Długie lato w Magnolii - Grażyna Jeromin-Gałuszka - ebook

Długie lato w Magnolii ebook

Grażyna Jeromin-Gałuszka

4,4

Opis

W oddalonym od głównych dróg bieszczadzkim zakątku znajduje się pensjonat Magnolia. Jego niepowtarzalną atmosferę tworzą niezwykłe kobiety: Czesia Gawińska, wspaniała kucharka, malująca obrazy Doris, kelnerka Małgorzata, Marlena, która zagląda tu codziennie na kawę. Pewnego dnia do Magnolii przyjeżdża autor popularnych niegdyś kryminałów Maurycy Murawski. Pragnie odszukać miejsce, które dawno temu zaczarowało go niezwykłą aurą, inspirując do napisania pierwszej powieści.

Maurycy poznaje emerytowanego komendanta policji, który każdemu, kto zatrzymuje się pod sklepem na środku wsi, pokazuje fotografię zaginionej dziewczynki. Robi to już od dwunastu lat. Autor powieści kryminalnych i były policjant pochylają się nad tragicznymi wydarzeniami z przeszłości, z którymi teraźniejszość, z kobietami z Magnolii w roli głównej, zdaje się nie mieć nic wspólnego. Ale tylko do pewnego momentu.

Grażyna Jeromin-Gałuszka – absolwentka bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenopisarstwa w PWSFTviT w Łodzi. Publikowała utwory poetyckie i krótkie formy prozatorskie w czasopismach oraz antologiach. Laureatka ogólnopolskiego konkursu na temat filmowy zorganizowanego przez Agencję Scenariuszową i tygodnik „Film”. Współautorka scenariusza jednego z popularnych seriali telewizyjnych. Jej debiutancka powieść „Złote nietoperze” otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Kolory życia”. Ponadto napisała powieści „Oczy Marzanny M.”, „Kobiety z Czerwonych Bagien”, „Nie zostawiaj mnie”, „Magnolia” i „Gdybyś mnie kochała”.

Mieszka na wsi pod Radomiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (46 ocen)
28
10
8
0
0

Popularność




Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2014

Projekt okładki

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

plainpicture/BY/EastNews

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-780-7

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

…nie ma bowiem racji, czemu raczej tu niż gdzie indziej, czemu raczej teraz niż wtedy… Kto mnie tu postawił? Na czyj rozkaz i z czyjej woli przeznaczono mi to miejsce i ten czas?

Blaise Pascal

COŚ SIĘ ZACZYNA…

Nazywam się Maurycy Murawski i jestem autorem popularnych powieści kryminalnych. Tak przynajmniej od czasu do czasu lubię o sobie myśleć. Od czasu do czasu nawet w to uwierzę. Dopóki coś lub ktoś nie sprowadzi mnie na ziemię. Na przykład ekspedientka w spożywczym na dole, gdzie każdego ranka robię zakupy.

– Panie Maurycy! – zagadnęła mnie pewnego dnia, ledwie wszedłem do sklepu. – Mój siostrzeniec był wczoraj z dziewczyną na spotkaniu z jakimś autorem kryminałów w Domu Księgarza. Zgadnij pan, jak się nazywał?

– No jak? – zapytałem, domyślając się, że kobiecie nie chodzi o nazwisko siostrzeńca. I mając świeżo w pamięci wieczór autorski z poprzedniego wieczoru, na który przyszło parę osób. Całkiem, jak mi się zdaje, przypadkowych. Pytanie jednego z nich: „Dlaczego pan pisze książki”, było jednym z trzech, które w ogóle padły. Pozostałych nie pamiętam.

– Maurycy Murawski! – wykrzyknęła.

– O!

– Jak to mówią, nie jednemu psu Burek.

– No nie jednemu – przytaknąłem zgodnie.

– Pan by coś napisał – rzuciła za mną, gdy już wychodziłem. – Pan masz taką fantazję.

– Fantazję? – Zaintrygowany tą opinią zatrzymałem dłoń na klamce i odwróciłem się w stronę ekspedientki.

– Codziennie pan kupujesz inny chleb. Ludzie przeważnie jeden i ten sam. A pan nie!

Popularność, myślałem, wracając do domu z przypadkowo zdjętym ze sklepowego regału chlebem, w świecie, w którym więcej jest osób piszących niż czytających książki, to pojęcie względne. Na szczęście nie o nią mi chodziło, gdy zaczynałem pisać pierwszą powieść. Nie mówię tego głośno, bo i tak nikt nie uwierzy.

A chleb… Przynoszę go do domu i za każdym razem zastanawiam się, po co kupiłem cały zamiast połówki. Albo ćwiartki. Dwie kromki na śniadanie, obiad na mieście, kolacja różnie – i resztę wyrzucam ptakom.

Z wykształcenia jestem ornitologiem.

Zacząłem nawet pisać książkę o ptakach – opowieść dla dużych dzieci o poszukiwaniu swego gniazda. Bez moralizowania i infantylnych metafor. Zwyczajnie.

Pomysł był wynikiem pierwszej po studiach pracy. Polegała ona na liczeniu ptaków w Bieszczadach. Penetrując przez lornetkę otwarte przestrzenie, dostrzegłem jednego samotnie szybującego nad połoniną. W mojej głowie zrodziła się historyjka o skrzydlatym rodzeństwie, któremu wichura zniszczyła uwite z mozołem gniazdko, a jastrząb rozdzielił oboje w powietrzu. Jedno z nich ciągle wraca w pobliże gniazda, chociaż już go nie ma, i czeka na drugie. Tydzień, miesiąc, dwa miesiące...

Dwa ptaszęta, on i ona… – to był początek pierwszego zdania, zapisanego w notesie, gdy usiadłem pośrodku rozległej połoniny. Rozejrzałem się na wszystkie strony, wyciągnąłem twarz ku słońcu i pod zamkniętymi powiekami zobaczyłem początek prostego życia, jakie od tego momentu mógłbym prowadzić.

Nie dokończyłem tej historyjki, którą zamierzałem zilustrować własnoręcznie zrobionymi zdjęciami aparatem marki Nikon, bo pewnego dnia co innego przykuło moją uwagę i uruchomiło wyobraźnię w innym kierunku.

Pewnego dnia dostrzegłem na ścianie zalesionego wzgórza mężczyznę spoglądającego w stronę samotnej chaty w dole. Przed nią, na progu, siedziała kobieta, a obok niej dziecko.

Oto facet – zaczęła pracować wyobraźnia, eliminując z tego sielskiego obrazka kobietę i dziecko – który po wielotygodniowej pracy w lesie wraca do domu i zastaje go pustym. Nie ma rodziny, nie ma psa i najmniejszego śladu, że coś tu się zdarzyło. Wychodzi więc na wzgórze, skąd widać jak na dłoni dom z całym obejściem, i obserwuje go przez wiele dni. Pewnego dnia widzi, że do jego domu wchodzi, jak do swojego, obcy człowiek...

Tak się zrodziła moja pierwsza historia kryminalna. A po niej następna. Do liczenia ptaków w Bieszczadach czy gdziekolwiek indziej już nigdy nie wróciłem.

Moje powieści kryminalne (poza dwoma pierwszymi, które rozeszły się w sporym nakładzie) cieszyły się umiarkowaną popularnością, pozwalając na bardzo skromne przeżycie od jednej do drugiej. Miałem tak niewielkie wymagania, że zdołałbym przeżyć nawet za jeszcze mniej. Odkąd jednak nastąpił renesans tego gatunku literackiego, takich jak ja, piszących lepiej lub gorzej, pojawiło się na pęczki, a moje powieści giną wśród innych jak pojedynczy człowiek w tłumie.

Cóż, taka kolej rzeczy – nigdy nie miałem złudzeń, że dorównam popularnością klasykom gatunku i stanę się bajecznie bogaty. Dlatego już dawno z pokorą przyjąłem propozycję brata i pomagam mu w prowadzeniu restauracji na Mokotowie. Praca jak praca, pieniądze jak pieniądze. Zwykła przeciętność, szarość, nużąca powtarzalność miejsc i zdarzeń. Chyba dlatego jeszcze piszę. W fikcyjnej rzeczywistości, nawet jeśli głównym jej motywem staje się zbrodnia, bywa inaczej. Jaśniej lub mroczniej – wszystko jedno – najważniejsza jest aura, w której aż duszno od zdarzeń i emocji.

Być może za czymś takim podświadomie tęsknię, bo moje życie płynie spokojnie, leniwie, odtąd dotąd. Pisanie, posiłki, wieczory w restauracji brata, która jest zwykłą knajpą i nie wyróżnia się niczym spośród setek innych. Ja też nie robię nic, co można by uznać za niezwykłe. Nawet się o to nie staram. Moje powieści, oprócz tych dwóch pierwszych, są jak tysiące innych. Jedyną fantazję więc objawiam przy porannym zakupie chleba, codziennie kupując inny. Choć i tu można by się spierać, czy to fantazja, czy też czysty przypadek, wynikający z zasady nieprzywiązywania się do niczego. Nawet do określonego gatunku pieczywa.

Od czasu do czasu jednak coś odzywa się na dnie mojego serca, a wtedy przychodzi myśl, gdzie bym teraz był i co bym robił, gdybym wiele lat temu, w pewien lipcowy dzień – do dziś pamiętam, że było to dwunastego – nie ujrzał mężczyzny na ścianie pewnego wzgórza. Może gdzieś z dala od zgiełku wiódłbym jakieś spokojne i nudne życie. Zamiast jak teraz – tylko nudne.

Od czasu do czasu próbuję o czymś marzyć. I marzę, przewrotnie, o wielkich miastach niezasypiających nocą. O rozświetlonych ulicach, gwarze, który nigdy się nie kończy, więc nawet nie wiadomo, kiedy się zaczyna, o pulsującej masie (ludzi), w której każdy składnik (człowiek), niczym pojedyncza cząsteczka atomu uczestniczy w pewnym procesie, ale sama w sobie nie znaczy nic. Wychodzę więc czasami na gwarne ulice, usiłując doznać tego uczucia, że jestem częścią czegoś, co naprawdę żyje. Spaceruję po nich, nie zawracając sobie głowy tym, gdzie jestem i w jakim kierunku idę. Potem wracam naładowany energią, pozwalającą na kontynuację przez kilka kolejnych godzin pojedynczego istnienia.

W moim życiu nie ma ważnych ludzi. Dziewczyna, znudzona ośmioletnim bezowocnym związkiem, coraz rzadziej daje się namówić na wspólny wieczór. Przestała wierzyć w człowieka, z którym dałoby się ułożyć życie. Ale w pisarza jeszcze wierzy. Na jednym z blogów literackich, skoncentrowanym przede wszystkim na literaturze kryminalnej, co jakiś czas przypomina moje pierwsze dwie powieści. Prowokuje „dyskusje”, cytuje, uparcie i niedorzecznie nie pozwalając o mnie zapomnieć nielicznym, choć bardzo wiernym fanom tamtych dwóch książek.

Z bratem, starszym o pół pokolenia, łączy mnie tylko to, że mieliśmy wspólną matkę, ćpunkę, która pewnej zimy przedawkowała na Dworcu Centralnym. Rzucił studia i zaczął sprzedawać smażone kiełbaski przy drodze, by utrzymać nas obydwu, dzięki czemu nie trafiłem do domu dziecka. Stawał na głowie, bym omijał wszystkie ciemne bramy, zasyfione podwórka i dworce – ulubione miejsca naszej matki. Cieszył się jak dziecko, gdy zacząłem studia. Wyposażył mnie w drogi aparat fotograficzny, gdy je kończyłem. Jednak nic poza tym nas nie połączyło.

Teraz, kiedy on wieczorami wraca do swojej rodziny, zastępuję go do północy i w zasadzie obydwu nam jest to na rękę. Ja mam na przeżycie od pierwszego do pierwszego i nie muszę rezygnować z pisania powieści kryminalnych, choć robię to już chyba tylko z przyzwyczajenia, on może utrzymać rodzinę, a personel pracuje ze świadomością, że właściciel wciąż czuwa, dzięki czemu to wszystko jakoś się jeszcze toczy…

Po co to wszystko piszę? Chciałbym powiedzieć, że sam nie wiem. Ale wiem. Dotarłem do momentu, poza którym już nic nie ma. Nie chce mi się kłaść do łóżka ani z niego wstawać. Iść, biec, otwierać i zamykać drzwi. Nie chce mi się otwierać ust, by cokolwiek powiedzieć, przytaknąć bądź zaprzeczyć. Cokolwiek bym zrobił, nie robię nic, bo wciąż tkwię na dworcowej ławce w odległym od podróżnych krańcu peronu. Obok siedzi matka, ale nawet nie wie, że siedzi, bo przed chwilą dała sobie w żyłę i to był strzał życia. Na zewnątrz minus dwadzieścia siedem stopni, tu niewiele mniej, ale ona już tego nie czuje. Ja też nie czuję. Zamiast palców mam dziesięć sopli lodu. Moje stopy to grudy zmarzniętej brei. Głowa to czapa z lodu. Zaraz to wszystko ruszy z trzech stron w jedno miejsce: do serca. Skuje je lodem i unieruchomi na zawsze.

Ktoś przyjdzie i wyniesie mnie z tej lodowej otchłani na rękach, ale będzie tak, jakby nie przyszedł nikt…

Sto razy dziennie wracam do tej ławki zapomnienia i jedno, co mnie jeszcze od niej oddala i nie pozwala usiąść na dobre, to myśl, że pewnego dnia wyrwę się z tej monotonii zdarzeń i spróbuję coś odnaleźć. Może tamto miejsce, od którego dawno temu chciałem rozpocząć proste życie…

KAPELUSZE

Dostępne w pełnej wersji

ZAKOCHANE W MAGNOLII

Dostępne w pełnej wersji

OGRÓD LUIZY

Dostępne w pełnej wersji

…I COŚ SIĘ KOŃCZY

Dostępne w pełnej wersji