Do skutku. Trylogia oporu. Tom 3 - Louise Boije af Gennäs - ebook

Do skutku. Trylogia oporu. Tom 3 ebook

Louise Boije af Gennäs

0,0
29,90 zł

lub
Opis

Sztokholm, rok 2018. Po ostatnich wydarzeniach nic w życiu Sary nie jest już takie samo. Kilka osób z jej otoczenia zginęło w dziwnych okolicznościach i nie były to niefortunne wypadki, nawet jeśli policja twierdzi inaczej. Jej samej również grozi wielkie niebezpieczeństwo.

Kiedy prześladowcy przeciągają na swoją stronę młodszą siostrę Sary, Linę, kobieta nie ma już nic do stracenia – musi odnaleźć przeciwnika i wreszcie odkryć jego tajemnice.

W trzeciej, ostatniej części Trylogii oporu, Sara będzie musiała przezwyciężyć wszystkie swoje lęki, aby ujawnić, kto stoi za neofaszystowską organizacją przestępczą, i uciec prześladowcom.

Znakomity finał trzymającej w napięciu serii – odłożysz książkę dopiero wtedy, gdy poznasz całą prawdę.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 685

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Ku pamięci mojego ojca, Hansa Boijego af Gennäsa

„Jedynie ów ratunek jest dobry, pewny i trwały, który od osobistej naszej zdolności zależy”*.

– Z Księcia (1532) Niccolò Machiavellego (1469–1527)

* Tłum. Antoni Sozański (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Jest to dzieło fikcyjne, które zrodziło się z wyobraźni autorki. Występujące w tekście artykuły są z kolei całkowicie autentyczne, podobnie jak niewyjaśnione „afery”, których dotyczą. Należy więc pamiętać, że fikcja i rzeczywistość występują w tej książce obok siebie.

Rozdział 1

Mama stała w kuchni w błękitnym szlafroku i parzyła aromatyczną kawę. Tata, z czerwonymi policzkami i stopionym śniegiem na czapce, wrócił właśnie z przejażdżki na nartach po trasie Venaspåret i aż od niego parowało. Za oknem nad zaśnieżonym Örebro świeciło słońce, termometr wskazywał pięć stopni mrozu, a widok zdawał się zaczerpnięty prosto z baśni Elsy Beskow. Siedziałam przy stole kuchennym i kończyłam owsiankę, Lina bawiła się na podłodze z Esmeraldą, naszym kociątkiem.

– Saro – powiedział tata. – Nie chcesz się ze mną przejechać po Venaspåret? To dobre dla ciała! I ducha!

Popatrzyłam na niego: stał z szerokim, serdecznym uśmiechem na twarzy. Wiedziałam, że nic nie ucieszy go bardziej niż to, jak pognam z nim Kasernvägen na północ do Venaspåret i wbiegniemy w las. Słońce będzie świeciło nam w plecy, na policzkach poczujemy chłód rześkiego powietrza, będziemy utrzymywać tempo, które pozwoli nam się zmęczyć, a zarazem rozkoszować przepięknym zimowym krajobrazem z niebieskimi cieniami na kredowobiałym, skrzypiącym od mrozu śniegu.

– Tak – odparłam. – Chętnie się przejadę, tato.

Wstałam od stołu, wzięłam kurtkę i włożyłam czerwone rękawiczki, które zrobiła dla mnie na drutach Kerstin, żona Torstena. I wszystko się zmieniło. Za oknem pociemniało, niebo przesłoniły fioletowe, gęste chmury burzowe. W miejsce śniegu pojawił się ulewny deszcz i zaczął dudnić o szyby. Lina i kociak zniknęli, a kiedy mama odwróciła się przy zlewozmywaku, nie patrzyła spod brązowych loków tym samym jasnym spojrzeniem co zwykle. Tam, gdzie wcześniej miała oczy, widniały teraz dwa puste otwory w wykrzywionej czaszce.

Spanikowana odwróciłam się do taty. Jego oczy wyglądały normalnie, otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Ale zamiast słów spomiędzy jego warg wydobył się mroczny podmuch i przyniósł jasnoszary popiół, który zawirował w pomieszczeniu. Zobaczyłam, że tata nie ma zębów.

Potem rzucił się na mnie Micke i krzyknęłam.

Stałam przy oknie i spoglądałam na nocne niebo nad placem Nytorget, próbowałam wypić szklankę wody, unormować swoje tętno. Z pokoju Liny nie dochodził żaden dźwięk; tym razem chyba jej nie obudziłam. Nasza mała kuchnia wychodziła prosto na plac – zdawało się, że tam w dole panują spokój i cisza. Zbliżała się jesień, chociaż liście nie zaczęły jeszcze spadać z drzew. Samotny nocny wędrowiec z bulterierem przemieszczał się między snopami światła latarni.

Całe lato nie słyszałam nic o SDS.

Późną wiosną, po niespodziewanej śmierci Johana i mamy, przez kilka tygodni praktycznie nie kontaktowałam. Najpierw leżałam blisko tydzień w szpitalu, potem Sally pojechała ze mną do Örebro i zakwaterowała mnie u Ann-Britt i jej rodziny. Byłam w wystarczająco dobrej formie, żeby iść na pogrzeb mamy na Cmentarzu Północnym, ale prawie nic z niego nie zapamiętałam. Ann-Britt zajmowała się mną fantastycznie: kładła mnie do łóżka i przygotowywała jedzenie, a kiedy wałkowałam to, co się stało, pozwalała mi niczym upiorowi snuć się po domu i ogrodzie. Na początku w ogóle nie płakałam, ale z czasem – gdy odzyskałam mowę – popłynęły mi łzy. Ann-Britt słuchała mnie raz za razem, tak samo Sally i Andreas, kiedy wpadali w odwiedziny.

Pod koniec czerwca zaczęłam dochodzić do siebie i uświadomiłam sobie, że mam jeszcze młodszą siostrę i ona też źle się czuje. Wtedy wyszłam ze swojej bańki – zdałam sobie sprawę, jak mocno musiało się to odbić na Linie, która najpierw straciła ukochaną klacz, a potem – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia – zmarła nasza mama, raptem rok po tacie. Lina również mieszkała u Ann-Britt, choć ledwie ją dostrzegałam. Zdarzenia z ostatniego roku dały mi mocno w kość, a teraz dodatkowo stres robił swoje.

W lipcu zaczęłam trochę normalniej funkcjonować i z czasem mogłam nawet wesprzeć Linę. Ku swojemu zaskoczeniu spostrzegłam, że ona zareagowała diametralnie inaczej. Nie załamała się, chociaż miała ku temu wszelkie powody. Zamiast tego uzbroiła się w swego rodzaju pancerz i nikt z nas nie wiedział, co dokładnie się pod nim dzieje. Ann-Britt popatrzyła na mnie bezradnie.

– Nie daje upustu emocjom – wyszeptała. – Nie wiem, co robić.

Rozmawiałam z Liną, ale nic to nie dało. Popatrzyła na mnie surowiej niż dotąd i odmówiła rozmowy o uczuciach.

– Odpoczywaj – powiedziała mi. – Tego ci trzeba.

Więc odpoczywałam. Powoli odzyskiwałam siły, fizyczne i psychiczne, ale uczuciowo nadal znajdowałam się w chłodni. Śmierć mamy była dla mnie nie do pojęcia. Nie to, że tak się stało: to rozumiałam i domyślałam się nawet, jak do tego doszło, chociaż nie miałam odwagi, aby podjąć tę kwestię. Ale to, że naprawdę odeszła, że już jej nie ma i nigdy więcej nie będę mogła z nią porozmawiać?

To było niepojęte.

W trakcie długich spacerów po mieście – gdy wszyscy inni leżeli na słońcu nad kąpieliskiem Alnängsbadet, a ekstremalna fala ciepła tak bardzo nie odpuszczała, że Szpital Uniwersytecki w Örebro musiał odwoływać operacje – roztrząsałam z każdej strony pytania bez odpowiedzi. Minął ponad rok od śmierci taty i w tym czasie działy się niebywałe rzeczy, nadal nie miałam jednak pojęcia, kto mnie prześladował i czego chciał.

Wracałam myślami do tego wszystkiego, czego doświadczyłam, a im bardziej się nad tym zastanawiałam, tym mniej wydawało mi się to prawdopodobne. Nocami nie spałam, przewracałam się tylko z boku na bok w pościeli albo siedziałam w ogrodzie, żeby trochę się schłodzić. Szalejące w lasach dookoła pożary symbolizowały moje wnętrze: wzburzony, opustoszały krajobraz, który do niczego się nie nadawał. To, co się działo, nie miało najmniejszego sensu.

Jeśli dusza człowieka ma zdolność utrzymywania nieprzyjemnych wspomnień z dala od siebie, żeby się zregenerować, to tak było w moim przypadku – tonowała te potworności i szukała alternatywnych wyjaśnień tego, co się stało. Zaczęłam rozumieć, że dotknięci wojną, torturami i nieludzkimi stratami możemy mimo wszystko żyć dalej: nasz instynkt przetrwania jest tak silny, że manipulujemy nawet swoją pamięcią, byle tylko podołać dalszemu życiu.

Do końca lipca przeszłam przez te zdarzenia tyle razy, że niemal zdążyłam się zmęczyć, doszłam jednak do kilku wniosków.

SDS nie istnieje naprawdę.

To wszystko mogło być reakcją na śmierć taty: żałoba mnie przytłoczyła i spowodowała, że uroiłam sobie pewne rzeczy, a wyolbrzymiłam inne. Czytałam kiedyś artykuły z psychologii o screen memories, zmyślonych wspomnieniach przesłaniających prawdziwe zdarzenia, dlatego że tych nie dało się znieść. Mózg fabrykował całe mnóstwo sytuacji i doświadczeń, żeby wyjaśnić to, czego nie sposób było pojąć: mój ukochany tata zginął w wypadku w naszym domu letniskowym.

Po głowie chodziła mi też myśl o braku równowagi psychicznej – może znajdowałam się na granicy psychozy i przez to wmawiałam sobie rzeczy, które nigdy nie miały miejsca.

Bella istniała naprawdę czy była tylko wytworem mojej wyobraźni?

A te wszystkie niewyjaśnione zdarzenia? Czy rzeczywiście do nich doszło, czy spreparował je mój mózg?

Słyszałam, że według naukowców schizofrenia ujawnia się, gdy w życiu człowieka otwiera się pewne „okienko”; przypada to gdzieś pomiędzy dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia. Miałam dwadzieścia pięć lat i wzorzec zdawał się pasować. Pytanie tylko, czy już powinnam szukać pomocy, czy może to, że zdaję sobie sprawę z potencjalnej choroby, oznacza zdrowienie?

Jeśli SDS naprawdę by istniało, czy nie powinno było dawać o sobie znać także latem?

Szukałam w swoich rzeczach i szukałam, ale nie znalazłam ani jednej pieczęci z literami SDS, herbem i trzema małymi koronami, którą – jak mi się wydawało – widziałam tyle razy.

Gdzie się podziały te kartki?

Czy w gruncie rzeczy nigdy nie istniały?

Słaby głosik w mojej głowie protestował; twierdził, że uczestniczyłam w tych wszystkich przykrych zdarzeniach. Ale robiłam, co mogłam, żeby go uciszyć.

W sierpniu zajęłam się kwestiami praktycznymi. Sally i Andreas pomogli mi sprzedać mieszkanie na Kungsholmen i znaleźć trzypokojowe lokum na Skånegatan przy Nytorget. Było potwornie drogie, ale po sprzedaży poprzedniego i otrzymaniu połowy spadku po mamie nie tylko było mnie na nie stać, ale jeszcze zostało mi sporo pieniędzy. Sally złożyła w moim imieniu ofertę i wygrała licytację. Najważniejsze, żeby jak najszybciej stworzyć nowy dom dla siebie i Liny, żeby moja siostra mogła począć coś ze swoim życiem, zamiast babrać się w starych troskach – ja sama wolałam nie wracać ani na Östermalm, ani na Kungsholmen. Nytorget na Södermalmie pasował idealnie. Zatrzymałyśmy też samochód mamy, żeby móc bez problemu dostać się do Örebro, gdyby naszła nas ochota.

Przez całe lato Ann-Britt pomagała nam pakować rzeczy z naszego dawnego domu i przewozić je do magazynu. W tej chwili ani Lina, ani ja nie miałyśmy siły na ich sortowanie, ale nie chciałyśmy, żeby dom stał niezamieszkały. Zgadzałyśmy się co do tego, że trzeba oddzielić dzieciństwo grubą kreską i zacząć razem wszystko od nowa w Sztokholmie, chociaż wystawianiu domu rodzinnego na sprzedaż towarzyszyło potworne uczucie. Jak jednak zauważyła Lina: jeśli tego nie zrobimy, będziemy musiały cały czas jeździć do Örebro i zaglądać do pustego domu, a samo przekroczenie progu przypominało rozdrapywanie starej rany.

Ann-Britt miała szeroki krąg znajomych i raptem kilka tygodni później znalazły się dwie zainteresowane rodziny, które złożyły nam ofertę. Wygrała sympatyczniejsza z nich i przy podpisywaniu umowy odczuwałyśmy z Liną ulgę przemieszaną ze smutkiem. Kiedy po raz ostatni zamykałyśmy drzwi, płakałyśmy obie, ale potem ulga się wzmogła i przezwyciężyła smutek. Dobrze, że wspomnienia nie będą nam stale ciążyć.

Nigdy dotąd nadmiar pieniędzy nie budził we mnie aż tak nikłego zainteresowania, ale Sally pomogła mi ulokować je w akcjach i funduszach inwestycyjnych.

– Jesteś teraz dość zamożna – zauważyła wesoło. – Zawsze to coś, no nie?

Mój znajomy major – mimo reputacji kogoś, kto sam „nie potrzebuje odpoczynku i nigdy nie choruje” – okazał mi dużo wyrozumiałości w związku z tą sytuacją i przesunął początek mojego zatrudnienia na pierwszego września. Proponował nawet późniejszy termin, ale na to nie chciałam się zgodzić. Pora ruszyć do nowej pracy.

Lina złożyła dokumenty na pojedyncze kursy na Uniwersytecie Sztokholmskim[1] i została przyjęta na dwa z nich: z historii idei i z literaturoznawstwa. Nie wiedziałam, czy taki szybki powrót do nauki wyjdzie jej na dobre, ale nie miała pracy, a snucie się bez celu po domu też nie było wskazane. Na uczelni mogła poznać nowych ludzi i powoli zapomnieć o okropnościach, które ją spotkały.

Usiłowałam ją przekonać, żeby znów zaczęła jeździć konno, ale popatrzyła tylko na mnie swoim nowym przenikliwym wzrokiem i oświadczyła:

– Nigdy więcej nie wsiądę na konia. Nie znajdę drugiego takiego jak Salome.

Wokół nas toczyła się końcówka kampanii wyborczej: stale publikowano sondaże oraz wypełniane przez polityków ankiety i organizowano debaty z przywódcami partii; nigdy dotąd nie byłam równie mało zainteresowana polityką co teraz. Do wyborów pozostawał tydzień, a ja nie podjęłam jeszcze decyzji, na jaką partię zagłosuję.

W najgorszym wypadku wybiorę którąś na chybił trafił.

Popatrzyłam na Nytorget. Wędrowiec z bulterierem – kobieta, jak się okazało – zniknął i nie było widać żywego ducha. Coś poruszyło się jednak w ogródku restauracji. Wytężyłam wzrok: szczury. Dwa duże gryzonie węszyły wśród stolików i krzeseł. Całe szczęście, że nie było tu Sally. Cyfrowy zegarek na kuchence wskazywał trzecią czterdzieści pięć. Nie udało mi się pozbyć koszmarów bez względu na to, czy SDS istniało naprawdę, czy było tylko wytworem mojej delikatnej psychiki. Tak czy inaczej wpół do siódmej miał zadzwonić budzik.

Westchnęłam, odstawiłam szklankę i wróciłam do sypialni.

Witaj w KG – powiedziała Therese z miną bez wyrazu i niemrawo uścisnęła mi rękę.

Był to mój pierwszy dzień w kancelarii Kwatery Głównej Sił Zbrojnych. Therese, słodka dziewczyna o ciemnych włosach i intensywnie niebieskich oczach, oprowadziła mnie po parterze, przedstawiła współpracownikom oraz pokazała kantynę i toalety. Potem wskazała mi moje biurko w kancelarii, pomieszczeniu, które miałam dzielić z nią i dwiema innymi osobami i w którym miałam się zajmować korespondencją przychodzącą i wychodzącą.

Po dwóch wymagających stanowiskach – w agencji PR Perfect Match i firmie konsultingowej McKinsey – przepełniało mnie poczucie, że siedzenie tu i sortowanie listów jest znacznym regresem, ale major od początku mnie przed tym ostrzegał. Sama prosiłam go, żeby znalazł mi jakąkolwiek pracę w armii, bez względu na to, na jakim poziomie. Odrzuciłam też zdecydowanie bardziej prestiżową i lepiej płatną posadę na sześć miesięcy w McKinseyu.

Czas spędzony tam wiosną spowijała mgła.

Czy Johan naprawdę został zamordowany?

W moich wspomnieniach jawił się jako mężczyzna absolutnie idealny; zapewne już nigdy nie spotkam równie czarującego, mądrego, miłego i zabawnego faceta jak on.

Czyżbym sfingowała szczegóły dotyczące jego śmierci, żeby poradzić sobie z żałobą?

Czyżby umarł śmiercią naturalną, czego ja po prostu nie chciałam zaakceptować?

Czy byłam na najlepszej drodze do szaleństwa?

Te i inne pytania retoryczne przechodziły mi przez głowę w pierwszym tygodniu pracy, gdy otwierałam listy, przelatywałam je wzrokiem i przekładałam do zielonych teczek, a potem pilnowałam, żeby trafiły do odpowiedniego działu. Wieczorami gnałam do domu, jadłam, zmywałam i kładłam się spać, a następnego ranka wszystko zaczynało się od początku.

Pod koniec tygodnia pokusiłam się o podsumowanie. Praca okazała się cholernie nudna. Koledzy: Therese i dwóch chłopaków też nieszczególnie fajni. Cała trójka była po trzydziestce i zdawała się dziwna, jakby nie chcieli mieć kontaktu ze sobą nawzajem ani ze mną. Przez pierwsze dni jadłam lunch z każdym z nich po kolei i próbowałam trochę porozmawiać. Ale szło mi opornie.

Therese tak jak ja miała za sobą unitarkę, ale „nie lubiła wojska” i „w głębi serca była raczej pacyfistką”. Klas, wysoki, szczupły typek w garniturze, skończył ekonomię, lecz miał „trudności ze znalezieniem pracy” i „na razie pracował tutaj”. Jak odkryliśmy, miał też kota, ale była to jedyna pozytywna rzecz, jeśli o niego chodzi. Sture, całkiem przystojny chłopak z szerokim uśmiechem, który najpierw opacznie odebrałam jako przyjacielski, potraktował moją propozycję wspólnego lunchu jako zupełnie inne zaproszenie i zaczął mi wysuwać lekko nieprzyzwoite propozycje. Przy kserze, po kilku dniach, musiałam powiedzieć mu wprost, że nie jestem ani trochę zainteresowana, więc może sobie odpuścić. Od tamtej pory nie uraczył mnie choćby spojrzeniem.

Jeśli miało to świadczyć o stanie szwedzkich sił zbrojnych, sytuacja prezentowała się dość ponuro. Po powrocie do domu w czwartek wieczorem przegryzłam się przez teczkę taty z artykułami o armii. Po raz pierwszy od końca wiosny przełamałam się, żeby zajrzeć do jego skoroszytów, i nie była to budująca lektura.

- - -

Siły zbrojne – jak mogły tak upaść?

Partie w Riksdagu oskarżają się wzajemnie o zaniedbania, jeśli chodzi o „inwestowanie w naszą obronę”. Trochę niezdarnie wprowadzamy „obowiązek” służby wojskowej i kwalifikujemy na szkolenie garstkę młodzieży.

Milczy się zupełnie o przyczynach, dla których nasze położenie w tym niespokojnym świecie jest – pod względem bezpieczeństwa – tak nieciekawe. […]

W 2006 r. zakończyła się operacja rozbrajania Szwecji. Pozornie był to konsensus ponad podziałami politycznymi. Co się wtedy stało? Nasza armia składała się z dwóch zupełnie niezależnych od siebie działów: mienia i zasobów materialnych oraz ogólnej służby wojskowej i zasobów ludzkich.

W okresie powojennym szwedzkie wojsko miało możliwość wystawienia armii liczącej 800 000 żołnierzy. W takiej sytuacji zniesiono obowiązkową służbę wojskową i pozbyto się większości baz oraz systemów fortecznych, na czym zarobiono setki miliardów (!) koron. Pozostało jedynie dogorywające lotnictwo, pozbawione lotnisk i wielu ze swoich samolotów. […]

Nie trwało długo, nim w Kwaterze Głównej Sił Zbrojnych odkryto i zaczęto bić na alarm, że Gotlandia – wcześniej bardzo dobrze umocniona – została praktycznie bez ochrony. Całe tamtejsze mienie zezłomowano lub sprzedano za bezcen, tak jak w innych częściach kraju. Powoli zaczęło się odwracanie kota ogonem i ponownie wprowadzono obowiązkową służbę wojskową. Problem w tym, że wcześniej zniszczono, oddano lub sprzeniewierzono mienie, zasoby i kompetencje. A zrobiono to bez godnej wzmianki politycznej debaty.

Same nasuwają się więc pytania: czy znów może do tego dojść? Jakie zasady dopuszczają tak bezprecedensowe marnotrawstwo środków i zmianę doktryny bez konsultacji z głównym zainteresowanym – szwedzkim społeczeństwem? Kto z zamieszanych ma kręgosłup moralny i jest gotów się przyznać do udziału w tym barbarzyństwie: „Przyłożyłem do tego rękę, to mój błąd”. Nie jest to pytanie, a wyzwanie.

/ Arvid Eklund, list od czytelnika, „Borås Tidning”, 25.10.2017

- - -

Dziś Owe Wiktorin, ówczesny naczelny dowódca sił zbrojnych, podchodzi do tego krytycznie:

– Całkowicie zapomniano o najważniejszym zadaniu naszej armii: obronie Szwecji.

/ SVT, „Dokument Inifrån”, Materiał Pära Fjällströma, 8.04.2015

- - -

Tak Szwedzi zostali narodem pozbawionym obrony

Taktyka spalonej ziemi oznacza, że wycofująca się armia zostawia po sobie zdewastowany teren. Wróg ma zastać na nim możliwie jak najmniej tego, co mógłby wykorzystać. Decyzją z 2000 r., a zwłaszcza w 2004 r. wojsko zastosowało tę taktykę na własnym terenie i po jego wycofaniu nie został praktycznie kamień na kamieniu. Jakby przejechano po armii pługiem – znikał oddział za oddziałem. […]

Pomimo kłótni w Riksdagu istniało szerokie porozumienie co do kierunku zmian między rządem Perssona a prawicową opozycją. Nawet kwatera główna nie wykazywała najmniejszego zainteresowania wprowadzeniem odrobiny fermentu. Dlaczego? Widać to wyraźnie w książce Wilhelma Agrella pt. „Iluzje pokoju: degradacja i upadek narodowych sił zbrojnych w Szwecji w latach 1988–2009” (wyd. Atlantis).

Agrell jest chłodnym analitykiem, ale wnioski z jego śledztwa są mimo to bardzo krytyczne – czy mogłoby być inaczej? Kiedy minister obrony narodowej Sten Tolgfors zapewnia, że da się ochronić całą Szwecję, to tak jakby mówił językami. Tu i teraz, w kraju i za granicą.

W latach 90. stało się dla wszystkich jasne, że dni klasycznych armii są policzone. Potrzebne było nowe wojsko. Przystąpiono do reform i pewnego dnia na całym terytorium Szwecji zdemontowano fortyfikacje obronne, chociaż – na co zwraca uwagę Agrell – nikt tego w zasadzie nie chciał.

Zmieniające się plany, niedające się zerwać zamówienia na materiały, których nikt już nie potrzebował, oszczędności polityków – to wszystko zmieniło się w ciężką wojskową farsę. Agrell wyszczególnia też siły stojące za tym procesem: przyznanie pierwszeństwa międzynarodowym akcjom zbrojnym i inwestowanie w obronę opartą na sieci powiązań. […]

Jak twierdzi Agrell, decydującym błędem, który doprowadził do skandalu w armii, była zmiana paradygmatu w polityce bezpieczeństwa i oparcie jej na paneuropejskich gwarancjach. „Time out” zmienił się w „black out”. Skoro nie ma zagrożenia, Szwecja nie potrzebuje obrony – poza taką gdzieś daleko od swoich granic.

Po rosyjskim ataku na Gruzję idea o wiecznym pokoju legła w gruzach.

/ Claes Arvidsson, wstępniak, „Svenska Dagbladet”, 26.09.2010

- - -

W 2013 r., po tym jak w roku 2011 rosyjskie samoloty bojowe znów zaczęły się pojawiać w pobliżu szwedzkiej przestrzeni powietrznej (co zdarzało się bardzo często w czasie zimnej wojny, ale ustało w latach 90.), a kolejne raporty donosiły, że wzdłuż szwedzkiego wybrzeża zaobserwowano obce łodzie podwodne, naczelny dowódca sił zbrojnych Sverker Göranson wypowiedział się w sposób, który wstrząsnął szwedzkim społeczeństwem – a polityków doprowadził do białej gorączki. W odpowiedzi na pytanie o kondycję szwedzkiej armii oświadczył: „Damy radę się obronić przed atakiem o ograniczonym zasięgu. Na własną rękę mówimy tu o jakimś tygodniu”.

Czy wolno mu było tak powiedzieć, czy zdradził tajne informacje? Naczelny dowódca został oskarżony o działanie na szkodę bezpieczeństwa kraju, ale podtrzymał swoją opinię. […]

Alyson J.K. Bailes, która była wysoko postawioną brytyjską dyplomatką w krajach nordyckich, a także szefową Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań Pokojowych (SIPRI), mówi w programie dokumentalnym „Co się stało z armią?”:

„Szwecja w ostatnich latach ograniczyła siły zbrojne i teraz ma niemal najmniejszą armię spośród państw nordyckich – chociaż kraj ten jest dwa razy większy od pozostałych. Myślę, że gdy ludzie to spostrzegą, będą mocno zdziwieni, i myślę też, że niezależni eksperci do spraw obronności, którzy przyjrzą się temu bliżej, wyciągną z tego wniosek, że Szwecja nie ma zasobów, żeby się obronić”. […]

Karlis Neretnieks, były dziekan Wyższej Szkoły Wojskowej:

„Jeśli w pobliżu wybuchnie poważny kryzys, rozegra się wyścig o terytorium Szwecji. Z punktu widzenia Rosji ogromnym atutem byłoby »pożyczenie« sobie Gotlandii. Nic to nie będzie kosztowało, pójdzie łatwo i szybko i Rosjanie będą mogli powiedzieć tak: »Dostaniecie wyspę z powrotem. Nie chcemy zrobić wam krzywdy, za dwa–trzy miesiące Gotlandia znów będzie wasza, gdy tylko skłonimy kraje bałtyckie, żeby postępowały wedle naszego życzenia«. Dlaczego Rosjanie mieliby z tego zrezygnować?”

/ Ingrid Carlqvist, „Försvaret som försvann”, Gatestone Institute, 7.08.2015

W piątek po południu skończyliśmy już wpół do piątej, postanowiłam więc przejść się po mieście i zajrzeć do sklepów. Chciałam wrócić do domu na końcową debatę telewizyjną liderów partii – była to ostatnia okazja, żeby wyrobić sobie zdanie przed niedzielnymi wyborami.

Wypadowi na miasto towarzyszyło nieco osobliwe uczucie – od śmierci mamy moja stopa nie postała w żadnym innym sklepie niż spożywczy. Nadeszła pora, żeby wrócić na normalniejsze tory, ale wydawało mi się to dziwne i czułam się bardzo samotna.

Wysłałam wiadomość do Liny, czy nie chciałaby się ze mną spotkać. Nie odpisała.

Co robili po pracy moi rówieśnicy ze Sztokholmu?

W McKinseyu zostawaliśmy w biurze tak długo, że rzadko starczało mi czasu na coś więcej niż trening, często w towarzystwie Johana. Wcześniej – z Bellą – weekendy miałam już zawczasu skrzętnie zaplanowane, przeważnie przez nią albo Mickego, ja tylko im towarzyszyłam.

Ale co ja, Sara, miałam teraz począć, gdy pracowałam w normalnych godzinach i nie miałam najlepszej przyjaciółki ani chłopaka, którzy wzięliby na siebie planowanie?

Zawsze pozostawało pójść do domu towarowego NK. Mieli otwarte do ósmej i wiele osób w moim wieku lubiło się tam włóczyć, nawet jeśli nie było ich stać na zakupy.

Przewiesiłam torbę przez ramię i ruszyłam Lidingövägen, a potem Sturegatan w kierunku Stureplanu. Był początek września i po parku Humlegården w złotych promieniach słońca biegały bawiące się dzieci. Część drzew zaczęła się przebarwiać na czerwono i żółto, inne wciąż pozostawały zielone i olśniewające. Miałam jednak tyle wspomnień związanych z tym miejscem, że nie mogłam tu ot tak przystanąć, żeby nacieszyć się widokiem. Przyspieszyłam kroku i skierowałam się na Stureplan, a potem Birger Jarlsgatan dotarłam do Hamngatan.

Drzewa w parku Berzelii były jeszcze zielone, a ponieważ stąd akurat nie miałam tylu wspomnień, mogłam zwolnić. Przeszłam Hamngatan, minęłam plac Norrmalmstorg, park Kungsträdgården i ruszyłam do głównego wejścia NK.

Przed gmachem PK-huset wyrosła przede mną twarz z przeszłości. Dostrzegłam Nicolinę, stylistkę, która pomagała mi z ubraniami w Perfect Match i z którą wiosną piłam kawę na Stureplanie. Potem wskoczyła do samochodu, a w nim – jak mi się wydawało – dostrzegłam mężczyznę dzierżącego laskę ze srebrną rączką.

Spojrzenia moje i Nicoliny się spotkały.

– Cześć – przywitała się serdecznie i lekko skinęła głową, ale nie zwolniła kroku.

Minęła mnie, a ja popatrzyłam za nią. Była ubrana tak samo modnie jak zwykle, z wielką torbą na ramieniu, którą zapamiętałam z naszego pierwszego spotkania w Sturehofie.

Czy to przypadek?

Dlaczego by nie? Wszyscy kręcą się przecież po mieście w piątkowe popołudnia.

Nicolina rozpłynęła się w tłumie, a ja się odwróciłam i ruszyłam dalej w stronę głównego wejścia do NK.

W środku było pełno ludzi. W części zwanej Ljusgården odbywał się właśnie pokaz mody, a na stoisku przed działem z biżuterią sprzedawano „jesienne dodatki” – cokolwiek to mogło być. Czerwona sterta liści jako kapelusz? Naszyjnik z żółciutkich kurek? Trzy muchomory jako bikini na jesienny wypad na Mauritius? Uśmiechnęłam się na myśl o tym, że Sally byłaby zachwycona tymi hasłami i dopracowałaby mój żart do perfekcji.

Nagle za nią zatęskniłam. Zdecydowanie zbyt długo się nie widziałyśmy.

Pokaz mody dobiegł końca, a ponure młode modelki odeszły w stronę działu z makijażem. Pokonałam kilka stopni do Café Entré i tam się zatrzymałam.

Dokąd mam iść?

Czy jest tu coś, co chcę zobaczyć?

Wtem on stanął tuż przede mną i popatrzył mi głęboko w oczy.

Tobias.

Mężczyzna, który podawał się za terapeutę i twierdził, że może mnie zahipnotyzować. Kiedy po fakcie skonfrontowałam się z nim w metrze, zaprzeczył, by kiedykolwiek mnie widział.

Teraz najwyraźniej zmienił strategię.

– Saro – powiedział przyciszonym głosem. – Posłuchaj mnie.

Stał tak blisko, że czułam jego oddech, i dlatego lekko się cofnęłam. Na to on chwycił mnie obiema rękami.

– Musisz mnie wysłuchać. – Wbił w moją twarz intensywne spojrzenie niebieskich oczu. – Wiem, że się na mnie wściekasz, ale mniejsza o to. Chodź, musimy porozmawiać.

Byłam tak zaskoczona, że nie protestowałam. Poprowadził mnie obok stoisk z torebkami i przez dużą część domu handlowego w przebudowie, po czym skręciliśmy i znaleźliśmy się przy windach. Tam nie było aż tylu ludzi.

– Posłuchaj – powiedział tuż przy moim uchu. – Znajdujecie się z siostrą w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Czy nie mogłabyś dać im po prostu tego, czego chcą?

Odchyliłam się.

– O kim ty mówisz? – spytałam. – I czego takiego chcą? Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi!

Tobias popatrzył na mnie poważnie.

– Zawsze cię lubiłem – odparł. – Wykaż się więc teraz choć odrobiną bystrości! Stać cię na to!

Potem uścisnął mnie tak mocno, że niemal zabrakło mi tchu.

– Powodzenia, Saro – szepnął mi do ucha i szybko odszedł.

Stałam nieruchomo i odprowadzałam go wzrokiem. Coś w jego zachowaniu wydawało mi się oderwane od rzeczywistości. Był zjarany? Zwariował? Różnica między naszym spotkaniem w metrze, gdzie chłodno obstawał przy tym, że się nie znamy, a tym rozemocjonowanym szeptaniem na ucho i uściskiem była diametralna.

A może to ja miałam coś nie tak z głową?

Wariatka, wariatka, wariatka.

Cichy głos protestu nasilił się we mnie i przystąpił do spokojnego rozumowania. Nie jesteś wariatką, zapewnił. Czego chciał Tobias? Postaraj się zrozumieć, co powiedział i o co mu chodziło!

Nie dałam rady uporządkować myśli, nie teraz i nie tutaj. Wzięłam więc głęboki oddech, poprawiłam torebkę na ramieniu i ruszyłam z powrotem do Ljusgården.

Nowy lakier do paznokci. Czy nie jest to dobry pomysł na początek jesieni?

Pięć minut później stałam przy stoisku Chanel i oglądałam lakiery. Nagle poczułam, że ktoś klepie mnie po ramieniu. Tylko nie teraz, pomyślałam i odwróciłam się. Przypuszczałam, że zobaczę Tobiasa, ale to nie był on. Stało tam dwoje ochroniarzy z NK, mężczyzna i kobieta.

– Musimy panią prosić, żeby pokazała nam pani swoją torbę – wyjaśniła ochroniarka.

– A to dlaczego? – rzuciłam zdziwiona i zmarszczyłam brwi. – Nic nie ukradłam!

– Zaraz zobaczymy – odparła kobieta.

Podałam jej torbę, a ona ją otworzyła. Potem wyciągnęła z niej – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – małą różową torebkę wieczorową z zatrzaskiem w kształcie trupiej czaszki.

– Nie wkładałam tego do torby! – powiedziałam poruszona. – Nigdy tego nie widziałam!

Ochroniarze popatrzyli na siebie.

– Bierzemy ją do ciupy – zarządził mężczyzna.

Jego koleżanka skinęła głową.

– Co to znaczy? – spytałam. – Muszą mi państwo uwierzyć: nie wzięłam tej torebki!

– Na zaplecze – wyjaśniła kobieta. – Albo do pokoju zatrzymań, jeśli pani woli.

Do pokoju zatrzymań?

– Pójdzie pani z nami po dobroci czy mamy użyć siły? – spytał uprzejmie mężczyzna.

– Oczywiście, że pójdę – odparłam z rezygnacją.

Zjechaliśmy do piwnicy schodami ruchomymi, po czym w obstawie ochroniarzy dotarłam tunelem do odizolowanych drzwi. Otworzyli je kodem i weszliśmy do środka. Znajdowało się tam kilka gabinetów, a także pokój przesłuchań ze szklaną ścianką pośrodku i krzesłami po obu stronach.

– To jakiś żart? – spytałam.

– Proszę usiąść – odparła ochroniarka i skinęła głową na krzesło. – Zobaczymy, komu będzie do śmiechu, kiedy przejrzymy monitoring.

Ochroniarz wszedł do małego pomieszczenia, gdzie inny mężczyzna siedział przed ścianą z monitorami. Rozmawiali ze sobą przyciszonym głosem, prawdopodobnie o tym, które filmy i w jakim przedziale czasu należy sprawdzić. Ochroniarka usiadła z kolei po drugiej stronie szklanej ściany z notesem i długopisem. Spisała moje dane osobowe, a potem rozpoczęła przesłuchanie.

Co robiłam w NK? Czy zamierzałam coś kupić? Jak długo tu byłam?

– Momencik – przerwałam jej. – Ja nawet nie byłam w sklepie, gdzie sprzedają takie torebki, chociaż go mijałam.

Nagle dotarło to do mnie z całą mocą. Dlaczego od razu o tym nie pomyślałam?

– Jak państwo w ogóle wpadli na to, żeby mnie zatrzymać? – spytałam. – Stałam przy makijażu, kiedy do mnie podeszliście.

– Pewien facet podsunął nam ten trop – wyjaśniła. – Napomknął, że widział, jak chowa pani coś ze sklepu z torebkami do swojej torby. Bardzo mu się spieszyło, więc nie udało nam się spisać jego danych.

Tobias.

Oczywiście nie było to jego prawdziwe imię.

– Do mnie też podszedł pewien facet, chciał ze mną porozmawiać – zaczęłam. – To musiał być on. Odeszliśmy do wind, dziwnie się zachowywał i mnie uściskał. Zapewne podrzucił mi coś do torebki, tak że tego nie zauważyłam.

– Po co miałby robić coś takiego? – spytała spokojnie kobieta.

Było to, rzecz jasna, bardzo dobre pytanie. To znaczy w normalnym świecie.

Jej kolega stanął w drzwiach.

– Na monitoringu nic nie ma – powiedział. – Spotkała pani tego faceta, który naprowadził nas na pani trop, ale on potem zabrał panią za róg, gdzie nie mamy kamer.

– W takim razie będzie musiała to przejąć policja – zawyrokowała zdecydowanym głosem ochroniarka. – To standardowa procedura, jeśli nie uda się nam zarejestrować kogoś na taśmie, a mimo wszystko ten ktoś ma w torbie kradziony towar.

– Już tu jadą – dodał ochroniarz.

– Nic nie ukradłam – odparłam zmęczonym głosem.

Ochroniarka popatrzyła na metkę z ceną na różowej torebce z trupią czaszką.

– A jednak – powiedziała. – To słodkie cacko kosztuje prawie dwadzieścia tysięcy. Drobna kradzież zaczyna się już od tysiąca.

Policjanci odebrali mnie z zaplecza i w ich towarzystwie opuściłam dom towarowy.

Miałam nadzieję, że po drodze nie spotkam nikogo znajomego.

Zastanawiałam się, czy będzie mi potrzebny dobry adwokat.

Uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, jakie to może mieć konsekwencje.

Siedzieliśmy teraz w radiowozie przed domem towarowym, jeden z policjantów właśnie skończył sporządzać raport. Oderwał kopię i mi ją wręczył.

– To dla pani – powiedział.

– Co teraz będzie? – spytałam. – Przysięgam, nie wzięłam tej torebki! To ten facet musiał mi ją podrzucić!

– Mówiła to już pani kilka razy – zauważył policjant.

– Pracuję w wojsku. To nie w moim stylu.

Drugi policjant zarechotał, ale nic nie powiedział.

– Czy stracę przez to pracę? – spytałam i poczułam gulę w gardle.

– Nie sądzę – odparł pierwszy z funkcjonariuszy. Potem na mnie popatrzył. – Żeby to pani dobrze zrozumiała: normalnie zabralibyśmy panią na komendę i oskarżyli o kradzież. Pierwsze przestępstwo kończy się zazwyczaj na grzywnie. Nic nie mogę powiedzieć na temat tego, jak spojrzy na to armia jako pani pracodawca. Ale z jakiegoś powodu, w który nie mogę się zagłębiać, bo sam nie mam takiej wiedzy, nie zostanie pani tym razem pociągnięta do odpowiedzialności. Jasne i wyraźne polecenie, zdaje się, że z bardzo wysokiego szczebla. Nam będzie zalegać nierozpatrzone zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa… – postukał palcem w wydrukowany raport – …a pani będzie to miała przez pięć lat w papierach. Ale uniknie pani konsekwencji.

Nic nie rozumiałam. Jego słowa zadzwoniły mi jednak w głowie: „z bardzo wysokiego szczebla”. Nagle zobaczyłam przed sobą Katarinę, ordynatorkę z Zakładu Medycyny Sądowej w Örebro, wyjaśniającą mi, dlaczego nie mogę zobaczyć protokołu z sekcji zwłok taty. „Na wniosek z bardzo wysokiego szczebla”

– Ale dlaczego? – spytałam. – Szczerze mówiąc, nie rozumiem. Mógłby pan mi to wyjaśnić?

Teraz drugi policjant odwrócił się i popatrzył na mnie.

– Czego niby pani nie rozumie? – burknął poirytowany. – Że ma pani kompletnie niepojęte, cholerne szczęście? Nie wiem, kogo pani zna i jak dobrze, ale tak by się to nie potoczyło, gdyby była pani zwykłym ciapatym z Akalli. O tym mogę panią zapewnić.

Wściekle wybałuszył na mnie oczy i skinął głową w stronę ulicy.

– Proszę się stąd wynosić, zanim zmienimy zdanie – powiedział.

Otworzyłam drzwi i zrobiłam tak, jak radził. Radiowóz ruszył z piskiem opon i odjechał.

Wieczorem Liny nie było w domu, a ja usiłowałam śledzić końcową debatę przewodniczących partii w SVT.

Nie rozumiałam ani słowa z tego, co mówili.

Weekend po wstrząsającym przeżyciu w NK spędziłam w domu na odpoczywaniu. W niedzielę wyszłam zagłosować – ślepo wpatrywałam się w karty wyborcze, potem na chybił trafił oddałam głosy i włożyłam karty do koperty. Nie czułam się tym szczególnie usatysfakcjonowana, ale przynajmniej spełniłam swój obywatelski obowiązek. Lina nie chciała nawet iść na wybory; twierdziła, że jej głos i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Kiedy zaczęłam oglądać w telewizji wieczór wyborczy, demonstracyjnie poszła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

Ja też nie wytrzymałam zbyt długo, ale kiedy obudziłam się rano i przeczytałam w telefonie wiadomości, dowiedziałam się, że żadna frakcja nie zdobyła większości. Czerwono-zieloni zakończyli wybory ze stu czterdziestoma czterema mandatami, centroprawicowa koalicja Alliansen zdobyła sto czterdzieści trzy miejsca w parlamencie, a Szwedzcy Demokraci sześćdziesiąt dwa.

Kierując się do metra po drodze do pracy, starałam się zrozumieć, co to znaczy. Sytuacja wydawała się niepewna.

Na rogu Nytorgsgatan i Bondegatan siedziała żebraczka z papierowym kubkiem przed sobą. Mijałam ją już kilka razy; musiała to być jej stała miejscówka. Była dość dobrze zbudowana i kiedy pewnego dnia widziałam ją idącą przeciwną stroną chodnika, zauważyłam, że kuleje. Teraz zatrzymałam się przed nią, wyciągnęłam banknot o nominale stu koron i wsadziłam go do jej kubeczka. Nawet na mnie nie spojrzała, wymamrotała tylko coś, czego nie dało się dosłyszeć. Spostrzegłam jednak, że na twarzy ma wyraźne blizny, między innymi po operacji zamknięcia rozszczepionej wargi. Górna warga wciąż była lekko przedzielona.

Chociaż moje obowiązki nie były wielkim wyzwaniem, cały tydzień pracowałam najciężej, jak tylko mogłam. Wieczorami czułam się tak zmęczona, że szłam prosto do domu, podgrzewałam jedzenie w mikrofalówce i rozwalałam się na kanapie z jakimś klasykiem. Przegryzłam się przez najlepsze książki Jane Austen, przez co poczułam bliskość mamy – Austen należała do jej ulubionych pisarek. Potem przerzuciłam się na siostry Brontë i Charlesa Dickensa. Lina siedziała głównie u siebie w pokoju i oglądała telewizję – nie miałam siły z nią rozmawiać. Przeszła mi też ochota, żeby zadzwonić do Sally; skontaktujemy się później.

Weekend upłynął mi w spokojnym tempie, ale w poniedziałek, gdy pracowałam już niemal automatycznie i kilka razy – z powodu połączenia niechęci, nocnych koszmarów i zaczytywania się powieściami – opadała mi przed komputerem głowa, po czym budziłam się ze wzdrygnięciem pod wpływem badawczych spojrzeń Therese, zostałam wezwana do majora.

– Usiądź – powiedział.

Opadłam na stojące naprzeciw niego krzesło przy biurku. Moje serce kołatało i zaschło mi w ustach; naprawdę nie chciałam stracić tej pracy.

– Jeśli chodzi o to, co w zeszły weekend stało się w NK, mogę to wyjaśnić – zaczęłam.

Major popatrzył na mnie uprzejmie.

– NK? – spytał zdezorientowany, ale nie przestawał się uśmiechać. – Nic mi o tym nie wiadomo. O ile tylko wykonujesz swoją pracę, to w czasie wolnym możesz robić, co ci się żywnie podoba!

Chociaż może jednak nie kraść.

Najwyraźniej do majora nie dotarły żadne słuchy o zdarzeniach w NK.

– Mam dobre wieści – zaczął. – Muszę przyznać, że trochę trudno mi to pojąć, bo jako ostatnia dołączyłaś do ekipy w kancelarii. Z drugiej jednak strony najwyraźniej wzorowo się tam spisywałaś.

Wzorowo się tam spisywałam? Moje obowiązki ograniczały się do wsadzania poczty do zielonych teczek. Ośmiolatek byłby w stanie ogarnąć tę pracę, ale mało strategicznie było zwracać na to uwagę akurat teraz.

– Rozkaz z góry – powiedział z zadowoleniem. – Zostałaś przeniesiona. I to nie na boczny tor, ale awansujesz w strukturach.

To podejrzane, to podejrzane, to podejrzane.

– Aha – odparłam ostrożnie. – Co to znaczy?

– To znaczy – major popatrzył w notatki – że szef sztabu chce cię widzieć na ósmym piętrze jako swoją asystentkę. To tam siedzi naczelny dowódca sił zbrojnych i inne grube ryby. Czekają na ciebie dość urozmaicone zadania, bo masz pełnić funkcję sekretarki, a zarazem uczestniczyć w strategicznych rozmowach. W skrócie: będziesz mogła wypowiedzieć swoje zdanie, a zarazem nie będziesz zajmować zbyt wiele miejsca i cały czas pozostaniesz w gotowości do pracy administracyjnej.

Dlaczego ja?

– Jako asystentka szefa sztabu pilnujesz jego kalendarza i jesteś portierką – ciągnął. – Nie sposób umówić się z nim na spotkanie z pominięciem ciebie. Koordynujesz wszystkie wizyty i przygotowujesz materiały. A mówiąc między nami: dopóki szef cię lubi, dopóty masz władzę. Jeśli przestanie cię lubić, znajdziesz się w podbramkowej sytuacji i nie będzie wiadomo, gdzie masz się podziać.

Powinnam spytać szefa sztabu o motywy stojące za tym wyborem. Od majora powinnam się domagać wyczerpującego wyjaśnienia.

Z drugiej strony wiedziałam, jak to się odbywa w armii – nie wszystkie decyzje są podejmowane racjonalnie i nie ma tu systemu „ostatni w firmie, pierwszy na wylocie”, na co major starał się zwrócić moją uwagę.

Nie będę musiała pracować z zielonymi teczkami.

– Brzmi to fantastycznie – powiedziałam i uśmiechnęłam się słodko. – Jak miło!

Właśnie w tym momencie, po raz pierwszy od śmierci mamy, poczułam iskierkę prawdziwej radości. Jakby po niekończącej się szarówce, niedającej żadnego wytchnienia, słońce choćby na ułamek sekundy przebiło się przez chmury na szwedzkim zimowym niebie.

Dlatego zachowałam wątpliwości dla siebie, przynajmniej na razie.

Później szpara w pokrywie z chmur się zamknęła i wszystko znów zrobiło się stalowoszare.

W tym samym tygodniu w piątek, jakąś godzinę przed fajrantem, przyszedł mail od majora.

„Szef sztabu życzy sobie, żebyś po południu wybrała się ze mną do Tre Vapen na afterworka kwatery głównej. Chce cię przedstawić swoim ludziom z działu. Gotowa?”

Był to jeden z tych dni, kiedy przyszłam do pracy nieumalowana, z brudnymi włosami i ubrana w porwane dżinsy oraz poplamioną workowatą bluzkę. Za czasów pracy w Perfect Match czy McKinseyu nigdy mi się to nie zdarzyło, ale po zaliczeniu doła latem wciąż trafiały się momenty, gdy nie mogłam ani nie chciałam żyć w pełni i tym samym miałam w głębokim poważaniu własne otoczenie. Mój wygląd dało się może zaakceptować, gdy siedziałam w swoim lochu w kancelarii. Ale żeby iść tak na aferworka działu szkolenia i rozwoju i zostać tam wszystkim przedstawiona przez szefa? A może nawet spotkać się z ND, naczelnym dowódcą?

Nie do pomyślenia.

Poszłam do dużej toalety koło kantyny i przejrzałam się w lustrze. Od całej mojej osoby biło silne fuck you!; innymi słowy wyglądałam tak, jak się czułam.

Ale nie mogłam się tak pokazać na afterworku kwatery głównej. Nie podpisaliśmy jeszcze umowy, moje zatrudnienie nie zostało klepnięte. A tak bardzo chciałam się wyrwać z kancelarii.

I co ja teraz miałam, kurna, zrobić?

„Wpadnę po ciebie za pół godziny” – napisał major na samym dole maila.

Czyli nie miałam czasu, żeby jechać do domu i się ogarnąć.

Wtem ktoś wyszedł z kabiny. Była to Therese.

Zaryzykowałam.

– Red alert, red alert[2] – powiedziałam, używając szyfru z czasów unitarki.

Popatrzyła na mnie obojętnie w lustrze.

– Co jest? Zapomniałaś tamponów? – spytała, myjąc ręce.

Wzięłam głęboki oddech.

– Therese – zaczęłam. – Naprawdę potrzebuję twojej pomocy.

Wyjaśniłam jej sytuację. Therese nie spuszczała ze mnie pozbawionych wyrazu oczu, a ja czułam się niemal zmuszona przerwać wywód, żeby sprawdzić, czy wciąż ma tętno.

– Więc zastanawiam się – spytałam ostrożnie – czy masz może jakieś kosmetyki?

Therese zlustrowała mnie wzrokiem od góry do dołu, nie odpowiadając na moje pytanie.

– Nosisz rozmiar trzydzieści dziewięć? – spytała.

Przytaknęłam.

– Ja też – odparła.

Bez ceregieli ściągnęła z siebie żakiet. Dopiero wtedy zorientowałam się, co ma na sobie: klasyczny żakiet, prawdopodobnie od Ralpha Laurena czy czegoś w tym stylu, a pod nim świeżą błękitną koszulę i brązową spódnicę ołówkową. Do tego ciemnobrązowe skórzane kozaki.

Całość prezentowała się dyskretnie, a zarazem bardzo elegancko.

– Rusz się – powiedziała beznamiętnym tonem. – Nie masz chyba aż tyle czasu?

– Jak to? – spytałam. – Mamy zamienić się ubraniami?

Znów to samo spojrzenie bez wyrazu.

– Wybacz – powiedziała – ale inaczej musisz chyba zrezygnować z afterworka. W tych ciuchach wyglądasz na cholernie zapuszczoną.

Nie zastanawiałam się długo: ściągnęłam z siebie wszystko do stanika i majtek. Therese zrobiła to samo i zamieniłyśmy się. Myślami wróciłam do łazienki w koszarach, gdzie dwadzieścia osób – pięć kobiet i piętnastu mężczyzn – miało się wykąpać w osiem minut, przebrać w pełne umundurowanie i ustawić równo na podwórzu do odprawy. W takiej sytuacji brakowało czasu, aby się krępować: trzeba było rozebrać się do naga i wziąć prysznic na oczach chłopaków.

Było to bardzo uskrzydlające.

Najwyraźniej Therese miała podobne doświadczenia co ja. Teraz wciągała na siebie moje dżinsy i workowatą bluzkę, po czym pogrzebała w torebce.

– Kajal, maskara i cienie do oczu – wyliczała, ustawiając kosmetyki na brzegu umywalki. – I różowa pomadka Nivea. Proszę! Na zdrowie!

– Therese, ratujesz mi życie!

– Pamiętaj o mnie, gdy się dochrapiesz do wyższych sfer – odparła bez emocji. – O ile sama wcześniej się stąd nie zabiorę.

– Masz to jak w banku – zapewniłam ją serdecznie. – Nigdy ci tego nie zapomnę!

Umalowałam się pospiesznie, rezultat okazał się całkiem znośny: przyodziana w klasyczny strój Therese wyglądałam naprawdę reprezentacyjnie. Ona w moich ciuchach prezentowała się z kolei bardziej niechlujnie, niż kiedykolwiek wcześniej ją widziałam.

Wtem rozległ się za drzwiami ponaglający głos Klasa:

– Saro? Jesteś tam? Masz gościa!

Wzięłyśmy z Therese swoje rzeczy i wyszłyśmy. Klas, który przez cały dzień siedział naprzeciwko nas i wiedział dokładnie, w co byłyśmy ubrane, nie pisnął ani słowa. W kompletnej ciszy przyjrzał się nam obu od stóp do głów.

– Proszę, o nic nie pytaj! – poprosiłam go bardzo uprzejmie.

Uniósł brwi.

– Mobilizuję wszystkie siły – powiedział w typowym żargonie KG.

W recepcji stał major i na mnie czekał.

– Ależ świetnie wyglądasz. – Uśmiechnął się do mnie. – Idealnie.

Nic nie odpowiedziałam, odwzajemniłam tylko uśmiech i wyszłam za nim z KG. Therese, moja bohaterka, uratowała całą sytuację.

Afterwork odbywał się w restauracji Tre Vapen, lokalu kwatery głównej na Banérgatan. Siedział tam teraz cały dział szkolenia i rozwoju. Kiedy major i ja dotarliśmy na miejsce, zgromadzonych było już około pięćdziesięciu osób. Kilkoro z nich rozpoznawałam, chociaż nie nauczyłam się jeszcze ich stopni: paru starszych mężczyzn z PROD (mojego nowego działu), kilka dziewczyn i chłopaków z JOC i pojedyncze sztuki z ósmego piętra od ND. W restauracji sufit był zawieszony tak nisko, że ludzie musieli się niemal kulić. Na jednym ze stołów stało wino, piwo i jakiś poncz, a do tego trochę przekąsek w formie chipsów i słonych paluszków. Szefowi sztabu – ubranemu w mundur – humor zdawał się dopisywać, gdy rozmawiał z jasnowłosym, dość mocno opalonym mężczyzną. Obok nich stała piękna ciemnowłosa kobieta po sześćdziesiątce.

W szefie sztabu rozpoznałam od razu „Christera”, którego spotkałam z Bellą na przyjęciu, a potem na imprezie w McKinseyu, zachowywałam się jednak jakby nigdy nic. To mógł być przypadek, że obracaliśmy się w tych samych kręgach. W jego gestii pozostawiłam to, czy zechce się ujawnić.

Major natychmiast podszedł ze mną do niego.

– Christerze, to Sara – przedstawił mnie szefowi sztabu.

Uścisnęliśmy sobie dłonie, a opalony mężczyzna oddalił się do stolika z drinkami.

– Miło mi – powiedział szef sztabu z serdecznym uśmiechem. – Witaj na pokładzie, Saro! Nie możemy się doczekać, żebyś przeszła do nas na ósme piętro.

– Dziękuję – odparłam. – Na pewno będzie wspaniale.

Czyżby mi się zdawało, czy naprawdę dostrzegłam w jego oczach małą iskierkę, której nie powinno tam być? Przelotne złudzenie, rodzaj podejrzenia, że ludzie mają na myśli coś innego niż to, do czego są skłonni się przyznać.

Masz paranoję, powiedziałam sobie. Wyluzuj.

Z drugiej strony naprawdę chciałam mieć tę pracę, machnęłam więc ręką na wszelkie ewentualne znaki ostrzegawcze. Dzwony dźwięczały, a ja zapychałam je bawełną.

– To moja żona, Anna – wyjaśnił szef sztabu i zwrócił się do ciemnowłosej kobiety. – Anno, to Sara. Jest córką Lennarta, którego, o ile pamiętasz, spotkaliśmy kilka lat temu w Paryżu.

W Paryżu?

Anna popatrzyła na mnie z lekką wyższością i uśmiechnęła się.

– Ach tak – odparła. – Pamiętam.

– Od lat widujemy się z twoim ojcem przy różnych okazjach – dodał uprzejmie szef sztabu, znów zwracając się do mnie. – Bardzo zdolny facet. Zawsze ciepło się o tobie wypowiada i naprawdę sądzi, że masz przyszłość w armii.

Dlaczego on mówi w czasie teraźniejszym?

– Wiem – odpowiedziałam. – To jedno z jego marzeń.

– A teraz może się ziścić – zauważył szef sztabu. – O to się już postaramy, prawda?

– Oczywiście – zapewniłam go.

– Czy można dostać tutaj trochę wina? – spytała Anna i pomachała w powietrzu pustym kieliszkiem. – Czy na to także brakuje wam środków, jak na całą resztę?

Na kilka sekund zapadła kompletna cisza, później major zareagował.

– Zaraz to załatwię – powiedział, wziął od niej kieliszek i popędził do stołu z drinkami.

– Jak się czuje Lennart? – ciągnął nieporuszony szef sztabu. – Równie ciekawski i uparty co zwykle? – Odwrócił się do żony z wciąż szerokim uśmiechem na ustach. – Ten mężczyzna naprawdę rozumie znaczenie słów „do skutku” – dodał. – Rzadko spotyka się kogoś, kto jest do tego stopnia gotów walczyć o swoje przekonania, a zarazem tak nieulękniony.

Znów zrobiło się cicho. Anna nic nie powiedziała, uśmiechnęła się tylko i zapatrzyła przed siebie.

– Mój tata nie żyje – wydusiłam z siebie. – Zginął w wypadku w naszym domu letniskowym trochę ponad rok temu.

Szef sztabu przyjrzał mi się.

– Naprawdę przykro mi to słyszeć – powiedział. – Moje kondolencje.

W tym momencie znów spostrzegłam tę iskierkę w jego oczach i ogarnęła mnie całkowita pewność.

Wiedziałeś o tym, pomyślałam. Cały czas o tym wiedziałeś.

Major wrócił z pełnym kieliszkiem wina i wręczył go Annie.

– Jesteś aniołem – powiedziała i upiła duży łyk. – Niemal znowu można uwierzyć w armię.

– Chodź. – Szef sztabu wziął mnie pod łokieć. – Przedstawię cię kilku twoim przyszłym kolegom, tam dalej stoi naczelny dowódca. Chcesz go poznać?

– Tak, chętnie – odparłam.

– Wybaczycie nam? – spytał Christer żonę i majora.

Anna popatrzyła na niego, unosząc brwi.

– A co zrobisz, jeśli powiem, że nie? – spytała.

Nic nie odpowiedział, tylko pociągnął mnie do grupy osób, spośród których znów kilka rozpoznałam, chociaż nie mogłam ich nigdzie przypisać. Wydawało mi się, że dostrzegłam mężczyznę ze zdjęcia, które wiosną pokazywał mi Andreas, ale nie byłam pewna. Kawałek dalej Georg, ciemnowłosy adwokat, rozmawiał z mężczyzną w mundurze, skinął do mnie głową i uśmiechnął się. Obok niego stał Olov, jeden z mężczyzn z McKinseya, który także miał związek z tym, co działo się wokół Oli, i który pochwalił mnie za odwagę cywilną.

Pod ścianą dostrzegłam laskę ze srebrną rączką.

Rozejrzałam się. Czy jest tu ten siwy mężczyzna? Czyżbym miała się dowiedzieć, kto to?

Nigdzie nie dostrzegłam nikogo starszego o siwych włosach.

Nagle wyrósł koło mnie Georg.

– Pozdrowienia od Berit – powiedział cicho. – Wróciła.

Berit? Nie udało mi się wydusić z siebie słowa.

– Dlaczego się nie odezwałaś? – ciągnął. – Dostałaś film?

– Jaki film? – spytałam.

– Mniejsza o to. Dobrze, że tu teraz jesteś. Mamy przed sobą mnóstwo pracy.

Wlepiłam w niego wzrok.

– Jacy znowu „my”? – spytałam. – Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak mało wiem!

Georg rozejrzał się.

– Biorąc pod uwagę, że siedzisz w KG, jesteś blisko jądra. Coś się dzieje poza tym, o czym wiemy, a ty będziesz ulokowana w samym centrum. – Popatrzył mi w oczy. – Opór cię potrzebuje, Saro! – dodał.

– Saro! – zawołał mnie w tej samej chwili uprzejmie szef sztabu. – Podejdź, proszę, i poznaj asystenta wojskowego naczelnego dowódcy sił zbrojnych i jego doradcę do spraw politycznych z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Oni także siedzą na ósmym piętrze, tak jak my.

– Oczywiście. – Zebrałam się w sobie i uśmiechnęłam ciepło do Georga. – Zakładam, że się do mnie odezwiesz. Tym razem nie zwlekaj tak długo!

Skinął szybko głową i odwrócił się na pięcie. Ja zaś podążyłam za szefem sztabu w przeciwnym kierunku.

Papier, papier i jeszcze raz papier.

Dokument za dokumentem.

Przychodzą mi na myśl skrzaty Świętego Mikołaja w wigilijnym odcinku Kaczora Donalda, rzesze krasnali, które frenetycznie pracują, żeby poskładać zabawki dla dzieci, a potem maszerują z nimi do worka Świętego Mikołaja. Jeśli obejrzy się tę kreskówkę od końca, można wyrobić sobie pojęcie o tym, jak odbywało się rozmontowywanie szwedzkich sił zbrojnych.

Kawałek po kawałku. Kamień po kamieniu. Segment po segmencie, mniej więcej tak, jak wieczorem niszczy się budowlę z klocków wzniesioną przez dzieci i chowa lego z powrotem do pudełka.

Systematycznie, żeby niemal stworzyć maniakalny porządek. Albo raczej nieporządek.

Kto twierdzi, że potrzebujemy silnej armii?

Ja tak twierdzę, choć w głębi serca jestem pacyfistą. Ale, rzecz jasna, widziałem z bliska rosyjskiego niedźwiedzia oraz amerykańskiego orła i wiem, że z nimi nie ma zabawy.

Nigdy nie damy rady ich pokonać. Może jednak uda nam się sprawić, że atak na nas będzie ich więcej kosztował – czysto ekonomicznie i pod innymi względami – niż zostawienie nas w spokoju.

A więc jak potoczyło się to rozmontowywanie?

Było planowane bardzo długi czas.

Mam tyle papierów, dokumentów i objętych klauzulą tajności materiałów, że mógłbym nimi wytapetować cały dom. A mimo to wszystko sprowadza się do jednego.

Pewna osoba lub kilka osób dobrowolnie rozmontowały nasze siły zbrojne, a w tym czasie szwedzkie społeczeństwo drzemało przed telewizorami.

Te osoby nie działały z własnej inicjatywy.

Miały silnych, troskliwych zleceniodawców.

Zadanie, żeby sprzedać nasz kraj, było trudne, ale zarazem zdecydowanie dużo prostsze, niż ktoś mógłby przypuszczać. Mam wszystkie konieczne dowody i mogę pokazać, jak dokładnie się to potoczyło i na czyje zlecenie.

Ale ten ostatni kawałek układanki, ten ostatni klocek gdzieś mi umyka. Do czego zmierzamy, do czego to wszystko prowadzi i jak te kawałki się ze sobą łączą? Rozumiem, że chodzi tu o bardzo duże pieniądze. Rozumiem też, że dotyczy to ogromnego ludzkiego cierpienia i wzmożonej niestabilności w całym regionie. A wtedy nikt już nie przewidzi, jak to się może skończyć.

Czy ktoś mi może pomóc, czy ktoś widzi to jaśniej i potrafi to zrozumieć? Może ktoś jest nawet w stanie położyć kres temu koszmarowi?

Obudź się, Szwecjo!

Orzeł i niedźwiedź przybyły.

Czy ktoś zechce wyjść i pobawić się z nimi?

W weekend, kiedy prałam ręcznie, suszyłam i prasowałam niebieską koszulę oraz czyściłam żakiet i spódnicę, a potem wywieszałam je na balkonie, żeby się przewietrzyły, zastanawiałam się nad tym, co się wokół mnie dzieje. Afterwork skończył się tym, że razem z majorem opuściliśmy przyjęcie i rozstaliśmy się na ulicy, a on popatrzył na mnie z lekko zakłopotaną miną.

– Przepraszam cię za Annę, żonę Christera – powiedział. – Trochę kiepsko znosi alkohol.

– Ona przynajmniej piła – zauważyłam. – Nie wszyscy to robili.

Major się zaśmiał.

– Zboczenie zawodowe – wyjaśnił. – Ludziom trudno się wyluzować w towarzystwie osób postronnych, choćby tych z MSZ. Mają się na baczności i chcą uchodzić za bystrych. Inaczej to wygląda na kolacjach oficerskich.

– Rozumiem.

Stałam teraz na balkonie i łamałam sobie głowę, rozwieszając ubrania Therese. Wciąż trudno mi było pojąć jej wspaniałomyślność. W damskiej toalecie mogła przecież rzucić po prostu: „Przykro mi, nie mam żadnych kosmetyków” i zapomnieć o całej sprawie. To, że była gotowa zamienić się ze mną ubraniem – zdecydować się na tak intymny gest, na który wiele kobiet by się nie zdecydowało nawet w przypadku najbliższych przyjaciółek – i pożyczyć mi kosmetyki do makijażu, wskazywało, że naprawdę nadawała się na świetną koleżankę. Gdybym tylko mogła coś dla niej zrobić, nie wahałabym się ani sekundy.

Mogło to jednak znaczyć coś więcej: to, że Therese ma związek z Oporem. Co Georg miał na myśli, napomykając mętnie o jakimś filmie, powrocie Berit i moim „ulokowaniu w samym centrum”? Jakby sądził, że jestem dużo lepiej poinformowana, niż byłam w rzeczywistości.

Kiedy się nad tym zastanawiałam, na balkonie obok zaskrzypiało i wyszła na niego jedna z naszych sąsiadek z paczką papierosów i popielniczką. Wiedziałam, że po sąsiedzku mieszka para lesbijek, kilka razy mijałyśmy się na schodach, ale jeszcze się nie poznałyśmy. Teraz nasze spojrzenia się spotkały i kobieta od razu podeszła do poręczy i wyciągnęła rękę.

– Dzień dobry, sąsiadko. Nazywam się Aysha, a moja dziewczyna to Josefin.

– Sara – przedstawiłam się i uścisnęłam jej dłoń. – Mieszkam tu z młodszą siostrą Liną.

– Witajcie w naszej kamienicy.

Balkony znajdowały się tak blisko siebie, że można było przejść po nich do sąsiadów. Aysha zapaliła papierosa i podała mi paczkę. Miała długie, kręcone ciemne włosy i jasne zielone oczy.

– Palisz? – spytała.

– Nie, dziękuję. Nie palę.

– I dobrze – odparła i przytaknęła. – Wstrętny nawyk.

Zaśmiałam się.

– Jestem starą wojskową – wyjaśniłam. – Muszę trzymać formę.

– Niech mnie – odparła Aysha. – Ja jestem pacyfistką. – Przyjrzała mi się. – Nie prezentujesz się szczególnie wojskowo – stwierdziła. – Znam całą kupę lesb z Nytorg, które wyglądają dużo groźniej od ciebie.

Uśmiechnęłam się delikatnie. Miała fajny styl: bezpośredni, lecz pozbawiony agresji.

– Jestem ciepła i delikatna z zewnątrz, ale brutalna w środku – odparłam.

Aysha przytaknęła głową w zamyśleniu.

– Dokładnie jak moja dziewczyna. Twarda sztuka, człowiek zawsze dostanie wycisk.

Stałyśmy przez chwilę w milczeniu i patrzyłyśmy na wewnętrzne podwórze kamienicy.

– Jak długo tu mieszkacie? – spytałam.

– Od dwóch lat. Spółdzielnia jest spoko, nie taka upierdliwa jak niektóre. Słyszałam przerażające historie od kumpel z Gärdet, gdzie spółdzielnie wywieszają tabliczki na zsypach: „Nie wolno wyrzucać do zsypu hulajnóg ani żelazek! Ani gokartów, silników łodzi czy zużytych sprzętów AGD! Naruszenie przepisów będzie procedowane!!!”.

Zaśmiałam się.

– Szalonych stróżów porządku domowego jest pod dostatkiem – zauważyłam. – Także w spółdzielniach z mieszkaniami własnościowymi.

Aysha znów zmarszczyła czoło.

– Co to ma znaczyć „procedowane”? – spytała. – Zawsze się nad tym zastanawiałam.

Wyciągnęłam telefon.

– Wygooglujemy – odparłam. – Wydaje mi się, że to tyle co „ścigane” lub coś podobnego.

– Kojarzy się z jakąś procesją – zauważyła Aysha i wydmuchała dym. – Ale tak pewnie nie jest.

– Może chodzić o to, że ktoś ściga innych, żeby ich ukarać – odparłam. – Mam. „Ścigać sądownie. Wszczynać kroki prawne”.

– Ekstra. Przyrzekam wszcząć kroki prawne przeciwko każdemu żelazku lub silnikowi, które zlecą z łomotem naszym zsypem. W gruncie rzeczy zabiorę je może do domu, przejrzę i zamontuję na naszej małej łódce na działce. Lubię majsterkować.

– Silnik mogę zrozumieć, nada się do łódki – przyznałam. – Ale żelazko?

– Jako kotwica – odparła Aysha.

Powoli pokiwałam głową. Popatrzyłyśmy na siebie.

– Wpadnijcie któregoś wieczoru na piwo – powiedziała Aysha. – Ty i twoja siostra.

– Bardzo chętnie.

Kiedy weszłam z balkonu do mieszkania, znów poczułam słaby promyczek radości, mniej więcej taki jak wtedy, gdy major opowiadał mi o mojej nowej pracy. Promień słońca między ciężkimi ołowianymi chmurami.

Zaraz jednak zniknął.

W niedzielę wieczorem zaprosiłam na kolację Andreasa i Sally. Odkąd wróciłam do Sztokholmu, odzywali się do mnie wiele razy i chcieli się umówić, ale migałam się, zwalając winę na zmęczenie, i uciekałam w powieści. Teraz miało wreszcie dojść do naszego spotkania i nie mogłam się doczekać.

Lina też chciała przy tym być i liczyłam, że uda nam się ją trochę rozweselić. Można by pomyśleć, że jej letnia zatwardziałość przeszła w obojętność, ale za dobrze ją znałam: wcale tak nie było. Jej żałoba – w przeciwieństwie do mojej – zasklepiła się, a ja byłam zbyt zajęta rozpaczaniem i uciekaniem od rzeczywistości, żeby jej pomóc.

Punkt siódma w przedpokoju stanęła Sally, oczy miała wielkości spodków. Za nią Andreas pokonywał ostatnie stopnie schodów.

– Co jest? – spytałam przyjaciółkę i wzięłam od niej kurtkę. – Widziałaś ducha?

– Szczura! – zawołała. – Tutaj w parku, dokładnie naprzeciwko wejścia!

– Uspokój się – odparłam. – W całym Sztokholmie się od nich roi. Przykre, ale prawdziwe.

Andreas także wszedł do mieszkania i uścisnęliśmy się.

– Gdzieś mi mignęło, że są ich trzy miliony – zwrócił się uprzejmie do Sally. – Mówi się, że we wszystkich dużych miastach żyje trzy razy więcej szczurów niż ludzi. A tutaj najgorzej jest na Östermalmie.

– I w Sundbybergu – zauważyłam. – Robiłam tam deratyzację w kawiarni, nawet sobie nie wyobrażasz.

– Zaraz zwymiotuję – oświadczyła Sally.

– Jak się robi deratyzację? – spytał zainteresowany Andreas.

– Na-na-na-na-na! – zawyła Sally na cały głos i zakryła uszy rękami, a potem ruszyła do salonu. – Oboje natychmiast z tym skończcie, bo inaczej wychodzę!

Andreas popatrzył na mnie ze zdziwioną miną.

– Lęk przed szczurami – szepnęłam i skinęłam głową w stronę Sally. – Pamiątka z dzieciństwa.

Zawczasu przyszykowałam jedzenie i nakryłam w kuchni do stołu, tak by było jak najprzyjemniej, a kiedy Sally i Andreas przyszli, otworzyłam butelkę wina. Lina nie dawała znaku życia, więc zaczęliśmy bez niej.

– Wasze zdrowie – powiedziałam. – Dzięki wam za wsparcie tego potwornego lata.

Stuknęliśmy się kieliszkami, a gdy spełnialiśmy toast, przyglądałam się przyjaciołom.

Andreas, nieco kuśtykający, z rudawymi włosami i brudnymi okularami.

Sally, pulchna i pewna siebie, z lśniącymi, zielononiebieskimi kocimi oczami obrysowanymi czarnym kajalem.

Nagle poczułam, jak bezgranicznie ich lubię.

– Gdzie Lina? – spytał Andreas i odstawił kieliszek na stół.

– Przyjdzie – zapewniłam go. – W każdym razie mam taką nadzieję. Mówiłam jej, że zaczynamy o siódmej.

Sally popatrzyła na mnie, ale nic nie powiedziała.

Ja sama miałam gulę w gardle.

Cienki głosik w mojej głowie głośno protestował, ale równie dobrze mogłam to już mieć za sobą.

– Słuchajcie – zaczęłam. – Tak się zastanawiałam. W zeszłym roku odstawiliśmy cholerną gonitwę w stylu Kallego Blomkvista i odpowiedzialność za to biorę na siebie. Ale teraz muszę was zapytać o jedno.

– Dawaj – zachęcił mnie Andreas.

– Wydaje mi się, że chodzi tu o nieprzepracowane uczucia po śmierci taty – wyjaśniłam. – Jasne, działy się różne dziwne rzeczy, co do tego zgoda. Ale wszystko razem doprowadziło do tego, że zaczęłam mieć chyba urojenia.

– Urojenia… – powiedział neutralnie Andreas.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała Sally.

Wariatka, wariatka, wariatka.

Zebrałam się na odwagę.

– Bardzo wielu spraw nie potrafię wyjaśnić. Zarazem nie mam ani jednej kartki z pieczęcią SDS, a chyba powinnam takową mieć, skoro ta pieczęć istnieje naprawdę.

Sally i Andreas popatrzyli na siebie, a potem na mnie. Żadne z nich nie powiedziało słowa.

– W tej chwili nie jestem już niczego pewna – ciągnęłam. – Kim była Bella? Czy istniała naprawdę? Czasem zastanawiam się nawet, czy Johan istniał.

Zapadła między nami cisza. Odkryłam, że z oczu pociekły mi łzy. W końcu Sally odchrząknęła.

– Posłuchaj… kochana – zaczęła miękko. – Chciałabym powiedzieć, że masz rację. Ale widziałam tę pieczęć. Andreas też. To, że zniknęła z twojej szuflady, nie znaczy, że jej tam nie było.

– A nawet przeciwnie – dorzucił Andreas.

– I spotkałam Bellę – ciągnęła Sally. – Była przecudowna. Johan także.

– Twoje słowa mnie niepokoją – wtrącił się Andreas – bo oznaczają, że udało im się dostać do twojej głowy. Sabotują twój odbiór rzeczywistości, to cały czas było ich celem.

– Niby czyim? – spytałam. – Nie rozumiecie? Kto ma sabotować moją głowę? Bardzo się cieszę, że stoicie po mojej stronie i tak dalej, ale o kim właściwie mówimy? Nie pojmujecie, że urojenia to najlogiczniejsze wyjaśnienie?

– Chcesz powiedzieć, że ma je cała nasza trójka? – powiedziała oschle Sally. – Bo Andreas i ja jesteśmy w to zamieszani w niemal równym stopniu co ty i wiemy, że wszystko, co się stało, działo się naprawdę.

– Daj spokój, Saro – nalegał Andreas. – Przecież też to dobrze wiesz.

W tym momencie coś we mnie pękło i wszelkie tamy puściły. Iskierka nadziei, która roznieciła się we mnie wokół teorii, że to wszystko sobie uroiłam i życie toczyło się bez SDS, co dawałoby mi szansę na normalną przyszłość, zgasła.

Płakałam tak rzewnie, że musiałam przesiąść się na kanapę. Po jednej stronie usiadła Sally i objęła mnie ramieniem, po drugiej Andreas, który poklepał mnie niezdarnie po ręce.

– Nie dam już rady… – wydusiłam z siebie między napadami szlochu. – Nie dam już rady!

– Jasne, że dasz – zapewniła mnie Sally. – Przypomnij sobie, co mówił twój tata: „Saro, jesteś silna jak niedźwiedź”.

– Opuścił mnie. Wszyscy mnie opuścili.

– My nie – zauważył Andreas. – Siedzimy tu! Chyba przynajmniej nam możesz uwierzyć?

Miał rację. A ja im wierzyłam, im obojgu.

Otarłam łzy i opowiedziałam, co się stało w NK i na afterworku.

– Ostro – powiedział Andreas z podziwem w głosie. – Czapki z głów przed poziomem ich łajdactwa.

– Powtórz jeszcze raz, co mówił ten cały Georg – poprosiła Sally. – Chciałabym to zapisać.

W tym momencie zabrzęczały klucze w zamku. Lina.

Weszła prosto do pokoju i zatrzymała się, żeby zdjąć torbę. Nic nie powiedziała, popatrzyła tylko na naszą trójkę: na otaczającą mnie ramieniem Sally, Andreasa klepiącego mnie po dłoni i na mnie z zaczerwienionymi oczami, obsypaną zasmarkanymi kawałkami papieru toaletowego.

A my patrzyliśmy na nią. Lina była ubrana w krótką czarną spódnicę, szare uggi i czarną skórzaną kurtkę, do tego miała nadmiar maskary, T-shirt pełen brokatu i wyraz oczu, którego nie umiałam rozszyfrować.

Gdzie się podziała moja ciepła, troskliwa młodsza siostra z bzikiem na punkcie koni?

I kto podmienił ją na tę defensywną, twardą dziewczynę bez uczuć?

– Sorry za spóźnienie. – Wyciągnęła z szafki kieliszek, żeby nalać sobie wina.

Opróżniła go kilkoma haustami. Potem popatrzyła na nas troje z miną bez wyrazu.

– Okej – powiedziała i wytarła sobie usta wierzchem dłoni. – To kiedy jemy?

Ponieważ nie wyjawiłam Linie, co nam grozi, nie mogliśmy rozmawiać otwarcie przy kolacji. To moja wina: powinnam była wtajemniczyć ją w to już na samym początku. Ale zeszłej jesieni, gdy mieszkały same z mamą w naszym rodzinnym domu, narażone na włamania i wandalizm, nie chciałam jej straszyć, a później wiosną rozwój zdarzeń – choroba mamy, śmierć Salome, śmierć Johana, koniec szkoły Liny, a wreszcie śmierć mamy – przybrał tak szaleńcze tempo, że nie miałam okazji do tego wrócić.

Nagle uświadomiłam sobie, że zamknęło się to okienko, które było mi dane. Jak miałabym teraz, przy tym nastawieniu, jakie prezentowała Lina w stosunku do mnie, powiedzieć jej, że cały czas była narażona na niebezpieczeństwa, o czym jej nie mówiłam, a co zarówno nasi rodzice, jak i Salome przypłacili życiem? Wydawało się to wykluczone.

Tak więc rozmawialiśmy o pogodzie, uniwersytecie i naszej pracy, a także o filmach, które oglądaliśmy. Od czasu do czasu widziałam, że Sally i Andreas na mnie zerkają. Zdawali się dziwić i lekko niepokoić, jakby nie do końca rozumieli, co się dzieje i jakie jest ich zadanie. W tej kwestii nie miałam jednak dla nich żadnych informacji ani słów uspokojenia. Wiedziałam równie mało jak oni.

Przed dziesiątą Lina ziewnęła szeroko i oświadczyła, że idzie się położyć. Nie pomyślała, żeby choć trochę mi pomóc, nie zebrała nawet swojego talerza, zostawiając wszystko na stole. Po kilku minutach w łazience była już gotowa, udała się do sypialni i głośno zamknęła za sobą drzwi.

Sally skinęła głową w jej kierunku.

– Jest wściekła – powiedziała cicho. – Na kogo? I dlaczego?

– Nie wiem – wyznałam. – Zapewne na mnie. Nie mówiłam jej prawdy i być może to czuje.

– Nie sądzę – zaprotestował Andreas. – W tej chwili jest zła na cały świat. Na życie, które naprawdę nie obeszło się z nią łagodnie. Ani z tobą. Trudno sobie wyobrazić, jak można jej pomóc. Daj jej trochę czasu.

Sprzątnęliśmy ze stołu i przenieśliśmy się do salonu, pomieszczenia najdalej położonego od sypialni Liny. Usiedliśmy przy stoliku i zapaliliśmy świeczkę.

– Zastanawiałem się nad jednym – zaczął Andreas. – Twój tata musiał im powiedzieć, że to ty masz to, na czym im zależy. Inaczej nie prześladowaliby cię w ten sposób.

– Nigdy świadomie nie wciągnąłby mnie w takie bagno – zaprotestowałam.

– Możliwe – odparł Andreas. – Ale to właśnie zrobił.

Pokręciłam głową.

– Chcecie, żebym się pogodziła z tym, że w naszym życiu dzieje się mnóstwo rzeczy, których nie sposób wyjaśnić. Powiedzmy, że SDS naprawdę istnieje i z jakiegoś niezrozumiałego powodu mnie prześladuje. Dlaczego w takim razie zrobili sobie przerwę? Skąd tak długie wakacje? Dbanie o innych nie jest ich mocną stroną, a teraz dali mnie i Linie szansę, żebyśmy podniosły się po śmierci mamy. Czy nie jest to bezsensowne z ich perspektywy?

– Można by tak sądzić – zgodziła się ze mną Sally. – Ale może potrzebują cię w dobrej formie, jeśli mają dostać to, na czym im zależy.

– Nie wiesz też, czy w ostatnim czasie nie uwzięli się w zamian na Linę – zauważył Andreas.

Myśl ta nie przyszła mi nawet do głowy.

– Tak przy okazji, Torbjörn cię pozdrawia – ciągnął Andreas. – Tobbe, mój kontakt w policji. Pytał, jak się czujesz, i mówił, że oferta tożsamości chronionej jest nadal aktualna.

– Niech się pocałuje gdzieś – burknęłam. – Po tym, jak nas potraktował, gdy się spotkaliśmy. – Pokręciłam głową. – Myślicie, że zainteresowali się teraz Liną? – spytałam po chwili.

Popatrzyliśmy na siebie wszyscy troje.

– Nie sądzę – zabrała głos Sally. – Raczej nie. Jest tylko potwornie zrozpaczona.

– Pamiętaj, że ma dziewiętnaście lat, a jej cały świat runął – zauważył Andreas. – Otrzymuje jakąś pomoc?

– Dwa razy w tygodniu chodzi na terapię – odparłam. – Ale nie chce o tym rozmawiać. Nie mam nawet jak się skontaktować z jej terapeutą. Lina jest pełnoletnia.

– Ty też chodzisz? – spytała Sally.

Pokręciłam głową.

– Terapia z Tobiasem wyszła mi bokiem. Nigdy więcej nie zaufam żadnemu terapeucie.

– Tobias. – Sally pokręciła głową. – Teraz „człowiek z NK”.

Zamilkliśmy na chwilę.

– Co robimy? – spytał Andreas. – To znaczy poza tym, że będziemy cieszyć się życiem.

– Zamierzam zająć się Liną – powiedziała Sally. – Jeśli nie masz nic przeciwko, Saro. Zaproszę ją gdzieś na kolację i spróbuję trochę z nią pogadać. Co ty na to?

– Chętnie. Linie przyda się każde wsparcie.

– Tobie też – zauważył Andreas. – Jeśli chodzi o SDS: oni nie odpuścili, nie uwierzę w to nawet na sekundę. Czekają na właściwy moment. My też powinniśmy. Do tego czasu będziemy pracować, grzebać w materiałach, które mamy, a w przerwach spróbujemy się trochę rozerwać, żeby nie oszaleć. Możemy przecież gdzieś wyjść i porządnie się nawalić!

Razem z Sally wytrzeszczyłyśmy na niego oczy. Była to tak nieoczekiwana propozycja ze strony Andreasa, że obie parsknęłyśmy śmiechem.

– Hear, hear[3]! – zawołała Sally.

– Tak, a co? – zdziwił się Andreas. – Nie możemy siedzieć jak ptaki na gałęzi i czekać, aż nas odstrzelą.

Westchnęłam głęboko. Zabrzmiało to jak złowrogi pomruk.

– Chciałabym, żeby wyszli z cienia i pokazali twarz – powiedziałam. – Albo przynajmniej dali jakiś znak życia. Takie czekanie jest bardziej wkurzające niż moment, w którym naprawdę robi się gorąco.

– Chyba właśnie dostałaś tego próbkę w NK – zauważył Andreas. – Czy nie był to znak życia, że tak powiem?

– Niby tak – przyznałam. – Tak chyba było.

– Może nie powinienem tego mówić. – Andreas popatrzył na mnie. – Ale zazwyczaj nie mamy przed sobą tajemnic… Zastanawia mnie jeszcze jedno: dlaczego, do cholery, wciąż żyjesz?

Razem z Sally wbiłyśmy w niego wzrok. Żadna z nas się nie odezwała.

– I my też – rzucił Andreas w stronę Sally. – Czego oni od nas chcą?

– Gdybym tylko coś miała – odparła Sally – może łatwiej byłoby to wyjaśnić.

Andreas pogrzebał w torbie.

– Nie wspominałaś, że twoja mama porównała SDS do włoskiej mafii? – spytał mnie.

– Tak.

Położył na stole jakiś artykuł.

– Posłuchajcie tego – powiedział. – To z agencji prasowej TT/Svenska Dagbladet i mowa jest o „’Ndranghecie, mafii, która działa na samym czubku włoskiego buta”. Mam czytać na głos?

– Shoot[4] – poleciła mu Sally.

– Obroty ’Ndranghety, mafii, która ma bazę w południowych Włoszech, wyniosły w dwa tysiące trzynastym roku czterysta siedemdziesiąt dwa miliardy koron – przeczytał Andreas. – Według Instytutu Badawczego Demoskop dwieście piętnaście miliardów pochodzi z handlu narkotykami, a sto siedemdziesiąt pięć miliardów z nielegalnego zbytu odpadów. Trochę mniejszą sumę, dwadzieścia sześć miliardów koron, przyniosły jej szantaże i zbójeckie oprocentowanie pożyczek. Sprzedaż broni, prostytucja i przemyt ludzi dały mafii łącznie dziewięć miliardów koron. Przypuszcza się, że ’Ndrangheta zatrudnia na całym świecie około sześćdziesięciu tysięcy ludzi, z tego czterysta kluczowych osób w dwudziestu ośmiu krajach. Organizacja ma sztywną strukturę klanową, której korzenie sięgają początków piętnastego wieku.

W mojej głowie pojawiły się urywki wspomnień. Björn na peronie, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni: „To, że chodzi tu o grube pieniądze, jest całkowicie jasne” – powiedział. „Ale jak i w jakiej formie? Nad tym się głowiłem. Chciałem tylko cię ostrzec, żebyś uważała…”

– Skarabeusz – powiedziałam mechanicznie. – Kodiak. Charolaise.

– Czekaj, czekaj – wtrąciła się Sally i złapała się za głowę. – Czterysta siedemdziesiąt dwa miliardy koron? Korzenie sięgają początków piętnastego wieku?

– Ola był tylko pionkiem – zawyrokowałam.

Andreas pogrzebał dalej wśród artykułów i przeczytał kolejny wycinek.

– „Svenska Yle”: Obroty zorganizowanej przestępczości w Unii Europejskiej dochodzą rocznie do kwoty stu dziesięciu miliardów euro. Przeważnie pieniądze pochodzą z handlu narkotykami… A teraz portal Säkerhetspolitik.se: Zorganizowana przestępczość obraca rocznie setkami milionów koron – w samej tylko Szwecji… Pieniądze, prześladowanie, groźby i przemoc pomagają czasem przekonać urzędników do udzielenia ważnych informacji, co osłabia pracę służb. Prześladowanie, groźby i przemoc w stosunku do polityków, dziennikarzy i innych przedstawicieli otwartego społeczeństwa mogą w dalszej perspektywie zagrażać demokracji… W raporcie ONZ podano, że każdego dnia w Europie wykorzystuje się seksualnie ponad sto czterdzieści tysięcy ofiar handlu żywym towarem. Nie ma sygnałów świadczących o tym, że ta działalność się zmniejsza, zyski z handlu ludźmi są często tak duże, że dają się porównać do międzynarodowego przemytu broni i narkotyków… Większość osób sprowadzonych nielegalnie do Szwecji zajmuje się prostytucją, ale wiele z nich wykorzystuje się też jako tanią siłę roboczą na przykład w branży budowlanej czy gastronomicznej albo zmusza do żebractwa.

Popatrzył na nas.

– Mocne rzeczy – powiedział. – Teraz portal Åklagare.se: Globalne obroty zorganizowanej przestępczości szacuje się na pięćset do tysiąca pięciuset miliardów dolarów rocznie. Sam tylko handel narkotykami przynosi około dwustu, czterystu miliardów dolarów i zgodnie z większością szacunków jest – za handlem bronią – drugą największą gałęzią tej „gospodarki”. To więcej niż PKB Szwecji i więcej niż daje światowy przemysł samochodowy i petrochemiczny.

Siedzieliśmy w milczeniu.

– Co powtarzał twój tata, Saro? – spytał Andreas i rzucił artykuły na stół. – Follow the money[5]?

W poniedziałek, kiedy siedziałam w pracy i pakowałam papiery do zielonych teczek, zadzwoniła nagle moja doradczyni z banku SEB. Po śmierci mojej mamy Sally pomagała mi z transakcjami, ale także podkreślała wyraźnie, że powinnam mieć swojego doradcę.

– Żebyś nie mogła mnie później obwiniać, jeśli coś pójdzie nie tak – powiedziała i zaśmiała się głośno.

Dlatego odkąd rozpoczęłam pracę w KG, korzystałam z oddziału SEB przy Karlaplanie, bo tam łatwiej mi się było dostać niż do Söderhallarna, gdzie pracowała Sally. Moją doradczynią została Lotta, pogodna i miła dziewczyna po trzydziestce, i to ona do mnie dzwoniła.

– Wszystko w porządku? – spytała.

– Tak, dziękuję – odparłam.