Doktor Bluthgeld - Philip K. Dick - ebook + książka

Doktor Bluthgeld ebook

Philip K. Dick

4,5

Opis

„Postnuklearna idylla… jedna z najcieplejszych i najłatwiejszych w odbiorze powieści Dicka”

Laurence Sutin

„Dick od połowy lat 50. XX wieku wyglądał nadejścia końca świata. «W 1964 roku spodziewałem się, że nastąpi on lada chwila, i ciągle patrzyłem na zegarek». Zbrojenia szły wówczas pełną parą, głowic atomowych wciąż przybywało, aż doszło do słynnego overkillu, czyli możliwości, że każdy mieszkaniec Ziemi zostanie zabity wielokrotnie. Ludzkość powoli wczołgiwała się w jamę bez wyjścia, a Dick postanowił sprawdzić, co by się stało, gdyby bomby eksplodowały. Musiał jednak pisać Doktora Bluthgelda w pogodnym nastroju, gdyż wizja, którą zarysował, wydaje się stanowczo zbyt łagodna…”

z przedmowy Marka Oramusa

Philip K. Dick urodził się w 1928 r. w Chicago, lecz większą część życia spędził w Kalifornii. Krótko był studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego. Prowadził sklep z płytami i stację radiową. Przeszedł też doświadczenia z narkotykami, które wykorzystywał w swej twórczości. Zmarł w 1982 r. Wydał 36 powieści, z których wiele weszło na stałe do kanonu literatury SF. Był też autorem kilku powieści realistycznych, osadzonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. O większości jego rówieśników uhonorowanych nagrodą Pulitzera czy literacką Nagrodą Nobla niewielu już pamięta, on zaś ma coraz liczniejsze grono wielbicieli, a o jego książkach pisze się doktoraty…

Dom Wydawniczy REBIS wydał takie jego powieści jak: Ubik, Blade runner, Valis, Człowiek z Wysokiego Zamku czy Trzy stygmaty Palmera Eldritcha.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przełożył

Tomasz Jabłoński

Rozdział pierwszy

Wczesnym, rozświetlonym jasnym słońcem rankiem Stuart McConchie zamiatał chodnik przed sklepem Sprzedaż i Naprawa Nowoczesnych Telewizorów, przysłuchując się silnikom samochodów jadących Shattuck Avenue i stukotowi wysokich obcasów sekretarek spieszących do biur. Wciągał w nozdrza podniecające i przyjemne zapachy rozpoczynającego się tygodnia, który dla dobrego sprzedawcy oznaczał nową sposobność osiągnięcia sukcesów. Rozmyślał o ciepłej bułce i kawie na drugie śniadanie, które jadał około dziesiątej. Rozmyślał również o klientach, których udało mu się namówić, by przyszli jeszcze raz do ich sklepu, a którzy może zjawią się wszyscy naraz właśnie dzisiaj i sprawią, że książka sprzedaży przepełni się jak biblijna czara. Zamiatając, śpiewał piosenkę z nowej płyty Buddy’ego Greco i rozmyślał także o tym, jakie to uczucie, kiedy jest się sławnym, znanym na całym świecie piosenkarzem, którego ludzie oglądają za pieniądze w takich miejscach jak na przykład Harrah’s w Reno albo w eleganckich, ekskluzywnych klubach w Las Vegas, gdzie nigdy nie był, ale o których wiele słyszał. Miał dwadzieścia sześć lat i czasami w piątkowe wieczory jeździł dziesięciopasmową autostradą z Berkeley do Sacramento i dalej przez góry do Reno, gdzie można było pograć w kasynie i spotkać dziewczyny. Jim Fergesson, właściciel sklepu Sprzedaż i Naprawa Nowoczesnych Telewizorów, płacił mu pensję oraz prowizję, a ponieważ Stuart okazał się dobrym sprzedawcą, zarabiał bardzo dużo. Był rok 1981 i interes się kręcił. Kolejny dobry rok, pomyślny od samego początku dla Ameryki, która stawała się coraz silniejsza i potężniejsza, a jej mieszkańcy mieli coraz więcej pieniędzy.

– Dzień dobry, Stuart. – Przechodzący obok mężczyzna w średnim wieku, jubiler pracujący po drugiej stronie Shattuck Avenue, skinął mu głową. Pan Crody szedł właśnie do swojego małego sklepiku.

Otwierano wszystkie sklepy i biura; było po dziewiątej i nawet doktor Stockstill, psychiatra i specjalista od zaburzeń psychosomatycznych, pojawił się już z kluczem w ręku, żeby rozpocząć kolejny dzień swojej dochodowej praktyki w gabinecie mieszczącym się w przeszklonym budynku, który przedsiębiorstwo ubezpieczeniowe wybudowało za jakiś znikomy ułamek swoich zysków. Doktor Stockstill zostawił swój zagraniczny samochód na parkingu, bo było go stać na płacenie pięciu dolarów dziennie. Potem zjawiła się wysoka, długonoga, atrakcyjna sekretarka doktora, wyższa od niego o głowę. Pierwszy tego dnia świrus, co do tego oparty na miotle Stuart nie miał wątpliwości, sunął ukradkiem, jakby z poczuciem winy, w kierunku gabinetu psychiatry.

Cały świat jest pełen świrów, myślał Stuart. Psychiatrzy zarabiają masę pieniędzy. Gdybym musiał kiedyś pójść do psychiatry, to wszedłbym tylnymi drzwiami. Nikt by mnie nie widział i nie mógłby się ze mnie nabijać. Może niektórzy tak właśnie robią, pomyślał, może Stockstill ma tylne wejście dla co bardziej chorych pacjentów, a raczej – poprawił się – dla tych, którzy nie chcą robić z siebie widowiska, to znaczy mają po prostu jakiś problem, na przykład martwią się Akcją Policyjną na Kubie, i nie są nienormalni, tylko zwyczajnie się przejmują.

On sam też się przejmował, ponieważ ciągle jeszcze istniała spora szansa, że zostanie powołany do wojska i weźmie udział w wojnie kubańskiej, która ostatnio ugrzęzła w górskich błotach, mimo użycia nowych, małych bomb przeciwpiechotnych, które trafiały tych żółtych śmierdzieli, choćby nie wiem jak głęboko byli okopani. Stuart nie miał pretensji do prezydenta – to w końcu nie jego wina, że Chińczycy zdecydowali się dotrzymać ustaleń paktu, który zawarli. Chodziło tylko o to, że prawie wszyscy przyjeżdżali stamtąd z wirusowym zakażeniem kości. Trzydziestoletni żołnierz wracający do domu wyglądał jak jakaś mumia wietrząca się od stu lat na świeżym powietrzu… a Stuart McConchie nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby jeszcze raz zacząć od początku, wrócić do zawodu sprzedawcy stereofonicznych telewizorów i kontynuować karierę w handlu detalicznym.

– Dzień dobry, Stu – wyrwał go z zamyślenia dziewczęcy głos. Mała ciemnooka kelnerka z cukierni Edy’ego przeszła obok, posyłając mu uśmiech. – O czym tak marzysz od samego rana?

– O niczym – odpowiedział, znów energicznie zabierając się do zamiatania.

Po drugiej stronie ulicy tajemniczy pacjent doktora Stockstilla – czarnowłosy i czarnooki mężczyzna o jasnej skórze, w zapiętym na wszystkie guziki obszernym, również czarnym jak noc płaszczu – przystanął, żeby zapalić papierosa i rozejrzeć się dookoła. Stuart dostrzegł zapadniętą twarz, patrzące badawczo oczy i usta – przede wszystkim usta – ściągnięte mocno, a mimo to obwisłe, jakby jakieś wewnętrzne napięcie, jakieś ciśnienie dawno już strawiło jego zęby i szczękę. Na twarzy mężczyzny ciągle było widać owo napięcie. Stuart odwrócił wzrok.

Czy tak to właśnie jest? – pomyślał. Kiedy jest się szalonym? Kiedy człowiek wypala się od wewnątrz pożerany przez… nie wiedział co. Może przez czas albo wodę, przez coś, co działa powoli, lecz nieustannie. Już przedtem zdarzało mu się widywać podobnie zniszczonych ludzi, kiedy obserwował wchodzących i wychodzących pacjentów psychiatry, lecz nigdy dotąd obraz choroby nie był tak tragiczny, tak całkowity.

W sklepie zadzwonił telefon i Stuart odwrócił się, wszedł do środka i podniósł słuchawkę. Kiedy wyjrzał znowu na ulicę, ubranego na czarno mężczyzny już nie było, a dzień znów stawał się jasny, pełen nadziei i zapachu piękna. Stuart wzdrygnął się i wziął do ręki miotłę.

Znam tego człowieka, pomyślał. Chyba widziałem jego zdjęcie albo przyszedł kiedyś do sklepu. To pewnie stary klient, może nawet znajomy Fergessona, albo ktoś bardzo znany.

Pogrążony w zadumie dalej zamiatał chodnik.

– Chce pan filiżankę kawy? – zwrócił się do swojego nowego pacjenta doktor Stockstill. – A może herbatę albo colę? – Spojrzał na wizytówkę, którą panna Purcell położyła na biurku. – Pan Tree – powiedział. – Czy jest pan spokrewniony z tą słynną angielską rodziną pisarzy? Iris Tree, Max Beerbohm…

– Wie pan, to właściwie nie jest moje prawdziwe nazwisko. – W głosie pana Tree wyraźnie było słychać obcy akcent. Wydawało się, że jest zirytowany i zniecierpliwiony. – Przyszło mi ono do głowy, kiedy rozmawiałem z tą pana dziewczyną.

Doktor Stockstill spojrzał na niego pytająco.

– Zna mnie cały świat – wyjaśnił pan Tree. – Dziwię się, że pan mnie nie poznał; jest pan pustelnikiem czy jak? – Trzęsącą się ręką przegarnął długie czarne włosy. – Na świecie są tysiące, a może miliony ludzi, którzy mnie nienawidzą i chcieliby mnie zniszczyć. Wobec tego jestem oczywiście zmuszony podejmować odpowiednie działania i musiałem podać panu zmyślone nazwisko. – Chrząknął i szybko zaciągnął się papierosem, którego trzymał tak jak Europejczycy: żarzący się czubek w zwiniętej dłoni niemal dotykał skóry.

O mój Boże, pomyślał doktor Stockstill. Teraz go poznaję. To Bruno Bluthgeld, ten fizyk. Oczywiście ma rację, wielu ludzi i tutaj, i na Wschodzie miałoby ochotę dostać go w swoje ręce z powodu błędu w obliczeniach, który popełnił w 1972 roku. Z powodu straszliwego opadu radioaktywnego po wybuchu w stratosferze, który nie miał nikomu wyrządzić krzywdy. Poczynione przed detonacją obliczenia Bluthgelda dowodziły niezbicie, że nic się nikomu nie stanie.

– Życzy pan sobie, żebym wiedział, kim pan jest? – zapytał doktor Stockstill. – Czy przyjmiemy po prostu, że nazywa się pan Tree? Decyzja należy do pana, mnie to nie sprawia różnicy.

– Przejdźmy po prostu do rzeczy – powiedział pan Tree przez zaciśnięte zęby.

– Dobrze. – Doktor Stockstill rozsiadł się wygodnie i poskrobał końcem pióra po kartce przypiętej do podkładki. – Niech pan mówi.

– Czy to, że ktoś nie może wsiąść do najzwyklejszego autobusu, w którym siedzi kilkanaście nieznajomych osób, byłoby dla pana niepokojącym sygnałem? – Pan Tree uważnie przyglądał się psychiatrze.

– Niewykluczone – odpowiedział lekarz.

– Czuję, że ludzie mi się przyglądają.

– Z jakiegoś szczególnego powodu?

– Patrzą na mnie, bo mam zniekształconą twarz.

Doktor Stockstill niemal niezauważalnie podniósł wzrok i przyjrzał się wnikliwie swojemu pacjentowi. Zobaczył mocno zbudowanego czarnowłosego mężczyznę w średnim wieku. Nie golony od kilku dni ciemny zarost odznaczał się na tle niezwykle jasnej skóry. Dostrzegł też wywołane zmęczeniem i napięciem kręgi po oczami i widoczną w tych oczach rozpacz. Fizyk miał zniszczoną cerę, zbyt długie włosy, a wewnętrzna troska szpeciła jego twarz… ale nie było na niej widać żadnych zniekształceń. Poza widocznym napięciem była to całkiem zwyczajna twarz, na którą nikt nie zwróciłby uwagi w tłumie.

– Widzi pan te krosty? – zapytał chrapliwym głosem pan Tree. Pokazał palcem na policzki i szczękę. – Te wstrętne znamiona, które sprawiają, że wyglądam inaczej niż wszyscy?

– Nie widzę – odparł szybko Stockstill, wykorzystując okazję, by wejść mu w słowo.

– A jednak je mam – powiedział pan Tree. – Są oczywiście ukryte pod skórą, ale ludzie i tak je zauważają i gapią się na mnie. Nie mogę wsiąść do autobusu ani pójść do restauracji czy do teatru. W San Francisco nie mogę się wybrać ani do opery, ani na balet, ani na koncert orkiestry symfonicznej, ani nawet do nocnego klubu, żeby posłuchać na żywo folka. Jeśli nawet uda mi się dostać do środka, to zaraz i tak muszę wyjść, bo ludzie się na mnie gapią. I robią uwagi.

– Proszę mi powiedzieć, co takiego mówią.

Pan Tree nie odezwał się.

– Jak pan sam powiedział, jest pan człowiekiem znanym na całym świecie. Nie sądzi pan, iż to naturalne, że ludzie zaczynają szeptać, kiedy zjawia się pomiędzy nimi ktoś taki? Czy nie przytrafia się to panu już od lat? Wspomniał pan też o różnicach zdań na temat pańskiej pracy… pewna wrogość, może nawet tu i ówdzie słychać obraźliwe uwagi. Jednak każdy, kto jest osobą publiczną…

– Nie w tym rzecz – przerwał mu pan Tree. – Czegoś takiego mogę się spodziewać: pisuję artykuły, pokazuję się w telewizji i zdaję sobie sprawę, wiem, że tak może być. To… o czym mówię, ma związek z moim życiem prywatnym. – Spojrzał na Stockstilla. – Czytają mi w myślach i opowiadają mi z najdrobniejszymi szczegółami zdarzenia z mojego prywatnego życia. Sięgają mi w głąb mózgu.

Paranoia sensitiva, pomyślał Stockstill. Chociaż oczywiście trzeba będzie przeprowadzić testy… przede wszystkim Rorschacha. To może też być zaawansowana ukryta schizofrenia; końcowe stadia trwającej przez całe życie choroby. Albo…

– Niektórzy dostrzegają krosty na mojej twarzy wyraźniej niż inni i potrafią też dokładniej czytać w moich myślach – ciągnął pan Tree. – Zauważyłem, że zdolności ludzi w tym względzie są bardzo różne: jedni są prawie zupełnie nieświadomi, a inni najwyraźniej natychmiast budują sobie pełny obraz mojej odmienności, moich stygmatów. Na przykład kiedy szedłem do pana gabinetu, po drugiej stronie ulicy jakiś Murzyn zamiatał chodnik… nagle przestał pracować i zaczął mi się uważnie przyglądać, chociaż oczywiście był zbyt daleko, żeby powiedzieć mi coś obraźliwego. A jednak zwrócił na mnie uwagę. Zauważyłem, że to typowe dla ludzi z niższych klas. Osoby wykształcone lub mające jakąś ogładę nie reagują w ten sposób.

– Zastanawiam się, co to może być – powiedział Stockstill, robiąc notatki.

– Zakładam, że powinien pan wiedzieć, jeżeli w ogóle jest pan osobą kompetentną. Kobieta, która mi pana poleciła, powiedziała, że jest pan wyjątkowo zdolny. – Pan Tree spojrzał na lekarza tak, jakby dotychczas nie dostrzegł u niego śladów tych zdolności.

– Myślę, że najlepiej będzie, jeśli udzieli mi pan wstępnych informacji o sobie – powiedział Stockstill. – Rozumiem, że poleciła mnie Bonny Keller. Co tam u niej słychać? Nie widziałem jej chyba od kwietnia… czy jej mąż przestał już uczyć w tej wiejskiej szkole, jak zamierzał?

– Nie przyszedłem tutaj, żeby rozmawiać o George’u i Bonny Kellerach – odparł pan Tree. – Jestem pod wielką presją, panie doktorze. W każdej chwili może zostać podjęta decyzja, by ostatecznie mnie zniszczyć; te szykany ciągną się już tak długo, że… – Przerwał. – Bonny jest zdania, że jestem chory, a ja mam dla niej wielki szacunek. – Mówił teraz tak cicho, że ledwie go było słychać. – Więc powiedziałem, że odwiedzę pana przynajmniej raz.

– Kellerowie ciągle mieszkają w West Marin?

Pan Tree skinął głową.

– Mam tam domek letniskowy – powiedział Stockstill. – Jestem zapalonym żeglarzem i jeżdżę nad zatokę Tomales, kiedy tylko nadarza się okazja. Próbował pan kiedyś żeglować?

– Nie.

– Proszę mi powiedzieć, kiedy i gdzie pan się urodził.

– W 1934 roku w Budapeszcie – powiedział pan Tree.

Zręcznie stawiając pytania, krok po kroku doktor Stockstill zaczął budować szczegółowy życiorys swojego pacjenta. Była to podstawa dla dalszych działań: najpierw należało postawić diagnozę, a potem, jeśli to będzie możliwe, wyleczyć. Analiza musi poprzedzać terapię. Znany na całym świecie człowiek, który uroił sobie, że przyglądają mu się obcy ludzie – jak w tym przypadku można oddzielić rzeczywistość od fantazji? Co przyjąć za granicę, która je rozdziela?

Doktor Stockstill zdał sobie sprawę, że znalezienie tu elementów patologii byłoby proste. Bardzo proste, a zarazem bardzo kuszące. Ktoś tak bardzo znienawidzony… Zgadzam się z nimi, pomyślał, z tymi, o których mówi Bluthgeld, czy może raczej Tree. Ostatecznie sam jestem częścią społeczeństwa, częścią tej cywilizacji, zagrożonej z powodu błędów w obliczeniach, które ten człowiek popełnił z tak imponującą lekkomyślnością. Mogło się tak stać… i jeszcze może się zdarzyć… że moje dzieci zostałyby unicestwione tylko dlatego, że Bluthgeld arogancko sądził, iż nie może się mylić.

Jednak było tu coś jeszcze. Już przedtem Stockstill zauważył, że z tym człowiekiem jest coś nie tak. Kiedy oglądał w telewizji przeprowadzane z nim wywiady, słuchał tego, co mówił, i czytywał jego nieprawdopodobne antykomunistyczne przemówienia, nasunęła mu się niejasna myśl, że Bluthgeld głęboko nienawidzi ludzi; tak mocno i obsesyjnie, że gdzieś w jego podświadomości czai się pragnienie, by popełnić błąd, by wystawić życie milionów na niebezpieczeństwo.

Nic dziwnego, że dyrektor FBI, Richard Nixon, tak zdecydowanie występował przeciwko „wojowniczym antykomunistom amatorom wśród wybitnych naukowców”. Także Nixon zaczął żywić jakieś obawy na długo przed tragiczną omyłką, do której doszło w 1972 roku. Elementy paranoi, złudnego widzenia nie tylko zakresu swoich kompetencji, ale i swej wielkości były u Bluthgelda oczywiste; Nixon, przenikliwy znawca ludzi, zauważył je, podobnie jak wielu innych. Najwyraźniej wszyscy ci ludzie mieli rację.

– Do Ameryki uciekłem przed komunistycznymi agentami, którzy chcieli mnie zamordować – mówił pan Tree. – Już wtedy chcieli mnie dostać w swoje ręce… no i oczywiście hitlerowcy też. Wszyscy chcieli mnie dostać w swoje ręce.

– Rozumiem – powiedział Stockstill, notując.

– Ciągle jeszcze próbują mnie dopaść, ale w końcu muszą przegrać – ciągnął pan Tree ochrypłym głosem, zapalając kolejnego papierosa. – Ponieważ Bóg jest po mojej stronie. On widzi, w jakiej potrzebie się znalazłem, często do mnie przemawia i daje mi mądrość, której potrzebuję, by uciec prześladowcom. Obecnie pracuję w Livermore nad nowym projektem, który powinien ostatecznie rozwiązać problem naszego wroga.

Naszego wroga, pomyślał Stockstill. Kto jest właściwie naszym wrogiem… czy przypadkiem nie pan, panie Tree? Czy to nie pan, który siedzi tutaj i wygaduje jakieś paranoiczne bzdury? Jak w ogóle udało się panu osiągnąć tak wysokie stanowisko? Kto jest odpowiedzialny za oddanie w pańskie ręce władzy nad życiem innych ludzi i kto pozwolił panu zatrzymać tę władzę nawet po katastrofie, do której doszło w 1972 roku? To pan – i oni – jesteście naszymi prawdziwymi wrogami.

Potwierdziły się wszystkie nasze obawy co do pana. Jest pan obłąkany, a pana obecność tutaj tego dowodzi. Czy rzeczywiście? – zastanowił się Stockstill. Nie, to nie tak i powinienem się chyba przyznać, że nie jestem w tym wypadku właściwą osobą na właściwym miejscu; może byłoby to nieetyczne, gdybym próbował się panem zająć. Biorąc pod uwagę, co czuję… nie jestem w stanie przyjąć neutralnego, obiektywnego punktu widzenia; nie mogę postępować w sposób czysto naukowy, a więc moja analiza i moja diagnoza mogłyby się okazać błędne.

– Dlaczego pan mi się tak przygląda? – zapytał pan Tree.

– Proszę? – spytał Stockstill.

– Czy zniekształcenia na mojej twarzy budzą w panu odrazę?

– Nie, nie – odparł psychiatra – to nie o to chodzi.

– A więc to moje myśli? Czytał pan w moich myślach i uznawszy je za odrażające, zaczął pan żałować, że przyszedłem do pana po poradę, czy nie tak? – Podniósł się z krzesła i ruszył szybko w stronę drzwi. – Życzę panu miłego dnia.

– Niech pan zaczeka. – Stockstill ruszył za nim. – Dokończmy przynajmniej sprawę pańskiego życiorysu: ledwo zaczęliśmy.

Pan Tree przyjrzał mu się uważnie i powiedział:

– Mam zaufanie do Bonny Keller; znam jej przekonania polityczne… ona nie należy do międzynarodowego spisku komunistycznego, który ma na celu zabicie mnie przy pierwszej lepszej okazji. – Usiadł znowu, teraz bardziej już opanowany, jednak z całej jego postaci emanowała ostrożność. Psychiatra wiedział, że w jego obecności ten człowiek nie pozwoli sobie na moment odprężenia. Nie otworzy się i nie ma co liczyć na jego szczerość. Cały czas będzie podejrzliwy i może właściwie ma rację, pomyślał Stockstill.

Parkując samochód, Jim Fergesson, właściciel Nowoczesnych Telewizorów, zauważył, że jego sprzedawca Stuart McConchie stoi wsparty na miotle i nie zamiata, tylko gapi się, jakby marzył o niebieskich migdałach. Popatrzył w tym samym kierunku co podwładny i spostrzegł, że Stuart nie przygląda się jakiejś przechodzącej dziewczynie czy niezwykłemu samochodowi – Stu lubił dziewczyny i samochody i w czymś takim nie byłoby nic dziwnego – lecz obserwuje pacjentów wchodzących do gabinetu lekarza po drugiej stronie ulicy. To nie było normalne. Właściwie jaki McConchie może mieć w tym interes?

– Słuchaj no – zawołał Fergesson, idąc szybko w stronę wejścia do sklepu – daj sobie spokój! Może i ty kiedyś zachorujesz i jak byś się czuł, gdyby jakiś pajac gapił się na ciebie, kiedy idziesz do lekarza po pomoc?

– Po prostu zobaczyłem jakiegoś ważnego faceta, który tam wchodził – odpowiedział Stuart, odwracając głowę – i nie mogę sobie przypomnieć, kto to taki.

– Tylko nerwowo chory przygląda się innym nerwowo chorym – rzekł Fergesson. Wkroczył do sklepu, podszedł do kasy, otworzył szufladę i zaczął wkładać do środka drobne i banknoty na nadchodzący dzień. Poczekaj no tylko, aż zobaczysz, kogo zatrudniłem do naprawy telewizorów, pomyślał. Wtedy dopiero będziesz miał na co popatrzeć.

– Słuchaj, McConchie – powiedział po chwili – pamiętasz tego chłopaka bez rąk i nóg, który przyjeżdża na wózku? Tego fokomelika ze śmiesznymi płetwami, którego matka brała te tabletki na początku lat sześćdziesiątych? No wiesz, tego, co tu się plącze, bo chciałby naprawiać telewizory?

Oparty o miotłę Stuart zapytał:

– Zatrudnił go pan?

– Tak, wczoraj, kiedy wyszedłeś w interesach.

– To niedobrze dla sklepu – powiedział McConchie.

– Dlaczego? Nikt go nie zobaczy, bo będzie pracował na dole w warsztacie. W końcu ktoś musi dać tym ludziom pracę; to nie oni są winni, że nie mają rąk i nóg, tylko Niemcy.

– Najpierw zatrudnił pan mnie, czarnucha, a teraz tę fokę. Trzeba panu przyznać, panie Fergesson, że stara się pan robić dobre uczynki.

– Nie staram się, lecz robię – odparł Fergesson, czując, że ogarnia go gniew. – Ja nie marzę o niebieskich migdałach, jak ty, tylko podejmuję decyzje i działam. – Podszedł do sejfu i otworzył go. – Na imię ma Hoppy. Będzie tutaj jeszcze dziś rano. Przyjrzyj się, jak manipuluje tymi swoimi elektronicznymi rękami: cud techniki.

– Widziałem już – odparł Stuart.

– I co, skręciło cię?

– To jakieś takie… nienaturalne – powiedział Stuart i machnął ręką.

Fergesson spojrzał na niego.

– Słuchaj no, tylko nie próbuj się z tego chłopaka nabijać. Jeśli złapię na tym ciebie albo innego sprzedawcę, albo w ogóle kogokolwiek, kto u mnie pracuje…

– W porządku – mruknął Stuart.

– Nudzi ci się – stwierdził Fergesson – a to niedobrze, bo kiedy się nudzisz, nie pracujesz na pełnych obrotach: obijasz się, i to na mój koszt. Gdybyś naprawdę ciężko pracował, nie miałbyś czasu opierać się na miotle i wyśmiewać się z biednych, chorych ludzi, którzy idą do lekarza. Zabraniam ci stać na chodniku; jeśli cię jeszcze raz na tym złapię, to wylecisz z pracy.

– Jezu Chryste, a jak mam wchodzić i wychodzić, żeby coś zjeść? Jak mam w ogóle dostać się do sklepu? Przez ścianę?

– Możesz wchodzić i wychodzić, ale nie wolno ci się kręcić bez sensu – zdecydował Fergesson.

– O Jeeezu – zaprotestował Stuart McConchie, patrząc na niego jak zbity pies.

Fergesson nie zwracał już jednak uwagi na swojego sprzedawcę: zaczął zapalać światła i włączać telewizory, przygotowując sklep do kolejnego dnia.

Tytuł oryginału: Dr. Bloodmoney

Copyright © 1965, Philip K. Dick

Copyright renewed © 1993, Laura Coelho, Christopher Dick and Isa Hackett

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

Redaktor serii: Radosław Kot

Redaktor tego wydania: Grzegorz Dziamski

Copyright © 2012 for the illustrations by Wojciech Siudmak

Grafiki: Wojciech Siudmak, www.siudmak.com

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Doktor Bluthgeld, wyd. II poprawione, Poznań 2012)

ISBN 978-83-7818-353-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl