje pan. – Nie wierzyła.

On kiwnął głową.

– Dokładnie tak. W czasach przedwojennych działało tu tajne stowarzyszenie, rodzaj loży masońskiej, którego członkowie spotykali się w jednym z pokoi w pałacu, takim z labiryntem na podłodze. Teraz służy jako biblioteka. Wymykali się niezauważeni właśnie tunelem prowadzącym do Upiornej Kapliczki. W podziemnym chodniku znajdowały się różne pomysłowe urządzenia, które emitowały efekty dźwiękowe i wizualne, zapewne by zniechęcić ciekawskich do penetrowania wnętrza kapliczki.

– Niesamowite – Sabina się zdumiała, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w ciemniejący na tle nieba zarys pałacu. Nieświadomie zaczęła odczuwać coś w rodzaju zaciekawienia nowym, tajemniczym miejscem, pojawił się niezwykły dla niej dreszcz nadchodzącej przygody. Odprężyła się i po raz pierwszy spojrzała ciepło na swego towarzysza. Krzysztof odpowiedział wesołym, łobuzerskim uśmiechem, który już od dawna czaił się w jego szarych oczach, i z fantazją zajechał przed ganek. Na tarasie pałacu stała jakaś postać, oświetlając podjazd dużą latarnią trzymaną w ręce. Gdy Sabina wysiadła, zobaczyła, że jest to kobieta tuż po trzydziestce, bardzo ładna i w zaawansowanej ciąży. Południewska domyśliła się, że to właścicielka hotelu, Mila Mossakowska, o której czytała w prospekcie reklamowym. Mila była żoną Witolda Mossakowskiego, byłego wiceministra, który kilka lat wcześniej kupił podupadający pałac i zakochał się w tym miejscu bez pamięci. Tutaj poznał też swoją żonę – wówczas sołtysa wioski Ida i miłośniczkę astronomii.

Sabina musiała przyznać, że gdy czytała tę historię w folderze, była pewna, że jest to tani chwyt reklamowy dla przyciągnięcia spragnionych romantyzmu naiwniaków. Taki hotel na krańcu świata nie ma zapewne zbyt wielu gości, więc stara się ich zwabić ckliwą historyjką miłosną rodem z kiepskiego romansu – szydziła, gdy wydawca podsunął jej broszurę pensjonatu i zaproponował, by dokończyła swoją najnowszą książkę właśnie tam.

Od dwóch miesięcy praca zupełnie jej nie szła, szef oficyny martwił się, że nie skończy w umówionym terminie, a czytelniczki już od dawna czekały na nową powieść, mocno się niecierpliwiąc. Wszystko wskazywało na to, że z powodu kryzysu twórczego Sabiny książka się nie ukaże. Wydawca, pan Arend, nauczył się w spokoju i z wyrozumiałością tolerować humory Południewskiej, która – mimo iż zmienna w nastrojach i momentami trudna do zniesienia – była bardzo obowiązkowa i zawsze dostarczała rękopis na czas. Teraz jednak nie potrafiła dokończyć pracy. Wydawca posunął się nawet do tego, że zaproponował jej pomoc, „sekretarkę”, jak to uroczo nazwał, która pisałaby według wymyślonych przez Sabinę wątków. Ona potraktowała to jako osobistą zniewagę i wyszła z wydawnictwa, trzaskając drzwiami. Trzy tygodnie zajęło Arendowi przeczekiwanie jej złego humoru – wysyłał kwiaty z przeprosinami i koszyki delikatesowych specjałów. Wszystko na nic. Pisarka nie odbierała przesyłek ani telefonów. Wreszcie udało mu się zastać ją w domu i zaprosić na kolację, podczas której opowiedział o hotelu, wręczył prospekt i zaproponował przynajmniej miesięczny „odpoczynek” w tym cudownym miejscu.

Sabina zgodziła się niechętnie. Sama widziała, że coś jest nie tak. Do tej pory bez trudu produkowała jeden bestseller za drugim, wydając ich rocznie kilka. W tym roku męczyła się z jedną powieścią i wyglądało na to, że nie będzie w stanie jej skończyć. Właściwie było jeszcze gorzej – nie potrafiła nawet porządnie zacząć. Nie miała pojęcia, co zacięło się w tak sprawnie działającej maszynerii. Zawsze szydziła z autorów przeżywających twórcze kryzysy, które uważała za wyraz lenistwa i słabości. Ona sama pisała szybko i nie brakowało jej pomysłów. A teraz proszę – też ją to dopadło. I jak się okazało, nie był to efekt lenistwa ani słabości.

Codziennie rano siadała przed komputerem i płakała z bezsilności. Słowa, które zazwyczaj tak gładko wychodziły spod jej palców, teraz nie chciały się zmaterializować. Miała pustkę w głowie, czuła tylko zmęczenie i niechęć. Wielokrotnie próbowała się przełamać, zmusić do napisania choćby kilku zdań, żeby zacząć. Nic. Frazy były tak denerwująco nieporadne, że kasowała je ze wstrętem. A potem znowu płakała wpatrzona w pusty biały ekran edytora tekstowego, gdzie znacząco migał kursor, który powinien wyznaczać kolejne zapisane zdania, a pokazywał jedynie pustkę.

A jeżeli ja już niczego więcej nie napiszę? – pomyślała w panice Sabina, siedząc w eleganckiej restauracji, do której zaprosił ją szef oficyny.

Miała na szczęście dosyć rozsądku, by się z tym nie zdradzać. Arend przekonywał ją, że przemęczenie łatwo będzie pokonać krótkim odpoczynkiem w jakimś inspirującym miejscu, po czym podsunął reklamowy folder. Firma, zapewnił, pokryje wszystkie koszty, jak zwykle, a ona ma się o nic nie martwić, tylko regenerować siły i pisać.

W innej sytuacji zapewne by go wyśmiała, bo niczego nie znosiła bardziej niż narzucania jej czyjejś woli. Ale teraz była tak zgnębiona swoją niemocą i pełna czarnych myśli, że po krótkim wahaniu przyjęła propozycję. Wydawca uspokoił się i najwyraźniej uznał, że widmo nieszczęścia zostało zażegnane. Sabina spakowała torbę, wzięła pudło z notatkami i wyruszyła w drogę. W drogę, która zaprowadziła ją tutaj – do niezwykłego hotelu w starym pałacu, gdzie na jego progu stała kobieta w jedwabnej sukience i machała lampą.

Wygląda jak postać z bajki – zadumała się Południewska, a przyjemne ciepło rozlało jej się po ciele. Tak, potrzebny jej był taki drogowskaz, którym mogłaby się kierować i znaleźć właściwą ścieżkę. Ale czy odszuka ją tutaj? Nie była pewna…

– Dojechaliśmy – z zadumy wyrwał ją głos Krzysztofa. – Mila na panią czeka, bardzo się niepokoiła. Gdy Julina dotarła do wsi z wiadomością o awarii samochodu, Mila natychmiast chciała po panią jechać, ale wolałem ją wyręczyć.

Doktor wyskoczył z samochodu, by otworzyć Sabinie drzwi. Ona wysiadła z wdziękiem i jeszcze raz ogarnęła wzrokiem niecodzienny widok, jakim był pałac oświetlony zimnym światłem księżyca i dziewczyna kołysząca latarnią.

– Dziękuję – szepnęła tylko, podając nowemu znajomemu rękę. On skłonił się lekko i niespodziewanie ucałował jej dłoń.

– Cała przyjemność po mojej stronie – zapewnił i Sabina miała wrażenie, że mówi to szczerze. Ruszyła przed siebie, by przywitać się z właścicielką, która właśnie schodziła po szerokich schodach. Przypomniała sobie jednak o czymś i wróciła do samochodu.

– Do widzenia, Julinko – rzuciła ciepłym, miękkim głosem, o który sama by siebie nie podejrzewała. Dziewczynka, wyrwana z zamyślenia, odwróciła się w jej stronę i spojrzała okrągłymi oczami. Na jej twarzyczce pojawił się radosny uśmiech. Nieoczekiwanie wyskoczyła z auta i uścisnęła kobietę. Ta, zupełnie zaskoczona, stała sztywno, patrząc niepewnie, z rękami bezradnie opuszczonymi wzdłuż ciała. Kątem oka dostrzegła zdumienie malujące się na twarzy Krzysztofa.

– Och, nie duś mnie tak – wykrztusiła z lekką przyganą w głosie, bo naprawdę nie znosiła takich nieprzewidzianych zdarzeń. Zawsze wytrącały ją z równowagi. Julina odskoczyła od niej jak oparzona i stanęła obok ojca. Sabinie zrobiło się trochę wstyd, że tak obcesowo potraktowała dziewczynkę, która nie miała przecież złych zamiarów. Odchrząknęła więc i powiedziała raz jeszcze bezbarwnym i oficjalnym tonem: – Do widzenia i dziękuję za wszystko. – Potem, nie oglądając się już za siebie, ruszyła w stronę schodów. Usłyszała jeszcze trzask zamykanych drzwi i odgłos startującego silnika. Odjechali.

– Pani Sabina Południewska? – zapytała kobieta z latarnią, a ona skinęła tylko głową. – Jestem Mila Mossakowska, cieszę się, że pani dotarła. Bardzo martwiliśmy się o panią.

Sabina z westchnieniem wyznała jej, że spędza jej sen z powiek los samochodu pozostawionego bez opieki na środku drogi. Przede wszystkim bała się, że unieruchomiony pojazd może spowodować wypadek. Mossakowska rozwiała jej obawy.

– Krzysiek na pewno od razu tam pojedzie. Przypuszczalnie zaraz naprawi awarię, a jeśli nie, to przyholuje auto tutaj, proszę się tym nie kłopotać.

– Pojedzie teraz? W nocy? – Sabina zdziwiła się ogromnie. – Z dzieckiem?

Mila skinęła głową, wprowadzając ją do imponującego holu, z którego widać było wszystkie kondygnacje hotelu. Pałac zbudowany był w dziwny, labiryntowy sposób – z głównego westybulu wchodziło się na kolejne piętra tworzące jakby galerie, z których prowadziły wejścia do pokojów. Konstrukcja ta stwarzała niepokojące wrażenie wydrążonego pnia lub studni, stopniowo wznoszącego się ku górze. W suficie tej niezwykłej budowli znajdowało się przeszklenie, a zaglądał przez nie księżyc, chłodny i zagadkowy jak kula perłowego lodu. Na kredensach w holu stały lampy o mlecznych kloszach, rozpraszających przytłumione światło na ścianach i sprzętach. Cienie były wprost niesamowite i Sabina nie mogła oderwać od nich wzroku. Miała wrażenie, że trafiła do nieznanej jej opowieści, w której wszystko może się zdarzyć, a w każdym zakamarku kryje się zaskakująca tajemnica.

– Umieściliśmy panią w pokoju na piętrze, nazywamy go Słonecznym – wyrwała ją z zamyślenia Mila. – Myślę, że będzie pani zadowolona. Jest z niego imponujący widok na dolinę, szczególnie cudowny rankiem, gdy podnoszą się mgły. Pani wydawca, pan Arend, poinformował nas, że potrzebuje pani spokoju, więc daliśmy pani najbardziej intymny pokój, żeby nie przeszkadzali pani inni goście.

Sabinę zdziwił fakt, że jest tu jeszcze ktoś oprócz niej. Naprawdę była przekonana, że takiego miejsca, z dala od głównych traktów turystycznych, nikt nie odwiedza. Ponownie tego wieczoru powstrzymała się z wypowiedzeniem złośliwej uwagi, żeby nie zakłócić uroku tej magicznej chwili. Mila tymczasem trąciła dzwonek na recepcyjnym kontuarze i gdzieś z bocznych drzwi wyskoczył chłopak, a właściwie już młody mężczyzna. Był wysoki, dosyć nieporadny w ruchach, ze śmiejącymi się oczyma.

– To jest Mirek, syn naszej gospodyni. – Przedstawiła go Mila. – Pomaga nam tutaj, nosi bagaże naszych gości…

– Ja nie mam bagażu – zauważyła Sabina zmęczonym głosem, bo nagle zaczęła odczuwać trudy minionego dnia.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział chłopak gorliwie. – Tę torebkę pani wezmę. Panią też mogę zanieść, bo dosłownie słania się pani na nogach.

Sabina aż krzyknęła z przerażenia na samą myśl o tym, że jakiś nieznajomy dryblas miałby jej dotykać, gdy Mila roześmiała się i poklepała młodzieńca po ramieniu.

– On tylko żartuje… Mireczku, zaprowadź panią do pokoju Słonecznego.

Chłopak chwycił torebkę Sabiny, którą chwilę wcześniej położyła na ladzie recepcji, i skoczył na schody. Kobieta, chcąc nie chcąc, pospieszyła za przewodnikiem.

– Proszę zejść na śniadanie koło dziewiątej! – krzyknęła za nią Mila. – Wszyscy goście schodzą się o tej porze do jadalni.

To się Sabinie bardzo nie spodobało. Nie miała najmniejszej ochoty spotykać się z pozostałymi mieszkańcami hotelu. Będą się jej przyglądać, może zadawać jakieś pytania, wymagając, by podtrzymywała rozmowę. Już odwróciła się, by oznajmić właścicielce, że życzy sobie śniadania do pokoju, ale nagle zrezygnowała. Nie chciała okazać się niegrzeczna. Ponad wszystkie niewygody, które tutaj będzie musiała znosić, najbardziej przerażał ją fakt, że ktoś mógłby uznać, iż nie zachowuje się jak dama. Mogła być złośliwa, pełna urazy i niechęci, ale zawsze miała doskonałe maniery. I gdy komuś dokuczyła, robiła to jak królowa, raniąc, ale nie zostawiając śladu.

Mirek wprowadził ją do oświetlonego ciepłym światłem apartamentu, ukłonił się, bąknął kilka niezrozumiałych słów (najwyraźniej miały to być przeprosiny) i zniknął. Sabina wzruszyła ramionami, klasyfikując go w myślach jako nieszkodliwego przygłupka. Rozejrzała się po pokoju. Był bardzo duży i jasny, a uwagę przykuwały malowidła na suficie przedstawiające słońce. Pomieszczenie miało aż trzy duże okna, a pod jednym z nich ustawiono szerokie łóżko o metalowych gałkach, zachęcające, by się natychmiast na nim położyć.

Pisarka przez chwilę walczyła ze sobą, by jednak wziąć kąpiel, ale szybko się rozgrzeszyła. Łazienki w takich starych domach zazwyczaj są okropne – niefunkcjonalne i pozbawione ogrzewania. Jeszcze zdąży się nadenerwować niedociągnięciami obsługi. Rozebrała się, znalazła w torebce koszulę nocną i szybko zanurzyła się w pachnącej różanymi płatkami pościeli.

Mam nadzieję, że nie jestem uczulona na to chemiczne świństwo, którym spryskują pościel dla zapachu – przeszło jej jeszcze przez myśl i już spała.

 

 

 

 

 

2.

 

 

Obudził ją wdzierający się do pokoju świt. Przez chwilę nie rozumiała, gdzie jest i co się z nią dzieje. Poranne słońce padało wprost na jej łóżko, więc mrużąc oczy, wstała i rozejrzała się wokół siebie. Jej wzrok przykuł zapierający dech widok z okna. Cała dolina zasnuta była mgłą i wydawała się płynąć w chmurach. Sabina widziała aleję starodrzewu, którą wczoraj przywiózł ją doktor Dolecki, a nawet zarys Upiornej Kapliczki. Z drugiego z okien, sięgającego podłogi i usytuowanego na przeciwległej ścianie, dojrzała pałacowy park, pełen sadzawek, dziwnych budowli i ruin. Wszystko to wyglądało niesamowicie w porannej mgle, snującej się po parku niczym czarodziejski dym. Przedmioty to wyłaniały się, to ginęły w opalizującej poświacie, dając wrażenie nierzeczywistości.

Gdy nasyciła się już tym tańcem mgieł, rozejrzała się po pokoju. Nawet ona musiała przyznać, że został urządzony gustownie i ze smakiem. Wyposażony był w starannie odnowione meble z epoki, wśród których rozpoznała wiele angielskich, najlepszych marek. W rogu pokoju, tuż przy drzwiach pysznił się pękaty piec o niezwykłych różnokolorowych kaflach, na których wyobrażono jakieś historie morskie. Obok pieca stała przepastna szafa, a tuż przy łóżku małe biureczko, które zamierzała wykorzystać do pracy. Oprócz nich był tu jeszcze stolik do kawy z tekowego drewna, kilka ozdobnych krzeseł i otomana, na której wczoraj wieczorem, nieuważnym gestem, postawiła swoją torebkę.

Oględziny pokoju wypadły zadowalająco, ale Sabina bała się bardzo, z czym przyjdzie się jej zmierzyć w łazience. Gdy otwarła drzwi, aż westchnęła ze zdumienia. Miała przed sobą najprawdziwszy salon kąpielowy z wielką żeliwną wanną na wygiętych tygrysich łapach, fotelem, toaletką, która przypominała XIX-wieczną gotowalnię, oraz kolejną sofkę z aksamitnym obiciem. Wszystko utrzymane w dominującym kolorze prowansalskiego błękitu. Jednak prawdziwą ozdobą łazienki było podłużne wąskie okno, pod którym ustawiono ową toaletkę. Uwagę Sabiny zwróciły kosmetyki leżące na brzegu wanny – dziwne mydła, szampony i płyny, których wcześniej nigdzie nie spotkała. Gdy wzięła do ręki kulę mydła, poczuła niezwykły zapach rezedy, majeranku i wiosennej trawy. Podobną woń miał szampon, którego kilka kropel roztarła sobie w palcach. Tonik z kolei pachniał dziką różą i bzem. Kobieta pokręciła głową i czym prędzej umyła ręce, woda była gorąca i przejrzysta, a zapach kosmetyku utrzymywał się na skórze jeszcze długo po tym, jak wytarła dłonie ręcznikiem.

Ciekawe, skąd je sprowadzają? – zadumała się, oglądając buteleczkę szamponu.

Na niezwykłej, pożółkłej etykietce napisano tylko z zawijasem „Idealismus”, ale nie było nazwy wytwórni ani miejsca produkcji. Sabina napełniła więc wannę, obficie sypiąc do wody soli o zapachu fiołków i nieznanego jej zioła. Kąpiel nie tylko ją odświeżyła, lecz także dodała energii i niespodziewanego dla niej optymizmu. Poczuła się głodna i nawet bez przykrości myślała o spotkaniu z mieszkańcami pensjonatu. Zamierzała przy okazji śniadania zapytać właścicielkę o niezwykłe kosmetyki, których delikatny i nienatrętny zapach wciąż czuła na skórze.

Ubrała się prędko, złoszcząc się nieco na siebie, bo do eleganckiej jedwabnej bluzki musiała włożyć wczorajszą spódnicę. Nie lubiła dwa razy z rzędu nosić tych samych rzeczy, ponieważ uważała, że robią tak wyłącznie osoby pozbawione gustu i klasy. Starannie oczyściła zakurzone buciki, wypakowała torebkę i po kilku minutach była gotowa do zejścia.

Jadalnia mieściła się na lewo od recepcji i miała wejście na boczny taras. Właśnie na nim, korzystając z pięknego poranka, ustawiono stół przykryty białym, silnie nakrochmalonym obrusem, na którym rozstawiono śniadaniowe specjały. Południewska jadała mało, ale poczuła ochotę na pachnącą świeżością bułkę z odrobiną masła. Wszyscy mieszkańcy hotelu byli już przy stole, wymieniając się uwagami o pogodzie, i wejście pisarki przerwało im rozmowę. Siedząca najbliżej drzwi Mila zerwała się z krzesła, by przywitać nowego gościa.

– To jest pani Sabina Południewska – przedstawiła, a Sabina skinęła wszystkim głową. Cały ten obrazek przypominał jej herbatkę u Zwariowanego Kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów. I patrząc na obecnych, zastanawiała się, kto z nich mógłby odgrywać rolę Szaraka Bez Piątej Klepki, a kto Susła. Mila tymczasem poprowadziła ją do stołu. – Obok mnie siedzi pan pułkownik Janicki, który przyjechał specjalnie z Anglii odwiedzić rodzinne strony. – Pułkownik wstał od stołu, by po wojskowemu stuknąć obcasami. Sabina przyjrzała mu się. Był to leciwy mężczyzna, który nie stracił młodzieńczego wigoru, tak charakterystycznego dla byłych wojskowych. Miał w sobie siłę i sprężystość wynikające z dobrego wytrenowania, i gdyby nie siwe, starannie zaczesane do góry włosy i twarz pooraną zmarszczkami, Południewska dałaby mu góra pięćdziesiąt lat. Zapewne miał ich o dwie dziesiątki więcej. Miejsce obok oficera zajmowała kobieta o południowym typie urody, z burzą ciemnych loków, która rozmawiając, gestykulowała gwałtownie i pobrzękiwała srebrnymi bransoletkami na obydwu nadgarstkach. – Moja szwagierka, Carmen Rojas – zaprezentowała ją Mila, a egzotyczna dama odezwała się natychmiast do Sabiny dość osobliwą polszczyzną:

– Nareszcie przyjechała do nas jakaś niewiasta. Zdechnąć można wśród tych nudnych pryków.

Pisarka osłupiała, wpatrując się w cudzoziemkę zdziwionym spojrzeniem. Carmen Rojas klasnęła w dłonie i zerwała się z kanapy, by ją uściskać.

– Cieszę się niepomiernie, że będziesz tu gościć! – wykrzyknęła, całując z dubeltówki Sabinę, która jak zawsze w takich niespodziewanych sytuacjach cała zesztywniała z odrazy. – Myślę, że staniemy się najlepszymi przyjaciółkami od serca – dodała jeszcze, przewracając oczami i kładąc wymownie dłoń na obfitej piersi. Sabina szczerze wątpiła, że byłaby się w stanie zaprzyjaźnić z osobą, która zrobiła na niej wrażenie z lekka pomylonej.

Mila, jakby w odpowiedzi na niezbyt przychylne spojrzenie, którym Południewska obrzuciła jej latynoską krewniaczkę, wznowiła przedstawianie mieszkańców pensjonatu. Sabina jednak nie mogła się otrząsnąć z wrażenia, jakie wywarła na niej Carmen.

– Czy z pani szwagierką jest wszystko w porządku? – rzuciła szeptem, aby nikt jej nie usłyszał.

Mila machnęła lekceważąco ręką.

– Proszę się na nią nie gniewać. Carmen postanowiła nauczyć się samodzielnie polskiego. Robi to, czytając romanse w styluTrędowatej i oglądając z naszym nauczycielem mecze piłki nożnej. Takie połączenie musi dać efekt co najmniej piorunujący, sama pani to przyzna.

Sabina skinęła głową i o nic już więcej nie pytała.

Z prawej strony zwariowanej cudzoziemki tkwił chuderlawy mężczyzna, około pięćdziesiątki, który pochylał się nad talerzem, jakby usiłując z wysiłkiem dostrzec, co na nim ma. Gdy podniósł głowę, by uprzejmie powitać nowo przybyłą, ta zauważyła, że nosi grube okulary o podwójnych soczewkach. Najwyraźniej zmagał się z poważną wadą wzroku. Mila zaprezentowała go jako profesora Niewiarę, który w pensjonacie porządkował materiały do swej pracy naukowej o historii najnowszej.

– Do książki – sprostował profesor, ponownie schylając się nad talerzem tak nisko, że prawie dotykał nosem jego powierzchni. Sabinie wydało się to nieodparcie zabawne, bo naukowiec przypominał jej bociana z pewnej bajeczki dla dzieci, bezskutecznie usiłującego jeść swym długim dziobem z płaskiego talerza.

Ostatnim biesiadnikiem był młody mężczyzna o jasnych nieuczesanych włosach, którego Mossakowska przedstawiła jako miejscowego nauczyciela przedmiotów humanistycznych, Alberta.

– Proszę siadać koło mnie – zachęcił nauczyciel, machając do Sabiny ręką. – Lepiej, żeby nie sąsiadowała pani z tymi nudziarzami, pułkownik uśpi panią szczegółami z dziedziny wojskowości, a profesor historycznymi gawędami.

Sabina uśmiechnęła się lekko i zajęła wskazane miejsce, oczywiście wyjaśniając przy okazji, że przepada zarówno za wojskowością, jak i za historią.

– To się tylko tak mówi przez grzeczność – sprzeciwił się krnąbrny Albert. – Nie chce pani zrobić przykrości naszym panom, niestety dosyć wąsko wyspecjalizowanym w konwersacji. Ale gwarantuję, że gdybyśmy zostawili panią na ich pastwę, zasnęłaby pani jak ta śpiąca królewna…

– Ale pan Albert oczywiście panią wybawi – odezwał się tubalnym głosem pułkownik, wołając jednocześnie w kierunku drzwi do jadalni z prośbą o dodatkową porcję jajecznicy. Pojawiła się gospodyni, zażywna jejmość w starannie nakrochmalonym fartuchu i zapytała Sabinę, na co ma ochotę.

– Polecam jajko na miękko – odezwał się profesor, ponownie wpatrując się w talerz. Pisarka skinęła głową, nie chcąc robić gospodyni przykrości. Zanim jednak otrzymała zamówione śniadanie, na taras wszedł, a właściwie wpadł, doktor Dolecki.

– Naprawiłem pani samochód! – oznajmił jeszcze ze schodów, skinąwszy tylko na powitanie wszystkim zgromadzonym przy stole. Sabina nie posiadała się z radości, zwłaszcza gdy dowiedziała się, że auto stoi już pod bramą pałacu, a Mirek właśnie przenosi bagaże do jej pokoju.

– Czy to było coś poważnego? – zapytała uprzejmie, choć tak dalece nie znała się na samochodach i ich awariach, że mógłby jej powiedzieć cokolwiek.

– Właśnie nie. Bardzo dziwna sprawa – orzekł Krzysztof. Usiadł przy stole na wolnym miejscu obok pułkownika i nalał sobie kawy do filiżanki. – Ktoś musiał czyścić silnik i proszę sobie wyobrazić, że szmata, którą to robiono, zaklinowała się w środku. Po prostu ostrożnie ją wyciągnąłem i voilà – samochód jak nowy.

Sabina wyjaśniła mu, że kupiła to używane auto parę tygodni temu i być może ktoś przeprowadzał jakieś naprawy lub czyszczenie, a ona o tym nie wiedziała.

– To wiele tłumaczy – stwierdził doktor, smarując sobie obficie bułkę masłem. – Takie praktyki są częste dla komisów z samochodami, ale żeby szmatę zostawili w silniku, patałachy… Niepojęte.

Oczywiście Albert wtrącił się złośliwie do rozmowy, wskazując przykład nieudolnych lekarzy, pozostawiających w ciałach pacjentów nie tylko chusty chirurgiczne, lecz także metalowe narzędzia, lecz Krzysztof nie dał się sprowokować.

– Nie wiem, do czego pijesz. – Zmarszczył brwi. – W życiu nie zostawiłem w ciele żadnego chorego nawet najmniejszej igiełki. Są dla mnie po prostu zbyt cenne.

– Możliwe – upierał się Albert. – Ale przyznaj sam, po operacjach niektórych konowałów rekonwalescenta należałoby zbadać wykrywaczem metalu.

– To mi przypomina pewną sprawę z mojego pułku – wtrącił się Janicki. – Podczas ćwiczeń jeden żołnierz oberwał przez przypadek odłamkiem, głupi był i pchał się, gdzie nie trzeba. No i felczer zszył mu, proszę ja ciebie, to jest, proszę państwa, tak pięknie pośladek, że za przeproszeniem obecnych tu dam, szeregowiec nie mógł przez tydzień siadać na dupie. Zrobili mu prześwietlenie w szpitalu, a tam tkwił kawał blachy z pocisku. Cud, że chłopak nie dostał zakażenia. Pytają felczera, czemu spartolił robotę, a ten mówi właśnie, że nie jest saperem, wykrywacza metalu nie ma. Straszny pijak był ten felczer, ale nikogo na tamten świat nie wyprawił… – Pułkownik rad by jeszcze kontynuować te opowieści, ale przerwała mu Mila, zwracając się do Sabiny:

– A pani przyjechała do nas odpocząć czy pracuje pani nad czymś?

– Piszę książkę – przyznała niechętnie Południewska, a wszyscy się ożywili.

– Tak? A o czym? – Niewiara najwyraźniej zobaczył w Sabinie pokrewną duszę.

– To taka beletryzowana biografia Jane Austen – wyjaśniła szybko, a oni skinęli głowami.

– Nie wiedzieliśmy, że wydawnictwo Driada publikuje takie pozycje – zauważyła Mila, nalewając sobie herbaty.

– Tak – sarknął Albert. – Ono zasłynęło raczej z gniotowatych romansideł niejakiej Laury Rossy. – Sabina skrzywiła się, a nauczyciel, widząc, że znalazł sojusznika w krytykowaniu tego typu literatury, ciągnął: – Zastanawiam się od dawna, w czym tkwi fenomen tych żałosnych opowieści. Ta Rossa potrafi jedynie cynicznie grać na uczuciach, ale prawdy w tym nie ma za grosz. Ona po prostu jest nieszczera, wyczuła koniunkturę i eksploatuje ją bez litości…

– Wcale nie uważam, że jest żałosna – odezwał się cicho Krzysztof. – Podobało mi się Królestwo morskich fal. To niezła książka i moim zdaniem bardzo prawdziwa…

– Nie rozśmieszaj mnie – prychnął Albert. – W życiu bym nie podejrzewał, że czytałeś jakąś jej powieść. Mężczyźni nie zabierają się za takie pozycje.

– A ty? – odgryzł się Krzysztof. – Myślałem, że interesujesz się wyłącznie krwawymi kryminałami.

– Oczywiście, że wolę kryminały. – Nauczyciel zaczął machać ręką w takt wypowiadanych słów. – Mieszkając w tej dziurze, potrzebuję odrobiny emocji, której romansidła nie są mi w stanie dostarczyć…

– Jeżeli musisz już wiedzieć, to czytałem tylko jedną jej książkę – wyjaśnił Krzysztof zniecierpliwionym głosem. – Ale zrobiłem to bez przykrości.

– Bez przykrości – powtórzył Albert pełnym przygany tonem, dając jednocześnie do zrozumienia, jak nisko ceni tego rodzaju literaturę.

– A pani zna jej powieści? – zapytała szybko Mila, jakby chciała nie dopuścić do dalszej wymiany zdań między doktorem a nauczycielem. – W końcu mają panie tego samego wydawcę.

– Nie przepadam za romansami – stwierdziła Południewska, odwracając się w kierunku Alberta. – Są dla mnie po prostu sztuczne. Nie rozumiem, jak ktoś może coś takiego pisać. Pozornie wczuwać się w problemy innych ludzi, analizować zdrady i rozstania. Przyznaję, że Rossa rzeczywiście robi to świetnie, potrafi udawać każdego, co rodzi podejrzenia, że sama jest nikim, nie ma żadnego życia, kobieta kameleon…

– Miażdżąca krytyka – przyznał Krzysztof, a miejscowy pedagog aż podskoczył na swoim krześle.

– Świetnie powiedziane. Ona w ogóle jest cała taka fałszywa, ze swoimi przemyśleniami i morałami. Powinna się Barbarossa nazywać…

– À propos – wtrącił się pułkownik, którego cała ta rozmowa najwyraźniej nudziła. – Czy ja już państwu opowiadałem o kulisach planu Barbarossa? Nie? To bardzo ciekawa operacja i chętnie ją przybliżę…

– Pułkowniku, bez obrazy, ale naprawdę opowiedział pan nam już wszystkie swoje historie z pięćdziesiąt razy – wypalił Albert. – Niech się pan zlituje nad panią Sabiną i przestanie, bo pani nam stąd ucieknie, a to zepsuje interes Mossakowskim.

Pisarka uśmiechnęła się lekko, a były wojskowy zaczął przekonywać, że wcale nie wzruszają go złośliwości Alberta i doskonale wie, że jego opowieści są pasjonujące.

Południewska dokończyła swe skromne śniadanie, pożegnała wszystkich skinieniem głowy i opuściła taras. W holu spotkała Krzysztofa, który także dopił swoją kawę i najwyraźniej spieszył się do pilnych zajęć.

– Dziękuję za naprawienie samochodu – zaczęła, a on odwrócił się w jej kierunku. Zauważyła przy tym, że gdy odgarniał sobie jasne, rozwichrzone włosy z czoła, robił to z wdziękiem małego rozbrykanego chłopca. Miał w sobie zresztą szelmowski urok, ujmujący szczerością i radością życia.

– Drobiazg – odparł z uśmiechem. – To była taka malutka szarada, dużo prostsza niż w przypadku większości moich chorych.

– Traktuje pan diagnozy jako szarady? – zdziwiła się, a on kiwnął głową.

– Wyłącznie. Czasami nawet jak fabuły sensacyjne, bo badani dokładają wielu starań, by mnie wprowadzić w błąd: pomijają ważne symptomy, wymyślają inne… Pani samochód przynajmniej nie był mnie w stanie oszukać. Gdybym miał samych takich pacjentów, moje życie byłoby bajką.

Sabina musiała się roześmiać.

– Chciałabym się jakoś panu zrewanżować. Nie znam się kompletnie na autach, ale wydaje mi się, że wbrew temu, co pan mówi, naprawa nie była prosta.

– Była, była, zapewniam panią! Ale oczywiście rewanż przyjmę z ochotą, na pewno coś wymyślę. – Może gra pani w brydża lub w scrabble? Tu zawsze brakuje nam partnerów do rozgrywek.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo do holu wpadł Albert, który także najwyraźniej się spieszył.

– Muszę jechać na zebranie komitetu do spraw edukacji – westchnął. – Fascynujące gremium. Średnia wieku sięga siedemdziesiątki i ja stanowczo zaniżam statystykę, dwóch panów cały czas śpi, a pani robi na drutach. Dzisiaj ma nas nawiedzić dyrektor wydziału edukacji, więc będę musiał chyba założyć krawat…

– Nie radzę – odezwał się Krzysztof. – Krawatem możesz się przypadkowo udusić, a to byłaby niepowetowana strata.

– Tylko wówczas, gdyby ktoś zacisnął mi zdradziecko pętlę – odparł wesoło Albert. – Ale nie martw się, jeszcze parę zebrań tego szacownego grona i sam się powieszę z największą rozkoszą. Nie wiem, czy interesuje się pani historią starożytną? – zwrócił się do Sabiny. – Ale w Grecji mieli taką radę starców, zwanych archontami. Każdy z nich zajmował się jakąś inną ważną dziedziną. Podczas naszych spotkań mam zawsze wrażenie, że brakuje nam archonta od zegara. Po prostu nikt nie pilnuje czasu.

Sabina roześmiała się szczerze.

– Jadę – oznajmił Albert. – Życzcie mi szczęścia.

– Oczywiście – odpowiedziała wesoło. – Może pan na nas liczyć…

– Pani Sabina mówi oczywiście za siebie – sprostował Krzysztof. – Mnie nie bierz pod uwagę.

– Wiedziałem, wiedziałem – rzucił jeszcze nauczyciel i dziarsko pobiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Przed głównym wejściem stał zaparkowany jego samochód, niemiłosiernie obdrapana i powgniatana terenówka.

– Julina pytała mnie, czy może przyjść do pani jutro i oprowadzić po okolicy? – powiedział Krzysztof, a ona z entuzjazmem, o który się znów nie podejrzewała, skinęła głową.

– Bardzo chętnie. Sama doszłam właśnie do wniosku, że potrzebuję przewodnika.

– No to świetnie – ucieszył się. – Przyślę ją około południa, wszystko pani pokaże. A na razie żegnam się, bo muszę wracać do moich pacjentów. Kluczyki do samochodu zostawiłem Mirkowi, żeby wypakował pani bagaże.

Zniknął za drzwiami, a pisarka z przyjemnością pomyślała o odzyskanych właśnie rzeczach. Choć, na dobrą sprawę, wspomnienie pudła z rozpoczętą książką wcale nie należało do miłych. Westchnęła i miała właśnie ruszyć schodami do góry, gdy powstrzymał ją głos Mili.

– Czy przysłać pani na górę herbatę i ciasteczka na drugie śniadanie? A może woli pani kanapki?

Sabina odwróciła się.

– Bardzo poproszę o kawę, a za ciastka dziękuję. Nie jadam słodyczy.

– Oczywiście. – Mila się uśmiechnęła. – Słyszałam, że umówiła się pani z Juliną. To bardzo dobra dziewczyna i polubiła panią. Pokaże pani wszystkie tutejsze atrakcje, a zapewniam, że Ida ma ich bardzo wiele.

– Tak – odparła pisarka. – Rzeczywiście miłe dziecko, tylko takie trochę… dziwne – dodała z pewnym wahaniem, bo nie bardzo potrafiła określić, co ją w Julinie tak niepokoi: małomówność, pewien rodzaj nieobecności czy ignorowanie niektórych sytuacji.

– Jest nietypowa, to prawda. Ma kłopoty z dostosowaniem się do reszty. To jedno z zaburzeń związanych z funkcjonowaniem w społeczeństwie, zespół Aspergera…

– Zespół Aspergera? – powtórzyła pytająco Południewska. – Czy to coś poważnego?

Mila pokręciła głową.

– I tak, i nie. Julina jest całkowicie sprawna umysłowo, jej inteligencja znacznie przewyższa średnią, ale z trudem radzi sobie wśród ludzi. Nie do końca potrafi zrozumieć innych, na przykład nie odczytuje ironii, nie rozumie żartów. Przyjmuje świat bardzo wprost, umykają jej pewne komplikacje natury ludzkiej. Społecznie jest na poziomie małego dziecka i wszystkiego się boi.

– Pojmuję – przytaknęła Sabina, dumając nad jej słowami. – Czy powinnam na coś zwrócić uwagę? Zachowywać się w jakiś określony sposób?

– Nie, proszę po prostu być sobą. Julina właśnie taką panią polubiła. Lepiej tylko przy niej nie żartować, zwłaszcza na jej temat, bo nie zrozumie tego.

– Ja nigdy nie żartuję – oznajmiła ponuro pisarka. – A rodzice prowadzą z nią jakąś terapię? – zainteresowała się jeszcze. – Mało wiem o tego typu zaburzeniach, ale słyszałam, że wymagają intensywnej pracy?

Mila ponownie skinęła głową.

– Tak, Krzysztof nieustannie z nią ćwiczy, konfrontuje ją z różnymi sytuacjami życiowymi, uczy zachowań w społeczeństwie. Problem polega jednak na tym, że Julina niechętnie wchodzi w relacje z innymi ludźmi poza nim. Zawsze jest sama. Bawi się osobno, znika na całe godziny, w szkole także trzyma się zawsze na uboczu. Pani jest pierwszą osobą tutaj, z którą nawiązała jakiś kontakt…

– A jej matka? – zapytała, zdumiona historią dziewczynki, którą w pierwszej chwili oceniła jako niegrzeczną i pozbawioną kultury. Bardzo się myliła.

– Matka nie żyje – wyjaśniła szybko Mila. – Krzysztof mówi, że objawy u Juliny nasiliły się wraz ze śmiercią jej mamy. Zmarła na raka dwa lata temu. Mimo że to niewskazane w przypadku osób z aspergerem, ojciec postanowił całkowicie zmienić Julinie środowisko i przyjechał z nią tutaj, by zapomniała o miejscach kojarzących się jej z chorobą i śmiercią matki. Nazywa to TT, czyli terapia terytorialna, cokolwiek może to znaczyć.

– Ach, więc to dlatego – wyrwało się Sabinie, ale w porę ugryzła się w język.

– Co dlatego? – podchwyciła Mila, ale Południewska machnęła tylko ręką. – Przyślę pani kawę około południa – obiecała więc właścicielka, odwracając się w stronę kontuaru, na którym właśnie rozdzwonił się telefon.

Sabina weszła do swego zalanego światłem słonecznym pokoju. Miała mętlik w głowie. Krzysztof, Julina, goście pensjonatu i sam dziwny pałac przerobiony na elegancki hotel – wszystko to zaczynało wyglądać inaczej, niż się spodziewała. Wymykało się z rąk. Już nie potrafiła ocenić, porządkować, wydarzenia zaskakiwały ją, mieszały w głowie. Na każdym kroku czekało ją coś innego, dziwnego i trudnego do zaklasyfikowania według zwykłych reguł.

– To dlatego zwrócił uwagę na Królestwo morskich fal – powiedziała do siebie w myślach, siadając przy biurku, na którym czekało pudło z notatkami i laptop. – Bo tam też kobieta umiera na nowotwór. Wszyscy najbardziej lubią Spojrzenie na góry, najwięcej egzemplarzy się sprzedało, film też był niezły, ale ja uważam, że Królestwo morskich fal to moja najlepsza powieść.

Zmarszczyła brwi, wspominając niedawną dyskusję w jadalni. Albert miał rację. Sama od jakiegoś czasu podejrzewała, że z jej książkami jest coś nie tak. Jeszcze do niedawna pisała je łatwo i szybko, ale miała wrażenie, że narasta rozdźwięk pomiędzy jej własnymi uczuciami i doświadczeniami a tym, co opisuje. Była nieautentyczna, nieszczera. Uważała, że oczywiście nie musi chorować onkologicznie, by opisywać cierpienia ludzi dotkniętych tą przypadłością, ale przedstawić skomplikowanych uczuć osób na granicy życia i śmierci, ich lęków, radości, niepokoju i smutku ich bliskich już nie potrafiła. Z zażenowaniem przypomniała sobie opisaną w Spojrzeniu na góry śmierć dziecka. Co mogła wiedzieć o cierpieniu matki? Ona, która nie tylko nigdy nie miała dziecka, lecz nawet nie troszczyła się o nikogo w takim stopniu, by drżeć o jego los?

– Albert ma rację – mruknęła do siebie, włączając komputer. – Do tej pory potrafiłam jedynie przedstawić ładnymi słowami wielką pustkę. Zawsze tak dbałam o język, starannie dobierałam słowa, by brzmiały pięknie i czarowały swym urokiem. Tylko że za tą śliczną fasadą nic się nie kryło.

Rozbolało ją serce. Wnioski, do których doszła, wcale nie były przyjemne. Miała wrażenie, że lata jej pracy, sukces, jaki odniosła, nie są nic warte. Bo tak naprawdę nie miała ludziom nic do powiedzenia.

Zapatrzyła się w rozpoczętą powieść zatytułowaną W dolinie mgieł. Zawsze pisanie książki zaczynała od tytułu, to była taka jej mała sztuczka, przyzwyczajenie, z którego nie zamierzała zrezygnować.

Być może nic już więcej nie napiszę – znowu wróciła do niej ta myśl i sama się zdziwiła, że nie czuje rozpaczy. Sabina Południewska nienawidziła bowiem Laury Rossy. Przybrała ten pseudonim, wydając pierwszą książkę, ponieważ była wówczas zbyt nieśmiała i wrażliwa na krytykę, by publikować pod własnym nazwiskiem. Powieść ta zatytułowana W sercu jezior odniosła gigantyczny sukces. Czytelnicy byli spragnieni takich historii – prostych, chwytających za serce, przemawiających do każdego. Sabina otrzymywała setki listów od czytelników, którzy odnaleźli w opisywanych zdarzeniach i ludziach siebie. Nie mogła uwierzyć w swój sukces. W sercu jezior napisała dlatego, że szukała jakiegoś sposobu na życie, a pisanie wydawało jej się tak samo dobre, jak inne formy zarobkowania. Od tej pory wydawała przynajmniej trzy takie książki rocznie. Każda z nich powiększała okrągłą sumę na koncie, umożliwiając wygodne życie, i sprawiała jednocześnie, że Sabina coraz bardziej nienawidziła siebie. To znaczy Laury Rossy.

Od pewnego czasu żyła w jakimś dziwnym rozdwojeniu. Nikt, poza wydawcą, nie znał prawdziwej tożsamości bestsellerowej pisarki. Laura Rossa udzielała wywiadów wyłącznie przez e-mail, jej zdjęcie na okładce książki tak upozowano, że nie widać było twarzy. Fakt, że autorka jest tak tajemnicza, tylko podbijał sprzedaż. Od lat trwało śledztwo, kim jest kasowa pisarka. Gazety gubiły się w spekulacjach: to mężczyzna, znany zresztą pisarz głównego nurtu, który poczytnymi romansami dorabia do pensji, to eksperyment grupy twórców, piszących pod pseudonimem, wreszcie zagraniczny autor, którego wydawnictwo tylko tłumaczy, dostosowując wydarzenia opisane w książkach do polskich realiów.

Nie trzeba dodawać, że Driadę cieszył szum, jaki podnoszono wokół jej sztandarowego produktu. Gdy pierwsza książka została zekranizowana, sensację wzbudziło pojawienie się na planie asystentki, która przekazywała uwagi autorki, nieustannie wypowiadając kwestię: „Pani Laura Rossa życzy sobie, żeby…” lub „Pani Laura Rossa nie chce, aby…”.

Nie było tygodnia, żeby Sabina nie przeczytała w internecie informacji na temat swojej tożsamości. Laurą Rossą okrzyknięto już chyba wszystkich polskich znanych pisarzy. Jeden z nich, przy okazji popularny publicysta, od razu opublikował w pewnym tygodniku zabawny felieton „Być jak Laura Rossa”, ubolewając w nim, że niestety nie posiadł umiejętności swej bohaterki do pisania romansów i robienia pieniędzy.

Południewska doskonale się tym wszystkim bawiła. Starannie oddzielała siebie – Sabinę od siebie – Laury. Gdy czytała miażdżące recenzje swoich książek (a pojawiały się bardzo często, zwłaszcza gdy nakłady jej powieści zaczęto liczyć w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy), po prostu wzruszała ramionami i za swym wydawcą powtarzała: „psy szczekają, karawana idzie dalej”. Wreszcie ugruntowała się opinia, że Rossa to doskonała autorka, dysponująca wspaniałym stylem i finezyjnym językiem, ale pisząca błahostki. Cynicznie produkująca jeden bestseller za drugim na zamówienie swoich rozmiłowanych w ckliwych historiach czytelników. Przez długi czas Sabinie to zupełnie nie przeszkadzało. Była to prawda – taki sobie znalazła sposób na życie i zarabiała na tym, co umiała najlepiej. W końcu robiła to samo, co lekarz, adwokat czy nauczyciel, tylko w innej branży. Próbowała jedynie sumiennie wykonywać swój zawód. A że ludzie chcieli romansów? Dawała im je. Gdyby chcieli poezji, zapewne zaczęłaby pisać wiersze.

Zawsze oceniała się bardzo krytycznie. Problemem było jednak samo istnienie tego drugiego wcielenia. Do tej pory potrafiła rozróżnić role, jakie odgrywała: Laura Rossa była cyniczna, bez zastanowienia wykorzystywała uczucia innych. Sabina z kolei nie akceptowała takiego sposobu widzenia świata. Teraz wszystko się pomieszało – Laura prawie całkowicie zdominowała osobowość Sabiny, której zdawało się, że zaczyna po trochu od tego wariować. Stała się jeszcze bardziej zgorzkniała i przewrażliwiona. Dodatkowo miała trudności z napisaniem kolejnej książki. Odebrała to jako słuszną karę za podwójne życie. Z drugiej strony obawiała się o dalszą karierę Laury Rossy. Teraz była popularna, ale gdy nie wyda żadnej książki przez kilka lat, ludzie o niej zapomną…

Sabina odnosiła wrażenie, że sama złapała się w pułapkę. Co więcej, nie widziała z niej wyjścia. Poza jednym oczywiście – musi zwalczyć kryzys, odrzucić te dziwne wahania i zabrać się do pracy, która zapewnia jej dostatnie życie. To był rzecz jasna głos Laury, zawsze bezkompromisowej i nieuznającej słabości. Jednakże spod niego, nieśmiało i z dużymi oporami przedzierał się głos pełnej wątpliwości Sabiny. Był nieznany i jeszcze ciągle słaby, ale ona sama słuchała go ze zdumieniem.

 

 

 

 

 

3.

 

 

Następnego dnia obudziła się wcześnie, a godziny pozostające do śniadania postanowiła poświęcić pracy. Nic jednak jej nie wychodziło i praktycznie cały czas spędziła, pogrążając się w rozpaczy. Chyba ze trzydzieści razy układała pierwsze zdanie swojej powieści i żadne jej się nie podobało. Wzorem wielu pisarzy była przekonana, że pierwsze zdanie jest najistotniejsze, bo decyduje o atmosferze całej książki. Nadaje ton opowieści, jest takim „wielkim otwarciem”, ważnym jak pierwszy ruch w szachach. Teraz jednak nie mogła nic stworzyć.

Odchyliła się na krześle, jeszcze raz spojrzała na ekran i westchnęła. Ogarnęło ją niezwykłe dla niej uczucie lęku, a właściwie paniki. Czas uciekał. Ona miała w głowie wyłącznie pustkę, a poza tym straciła serce do pisania. Może to dziwne, ale litery i słowa zawsze w jej umyśle układały się w przyjazne i kolorowe kształty. Kiedy zasypiała, widziała całe tańce zapisanych słów – jedne wynikały z drugich, rozszczepiały się, tworząc zupełnie nowe treści. Litery również widziała na kolorowo – nie cierpiała na przykład litery E, która dla niej była czarna i włochata jak nogi pająka. Wydawała się jej jakaś pajęcza i odpychająca. Dlatego też żadna z bohaterek Sabiny nie nosiła imienia rozpoczynającego się od E. Co innego O – lekkie i przeźroczyste jak bańka mydlana o delikatnie fioletowym zabarwieniu.

Kiedy była małą dziewczynką, opowiedziała matce o kolorach liter, ale ta wyśmiała ją i skarciła za fantazjowanie. Sabinie zrobiło się przykro i już nigdy więcej nikomu o tym nie wspominała. A potem jako szesnastolatka przeczytała sonet Arthura Rimbaud Samogłoski[1]. I już wiedziała, że na świecie są inni ludzie, tacy jak ona, którzy widzą w literach nie tylko graficzne znaki, ukrywające znaczenie słów, lecz także całe misterne obrazki. Pełne kolorów i kształtów. Ale do tego było potrzebne doskonałe pierwsze zdanie, które jak furtka otwierało dalszą drogę.

Ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała, bo wyczerpały się w niej pokłady bezsilności, ale zmęczona próbowała zebrać myśli.

Straciłam dar – stwierdziła ze smutkiem.

Przez jedną szaloną chwilę zastanawiała się, czy nie powinna była przyjąć pomocy wydawcy i zatrudnić „sekretarki”, która pisałaby za nią. Nie, to by się nie udało, co najwyżej odwlekło nieuchronne. A nieuniknione było przyznanie się do prawdy – jest skończona jako pisarka, bo nie potrafi już stworzyć żadnej opowieści: mądrej ani głupiej; po prostu żadnej. Słowa ją opuściły, litery przestały do niej przemawiać. Wszystko umilkło.

Zamknęła komputer i schowała go do pudła. Wyciągnęła za to książki Jane Austen, które przywiozła tu jako przykrywkę dla swej prawdziwej pracy, i zatopiła się w lekturze. Nie zeszła nawet na śniadanie, i zaniepokojona Mila przysłała do jej pokoju panią Kowalową z tacą.

– Nic pani nie je – gderała gospodyni, nakrywając jeden z niewielkich stolików pod oknem. – Chudziutka dlatego jest jak niedożywione kocię, za przeproszeniem. Za dużo pracy, moim zdaniem.

Pisarka skrzywiła się nad swoją książką. Akurat. Za dużo pracuje. Chciałaby móc pracować… Gospodyni zrozumiała to po swojemu, bo stanęła nad Sabiną, podpierając się pod boki.

Wygląda jak Kaśka Kariatyda z powieści Zapolskiej – pomyślała z rozbawieniem Południewska i nieświadomie uśmiechnęła się. Kowalową to ośmieliło, bo odchrząknęła i powiedziała niepewnym głosem:

– Niech się pani Sabina nie gniewa, ale ja swoje wiem. Pani zdenerwowana jest, jak to mówią: zestresowana. A ja, widywałam ludzi zestresowanych tylko jedną rzeczą. Pracą. Odpoczynek jakoś nikogo nie stresuje, prawda?

Młoda kobieta z uśmiechem skinęła głową.

– To prawda, pani Gertrudo.

– No właśnie. Ja widzę, że pani tu nawiozła tych wszystkich książek. – Gospodyni zatoczyła ręką koło, wskazując na pudło oraz to, co Sabinie udało się już z niego wypakować. – Terminy panią gonią i to denerwuje. Powinna pani to zostawić i wypocząć trochę. Może pójść na spacer, kwiatów nazbierać? Albo do spółdzielni się wybrać i czegoś nowego nauczyć.

– Do spółdzielni? – zainteresowała się autorka.

– Ano tak – odparła gospodyni. – Mamy tu taką spółdzielnię wiejską, wie pani, rękodzieło, przetwory domowego wyrobu i inne takie… Żona naszego batiuszki nią kieruje, warto pójść, zobaczyć.

Południewska zmarszczyła czoło. Nie interesowały ją przetwory ani rękodzieło, ale w sumie – dlaczego nie? Warto przecież doświadczyć czegoś nowego, posmakować innego życia. Od razu też przypomniały się jej niezwykłe kosmetyki, które zastała w pensjonacie.

– A te kosmetyki? Też spółdzielnia wytwarza? – Ruchem głowy wskazała drzwi łazienki.

Pani Kowalowa zaprzeczyła:

– Nie. Te rzeczy to wyrabia nasza hrabina. Wie panienka, dawna właścicielka tego majątku. Ona mieszka tu niedaleko, na granicy parku i ma w domu całą wytwórnię perfum i innych takich.

– Niesamowite… – Pisarka pokręciła głową. – Robi to wszystko w domu?

– Tak, pani Sabinko, z miejscowych surowców, dwie dziewczyny jej pomagają, w tym moja chrześnica Alinka. Cudowne te mydła są, jak one pachną! Pani Mila to prawie wszystko w Niemczech sprzedaje, ale część bierze dla hotelu, żeby gościom zrobić przyjemność. No, zagadałyśmy się, a pani dalej nic nie zjadła.

Południewska posłusznie, jak mała dziewczynka, zamknęła książkę i siadła do stołu.

– Czy tę hrabinę można odwiedzić? – zapytała jeszcze, smarując sobie bułkę masłem.

Gospodyni przyświadczyła.

– Oczywiście. Ona bardzo lubi gości. To starsza dama. Mila mówi, że jest bardzo „tetryczna”, ale ja nie widzę tego u niej. Wręcz przeciwnie, żadnego stetryczenia, wprost kipi energią.

– Ekscentryczna – sprostowała Sabina znad kanapki. – Chyba to miała na myśli Mila… Wspaniałe jedzenie, pani Gertrudo.

– No ja myślę! – zawołała gospodyni, wychodząc. – Jeszcze mi się żaden gość nie skarżył i da Bóg, że się nie poskarży. Muszę iść, pani Sabino, bo trzeba szykować obiad, a potem kolację. Niech pani nie zapomni o posiłkach.

I zniknęła, zamykając delikatnie drzwi.

Pisarka, zamyślona, dokończyła śniadanie. Musiała odwiedzić hrabinę. Nie tylko dlatego, że zachwyciły ją produkowane tu kosmetyki. Miała przeczucie, że to spotkanie będzie dla niej ważne, otworzy jakieś nowe drzwi.